Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 37

GAZZETTA ITALIA 94 (sierpień – wrzesień 2022)

0

Tajemnicze spojrzenia Gigantów z Mont’e Prama obserwują nas z okładki nowego numeru Gazzetta Italia, który poświęca tym liczącym 3000 lat rzeźbom ciekawy artykuł. Giganci są na Sardynii, więc dobrze komponują się z prezentacją Shardany, stowarzyszenia zrzeszającego Sardyńczyków w Polsce. Ugo Rufino, po 7 wspaniałych latach, opuszcza Włoski Instytut Kultury w Krakowie i wybiera Gazzettę, aby opowiedzieć swoją ekscytującą przygodę na polskiej ziemi.

Nasza rubryka o kinie tym razem dotyczy niesamowitej Moniki Vitti, ikony najlepszego włoskiego kina, która odeszła kilka miesięcy temu. Nowa Gazzetta to skarbnica ciekawych artykułów na szlaku Włochy-Polska, m.in. „Włoskie życie Tamary Łempickiej”, poświęcone wystawie w Lublinie, wspaniały artykuł o „Cristinie Campo i Gustawie Herlingu-Grudzińskim”, relacja z Turnieju Piłki Nożnej Włochów w Polsce, a potem poszukamy śladów italianizmu w Kętach, gdzie często zbierają się polscy miłośnicy Vespy.

W Gazzetta znajdziecie oczywiście wszystkie tradycyjne rubryki o kuchni, zdrowiu, języku, komiksach, etymologii, silnikach, a od tego numeru otwieramy się również na design! Biegnijcie, więc do Empiku lub zadzwońcie do nas (505 269 400), by zdobyć nowy numer Gazzetta Italia!      

,,The Milk of Dreams” – Biennale Sztuki w Wenecji

0
Biennale Arte fot. Daniel Rumiancew

Tegoroczna, 59. edycja Biennale Sztuki w Wenecji jest celebrowana nie tylko dlatego, że długo na nią czekaliśmy – miała się odbyć w 2021 roku, ale została przesunięta z powodu pandemii. Głośno zrobiło się już w momencie ogłoszenia przez kuratorkę Cecilię Alemani listy artystek i artystów, których prace tworzą wystawę główną, zatytułowaną w tym roku „The Milk of Dreams”. W tej grupie zdecydowanie dominują kobiety, osoby niebinarne i transpłciowe, wśród 231 nazwisk znajdziemy jedynie 21 mężczyzn. Jest to sytuacja bez precedensu, bardzo znacząca i symboliczna decyzja kuratorki (sama Alemani podkreśla, że nie był to arbitralny wybór, ale proces), a dla nas, zwiedzających, możliwość doświadczenia czegoś naprawdę nowego.

Warto wspomnieć, że Alemani jest dopiero czwartą kobietą w 127-letniej historii trwania tej imprezy, której kuratorskiej opiece zostało powierzone biennale. Media rozpisują się o „epokowej zmianie postaw”, a tegoroczną edycję określają jako przełomową. Zachwycają się zaprezentowaną sztuką pełną zmysłowości, uczucia, wyobraźni, bliską krwiobiegu; narracją zbudowaną w opozycji do świata białego mężczyzny; holistyczną opowieścią pełną magii i mitologii; innym niż dotychczas portretem cywilizacji i świata.

Jak na biennale pierwszych razów przystało, niektóre pawilony narodowe po raz pierwszy w ogóle prezentują prace kobiet; Francję po raz pierwszy reprezentuje artystka pochodzenia algierskiego (Zineb Sedira); Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię artystki czarnoskóre (Simone Leigh oraz Sonia Boyce, obie zostały nagrodzone Złotymi Lwami); Nową Zelandię kobieta trans (Yuki Kihara). Pierwszy raz twórczyni pochodzenia romskiego gości w pawilonie narodowym, i jest to Pawilon Polski (Małgorzata Mirga-Tas).

Zarówno w pawilonach narodowych jak i na wystawie głównej oglądamy prace artystek z ogromnym i niezwykle ciekawym dorobkiem, których nazwiska i twórczość dopiero mamy szansę poznać, gdyż przez lata były one wykluczone z tzw. głównego nurtu. Mamy więc do czynienia z potężną lekcją alternatywnej historii sztuki, uczestniczymy w święcie inkluzywności i muszę przyznać, że jest to doświadczenie głęboko poruszające.

Pierwsze co przyszło mi do głowy gdy przechodziłam przez Pawilon Główny w Giardini oraz w Arsenale, ale także spacerując po pawilonach narodowych, to że nareszcie mam szansę w tak dużej skali zobaczyć, doświadczyć i obcować z tzw. female gaze, czyli kobiecym spojrzeniem, perspektywą. Dla porównania, w Fundacji Peggy Guggenheim odbywa się równolegle świetna wystawa o surrealiźmie, zatytułowana “Surrealism and Magic: Enchanted Modernity”, gdzie różnice między męskim a kobiecym spojrzeniem zostały wykazane w sposób wręcz dydaktyczny, wytłumaczone i pokazane palcem. “The Milk of Dreams” nie musi tego robić, przechodząc z sali do sali, to po prostu się czuje, widzi i chłonie.

Objawia się to nie tylko w przedstawieniach kobiecego ciała, które w kobiecej perspektywie nie jest jedynie ozdobą, obiektem seksualnym, a osobą, która ma swoją siłę, historię, rolę i sprawczość. Przedstawień kobiet jest na wystawie mnóstwo, opowiadają one o przeróżnych aspektach życia, ograniczeniach, oczekiwaniach, radościach, rolach narzuconych i tych wymarzonych, o seksualności, o płynności, są posthumanistyczne lub surrealistyczne hybrydy ciał, ale także dużo przedstawień kobiet w ich codzienności.

Codzienność to bardzo obecna bohaterka tegorocznego biennale. “Przyziemne”, “małe”, “nieznaczne” sprawy i czynności są na tej wystawie celebrowane. Świadczy o tym choćby spektrum pokazywanych mediów, jest dużo malarstwa (szczególnie warte uwagi są prace Cecilii Vicuñii, Pauli Rego), rysunku (Sandra Vásques de la Horra), ceramiki (fantastyczny Pawilon Łotwy Skuji Braden), prac na papierach, rzeźby, obecna w dużych ilościach jest także tkanina: prace szyte, tkane, gobeliny, włóczka, zdobne dywany i makaty, wyszywanki i hafty. Nie znajdziemy tu zbyt wiele spektakularnych instalacji, technologicznych nowinek czy ogromnych formatów nastawionych na efekt wow (zobaczymy je za to na towarzyszących Biennale, wystawach Anselma Kiefera w Palazzo Ducale oraz Anisha Kapoora w Gallerie dell’Academia i Palazzo Manfrin) . Wyjątkiem jest rzeźba, potężne postaci z brązu Simone Leigh, naturalnej wielkości słoń Katariny Fritsch witający nas w Pawilonie Głównym w Giardini, czy olbrzymie drewniane popiersia i dłonie będące częścią niezwykle zmysłowej instalacji “The Concert” Latify Echakhch w Pawilonie Szwajcarskim.

Pod hasłem “The Monumentality of Everyday”, codzienność świętuje między innymi Pawilon Kosowa. Znajdziemy w nim, przygotowaną przez artystę Jakupa Ferri niesamowitą instalację z obrazów, dywanów i haftów przedstawiających codzienne, małe wydarzenia, takie jak uprawianie sportu lub spotkania ze zwierzętami, z surrealistycznym twistem.

Podobnie, lecz z większym rozmachem, tkaninę oraz życie codzienne prezentuje Pawilon Polski. Małgorzata Mirga-Tas, pierwsza w historii romska artystka reprezentująca kraj w pawilonie narodowym, projektem zatytułowanym “Przeczarowując świat” , będącym manifestem na temat romskiej tożsamości i sztuki, zachwyciła media i gości biennale. Szczelnie wypełniła wnętrze pawilonu obrazami uszytymi ze zbieranych od swojej rodziny i bliskich ubrań i materiałów. W nawiązaniu do słynnego “kalendarzowego” cyklu fresków z Palazzo Schifanoia w Ferrarze, jest to 12 wielkoformatowych paneli. Każdy panel przynależy do jednego z 12 znaków zodiaku i jest podzielony na trzy poziome pasy-narracje. Górny przedstawia historię mitycznej wędrówki i przybycia romskich społeczności do Europy zainspirowany XVII-wiecznym cyklem grafik Jacques’a Callota “Les Bohémiens”. Cykl ten, niezwykle pięknej urody, jest jednak antyromski i utrwalający krzywdzące stereotypy, które towarzyszą nam do dziś. Mirga-Tas “przeczarowuje” je i przywracając bohaterkom i bohaterom tych obrazów godność. Pas środkowy to prezentacja znaków zodiaku, którym towarzyszą portrety ważnych dla artystki kobiet, jest to jej osobiste archiwum herstorii. W pasie dolnym zobaczymy sceny z życia codziennego społeczności romskiej oraz elementy pejzażu Czarnej Góry, skąd Mirga-Tas pochodzi. Jest to świat przyjazny, kolorowy i zwyczajny, wypełniony ludźmi, zwierzętami, codziennymi rytuałami i czynnościami. Wykreowany przez artystkę obraz odbiega od konwencjonalnych przedstawień społeczności romskiej, gdzie pornografizuje się ubóstwo, obecny na przykład w w filmie-doświadczeniu VR w Pawilonie Greckim (“Oedipus In Search of Colonus” Loukii Alavanou).

Ciekawych i zaskakujących momentów jest na tegorocznym Biennale naprawdę sporo: motyw ziemi (Delsy Morelos “Earthly Paradise”, Precious Okoyomon “To See the Earth Before the End of the World”, Ariel Bustamante, Carla Macchiavello, Dominga Sotomayor, Alfredo Thiermann “Turba Tol Hol-Hol Tol”), zabawy dzieci z całego świata w Pawilonie Belgijskim (Francis Alÿs “The Nature of the Game”), Pawilon Włoski (Gian Maria Tosatti “History of Night and Destiny of Comets”), immersyjne wytchnienie w Pawilonie Serbskim (Vladimir Nikolić “Walking with Water”).

Komentarzem do trwającej od lutego wojny w Ukrainie jest zamknięty i opustoszały Pawilon Rosji, symboliczna instalacja Pawło Makowa zatytułowana “Fontanna wyczerpania” w Pawilonie Ukraińskim, a także utworzona na terenie Giardini strefa dla działań ukraińskich artystów.

Przyznam, że pisząc ten tekst nie opuszcza mnie myśl, że bardzo chętnie wróciłabym do Wenecji i na Biennale, bowiem kilka dni to zdecydowanie za mało, aby wszystko faktycznie zobaczyć, poczuć i zrozumieć. Tak właśnie działa tegoroczna edycja, zatrzymuje, wciąga i zaostrza apetyt na więcej.

