Współczesny urok maski

0
84

tłumaczenie pl: Joanna Kagan

Padowańczyk, związany z teatrem od 1993 r., Andrea Pennacchi jest autorem i reżyserem teatralnym dzieł takich jak: „Eroi”, „Mio padre – appunti sulla guerra civile” czy „Una Piccola Odissea”. Współpracował przy tworzeniu seriali „Petra” dla Sky i „Tutto chiede salvezza” dla Netflix (za który otrzymał Nastro d’Argento), znamy go z ról w filmach: „Io sono Li” i „Welcome Venice”, obydwa w reżyserii Andrea Segre, „La sedia della felicità” Carlo Mazzacuratiego i „Suburra” Stefano Sollimy

W 2018 roku zagrał w  słynnym już monologu „T ,his is Racism – Ciao terroni”, dzięki któremu został zaproszony jako stały gość w Propaganda Live (La7) i zdobył szeroką publiczność dzięki swojej ostrej ironii. Opublikował książki „Pojana e i suoi fratelli”, „La guerra dei Bepi”, “La storia infinita del Pojanistan” (People, 2020 i 2021), i ostatnio “Shakespeare and me” (People, 2022).

Ceniony aktor i autor (znany na arenie międzynarodowej), rozbrajająco szczery, Pennacchi jest obecnie jedną z najbardziej cenionych osobowości włoskiego teatru i kina, dodaje również odrobinę inteligencji programom telewizyjnym.

Andrea, w jaki sposób włoski teatr wpisuje się w scenę europejską?

Widzę dużą wymianę na poziomie edukacji. Istnieją bardzo dobre inicjatywy europejskie, które prowadzą do interesujących relacji, zwłaszcza z Europą Wschodnią. Mniej rozwijają się natomiast wspólne projekty badawcze i innowacyjne w teatrze, ale ogromnym powodzeniem cieszy się zagranicą Commedia dell’arte i umiejętności cyrkowe, chociaż tych ostatnich to my uczymy się od innych krajów, które mają dłuższą tradycję w tej dziedzinie. Commedia natomiast jest dziedzictwem, które my oferujemy światu, praca nad maskami, nawet w ich najbardziej intelektualnym czy filologicznym wyrazie, stanowi interesujący eksperyment. Jest to jednocześnie teatr bardzo archaiczny i bardzo popowy. A praca nad Commedia dell’arte jest fascynująca, ponieważ przedstawienie musi dziać się tu i teraz. Dlatego – wracając do edukacji – jest wielu młodych Europejczyków, którzy przyjeżdżają do Włoch specjalnie po to, by uczyć się tego, co jest naszą specjalnością.

Jak w takim razie stworzyć współczesną maskę?

Z mojego doświadczenia wynika, że maska jest czymś, co rodzi się w tobie. Oczywiście nie mówimy tu o Pantalonie, Arlekinie i innych tradycyjnych maskach, których musisz się nauczyć, żeby zbudować swój aktorski profesjonalizm.

Mówimy natomiast o „maskach” takich jak Fantozzi lub twój Pojana… ?

Dokładnie. Fantozzi (mówiąc o najsłynniejszej współczesnej masce) to postać, którą stworzył sam aktor, dopiero po pewnym czasie zdaliśmy sobie sprawę, że ten zabawny księgowy miał w rzeczywistości większą głębię niż miałaby parodia czy żart kabaretowy. Ta maska jest wyrazem społeczeństwa i ujawnia jego ciemne strony. Nagle zdajesz sobie sprawę, że masz maskę, która działa. To samo stało się z Pojaną. Franco Ford zwany Pojana powstał w 2014 roku. To bogaty panicz z mojej adaptacji „Wesołych kumoszek z Windsoru” osadzonej w Wenecji Euganejskiej, ze wszystkimi jej obsesjami: bronią, pieniędzmi, podatkami, murzynami. Przełomem była propozycja z programu Propaganda Live, który zaproponował zrobienie spektaklu w telewizji. Od tamtego czasu postać nadal ewoluuje, dostosowując się do teraźniejszości, która nie zawodzi w tragikomicznych wskazówkach.

Gdzie szukać korzeni masek?

Jeśli chcemy znaleźć wspólny ślad w tradycji masek, trzeba wrócić do świętych dramatów sprzed kontrreformacji, w których diabły na scenie nosiły duże maski demonów, rozśmieszając i strasząc, wygłaszając jednocześnie wielkie prawdy. Ludzie ich słuchali i była to „kreatywna” część kultu. To samo dzieje się teraz: od czasu do czasu pojawiają się maski, nawet w telewizji, które nie są parodią stworzoną do rozśmieszania ludzi czy powierzchowną postacią, ale mówią ci: „Mówię też o tobie”. Jako artysta, za pomocą moich masek, pokazuję, jakie problemy istnieją w naszym społeczeństwie i śmieję się z nich w nadziei, że ktoś te problemy rozwiąże…

Powiedziałeś, że Pojana jest demonem niższej rangi, nie jest ani potężny ani nikczemny, ale ma swoją godność. Co masz na myśli?

