foto: Anna Białkowska
Wyruszając na Sycylię samochodem, nie można być pewnym czy się tam w ogóle dotrze i nie wiadomo nawet, czy z takich wakacji się wróci. Poznajcie historię podróży pełnej niespodzianek – od awarii samochodu w Niemczech, przez szereg spontanicznych decyzji, prowadzenie swojego biznesu online i pracę na włoskich eko-farmach. Będzie o odwadze i dążeniu do wolności, wsparciu rodziny i przyjaciół, a także odkrywaniu piękna prostego życia na włoskiej wsi. Anna Ewa podzieliła się z nami swoimi doświadczeniami z wwoofingu i marzeniami o wspólnym miejscu dla digital nomadów. Jej historia inspiruje do wyjścia poza rutynę i czerpania radości z życia „z dnia na dzień”.
Wyjechałaś na wakacje… i nie wróciłaś! Czy tak powinniśmy rozpocząć ten wywiad?
Dokładnie tak! W ubiegłym roku pod koniec czerwca postanowiłam pojechać swoim samochodem na Sycylię i z powrotem. Miałam kilkanaście tysięcy złotych oszczędności, solidnie spakowałam samochód, planując spanie na kempingach i obiecałam wrócić we wrześniu. Uprzedziłam swoich klientów, że będę w najbliższych tygodniach pracować dla nich zdalnie i wyruszyłam w stronę Niemiec… bez planu. Ahoj, przygodo!
Co zatem poszło „nie tak”?
Może ciężko w to uwierzyć, ale już w pierwszym tygodniu mojej podróży pojawiły się problemy z samochodem!. Jak możesz się domyślić, batalia z autoryzowanym niemieckim serwisem trwała wiele tygodni, a ja zostałam zmuszona do koczowania na kempingu. Już wtedy poczułam jak ważny jest dostęp do WiFi – przez półtora miesiąca na sam roaming wydałam prawie 1000 zł! To były ciężkie tygodnie, w których zmagałam się z rozczarowaniem i utratą motywacji. Jednak, kiedy auto było gotowe do dalszej drogi, czyli w połowie sierpnia, postanowiłam, że nie odpuszczę i ruszyłam dalej bez konkretnego planu na powrót.
Co z mieszkaniem, rodziną, przyjaciółmi oraz klientami? Jak zareagowali?
Już w lipcu, obawiając się o koszty jak i przedłużającą się podróż, wypowiedziałam wynajem mieszkania w Warszawie. Wszystkie rzeczy spakował do magazynu mój brat. Można powiedzieć, że był to pierwszy krok do życia w podróży i zostania prawdziwą Digital Nomadką! Od tego czasu poczułam lekkość w wolności i nawet zaczęłam czuć się całkiem komfortowo, mając tylko to, co mieści się w moim samochodzie. Ogromnie podziwiam osoby, które podróżują jedynie z plecakiem – ja zdecydowanie nie jestem jeszcze na tym etapie.
Najbardziej bałam się powiedzieć o tym pomyśle mojemu tacie, ale kiedy zobaczył, jak bardzo jestem szczęśliwa poza miastem, bez planu i w zgodzie ze sobą – stał się dla mnie ogromnym wsparciem. A moi przyjaciele? Zawsze wiedzieli, że ciężko mi usiedzieć na miejscu! Wielu z nich pisało, że jestem odważna i śledziło moje przygody na Instagramie. Jesteśmy w ciągłym kontakcie. Jeśli zaś chodzi o pracę – z niektórymi klientami pracuję do dziś bez zmian i odwiedzam, gdy jestem w Warszawie. Myślę, że najtrudniejsze nie było dla mnie mierzenie się z oczekiwaniami innych, ale z własnymi lękami, samotnością oraz odpowiedzią na pytanie: „Co ja w ogóle wyprawiam ze swoim życiem?”
Skąd zatem, na początku swojej podróży, czerpałaś największą motywację?
W tamtym czasie byłam ambasadorką programu Google – Umiejętności Jutra. Organizowane ze mną live’y oglądało kilka tysięcy młodych osób! Oczywiście poza wsparciem rodziny i przyjaciół, to właśnie te „niedzielne kawki” najmocniej mnie motywowały. W krótkim czasie na moim instagramie (glinda.molinda) pojawiły się młode osoby, które zainspirowały się moją historią – chciały uczyć się marketingu internetowego i zdobyć szansę na podobne życie i przygody. U mnie kluczowym czynnikiem było to, że chociaż studiowałam geografię, to przez kilkanaście lat pracowałam w marketingu i miałam już kompetencje, które pozwoliły mi prowadzić swój biznes nawet z zagranicy.
