Alessandro Baldacci jest wykładowcą w Katedrze Italianistyki na Uniwersytecie Warszawskim i autorem tekstów krytycznych z zakresu współczesnej poezji i literatury. Zajmuje się przede wszystkim tragedią w literaturze europejskiej i włoskiej, poezją włoską i europejską drugiej połowy XX wieku, wątkami wojennymi w literaturze oraz recepcją literatury niemieckiej we współczesnym języku włoskim. Z jednej strony poświęca się pracy naukowej, czytając i interpretując poezję, z drugiej zaś jest nauczycielem, który pragnie szerzyć swoją pasję wśród studentów.
Jak narodziła się Twoja pasja do poezji?
Początkowo był to czysty głód kultury, wiedzy i dogłębnych studiów. Skończyłem socjologię i podczas studiów zdałem sobie sprawę, że moją prawdziwą pasją jest literatura. Za każdym razem, gdy zdawałem egzamin, kupowałem sobie w prezencie książkę. Im więcej czytałem poezji i powieści, tym bardziej rozumiałem, że to jest dziedzina, której chcę się całkowicie poświęcić. Podczas pisania pracy magisterskiej, starałem się nawiązać dialog między socjologią a literaturą. Rozwijając cały czas moją pasję, najpierw ukończyłem studia humanistyczne z zakresu literatury, a następnie napisałem doktorat z literatury porównawczej. W tych samych latach rozpocząłem współpracę z wydawnictwem Donzelli. Byłem współredaktorem serii poetyckiej. Ten okres był dla mnie bardzo ważny, ponieważ nawiązałem bezpośredni kontakt z kilkoma współczesnymi poetami, których bardzo cenię, wśród których Antonella Anedda, Milo De Angelis, Franco Buffoni. To właśnie te spotkania mnie ukształtowały jako czytelnika poezji, którym jestem do dziś, przekonany, że muszę nadal doceniać poezję i poetów.
Jak to się stało, że kariera akademicka doprowadziła Cię do Polski?
Po uzyskaniu doktoratu zacząłem pracować najpierw na Uniwersytecie w Cassino, a następnie przez krótki czas na Uniwersytecie w Rzymie. W 2006 roku otrzymałem propozycję prowadzenia zajęć z literatury włoskiej na Uniwersytecie w Poczdamie, a ponieważ jako dziecko mieszkałem w Niemczech i znałem język, wydało mi się to najlepszą opcją, aby kontynuować pracę w dziedzinie, która zawsze mnie pasjonowała. W 2009 roku otworzyła się możliwość pracy w Szczecinie, skąd po kilku latach przeniosłem się do Warszawy. Nauczanie za granicą to niezwykle inspirujące doświadczenie i prawdziwe wyzwanie. Konieczne jest odpowiednie podejście do studentów i prowadzenie zajęć ze świadomością, że trzeba pełnić funkcję pośrednika, w teorii i praktyce, między różnymi kulturami i tradycjami. Z doświadczenia powiedziałbym, że wymaga to od wykładowcy i studenta współpracy i umiejętności wzajemnego słuchania. Dlatego jest to doświadczenie, które ogromnie wzbogaca przede wszystkim tych, którzy są powołani do nauczania. To jeden z najbardziej interesujących aspektów tej pracy. Moja ścieżka naukowa jest próbą urzeczywistnienia tego pragnienia wiedzy i dialogu oraz podążania z ufnością za moją
pasją do literatury, która doprowadziła mnie do Warszawy, miasta, w którym mieszkam i pracuję.
Jakie są różnice w nauczaniu uniwersyteckim między Włochami, Niemcami a Polską?