Barbara Piekut w Rzymie

0
Pokaz mody fot Marco Carusotti

13 lipca 2022 w Muzeum Sztuki Nowoczesnej MAXXI w Rzymie odbył się pokaz najnowszej kolekcji Barbary Piekut dla marki MO.YA fashion pod tytułem  „Libre”, w ramach oficjalnego kalendarza ALTA ROMA. Tym samym pochodząca z Podlasia projektantka na stałe zapisała się w historii polskiej mody jako druga Polka, która przeszła przez sito weryfikacyjne i została zaproszona przez komisję, by pokazać swoją kolekcję w ramach najważniejszego fashionweek’u w Europie, ALTA ROMA. Udział w tym wyjątkowym wydarzeniu jest niebywałą nobilitacją i wiąże się z docenieniem dotychczasowej pracy projektanta. W ramach ALTA ROMA zaistnieli tacy projektanci, jak Fendi, Elie Saab czy Valentino, co najlepiej świadczy o randze wydarzenia.

ALTA ROMA jako największe i najbardziej prestiżowe modowe święto we Włoszech przyciąga wiele mediów. Do zawsze obecnych w trakcie Alta Roma zalicza się:  Vogue  Italy, Vogue Paris, ELLE, Grazia, Interview, Glamour Magazine, Marie Claire, Vanity Fair, Dazed and Confussed, NY Times, La Reppublica, Traveller, Amica, Fashion TV, Rai TV oraz wiele innych.

Najistotniejszym faktem wyróżniającym ALTA ROMA jest brak „przypadkowych” uczestników wydarzenia. Każdy z gości pokazu jest imiennie zapraszany – jest to skutek ogromnego zainteresowania pokazami i projektantami. To niesamowite, że od teraz możemy śmiało mówić, iż Podlasianka była drugą w historii Polką, która dostąpiła tego zaszczytu.

Barbara Piekut znana jest ze swego zamiłowania do haute couture, gdzie każdy detal sukni jest dopracowany w najmniejszym szczególe. To właśnie ta miłość przełożyła się wymiernie na nagrody i wyróżnienia, które w tym roku otrzymuje. Jednym z najważniejszych osiągnieć w jej dotychczasowej karierze było otrzymanie „Złotej Pętelki 2022” przyznawanej przez Polską Akademię Mody za całokształt twórczości, a kilka miesięcy później zaprezentowanie nowej kolekcji na ALTA ROMA – w miejscu, o którym marzy każdy projektant couture. To wspaniałe zwieńczenie 10-lecia marki MO.YA fashion, które przypada w tym roku. Barbara Piekut jest żywym przykładem na to, że ciężka praca ukierunkowana na pasję potrafi przynieść wspaniałe efekty. Białostoczanka jest obecnie zdecydowanie jedną z najbardziej zapracowanych projektantek w kraju, biorącą udział we wspaniałych przedsięwzięciach, takich jak np. misternie wykonane na najwyższym poziomie stylizacje z papieru na potrzeby kalendarza „łączy nas Podlasie, naturalnie!”, ukazujące wspaniałe podejście do ekologii w modzie, na poziomie niespotykanym jak do tej pory w Polsce, a zauważonym i docenionym na świecie. Zaproszenie do pokazania kolekcji na ALTA ROMA było więc konsekwencją wielu lat ciężkiej pracy i pasji, która wyznacza drogę i prowadzi do miejsc, których nie spodziewaliśmy się zobaczyć.

Pokaz mody fot. Marco Carusotti

Pokaz Barbary Piekut był jednym z najbardziej udanych tego wieczoru, długo oklaskiwany i podziwiany przez międzynarodową publiczność na sali i online. Piękne jedwabne materiały, koronki i pióra, kobiecość i wdzięk oraz wysublimowany gust i elegancja sprawiły, że długo rozmawiało się o nim w kuluarach. Wszystkie dodatki projektantka naszywała ręcznie, co charakteryzuje tylko wysokie krawiectwo Alta Moda.

Na pokazie pojawili się goście z całego świata, przedstawiciele Ambasady RP w Rzymie, Ambasady Jordanii, Libanu, Egiptu, Austrii, koronowane głowy z Afganistanu, ludzie świata kultury, sztuki, telewizji, krytycy mody, styliści, blogerzy i międzynarodowi dziennikarze, łącznie ponad 300 osób. „Tak długo, jak powstają tak wyrafinowane kolekcje, istnieje nadzieja dla tego świata”, dało się słyszeć po pokazie. Barbara Piekut w najlepszy z możliwych sposobów reprezentowała Polskę, stając się jednocześnie najlepszą ambasadorką Podlasia, które często wymieniała w wywiadach: „Jestem dumna, że pochodzę z Podlasia. Jest to wyjątkowe miejsce, gdzie nieskalana natura spotyka się ze sztuką, gdzie dobrze jest żyć i tworzyć. To idealna baza wypadowa na świat, miejsce, gdzie chce się wracać. A dzięki wsparciu Urzędu Marszałkowskiego miałam możliwość rozwinąć skrzydła na najważniejszym fashion week’u w Europie ALTA ROMA i na stałe wpisać się do historii polskiej mody. Jestem za to ogromnie wdzięczna.”

Kolekcja „Libre” inspirowana jest twórczością polskiego kompozytora muzyki filmowej Adama Korzeniowskiego (szerzej znanego jako Abel Korzeniowski). Jego utwory rozbrzmiewały podczas premiery kolekcji stanowiąc idealne tło muzyczne dla misternie dopracowanych kreacji, jednocześnie przyprawiając widzów o dreszcze. Całość kolekcji MO.YA fashion utrzymana jest w kolorach pudrowego różu, złotego beżu i szampana, przeniosła gości w świat marzeń projektantki, która używając igły i nitki, niczym magicznej różdżki, wyczarowała piękno, wyrafinowanie i  elegancką nonszalancję należną Wielkiej Modzie. Kolekcja Piekut hołduje kobiecości, wywyższa ją i zachęca kobiety, by cieszyły się jej doświadczaniem. Delikatne jedwabie, koraliki, ręcznie tworzone aplikacje i piór stały się już elementami na stałe kojarzącymi się z twórczością projektantki Barbary Piekut. W Polsce znana jest z zamiłowania do haute couture i do tworzenia wszystkich kolekcji w jej duchu.
„Dominują, jak zawsze u mnie, moje ukochane koronki, jedwabie, pióra i ręcznie tworzone aplikacje. Całość ultra kobieca i sensualna, podkreślająca piękno kobiecej sylwetki. Całości stylizacji dopełniła autorska biżuteria z polskiego bursztynu, by jeszcze bardziej podkreślić miejsce pochodzenia kolekcji. Tworzę dla kobiet, gdyż uważam, że kobiecością należy się cieszyć na każdym jej etapie i bawić się nią, gdy jest ku temu sposobność. Każda z nas jest piękna i wyjątkowa, a moja praca polega głównie na tym, by to kobietom pokazać”, mówi Barbara Piekut i dodaje, „w nietypowych czasach, w jakich przyszło nam żyć, moda powinna nadawać kolory życiu, skłaniać do radości, dodawać blasku. Życie jest za krótkie, by od czasu do czasu nie założyć koronek i piór, nawet po to, by choć na chwilę pokolorować sobie szarość codzienności, bez względu na nasz wiek, czy rozmiar, który w danym momencie nosimy. Piękno i szyk mierzy się sumą wstrzymanych na nasz widok oddechów, nie miarką krawiecką.”

 

Haute Couture Art Night Tursi 2022

0
Autorskie projekty Natashy Pavluchenko pod włoskim niebem w Bazylikacie

6 sierpnia 2022, przed średniowieczną Bazyliką Matki Bożej Królowej Anglony w Tursi na południu Włoch, podczas wydarzenia Haute Couture Art Night, zostaną zaprezentowane kolekcje Maria D’Anglona oraz Bianca / Everlasting, autorstwa polskiej projektantki Natashy Pavluchenko. Oba projekty pochodzą z nowej, ponadczasowej linii modowej artystki łączącej modę, sztukę i historię.

Miasto Tursi znajduje się we włoskim regionie Bazylikata. Jego początki sięgają V wieku i związane są z najazdem Wizygotów, pod przewodnictwem legendarnego wodza Alaryka. Obszar ten słynie z produkcji owoców cytrusowych, w tym szczególnej odmiany pomarańczy, które sprowadzili tu Saraceni w 1000 roku. To region, który upodobali sobie także filmowcy – w pobliskiej Materze Mel Gibson kręcił sceny do „Pasji” i realizowano również sceny pościgu do ostatniego filmu o przygodach Jamesa Bonda „Nie czas umierać”.

„To sen który staje się rzeczywistością” – powiedziała projektantka, gdy okazało się, że obie jej kolekcje artystyczne, zostaną zaprezentowane we Włoszech, w tak wyjątkowym miejscu. Znajdujące się w XI-wiecznej Bazylice ornamenty ołtarzy stały się inspiracją do powstania w 2020 roku pierwszego projektu pod nazwą Maria D’Anglona. Rok później powstała kolejna kolekcja łącząca modę i sztukę zatytułowana Biała / Everlasting, dla której inspiracją stały się dekoracje średniowiecznego kościoła św. Stanisława w Bielsku-Białej. To jedyna, jak do tej pory, kolekcja Natashy Pavluchenko cała rygorystycznie w kolorze białym. Oba projekty, których premierowe pokazy odbyły się w kolejnych edycjach rzymskiej Altaroma, zostały wykonane w Atelier projektantki w Bielsku-Białej.

Głównym organizatorem Haute Couture Art Night / Tursi 2022 jest Urząd Miasta w Tursi, na czele z Burmistrzem Salvatorem Cosmą. Gośćmi specjalnymi będą Ambasador RP we Włoszech Anna Maria Anders i Prezydent Miasta Bielska-Białej Jarosław Klimaszewski.

Podczas wydarzenia, odbywającego się pod patronatem Ambasady RP w Rzymie, promowany będzie także UrBBan Fussion. Art & Fashion Festival, organizowany w Bielsku-Białej i dedykowany modzie oraz różnym formom sztuki. Partnerem i producentem wiodącym wydarzenia w Tursi jest International Fashion Network.