Latem mieszkałaś w namiocie, później znalazłaś bnb już we Włoszech. Ale to nie wszystko?
Dokładnie! Po przyjeździe do Włoch, trafiłam w miejsce zapomniane przez turystów – na malownicze wzgórza Val Tidone w okolicach Piacenzy. Przygód miałam tu co niemiara i jest to bez wątpienia materiał na książkę w stylu „Jedz, módl się i kochaj!”. W antycznym, kamiennym bnb zostałam do końca roku, a następnie ruszyłam w dalszą drogę – do Trentino i w góry Lessini – za każdym razem wybierając bardzo tanie pokoje w nietypowych bnb (350-450€ miesięcznie). Zimą zaczęłam wspominać dobre czasy w Val Tidone, kiedy to pomagałam poznanej tam włoskiej rodzinie w zbiorach winogron. Również w tym czasie, jednym z moich nowych klientów, było małżeństwo prowadzące gospodarstwo permakulturowe i uczące budowania wspólnot. Wszystkie te tematy rezonowały ze mną coraz mocniej. Chciałam spędzać dni w naturze, więcej się ruszać i uczyć nowych umiejętności, ale jednocześnie mieć czas na prowadzenie własnego biznesu. Wtedy postanowiłam zostać wwooferką!
W kilku słowach, na czym polega takie zajęcie i jakie trzeba mieć predyspozycje do wykonywania go?
Najprościej można to opisać jako eko-wolontariat. W zamian za 4-5 h pracy dziennie na farmach, otrzymujemy nocleg i wyżywienie. Wszystkie włoskie eko-gospodarstwa można przeglądać na platformie wwoof.it – wystarczy zgłosić się w wybranym przez siebie terminie i ustalić szczegóły. Do tej pory odbyłam cztery kilkutygodniowe wolontariaty. Zbierałam lawendę, karmiłam kozy, rozsadzałam sałatę, podwiązywałam pomidory, sadziłam nową winnicę, zmywałam naczynia w restauracji, pieliłam grządki, podlewałam kwiaty, robiłam kremy do ciała, nalewki z wiśni i dżemy z porzeczek, ale także sprzątałam, gotowałam i gdzie tylko mogłam – piekłam „polski chleb” i robiłam pierogi! Farmie oddawałam poranki, a „na swoim” pracowałam najczęściej popołudniami i wieczorami. Przyznam, że nie jest to sielanka, zwłaszcza na dłuższą metę. Traktuję to również jako wyboistą i czasem trudną, ale najlepszą i najszybszą drogę do samopoznania.
Co jest najbardziej wyjątkową rzeczą, jaką odkryłaś we Włoszech?
Dla mnie najważniejsze było zawsze poznanie tego „prawdziwego” włoskiego życia. Rzadko zaglądam do dużych miast i świadomie unikam atrakcji turystycznych. Byłam w Mediolanie, Wenecji, Weronie, Genui i Bolonii, ale to właśnie włoska wieś i maleńkie miasteczka skradły moje serce. Wciąż nie mogę się nasycić północnymi Włochami! Dopiero w październiku odwiedzę Umbrię jako wwooferka zbierająca oliwki! Na moim instagramie pokazuję piękno przyrody, oczywiście włoskie, lokalne jedzenie i codzienne piękne widoki, takie jak wschody słońca, stare budynki, małe sklepiki czy koty. Wbrew temu, co myślą nieraz moi znajomi nie czuję się, jakbym była na permanentnych wakacjach, wręcz przeciwnie. Staram się skupiać na przyjemnościach prostego życia i dostrzegać te wszystkie momenty, które układają się w kolorową i autentyczną opowieść. Każdego dnia z wdzięcznością, ale nie bez zmartwień.
Jakieś rady dla początkujących Digital Nomadów?
Warto być realistą. Nie każdy Digital Nomad pracuje z hamaka. Pomyślcie sami: trzeba mieć gdzie podłączyć ładowarkę, a kiedy pracujesz kilka godzin musisz mieć stół czy krzesło. Ważny jest też cień, żeby było widać cokolwiek na ekranie i cisza – na jednej z farm pracowałam przy stole w restauracji, a tuż przed moim callem, kiedy ustawiłam już kadr i wszystko podłączyłam, syn gospodarza z kolegami zaczęli grać na bębnach. Kluczowy jest oczywiście internet. Do tej pory bazowałam więc na miejscach, które posiadają dostęp do Internetu lub korzystałam z roamingu. Warto mieć na uwadze, że dla Włochów dostęp do Internetu niekoniecznie wiąże się z bardzo dobrą prędkością i stałością połączenia.
