Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Tort kawowy

0

Tort kawowy

 

Składniki:

  • 90 g mąki pszennej
  • 8 g proszku do pieczenia
  • 2 szczypty soli
  • 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 4 żółtka
  • 40 g cukru
  • 70 g mleka 
  • 50 g dowolnego oleju roślinnego
  • 4 białka
  • 60 g cukru

 

Krem:

  • 250 g serka śmietankowego
  • 400 g śmietany kremówki do ubijania
  • 90 g cukru pudru
  • 7 g kawy rozpuszczalnej rozpuszczonej w 30 g gorącej śmietany

 

Przygotowanie:

Do dużej miski wbij 4 żółtka i dodaj cukier, mieszając krótko trzepaczką. Następnie dodaj mleko oraz olej, wymieszaj ponownie. Teraz połącz suche składniki: mąkę, sól, proszek do pieczenia i kawę rozpuszczalną, dokładnie wymieszaj.

W mikserze lub za pomocą ubijaczki elektrycznej ubij białka z cukrem na sztywną i błyszczącą pianę.

Delikatnie połącz pianę z masą żółtkową i mąką, mieszając od dołu do góry, aby ciasto było lekkie i puszyste.

Podziel ciasto na dwie jednakowe tortownice o średnicy 24 cm, wyłożone na spodzie papierem do pieczenia.

Piecz w nagrzanym piekarniku w 160 stopniach przez około 30 minut. Po upieczeniu odstaw do całkowitego ostudzenia przed wyjęciem z formy.

W międzyczasie przygotuj krem: w misie miksera lub w dużej misce umieść cukier puder, serek śmietankowy, śmietanę kremówkę i kawę rozpuszczoną w 30g gorącej śmietany (już ostudzonej). Ubijaj aż do uzyskania stabilnej, puszystej masy o konsystencji musu.

Połóż pierwszy płat tortu na półmisku i nałóż na niego obfitą warstwę kremu. Następnie przykryj drugim płatem i pokryj cały tort kremem. Wygładź dobrze brzegi i wierzch, a następnie udekoruj według uznania.

Tłumaczenie PL: Oktawia Burzak

 

Ferrari FF – [>>]

0

[>>] takim symbolem jak pamiętają starsi czytelnicy oznaczano w magnetowidach i walkmanach przycisk do szybkiego przewijania filmów lub muzyki do przodu. Czasami towarzyszył mu skrót FF bądź F.FWD od angielskiego zwrotu Fast Forward. Możemy również tak interpretować nazwę modelu Ferrari FF, gdyż jego koncepcja właśnie w tempie [>>] pozwalała Włochom dotrzeć do nowych klientów z segmentu, który nigdy wcześniej nie był ich domeną.

Pod wieloma względami FF był wyjątkowy na tle aut, jakie opuszczały wcześniej fabrykę w Maranello. Nigdy wcześniej bowiem nie zastosowano w nich silników V12 z bezpośrednim wtryskiem paliwa, podobnie było ze skrzynią biegów z podwójnym sprzęgłem. Jednak szczególnie wyróżnia je zastosowanie napędu na cztery koła, po raz pierwszy seryjnie wykorzystanie u tego producenta. FF w nazwie właśnie na to wskazuje – Ferrari Four [kolejną nowinką w tym modelu jest sama jego nazwa – chyba dla podkreślenia globalnych osiągnięć marki, zdecydowano się na nazwę w języku angielskim, oczywiście były wcześniej modele Superamerica czy California, ale te są zrozumiałe dla każdego Włocha, a ,,Four” już niekoniecznie]. Już w latach 80. zeszłego wieku w Maranello zostały opracowane dwa prototypy auta drogowego z napędem na wszystkie koła, były to jednak bardzo skomplikowane rozwiązania, o czym świadczy fakt, że w związku z ich wdrożeniem, Ferrari uzyskało aż 11 różnych patentów, niestety te systemy okazały się także zbyt drogie, by trafić do seryjnej produkcji. Wtedy głównym konstruktorem był słynny Mauro Forghieri, którego z czasem zastąpił Franco Cimatti, odpowiedzialny za zespół inżynierów pracujących nad skrzynią FF. Projekt karoserii opracowały wspólnie studio Pininfarina i Cento Stile Ferrari od 2010 kierowane przez Flavio Manzoniego. Ten potężny i ciężki samochód, który przed ,,erą hybryd”, był obok modelu 412 z 1985 r. najcięższym Ferrari w historii, jest jednak bardzo żwawy, a jego osiągi, jak na auto drogowe, dają poczucie, że to jednak pełnokrwisty rumak Ferrari. Owe ,,Four”, czyli cztery, ma swoje podwójne znaczenie, gdyż w karoserii typu Shooting brake – inaczej mówiąc trzydrzwiowym kombi coupé – w końcu znalazło się pełnowymiarowe miejsce dla podróżujących na tylnych fotelach. Nie jest to typowe dla Ferrari rozwiązanie 2+2, gdzie tylna kanapa była tylko umowna, tutaj mamy sporo miejsca na nogi i przestrzeń nad głową. Mało tego, jak na auto o osiągach sportowych, klienci otrzymali tu wręcz olbrzymi bagażnik 450 litrów, który po złożeniu tylnych foteli urasta aż do 800 l. Dzięki napędowi wszystkich kół, Ferrari FF nie musi się obawiać  nawierzchni szutrowych, mokrych czy śniegu, w każdych warunkach pojedyncze koło niezależnie od innych dostaje tu dokładnie tyle mocy, ile potrzeba, by bez poślizgów poruszać samochód. Także komfort i ilość miejsca wewnątrz sprawiają, że jest to auto niemal do codziennego użytkowania. Na genewskiej premierze w 2011 znaleźli się jednak i tacy, którzy uznali ten model za zbyt oderwany od tradycji Ferrari. Choć czasy były już zupełnie inne, to faktycznie zaproponowanie entuzjastom marki takiego modelu było obciążone sporym ryzykiem.

