Turystyczny marketing czy szkoccy spryciarze?

0
1210

Quest'articolo è disponibile in: Italiano

Nie będę oczywiście próbował podawać żadnych definicji dydaktycznych, lecz ograniczę się do opowiedzenia wam o moich doświadczeniach, pozostawiając wam dojście do pewnych wniosków.

Jedno jest pewne, a mianowicie to, że ja i moja towarzyszka przy wyborze miejsc do odwiedzenia sugerujemy się filmami widzianymi ostatnio w kinie.

W tym roku dwoma filmami, które wpłynęły na naszą końcową decyzję były Angel’s share i Skyfall. Tytuł pierwszego jest bardzo interesujący, ponieważ jego dosłowne tłumaczenie brzmi Whisky dla aniołów, a odnosi się do tzw. „daniny dla aniołów”, czyli tej części whisky, którą się traci w procesie dojrzewania trunku. Polecam! Ta brytyjska komedia opowiada o tym, jak to szkocki napój alkoholowy stał się przedmiotem zainteresowania kolekcjonerów, którzy w pewnych rzadkich przypadkach są gotowi wyłożyć niebagatelne kwoty, aby zdobyć niektóre cenne gatunki tego trunku.
Drugim filmem, ze wspaniałą ścieżką dźwiękową Adele, jest ostatnia część sagi o Jamesie Bondzie, w którym tenże tajny agent, uciekając przez kolejnym “czarnym charakterem” chroni się w domu z dzieciństwa nieopodal wzgórz Glencoe w Szkocji.

Kto czytał już moje artykuły wie, że moim wierzchowcem, na którym przemierzam tysiące kilometrów, przeżywając liczne przygody jest mój motocykl.

Przeglądając mapy przed wyjazdem natychmiast zdaję sobie sprawę, że podróż z Warszawy do szkockich Highlands z pasażerem i bagażami będzie długa i wymagająca oraz, że z pewnością nieraz zmoczy nas deszcz w tym północnym klimacie.

W tych trudnych dla dziennikarzy freelancerów czasach staram się skontaktować z przyjaciółmi mieszkającymi wzdłuż trasy, aby móc trochę zmniejszyć nakłady finansowe niezbędne do zorganizowania wycieczki dla „samodzielnego turysty” (z pewnością są one wyższe niż te przeznaczone na wycieczkę all inclusive w Egipcie).

Pierwszy etap: Warszawa – Hanower

850 kilometrów nudnej autostrady dzielą nas od spotkania z Beatą, drogą przyjaciółką mojej towarzyszki, która nie tylko ugości nas u siebie, ale również oprowadzi po mieście. Wieczorem Hanower jest pełen życia, a w lecie wzdłuż jeziora zbierają się tysiące młodych ludzi, aby wypić coś zimnego i poszukać bratniej duszy. Miasto jest uporządkowane i pomimo bombardowań z czasów drugiej wojny światowej zachowało swój dostojny ratusz, z którego można zobaczyć nadzwyczajną panoramę. Tym co od razu rzuca się w oczy są podobne i niewysokie ceny w barach i restauracjach, co jest dowodem na to, że Niemcy umiały zareagować na kryzys gospodarczy kilku ostatnich lat.

Kolejny etap rozpoczyna się w Belgii, gdzie mam tylko chwilę czasu, aby pokazać Annie miasteczko Bruges (nie do przegapienia). Flamandzka elegancja i te okazałe place blisko kanałów są prawdziwym dziedzictwem UNESCO.

Niestety, pierwszą „niespodziankę” robią mi kontrolerzy z Eurotunelu, kiedy proszą mnie o zapłacenie 110 euro za przejazd pociągiem przez jeden z rękawów tunelu. Pytam: „Jak to?” W Internecie było napisane 24 euro! Ech… dobrze, wynieśmy z tego jakąś lekcję na przyszłość.

Docieramy do Londynu. Jazda po lewej stronie, chaos i GPS, który traci orientację powodują, że następnego dnia decyduję się pozostawić motocykl i zwiedzać Londyn wszelkimi dostępnymi środkami miejskiego transportu. Zaczynamy metrem, płyniemy promem po Tamizie przy Big Benie, z kolejki obserwujemy dzielnicę portową, a następnie spacerujemy ulicami Soho, aż do upragnionego celu, tj. sieci restauracji „Lobsters and Burgers”, które podają jedynie doskonałe homary i hamburgery. Oczekiwanie na stolik może potrwać nawet dwie godziny, ale sycylijski kelner mówi mi, że lokal sprzedaje ponad 600 homarów dziennie!

Londyn – Glasgow i oberwanie chmury

Szczęście, które do tej pory nam sprzyjało opuszcza nas na granicy między Anglią a Szkocją. Coraz silniejszy deszcz i przeszywające zimno dopadają nas na 200 kilometrów przed Glasgow. Nasze buty są kompletnie mokre, nawet od środka. Zaczynam przewidywać, że ewentualne przeziębienie może mieć wpływ na dalszy ciąg podróży. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej zmarznięci i przygnębieni niebezpieczną ilością wody, która mimo wszystko spływa po moich doskonałych oponach Metzeler tourrance.

Anna unosi nieśmiało palec i wskazuje na tabliczkę z napisem HOTEL, która jest dla nas tym czym oaza dla podróżujących po Saharze.