*****

NATASHA PAVLUCHENKO

Projektantka mody, ilustratorka, designerka. Polka z białoruskimi i ukraińskimi korzeniami, od ponad 20 lat mieszkająca w Bielsku-Białej. Jej pradziadek, jeszcze przed I wojną światową, z sukcesem prowadził pracownię krawiecką na warszawskiej Starówce. Potem los rzucił rodzinę na Wschód, na tereny dzisiejszej Białorusi. Swoją przygodę z modą Natasha rozpoczęła w wieku 17 lat. Podczas nauki w Fashion Design Institute of Modern Knowledge w Mińsku stworzyła pierwszą autorską kolekcję. Wygrana w konkursie Smirnoff Fashion Awards w Moskwie (2001), pozwoliła jej na udział w międzynarodowym Fashion Show w Dusseldorfie, gdzie została okrzyknięta „Odkryciem Roku 2002”.

Kolejne zwycięskie konkursy i przeglądy mody potwierdziły jej talent i rzemiosło krawieckie najwyższej jakości oraz nowoczesną wizję mody. Kreacje Natashy, które powstają w bielskim Atelier, podziwiano w Portugalii, Rosji, Hiszpanii, Niemczech i Azerbejdżanie. Z okazji 90-lecia istnienia Fiat Auto Poland Pavluchenko zaprojektowała wnętrza Fiata 500, a jej designerskie projekty mebli zostały dobrze przyjęte podczas targów w Paryżu. Natasha Pavluchenko ubiera gwiazdy filmowe i telewizyjne, tworzy również kostiumy teatralne. W jej kreacji wystąpiła na oskarowej gali w Hollywood Ewa Puszczyńska, producentka nagrodzonego filmu „Ida” (reż. Paweł Pawlikowski). Projektantka stworzyła także markę Neo Couture, z myślą o kobietach ceniących indywidualny styl, niepowtarzalny krój i materiały najwyższej jakości.

Projekt MARIA D’ANGLONA

Po zorganizowaniu kilkuset pokazów mody, projektantka zaczęła szukać nowych inspiracji i
form ekspresji dających ujście jej kreatywności. Pomysł na nową linię modową przyszedł jej podczas wizyty w Tursi. Po powrocie do Polski projektantka wnikliwie studiowała wzory tamtejszych ołtarzy, badając je pod względem genezy, kolorystyki i historii. Tak powstała Maria d’Anglona – ponadczasowa kolekcja, otwierająca nową linię kreatywną i pokazująca, że moda może inspirować się sztuką i sama się nią stać. „Nazywam tę kolekcję projektem, bo nie chcę zamykać się wyłącznie w samej przestrzeni modowej. Chciałam pokazać, że historia, na którą często nie zwracamy uwagi, może być inspiracją do czegoś nowoczesnego” – powiedziała projektantka.

Maria d’Anglona została zaprezentowana po raz pierwszy w Rzymie w styczniu 2020 roku. Projekt uzyskał wsparcie burmistrza miasta, miejscowego biskupa, społeczności Tursi i przedsiębiorców z regionu. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Maria Cristina Rigano z International Couture – organizatorka pokazów mody w Paryżu, Pekinie i w Rzymie. zaraz po prezentacji kolekcji stwierdziła, że to projekt, w którym historia staje się modą.

Projekt BIAŁA / EVERLASTING

Kontynuując rozpoczętą linię kreatywną i znajdując kolejną inspirację we wnętrzach najstarszego bielskiego kościoła p.w. św. Stanisława, projektantka stworzyła podczas
pandemii zupełnie nową kolekcję dedykowaną miastu, w którym żyje i pracuje. “Biała / Everlasting jest dla mnie kolekcją nietypową, zaskoczeniem kolorystycznym. Jest symbolem miłości, czystości i wieczności. Kolor kolekcji pochodzi od nazwy miasta, w którym mieszkam i tworzę, a ono ma niezwykłą duszę oraz niesamowitą historię.” – wyznała Natasha Pavluchenko. Kolekcja miała swoją światową premierę podczas Altaroma 2021, w ramach pokazów International Couture w Rzymie.

„To moda, która staje się sztuką i czerpie z historii Bielska-Białej, z tradycji włókienniczej miasta, z jego architektury, przetwarza ją i pokazuje światu. Wspaniale, że także w ten sposób można odkrywać polską historię i przybliżać ją Włochom.”- stwierdziła obecna na pokazie Ambasador Polski we Włoszech, Anna Maria Anders. W tworzenie kolekcji zaangażowały się władze miasta na czele z Prezydentem Miasta Jarosławem Klimaszewskim. Powstanie kolekcji wpisało się w jubileusz 70-lecia połączenia obu miast, leżących od setek lat po dwóch stronach rzeki Biała.

URBBAN FUSION. Art & Fashion Festival

Międzynarodowe zainteresowanie jakie wzbudziły kolekcje MARIA D’ANGLONA oraz BIAŁA / EVERLASTING,przekonało władze miasta do zorganizowania w Bielsku-Białej nowego i cyklicznego w zamierzeniu wydarzenia, skierowanego w dużym stopniu do młodych ludzi – uczniów, studentów i absolwentów szkół artystycznych. UrBBan Fusion. Art & Fashion Festival nawiązuje do tradycji włókienniczej miasta i łączy na jednej przestrzeni różne rodzaje sztuk. Dyrektorem artystycznym wydarzenia została jego główna pomysłodawczyni, Natasha Pavluchenko.

Pierwsza edycja Festiwalu odbyła się w grudniu ubiegłego roku. W festiwalowych pokazach performatywnych w fascynujący sposób połączyła: modę, muzykę, taniec i sztuki wizualne. Młodzi ludzie mogli także uczestniczyć w spotkaniach rangi masterclass z międzynarodowymi wykładowcami, w wernisażu fotografii poświęconej modzie, wystawie rysunku modowego, projekcjach filmowych o tematyce modowej, a co najważniejsze – wziąć udział w konkursie modowym przeznaczonym dla osób do 31. roku życia, w którego jury zasiedli przedstawiciele Polski i Włoch. Kolejna edycja Festiwalu już wkrótce.

Agata Igras: flet – miłość od pierwszego usłyszenia

0

Czy w XXI w. znajdzie się jeszcze miejsce w naszym życiu na muzykę klasyczną? Agata Igras, wszechstronna flecistka, od lat wykładająca na Uniwersytecie  Muzycznym w Warszawie, opowiada nam, jaka może być rola muzyki klasycznej w dzisiejszym świecie oraz o jej dobroczynnym wpływie na dorosłych i dzieci. Jako nauczycielka o wieloletnim doświadczeniu wskazuje, jak zachęcić młodzież do uczenia się gry na instrumentach i tworzenia muzyki.

Jest pani wykładowczynią na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Skąd się wzięła u pani pasja do muzyki klasycznej i jak wyglądała pani droga do kariery akademickiej?

Pochodzę z rodziny, która nie ma muzycznych tradycji – moi rodzice obydwoje świetnie słyszą, ale tradycji muzycznych jako takich nie mamy. Byłam pierwszą osobą w rodzinie, która zaczęła się kształcić muzycznie, a zaczęło się to trochę przez przypadek. Podczas wakacji rodzinnych w Turcji zobaczyłam na wielkim telebimie w Stambule teledysk do piosenki „Fusion”, który łączył muzykę klasyczną (III część koncertu Rondo Russo Saverio Mercadante) z disco. Miałam wtedy 7 lat i od razu zakochałam się w tej muzyce i wygrywającej ją flecistce, śpiewałam tę melodię w kółko i w kółko. A zatem tata na lokalnym targu kupił mi drewnianą fujarkę, na której zaczęłam wygrywać te dźwięki. Moi rodzice, słysząc zalążki talentu w mojej grze, postanowili wypróbować moje umiejętności i posłali mnie do szkoły muzycznej. Profesjonalną edukację muzyczną zaczęłam od 4 klasy podstawowej, co dzisiaj już prawie się nie zdarza, bo dzieci edukuje się od 6 roku życia, a zatem musiałam nadgonić te pierwsze lata edukacji. Później w trakcie studiów, zresztą na tej samej uczelni, na której teraz wykładam, miałam silne przekonanie, że bardzo chciałabym uczyć. Bardzo się cieszę, że w którymś momencie zwrócono się do mnie z prośbą o współpracę z uczelnią. I tak już od ponad 12 lat pracuję na uniwersytecie, od kilku lat mam swoją własną klasę – oprócz grania to właśnie nauczanie i wspieranie młodych ludzi w rozwoju jest moją wielką pasja i kocham to robić.

Czy w trakcie swojej edukacji muzycznej miała pani jakieś wątpliwości co do wyboru instrumentu czy zawsze na pierwszym miejscu był flet?

Gdybym zaczynała kształcenie muzyczne od początku, to wybrałabym być może instrument bardziej harmoniczny, np. wiolonczelę, ale nie żałowałam nigdy wyboru fletu – to była miłość od pierwszego wejrzenia i usłyszenia. Kocham naprawdę wiele instrumentów, jak właśnie wiolonczela czy harfa, ale flet jest i zawsze był mi najbliższy.

Studiowała pani również w Holandii, współpracowała pani z flecistami, kompozytorami z całego świata. Jak pani postrzega rolę muzyki we współpracy i komunikacji międzykulturowej?

Muzyka jest językiem uniwersalnym, jest w stanie połączyć nas ponad wszelkimi podziałami, zarówno kulturowymi, jak i innymi. Dzięki muzyce dużo łatwiej rozmawia się o różnych kulturach, łatwiej wymienia się doświadczeniami, a także wpływami. W muzyce klasycznej przecież wiele elementów przenika z innych krajów, co jest dla muzyków bardzo edukujące i jest świetną okazją do dzielenia się wiedzą czy poznawania różnych tradycji i zwyczajów.

A ma pani ulubionego włoskiego kompozytora? Co ceni pani najbardziej jeśli chodzi o wkład Włoch w rozwój muzycznego dziedzictwa Europy?

Fletowa literatura włoska pochodzi głównie z baroku i wczesnego romantyzmu, wspomniany już Saverio Mercadante tworzył właśnie na przełomie romantyzmu i klasycyzmu. Oprócz tego oczywiście nieoceniony jest wkład Antonio Vivaldiego, który jest autorem wielu koncertów właśnie na flet. Natomiast moim ukochanym kompozytorem włoskim jest twórca oper Giacomo Puccini. Dla mnie Włochy to przede wszystkim opera. Gdybym miała robić w życiu coś innego, to chciałabym być właśnie śpiewaczką operową, a nie instrumentalistką, tak wielka jest moja miłość do opery. Uwielbiam muzykę Pucciniego, jej bogactwo wyrazu, koloru, niespotykane harmonie. Jego kompozycje są źródłem nieskończonej inspiracji. To właśnie w operze, a zwłaszcza w operze włoskiej, znajdziemy naprawdę przepiękne partie fletu – zarówno Verdi, jak i Puccini, dwa flagowe nazwiska w historii opery, mieli ogromny wpływ na rozwój harmonii i tonalności w muzyce klasycznej, a fletowa literatura w późniejszych latach znacząco z tego czerpała. Melodie pisane przez Pucciniego, moim zdaniem, nie mają sobie równych w literaturze operowej i w literaturze symfonicznej w ogóle.