Sytuacja wyglądała nieco podobnie, jak wtedy, gdy fani klasycznych limuzyn brytyjskiego Jaguara nagle otrzymali w swoich prestiżowych autach silniki napędzane dieslem, a później, o zgrozo, wersję kombi. Już żaden lord nie chciał jeździć lub być wożony autem dla ,,ciułaczy” [diesel], ani praktycznym [kombi] i choć minęło ponad 20 lat od tamtych zmian, to raczej właśnie one były genezą obecnej sytuacji marki z Coventry. Ferrari ze swoim świetnym marketingiem zdołało tej pułapki uniknąć, o czym świadczy ponad 2 tysiące nabywców FF, mimo jego ceny ok. miliona złotych w 2011. Mówimy o cenie bazowej, ale gdybyśmy chcieli na przykład ten olbrzymi bagażnik wypełnić dedykowanymi skórzanymi walizkami to potrzebujemy kolejne 10200 euro, za emblematy [tzw. scudetti] Ferrari na przednich błotnikach dopłata wynosiła 1236 euro, a elektroniczna regulacja przednich foteli wraz z kolejną wtedy nowością u Ferrari, czyli ich wentylacją, hmm 5520 Euro. No cóż, dla klientów Ferrari takie ceny nie były zbyt odstraszające i wielu z nich z takich opcji skorzystało. Nie wszyscy jednak użytkownicy tego modelu, kipią radością, bowiem FF ma również swoje ,,grzeszki”. Pomijając w miarę drobne problemy z elektroniką, największym z nich i najdroższym w naprawie był właśnie system 4×4 opatentowany przez Maranello jako 4RM – czyli dwie niezależnie od siebie pracujące skrzynie biegów: dwubiegowa PTU odpowiedzialna za napęd przedni i główna 7-biegowa DCT, która pozwalała na jazdę z napędem na tył, całość była o połowę lżejsza od standardowych 4×4 konkurencji. Jednak, gdy pojawiały się problemy z tym skomplikowanym układem, koszty naprawy, a często ich wymiany, stawały się kosmiczne. Wymiana PTU w ASO to koszt rzędu 150 tys. PLN. Jeszcze gorzej, gdy awarii ulegnie skrzynia DCT, tu już mówimy nawet o ćwierć milionie złotych, w tym samo sprzęgło to 70 tys. Choć oczywiście nie ma oficjalnych danych producenta na ten temat, to jednak pojawiają się opinie, że tak poważnych usterek doświadczyło ponad 10% wszystkich FF. Auto na co dzień, hmm? Jednak, gdy je porównamy z gabarytowo zbliżonym 612 Scaglietti [tym, które objechało Chiny w 2005 – Gazzetta Italia 84], to widzimy, że pragnienie FF na paliwo, mimo lepszych osiągów, jest niemal o 30% niższe, więc może i jest to Ferrari na co dzień, choć pamiętajmy, że mowa o V12 ,,made in Maranello”, więc na jednym baku [91 l], przy w miarę spokojnej jeździe, pokonacie zaledwie 450 km. W 2016 na rynku pojawił się model GTC4 Lusso, następca FF. Kształtem nadwozia, które urosło o kilka centymetrów i stało się bardziej agresywne nie odbiegało daleko od swojego poprzednika. Mimo zwiększenia mocy do 690 KM, prędkość maksymalna pozostała taka sama. Unowocześniono wszystkie systemy elektroniczne wraz z tym odpowiedzialnym za rozrywkę pokładową. Najważniejszą nowinką w GTC4 Lusso jest jego większa zwrotność i stabilność prowadzenia osiągnięte dzięki wprowadzeniu skrętnych kół tylnej osi. Rok później pojawiła się wersja T z silnikiem V8 turbo i napędem tylko na tył. W sierpniu 2020 zakończono produkcję obu tych modeli, a ich następcą z napędem na 4 koła jest od 2023 pierwszy SUV w historii Ferrari, model Purosangue. Czas pokaże, czy będzie to kolejne [>>] dla Maranello.

Model od Hot Wheels z serii Elite jest ,,średniakiem”, ani kiepski ani rewelacyjny. Wielu kolekcjonerów zwyczajowo psioczy na niedomknięte boczne szyby, ale mnie to nie przeszkadza. Aby dotrzeć do silnika trzeba się trochę pomocować z klapą, która [może tylko u mnie] jest bardzo szczelnie spasowana. Po 13 latach w gablocie nie zauważyłem żadnych wad na lakierze, co przydarza się bardziej renomowanym producentom. A i jeszcze jedno, u Hot Wheels nie musimy nic dopłacać za boczne ,,scudetti” Ferrari.

Ferrari FF

 

Lata produkcji: 2011 – 2016   

Ilość wyprodukowana: 2291 egz.