Na niemieckim uniwersytecie przestrzeń na italianistykę z biegiem lat stawała się coraz bardziej ograniczona, teraz została praktycznie wchłonięta przez romanistykę. W Polsce zdałem sobie sprawę, że nauka języka i kultury włoskiej wciąż się rozwija. W Warszawie, gdzie uczę od kilku lat, bardzo mi się podoba program, który realizuje wydział. Przestrzeń poświęcona literaturze na wydziałach Filologii Włoskiej nie jest zazwyczaj zbyt duża, ponieważ studenci muszą przede wszystkim być przeszkoleni na poziomie kulturowym, dlatego głównym celem jest praca nad niektórymi ważnymi zagadnieniami z literatury, a następnie maksymalne zaangażowanie w doskonalenie znajomość języka włoskiego. To, co znalazłem w Warszawie i co mi się bardzo podoba, to przywiązanie dużej wagi do literatury, zwłaszcza tej współczesnej, nie zaniedbując przy tym dziedzictwa naszej tradycji. I to sprawia, że czuję się jeszcze bardziej jak w domu. Dostrzegam też coraz lepsze kompetencje językowe wśród studentów i jest to miła niespodzianka dla osoby wykształconej we Włoszech, która wie, że nauczanie języków obcych jest tam na dość standardowym poziomie. Już w Niemczech zdałem sobie sprawę, jak szybko studenci są w stanie osiągnąć dobry poziom znajomości języka, ale w Polsce sytuacja jest jeszcze lepsza, tutaj studenci drugiego roku mogą uczęszczać na wykłady w całości prowadzone w języku włoskim. Wszystko to jest oczywiście ogromną pomocą dla zajęć z literatury, które prowadzę od trzeciego roku. Poezja, zwłaszcza w języku obcym, nie jest łatwym tematem.
Jak planujesz swoje zajęcia, aby przekazać studentom swoją pasję?
Jak już wspomniałem, wychodząc od wysokich kompetencji językowych studentów, mogę przygotować zajęcia dotyczące, moim zdaniem, najbardziej aktualnych zagadnień dotyczących współczesnej literatury. Jedyną przeszkodą może być język poetycki i trudności, jakie może stwarzać obcokrajowcom. Z tego powodu w Niemczech wolałem skoncentrować tematykę zajęć na formie opowiadania, typowej dla włoskiej tradycji literackiej, a jednocześnie obarczonej mniejszą liczbą przeszkód komunikacyjnych niż skomplikowany kod poetycki. Wydawało mi się, że gwarantuje to całej grupie możliwość lepszego odniesienia się do tekstu. W Warszawie zacząłem coraz bardziej eksperymentować wprowadzając poezję na zajęcia. Na początku było to trochę ryzykowne, bo poezja zawsze przeraża. Język poetycki jest często uważany za zbyt zamknięty lub zbyt elitarny, abstrakcyjny i oderwany od rzeczywistości. Moim zdaniem jest wręcz przeciwnie, poezja jest jednym z najlepszych narzędzi do nauki języka włoskiego, ponieważ bogactwo, rytm, dynamika języka są odciśnięte w jego literackich tradycjach. Wszystkie te aspekty w języku poetyckim są ze sobą jeszcze bardziej splecione. Po pokonaniu początkowego lęku i skonfrontowaniu się ze wspaniałym dziedzictwem leksykalnym i rytmicznym, jakie ona przynosi, od razu widać rezultaty. Poezja ma głębię badań nad słowem, które trudno znaleźć w innych formach wyrazu.
Co zaproponowałbyś komuś, kto chciałby zainteresować się poezją?