Jaki wyznaczyłaś sobie cel na najbliższe miesiące? Chciałabyś zostać na stałe we Włoszech?
Nieustannie rozglądam się za ciekawymi projektami z pogranicza budowania społeczności, eko-rolnictwa oraz turystyki. W ostatnim czasie napisałam nawet do WWOOF Italy, proponując im swoje doradztwo w zakresie marketingu i promocji skierowanej do osób z zagranicy. Z drugiej strony kusi mnie, aby sprawdzić jak działa wwoofing w Irlandii, Szkocji czy Norwegii. Chciałabym współuczestniczyć w budowaniu co-workingu i co-livingu w północnych Włoszech. Gdzieś w górach, niedaleko większego miasta, w starym kamiennym domu, z ogrodem warzywnym, wielką kuchnią, zacienionym podwórzem, skromnymi pokojami i oczywiście dobrym internetem.






















U podstaw projektu wystawy (której kuratorami są Leonardo Regano i Alex Urso) leży bowiem idea podróżowania: koncepcja złożona i wieloaspektowa, dedykowana Italo Calvino w setną rocznicę urodzin. Już sam tytuł wystawy nawiązuje do Qfwfq, bohatera
Tak jest w przypadku
Natomiast seria rysunków
Wystawa obejmuje również serię czarno-białych fotografii 
To historia, która na pierwszy rzut oka dotyczy tylko “świata roślin”, ale przypomina również inną pandemię, która po niedługim czasie dotknęła “świat ludzi”. Opis tej katastrofy ekologicznej był jednak często fragmentaryczny i niejasny. Zwłaszcza dla mnie, ponieważ już tam nie mieszkam. Informacje przychodziły, ale wyjaśnienia nie. Jedyną jasną rzeczą było obserwowanie postępującego wysuszenia drzew oliwnych w kierunku przeciwnym niż moja droga do domu. Pola, które niegdyś były zielone, stopniowo stawały się czarne, od Salento aż do prowincji Bari. Aby lepiej zrozumieć jak to możliwe, że tak długowieczne drzewo szybko znika, przeczytałem książkę „La morte dei Giganti” dziennikarza z Salento Stefano Martelli. Ale zacznijmy od początku. Chronologia zdarzeń będzie jaśniejsza, jeśli najpierw zrobimy krok wstecz.
Jest lato 2013 roku i na wsiach w Salento rolnicy i przedsiębiorcy rolni od kilku miesięcy z niepokojem obserwują coś niezwykłego i nigdy wcześniej nie widzianego: drzewa oliwne wysychają w imponującym tempie. Liście gigantycznych rzeźb z drewna nagle stają się brązowe i więdną. W krótkim czasie pień wysycha, a drzewa umierają. Tymczasem w siedzibie Instytutu Krajowej Rady ds. Badań Naukowych w Bari niektórzy badacze, pod kierownictwem dyrektora Donato Boscia, analizują gałęzie wysuszonych drzew oliwnych. Diagnoza molekularna wykazuje obecność patogenu do poddania kwarantannie: Xylella Fastidiosa; wszystko to jest bardzo dziwne, ponieważ ten typ bakterii nigdy nie wpłynął na drzewo oliwne. Naukowcy uważają, że to błąd i powtarzają analizę, jednak wynik pozostaje ten sam. Xylella to bakteria, która atakuje ksylemy drzew, czyli tkanki roślinne przenoszące limfę, i hamuje cyrkulację wody i minerałów. Drzewo bez limfy nie prowadzi fotosyntezy i w krótkim czasie wysycha i umiera. Bakteria ta potrzebuje jednak owada, aby przejść z jednej rośliny na drugą: cykady zwanej „Pienik ślinianka”, ponieważ do ochrony przed drapieżnikami, wytwarza pienistą wydzielinę. Cykada żywi się sokiem drzew oliwnych i przenosi ze sobą bakterię z chorej rośliny do zdrowej. Xylella rozprzestrzenia się jak pożar i nie zatrzyma się, jeśli nie zostaną podjęte działania. Ogłoszono stan wyjątkowy.