Silnik:           V-12 65° 

Pojemność skokowa: 6262  cm3 

Moc / obroty: 660 KM / 8000

Prędkość max: 335 km/h

Przyspieszenie 0-100 km/h : 3,7 s

Ilość biegów:             7+2

Masa własna: 1790 Kg 

Długość:             4907 mm 

Szerokość:             1953 mm

Wysokość             1379 mm 

Rozstaw osi:                     2990 mm 

La Grazia: Sorrentino w dialogu z Kieślowskim

0
Toni Servillo, Paolo Sorrentino, fot. Andrea Pirrello

Film „La Grazia” otworzył ostatni Festiwal Filmowy w Wenecji i właśnie tam go oglądałam. W sali Darsena na początku festiwalu, kiedy czuje się jeszcze ogromny głód kina, które wstrząsa, wzrusza i nasyca duszę. Kiedy wciąż ma się tylko oczekiwania i żadnych rozczarowań. Byłam pewna, że obejrzę film technicznie doskonały, ze zdjęciami tak pięknymi, jakie tylko Sorrentino potrafi stworzyć. Nie spodziewałem się jednak tej introspektywnej i tak ludzkiej podróży, naznaczonej wątpliwościami, refleksjami i niepewnością.

Do kogo należą nasze dni? To pytanie, niczym refren, zadaje sobie Mariano De Santis (Toni Servillo), główny bohater filmu. De Santis jest prezydentem Republiki Włoskiej. Nie ma tu żadnych odniesień do istniejących prezydentów, jest to całkowicie wytwór wyobraźni autora. Chociaż od razu przychodzi na myśl aktualny prezydent Włoch Sergio Mattarella. Wdowiec, katolik, ma córkę Doroteę, prawniczkę tak jak on (wspaniała Anna Ferzetti). Pod koniec swojej kadencji, pośród nudnych dni, pojawiają się ostatnie zadania: podjęcie decyzji w sprawie delikatnych wniosków o ułaskawienie dwóch osób skazanych na dożywocie. Prawdziwe dylematy moralne, które w sposób pozornie nie do rozstrzygnięcia krzyżują się z jego życiem prywatnym. Poruszony wątpliwościami, będzie musiał podjąć decyzję.

Toni Servillo, fot. Andrea Pirrello

„La Grazia” to doskonale skonstruowana, poruszająca historia z wyjątkową rolą Toniego Servillo, nagrodzonego Coppą Volpi dla najlepszego aktora. Sorrentino powraca z filmem o dylematach i uczuciach, okraszonym subtelnym i inteligentnym humorem. Sorrentino porusza aktualne kwestie moralne i polityczne dotyczące Włoch, ale jednocześnie pokazuje mężczyznę, który nie potrafi wybaczyć żonie zdrady. Ojca, który nie potrafi zbliżyć się do swoich dzieci i prezydenta, który nie potrafi podjąć decyzji. De Santis jest człowiekiem uwięzionym w przeszłości, co uniemożliwia mu progres w teraźniejszości. Dlatego też zwleka z decyzją, pomimo nacisków ze wszystkich stron. Powolna, niemal medytacyjna narracja sprawia, że widz również wchodzi w proces decyzyjny bohatera. Towarzyszy mu krok po kroku i obserwuje, jak prawie udaje mu się znaleźć rozwiązanie, żeby za chwilę znowu wszystko poddać w wątpliwość. Jest to film o poszukiwaniu harmonii i wewnętrznego spokoju pomimo ciężaru odpowiedzialności, jaki bohater dźwiga na swoich barkach.

Ten rodzaj niepokoju i wątpliwości moralnych jest znany polskim widzom i być może właśnie dlatego film „La Grazia”, który trafił już do polskich kin, cieszy się tak dużym powodzeniem. Sorrentino jako nastolatek był pod wrażeniem „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego. Według niego dylematy moralne, o których mówił polski reżyser w swoich filmach, były bardziej interesujące i wciągające niż jakikolwiek inny temat. Wciskały w fotel bardziej niż thriller. „La Grazia” jest próbą reinterpretacji właśnie takiego kina. Jak stwierdził reżyser: „Nie sądzę, abym choćby w najmniejszym stopniu zbliżył się do mistrzostwa Kieślowskiego, ale mój film z pewnością skupia się na wątpliwościach”. W świecie pełnym pewników, gdzie wszyscy wiedzą lepiej od innych i są gotowi udzielać rad, umiejętność przyznania się do niepewności czy błędu jest bezcenną wartością.

Małe kino, wielkie doświadczenie

0

Czy kiedykolwiek byłeś w kinie, w którym tłum po brzegi wypełnia całą salę? W którym filmy są lekkie, modne i przewidywalne, a Ty przychodzisz tylko po to, by usiąść i odpocząć? A co, jeśli istnieje kino, które jest doświadczeniem – które czuje się całym ciałem i umysłem?

W samym sercu Warszawy działa właśnie takie miejsce – Kino Amondo. Kameralne sale i starannie wyselekcjonowany repertuar sprawiają, że widz czuje się tu niemal jak w domu. Amondo to jednak znacznie więcej niż kino: to również projekt filmowy i pasjonacki, prowadzony przez Fundację Amondo Films. Dzięki jej działalności – obejmującej m.in. produkcję filmową – kino tworzą ludzie, którzy naprawdę je kochają i chcą pokazywać jego najciekawsze odsłony.