Myślę, że trzeba zacząć od wiary w poetyckie słowo. Nigdy nie ufałem zarówno naiwnemu podejściu do poezji, jak i temu nadmiernie intelektualistycznemu i czysto technicznemu. Moje stanowisko nie jest banalnie antymetodologiczne. Zrozumienie metryk, figur retorycznych i stylistycznych wzbogaca, wzmacnia nasze spojrzenie na teksty, ale jeszcze ważniejsze jest uznanie tekstu za żywą tkankę, za byt, z którym można wejść w czynną relację i poszukiwać prawd, które nas dotyczą. Poezja wywołuje w nas emocje w precyzyjny i bezpośredni sposób, tworzy więzi z naszym doświadczeniem, zmusza do zadawania pytań, a także do tworzenia relacji z otaczającym światem i z naszym światem wewnętrznym. Ja zacząłem pasjonować się poezją w młodości, czytając Baudelaire’a – w kiepskim tłumaczeniu i obserwując, jak to brzmiało po francusku – a także zanurzając się po raz pierwszy w twórczość Montalego, nie będąc w stanie zrozumieć niektórych aspektów jego tekstów, ale słysząc wyraźnie w tych przenikających się dźwiękach i znaczeniach pytania, wobec których nie mogłem pozostać obojętnym. Wraz z doświadczeniem poznania pojawiało się jednocześnie napięcie, a czasem frustracja, która zmuszała do kilkukrotnego czytania tego samego tekstu lub do poszukiwania podobnych doświadczeń w innych tomikach poetyckich. Na zajęciach staram się przekazać ideę tego wyjątkowego doświadczenia sensu, które pojawia się w tekście poetyckim, staram się przekonać, że nie możemy ograniczać się do swobodnej interpretacji utworu, ale jednocześnie musimy unikać tworzenia dystansu od tekstu i zabraniania mu wchodzenia z nami w dialog. Mówienie o poezji na zajęciach jest dla mnie próbą przełamania tabu, które coraz bardziej spycha poezję na margines, przedstawia ją jako oderwaną od codzienności studenckiej. Tekst poetycki nie może być postrzegany jako odległy, intelektualistyczny, do którego należy podchodzić tylko uzbrojonym po zęby w teorię. Powtarzam, naiwność nie pomaga w zrozumieniu poezji, ale jednocześnie wierzę w zdolność słowa poetyckiego do mówienia za siebie, do pokazywania zawsze w zaskakujący sposób swojej aktualności i prawdy. Często powtarzam studentom, aby nie zadawali tekstom banalnych pytań. Zachęcam ich do zadawania doniosłych i ważnych pytań, ponieważ tekst na nie reaguje i tworzy się relacja, która sprawia, że krytyczna lektura jest tak pasjonująca.
Czy Twoim zdaniem istnieje rozłam między tym, czego uczy się na italianistyce, a prawdziwym życiem we Włoszech?
Nie wydaje mi się. Jednocześnie nie przekonuje mnie pojęcie użyteczności przypisywane do toku studiów. Użyteczność jest niejednoznacznym kryterium i często oznacza natychmiastowy rezultat, który może być pułapką. Bardziej wierzę w pośrednie, dłuższe, nie od razu produktywne ścieżki, które ostatecznie okazują się niezwykle efektywne i kształcące. Często słyszę pytanie, czym jest dzisiaj humanistyczna edukacja uniwersytecka. Ale jeśli spojrzymy na to, o co pyta wiele europejskich firm, odkryjemy, że szuka się osób właśnie z wykształceniem humanistycznym, bo jest elastyczne i umożliwia nawiązanie relacji ze wszystkimi aspektami zarówno pracy, jak i życia. Kultura humanistyczna oferuje zatem wszechstronną edukację, która łączy się z innymi dziedzinami wiedzy i perfekcyjnie z nimi współpracuje. Wszystko zależy od mentalnej otwartości danej osoby. Nie wolno nam wyobrażać sobie literatury jako przestrzeni, w której można się odizolować od świata, ale nie należy też myśleć, że można obliczyć jej użyteczność. Nigdy nie przekonywała mnie potrzeba użyteczności. Pamiętam, że na jednej z wielu konferencji, w których uczestniczyłem, pytali mnie: „Do czego tak naprawdę służy poezja?”, odpowiedziałem mocno poirytowany i dumny: „Tak naprawdę jest bezużyteczna, ale w swojej bezużyteczności jest potrzebna do wszystkiego”. Czasami użyteczność sprawdza się tylko w jednym sektorze i nie nadaje się do żadnego innego. Literatura natomiast sprawia, że rodzi się w nas podejście krytyczne i otwieramy się na potencjał prawdziwego i głębokiego poznania.