Mianowany zostaje nadzwyczajny komisarz ds. zarządzania stanem wyjątkowym: Giuseppe Silletti, dowódca okręgowy Państwowego Korpusu Leśnictwa w Apulii, który proponuje, zgodnie z dyrektywami Unii Europejskiej, plan wycięcia wszystkich chorych roślin na zakażonym obszarze, leczenie herbicydami i insektycydami w celu wyeliminowania owada w strefie buforowej oraz monitorowanie sąsiednich obszarów, aby dowiedzieć się czy bakteria się rozprzestrzenia. Są to drastyczne działania, które służą powstrzymaniu rozprzestrzeniania się bakterii Xylella, podobne do tych, które zostały podjęte w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa Covid. Jednak podobieństwa na tym się nie kończą. Po ogłoszeniu planu działania rozpoczyna się zbiorowa psychodrama. Ludzie wychodzą na ulice, prosząc o powstrzymanie wycinki drzew, budują barykady, aby zatrzymać buldożery, a ze świata kultury i rozrywki podnosi się wiele głosów w obronie drzew oliwnych. W efekcie działania zostają zawieszone, również ze względu na niezdecydowanie polityków, którzy na papierze akceptują plan Unii Europejskiej, ale wcale go nie realizują, wspierając opinie publiczną, żeby zdobyć głosy podczas wyborów. Wśród ludzi rozprzestrzenia się też plotka o spisku skierowanym przeciwko tej stuletniej roślinie, będącej symbolem tożsamości regionu. Spośród różnych teorii spiskowych najbardziej wiarygodne jest to, że bakteria, kilka lat przed rozpoczęciem pandemii, została wprowadzona przez firmę badawczą o nazwie Allelyx (Xylella pisana wspak), podczas konferencji naukowej zorganizowanej w Bari w celu zbadania zagrożeń związanych z tą bakterią. Bakteria w niewytłumaczalny sposób zniknęła z laboratoriów i rozprzestrzeniła się w środowisku. Podobno za tym wszystkim stoi, znana wszystkim, międzynarodowa korporacja Monsanto, która chciałaby wyeliminować endemiczną odmianę drzew oliwnych, aby zasadzić na ich miejsce drzewa genetycznie zmodyfikowane. Właśnie dlatego rozprzestrzenia bakterię poprzez swoją firmę, której nazwa to akronim nazwy bakterii. Spisek gotowy: szkoda tylko, że bakteria przywieziona na konferencję jest innego szczepu niż ta znaleziona w Salento i że ognisko, Gallipoli, znajduje się 200 km od Bari. Poza tym, firma Allelyx faktycznie istnieje i została przejęta przez Monsanto. Jest to brazylijska firma, utworzona przez grupę naukowców, którzy badają Xyllę od zawsze, zanim Monsanto ją nabyło i właśnie dlatego tak się nazywa.
Społeczeństwo nie może jednak zaakceptować, że ta wielowiekowa roślina może umrzeć. Grupa badawcza, która odkryła obecność bakterii w drzewach oliwnych, była pierwszą, która poniosła konsekwencje. Lista zarzutów jest bardzo długa: rozciąga się od celowego rozprzestrzeniania choroby wśród roślin, przez zanieczyszczenie środowiska, po zniszczenie lub zniekształcenie naturalnego piękna. O ile wszystkie zarzuty poszły w niepamięć, o tyle w zapomnienie nie poszedł ciągły postęp zakażenia, które dotknęło dwadzieścia jeden milionów roślin na ponad ośmiu tysiącach kilometrów kwadratowych obszaru, co odpowiada 40% terytorium regionu. Produkcja oliwy spadła z dwudziestu ton do trzech ton. Szacuje się, że straty ekonomiczne związane z całym łańcuchem dostaw wynoszą około 1,6 mld euro. Gdyby środki zapobiegawcze zostały wprowadzone, być może te liczby wyglądałby inaczej.