Repertuar Amondo to prawdziwe perełki kinematografii. Kino współpracuje z wieloma instytucjami kultury, m.in. włoską, francuską czy niemiecką. W ramach współpracy z Instytutem Włoskim prezentowane były już takie cykle jak „Kobiety reżyserki”, „Giallo” oraz „Commedia all’italiana”. Dzięki tym partnerstwom widzowie mają dostęp do profesjonalnych przeglądów filmowych z różnych stron świata. Instytucje te dbają również o to, by seanse były wyjątkowym przeżyciem – często poprzedzają je wideorozmowy z reżyserami lub osobiste wprowadzenia prowadzących, którzy dzielą się ciekawostkami i kontekstem. To właśnie nadaje Amondo dodatkową głębię i poczucie filmowej misji.

Tuż obok sali kinowej znajduje się kolorowe foyer z klubokawiarnią – pełne neonów i rozmów o filmach unoszących się wśród aromatów kuchni. To przestrzeń, która naturalnie zachęca do dyskusji przed i po seansie, budując atmosferę prawdziwej kinowej społeczności. W Amondo nie chodzi o szybki relaks ani o modny blockbuster, lecz o rytuał: zamiast litrowej coli wchodzisz tu z filiżanką herbaty, gotowy na filmowe doświadczenie, które zostaje w pamięci.

Wokół kina tworzy się także wiele społeczności. Działają tu różne kluby dyskusyjne – od ogólnego klubu filmowego, przez klub dla kobiet, po spotkania poświęcone filozoficznym i psychologicznym aspektom kina. Każdy widz znajdzie coś dla siebie.

To jedno z tych miejsc, gdzie po seansie nikt nie ucieka do domu. 

Amondo oferuje również możliwość wynajęcia sali kinowej na wyłączność. Organizacja takiego wydarzenia jest elastyczna, a zespół kina – życzliwy i otwarty na pomysły, co daje ogromne pole do tworzenia niepowtarzalnych seansów.

To jednak nie koniec atrakcji. Schodząc w dół, trafiamy do małego, klimatycznego pokoiku wypełnionego po sufit kasetami VHS. Na środku stoi telewizor, na którym można je odtwarzać. To ukłon w stronę retro kinomaniaków – i jedno z miejsc, które cieszą się szczególnym zainteresowaniem odwiedzających.

Kino Amondo nie chwali się rozmiarami ani najnowszą technologią, lecz atmosferą – kameralną, intymną, niemal rodzinną, gdzie ludzie nie przychodzą tylko na film, ale na doświadczenie, rozmowę i wspólne odkrywanie perełek kina, które nie trafiają na ekrany multipleksów.

Amondo regularnie wprowadza nowe cykle tematyczne, dlatego warto zaglądać na ich stronę, by nie przegapić filmowych nowości. Każdy z nich to zaproszenie do fascynującej podróży przez kino, które inspiruje i otwiera nowe perspektywy. Jeśli szukasz miejsca, gdzie film traktuje się jak sztukę, a nie produkt – Amondo czeka właśnie na Ciebie.

Tekst i zdjęcia: Diana Wietrzykowska-Pizoń

Samotny łowca: Spektrum autyzmu u zwierząt

0

Fot. Agata Pachucy

Czy typowe zachowania związane z zaburzeniami ze spektrum autyzmu były kiedykolwiek obserwowane u gatunków innych niż ludzki? To pytanie zainspirowało moją pracę dyplomową, napisaną na zakończenie studiów na kierunku Nauki i Technologie dla Środowiska i Przyrody, na Uniwersytecie w Trieście. I za każdym razem, gdy dzieliłam się postępami moich badań, spotykałam osoby zafascynowane i zaciekawione tym tematem. Z jednej strony pokazuje to, że autyzm jest zagadnieniem budzącym zainteresowanie, z drugiej jednak potwierdza, że wiedza na jego temat wciąż bywa zbyt mocno zakorzeniona w stereotypach: w powszechnym wyobrażeniu osoba autystyczna to zawsze biały, uzdolniony matematycznie mężczyzna. Trochę Sheldon Cooper, a trochę Shaun Murphy. A jeśli autyzm można zaobserwować u zwierząt, to z pewnością ma on coś wspólnego z kotami.

Oczywiście, rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana i aby znaleźć odpowiedź, należy przyjąć możliwie najbardziej bezstronną perspektywę, wolną od uprzedzeń i daleką od łatwych interpretacji.

Autyzm jest zaburzeniem neurorozwojowym, definiowanym przez objawy behawioralne w dwóch ogólnych obszarach: zaburzenia wzajemnej komunikacji i interakcji społecznych oraz wzorce zachowań, ograniczone lub powtarzalne zainteresowania. Zważywszy na to, że jest to zaburzenie znacznie zróżnicowane w zależności od indywidualnych cech każdej osoby, wprowadzono bardziej ogólny termin “spektrum autyzmu”.

Aktualnie zaburzenie to jest ujmowane głównie jako zjawisko patologiczne i w konsekwencji badane w celu identyfikacji mechanizmów genetycznych leżących u jego podstaw. Jednakże, tendencja do postrzegania tej kondycji wyłącznie w kategoriach patologicznych może utrudniać szerszą perspektywę, zdolną do integrowania wszelkich przejawów neuroróżnorodności jako części naturalnej zmienności gatunku. W próbie przezwyciężenia tego ograniczenia i zaproponowania jednocześnie innowacyjnego podejścia do postrzegania zaburzeń ze spektrum autyzmu, porównanie gatunków zwierząt wykazujących specyficzne zachowania społeczne, takie jak gatunki samotnicze, może dostarczyć klucz do alternatywnej interpretacji. Może również zaprezentować interesującą perspektywę zarówno na postrzeganie autyzmu u ludzi, wykraczające poza deficyty i trudności w integracji społecznej, jak i na zrozumienie gatunków zwierząt samotniczych, sugerując, że różnorodność poznawcza, a w konsekwencji behawioralna, może mieć wartość adaptacyjną oraz istotny wpływ ekologiczny.