Jaki jest więc ostateczny cel nauczania?
Wysiłkiem nauczyciela nie powinno być dostarczenie pełnego pakietu wiedzy ze stwierdzeniem: „proszę, z tym możesz żyć”. Nie potrafiłbym tego zrobić. Nauczyciel powinien raczej przekazać pasję dociekliwości i pozwolić uczniowi eksperymentować z własnym potencjałem. Kształcenie musi być bardzo otwarte, bo to szczególna forma dialogu. Nie jest to pakiet przekazywany studentowi przez wykładowcę, ale zestaw bodźców, punktów widzenia, ścieżek, które student sam musi odkrywać i rozwijać. Ja na przykład zawsze postrzegałem literaturę jako wielką możliwość poznania siebie poprzez słowo innych i mam nadzieję, że nasze studentki i nasi studenci będą w stanie wykorzystać oferowaną im wiedzę, nie myśląc jedynie o jej bezpośredniej użyteczności, aby wykraczać poza utarte schematy. Na tym polega piękno nauczania, nie na dominacji i nadmiernemu osaczaniu studenta, ale na pokazaniu mu możliwości rozwoju, które wykorzysta na własny sposób.














Fratelli Carli koncentruje się na wytwarzaniu oliwy z oliwek, ale stale rozwija też gamę swoich produktów o, związane z tradycją kuchni Ligurii, przetwory i inne śródziemnomorskie specjały, których bazą jest dobra oliwa z oliwek. Ponadto wytwarza wino i kosmetyki (te ostatnie oczywiście z dodatkiem oliwy z oliwek).
Warto podkreślić, że firma Fratelli Carli otworzyła w 1992 roku w Imperii muzeum oliwy z oliwek. Stworzono je w pięknej willi w stylu Liberty z lat 30. ubiegłego wieku usytuowanej obok najcenniejszego obiektu – drzewa oliwnego, które rośnie w tym miejscu od momentu założenia firmy. Wewnątrz budynku zebrano cenne przedmioty, rzadkie narzędzia pracy, artefakty ze stanowisk archeologicznych, dawne lampy olejowe, wierne rekonstrukcje starożytnych technik produkcji, butle, amfory i wszelkiego rodzaju pojemniki na oliwę z oliwek. Całą kolekcja podkreśla znaczenie oliwy z oliwek dla sztuki, kultury, ekonomii, rolnictwa oraz śródziemnomorskiej tradycji. Odwiedziny tego muzeum to fascynująca podróż w czasie i przestrzeni, gdzie zagłębiamy się w historię oliwy z oliwek, jej narodziny, kult, znaczenie we wszystkich najważniejszych kulturach krajów Morza Śródziemnego.
Przepis prosto z Ligurii

Wyprodukowana w 1930 roku i uwieczniona na plakacie reklamowym przez grafika Marcella Dudovicha, colomba Motta, nie odniosła takiego sukcesu jak Melegatti, imitowana później przez innych producentów.
W Ascoli Piceno, w regionie Marche, na Wielkanoc można zjeść pizzę serową, pikantną foccaccię z serem i jajkami. Dawniej do jej przygotowania używano czterdziestu jaj, po jednym na każdy dzień Wielkiego Postu, a ciasto pozostawiano do wyrośnięcia kilka dni wcześniej. W Rzymie również na wielkanocnych stołach króluje pikantna focaccia (ale bez sera), dobrze wyrośnięta i jedzona z wędlinami i jajkami na twardo. Z kolei ciasto wielkanocne z Neapolu to wspaniałe osiągnięcie cukiernictwa: „pastiera” – jedna z absolutnych doskonałości Włoch. W kształcie przypomina tartę, ale wypełniona jest serem ricotta i pszenicą gotowaną na mleku, aromatyzowanym cynamonem i wanilią. W Salerno do ciasta używa się ryżu zamiast pszenicy. Sukces tego wykwintnego smakołyku jest tak ogromny, że dziś pastierę można zjeść przez cały rok, nie tylko na Wielkanoc.