Wróćmy do tematu edukacji. Jak wiadomo, muzyka ma ogromny wpływ na rozwój dziecka. Co pani zdaniem jest najważniejsze w początkowej edukacji muzycznej małych dzieci?

Radość. Uważam, że właśnie radość jest najważniejsza, bo dzięki niej nauka gry na instrumencie nie jest obowiązkiem, ale przyjemnością. Granie na takim instrumencie jak flet prosty w szkole podstawowej kojarzy się nie tylko ze stresem, ale przede wszystkim z karą, a to powinna być przede wszystkim przyjemność. Kiedy z gry na instrumencie płyną jakieś pozytywne emocje, to tylko wtedy mamy szansę otworzyć się i przekazać te pozytywne emocje dalej. Zatem najważniejsze jest to, żeby to była zachęta dla dzieci, żeby muzyka dawała im radość, żeby ich zaczynała interesować i intrygować. Jeżeli to zainteresowanie pozyskamy, to jest nadzieja, że ten maleńki człowiek zacznie się angażować coraz bardziej, będzie chciał śpiewać, tańczyć, grać, dotykać instrumentu, brzdąkać… Nigdy nie wiadomo do czego to nas zaprowadzi, a te działania mają ogromny wpływ na rozwój mózgu czy koordynacji ruchowo-przestrzennej. Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, ale moim zdaniem koi również emocje. Jest to swego rodzaju wentyl dla emocji, bardzo zresztą potrzebny. W dzisiejszych czasach dzieci i młodzież odcinają się ekranami od świata zewnętrznego, od rówieśników, ale również od samych siebie, a dzięki muzyce mają szansę dotrzeć do swoich uczuć i otworzyć różne pozamykane przestrzenie wewnątrz siebie. Sprawdziłam to również na swoich dzieciach, eksponując je wcześnie na muzykę, ponieważ uważam, że to znacząco wpływa też na naszą podświadomość. Muzyka może usypiać, pobudzać, słowem może wywoływać różne stany i łagodzić emocje, stąd też przecież wzięła się cała dziedzina muzykoterapii.

Na początku marca brała pani udział w konferencji prasowej poświęconej fletowi re.corder, o którym pisaliśmy również w poprzednich numerach Gazzetta Italia. Co skłoniło panią do zaangażowania się w ten projekt?

Przede wszystkim bardzo się cieszę, że pomyślano właśnie o mnie w kontekście tego projektu. Gdy został mi przedstawiony projekt fletu re.corder, jego liczne możliwości, to nie ukrywam, że zachwycił mnie ten pomysł i wspieram go całym sercem. Widzę dużo różnych obszarów, w których można wykorzystać ten instrument. To właśnie ta wiara w możliwości wykorzystania re.cordera zarówno w szkolnictwie, w muzykoterapii, jak i w pracy z osobami z niepełnosprawnościami czy też z osobami starszymi najbardziej mnie motywuje i mam głęboką nadzieję, że już wkrótce będzie to instrument szeroko rozpoznawany i wykorzystywany.

A miała pani okazję sama zagrać na re.corderze? Jak pani ocenia to doświadczenie?

re.corder

Oczywiście. Gra na nim to zupełnie inne doświadczenie, które wymaga przestawienia się z tradycyjnego sposobu gry na flecie, natomiast zachwyca liczba przeróżnych możliwości wydawania dźwięku. Na re.corderze można grać dmuchając, ale nie jest to konieczne, można grać na nim wyłącznie dotykając otworów na flecie. Bardzo ważne dla mnie jest to, że na tym instrumencie automatycznie ustawiona jest intonacja, co znaczy, że dla każdego, nawet dla osób, które nie mają bardzo rozwiniętego słuchu muzycznego, gra na instrumencie jest przyjemna, a wydawany dźwięk jest ładny i czysty. Nawet jeśli chcemy zagrać z kimś w duecie, to gdy zagramy dwie nuty, to one na pewno będą ze sobą kompatybilne brzmieniowo. To jest szalenie ważne, bo ułatwia grę mniejszym dzieciom i je do niej zachęca. Jeśli pomyślimy o klasie pełnej dzieci, to gdy spróbujemy stworzyć z ich instrumentów małą orkiestrę, dzieci zrozumieją co to naprawdę znaczy tworzyć chór dźwięków i jakie to jest niezwykłe doświadczenie dla ciała i psychiki. Niestety przy udziale zwykłych fletów prostych trudne (lub prawie niemożliwe) jest wywołanie pozytywnych emocji, gdy grać zacznie duża grupa dzieci dopiero rozpoczynających przygodę z muzyką.

Moim zdaniem re.corder spełni się przede wszystkim jako narzędzie umuzykalniające, jako instrument, który umożliwi pierwszy pozytywny kontakt z muzyką. Te pierwsze pozytywne doświadczenia być może zachęcą niektórych do sięgnięcia po inne instrumenty, czy to skrzypce, czy to wiolonczelę, a innym pozwoli tworzenie wieloplanowych, skomplikowanych kompozycji w prosty sposób, z wykorzystaniem licznych funkcji re.cordera.

Polskie gwiazdy na festiwalu Filmowym w Wenecji (III)

0
Festival di Venezia 1961, Alina Janowska, Serge Merlin, foto: Gianfranco Tagliapietra

Po przerwie wracamy do przeglądu polskich filmów na Festiwalu Filmowym w Wenecji. Wkraczamy w ważny okres naznaczony z jednej strony napięciami i krytyką wobec dyrekcji festiwalu, z drugiej znakomitym dziesięcioleciem dla włoskiego kina z pięcioma statuetkami Złotego Lwa w tej dekadzie: „Kronika rodzinna” reż. Valerio Zurlini (1962), „Ręce nad miastem” reż. Francesco Rosi (1963), „Czerwona pustynia” reż. Michelangelo Antonioni (1964), „Bitwa o Algier” reż. Gillo Pontecorvo (1966).

Koniec lat sześćdziesiątych, a konkretnie rok 1968, to również ruchy kontestacyjne, które wybuchły w całej Europie. Po zawieszeniu Festiwalu Filmowego w Cannes, w maju 1968 roku, i napięciach na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Pesaro, kryzys dotarł również do Wenecji. Na miesiąc przed rozpoczęciem Festiwalu Krajowe Stowarzyszenie Autorów Filmowych (ANAC) ogłosiło otwarty sprzeciw wobec historycznego festiwalu, oskarżając go o organizację wydarzenia w oparciu o stary statut z czasów faszystowskich. Kolejny zarzut dotyczył braku jednoznacznej decyzji, czy organizować festiwal na wysokim poziomie kulturalnym i intelektualnym, czy ulegać modom i zaspokajać gusta masowego odbiorcy. Protestujący domagali się samostanowienia o festiwalu, nieprzyznawania nagród i bezpłatnego wstępu na projekcje. Reżyserzy, wśród których Pier Paolo Pasolini, Liliana Cavani i Bernardo Bertolucci, postanowili działać rozsądnie i przedstawili dyrektorowi festiwalu Luigi Chiariniemu propozycję zniesienia, w 1968, ceremonii wręczenia nagród w oczekiwaniu na nowy statut. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu. Pasolini, mimo że podzielał postulaty protestujących, krytykował jednocześnie niezgodę z ich strony na wykorzystanie projekcji filmowych do stworzenia „pokojowego i zjednoczonego frontu”. Bertolucci natomiast otwarcie odciął się od protestów, oświadczając: „Zakazanie projekcji filmowych w Wenecji jest dla mnie tak samo poważnym afrontem, co palenie książek na placach” (Lidhollywood 2005, s. 119). Po 68. roku rozpoczął się marsz w kierunku zmiany struktury festiwalu, którą zapoczątkowało zrezygnowanie z przyznawania nagród do 1979 roku.

Bydgoska Aleja Autografów, Kazimierz Karabasz

W tej części skoncentrujemy się na pierwszej połowie lat 60., która dla Polski była ważnym okresem na festiwalu. Podczas 21. i 25. edycji w jury konkursu głównego zasiadał Jerzy Toeplitz, wielki historyk filmu, krytyk filmowy, założyciel, a przez pewien czas także rektor Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. To również czas licznej obecności i nagród dla polskich twórców.

Wśród nagrodzonych w 1960 roku jest Kazimierz Karabasz (którego filmy niemal co roku znajdują się w sekcji konkursu filmów dokumentalnych), jeden z najważniejszych dokumentalistów okresu powojennego, którego film „Muzycy” wygrał w Wenecji w kategorii filmów dokumentalnych na 11. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych, Naukowych, Kulturalnych i Rekreacyjnych. Film opowiada o próbach muzycznej orkiestry tramwajarzy i jest jednym z najsłynniejszych dzieł Karabasza, według Krzysztofa Kieślowskiego to jeden z dziesięciu najważniejszych fi lmów dokumentalnych XX wieku. Karabasz swoim kinem zawsze starał się przełamywać stereotypy związane z tematami i wprowadzać nowości techniczne (np. oświetlenie czy pozycję kamery), dzięki czemu pokazywał człowieka z zupełnie innej perspektywy. Jako wierny uczeń włoskich neorealistów często powtarzał, że praca dokumentalisty polega na „szukaniu małych elementów, składających się – nieskromnie mówiąc – na prawdę o człowieku. (…) Uważne obserwowanie i gromadzenie szczegółów, z których składa się życie, jest w stanie taką prawdę uchwycić” (M. Sadowska, Chełmska 21. 70 lat WFDiF).

Rok później w konkursie głównym znalazł się „Samson” Andrzeja Wajdy, film o Holokauście, który jednak nie został przychylnie przyjęty przez krytyków w Wenecji i nie otrzymał żadnej nagrody.

Edycja z 1962 roku jest jedną z pięciu, kiedy to Złoty Lew został przyznany ex aequo, tym razem Valerio Zurliniemu za „Kronikę rodzinną” i Andrzejowi Tarkowskiemu za „Dziecko wojny”. 23. Festiwal Filmowy w Wenecji to także ważne premiery w konkursie głównym: „Lolita” Stanleya Kubricka, „Mamma Roma” Pier Paolo Pasoliniego i pierwszy film fabularny Romana Polańskiego „Nóż w wodzie”, który zdobył nagrodę FIPRESCI. Scenariusz tego filmu, który reżyser napisał wspólnie z Jerzym Skolimowskim i Jakubem Goldbergiem, w 2009 roku został nagrodzony na festiwalu Lato filmów jako najlepszy scenariusz w historii polskiego kina. Polański wykorzystuje w filmie zamkniętą strukturę narracyjną, a odizolowani od świata bohaterowie stają się przedstawicielami wartości społecznych i kulturowych. Ponadto, opierając film na dialogach, reżyser nie tylko nakreślił doskonałe portrety psychologiczne bohaterów, ale także dokładnie zbadał mechanizm władzy i walki o nią.