Porównawcza ekologia behawioralna dostarcza wielu wskazówek: na podstawie obecnego stanu wiedzy, jest możliwe założenie, że zarówno osoby ze spektrum autyzmu, jak i samotnie żyjące ssaki wykazują skłonność do wysokiego poziomu systematyzacji, przywiązania do rutyny, ograniczonego zaangażowania społecznego, a także interesujące podobieństwa w komunikacji mimicznej oraz nadwrażliwość sensoryczną. Jako przykład może posłużyć puma, która przejawia silnie zorganizowane i powtarzalne zachowania, a jej interakcje społeczne ograniczają się do swoistej “wzajemnej tolerancji”, zarezerwowanej dla szczególnych okazji, takich jak okres godowy lub dzielenie się bardzo dużą zdobyczą. Z kolei badania orangutanów w środowisku naturalnym wykazały ograniczoną więź matczyną oraz uczenie się skoncentrowane na technikach zdobywania pożywienia, a także sposób komunikacji charakteryzujący się brakiem bezpośredniego, wzajemnego kontaktu wzrokowego. Badania te obejmują również inne samotnicze drapieżniki, takie jak tygrysy, jaguary, rosomaki i niedźwiedzie brunatne.

Z punktu widzenia neuronauki, postępy w technikach neuroobrazowania umożliwiły identyfikację specyficznych, atypowych struktur mózgowych, którymi wyróżniają się osoby ze spektrum autyzmu. Analogicznie, również między gatunkami ssaków społecznych i żyjących samotnie, obserwuje się różnice neuroanatomiczne i funkcjonalne, które odzwierciedlają odmienne strategie behawioralne. Wśród nich wymienia się: makrocefalię, przyspieszony wzrost mózgu, nieprawidłowości ciała migdałowatego  oraz  podwyższoną  lub  zdezorganizowaną  aktywację  osi podwzgórza-przysadki-nadnerczy (HPA) w obecności nawet łagodnych bodźców społecznych. W ujęciu ogólnym, typowa organizacja neuronalna u osób z autyzmem przypomina tę obserwowaną u zwierząt o zachowaniach samotniczych, które są bardziej predysponowane do ogólnej percepcji otaczającego środowiska niż do wychwytywania niuansów interakcji społecznych. Interesujące jest w tym kontekście porównanie różnic behawioralnych między nornikami preriowymi (gatunkiem monogamicznym i społecznym), a nornikami górskimi (gatunkiem o losowym kojarzeniu i aspołecznym).

Fot. Pixabay

Zbieżność dowodów behawioralnych i neurologicznych zdaje się wspierać możliwość, że predyspozycja do samotniczego trybu życia, zamiast stanowić deficyt społeczny może funkcjonować jako korzystna strategia ewolucyjna w określonych kontekstach ekologicznych, na przykład w środowiskach charakteryzujących się niedoborem zasobów lub ich dużym rozproszeniem terytorialnym. Perspektywa ta wykazuje ważne podobieństwa do hipotezy samotniczego łowcy (J. Reser, 2011), która ujmuje autyzm w kategoriach ewolucyjnych. W środowiskach przodków mogły istnieć nisze lub okresy, w których przeżycie sprzyjało bardziej samotniczemu stylowi życia, a mniej nastawionemu na interakcje społeczne i bardziej skoncentrowanemu na obserwacji szczegółów otoczenia. Osoby zdolne do samodzielnego przemieszczania się, wytrwałe w powtarzalnych działaniach związanych z pozyskiwaniem pożywienia oraz spostrzegające zmiany w otoczeniu, posiadały przewagę adaptacyjną. W konsekwencji geny sprzyjające takim cechom były pozytywnie selekcjonowane u naszych przodków, co tłumaczy, dlaczego allele powiązane z zaburzeniami ze spektrum autyzmu nadal wyst€puj w dzisiejszych populacjach. Model ten reinterpretuje autyzm jako naturalną formę spektrum społecznego, istniejącą wśród ssaków od dawna: zestaw adaptacyjnych cech dostosowanych do niszy ekologicznej samotniczego trybu życia.

W tej perspektywie, zaburzenia ze spektrum autyzmu nie powinny być postrzegane wyłącznie jako patologia, ale raczej jako możliwa adaptacyjna odmiana w obrębie gatunku ludzkiego, która mogła odzwierciedlać strategie przyjęte w toku ewolucji. Analogicznie, podobne strategie mogły rozwijać się również u innych gatunków ssaków, nie jako odchylenia od neurotypowości, ale jako korzystne odpowiedzi wspierające przetrwanie i rozprzestrzenianie się gatunku, obecne u wszystkich osobników. Nie oznacza to jednak, że autyzm nie jest obciążający we współczesnym życiu społecznym, lecz raczej sugeruje, że te cechy nie były przypadkowymi błędami ewolucyjnymi: przeciwnie, mogą być korzystne w określonych warunkach.