Republika genueńska, bo chyba tak powinniśmy mówić o historii tego regionu, w swoim złotym okresie porównywana była do potęgi weneckiej, ale o ile ta druga pozostała turystyczną perełką do dzisiaj, o tyle Genua nie pełni już takiego miana, choć atrakcji przecież nie brakuje. Republiką Genua była od X wieku do prawie końca XVIII, kiedy to dopiero Napoleon ostatecznie pogrzebał plany o niekończącej się niezależności. Choć Genua powołała swoich dożów, na podobieństwo Wenecji, to jednak los miasta leżał w prywatnych rękach sfer arystokratycznych i bogatego mieszczaństwa (można powiedzieć kupieckich). Prywata wzięła tutaj górę nad społeczną strukturą miasta. Nie wiem, czy do dzisiaj wisi przy jednym z placów gablota, w której zawieszony jest plakat informujący o „L’araldica dei genovesi”, który pokazuje kilkadziesiąt, spośród ponad trzech tysięcy, herbów arystokratycznych rodzin genueńskich. Warto dodać, że pod koniec XIII wieku Genua była najgęściej zaludnionym miastem Europy Zachodniej, morska i miejska potęga republiki rosła (o czym przez wieki świadczyła m. in. wznosząca się nad miastem do dzisiaj jedna z najwyższych i najstarszych morskich latarni), stając się zagrożeniem dla Pizy i Wenecji, następnie nie miała sobie równych. Rozwijał się handel, a doświadczeni żeglarze oferowali swoje usługi europejskich dworom – wśród nich Krzysztof Kolumb. Casa di Cristoforo Colombo mieści się przy Piazza Dante, blisko Piazza de Ferrari, w dzielnicy San Vincenzo, ale prawie na styku trzech centralnych dzielnic – obok Mole (gdzie znajduje się katedra i labirynt wąskich uliczek) oraz San Carignano. Domniemany dom Kolumba, dzisiaj muzeum pamiątek, po wielu przeróbkach i rekonstrukcjach jest odważną próbą dla naszej wyobraźni.
Jeśli chodzi o Genuę mam gonitwę myśli: van Dyck; kruche ciastko z czekoladą w cukierni, której wystrój i obsługa wyglądały jak za czasów podróży Iwaszkiewicza; foccacia robiona przez Michelę, u której mieszkaliśmy; alarm bombowy na via Garibaldi, gdzie spotykam Polkę w mundurze carabinieri, która mieszka już tutaj długo i z którą ucinam pogawędkę; malutkie place między budynkami taki jak ten przy Piazza San Matteo; wąskie uliczki, którymi nie należy chodzić; okolice portu; prostytutki; pchli targ ze starymi gazetami; pesto w podejrzanej knajpie, gdzie mam wrażenie ludzie czują się swobodniej niż w Rzymie; restauracja w centrum, gdzie nikt nie mówi po angielsku i zabiera gdzieś moją kartę płatniczą; wspaniały widok z Corso Solferino i wiele innych jeszcze rzeczy. Piszę to wszystko na bieżąco i uświadamiam sobie, że mogę wydobywać dalej wspomnienia jak Caproni w „Litanii”, która nie może się skończyć. Na koniec, wieczorem w okolicach Piazza Corvetto (gdzie zresztą jest wspomniana wcześniej cukiernia), rozbrzmiewa w uszach „Genova per noi” Paola Contego. Niech tak zostanie, choć nie zgadzam się z wersem „Genova, dicevo, è un’idea come un’altra” („Mówiłem – Genua, pomysł jak każdy inny”).
Wyrażasz swoje poglądy i życiową filozofię poprzez modę. Kiedy zdecydowałaś się na wyrażanie siebie właśnie za sprawą mody?