24. edycja weneckiego festiwalu to kolejny polski film w konkursie głównym. „Milczenie” Kazimierza Kutza powstało na podstawie powieści Jerzego Szczygła o tym samym tytule. Film i książka powstały w typowej dla późnego okresu gomułkowskiego tendencji ukrytej walki z Kościołem, mającej na celu wzbudzenie niechęci do duchowieństwa katolickiego, ale reżyser porusza również temat ludzkiej samotności, nietolerancji i obojętności w zamkniętym prowincjonalnym środowisku.

Polacy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji 

  • 21^ Mostra Internazionale d’Arte Cinematografica, 1960
    KRZYŻACY / I CAVALIERI TEUTONICI reż. Aleksander Ford (w konkursie głównym)
    MUZYKANCI / I MUSICISTI reż. Kazimierz Karabasz (11. Mostra Internazionale del film
    documentario, scientifico, culturale e ricreativo; Leone di San Marco per il miglior film a soggetto)
    OTWARCIE I ZAMKNIĘCIE OCZU / GLI OCCHI SI APRONO E SI CHIUDONO reż. Konrad Nałecki
    AWANTURA O BASIĘ / BARBARA, BAMBINA DISPUTATA reż. Maria Kaniewska (12^ Mostra Internazionale del film per ragazzi; Leone di San Marco per il miglior film a soggetto adatto ai ragazzi dagli 8 ai 12 anni)
    MON PETIT NOIR / IL MIO PICCOLO NERO reż. Jadwiga Kędzierzawska, Jan Laskowski (12^ Mostra Internazionale del film per ragazzi)
    PIRACKI SKARB / IL TESORO DEI PIRATI reż. Lechosław Marszałek (12^ Mostra Internazionale del film per ragazzi; Osella di bronzo per i film a soggetto adatti ai
    bambini fino a 7 anni)
    SPRING ADVENTURES OF GNOME / LE AVVENTURE PRIMAVERILI DI UNO GNOMO reż. Witold Giersz (12^ Mostra Internazionale del film per ragazzi)
  • 22^ Mostra Internazionale d’Arte Cinematografica, 1961
    SAMSON reż. Andrzej Wajda (w konkursie głównym/in concorso principale)
    DZIŚ W NOCY UMRZE MIASTO / LA CITTÀ MORIRÀ QUESTA NOTTE reż. Jan Rybkowski (sezione Informativa)
    ŚWIADECTWO URODZENIA reż. Stanisław Różewicz (Gran premio della 13^ Mostra del film per ragazzi)
    JADŹKA reż. Janusz Nasfeter (13^ Mostra del film per ragazzi)
    SZATAN Z SIODMEJ KLASY / IL DIAVOLETTO reż. Maria Kaniewska (13^ Mostra del film per ragazzi)
    AWANTURA / UN TERZETTO D’AMICI reż. Lechosław Marszałek (13^ Mostra del film per ragazzi)
    PSOTNY KOTEK / IL GATTO BIRICHINO reż. Jadwiga Kędzierzawska (13^ Mostra del film per ragazzi)
    PRZYGODA W PASKI / UNA AVVENTURA A RIGHE reż. Derent, Ryszard Słapczyński, Hursztyn, Karolina Lutczyn, Reginald Lisowski (13^ Mostra del film per ragazzi; Secondo premio per i film a soggetto per ragazzi)
    LUDZIE W DRODZE / LA GENTE DELLA STRADA reż. Kazimierz Karabasz (Osella di bronzo per i film educativi e di documentazione sociale)
    NIE DRAŻNIĆ LWA / NON STUZZICARE IL LEONE reż. Tadeusz Wilkosz (12^ Mostra del film documentario)
    PREJAŻDŻKA / LA PASSEGGIATA IN CANOA reż. Janusz Nasfeter (12^ Mostra del film documentario)
    RÓŻNE BARWY TORUNIA / LE IMMAGINI DI TORUŃ reż. Maria Kwiatkowska (12^ Mostra del film documentario)
    OKO USTOKROTNIONE / L’OCCHIO CENTUPLICATO reż. Bohdan Mościcki (12^ Mostra del film documentario)
    OPOWIEŚĆ O ZAMKU WAWELSKIM / LA STORIA DEL CASTELLO DI WAWEL reż. Zbigniew Bochenek (12^ Mostra del film documentario)
  • 22^ Mostra Internazionale d’Arte Cinematografica, 1962
    NÓŻ W WODZIE / IL COLTELLO NELL’ACQUA reż. Roman Polański (sezione Informativa; nagroda/premio FIPRESCI
    KWIECIEŃ /APRILE reż. Witold Lesiewicz (sezione informativa) Retrospektywa filmów Andrzeja Munka
    NIEDZIELNY PORANEK / UNA DOMENICA MATTINA (1955)
    SPACEREK STAROMIEJSKI / UNA PASSEGGIATA PER LA VECCHIA CITTÀ DI VARSAVIA (1958)
    ZEZOWATE SZCZĘŚCIE / LA FORTUNA STRABICA (1959)
    KOLOROWY ŚWIAT / IL MONDO A COLORI reż. Jan Łomnicki (5^ Mostra del film sull’arte)
    LEGENDY MÓWIĄ PRAWDĘ / SAPETE CHE… reż. Lucyna Gulska (5^ Mostra del film sull’arte)
    PŁYNĄ TRATWY / IL BOSCO NAVIGANTE reż. Władysław Ślesicki [13^ Mostra del film documentario; Gran premio Leone di San Marco per il miglior cortometraggio
    a soggetto (ex aequo)]
    CHOPIN W KRAJU / CHOPIN NEL SUO PAESE reż. Jarosław Brzozowski, Wanda Rollny (13^ Mostra del film documentario)
    LES NOEUDS / LA STAZIONE DI SMISTAMENTO di Kazimierz Karabasz (13^ Mostra del film documentario)
    KOLOROWE POŃCZOCHY reż. Janusz Nasfeter (14^ Mostra del film per ragazzi; Leone di
    San Marco per il miglior film ricreativo per l’adolescenza)
    HISTORIA ŻÓŁTEJ CIŻEMKI / LA STORIA DEI PICCOLI SANDALI GIALLI reż. Sylwester Chęciński (14^ Mostra del film per ragazzi; Osella d’argento per i film ricreativi per l’infanzia)
  • 24^ Mostra Internazionale d’Arte Cinematografica, 1963
    MILCZENIE reż. Kazimierz Kutz (w konkursie głównym)
    GODZINA PĄSOWEJ RÓŻY / RITORNO ROMANTICO reż. Halina Bielińska (Gran premio della 15^ Mostra del film per ragazzi)
    O DWÓCH TAKICH CO UKRADLI KSIĘŻYC / I DUE LADRI DELLA LUNA reż. Jan Batory (15^ Mostra del film per ragazzi)
    DWAJ RYWALE / I DUE RIVALI reż. Zbigniew Czernelecki (15^ Mostra del film per ragazzi)
    PIERWSZY KROK / PRIMI PASSI reż. Kazimierz Karabasz (14^Mostra del film documentario)
    HAŁDY / HALDY reż. Janusz Kidawa (14^ Mostra del film documentario)

Kino według Leo Ortolaniego

0

Choć najważniejszym dziełem Leo Ortolaniego jest seria „Rat-Man”, będąca prawdziwym kamieniem milowym włoskiego komiksu, na przestrzeni wielu lat autor ten stworzył niemałą liczbę innych historii, często (choć nie zawsze) związanych z uniwersum, w którym rozgrywają się przygody jego najsłynniejszej postaci. W większości przypadków są to parodie wielkich hitów współczesnego kina, takich jak saga „Gwiezdne Wojny” czy „Harry Potter”, nie zapominając o klasyce sprzed dziesięcioleci.

Będąc wielkim pasjonatem kina, Ortolani rysował swoje pierwsze parodie, w tym komiksową wersję „Szczęk” Stevena Spielberga, już jako nastolatek. Inne przeróbki znanych filmów sięgają końca lat 80. – są to „Jorango” (parodia „Rambo”) oraz „Il Cercatore” („Poszukiwacz”  -opowieść, która mieszała „Indianę Jonesa” z fantasy à la Tolkien). Dzieła te nie są specjalnie dojrzałe ani pod kątem rysunków, ani fabuły, jednak widać w nich ogromną pasję młodego rysownika do siódmej sztuki. W 1989 roku Leo narysował pierwszą przygodę Rat-Mana, będącą oczywistą parodią Batmana, zainspirowaną filmem Tima Burtona z tego samego roku. W latach 1995-97 w samodzielnie wydawanej przez autora serii „Rat-Man” ukazywały się inne komiczne przeróbki, takie jak „Dal futuro!” („Z przyszłości!”, parodia „Terminatora”) czy „The R-File” (zabawny hołd dla niezwykle popularnego w tamtych latach serialu „Z Archiwum X”).

W latach 90. Ortolani wydał wreszcie swą parodię filmu Spielberga, zatytułowaną „Squalo” (czyli „Rekin”, 1996), a także „La lunga notte dell’investigatore Merlo” („Długą noc detektywa Merlo”, 1997). Ten ostatni komiks powstawał jako parodia gatunku noir, zainspirowana głównie filmem Carla Reinera „Umarli nie potrzebują pledu” (z kolei nazwisko głównego bohatera, Merlo, wzorowane jest na Philipie Marlowe, słynnym detektywie stworzonym przez Raymonda Chandlera). Wraz z rozwojem fabuły „Długa noc…” zamienia się jednak w ukłon w stronę absolutnej klasyki kina, jaką jest „Casablanca” Michaela Curtiza.

W kolejnych latach Ortolani, już jako pierwszoplanowy autor wydawnictwa Panini, stworzył wiele innych parodii znanych filmów i seriali. Często były to pojedyncze odcinki drukowane w dwumiesięczniku „Rat-Man”, jak np. „Operazione Geode” („Operacja Geoda”, parodia przygód agenta 007), „Cinzia la barbara” („Cinzia barbarzynka”, wzorowana na „Conanie barbarzyńcy” Johna Miliusa), “Rat Man: 1999” (zainspirowany brytyjskim serialem z lat 70., „Kosmos 1999”) lub „La gabbia” („Klatka”, parodia „Star Treka”). Piękny hołd złożony „2001: Odysei kosmicznej” Arthura C. Clarke’a i Stanleya Kubricka, zatytułowany „La Sentinella” („Strażnik”), wydany został oczywiście w 2001 roku, a w 2004 ukazał się „Rat-Max”, parodia trylogii „Matrix”. Bohaterem wszystkich tych opowieści jest sam Rat-Man, a większość z nich jest częścią continuity (ciągłości fabularnej) głównej serii komiksowej.