Druga lekcja „samodzielnego turysty”. Ponieważ hotel mieliśmy już zarezerwowany w Glasgow tracimy pieniądze za tamtą rezerwację, ale za to udaje nam się uniknąć przeziębienia. Pokój wydaje mi się rajem! Włączamy ogrzewanie (tak, dobrze zrozumieliście) i suszymy nasze przemoczone ubrania. Fantastyczna kolacyjka z polskimi kelnerami i kucharzami poprawia nam humor i sprawia, że znów czujemy się drużyną.

Oban to nadmorskie miasteczko w zachodniej części regionu Highlands, do którego docieramy bez większych problemów. Ceny są naprawdę ze szczytu sezonu. Nie można znaleźć nic poniżej 500 złotych, a i przy tej kwocie trzeba się zadowolić skromnymi i podniszczonymi hotelami czasami oferującymi kolację i dodatkowo wi-fi. Miejscowość skupiona przy brzegu morza z niesamowitymi pejzażami i odgłosami mew jest prawdziwym rajem. Mała fabryka Whisky Oban będzie naszym następnym celem, ale wcześniej w naszej pamięci zapisze się sycąca uczta na molo, składająca się z wielkiego kraba, ostryg i łososia. Także tutaj jesteśmy obsługiwani z uprzejmością przez polski personel, który po raz pierwszy nie wystawia nam rachunku przyprawiającego o zawrót głowy.

Staram się pohamować zapędy mojej towarzyski, która chciałaby wynieść cały sklep z souvenirami, kupując tweed, whisky, swetry z szetlandzkiej wełny i inne rzeczy. Wyjaśniam jej, że podróżujemy motocyklem a nie tirem i to ocala moją biedną kartę kredytową, już i tak uszczuploną.

W tych dniach staję się prawdziwym Anglikiem, ponieważ z wielką uwagą oglądam prognozy pogody, a z rana jak tyko się budzę natychmiast podchodzę do okna i spoglądam ku niebu, mając nadzieję na piękną pogodę.

Na trasie Oban-Glencoe-Edynburg włączam moje dwie kamerki “on board”. Pejzaże, które się przede mną rozpościerają warte są tych wszystkich przejechanych kilometrów. Te zielone wzgórza pełne są historii o stoczonych walkach. Naszymi kaskami tniemy zimne i świeże powietrze. Od czasu do czasu widzimy jeziora z lazurową wodą. Napotkamy niewielu motocyklistów, ale odkrywamy, że pozdrawiają się skinieniem głowy w odróżnieniu od zwykłego pozdrowienia ręką czy stopą.

Po dotarciu do Edynburga, pomimo wysokich cen w hotelu, znajdujemy się w mieście, gdzie czuje się ferment kulturowy (spójrzcie w sieci np. na te dwa wydarzenia: Fringe i Tattoo). Osobiście odczuwam lekkie ataki agorafobii, spacerując pomiędzy tymi rojami turystów, wśród których jest wielu Włochów. Jednak to co natychmiast rzuca się w oczy to obecność Polaków. Poza całą siecią sklepów z polskimi produktami mają również biura zajmujące się zatrudnieniem, rachunkowością i przeprowadzkami polskich obywateli. Gratulacje!

Przyszedł czas powrotu do Warszawy. Nie czuję się na siłach, aby pokonać całą trasę na motorze, a więc wybieram opcję podróży promem z Newcastle do Amsterdamu za „skromną” sumę 450 euro!

Wyjechawszy z Edynburga z bakiem mojej hondy w połowie pustym, udaję się na południe w stronę Newcastle drogą biegnącą wzdłuż morza. Po przejechaniu 40 kilometrów na rezerwie, zaczynam zastanawiać się czy ci panowie przede mną jadą na spacer, czy po prostu pchają swoje pojazdy. Pozostanie bez benzyny byłoby bardzo niebezpieczne i mogłoby spowodować, że straciłbym czas na holowanie i, że nie zdążyłbym na prom. Mam zimne poty, ale jadę 60 km/h na piątym biegu. Zdesperowany i bardzo zdenerwowany na pierwszym rozjeździe skręcam w wiejską drogę. Docieram do samotnego domku z zaparkowanym przed nim samochodem. Zatrzymuję się i naciskam dzwonek (był to naprawdę starodawny dzwonek), ale nikt nie otwiera. Drzwi są otwarte, a zatem pytam: „anybody there?”. Po pewnym czasie pojawia się potężny mężczyzna, któremu oferuję 10 funtów za podwiezienie mnie do najbliższej stacji benzynowej. Zgadza się i w ten sposób ratuje mi skórę. Z pełnym bakiem odkrywam, że nie dałbym rady inaczej dojechać do celu. Zła ocena dla szkockich dróg za brak oznaczeń dotyczących stacji benzynowych – przez ponad 100 kilometrów nie było żadnej

Pozostała część podróży powrotnej jest tylko formalnością.

To co mnie najbardziej martwi, to fakt, że dzień po przyjeździe do Warszawy zacząłem myśleć o następnej podróży, która mam nadzieję odbędzie się w Gruzji i Armenii. Planuję dotrzeć do góry Ararat.

Jeśli Bóg pozwoli.

Quest'articolo è disponibile in: Italiano