Leszek Kazana: Włochy – historia życia

0
537

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

W 1975 roku, kiedy w Warszawie jest organizowana retrospektywa filmów Michelangelo Antonioniego, Leszek Kazana jest licealistą zakochanym w Italii, kibicem Legii i AC Milan i miłośnikiem historii antycznej. Przepada za kinem. Dowiaduje się, że mógłby tłumaczyć ikonę historii kina włoskiego. 

Leszek Kazana: Na szczęście telefon odebrał mój tata! Mama powiedziałaby, że chodzę do szkoły. Spotkanie z Antonionim było niezapomnianym przeżyciem. Pierwszego dnia byłem ogromnie onieśmielony, co reżyser od razu zrozumiał. „Bardzo mnie podziwiasz, prawda?”. „Tak”. „Rozumiem, ale teraz tłumacz!” Wkrótce poczułem się tak raźnie, że zapytałem jak można zostawić Monikę Vitti „Nie twoja sprawa”. Innych zgrzytów nie było. Pisano o nim, że jest lodowaty. Nic podobnego. Zauważył, że jest mi przykro z powodu jego wyjazdu. Nie ukrywam, że się wzruszyłem. Antonioni podarował mi krawat: „Zawiąż go czasem”.

Monica Vitti i Michelangelo Antonioni

Cofnijmy się trochę w czasie. W jaki sposób Włochy stały się częścią twojego życia?

Właśnie miałem pójść do szkoły, gdy mój tata objął stanowisko w pięknej Ambasadzie Polski przy via Rubens w rzymskiej dzielnicy Parioli. W Wiecznym Mieście mieszkaliśmy od 1965 do 1969 roku. Przez 4 lata uczęszczałem do szkoły podstawowej, którą ukończyłem, bo ostatniego roku zrobiłem jednocześnie czwartą i piątą klasę. Zawsze będę pamiętał wspaniałego nauczyciela pana Arduina Cappelloni, poliglotę, zapalonego historyka, z wykształcenia prawnika. Zawdzięczam mu najwspanialsze szkolne wspomnienia.

Dlaczego polski chłopiec, który uwielbia piłkę nożną po przeprowadzce do Rzymu kibicuje drużynie AC Milan?

Dopiero co przyjechaliśmy do Rzymu. Nie mieliśmy jeszcze telewizji. Kiedy nasi sąsiedzi Roberto i Marisa Mignani, którzy zostali na zawsze naszymi najlepszymi przyjaciółmi, otworzyli drzwi, usłyszałem charakterystyczny głos sprawozdawcy piłkarskiego. Bez wahania wszedłem do cudzego mieszkania i usiadłem przed telewizorem. Nie mówiłem po włosku, ale udało mi się zapytać, jak się nazywa zawodnik z numerem 10. „Gianni Rivera” odpowiedział Roberto. To była miłość od pierwszego wejrzenia – do Rivery i jego Milanu. To był zły sezon: trenowany przez Silvestriego Milan skończył rozgrywki na dalekim miejscu. Potem wrócił trener Nereo Rocco i mogłem się cieszyć Pucharem Zdobywców Pucharów, mistrzostwem Włoch i Pucharem Krajowych Mistrzów Europy (1969) po finałowym zwycięstwie 4-1 nad Ajaxem Amsterdam młodego Johana Cuijffa. Głównym sprawozdawcą piłkarskim był wtedy w telewizji Nicolò Carosio, który przez 30 lat pracował wcześniej dla radia. Zdarzało mu się krzyczeć: „prawie gol”, gdy piłka przelatywała dwa piętra nad bramką. Zachwycał się też „pociskami Rivery”, co było oksymoronem gdyż wielki Rivera nie miał mocnego strzału. 

To były czasy, kiedy reprezentacja polski rozgrzewała się przed późniejszymi sukcesami?