Wiele innych filmowych parodii ukazało się w osobnych tomach, tak jak słynne „Star Rats” (będące oczywiście parodią „Gwiezdnych Wojen”), wydane w 1999 roku, czy „Il Signore dei Ratti” („Władca Szczurów”), zainspirowany tolkienowską trylogią Petera Jacksona, opublikowany w roku 2004. Kontynuacją sagi „Star Rats” były kolejne trzy epizody (w których Ortolani parodiował prequelową trylogię George’a Lucasa) w latach 2005, 2014 i 2015. Ciekawym eksperymentem był komiks w 3D „Avarat”, który ukazał się w 2010 roku i był oczywiście oparty na „Avatarze” Jamesa Camerona, natomiast w roku 2012 wydany został „Allen”, parodia sagi „Obcy” Ridleya Scotta, a w szczególności filmu „Prometeusz”, który pojawił się w kinach kilka miesięcy wcześniej. Wszystkie te historie, choć osadzone w innych fikcyjnych uniwersach, wciąż przedstawiają jako głównych bohaterów Rat-Mana i inne postaci z głównej serii – a przynajmniej ich alternatywne wersje.

W roku 2007 Ortolani wydał na łamach „Rat-Mana” dwuczęściową opowieść „299+1”, czyli humorystyczną wersję słynnego komiksu Franka Millera z 1998 roku „300” i jeszcze bardziej znanego filmu Zacka Snydera. W tym przypadku – nawet bardziej, niż w poprzednich dziełach – widoczna jest miłość Leo do pierwowzorów swoich komiksów, które reinterpretuje w sposób ironiczny i zdecydowanie niebanalny. Historia ta, zrealizowana w formacie „widescreen” identycznym jak w powieści graficznej Millera, została później wydana w kolorze i w dużym formacie; do dziś jest to być może – z grafi cznego punktu widzenia – najpiękniejsze dzieło Leo Ortolaniego. Spośród innych parodii, które ukazały się pierwotnie na łamach serii „Rat-Man”, warto wspomnieć o trylogii „Il grande Magazzi” („Wielki Magazzi”, zainspirowany „Harrym Potterem”, ale i sagą „Zmierzch”), wznowionej później w osobnym tomie, a także o „Ratto” (kolejnej parodii „Rambo”), „I sacrifi cabili” („Zbytecznych”, opartych na filmie „Niezniszczalni” z 2010 roku) czy jeszcze o „The Walking Rat” (jest to oczywiście parodia serialu „Żywe trupy”). W 122 numerach „Rat-Mana”, które ukazały się w latach 1997-2017 nie brakuje też wielu innych hołdów dla kina z różnych epok: niejedna okładka wzorowana jest na słynnych filmach, takich jak „Egzorcysta”, „Ojciec chrzestny”, „Powrót do przyszłości” czy zdecydowanie późniejsze „Avengers”.

Począwszy od roku 2012 Leo udostępniał na swoim blogu „CineMah” wiele komiksowych recenzji filmów, które właśnie się ukazywały, skupiając się głównie na produkcjach science fiction i superbohaterskich. Recenzje te, często mocno ironiczne czy wręcz sarkastyczne, zostały później zebrane w tomie „Il buio in sala” („Ciemno na sali”) w 2016 roku. W ostatnich latach Ortolani powrócił do uniwersum „Star Rats”, tworząc składającą się z sześciu zeszytów miniserię „Eredità” („Dziedzictwo”, 2020), której źródłem inspiracji była najnowsza kinowa trylogia „Gwiezdnych Wojen”. W roku 2021 ukazała się druga sześcioczęściowa mini-seria, „Matana”, będąca hołdem dla klasycznych „spaghetti westernów” Sergia Leone. Jednocześnie w latach 2020-21 Leo powrócił do korzeni, publikując narysowane od nowa wersje „Jorango” (pod nowym tytułem „Rango”) i „Il Cercatore”.

foto: Sławomir Skocki, Tomasz Skocki

***

Interesuje Cię historia włoskiego komiksu? Kliknij tutaj, aby przeczytać więcej artykułów z serii „Komixando”.

Karnawał, maska, konfetti

0

Styczeń i luty są miesiącami kojarzonymi z karnawałem, czyli okresem przyjęć i zabaw, poprzedzającym wielki post, w czasie którego duchowo przygotowuje się do Wielkanocy. Jednym z elementów najbardziej charakterystycznych dla karnawału są maski noszone dla zabawy przez uczestników przyjęć organizowanych w tym czasie. Maski mają w sobie pewną tajemnicę, ponieważ ukrywają oblicze tego, kto je nosi. Owa tajemniczość karnawałowych rytuałów odpowiada etymologiom słów powiązanych z tym czasem, które często są niepewne, trudne do wyjaśnienia i często tłumaczone w błędny sposób.

Karnawał
Słowo karnawał odnosiło się początkowo do dnia poprzedzającego wielki post, czyli dnia, w którym przestawało się jadać mięso. Teraz owa nazwa odnosi się do całego okresu poprzedzającego wielki post, czyli czasu przyjęć, kiedy z pewnością nie odmawia się sobie mięsa. Tradycja jednak została zachowana w samej nazwie, która w rzeczywistości jest złożeniem dwóch innych słów łacińskich: carnem (od caro „mięso”) i levare (tu: „usuwać”). Łaciński zwrot carnem levare oznaczał więc „usuwać mięso” i odnosił się bezpośrednio do religijnego zwyczaju zaprzestania spożycia mięsa wraz z początkiem wielkiego postu. Levare poprzez asymilację stało się później levale i ostatecznie zostało złączone z już włoskim słowem carne, tworząc carnevale. W języku polskim, choć funkcjonuje słowo „karnawał”, istnieje również rodzimy ekwiwalent „mięsopust”, który stanowi prawie dosłowne tłumaczenie carnevale.

Maska
Niezwykle ważnym przedmiotem jest również maska, którą każdy uczestniczący w przyjęciu karnawałowym koniecznie musi nosić. Maska jest jednocześnie czymś, co w literaturze funkcjonuje jako symbol, ponieważ służy do ukrycia swojego oblicza. Prawie imitując funkcję maski, sama jej nazwa jest wystarczająco enigmatyczna i ukrywa swoje pochodzenie. Istnieją przeróżne teorie na ten temat. Jedna, uważana dziś za nieprawdziwą, mówi, że słowo to pochodzi od arabskiego mashara (błazen). Inne teorie sugerują pochodzenie indoeuropejskie i wywodzą maskę od *maska, które jest zrekonstruowanym słowem z zachodniego pragermańskiego, które miałoby znaczyć siatkę, która zakładana by była na twarz jako ochrona przed pyłem i piachem. Słowo to miałoby zostać zapożyczone do łaciny i ze względu na skojarzenie osoby noszącej siatkę do istot z wyobraźni, otrzymałoby znaczenie „wiedźma”. Potem miałoby pojawić się także znaczenie, które znamy wszyscy dziś, a zachowane we włoskim słowie maschera, które miałoby pochodzić od wariacji słowa z dźwiękiem „r”. Innym wytłumaczeniem może być pochodzenie od słowa *mask-, które miałoby pochodzić z jakiegoś języka przedindoeuropejskiego (były to języki używane na terenie Europy przed językami pochodzącymi od praindoeuropejskiego) i oznaczałoby „czarny”, a słowo masca odnosiłoby się wtedy do czynności malowania twarzy na czarno. Do języka polskiego słowo „maska” przybyło z języka włoskiego poprzez francuskie masque. Jednak poza tą informacją, wszystkie inne, które odnoszą się do etymologii, są bardzo niepewne a prawdziwe źródło owego słowa pozostaje „zamaskowane”.

Konfetti
Na różnych przyjęciach karnawałowych, ale nie tylko, bo także w czasie sylwestra zazwyczaj rzuca się w powietrze malutkie kawałeczki kolorowego papieru, które w języku włoskim nazywają się confetti (lub coriandoli), a po polsku, gdzie słowo to zostało zapożyczone z włoskiego „konfetti”. Skąd jednak wzięła się ta tradycja? Aby to wytłumaczyć pomoże nam oczywiście etymologia. Słowo confetti pochodzi od łacińskiego confectus tj. imiesłowu przeszłego przymiotnikowego od conficere („robić, produkować, zbierać”). W średniowieczu to słowo było używane w odniesieniu do m.in. suszonych owoców otoczonych miodem, a jak czytamy u Boccaccia, confetti były słodyczami z gotowanego cukru, którym otoczone były migdały albo pistacje lub coś innego. Pod koniec XVI wieku Giovanvettorio Soderini poświadcza użycie konfetti zrobionych z ziaren kolendry obtoczonych cukrem (stąd druga włoska nazwa coriandoli – ziarna kolendry), które rzucało się dla zabawy w czasie karnawałowych przyjęć. A małe kawałeczki papieru, które dziś wyrzucamy w przestrzeń, są tym, co zostało nam z tamtej tradycji.

Grupa Sirmax – włoska technologia zakorzeniona w Polsce

0

Grupa Sirmax z siedzibą w Cittadella (prow. Padwy) jest jednym z pierwszych na świecie i pierwszym niezależnym europejskim producentem mieszanek polipropylenowych, technopolimerów, mieszanek poużytkowych i biomasy, wykorzystywanych w różnych branżach: motoryzacyjnej, AGD, energetycznej gospodarstwa domowego, elektrycznej, elektronicznej, budowlanej, meblarskiej. O sukcesie tej włoskiej firmy, która ma w Polsce dwa ważne zakłady, rozmawiamy z Massimo Pavinem, prezesem Grupy Sirmax.

Czy może nam pan powiedzieć kilka słów o Sirmax?