Jednym z twoich najbardziej innowacyjnych i zabawnych projektów jest z pewnością torba „Coccodrive”. Jak narodził się ten fascynujący pomysł?










Poświęćmy więc jeszcze chwilę Alitalii, firmie która od lat przeżywa nieustanne problemy. Lubię z nimi latać, mimo że jak wszyscy zaczęli oszczędzać na posiłkach, są mało punktualni, to jednak mam wielki szacunek za ich przywiązanie do detali. W 2015 ponownie W. Landor odświeżył logo firmy inspirując się autami sportowymi, a obecnie po raz trzynasty od 1950 roku zmieniają uniformy personelu. Dla Alitalii projektowali m.in. Florence Marzotto, Renato Balestra, Giorgio Armani, tym razem za całą kolekcją stoi słynna Alberta Ferretti. Nie wiem dlaczego tak szybko podjęto decyzję o tej zmianie, gdyż ubrania personelu zaproponowane przez Ettore Bilotta w 2016 były bardzo szykowne, świetne kolorystycznie, dostojne i eleganckie. Kolekcja była inspirowana latami 50/60-tymi XX w. kiedy stewardesy i piloci uchodzili za synonimy klasy, elegancji i wolności. Powróciły foulardy, rękawiczki, torebki i toczki na głowę, których kształt przypominał tarasowe zbocza Ligurii. Skórzane akcesoria pochodziły z Neapolu, buty z Marche, tkaniny z Toskanii. Były szef Ferrari Luca Cordero di Montezemolo piastując funkcję prezesa Alitalii [2014-17] przeforsował wprowadzenie jeszcze nigdy wcześniej nie używanego w tej firmie koloru – była to oczywiście czerwień, chociaż w odcieniu bordo. Wraz z odejściem Montezemolo, z tegorocznej kolekcji znikła również jego ukochana czerwień.
Lancia Stratos HF – Grupa 4 FIA
Wciągam powietrze i delektuje się nim przez dłuższą chwilę. Tutaj wszystko pachnie inaczej, włączając makaron wykonany przez lokalną „mammę”, z którym nie mógłby się równać żaden szef kuchni. I nie może być inaczej, bo przecież jesteśmy w Neapolu, pośrodku Quartieri Spagnoli, gdzie nic nie jest zwyczajne, a czas zatrzymał się już dawno temu. W miejscu, w którym cały czas czuć radość zwykłych ludzi, którzy, choć nie mają zbyt wiele, za nic w świecie nie dadzą tego po sobie poznać. W miejscu, w którym można kupić najtańsze, świeże warzywa, a wieczorem napić się wina przy jednym z chyboczących się stolików, wystawionych bezpośrednio na ulicy. Choć Quartieri Spagnoli nie przyciąga zbyt wielu turystów, wciąż jest pierwszym miejscem, do którego udaje się podczas neapolitańskich podróży.