Więc jeśli to nie jest spisek, skąd pochodzi ta Xylella? Bakteria przybyła do Europy razem z krzewem kawowca z Kostaryki i dotarła na rynek ogrodniczy w Taviano, miasteczka w pobliżu Gallipoli, epicentrum epidemii. Tutaj znalazła żyzny grunt do szybkiego rozprzestrzeniania się: umiarkowany klimat, terytorium oparte na monokulturze i rośliny osłabione latami stosowania herbicydów, to wszystko stało się zalążkiem do nieporozumień wśród ludzi: zabrakło zaufania i zamiast szukać rozwiązań, zaczęto szukać winnych. Winna jest Unia Europejska, bo nigdy nie wprowadziła zasad kontroli roślin, przyjeżdżających z innych kontynentów, winni są też lokalni politycy, którzy nie byli zdolni do podjęcia działań wbrew opinii publicznej, rolnicy i przedsiębiorcy, z kolei, są odpowiedzialni za to, że sami nie zadbali o tę wielowiekową roślinę, ponieważ są zainteresowani wyłącznie zyskiem. Co więcej, nauka była postrzegana przez opinię publiczną jako wróg, działający przeciwko naturze. W tych pozornie złotych czasach, kiedy wydaje się, że człowiek stanowi jedność z naturą, podważa się wiarygodność nauki. Ale trzeba przyznać, że nauka też nie jest bez winy, podając swoje rozwiązania za jedyne prawdziwe i oczekując ślepego kredytu zaufania. Oczywiście nauka nie posiada żadnych prawd objawionych, jest tylko jednym z języków, których człowiek używa do poruszania się po świecie, a język jest tym, co czyni człowieka ludzkim. Lew ryczy, w roślinach zachodzi proces fotosyntezy, a człowiek mówi. Dlatego język to człowieki, a nauka, od zawsze, jest jednym z języków, którym się posługuje. Człowiek natomiast to natura. Myślenie o człowieku poza naturą tylko dlatego, że potrafi wykorzystać narzędzie mowy jest szkodliwe. Tak więc nauka jest i musi być postrzegana jako natura. Być może konieczne jest ponowne zastanowienie się nad człowiekiem w tych kategoriach, aby zniwelować podział między człowiekiem a naturą i odzyskać zaufanie między ludźmi.




Rok 2023 był dla Stowarzyszenia szczególnie intensywny i obfitował w wydarzenia, które koncentrowały się na budowaniu gospodarczych, społecznych i kulturowych mostów między Polską a Włochami. Inicjatywy organizowane przez Stowarzyszenie obejmowały zarówno wydarzenia związane z konkretnymi sektorami gospodarki, takie jak niedawne „Work Smart: praca, która się zmienia w czasach wyzwań”, podczas którego badano najważniejsze trendy związane ze światem pracy, jak i projekty związane z działalnością charytatywną i dialogiem między kulturą włoską i polską. Dużo uwagi poświęcono także wydarzeniom bieżącym: tematy związane z przebiegiem wojny na Ukrainie, a w szczególności wkład włoskich firm w przyszły proces odbudowy terytorium Ukrainy, były przedmiotem spotkań i konferencji, w których Confindustria Polonia była aktywnym uczestnikiem.
Były to trzy dni spotkań, pełne zapachu palonej kawy i dobrego wina, a w tym roku za sprawą Polskiej Izby Biznesowej z Włoch także możliwości spróbowania niezwykłych sycylijskich niszowych olei czy gorgonzoli a także trunków z wodą z Morza Śródziemnego. Goście mieli okazję odkryć nieznane smaki i cała gamę produktów dla hoteli, restauracji i lokali gastronomicznych.
Włochy zaprezentowały się także na konferencji Focus Day Italia, na której przedstawiono nie tylko wybrane argumenty dotyczące włoskiego rynku czy prawodawstwa, ale też można było degustować włoską gorgonzolę firmy Si Invernizzi, skosztować 6 różnych olejów firm zrzeszonych w Instytucie IRVO (Az. Agr. Fisicaro Sebastiana – Frantoio Galioto, Az. Agr. Lo Grasso Francesco, Tenuta Arena SS Agricola, Frantoio Oleario Gaspare Sarullo, Az. Agr. Tramontana Rosario, Az. Agr. Ventura Vincenzo), zawsze tłoczonych na zimno czy też wyrobów alkoholowych firmy Aquamaris, do produkcji których wykorzystuje się wodę z Morza Śródziemnego.
Już dziś firmy zaczynają rezerwację na przyszły rok. Możemy też spodziewać się większej sycylijskiej reprezentacji, bo jak powiedział nam Gaetano Aprile, dyrektor IRVO – krakowskie targi tak im się spodobały i tylu było chętnych do nawiązania współpracy, że za rok reprezentacja będzie dużo liczniejsza, nie zabraknie też niespodzianek dla odwiedzających.


