Podróże są najlepszym uniwersytetem: wywiad z Elżbietą Dzikowską

0
26

Elżbieta Dzikowska zwiedziła niemal cały świat, od Azji po Amerykę Łacińską. Jako podróżniczka i historyczka sztuki odkrywała przed Polakami świat. A jednak to Włochy są jej ukochanym miejscem na ziemi.

Niemal zawsze zaczynam od tego samego pytania, od słów Federico Felliniego, który mówił, “że sny są jedyną rzeczywistością”. Czy śniła Pani kiedyś włoskim snem?

Proszę pamiętać, że w czasach mojej młodości nie wolno było ani marzyć, ani śnić. Całe życie też zmagałam się z bezsennością. Nawet szamani mi nie pomogli, ale przynajmniej, dzięki poszukiwaniu lekarstwa na moje dolegliwości, miałam okazję zrobić film i napisać książkę „Czarownicy”. Grunt to nie poddawać się. Także wolałam nie śnić o Italii tylko tam pojechać. To przedziwne, ale Włochy zaczęły mnie fascynować, zanim jeszcze tam poleciałam, nawet niewiele wiedziałam o tym kraju, a jednak coś mnie tam przyciągało. Może o nich śniłam zupełnie o tym nie wiedząc. Jak już wreszcie poleciałam do Włoch to sny były mi niepotrzebne. Wszystko stało się realne. Włochy to dla mnie najważniejsze państwo pod względem kultury i mimo wielu zmian, które tam zachodzą od wieków potrafią pozostać sobą i pielęgnować swoją tożsamość.

Czy Włochy są dla Pani czymś więcej niż efektowną scenerią? 

To teren, na którym naturalnie spotykają się moje dwie tożsamości: podróżniczki i badaczki sztuki. Jestem nie tylko sinolożką, ale i historyczką sztuki, a podróże traktuje jako warunek dostępu do dzieł, artystów i zjawisk. Włoski kontekst – od muzeów i kościołów po wystawy czasowe – daje nieograniczone możliwości. Sprawdza się jako „żywe archiwum” przeszłości i jako laboratorium teraźniejszości. 

W czasach PRL, kiedy nie można było marzyć i śnić musiała Pani pokonywać nie tylko tysiące kilometrów, lecz także bariery polityczne, finansowe i mentalne. Pani historia pokazuje jak ogromnej determinacji wymagało wówczas odkrywanie świata.

Pierwszą daleką podróżą była wyprawa do Chin w 1957 roku. Byłam wówczas młodą studentką sinologii na Uniwersytecie Warszawskim, a wyjazd do Państwa Środka stanowił niezwykłą okazję do bezpośredniego kontaktu z kulturą, którą dotąd poznawała tylko z książek. Trzeba pamiętać, że był to okres, gdy Polska znajdowała się w bloku państw socjalistycznych, a relacje z Chinami, choć napięte politycznie, wciąż umożliwiały wymianę akademicką. Podróż sama w sobie była trudnym przedsięwzięciem – wymagała wielu zezwoleń i dwudniowej podróży lotniczej. Po tej podróży marzyłam, żeby się już się nie powtórzyła z powodu turbulencji. Przyznaje, że na świecie boję się dwóch rzeczy: chamstwa i właśnie turbulencji.

Drugą wielką przygodą była pierwsza wyprawa do Ameryki Południowej, na początku lat sześćdziesiątych. W czasach, gdy paszport był luksusem, a bilet lotniczy niemal nieosiągalny. Zdecydowałam się na rejs statkiem towarowym do Meksyku. Podróż trwała trzy tygodnie – w ciasnej kajucie, w towarzystwie obcych osób, z ograniczonym dostępem do wygód. Budżet był minimalny, wystarczał na najtańsze noclegi i posiłki. To doświadczenie nauczyło mnie podróżowania w stylu uważnym, reporterskim.

Lista miejsc na świecie, do których Pani dotarła, które zobaczyła jest imponująca. A jednak, kiedy zapytano Panią w jakimś wywiadzie o ulubione miejsce na ziemi odpowiedziała Pani: Włochy.

Podróżowanie jest dla mnie uniwersytetem, a Włochy dają mi możliwość ukończenia najlepszych studiów, jakie są w ofercie. Właściwie to ich ukończenie jest niemożliwe, ponieważ cały czas jest tam coś do odkrycia. Podróżuje po Włoszech od kilku dekad, byłam tam niezliczoną ilość razy, a jednak wciąż są takie regiony jak Sardynia, które są jeszcze przede mną. Na tej wyspie jest ponad siedem tysięcy zabytków z epoki brązu. Jest tam wiele świadectw człowieka, jak chociażby w zachodnim miasteczku Iglesias są kopalnie z czasów nuragijskich. To wszystko jeszcze przede mną! 

A ta pierwsza podróż do Włoch?

To była chyba podróż z moją przyjaciółką Barbarą Weber do Perugii, gdzie pojechałyśmy tam na Uniwersytet nauczyć się języka włoskiego. Po skończonym kursie kupiłyśmy sobie bilet “tremila kilometri” i jeździliśmy pociągami od stacji do stacji, zwiedziłyśmy całą Florencję docierając aż na Sycylię. Do Florencji przez te wszystkie lata powracałam wielokrotnie, spędziłam tam nawet z moją inną przyjaciółką Barbarą Szubińską Wielkanoc. Nigdzie nie ma takich zbiorów jak we Florencji. To kolebka renesansu, od wieków zachwyca swoim dziedzictwem artystycznym i architektonicznym. Najważniejszym punktem jest oczywiście Galleria degli Uffizi, dawna siedziba urzędów Medyceuszy, przekształcona w muzeum już w XVI wieku. Ale lubię wracać też do Galleria dell’Accademia, słynąca przede wszystkim z monumentalnego „Dawida” Michała Anioła.