Niektórzy miejscowi mówią, że nocą Quartieri Spagnoli staje się niebezpieczne i lepiej tam nie chodzić, jeśli jest się samotną kobietą. Straszą mnie licznymi kradzieżami i drobnymi porachunkami nastoletnich chłopców, o których nie chciałabym mieć pojęcia. Nagłówki gazet regularnie krzyczą o nocnych strzelaninach i o innych mało budujących wiadomościach. O wszystkim tym, czego nie chciałoby się doświadczyć na własnej skórze. Myślę że Neapolitańczycy często starają się odseparować swoje myśli i życie od tego, co dzieje się w Quartieri Spagnoli i naprawdę zagadkowym bywa dla nich fakt, że ktokolwiek może zapuszczać się tam o zmroku i to w dodatku z aparatem na szyi, dając tym samym jasno do zrozumienia, że nie jest tutejszy. W tych okolicach rzadko można spotkać turystów. Wszystko spowodowane jest nie tylko złą sławą hiszpańskiej dzielnicy, ale i faktem, że poruszając się po niej, de facto narusza się jakąś niewidzialną granicę, której przekroczenie daje wyraźny sygnał mieszkańcom okolicy. Nie jesteś stąd, w takim razie co tu robisz? Czasem wejście do Quartieri Spagnoli zdaje się przypominać przysłowiowe wchodzenie z butami w czyjeś życie. Pojawiasz się nagle i nie wiadomo czemu mącisz zastały rytm i spokój. To chyba właśnie tam, między wiekowymi domami i unoszącymi się zapachami domowego makaronu, najwięcej razy w swoim życiu zostałam spytana o to skąd jestem i czego tak naprawdę tutaj szukam. Starsze kobiety, spędzające popołudnia na niebudzących konstrukcyjnego zaufania balkonach, które godzinami wymieniają się zasłyszanymi i przekręconymi historiami, domowe gospodynie, które siedzą na plastikowych krzesłach przed wejściami do swoich domów, z psami skulonymi pod ich nogami, w poszukiwaniu choć odrobiny bezpieczeństwa i dziadkowie palący skręcane na kolanach papierosy. Oni wszyscy patrzą na ciebie i już wiesz, że pojawienie się intruza szybko wzbudzi nowe tematy do rozmów. Czasami wieczorem słychać jakieś dziwne wystrzały, być może to tylko odgłosy silników motocykli. Gdy nasłuchasz się tylu nieciekawych historii, naprawdę zaczynasz każdego posądzać o najgorsze, a to przecież nie tak powinno wyglądać.




Serie komiksowe Bonellego charakteryzował zawsze brak ciągłości porównywalnej do tej z komiksu amerykańskiego, pomijając kilka wyjątków, każdy numer „Texa” czy „Dylana Doga” zawiera zamkniętą opowieść, zazwyczaj pozbawioną odniesień do poprzednich odcinków. W ten sposób kolejność lektury poszczególnych numerów jest w dużej mierze dowolna, chociaż często zdarzają się opowieści, w których na przykład Dylan Dog spotyka wroga, z którym miał już do czynienia wiele numerów wcześniej. Natomiast w niektórych z nowszych serii autorzy od samego początku zdecydowali, że opowiedzą jedną, wielką historię, która w przypadku najpopularniejszych sag może się ciągnąć przez dziesiątki numerów. Wśród przykładów zacytować możemy „Dampyra”, stworzony w 2000 roku komiks na pograniczu horroru i akcji, lub niektóre miniserie, takie jak „Volto Nascosto” („Ukryte Oblicze”) i „Shanghai Devil” (opowieści osadzone na przełomie XIX i XX wieku, u zarania włoskiego kolonializmu, między Włochami a Afryką, a później również Azją) czy „Mercurio Loi”, którego fabuła rozgrywa się w Rzymie w pierwszej połowie XIX wieku. Nietypowy przypadek stanowi „Orfani” (czyli „Sieroty”), postapokaliptyczna saga stworzona przez scenarzystę Roberta Recchioniego, która podzielona jest na „sezony”, podobnie jak współczesne seriale telewizyjne. Każdy sezon „Orfani” skupia się – przynajmniej częściowo – na innych postaciach, kontynuując zarazem jedną, złożoną historię.
Oprócz wznowień starych i uwielbianych przez czytelników historii, Bonelli publikuje również specjalne, autorskie tomy poświęcone najbardziej znanym bohaterom wydawnictwa. Najsłynniejszym z tych dzieł jest chyba „La valle del terrore” („Dolina grozy”), znana również jako „Texone”: jest to licząca ponad 200 stron przygoda Texa Willera, narysowana przez jednego z największych mistrzów włoskiego komiksu, Magnusa (alias Roberto Raviola), który dokończył ją w 1996 roku na kilka dni przed śmiercią. Obecność wielu scenarzystów i rysowników, pracujących nad każdą z postaci, stanowi normę w przypadku serii Bonellego: ponieważ co miesiąc ukazuje się 90-stronicowy komiks, utrzymanie podobnego tempa pracy byłoby dla pisarzy i artystów niemożliwe. Tutaj również istnieją wyjątki: na przykład wszystkie numery „Volto Nascosto” i „Shanghai Devil” napisał Gianfranco Manfredi.