Polsce nie udało zakwalifikować się do Mistrzostw Świata w 1970 roku, które Włochy powinny były wygrać, ale przegrały w finale, prawdopodobnie dlatego, że Valcareggi, wspaniały skądinąd trener, nie potrafił pogodzić Rivery z Mazzolą. W 1972 roku Polska wygrała Olimpiadę, która była tak naprawdę Mistrzostwami Świata państw socjalistycznych. Dwa lata później na Mistrzostwach Świata Polska wyeliminowała Włochy. Valcareggi jechał do Niemiec po zwycięstwo, ale wielcy włoscy mistrzowie byli już leciwi. My zajęliśmy trzecie miejsce. Jestem przekonany, że z Włodkiem Lubańskim (przepadałem za nim jak za Riverą) zwyciężylibyśmy. 

W 1969 roku wracacie do Warszawy. Dalej uczysz się włoskiego?

Na pierwszym miejscu była historia świata antycznego. Uważałem po staremu, że głównym zagadnieniem historii jest władza, poszedłem więc na prawo. Moim promotorem był wybitny starożytnik i historyk prawa prof. Henryk Kupiszewski. Na studia podyplomowe wróciłem do Rzymu. Zanim do tego doszło, żyłem w Warszawie Polską i Włochami. Pamiętam, z jaką niecierpliwością czekałem na włoskie gazety. Niedziele spędzałem u dziadków w Górze Kalwarii, gdzie odbiór fal średnich był lepszy niż w Warszawie. Nieopodal ruin Czerska słuchałem Ciottiego, Ameriego i innych sprawozdawców „Tutto il calcio minuto per minuto” („Piłki od pierwszej do ostatniej minuty”). Brakowało mi Włoch. Po siedmiu latach spędziłem w nich miesiąc dzięki stypendium Włoskiego Instytutu Kultury. Zdałem sobie sprawę, że znam kino światowe nie gorzej od włoskich kinomanów w moim wieku. W latach siedemdziesiątych filmy zza żelaznej kurtyny nieraz docierały do nas z dużym opóźnieniem, ale znacznie częściej, niż się dzisiaj wydaje. Dotyczyło to również filmów włoskich.  Jak na ironię „Głos księżyca” to jedyny film Felliniego, który nie wszedł na nasze ekrany, bo po upadku komunizmu prywatni dystrybutorzy nie kupili licencji. 

Po powrocie ze studiów w Rzymie zacząłeś uczyć?

To były burzliwe czasy. Skończyły się bardzo szczęśliwie. W połowie lat dziewięćdziesiątych byłem referentem ds. włoskich w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Następnie zostałem nauczycielem włoskiego i historii i wróciłem do tłumaczeń.

Poznałeś wielu przedstawicieli Włoch w Polsce. Kogo wspominasz najlepiej?

Pierwszym poznanym ambasadorem był w połowie lat siedemdziesiątych Mario Mondello.  Poznałem też wszystkich jego następców i dyrektorów Włoskiego Instytutu Kultury, w tym Teresę Triscari Ilardo, Pier Angela Cappello, Giulia Molisaniego, Paolę Ciccolellę, Roberta Cincottę. Wszystkich wspominam najlepiej, a wśród ambasadorów szczególnie Lukę Daniele Biolato. Pierwszy raz przyjechał do Warszawy jako młody sekretarz ambasady. Gdy po wielu latach go zapytano, gdzie chciałby zakończyć karierę, wybrał Pałac Szlenkierów w Warszawie. Zawdzięczamy mu szczęśliwy wybór i zakup siedziby Włoskiego Instytutu Kultury przy ulicy Marszałkowskiej. Spoczywa na warszawskich Powązkach. Powiedział mi kiedyś, że nawet mądrym Włochom zdarza się przyjeżdżać do Polski z żalem, że nie wysłano ich gdzie indziej, ale tylko głupi po wyjeździe nie tęsknią za Polską. Podczas wykładów w Genui Pietro Marchesani, kongenialny tłumacz Wisławy Szymborskiej czasem się zamyślał. Potem przepraszał: „Wybaczcie, ale miałem wrażenie, że jestem w Krakowie albo w Warszawie”.