Działająca od lat 60. firma posiada 13 zakładów produkcyjnych: sześć we Włoszech, dwa w Polsce (otwarte w 2006 i 2019), jeden w Brazylii (2012), dwa w USA (2015 2020), dwa w Indiach (2017), biuro sprzedaży w Mediolanie, oddziały zagraniczne we Francji, Hiszpanii i Niemczech. Sirmax zdobył znaczące udziały w rynku europejskim, obu Ameryk i azjatyckim, stając się tym samym globalnym producentem na rynku międzynarodowym. Naszymi klientami są Whirlpool, Bosch- Siemens, Electrolux, Karcher, Philips, Honeywell, ABB, Technogym, Stellantis, Volkswagen Group, Daimler, De’ Longhi, Haier, BMW, Audi. W 2021 roku grupa Sirmax odnotowała obroty w wysokości 480 milionów euro, zatrudnia ponad 800 przedstawicieli na całym świecie. Nazwa Sirmax powstała w wyniku połączenia dwóch innych: „Sirte” i „Maxplast”. Od 1999 r. Sirte i Maxplast działają pod wspólną własnością, po fuzji obu firm, pod nazwą Sirmax Spa (S.A.). Od 2004 roku rozpoczęto wdrażanie strategii wzrostu do poziomu globalnego: począwszy od nowego zakładu we Włoszech w Tombolo (prow. Padwy), który zaczął produkcję zdywersyfikowanego asortymentu polimerów inżynieryjnych, aż do otwarcia nowych oddziałów sprzedaży w Hiszpanii, Francji i Niemczech; od inauguracji Sirmax Polska w 2006 roku, do uruchomienia nowego zakładu produkcyjnego Sirmax do Brasil w Jundaì (San Paolo); od powstania Sirmax North America w Anderson (Indiana) w 2015 roku, po przejęcie fabryk Nord Color, włoskiego friulijskiego leadera w projektowaniu i produkcji specjalnych technopolimerów. W 2019 roku wybudowano drugi polski zakład w Kutnie, za to w roku 2020 przyszła kolej na drugą fabrykę w USA, w całości poświęconą obróbce tworzyw sztucznych pochodzących z recyklingu oraz na przejęcie Smart Mold, spin off-owego przedsiębiorstwa Uniwersytetu w Padwie – firmy inżynierskiej – objętej programem rozwoju i optymalizacji procesów produkcyjnych, mającej m.in. współdziałać z klientami w celu projektowania produktów poprzez wsparcie dla techniki formowania wtryskowego, zarówno w zakresie dotyczącym samego procesu, jak i produkowanych materiałów.

  

Laboratorium Smart Mold, spin off Uniwersytetu w Padwie

Jak ewoluował rynek tworzyw sztucznych w ostatnich latach, wziąwszy pod uwagę potrzebę tworzenia produktów zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju?

Sirmax wszedł do branży tzw. zielonych tworzyw sztucznych w 2019 roku, przejmując SER, wysokiej jakości włoskie systemy w sektorze regeneracji poużytkowej tworzyw sztucznych, oraz MICROTEC, producenta kompostowalnych lub biotrwałych mieszanek, działającego głównie w sektorze folii opakowaniowych. W ten sposób firma jest w stanie sprostać wszystkim dyktatom zrównoważonego rozwoju, które dotyczą nie tylko produktów, ale obejmują także procesy, zarządzanie, waloryzację terenów, planowania przestrzennego, wzmacnianie kapitału ludzkiego. Rynek tworzyw sztucznych bardzo się rozwinął w ostatnich latach, wszyscy przedsiębiorcy zrozumieli, że zrównoważony rozwój jest nie tylko moralnym obowiązkiem i koniecznością, ale także czyni ich bardziej konkurencyjnymi. Dziś producenci samochodów lub sprzętu gospodarstwa domowego częściej proszą swoich dostawców o tworzywa sztuczne na bazie produktów pochodzących z recyklingu, nie zaś o te pierwotne. Ponadto wszyscy uczestnicy łańcucha dostaw zwracają uwagę na cały cykl życia samochodu czy urządzenia, skupiając uwagę, już na etapie projektowania, na dbanie o zasady zrównoważonego rozwoju podczas tworzenia produktu.

Ostatecznym celem stała się prawdziwa rynkowa cyrkulacja, w której produktom daje się coraz to nowe życia. Jeśli chodzi o materiał z recyklingu, to wygrywa on jeśli jest odpowiednio dostosowany, uszlachetniony. Oznacza to, że może mieć właściwości podobne lub wręcz identyczne z cechami pierwotnych tworzyw sztucznych. W tym miejscu do gry wchodzą badania, w które trzeba inwestować, znacznie więcej niż miało to miejsce w przeszłości. Sirmax koncentruje się właśnie na badaniach naukowych, starając się opracowywać produkty z części pochodzących z recyklingu, które są antybakteryjne, ogniotrwały (odporny na ogień), mają taką samą odporność na uderzenia jak pierwotny plastik i są bezwonne. Właśnie dzięki researchowi Sirmax może teraz mówić o tzw. upcyklingu, koncepcji wykraczającej poza zwykłą ideę recyklingu: jest to ponowne wykorzystanie wyrzuconych przedmiotów lub materiałów w taki sposób, aby powstał produkt o jeszcze wyższej jakości lub wartości niż sam oryginał.

Massimo Pavin, prezes i CEO

Jaki będzie plastik przyszłości?

Produkcja w fabryce Kutno 2

Będzie pochodził z recyklingu i nadawał się do kolejnego. Przyczyni się do zmniejszenia produkcji CO2 i do tworzenia coraz lżejszych podzespołów w sektorze motoryzacyjnym czy AGD. Sirmax ma już w swoim portfolio produktów kilka związków, które przyczyniają się do redukcji emisji CO2. Zleciliśmy firmie Spinlife, spin-off Uniwersytetu w Padwie, badanie oceny cyklu życia (Life Cycle Assessment) dwóch mieszanek polipropylenowych przeznaczonych dla sektora motoryzacyjnego i AGD: Isofilu, produkowanego z pierwotnego polipropylenu oraz Green Isofilu, zawierającego polipropylen z recyklingu „Serplene”. Oba produkty są mieszane z wypełniaczami mineralnymi, barwnikami i innymi dodatkami w różnych proporcjach. Stosując pokonsumencki polipropylen odzyskany z recyklingu, jako częściowy zamiennik pierwotnego, uzyskuje się znaczną redukcję w prawie wszystkich branych pod uwagę kategoriach negatywnego wpływu na środowisko. W szczególności, w zależności od zawartości frakcji poddanej recyklingowi w Green Isofil, emisje dwutlenku węgla można zmniejszyć o połowę, w porównaniu z produktem pierwotnym. Na podstawie tych działań, kierując propozycje asortymentu materiałów dla klientów można dążyć do większej dbałości o środowisko.

Etap produkcyjny mieszanek bioaktywnych Microtec

Jaką rolę na arenie międzynarodowej odgrywają włoskie i polskie firmy działające w tym sektorze?

Mogę opowiedzieć o roli Sirmax. Staliśmy się największym niezależnym producentem mieszanek polipropylenowych w Europie i piątym na świecie. Dużo zainwestowaliśmy w umiędzynarodowienie przedsiębiorstwa, aby skrócić łańcuchy dostaw i dzięki temu mamy zregionalizowaną i zaufaną sieć dostaw. To pozwoliło nam, szczególnie w ostatnich latach kryzysu pandemicznego i surowcowego, być bardziej elastycznymi niż duże koncerny i bardziej niezawodnymi niż mali dostawcy. Uważam, że tylko ze średniej wielkości strukturą, ale przy jednoczesnej elastyczności, szybkości i byciu blisko klienta, możemy odgrywać wiodącą rolę na świecie w tej branży.

Jak ważne są inwestycje Sirmax w Polsce?

Polska zawsze była strategicznym miejscem dla firmy Sirmax, od 2006 roku, kiedy wybudowaliśmy nasz pierwszy zakład typu greenfield, Sirmax Polska, zaawansowany technologicznie zakład produkcyjny w specjalnej strefie ekonomicznej w Kutnie koło Łodzi, przeznaczony do produkcji mieszanek polipropylenowych. W 2019 roku wybudowano drugi polski zakład, również w Kutnie, obok pierwszego, dedykowany produkcji elastomerów termoplastycznych z linii Xelter, do mieszanek technicznych, samogasnących i specjalnych technopolimerów. Pierwszy zakład o powierzchni 52 tys. metrów kw. (20 tys. m2 powierzchni produkcyjnej), jest zarazem największy w całym koncernie, jest w stanie produkować 85 tysięcy ton tworzyw sztucznych rocznie dla sektora motoryzacyjnego i AGD. Drugi zakład, dwunasty co do wielkości w koncernie, o powierzchni produkcyjnej 12 500 metrów kwadratowych, w całości dedykowany jest nowym produktom z rodziny Xelter. Łącznie w dwóch polskich zakładach zatrudnionych jest 130 pracowników. Bardzo zależy nam na Polsce, jej centralnym położeniu logistycznym i tym, że jest naszym przyczółkiem w kierunku Europy Wschodniej.

Granulat Sirmax

Dwa lata Covidu, a teraz wojna, wywołały negatywne skutki w wielu branżach przemysłu, jaka jest sytuacja w sektorze tworzyw sztucznych?

Nie mogę powiedzieć, że świat tworzyw sztucznych przez to wszystko nie ucierpiał. W obliczu Covidu zadaliśmy sobie pytanie, czy zatrzymać, czy też kontynuować rozpoczęte już inwestycje. Zdecydowaliśmy się jednak kontynuować, wzmocnieni szeregiem analiz rynkowych i pocieszających wskaźników, a także dzięki stabilności fi nansowej koncernu, która również odzwierciedla koncepcje zrównoważonego rozwoju i przejrzystości. Ta strategia nam się opłaciła. Rok 2020 okazał się wzrostowy pomimo pandemii Covid-19, dzięki silnemu ożywieniu zamówień w drugim półroczu. Potem nadszedł kolejny rok, który przeszedł wszelkie nasze oczekiwania, ze wzrostem z poziomu 300 mln przychodów w 2019 r. do 480 mln w 2021 roku. W sumie, inwestycje zrealizowane przez Grupę Sirmax w 2021 r. wyniosły około 24 mln euro: 12 z nich dotyczyło wzmocnienia obszaru Zielonej Gospodarki.

Pozostałych 12 dotyczyło nowego zakładu produkcyjnego w Stanach Zjednoczonych, co dopełnia łączną kwotę inwestycji, która od 2020 roku wyniosła około 30 milionów. W 2021 r. zatrudniono również 100 nowych osób, co dało łączny wzrost liczby pracowników z 700 do 800 na całym świecie. Nasze inwestycje oraz uprzywilejowanie zregionalizowanych i lojalnych łańcuchów dostaw sprawiły, że zdobyliśmy udziały w rynku. Byliśmy blisko klienta z dostawami, produktami ad hoc i zaawansowanymi technologicznie usługami, zawsze biorąc pod uwagę długoterminową perspektywę, budując wszystko z rozwagą i rozsądkiem. Obawy o przyszłość pozostają. Scenariusz geopolityczny, koszty energii i surowców mogą zmniejszyć popyt. Nie mam obaw o bezpośredni negatywny wpływ na Sirmax: nasze łańcuchy dostaw są zróżnicowane i pozwalają nam na budowanie zapasów zaopatrzenia. Niepokoi nas jednak pośredni wpływ na naszych klientów końcowych, w szczególności z sektora motoryzacyjnego, który jest szczególnie narażony i już osłabiony długotrwałym brakiem mikroprocesorów na rynku.