Kiedy nazywam go demonem, mam na myśli, że nie jest zwykłym człowiekiem, jakich wielu. Ma własną wielkość, własną kosmologię i własną filozofię. Ale jest jednym z tych małych demonów, który jest ogromnie zainteresowany wydostaniem się z piekła, życiem najlepiej jak się da i nakłanianiem ludzi, aby mieli więcej energii. Naprawdę interesuje go los ludzkości, nawet jeśli w negatywny sposób. Dotyczy to również Pojany: nie jest zły, ale jest zamknięty w swoim świecie. To wcale nie umniejsza jego znaczenia, ale czyni go więźniem własnych stereotypów. Prawdopodobnie, gdyby był wolny, miałby większą moc.

Pennacchi w Europie. Jaki był i jaki jest dziś twój związek z tą wielką wspólnotą, w której żyjemy?

Czuję się Europejczykiem. Tak bardzo, że na przykład tęsknię za Wielką Brytanią i żałuję, że opuściła UE, bo to jest trochę tak jak z kuzynami, którzy cię denerwują, ale potem za nimi tęsknisz. Dla mnie silna i zjednoczona Europa, także kulturowo, to mógłby być element zbawienia świata. Na poziomie kulturowym Unia jest nieskończonym bogactwem, ponieważ każdy kraj ma coś wyraźnie europejskiego, ale z charakterystycznymi elementami, które sprawiają, że jest wyjątkowy, podobnie jak teatr czy jedzenie. Wszyscy mają coś do zaoferowania, a ja czerpałem z tego całego bogactwa, dlatego chciałbym znowu podróżować po starym kontynencie, tak jak robiłem to, gdy byłem młodszy. Pasjonuję się literaturą i słowem z każdego kraju i tradycji. Miałem szczęście mieszkać przez jakiś czas w Pradze i poznać autorów ze wschodniej części Europy.

Masz doświadczenia lub związki z Polską?

Tak naprawdę nie mam żadnych konkretnych doświadczeń, nigdy tam nie byłem. Mam bardzo drogiego przyjaciela z dzieciństwa, który obecnie mieszka i pracuje w Krakowie; od czasu do czasu wysyła mi bardzo piękne zdjęcia i mam nadzieję, że prędzej czy później uda mi się z nim spotkać.

Mówiąc o Polsce i edukacji teatralnej nie możemy nie wspomnieć o Jerzym Grotowskim…

Oczywiście, ale w latach, kiedy Grotowski był u szczytu swojej kariery, byłem nastolatkiem. Miałem za to szczęście zostać zaproszonym do jego Workcenter w Pontederze i tam zobaczyłem jedną z najbardziej wyrafinowanych i wzruszających rzeczy, jakich doświadczyłem w życiu. Tyle, że to nie był teatr, bo eksperymenty ostatniej fazy twórczości Grotowskiego zbliżone były raczej do kultu. Proces twórczy przypominał bardziej świat derwiszów, zbliżając się do formy mistycznej, niemal religijnej kontemplacji, ale całkowicie stracił wymiar teatralny, to znaczy nie był już skierowany do publiczności. Jednak było to dla mnie bardzo ważne doświadczenie, ponieważ zdałem sobie sprawę, że teatr może mieć również taką głębię i za to jestem bardzo wdzięczny Grotowskiemu. Pracując w teatrze uczysz się, że masz do czynienia z biletami, liczbą widzów i biurokracją, ale teatr nie może nie mieć związku z duchem, z duszą, w przeciwnym razie staje się tylko kwestią wypowiedzianą na scenie. Teatr jest rzeczą świętą i tego nigdy nie zapomnę.

Jak twoja praca nad Szekspirem wpisuje się w ten scenariusz?

Dla mnie Szekspir, nad którym obecnie pracuję, stanowi wielkie spoiwo Europy. Podczas swojej kariery był świadkiem najważniejszych wydarzeń dla starego kontynentu w XVII wieku, czerpał z ruchów artystycznych oraz nauk wielkich myślicieli i wprowadził je do swoich tekstów. Znajdziemy u niego wątki, które wciąż poruszają ten kontynent i tak naprawdę moim marzeniem byłoby zrobić sztukę opartą na Szekspirze i zabrać ją do Europy… na przykład do Polski. (śmiech)

Ale wszystko zaczęło się od Homera…

Bez Homera nie ma Szekspira i Europy. Jestem o tym przekonany, nie mówię tego z przyzwyczajenia. Przez wieki podstawowym programem nauczania wszystkich intelektualistów były poematy homeryckie. Jest też Eneida (która jest swego rodzaju streszczeniem…), ale w końcu wszystko wraca do Iliady i Odysei.