A co z kotami? Jeżeli myślicie, że możecie odczytać naturę ich zachowań, to wiedzcie, że «koty są z nami, aby nam przypominać, że nie wszystko na tym świecie można wytłumaczyć».

Tłumaczenie pl: Dobrawa Uścisłowska

Świeżo wydane

0

Damiano David – funny little fears

Zacznę od dziwnej przemiany. Oto debiutancki, solowy album Damiano Davida, wokalisty znanego z energetycznego, włoskiego fenomenu Måneskin, który dotarł aż do Ameryki, zgarniając nominację do nagrody Grammy. Literacko na „funny little fears” znajdziemy uderzającą szczerość. Damiano nie gra żadnej roli, nie udaje złego chłopca. Śpiewa o samotności, strachu przed bliskością, lęku przed rutyną i poszukiwaniu prawdziwego „ja” pośród sławy. Muzycznie płyta balansuje między dobrze wyprodukowanym popem, indie rockiem, a chwilami nawet subtelnym synthwave’em. Artysta prezentuje się tu dojrzale, jest bardziej delikatny, czasem niepokojący, ale głęboko ludzki. Tylko pytanie dlaczego to wszystko połączone w całość, nie ma już takiej siły, jak intensywnie wykreowane, może czasem groteskowe i kiczowate, ale przy tym porywające tłumy piosenki Måneskin?

 

Giorgio Poi – Schegge

Zupełnym przeciwieństwem Damiano Davida jest Giorgio Poi, w którym z pewnością zakochaliby się fani Sufjana Stevensa czy Maca DeMarco. To łagodna melancholia i gitarowa finezja, które pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Poi w swoim stylu stworzył koncept, który nie stara się być spójną narracją – to raczej zbiór małych momentów. Tytuł (po włosku „odłamki”, „drzazgi”) nie jest przypadkowy – to muzyczny kolaż emocji, wspomnień i subtelnych obserwacji, który odsłania coraz to nowe warstwy przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Wszystko jest tu niesamowicie kruche: teksty, harmonie, a nawet sama struktura piosenek. Szczerość, która nie potrzebuje rozgłosu i list przebojów, subtelna, delikatna, a przy tym rozdziera niewyobrażalnie. Świetny album!

 

Rkomi – Decrescendo

Na najnowszej płycie rozlicza się też Rkomi. Tytuł zwiastuje jego wyciszenie, odwrót od hałasu, może nawet końca pewnego etapu. I faktycznie, to nie tylko kontynuacja jego artystycznych poszukiwań, ale także świadome opuszczenie sceny z klasą. Droga, która prowadziła przez trapowe korzenie, chwytliwe kąski z tik-toka, przez flirt z popem i rockiem, aż po muzykę bardziej refleksyjną. W tym wydaniu Rkomi chowa się za subtelną warstwą gitar, ciepłych syntezatorów i minimalistycznych beat’ow które nigdy nie dominują wokalu, lecz go wspierają. Mniej krzyku, więcej treści i to jest jego zwycięstwo.

„Il Mostro”, najczęściej oglądany serial na Netflixie

0
Il Mostro, Francesca Olia /fot. Emanuele Scarpa, Netflix

19 czerwca 1982 r., Baccaiano di Montespertoli w prowincji Florencji. Ciemna, ale dość ruchliwa boczna droga. Para młodych ludzi zatrzymuje się na poboczu. Uprawiają seks. Z daleka ktoś ich obserwuje. Gdy kończą, widzą ciemną postać zbliżającą się do samochodu. Uruchamiają silnik i próbują uciec, ale nie udaje im się uniknąć strzałów, które najpierw padają w kierunku chłopaka, a potem jego partnerki. Potwór znów zaatakował. Tym razem na skalę globalną, ponieważ miniserial „Il Mostro”, stworzony przez Stefano Sollimę i Leonardo Fasoli dla serwisu Netflix i zaprezentowany po raz pierwszy podczas 82. Festiwalu Filmowego w Wenecji, przez długi czas pozostawał na szczycie rankingu platformy.

Potworem z Florencji prasa nazwała jednego lub kilku niezidentyfikowanych seryjnych morderców, którzy w latach 1968–1985 popełnili osiem podwójnych morderstw, zawsze przy użyciu tej samej broni. Ofiarami ataków były pary zatrzymujące się na poboczach na przedmieściach Florencji. Była to pierwsza tego typu seria morderstw we Włoszech. Sprawa ta wywołała ogromne poruszenie w mediach w czasie popełnienia zbrodni, a także później, podczas procesów przeciwko domniemanym sprawcom, i została szeroko opisana i sfilmowana. Do dziś pozostaje jedną z najbardziej przerażających nierozwiązanych spraw kryminalnych, inspirując reżyserów i pisarzy. Wystarczy wspomnieć obszerną powieść śledczą „Potwór z Florencji. Śledztwo w sprawie seryjnego mordercy” Douglasa Prestona i Mario Speziego, wydaną przez Wydawnictwo Czarne (w tłumaczeniu Kai Gucio), o której pisaliśmy w numerze 102. Gazzetty. Tyle że w książce wszystko zaczyna się w 1974 roku, a w serialu akcja rozpoczyna się w 1982 roku, po czym cofamy się w czasie, aby szukać śladów w podobnym morderstwie sprzed lat.