Lamborghini Diablo 6.0 Spóźnione auto Diabolika

0

Nikomu nie życzę tego uczucia, jakiego właśnie doświadczam. Zdarza się ono tym, którzy zbyt długo zwlekają z wprowadzaniem w życie jakiegoś pomysłu, w moim przypadku pomysłu na poniższy tekst. Pojawił się on kilka lat temu wraz z zakupem prezentowanego modelu Lamborghini Diablo. Moje skojarzenie było natychmiastowe [tu przepraszam pana Tomasza za wchodzenie w jego kompetencje jako redakcyjnego eksperta od komiksów] – to przecież idealny samochód dla tak niebanalnego przestępcy jak Diabolik. Po obejrzeniu ekranizacji tego komiksu „Danger: Diabolik” z 1968 w reżyserii Mario Bavy, długo zastanawiałem się kto w ewentualnym remake’u powinien zagrać rolę głównego bohatera [wtedy John Phillip Law], a tym bardziej, która aktorka byłaby w stanie dorównać zjawiskowej Marisie Mell jako Eva Kant. Tymi rozważaniami miało się pierwotnie kończyć nasze dzisiejsze spotkanie, aż tu dowiaduję się, że w grudniu 2021 wchodzi do kin nowa produkcja „Diabolik” z Lucą Marinellim oraz „Miss Italia 2008” Miriam Leone. Nie pozostaje więc nic innego jak pójść do kina i przekonać się na ile trafnie reżyserzy Manetti Bros. dobrali aktorów. Tak na marginesie Diablo zagrało drobny, ale jak przystało na film o agencie 007 widowiskowy epizod w „Die another day”.

Sama postać Diabolika nie jest w Polsce zbyt dobrze znana, stworzyły ją Angela i Luciana Giussani, kobiety wyprzedzające swoje czasy, w latach 50. XX w., kiedy na ulicach Mediolanu wielką rzadkością i sensacją był widok kobiety za kierownicą samochodu, Angela posiadała już uprawnienia pilota lotnictwa! Siostry większość swojego życia zawodowego poświęciły prowadzeniu wydawnictwa Astorina i kolejnym opowieściom o Diaboliku. Na ile inspiracją dla autorek był francuski „Fantomas”* [wydawany od 1911] trudno powiedzieć, gdyż obie postacie to genialni, stosujący wyrafinowane gadżety złodzieje, są również – no cóż, bezwzględnymi zabójcami. Diabolik nigdy nie używał broni palnej, potrafi ł jednym ciosem lub chwytem rodem z Dalekiego Wschodu obezwładnić swoją ofi arę, nie gardził także ostrzami oraz wszelkiego typu truciznami, czy substancjami chemicznymi, a po każdej akcji ukrywał się w jednej z wielu rozsianych po świecie pomysłowo zakamuflowanych rezydencji.

Pierwszy komiks z tekstem Angeli i rysunkami Angelo Zarcone „Król terroru” pojawił się w sprzedaży w listopadzie 1962 i kosztował 150 lirów [dzisiaj za dobrze zachowany egzemplarz trzeba zapłacić nawet 8 tys. euro]. Parę miesięcy później ukazał się kolejny zeszyt w całości stworzony i wydany przez kobiety. Dopiero w tym kontekście zaskakuje fakt, że to właśnie one wybrały auto później już nierozerwalnie związane z naszym bohaterem, najpiękniejsze angielskie coupé Jaguar E-Type, o którym podobno sam Enzo Ferrari powiedział „To jest najpiękniejszy samochód, jaki kiedykolwiek powstał”, przyznacie – trudno o lepszą rekomendację. Gdyby jednak Lamborghini Diablo zawdzięczające swoją nazwę bykowi [a jakże], który 11 lipca 1869 w Madrycie dzięki swojej agresywności i odwadze stoczył wręcz epicką walkę z torreadorem El Chicorro, powstało niemal 30 lat wcześniej sądzę, że byłoby idealnym narzędziem w rękach Diabolika.

Jednak projekt P132, jak nazwano następcę wysłużonego modelu Countach, zaczął kiełkować dopiero pod koniec 1984 i był pomysłem fi nansującego fi rmę od 1980 Patricka Mimrana. Nowy właściciel po ciężkich dla supersamochodów latach 70., unowocześnił fabrykę w Sant’Agata powierzając jej kierownictwo Emile Navaro. Zdecydowanie poprawiono jakość aut, a nawet znalazły się środki na wprowadzenie nowego modelu [choć raczej była to kolejna ewolucja Urraco] Jalpa 350. Głównym zadaniem P132 było dotarcie do „Klubu 200 Mph”, czyli znaleźć się w gronie aut osiągających ponad 315 km/h [200 mil]. Sandro Munari na torze Nardo, tym lekko podrasowanym autem pojechał aż 340 km/h, tak więc P132 spełniło oczekiwania konstruktorów. Zanim do tego doszło prace trwały ponad 5 lat i pochłonęły 6 miliardów lirów, co przerosło możliwości Miriama, który w 1987 zdecydował się odsprzedać Nuova Automobili Ferrucio Lamborghini Chryslerowi. Amerykanie pod wodzą Toma Gale’a z Chrysler Styling Center postanowili ucywilizować i złagodzić pierwotną wersję nadwozia projektu M. Gandini, co ostatecznie włoski stylista zaakceptował. Przy tak olbrzymich nakładach dziwi jednak fakt, że nowy samochód zaprezentowany w 1990 w Monte Carlo otrzymał praktycznie niezmieniony silnik Countach’a. Nie była to jednak jakaś tam V12, lecz jedna z najlepszych konstrukcji jakie stworzył Giotto Bizzarrini, co marketing fi rmy dyskretnie podkreślił, umieszczając na osłonie silnika rząd cyfr wskazujących kolejność załączania się wszystkich 12 cylindrów.

Diablo przez 10 lat produkcji stale podlegało modernizacjom, pojawiały się jego kolejne wersje w tym jedna bardzo unikatowa VTR [3 szt.], która była składakiem z zapasów magazynowych części, z jakich montowano wszystkie dotychczasowe wersje. W 1993 w modelu VT pojawił się napęd 4×4, co czyniło go jednym z pierwszych superaut, gdzie zastosowano takie rozwiązanie, pierwszym było Porsche 959 z 1986 oraz już nam znane Bugatti EB110 [Gazzetta It. 74]. Mimo tego jak w typowy dla siebie sposób J. Clarcson stwierdził, że „Diablo do setki rozpędzało się… raz”, znalazło jednak wielu chętnych nabywców.

Szybko także okazało się, że Chrysler nie rozumiał koncepcji istnienia tego, w ich odczuciu, zbyt egzotycznego włoskiego producenta. W 1998 Lamborghini przechodzi w ręce Audi, które od razu myśli o następcy Diablo, jednak jeszcze do 2001 powstają odświeżone przez Luca Donckerwolke’a wersje Diablo’99, GT, GTR oraz Diablo 6.0. w sumie ok. 800 egz., a wśród nich „jednorożec” Diablo Classico Italia stworzone przy współpracy 23 włoskich firm. Wersje z czasów Audi były technicznie bardziej zaawansowane od poprzedników, posiadały ABS, wraz z nową instalacją elektroniczną system zarządzający pracą silnika oraz nadwozie z włókna węglowego. Jednak nieuchronnie zbliżający się moment zakończenia produkcji Diablo skłaniał producenta do szukania oszczędności, na przykład przednie lampy po face liftingu pochodziły z Nissana 300ZX (Z32). To mocno kontrastuje z początkami produkcji tego modelu, kiedy jako opcje oferowano: tylny spojler [4500 $], zestaw dedykowanych walizek [2600 $] lub zegar renomowanej szwajcarskiej firmy Breuget za 10500 $, na który zdecydowało się około 50 klientów.

Przez ostatnie 20 lat świat się zmienił nie do poznania i olbrzymia ilość włoskich firm mimo swojej renomy, prestiżu, rozpoznawalności jest obecnie własnością zagranicznych inwestorów. Ze smutkiem patrzę jak kraj ludzi kreatywnych, pełnych innowacyjnych i niebanalnych pomysłów, lider designu i mody, słynny ze swojej kuchni i jej produktów pozwolił, by lista tych firm stała się aż tak długa. Przytoczę tylko kilka przykładów: Pirelli [Chiny], Magneti Marelli [Japonia], Pininfarina [Indie], Barilla [USA], Baci Perugina i San Pellegrino [Szwajcaria], Algida [Holandia], Parmalat [Francja]. Ikony mody także rozsiano po świecie: Bulgari, Fendi, Gucci wszystkie należą do Francuzów, Lumberjack [Turcja], a La Perla tak jak Ducati jest kontrolowana przez Niemców. Dalej: Indesit [USA], a nawet ENEL [49% Rosja] i Telecom Italia [USA]. Mam jedynie nadzieję, że ci wszyscy inwestorzy nie zapomną, co znaczy „Made in Italy”, tak jak nie zrobiła tego Grupa Volkswagen [Audi] stwarzając Lamborghini warunki do rozkwitu, jakiego Włosi z Sant’Agata Bolognese nigdy wcześniej nie mieli.

Miłośnicy komiksów i motoryzacji mają do wyboru całkiem sporo tytułów np. „Grand Prix”, „The Art of War: Five Years in Formula One” czy „Hot Rods and Racing Cars”, jednak pozycją obowiązkową jest francuska seria „Michel Vaillant”, gdzie od 1959 r. na kartach 80 zeszytów możemy śledzić przygody kierowcy wyścigowego, tytułowego M. Vaillant’a. Gdy poszukacie trochę dokładniej, zaskoczy was jak wielki i namacalny wpływ miała ta postać na rzeczywisty „Świat czterech kółek”.

Model wykonany jest z niemiecką precyzją przez AUTOart, w typowym dla Lamborghini krzykliwym kolorze, a co ważniejsze podobno żółte samochody są…najszybsze!

* Fantomas przemieszczał się wciąż zachwycającym Citroenem DS. Gdyby moja kolekcja nie ograniczała się wyłącznie do aut włoskich, déessa [fr. bogini] na pewno by się w niej znalazła, szukam tylko pretekstu.

Lata produkcji: 2000-2001
Ilość wyprodukowana: 338 + 45 [6.0 SE]
Silnik: V-12 60°
Pojemność skokowa: 5992 cm3
Moc/obroty: 542 KM / 7100
Prędkość max: 330 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h: 3,9
Liczba biegów: 5
Masa własna: 1625 kg
Długość: 4470 mm
Szerokość: 2040 mm
Wysokość: 1105 mm
Rozstaw osi: 2650 mm