Czym jest dla Pani podróżowanie?

Podróżowanie uczy poznania świata, bywa, że uczy odwagi i pewności siebie. Podczas pobytu w Rzymie, wzięłam udział w międzynarodowym kongresie FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa). Bardzo chciałam przeprowadzić wywiad z szefem tej organizacji, ale… ambasador i inni dyplomaci nie potrafili mi pomóc. Co zrobiłam? Napisała maleńką karteczkę z pytaniem: „Panie Prezydencie, czy może mi pan udzielić wywiadu?” i podałam ją przy wejściu na sesję otwierającą kongres. Niedługo później do sali zaprosił mnie asystent szefa FAO z jego zgodą. 

Potem były podróże z Pani mężem Tonym Halikiem.

Z moim mężem przez dwadzieścia lat, niemal w rok w rok jeździliśmy samochodem z Warszawy do Genui. Tam zostawiliśmy samochód i przesiadaliśmy się do naszej łódki, którą pływaliśmy po morzu liguryjskim. Nic było w stanie nam przeszkodzić, nawet wszczepiony rozrusznik serca Tony’ego. Pięć dni po wyjściu ze szpitala pływaliśmy już po morzu odwiedzając Portofino czy ukrytą osadę San Fruttuoso. Morze wymusza dyscyplinę, pogoda bywa kapryśna, porty mają własne rytmy. Żeby wypłynąć, trzeba być przygotowaną, ale też ufną wobec własnych decyzji. To ta sama logika, którą stosuje w świecie sztuki: najpierw solidny rekonesans, potem odważne wnioski.

A czego nauczyły Panią liczne podróże na weneckie Biennale?

Biennale uczy czujności. Z edycji na edycję zmieniają się tematy, języki, a nawet sposoby oprowadzania widza. Od lat używam Wenecji jak barometru: sprawdzam, gdzie przesunęły się akcenty – ku polityce, ekologii, ciału, technologii i czy polskie opowieści harmonizują z nurtem, czy idą pod prąd. Pierwszy raz poleciałam na Biennale w latach 90. na zaproszenie Romana Opałki. Lata 90. przyniosły tu ważne momenty, które pozwoliły polskiej sztuce przebić się do świadomości światowej publiczności. W 1993 roku Roman Opałka  zaprezentował swoje malarskie „liczenie do nieskończoności”, tworząc przejmującą medytację nad czasem i przemijaniem. Jego prace, stopniowo rozjaśniane aż do całkowitej bieli, stały się jednym z najmocniejszych symboli sztuki konceptualnej XX wieku i w Wenecji spotkały się z ogromnym uznaniem. Cztery lata później, w 1997 roku, Katarzyna Kozyra pokazała „Łaźnie” – instalację wideo, która otworzyła nowy rozdział w myśleniu o ciele i tożsamości. Praca nagrodzona przez jury wzbudziła międzynarodową dyskusję. Zaś w 1999 roku Mirosław Bałka zaprezentował minimalistyczne instalacje dotykające pamięci, cielesności i historii, często odnoszące się do doświadczenia Holokaustu i przemijania.

A jakim miastem jest sama Wenecja?

To największe muzeum pod gołym niebem. Plac św. Marka z majestatyczną bazyliką, której złocone mozaiki opowiadają historię miasta. Pałac Dożów, dawna siedziba władców i symbol politycznej potęgi. Moim obowiązkowym punktem jest też Gallerie dell’Accademia. To tu podziwiać można arcydzieła Belliniego, Carpaccia czy Tycjana. A także Museo Peggy Guggenheim, ulokowane w pałacu nad Canal Grande z pracami Picassa, Pollocka, Kandinsky’ego czy Miró. Kontrastuje ono z dawną sztuką Wenecji, pokazując, jak miasto stało się przestrzenią dialogu między epokami. Wenecja to dla mnie najpiękniejsze miasto na świecie, chociaż nigdy nie zaznałam jej pustej, zawsze jest przeludniona. Coraz trudniej jest mieć kontakt osobisty z tym miastem. Znajduje tam jednak swoje miejsca. Mam nawet na Burano swój zaprzyjaźniony sklep, w którym dostaję zniżkę i kupuje ubrania.

W odkrywaniu Włoch ważne były także Pani spotkania z Igorem Mitorajem.

Mitoraja poznałam pod koniec lat 80. w Pietrasanta, gdzie miał swoją pracownię. Zrobiliśmy tam film z moim mężem prezentowany w programie telewizyjnym “Pieprz i wanilia”. Parę lat później wraz z Wiesławą Wierzchowską zorganizowałam w warszawskiej Zachęcie wystawę z jego pracami, na której pokazano prace artystów polskich tworzących za granicą. Zapamiętałam Mitoraja jako niezwykle skromnego, miłego i spokojnego człowieka, który tworzył monumentalne rzeźby.

Poznała Pani wiele kultur, stąd łatwiej o wnioski. Jacy są więc Włosi?

Włosi są najbardziej otwarci na świecie — to nie tylko ogólne stwierdzenie, ale fakt budowany z codziennych gestów: uśmiechy do rozmówców, przyjazne podejście, spontaniczne zaproszenia. Włochy wspominam jako kraj, w którym bariera między mną a lokalnymi ludźmi znika, podobnie jak w Tybecie, gdzie widziałam ludzi o najpiękniejszych uśmiechach.