Serial Sollimy wraca do początków sprawy Potwora z Florencji, zaczynając od pierwszego śledztwa i rekonstruując jedno z najdłuższych i najbardziej kontrowersyjnych dochodzeń w historii Włoch. Film analizuje dokumenty, hipotezy i tropy, które do dziś są przedmiotem dyskusji, szczegółowo opowiadając zwłaszcza tak zwany „trop sardyński”. „Aby historia była jasna (…) musi zaczynać się od początku. Opowiadanie z uczciwością, szacunkiem i rygorem nadal musi mieć sens. Być może nie po to, aby rozwiązać problem, nie po to, aby zrozumieć, ale po to, aby pamiętać. Jest to sposób, by pozostać blisko osób, które pozostały tam, na zawsze w nocy i powiedzieć: nie zostaliście zapomniani” – stwierdził reżyser.

Obejrzenie wszystkich czterech odcinków pod rząd, w ciemnej sali, na dużym ekranie, w towarzystwie innych dziennikarzy i kinomanów akredytowanych na Festiwalu w Wenecji, oprócz tego, że jest prawdziwym maratonem, z pewnością robi większe wrażenie. Na początku wszyscy zastanawiali się, co jeszcze można dodać do tej dobrze znanej już historii. Sollima i Fasoli przedstawili ją z różnych punktów widzenia, rozpoczynając od ślubu Stefana Mele (wspaniały Marco Bullitta) i Barbary Locci (doskonała rola Franceski Olia) i stopniowo dodając kolejne szczegóły: spotkanie małżonków ze Stefano Vincim (Valentino Mannias) i jego bratem Francesco (Giacomo Fadda), aby ostatecznie odtworzyć cały skomplikowany obraz sytuacji, który nie wyjaśnia wszystkiego do końca, ale dobrze nakreśla sardyńską część śledztwa, pozostawiając jednocześnie widza z niedosytem i otwierając przestrzeń dla kontynuacji.

Doskonała praca scenarzystów, reżyserów i aktorów, w połączeniu ze spektakularnymi zdjęciami Paolo Carnery sprawiły, że niemal natychmiast po premierze 22 października serial znalazł się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych produkcji w 85 krajach i do dziś pozostaje jednym z najczęściej oglądanych tytułów na platformie Netflix.

Wystawa „Wielka Gra. Opera Władysława IV”

0

Wystawa „Wielka Gra. Opera Władysława IV”

17 kwietnia – 19 lipca 2026

Jedna z najbardziej olśniewających scen teatralnych Europy epoki baroku znajdowała się w murach Zamku Królewskiego w Warszawie. Był to pierwszy stały teatr operowy na ziemiach polskich i jeden z pierwszych na północ od Alp. Wystawa Wielka gra opowiada o tym, jak ambitny król zamienił dwór w centrum porywających widowisk i jak sztuka stała się potężnym narzędziem władzy. 

 

Królewska pasja

Władysław IV Waza, król Polski w latach 1632–1648, należał do najbardziej światłych monarchów swojej epoki. Jako koneser sztuki szybko zrozumiał, że może ona służyć nie tylko sprawom ducha, lecz także polityce.

W młodości odbył długą podróż po Europie, podczas której odwiedził m.in. Florencję, Rzym, Mantuę, Parmę, Wenecję i Wiedeń. Tam zetknął się z najnowocześniejszymi formami spektakli teatralnych.

Po powrocie postanowił stworzyć podobne miejsce w Warszawie. Już w 1628 roku na Zamku wystawiono operę Acys i Galatea i tym samym zainaugurowano działalność teatru dworskiego.

Położona w południowym skrzydle rezydencji sala teatralna była w kolejnych latach rozbudowywana i modernizowana przez włoskich architektów. Wkrótce stała się jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie przestrzeni teatralnych w Europie.

Na wystawie dowiesz się między innymi, jak w XVII wieku wywoływano burze na scenie lub sprawiano, że bogowie zstępowali z niebios.

 

Opera jako spektakl władzy

Teatr królewski nie był jedynie rozrywką. Stanowił także skuteczne narzędzie propagandy.

Muzyka, poezja, scenografia, kostiumy i pomysłowe maszyny sceniczne współtworzyły widowiska oddziałujące na wszystkie zmysły. Olśniewając widza, budowały autorytet monarchy.

W świecie Władysława IV niemal każde wydarzenie publiczne miało teatralny charakter – od ceremonii dyplomatycznych po uroczyste wjazdy do miast czy pokazy fajerwerków. Cała Rzeczpospolita stawała się sceną wielkiego spektaklu.

 

Co zobaczysz

Na wystawie zaprezentowano ponad sto obiektów ze zbiorów polskich i europejskich instytucji – od dzieł malarstwa i grafiki po instrumenty muzyczne oraz dokumenty i druki z epoki.

Obok eksponatów zabytkowych narrację uzupełniają:

  • rekonstrukcje i makiety teatru w Zamku Królewskim,
  • projekcje multimedialne,
  • obiekty interaktywne przybliżające działanie sceny barokowej.

 

Wiktoria Nawara wygrywa Masterchefa, marząc o kuchni włoskiej

0

W roku, w którym kuchnia włoska została (słusznie!) uznana przez UNESCO za niematerialne dziedzictwo ludzkości, Wiktoria Nawara, młoda dziewczyna, która z polskiej stolicy ceramiki, Bolesławca, wyjechała na studia kulinarne do Parmy, wygrała 14. edycję programu MasterChef Polska, marząc o zostaniu wielką szefową kuchni włoskiej.

Jak zaczęła się twoja pasja do gotowania?

Ona trwa już od dziecka. W domu wszyscy gotowali: babcia, mama, starsza siostra i co za tym idzie, oczywiście i ja! To pasja, która przyszła do mnie nie tylko poprzez dania kuchni polskiej, ale także poprzez eksperymenty na bazie dań z innych krajów, przede wszystkim z Włoch. Za każdym razem, gdy wracaliśmy z podróży przywoziliśmy nowe przepisy i składniki do eksperymentowania. Nie ukrywam, że już od dziecka moimi ulubionymi daniami była pasta i pizza.

Kiedy zrozumiałaś, że gotowanie nie jest jedynie pasją, ale może stać się również zawodem?

Po studiach. To były czasy moich studiów magisterskich z ekonomii ze specjalizacją w prawie podatkowym. Pracowałam wtedy w kancelarii podatkowej. Kiedy wracałam do domu zmęczona i smutna po całym dniu analizowania podatków, jedyną rzeczą, która potrafiła dodać mi energii i uśmiechu na twarzy było wejście do kuchni. Później miałam szansę wziąć udział w Masterchefie, do którego mogą się zgłaszać jedynie kucharze nieprofesjonalni. Tam, pod okiem jury, w którym był też włoski chef Andrea Camastra, zrozumiałam, że moja pasja do gotowania może przekształcić się w moją pracę. Teraz moim marzeniem jest oczywiście móc pracować dla jakiejś znanej restauracji, a później, kto wie… może otworzyć własną. Najpierw jednak muszę się wiele nauczyć.

Jakie dania ugotowałaś w Masterchefie?

Jesteśmy w Polsce, więc oczywiście było wiele zadań z pierogami, golonką i kotletem mielonym, ale były także takie dotyczące innych kuchni, w tym włoskiej i dań z owocami morza.

Jak ci idzie nauka gotowania w Parmie?

We wrześniu rozpoczęłam naukę w Międzynarodowej Szkole Kuchni Włoskiej Alma. Zajęcia praktyczne i teoretyczne odbywają się pięć dni w tygodniu, wśród nich znajdują się także lekcje kuchni regionalnej, języka włoskiego i kurs sommeliera. Pod koniec roku trzeba wziąć udział w obligatoryjnym stażu w jednej z ważnych włoskich restauracji, a w lipcu odbędzie się egzamin końcowy.

Fot. Masterchef Polska

Co już udało ci się zwiedzić we Włoszech?

Byłam w wielu miejscach, najczęściej w Mediolanie i Bolonii, a także w Kalabrii, Emilii-Romanii i Toskanii, oczywiście byłam także w Rzymie i Wenecji! Ale jeśli pytasz o mój ulubiony region, to jest nim na pewno Kalabria!”

A twoje ulubione danie włoskie?

Tortellini z dynią.

A polskie?

Żurek.

A danie, które wychodzi ci najlepiej?

Wszystko wychodzi mi znakomicie! A tak na prawdę, mam swój specjalny przepis: lasagna alla norma, czyli parmigiana z makaronem lasagne zamiast bakłażana.

10 grudnia 2025 roku kuchnia włoska została uznana za niematerialne dziedzictwo kultury UNESCO.

I bardzo słusznie! Moim zdaniem zdecydowanie na to zasłużyła. To co mnie uwiodło to wyjątkowa uwaga Włochów względem jedzenia, uznanie dla jakości przepisów i składników. W Polsce nadal istnieje potrzeba posiadania talerza wypełnionego po brzegi, tak jakby więcej składników miało świadczyć o lepszym posiłku. To karygodne: liczy się jakość, a nie ilość.

Dla nas Włochów dziwne jest polskie podejście do jedzenia bez ustalonych godzin.

Ja podążam za włoskim rytmem posiłków. Śniadanie o poranku, obiad o 13, a kolacja o 20!

Tłumaczenie pl: Kamila Morawska

 

MŁODZI MUZYCY Z INSTYTUTU A. GRAMSCI W APRILII NA MIĘDZYNARODOWEJ SCENIE

0
W dniu 27 marca 2026 r. w Instytucie Polskim w Rzymie odbyło się wyjątkowe wydarzenie „Piękno w muzyce i poezji”, które odbyło się pod patronatem dyrektorki dr Małgorzaty Furdal. Uczestnikami byli uczniowie Istituto Comprensivo „Antonio Gramsci” w Aprilii oraz Szkoły Polskiej w Ostii (Rzym). Uroczystość uświetnił swoją obecnością Konsul Rzeczypospolitej Polskiej, dr Bartosz Skwarczyński, który podkreślił znaczenie projektu łączącego społeczności szkolne poprzez muzykę i poezję.
Orkiestra Istituto Gramsci, pod kierownictwem profesorów Roberty Barbery, Joanny Łukaszewicz, Glorii Santarelli, Oscara Di Raimo i Stefano Cateny, wykonała repertuar najwyższej klasy, m.in. „Marcia Solenne” Elgara oraz „Notturno op. 9 nr 2” Chopina. Polska Szkoła w Ostii przygotowała dwujęzyczną recytację wierszy Wisławy Szymborskiej, koordynowaną przez profesorki Deborah Tosi i Martę Czajczyńską.Projekt „Piękno w muzyce i poezji” pozwolił uczniom rozwijać umiejętności artystyczne, pogłębiać wymianę kulturową oraz przeżyć wyjątkowe doświadczenie o wymiarze międzynarodowym.