Mimo, że komiksy włoskiego wydawnictwa znane są głównie w jego rodzinnym kraju, nie brakuje tłumaczeń na inne języki. W Polsce w ciągu ostatniego dwudziestolecia ukazało się całkiem dużo przygód Dylana Doga, a wielu bohaterów Bonellego cieszy się pewną popularnością na przykład w Turcji. Wreszcie pod koniec 2019 roku firma Sergio Bonelli Editore ogłosiła rozpoczęcie współpracy z amerykańskim wydawnictwem DC Comics: wśród crossoverów obecnie w przygotowaniu można wspomnieć o takich tytułach, jak „Dylan Dog/Batman” czy „Zagor/Flash”.
Rozważania te można podsumować jednym, krótkim stwierdzeniem: „Dbajcie o jakość składników i uważajcie na procesy, którym podlegają. Koniec końców staną się one częścią Was”. Co to oznacza? Przede wszystkim, dobrymi przekąskami nie są batonik czy drożdżówka, a przynajmniej nie te wysokoprzetworzone, pochodzące ze sklepowej półki. Są one szybkie, wygodne i gotowe do zjedzenia, ale także pełne pustych kalorii i ubogie w składniki odżywcze. W konsekwencji głód zamiast się zmniejszyć, niechybnie się nasila, co niesie ze sobą ryzyko przekroczenia zapotrzebowania kalorycznego, a także niedostarczenia wystarczającej liczby składników odżywczych. Oto co na ten temat uważa doktor Da Ros: „Otyłość może wiązać się ze złym odżywianiem, prowadzi do niej spożywanie wysokoprzetworzonych produktów. Pochłania się tony śmieciowego jedzenia, pełnego cukru, pozbawionego błonnika i napompowanego uzależniającymi tłuszczami trans, a jednocześnie ubogiego w składniki odżywcze, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania komórek ciała. Nie wspominając już o tym, że dzieci mają prawo wiedzieć, jak smakuje prawdziwe pożywienie”.
Kiedy odczuwamy ochotę na coś słodkiego, warto sięgnąć po gorzką czekoladę. Zwiększajcie stopniowo procentową zawartość kakao – 70%, 85%… Na sklepowych półkach znajdziemy produkty o zawartości kakao sięgającej aż do 99%! Im mniej cukru, tym lepiej! Czekolada połączona z owocami lub drobno pokruszona z jogurtem jest doskonałym rozwiązaniem, również po treningu. Zawsze wybierajcie jogurt naturalny, niesłodzony. Jogurty owocowe zawierają aż do 15gr cukru na 100gr produktu, co odpowiada aż trzem saszetkom cukru w opakowaniu!
Przykłady przekąsek? Świeże lub suszone owoce, keks, chleb z dżemem. Ewentualnie jogurt naturalny ze świeżymi owocami (lub z musem owocowym) oraz niesłodzone płatki śniadaniowe, kukurydziane lub owsiane. Doskonałym smakołykiem może być też kromka chleba z kremem z gorzkiej czekolady! A dlaczego by nie spróbować kasztanów? Należy je piec przez pół godziny w 200 stopniach, można też przygotować ich więcej, a następnie przechowywać w lodówce. A może mus owocowy, dziś popularnie nazywany smoothie: wybierzcie płynną bazę (wodę, jogurt, mleko roślinne) i dodajcie do niej świeże owoce, kilka migdałów, trochę gorzkiej czekolady, ewentualnie dorzućcie jeden lub dwa daktyle, aby dosłodzić smoothie, możecie także dodać przyprawy w proszku, takie jak kakao, cynamon czy imbir.