Włochy-Polska w twoim przypadku to Rzym-Warszawa?

Nie ukrywam, że tylko w tych dwóch miastach czuję się jak w domu. Jeśli jestem w Bolonii lub w Krakowie, w Wenecji czy we Wrocławiu, czuję się dobrze, ale jestem nie u siebie. W Warszawie uwielbiam energię i ofertę kulturalną, która jest znacznie większa niż w wielu innych stolicach europejskich. Poza tym jest piękna, pełna zieleni i ma najwspanialszy park miejski w Europie: Łazienki Królewskie. 

A gdybym Cię zapytał o włoskich pisarzy i reżyserów?

Zabieram na wakacje „Rzemiosło życia” Pavesego i „Rycerza i śmierć” Leonarda Sciascii. O Antonionim mówiliśmy, z filmów Felliniego, najbardziej lubię „Rzym”, „Amarcord” i „Osiem i pół”. Wciąż oglądam Viscontiego i Monicellego, dzięki któremu Monika Vitti przestała być aktorką jednego charakteru.  Uwielbiam kino polityczne, a zatem Francesco Rosiego. Muzyka to przede wszystkim Paolo Conte, którego znów chciałbym słuchać w Polsce, i Gianmaria Testa, którego w 2007 roku Pier Angelo Cappello zaprosił do Warszawy.

A polscy artyści?

Kino to szkoła polska: Wajda, Munk, Kawalerowicz, Roman Polański od „Noża w wodzie” do ostatniego filmu o sprawie Dreyfusa, który już widziałem trzy razy, moralitety Krzysztofa Zanussiego: „Góry o zmierzchu”, „Struktura kryształu”. A z młodszych – Paweł Pawlikowski. A z pisarzy – Jarosław Iwaszkiewicz i jego olśniewające wiersze i opowiadania. Większość nieco pogodniejszych opowiadań Iwaszkiewicz napisał na Sycylii i w Rzymie albo w Sandomierzu, najbardziej włoskim z mniejszych polskich miast. Zamość jest klasą dla siebie.

Włochy i Polskę łączy odwieczna i głęboka więź, która dzisiaj powinna być trochę wzmocniona?

W 1945 roku, po sześciu latach tragedii i destrukcji, wielki Jan Parandowski, autor między innymi „Mitologii”, która wciąż należy do polskich lektur szkolnych, został poproszony przez Katolicki Uniwersytet Lubelski o roczny wykład. Wybór tematu należał do niego. Wybrał Petrarkę. Twierdził, że – kulturalnie – Polska leży nad Morzem Śródziemnym. Dużo wiemy o Włochach na dworze Zygmunta Starego, nieco mniej o włoskich artystach ponad dwieście lat później na dworze Stanisława Augusta. Król rozmawiał z nimi po włosku i po wenecku, bo kilku z nich przybyło do nas z Najjaśniejszej Republiki. Aż nie chce się wierzyć, że król Poniatowski nigdy nie był we Włoszech. Wspomnijmy jeszcze o Padwie, włoskim uniwersytecie tylu wybitnych Polaków w tym Kopernika, który studiował również w Bolonii i Ferrarze, z której przywiózł doktorat z prawa kanonicznego. Polska wiele wzięła od Włochów i wiele im dała. Bez polskiej kultury Europa byłaby ułomna: bez muzyki Chopina i Pendereckiego, teatru Kantora i Grotowskiego, wielkiego kina i literatury. Spytajcie włoskiego księgarza, czy sprzedaje wiersze: „Owszem, Szymborską. I lektury szkolne”. Historyczne relacje, nieprzerwane i owocne, między moimi dwoma ukochanymi krajami, to rama kulturowa, do której należę. Kiedy pytają mnie, czy Włochy to wybór odpowiadam, że to mógłby być wybór, ale w moim przypadku to raczej historia życia.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

 

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski