22 października w Krakowie odbędzie się Kongres języka włoskiego organizowany przez Akademia Anima. Pomysłodawczynią Kongresu jest Anna Kondraciuk, właścicielka Akademii, która od 5 lat szkoli nauczycieli języków obcych i towarzyszy im podczas ich rozwoju zawodowego.
Wydarzenie dedykowane jest nauczycielom ze wszystkich rodzajów szkół i uczelni, prywatnych i publicznych, a także tym, którzy prowadzą własne biznesy. Kongres ma na celu zaprezentowanie nauczycielom języka włoskiego nowatorskich metod dydaktycznych, zainspirowanie ich do pracy, pobudzenie ich kreatywności i przedstawienie konkretnych pomysłów na lekcje języka włoskiego. Z pewnością będzie to również możliwość spotkania i wymiany wspólnych doświadczeń. Lista prelegentów nie jest jeszcze zamknięta, ale swoją obecność potwierdzili już: Ilario Cola z Uniwersytetu Łódzkiego, dyrektorka Zespołu Szkół Sportowych Ewelina Greszczuk-Sokół, twórczyni gier językowych Agnieszka Iwanicka, redaktor naczelny Gazzetta Italia Sebastiano Giorgi oraz
Aleksandra Krauze-Kołodziej z KUL-u.
Jednym ze sponsorów wydarzenia jest firma Endurance, która zapewni uczestnikom możliwość rozkoszowania się aromatem pysznej Lavazzy podczas przerw kawowych.
Patroni honorowi: Katolicki Uniwersytet Lubelski, Zakład Italianistyki UJ
Przy okazji drugiego wydania „Kuchni Dantego” (Wydawnictwo Nisza) rozmawiamy z autorami Leonardo Masim i Alfredo Boscolo o ich pasji do gotowania, opowiadania o jedzeniu i czytania „Boskiej Komedii” Dantego.
Jak się poznaliście? Jak wyglądał początek waszej podróżypo świecie kulinariów?
Alfredo: Poznaliśmy się w akademiku, byliśmy wtedy dwoma włoskimi studentami zagranicą, oboje w okularach. Leonardo: Tak, dokładnie. A świat kulinarny zaczęliśmy odkrywać, kiedy nikt w Warszawie jeszcze nie wiedział czym jest menu degustacyjne czy klub kulinarny. I my też tego nie wiedzieliśmy, ale wydawało nam się dobrym pomysłem zaprosić przyjaciół na kolację do niedawno otwartego lokalu, w którym mogliśmy korzystać z kuchni i stolików. Była to po prostu pusta przestrzeń, którą trzeba było w jakiś sposób wypełnić. Alfredo: Na każdy wieczór przygotowywaliśmy inne menu degustacyjne i właśnie tak to się zaczęło. Trochę przez przypadek, chociaż obaj od zawsze uwielbialiśmy gotować.
Jak to się stało, że zaczęliście recytować fragmenty dziełDantego podczas gotowania?
L: Nosimy okulary, więc wydawało nam się, że dobrze by było użyć je do czytania Dantego. Bo jeśli nie, to po co nam te okulary. A: Obaj od zawsze byliśmy zakochani w dziełach Dantego, już od momentu, w którym założyliśmy na nos okulary po raz pierwszy. W moim przypadku było to w wieku trzynastu, może 14 lat. L: Tak późno? Ja z kolei wcześniej, można powiedzieć, że urodziłem się w okularach, czytałem Dantego już w matczynym łonie. Wyszedłem z brzucha już z okularami, a pierwsze słowa, które wypowiedziałem, brzmiały „W życia wędrówce, na połowie czasu”. A: I tak oto wyszedł z ciemnego lasu.
Kuchnia włoska staje się coraz bardziej popularna na całymświecie, a przy tym mówi się też często o tym, jak ważne jest zachowanie autentyczności włoskich przepisów. Wspominacie o tym w swojej książce?
A: Nie. L: Niebezpośrednio. Książka niejako powstała po to, żeby pokazać, bez zbędnych fanaberii, jaka jest kuchnia włoska. W tamtym momencie zarówno w Polsce, jak i w innych krajach, o Włoszech mówiło się wyłącznie w kontekście naszej kuchni – osoby, które może raz odwiedziły Włochy wymądrzały się na temat „prawdziwej, włoskiej kuchni”. A my, przy całej naszej skromności, której jest dość niewiele… A: Fałszywej skromności! L: Tak, przy całej naszej fałszywej skromności, chcieliśmy po prostu pokazać co Włosi gotują dla samych siebie. A: Chcieliśmy też, między innymi, stworzyć raz a dobrze i również na własny użytek, swego rodzaju listę przepisów, do których także my moglibyśmy sięgnąć w razie potrzeby. Przecież jeśli chodzi o włoskie przepisy, to jest ich mnóstwo, zwłaszcza teraz, kiedy mamy internet. Jeśli ktoś szuka przepisu na tiramisù, znajdzie tysiąc różnych wersji. Ta książka to też próba wskazania, przy całej naszej fałszywej skromności, które wersje przepisów są naszym zdaniem najbliższe oryginałowi, a przy okazji najbliższe naszym preferencjom smakowym. L: Było tak też dlatego, że mając dwa doktoraty, trochę spontanicznie przyszło nam przeprowadzenie swego rodzaju badań. To nie był nasz główny cel, jednak robić coś dla samego siebie to jedno, ale chcąc wydać książkę na ten temat, zdecydowaliśmy się sprawdzić, skąd się wzięły te wszystkie przepisy. A: Podczas naszych wieczorów gotowania i czytania Dantego często ktoś, z dobrej woli czy z potrzeby douczenia się, zadawał nam jakieś pytanie, czy to Polak, czy obcokrajowiec. Po prostu w pewnym momencie powiedzieliśmy „Wiecie co, dajcie nam dwa lata i spiszemy to wszystko w naszej książce, dajcie nam dwa lata i odpowiemy wam naszą książką”. Zabawne jest też to, że w kuchni nie przestajesz się nigdy uczyć. Coś, co być może pięć lat temu przygotowywaliśmy w dany sposób, dzisiaj my sami robimy inaczej. Zawsze masz do czynienia z żywym organizmem, również w kuchni. L: Z drugiej strony zdaliśmy sobie sprawę, że prawdziwa kuchnia włoska ciągle się zmienia. Jasne, są rzeczy których pewnie nigdy nie zaakceptujemy, które nigdy nie istniały, ale niektóre przepisy są bardziej elastyczne. Teraz robimy rzeczy, które 20 czy 40 lat temu były niewyobrażalne. Zmienia się nasz smak, nie mój czy twój, ale po prostu smak wszystkich Włochów. A: Tak jak zmieniają się wszystkie rzeczy związane z nami, ludźmi. Na szczęście lub niestety.
W tym numerze małe podsumowanie czasowników zwrotnych ze szczególnym podkreśleniem tych elementów, które różnią się w stosunku do języka polskiego.
ODMIANA
Musimy pamiętać, że zaimek zwrotny „się” w języku włoskim odmienia się w następujący sposób: mi, ti, si, ci, vi, si i znajduje się zawsze przed czasownikiem, a nie po nim jak po polsku.
Spójrzmy na przykład:
divertirsi – bawić się mi diverto ci divertiamo ti diverti vi divertite si diverte si divertono
W zdaniach, w których występuje czasownik modalny: potere (móc), volere (chcieć), dovere (musieć) i czasownik zwrotny, ten drugi stawiamy w bezokoliczniku, ale zaimek zwrotny „się” jest nadal odmieniony i można go postawić w dwóch miejscach: przed odmienionym czasownikiem modalnym albo doczepiony na końcu bezokolicznika tak, jak w przykładach poniżej:
Devo svegliarmi presto. = Mi devo svegliare presto.
(Muszę obudzić się wcześnie) Potete decidervi dopo. = Vi potete decidere dopo.
(Możecie się zdecydować potem) Vogliamo divertirci. = Ci vogliamo divertire.
(Chcemy się bawić, rozerwać.)
TYPY CZASOWNIKÓW ZWROTNYCH
Grupy czasowników zwrotnych przedstawione poniżej, wynikają z mojego autorskiego podziału i mają ułatwić ich zapamiętywanie, nie jest to jednak reguła, którą znajdziemy w podręcznikach gramatyki języka włoskiego (oprócz czasowników zwrotnych wzajemnych).
1) Wiele włoskich czasowników zwrotnych, jest zwrotna także po polsku przez co łatwiej je zapamiętać. Usuwając zaimek zwrotny „się” w tych czasownikach, tworzymy czasowniki o podobnym znaczeniu, wyrażające czynności, które wykonane są w stosunku do kogoś lub czegoś innego niż podmiot, np.:
lavarsi – myć się / lavare – myć I bambini si lavano di sera. – Dzieci myją się wieczorem. Il padre lava la macchina. – Ojciec myje samochód. svegliarsi – budzić się / svegliare – budzić Di solito mi sveglio presto. – Zazwyczaj wcześnie się budzę. A che ora svegli i bambini? – O której godzinie budzisz dzieci?
2) Czasowniki, które po włosku mogą, ale nie muszą być zwrotne i obydwie formy mają podobne znaczenie:
ricordare e ricordarsi di qualcosa – pamiętać coś, kogoś Ricordo bene quella vacanza. – Dobrze pamiętam tamte wakacje. Ti ricordi di me? – Pamiętasz mnie? Non si ricorda mai del mio compleanno. – Nigdy nie pamięta o moich urodzinach.
W tym zdaniu ricodare di można przetłumaczyć jako „pamiętać o”.
3) Czasowniki, które są zwrotne po polsku, a po włosku nie:
litigare – kłócić się Loro litigano spesso. – Oni często się kłócą. Diventare – stać się Ogni tanto diventi insopportabile. – Czasami stajesz się nieznośna.
4) Czasowniki wzajemnie zwrotne, czyli takie, które w zdaniach z podmiotem w liczbie mnogiej określają czynność wzajemną, np.:
parlare – mówić / parlarsi – rozmawiać ze sobą Loro parlano molto. – Oni dużo mówią. Loro non si parlano da anni. – Oni od lat ze sobą nie rozmawiają.
Charakterystyczne dla języka włoskiego jest używanie jako zwrotnych również czasowników, które zwykle nimi nie są. Podobne użycie istnieje
zresztą w języku polskim – zaimek zwrotny tłumaczy się wtedy nieodmienną
formą „sobie”:
Stasera mi mangio una pizza. – Dziś wieczorem zjem sobie pizzę. Ci facciamo una pausa? – Zrobimy sobie przerwę?
Maserati była pierwszą firmą, która wyprodukowała samochód klasy Gran Turismo, łącząc wyczynowy silnik sportowy z komfortowym nadwoziem. Znaleźli się również wśród pionierów, którzy połączyli Gran Turismo z luksusową limuzyną, wypuszczając auto o sportowym zacięciu pozwalające podróżować wygodnie nie tylko kierowcy, ale także osobom siedzącym z tyłu.
Pierwsze Quattro Porte, wtedy pisane oddzielnie, powstało dzięki sugestii dziennikarza Gina Rancatiego, którą podchwycił właściciel Maserati Adolfo Orsi. Samochód pojawił się w 1963 roku, a już sama nazwa mówiła o wyjątkowości tego GT produkowanego w zakładzie Vignale w Turynie. Silnik, oczywiście projektu Alfieriego, miał moc 260 KM i potrafił rozpędzić to duże auto do 230 km/h. Za karoserię odpowiadał Pietro Frua. Dzięki dużym przeszkleniom i filigranowym słupkom dachowym udało mu się uzyskać efekt lekkości, mimo tak dużego nadwozia. Zachwyciły się tym autem takie gwiazdy jak Marcello Mastroianni czy Alberto Sordi, choć ten ostatni znany ze swojego, powiedzmy to wprost, skąpstwa spłacał ulubiony wóz na raty. Wśród 776 wyprodukowanych aut znalazło się 5 jakże wyjątkowych wykonanych w wersji… pick-up. Zamówił je szef CEA Estintori Ermete Amadesi, tworząc na zlecenie dyrektora toru Imola Paola Contiego „zespół szybkiego reagowania” czyli CEA Squadra Corse do gaszenia aut, które w wyniku wypadków stawały w płomieniach. Tak, Quattro Porte dzięki swojej mocy i osiągom stały się także wozami strażackimi. „Lwy” jak z czasem prasa zaczęła nazywać tych dzielnych strażaków do dzisiaj zabezpieczają wyścigi na włoskich torach, używając oprócz aut bardziej pospolitych także przystosowane do tych trudnych zadań Lamborghini Huracan i Urus, a całością dowodzą córki Ermete, Patrizia i Rosella.
Druga generacja firmowana przez Bertone nie znalazła większego zainteresowania, przez 3 lata od 1976 sprzedano zaledwie 13 aut.
W 1978 prezydentem Włoch został były partyzant Sandro Pertini, o czym wspomina w swoim evergreenie „L’italiano” Toto Cotugno. Nowy prezydent był pierwszym przedstawicielem państwa włoskiego, który ofi cjalnie wyraził uznanie dla osiągnięć Enza Ferrariego. Wzruszony tym gestem Ferrari miał powiedzieć: „Te słowa to najwspanialsza nagroda za moją pracę”. Możliwe, że gdyby wtedy firma Ferrari miała w swojej ofercie auto czterodrzwiowe mogłoby stać się ono oficjalnym pojazdem prezydenckim, jednak do dzisiaj taki model nie powstał w Maranello. W 1979 prezydent Pertini dostał do dyspozycji opancerzoną wersję Maserati Quattroporte III generacji w kolorze „Dark Aquamarine”, doposażone na jego specjalne życzenie w uchwyt… na fajki. Nadwozie tym razem projektu Giorgetto Giugiaro, było wielkim sukcesem firmy zarządzanej wtedy przez Alejandro de Tomaso, z taśm fabryki Innocenti zjechało aż 2.145 egz. Początkowo nazwany 4porte, później Quattroporte, by od 1981 przyjąć nazwę Royale dla podkreślenia wręcz królewskiego luksusu, jakie oferował. Tych ostatnich zbudowano tylko 51 egz. 29 maja 1983 Pertini odwiedził fabrykę w Maranello, ale przyjeżdżając tam swoim Maserati być może nieświadomie ryzykował, że do spotkania z Il Commendatore jednak nie dojdzie. Ferrari konkurencję z Modeny traktował z dużą dozą wrogości, czemu ludzie z Maserati nie pozostawali dłużni. Często dochodziło do wzajemnych złośliwości, jak choćby ta kiedy Ferrari przegrało jeden z wyścigów, gdzie triumfowało Maserati, pracownicy Maranello następnego ranka zobaczyli u bram swojej fabryki drewniany wóz wypełniony sianem z napisem „nakarmcie swojego konika, bo ostatnio jakiś taki słabiutki”. Wracając do pamiętnego spotkania, etykieta nakazywała gospodarzowi podejść do samochodu prezydenta i tam go przywitać, jednak Enzo ani drgnął utrzymując dystans do wrogiej karoserii i to prezydent Republiki Włoch był zmuszony podejść do Ferrariego. Samo spotkanie jak donosi Piero Ferrari odbyło się jednak w sympatycznej atmosferze.
Marcello Gandini przedstawił swój projekt IV generacji Quattroporte w 1994, choć wyglądało jak nieco rozbudowane Biturbo, miało swoich zwolenników, do maja 2001 sprzedano 2400 szt.
Piąta generacja, zaprezentowana w 2003 we Frankfurcie, to już zupełnie inne rozwiązania. Studio Pininfarina zachwyciło chociażby zastosowaniem już teraz emblematycznych trzech wlotów powietrza na każdym z przednich błotników. Dwoistość natury Quattroporte rozwiązano proponując klientom wersję przepełnioną luksusem Executive GT [chromowana osłona chłodnicy] i drugą bardziej usportowioną Sport GT, gdzie wnętrze wypełnia włókno węglowe w miejsce drewna, a cała charakterystyka jezdna auta została zestrojona pod tryb sport. Na zewnątrz poznacie tę wersję po matowym, czarnym, siatkowanym grillu i czerwonych paskach na trójzębie. Miałem okazję jechać Quattroporte V, siedząc obok kierowcy. W przeciwieństwie do nadwozi 2+2 jest to najgorsze miejsce do podróży tym samochodem. Nie zaznacie tu frajdy i emocji jakich dostarcza prowadzenie sportowego auta. Nie poczujecie także komfortu i luksusu jakie oferuje jego tylna kanapa. W 2+2 tylną kanapę, a raczej jej namiastkę zwano miejscem dla „szczęściarzy”, gdyż mogli się oni przejechać rasowym GT, jednak podróż w przykurczu i z kolanami pod brodą szybko pokazywała, że jest to, „zezowate szczęście”.
Od 2013 [odświeżona w 2016] mamy już VI generację Quattroporte także sygnowaną przez Pininfarina. Prezentuje się świetnie i dostojnie, co nadal docenia kolejny prezydent Republiki Włoch. Historia Quattroporte odzwierciedla wyboiste losy firmy Maserati. Każda generacja, oprócz ostatniej, powstawała pod egidą wciąż zmieniających się właścicieli, była też projektowana przez różnych stylistów, mimo to od samego początku jest to samochód dla ludzi szukających luksusu, prestiżu, wygody i emocji, a to wszystko oferuje Quattroporte.
Również od samego początku jego użytkowników trapił ten sam problem, co jest większą przyjemnością – prowadzić to Gran Turismo, czy być nim wożonym?
Każda z serii Quattroporte pojawiała się w niezliczonej ilości filmów, choćby w: Ojcu Chrzestnym III, Ocean’s 13, Nietykalnych, Młodości, w serialach True Detective i Gomorra, a także w ostatnim Batmanie, gdzie trochę rozruszał ten przydługi film.
Model tym razem firmy Best of Show [BoS] jest znowu zamknięty i limitowany do 1 tys. szt. Szczególnie w tej kolorystyce wygląda bardzo dobrze. Jak widać na zdjęciu, obok modelu Best of Show znajduje się V generacja firmy Hot Wheels, nie wiem co sobie myśleli jego projektanci, gdyż w aucie, którego atrybutem jest druga para drzwi tutaj otwierają się tylko przednie. Dla niezorientowanych czym jest skala 1/18, w tle mogą zobaczyć oryginalnej wielkości osłonę chłodnicy pochodzącą
właśnie z Quattroporte V.
Maserati Quattro Porte I [seconda serie 1966]
Lata produkcji: 1963-1969 Ilość wyprodukowana: 776 egz. Silnik: V-8 90° Pojemność skokowa: 4136/4719 cm3 Moc/obroty: 260 / 290 KM / 5200 Prędkość max: 230/255 km/h Przyspieszenie: 8,5 s Liczba biegów: 5 Masa własna: 1650 kg Długość: 5000 mm Szerokość: 1720 mm Wysokość: 1360 mm Rozstaw osi: 2750 mm
Składniki dla 2 osób:
200 g cielęciny pokrojonej w plastry
50 g szynki parmeńskiej
30 g masła
Pieprz i sól wedl uznania
liście szałwii
białe wino
mąka 00
Wykałaczki
Przygotowanie:
Aby przygotować Saltimbocca, cielęcina musi być równo pokrojona w plastry, trzeba położyć mięso na desce do krojenia, wyciąć chrząstkę oraz tłuszcz, a następnie ubić plastry trzepaczką do mięsa tak, aby miały 2-3 milimetrową grubość. Na ubite plastry mięsa kładziemy plaster szynki parmeńskiej a na szynce liść szałwii.
Wykałaczką przebijamy mięso, szynkę i liść szałwii od dołu do góry i ponownie od dołu. Należy obtoczyć naszpikowane mięso w mące, tylko od dołu. Kolejny krok to rozpuszczenie masła w rondlu, na małym ogniu. Gdy masło roztopi się smażymy nasze naszpikowane plastry mięsa, po kilka minut z każdej strony, aby się zarumieniły.
Następnie dolewamy białego wina i pod koniec gotowania doprawiamy solą i pieprzem według własnego uznania.
Możemy podawać saltimbocca alla romana w sosie własnym w naczyniu do serwowania.
Dall’alba al tramonto, Ermal Meta [Piazza del Popolo]
Już Francesco Petrarka uznał, że „głupcem jest ten, ktopodziwia inne miasta, nie odwiedzając Rzymu”. Włoskastolica często znajduje się na listach najpiękniejszych miastświata. I nie ma się czemu dziwić: atmosfera panująca w tymmieście, piękne zabytki i oddech historii na każdym kroku,czynią z Rzymu muzeum pod gołym niebem. Jeśli nie możecieznaleźć się teraz w Wiecznym Mieście, wyruszcie w muzycznąpodróż po jego ulicach w towarzystwie najpopularniejszychwykonawców ostatnich lat.
Vivere a colori, Alessandra Amoroso
Sei tu il mio re, io la tua regina in un’eterna Roma (Jesteś moim królem, a ja twoją królową w wiecznym Rzymie), śpiewa Amoroso – rzeczywiście potwierdzając swoją
Vivere a colori, Alessandra Amoroso [Zamek Anioła/Castel Sant’Angelo]
królewską pozycję najczęściej słuchanej włoskiej artystki w serwisie Spotify w 2016 roku (czyli w roku wydania tego singla). Spacerując po nastrojowych uliczkach Wiecznego Miasta, piosenkarka zabiera nas na Piazza Navona i Most Świętego Anioła z pocztówkowym wręcz widokiem na Zamek. Można zobaczyć także zdobiące ten bodaj najpopularniejszy rzymski most figury aniołów autorstwa Gian Lorenza Berniniego i jego współpracowników. W tym teledysku miasto staje się tłem wydarzeń dobrze współgrającym z energicznym utworem, który od razu poprawia humor.
Vivere a colori, Alessandra Amoroso [Piazza Navona]Dall’alba al tramonto, Ermal Meta
Utrzymany w konwencji speed datingu wideoklip pokazuje rozwój uczucia pomiędzy uczestniczką i uczestnikiem szybkich randek. Para, w czasie przeznaczonym na spotkanie, odbywa ekspresowy spacer na sushi, do kina, a później rowerami udaje się przez Ogrody Willi Borghese do tarasu widokowego na wzgórzu Pincio. Z tego punktu rozpościera się piękny widok na Piazza del Popolo i kopułę Bazyliki świętego Piotra. W dalszej części bohaterowie przenoszą się na wspomniany plac. Romantyczna atmosfera i dynamika, w postaci ciągle odliczającego czas do końca randki stopera, doskonale łączą się ze sobą, nadając ekscytujące tempo całej akcji. Towarzyszymy randkowiczom podczas ich przyspieszonego poznawania się, a Rzym wydaje się być integralnym bohaterem rozwoju ich relacji.
Posso, Carl Brave i Max Gazzè
W teledysku do Posso już od pierwszych sekund widzimy panoramę Rzymu. Carl Brave zabiera słuchaczy, a przede wszystkim widzów wideoklipu, na czterominutowy spacer po Wiecznym Mieście. Realizacja nagrań plenerowych zajęła 2-3 dni, przy pomocy telefonu i kamery GoPro. Efektem tego przedsięwzięcia jest radosny teledysk, w którym można zobaczyć wiele ciekawych turystycznie miejsc. Choć widoki niektórych zabytków to zaledwie kilkosekundowe ujęcia, można dostrzec między innymi: świątynię Asklepiosa w Ogrodach Willi Borghese, wnętrze Panteonu, barokową fontannę dell’Acqua Paola, wieczornie oświetloną Fontannę Czterech Rzek na Piazza Navona czy zachowany fragment świątyni Hadriana na Piazza di Pietra.
In questa città, Max Pezzali
Utwór jest opowieścią o magnetyzującej mocy Rzymu, który przyciąga i nie pozwala czuć się samotnym.
In questa città, Max Pezzali [Janikulum/Gianicolo]
Nie mogło być inaczej w przypadku teledysku – wokalista podziwia niesamowitą panoramę miasta, stojąc na placu usytuowanym na wzgórzu Janikulum. Wraz z Maxem Pezzalim poznajemy Rzym z perspektywy taksówki, motocykla i pieszego spaceru. I tak, po rozpoczęciu wyprawy z dworca Termini, udajemy się w pobliże Koloseum, na Piazza del Popolo, przed Fontannę di Trevi, na Schody Hiszpańskie, przed Panteon, na Piazza Navona, a także przed fontannę dell’Acqua Paola. Na koniec znów wracamy na taras widokowy i spoglądamy na majestatyczne miasto oraz pomnik Giuseppe Garibaldiego.
I nostri anni, Tommaso Paradiso
Rodowity mieszkaniec Rzymu, Tommaso Paradiso, pokazuje swoje ukochane miasto nocą. Pulsujące wieczną energią i nieprzemijającym pięknem, przedstawione w nostalgiczny, pełen miłości sposób.
In nostri anni, Tommaso Paradiso
W nocnej scenerii zobaczymy zatem plac świętego Piotra, Łuk Konstantyna Wielkiego i Koloseum, Schody Hiszpańskie, Forum Romanum, fontannę dell’Acqua Paola, Pałac Sprawiedliwości, a o zachodzie słońca – pomnik Wiktora Emanuela II, a także słynny widok na kopułę Bazyliki świętego Piotra przez dziurkę od klucza na Awentynie. Jest to piękny hołd dla Wiecznego Miasta, zachwycający i poruszający serce każdego miłośnika rzymskiego ducha.
Gina Lollobrigida, 1958, Mostra del Cinema di Venezia, fot. Gianfranco Tagliapietra
Niegdyś Gina Lollobrigida uznawana była za najpiękniejszą na świecie. Kobieta, dla której mężczyźni tracili głowę i… inne kobiety. Przy tym wszystkim ikona kina, która z biegiem lat, poza rolami filmowymi, zasłynęła licznymi skandalami i kontrowersyjnymi wypowiedziami. Oto boska Gina, która w tym roku obchodzi 95. urodziny!
Z Giną Lollobrigidą jest pewien problem. Otóż nie dostała ona takiej szansy od kina jak Sophia Loren, która do dziś błyszczy, podtrzymując swoją legendę i nazwisko wypracowane za młodu. Ginę kino już dawno pożegnało, pocięło na kawałki podobnie jak Normę Desmond w „Bulwarze zachodzącego słońca”. W młodości była na ustach wszystkich, a w Ameryce, u szczytu kariery, jako gwiazda kina przyćmiewała nawet wspomnianą Loren. Nie da się zapomnieć jej ról choćby w tytułowym obrazie „Najpiękniejsza kobieta świata” Roberta Z. Leonarda, gdzie wciela się we włoską aktorkę, która wpada w sidła miłości rosyjskiego arystokraty. Dalej tytułowa Anna z Brooklynu u Vittoria de Siki, królowa z „Salomona i królowej Saby” Kinga Vidora czy Adrianna z „Rzymianki” na podstawie słynnej powieści Alberta Moravii. Partnerowali jej najwięksi amerykańscy amanci od Errola Flynna, Burta Lancastera, Anthony’ego Quinna, Yula Brynnera, Franka Sinatry po Rocka Hudsona. To wszystko jest dzisiaj nostalgicznym afiszem z maleńkiego kina, które ustąpiło miejsca przemysłowi filmowemu, w którym rządzą skandale, także te wywoływane przez Ginę.
Jej historia zaczyna się pod koniec lat 20. ubiegłego wieku w Subiaco, górzystym miasteczku niedaleko Rzymu, w którym urodził się chociażby Cesare Borgia, Francesco Graziani, włoski napastnik, mistrz świata z 1982 roku i Gina. Tam przyszła gwiazda kina spędza swoje nastoletnie lata. Jest jedną z czterech córek producenta mebli Giovanniego Lollobrigidy i Giuseppiny Mercuri. Jej siostry to Giuliana (ur. 1924), Maria (ur. 1929) i Fernanda (ur. 1930). Wojna ją omija, żyje skromnie z dala od niebezpieczeństwa. Kiedy w późniejszych latach wspominała ten okres, zawsze dodawała, że miała szczęście, że prowincja dała jej spokój i możliwość nieustannej zabawy, w której nie dochodzi do zderzenia się z brutalną rzeczywistością. W tym czasie zaczęła interesować się modą i kinem. Brała udział w amatorskich przesłuchaniach i sesjach zdjęciowych. Jeszcze jako nastolatka, w roku zakończenia wojny, zagrała w komedii „Santarellina” Eduarda Scarpetty, w Teatro della Concordia w Monte Castello di Vibio. Dwa lata później wygrała konkurs Miss Włoch, co otworzyło jej drzwi do Cinecittà i świata filmu.
Pierwsze doświadczenia z przemysłem filmowym to zderzenie z żelaznymi zasadami i starszymi panami, którzy widzieli w Ginie jedynie piękną kobietę, tło do męskich postaci w swoich filmach. „Lollo” miała nie tylko świadomość swojego wyglądu i czaru, ale i skłonność do ulegania męskiej urodzie. W 1949 roku Lollobrigida poślubiła Milko Škofiča, słoweńskiego lekarza starszego o około siedem lat, który został jej menedżerem i z którym miała syna, Andreę Milko Škofiča, urodzonego w 1957 roku. Jej najbardziej zagorzałym i wytrwałym wielbicielem był Howard Hughes – ówczesny łamacz serc, który u swego boku miał śmietankę towarzyską w postaci największych kobiecych nazwisk show-biznesu z Katharine Hepburn i Jean Harlow na czele. Jego zauroczenie Giną zaczęło się w 1950 roku, gdy zobaczył jej zdjęcia w bikini. Hughes szybko odnalazł początkującą gwiazdę z Włoch i zaprosił do Hollywood na test ekranowy. Zgodziła się, oczekując że jej mąż będzie mógł jej towarzyszyć. Jednak tuż przed planowanym odlotem z Rzymu, przysłano tylko jeden z dwóch obiecanych biletów lotniczych. „Ale mój mąż mi zaufał” – mówiła po latach Lollobrigida. „Powiedział: Jedź. Nie chcę, żebyś pewnego dnia powiedziała, że nie pozwoliłem ci na karierę.” Tak zrobiła. Wyjechała. Pobyt w Ameryce trwał niecałe trzy miesiące, w tym czasie Gina pokazywała się na planie filmowym, przyjmowała kolejne wizyty wpływowego, starszego o dwadzieścia lat, adoratora, któremu jak twierdziła później nigdy nie uległa. „Był bardzo wysoki, bardzo interesujący, ale miał dwie kurtki i jedną parę spodni, które nosił każdego dnia — pełne kurzu i brudu, jak u robotnika. Powiedziałam mu: Jeśli stracisz wszystkie pieniądze, to może wyjdę za ciebie. Może był zaskoczony, że byłam jedyną osobą, która nie była zainteresowana jego pieniędzmi.”
Gina Lollobrigida z każdym kolejnym filmem zdobywała miliony fanów. Jeszcze w latach 50. amerykańska prasa pisała, że „Nowy Jork oszalał na punkcie Giny”. Faktycznie tak było. Kobiety chciały być jak ona, była bardziej amerykańska niż włoska. Pojawiła się na okładce pisma „Time”, została przyjęta z honorami w Białym Domu przez prezydenta Dwighta Eisenhowera i była zapraszana na najważniejsze branżowe kolacje, pełne wpływowych ludzi. Swój pierwszy hollywoodzki film „Pokonać diabła” nakręciła z Humphreyem Bogartem w 1953 roku. Trzy lata później pojawiła się z Anthonym Quinnem w „Dzwonniku z Notre Dame”. Humphrey Bogart powiedział, że przy niej „Marilyn Monroe wyglądała jak Shirley Temple”. W Europie szaleństwo nie było wcale mniejsze. Kiedy przyleciała tam w 1955 roku, 35 malarzy poprosiło ją, by przez cztery dni pozowała im w Mediolanie. Gwiazda przyjęła to zaproszenie. Pozowała także malarzowi z ZSRR Ilji Głazunowi oraz słynnemu Giorgio De Chirico. Aktorka ujawniła po latach, że otrzymała także propozycję zagrania narzeczonej Marcella Mastroianniego w filmie „La dolce vita” Federica Felliniego. Jak stwierdziła, jej ówczesny mąż ukrył przed nią scenariusz i dlatego rolę tę powierzono Yvonne Furneaux.
W latach 70. gwiazda Lollobrigidy zaczęła blednąć, a kino proponowało jej znacznie mniej ciekawe role od tych, które dostała Sophia Loren. Pytana o rywalizację z legendarną aktorką odparła: „Nie potrzebowałam żadnej rywalizacji; to ja byłam numerem jeden. Szłam do przodu o własnych siłach, nie miałam producenta, który mnie chronił. Wszystko zrobiłam sama”. Ten pstryczek dotyczył oczywiście małżeństwa Loren z Carlo Pontim, cenionym włoskim producentem filmowym. Odsuwając się od kina, Gina zajęła się początkowo dziennikarstwem, reportażem i fotografią. I trzeba przyznać, że odnosiła w tych dziedzinach dużo sukcesów. Liczne podróże, odwiedziny w krajach najbardziej odległych, czy wreszcie sesje zdjęciowe największych ikon kultury: Paula Newmana, Salvadora Dalí, Davida Cassidy, Audrey Hepburn czy Elli Fitzgerald. Jedną z najbardziej tajemniczych wizyt z tamtego okresu jest ta na Kubie, gdzie przez dwanaście dni gościła u ówczesnego przywódcy Fidela Castro, zbierając materiał do reportażu o nim.
Dziś Gina to już tylko filmowa pocztówka, która częściej szokuje, niż zachwyca. Tak było chociażby kilka lat temu, kiedy hucznie ogłosiła obchody swoich 90. urodzin. Uroczystość odbyła się w Rzymie. Gwiazda odsłoniła na via Condotti swoją rzeźbę, a na jej cześć rozwinięty został 200-metrowy czerwony dywan. Rzeźbiarstwo stało się jej nowym sposobem na wyrażanie emocji. Porzuciła kino dla niewielkiej pracowni, by po latach całkowicie odciąć się od filmu. Swoje rzeźby prezentowała zaś na wystawach na całym świecie. Jej nazwisko pomogło w przyciągnięciu osób, które proponowały jej kolejne współprace. Jak chociażby w 1996 roku, kiedy zaprojektowała znaczek pocztowy dla Republiki San Marino z portretem Matki Teresy z Kalkuty. Znaczek pobił rekordy sprzedaży, a dochód z niej Gina przekazała na działalność charytatywną zgromadzenia Misjonarek Miłości. „Nie chciałam być aktorką, nie znałam kina, kochałam rzeźbę i miałam piękny głos” – wyznała po latach w wywiadzie dla jednego z włoskich magazynów. Próbowała również swoich sił w polityce. Pod koniec lat 90. kandydowała bez powodzenia do Parlamentu Europejskiego z listy włoskiej centrolewicy. Obraziła się na kino, które nie miało dla niej więcej atrakcyjnych propozycji.
W październiku 2006 oznajmiła, że jest związana z młodszym o 34 lata hiszpańskim biznesmenem Javierem Rigau y Rafolsem, którego poznała ponad 20 lat wcześniej na przyjęciu w Monte Carlo. W listopadzie 2010 Lollobrigida i Javier Rigau wzięli ślub. A potem… potem było jeszcze huczniejsze rozstanie, które nie obyło się bez kolejnych skandali i relacji z rozpraw sądowych. W styczniu 2013 roku wszczęła postępowanie prawne przeciwko Javierowi, oskarżając go o oszustwo i twierdząc, że wcześniej uzyskał prawo do działania w jej imieniu na podstawie pełnomocnictwa i przeprowadził spisek, aby uzyskać dodatkowe uprawnienia do jej majątku. „Kiedyś przekonał mnie, żebym udzieliła mu mojego pełnomocnictwa. Potrzebował go do niektórych spraw prawnych, ale zamiast tego obawiam się, że wykorzystał fakt, że nie rozumiem hiszpańskiego… Kto wie, co mi dał do podpisania.”
Ostatnie miesiące Giny to całkowite odcięcie się od świata, nie wpuszcza nikogo do swojego domu. Lollobrigida mieszka w posiadłości przy Via Appia Antica w Rzymie, regularnie bywa też w swojej willi w Monte Carlo. Kino, małżeństwa, mężczyźni, wszystko to mocno ją doświadczyło i sprawiło, że jest coraz bardziej nieufna. Udzieliła ostatnio wywiadu dla włoskiej telewizji, w którym wyznała, że do pierwszego w jej życiu incydentu molestowania doszło, gdy była jeszcze nastolatką. „Pierwszy raz doszło do tego, kiedy miałam 19 lat i nadal chodziłam do szkoły. O drugim razie wolałbym nie mówić. Byłam mężatką i zaczynałam pracę w filmach” – powiedziała. Odmówiła zidentyfikowania osób, które ją molestowały, poza stwierdzeniem, że jeden był Włochem, a drugi obcokrajowcem. Mimo licznych skandali, jej pozycja najpiękniejszej kobiety świata jest niezagrożona!
Z wykształcenia jest polonistką, pracowała w agencji reklamowej McCann-Erickson, koncernie L’Oréal oraz polskiej edycji Elle. Przez 7 lat była dyrektorką generalnąTVN Style. Od 2013 jest autorką dedykowanychdzieciom biografii sportowców, które znalazły sięwśród bestsellerów Empiku w 2015 i 2016 roku.
Kiedy Włochy zaistniały w twoim życiu?
Chyba wtedy, gdy w latach 80. ubiegłego wieku zdjęcia rodziców posłużyły mojemu
Rzym, 1966. Zdjęcia rodziców z podróży do Włoch fot. Anna i Stanisław Żółtowscy
łacinnikowi w warszawskim liceum Batorego jako ilustracje do lekcji o Rzymie i Pompejach. W Polsce panowała bieda, mało kto jeździł „na zachód”, a ja w domu miałam setki przepięknych zdjęć z Włoch. Były wprawdzie czarno-białe i sprzed dwudziestu lat, ale włoskie zabytki od wieków są takie same. Na zdjęciach mój tata odstawiony w ciuchy z połowy lat 60., w okularkach dandysa pozował na tle włoskich uliczek i kultowych Fiatów 500. Mama wyglądała jak gwiazda włoskiego kina tamtej epoki, w stylizacjach godnych Giny Lollobrigidy czy Sophii Loren. Była piękną młodą kobietą, nosiła wydekoltowane sukienki, balerinki, ciemne okulary. No i miała super talię, mimo wczesnej ciąży.
Wczesnej ciąży…?
Tata, wówczas adiunkt na Akademii Sztuk Pięknych, i mama – jego studentka, pokochali się i pobrali, kiedy mama była na studiach. Historia we włoskim stylu, jak miłość od pierwszego wejrzenia z Ojca Chrzestnego. Po dyplomie w 1965 roku mama – niezwykle utalentowana młoda malarka – miała wystawę i otrzymała kilka stypendiów. Jedno było zagraniczne, co oznaczało prawo do paszportu i wizy. Wraz z tatą zdecydowali się na kulturalne tournée do Włoch i Francji. Tuż przed wyjazdem okazało się, że mama jest w ciąży ze mną. I tak w brzuszku mamy zwiedziłam Włochy po raz pierwszy.
Masz obrazy rodziców z tamtej podróży?
Oczywiście z tej podróży powstał cykl włoski. Rodzice jeździli pociągami. Rzym, Wenecja, Florencja, Bolonia, Rawenna, Pompeje. Tata zrobił we Włoszech mnóstwo zdjęć. Sam je wywoływał, a odbitki robił najczęściej w formacie A4. Były takie duże, bo po powrocie do Polski to z nich odtwarzał na płótnach swoje impresje.
Z cyklu włoskiego zostawił sobie jeden obraz. Nosi tytuł „Florencja” i wisi u mnie w domu. Mało kto rozpozna w nim Florencję, ale ja wiem, że to rzeka Arno i Ponte Vecchio.
Mówisz po angielsku, francusku znasz łacinę, kiedy nauczyłaśsię włoskiego?
Przyjaciółka ze studiów polonistycznych, dziennikarka Sylwia Wysocka, dzisiaj
Florencja, 1966, obraz Stanisława Żółtowskiego fot: Yvette Żółtowska-Darska
korespondentka PAP w Rzymie, wyszła za mąż za Marka Lenerta, wieloletniego korespondenta Polskiego Radia we Włoszech i Radia Wolna Europa. Zamieszkała w Rzymie, a ja jeździłam do niej przy każdej okazji. Czułam, że nie wypada mi nie znać włoskiego. Zaczęłam brać prywatne lekcje tego języka. Kiedy na świat przyszła Tosia, córeczka Sylwii i Marka, zostałam jej mamą chrzestną. Chrzest odbył się w Rzymie, w kościele Santa Maria in Vallicella, zwanym Chiesa Nuova. Dzień powszedni, w kościele malutkie grono – tylko ksiądz, Tosia, rodzice i chrzestni. Po ceremonii poszliśmy do knajpki obok kościoła na cudowną włoską kolację, oczywiście z pizzą. Urzekł mnie ten włoski klimat. Obiecałam sobie, że jeśli będę mieć dziecko, ochrzczę je w takim właśnie stylu. Udało się. Milo został ochrzczony w tym samym kościele przez tego samego księdza, a na kolację poszliśmy do tej samej knajpki.
Syn podziela włoskie pasje?
Milo na tle San Casciano dei Bagni fot. Yvette Żółtowska-Darska
Syn, Milo Maurycy, czasem nazywany przeze mnie Maurizio, jest w dwujęzycznej klasie licealnej z angielskim i włoskim. Uwielbia melodię tego języka. Marzę, by pojechał do Włoch pomieszkać z włoską rodziną, popracować, poznać kulturę, styl życia. Kiedy był malutki regularnie jeździliśmy z nim do Włoch. Mąż, architekt wnętrz, na wiosnę jeździł samochodem na targi do Mediolanu. Ja z małym Milem dolatywałam samolotem i z Mediolanu ruszaliśmy do Toskanii. Stałym punktem był tygodniowy pobyt „u Sergia”, jak nazywaliśmy nasze pierwsze agriturismo. Był to prześliczny kamienny dom z ogrodem i widokiem na wieże San Gimignano. Drugi tydzień spędzaliśmy za każdym razem w innym miejscu Toskanii. Kochałam wynajdywać wyjątkowe gospodarstwa agroturystyczne i poznawać nowe okolice.
Byłaś zaprzyjaźniona z włoskimi pisarzami, na przykład Marleną de Blasi.
W Polsce zaczęła się wtedy moda na książki o cudzoziemcach we Włoszech. Przeczytałam
Florencja, 1966. Anna Żółtowska na tle Ponte Vecchio, zdjęcie było inspiracją do obrazu fot. Stanisław Żółtowski
powieść Marleny „Tysiąc dni w Wenecji”. Opisywała życie z perspektywy Amerykanki, która wyszła za mąż za Włocha. Książka mnie zachwyciła i skontaktowałam się z autorką. Poznałyśmy się, polubiłyśmy. Spotykaliśmy się z Marleną i jej mężem Fernando de Blasi podczas każdego pobytu w Toskanii. Marlena, która jest też krytykiem kulinarnym, zaaranżowała dla nas kolację na trawie pod Florencją. Innym razem upiekła tort, który w moje urodziny zjedliśmy w San Casciano dei Bagni – miasteczku, gdzie rozgrywa się akcja jej książki „Tysiąc dni w Toskanii”. Milo uwielbiał grać w zagadki logiczne z „panem Fernando”, jak nazywał męża Marleny. Niezapomniane wspomnienia.
T TAURIx+1 i T TAURIx+2, Anna Żółtowska, obrazy namalowane na wystawę w 1965 r. fot. Yvette Żółtowska-Darska
A Dario Castagno?
Po przeczytaniu wszystkich przetłumaczonych na polski książek o Toskanii, szukałam na Amazonie angielskojęzycznych. W ten sposób trafiłam na rodowitego Toskańczyka, Dario Castagno. Był przewodnikiem anglosaskich turystów po Toskanii i genialnie opisywał, jak od jego strony wygląda ich „najazd” na ten region Włoch. Napisałam do niego, Dario zaprosił nas do winnicy, z którą współpracował. To on rzucił mi nowe światło na kamienne „ruinki”, które tak bardzo rozpalają wyobraźnię turystów marzących o posiadaniu domu w Toskanii. Jasno wyłożył nam, jak to po wojnie rodowici Toskańczycy mieli dość kamiennych, wiejskich domiszczy z małymi oknami, bez prądu i łazienek. Dlatego, gdy w latach 50. zaczęto budować klockowate domy w miastach – koszmarne z naszego punktu widzenia, ale za to wyposażone w media – masowo przenosili się do miast. Minęło pół wieku i dziś te opustoszałe domy kosztują miliony euro. Jako członek rady nadzorczej wydawnictwa Pascal przekonałam Daria, żeby zgodził się na wydanie swoich książek po polsku. Na okładkę pierwszej z nich – „Za dużo słońca Toskanii”, Dario wybrał zdjęcie, które zrobiłam o świcie w agriturismo pod San Quirico d’Orcia.
Przyjaźnie z pisarzami zaowocowały własną twórczością?
Widząc moją fascynację Włochami i Toskanią, wszyscy byli przekonani, że pewnego dnia napiszę książkę o włoskich podróżach. I rzeczywiście zaczęłam pisać, ale nie o Toskanii, tylko o… piłkarzach. Byłam po rozwodzie, odeszłam z korporacji. Syn miał 10 lat, grał w piłkę i non stop opowiadał o piłkarzach. Przeczytałam genialną autobiografię Zlatana Ibrahimovicia, kiedyś zawodnika Juventusu i Interu, dziś AC Milan. Wsiąkłam w ten świat. Postanowiłam opisać dzieciom piłkarzy po mojemu – z dużą
Cyprysy w Toskanii jesienią fot. Yvette Żółtowska-Darska
liczbą zdjęć i z naciskiem na ich dzieciństwo. Tak powstał Messi. Mały chłopiec, który został wielkim piłkarzem. Książka otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie „Przecinek i kropka” dla Najlepszej Książki Dziecięcej w
Wojciech Szczęsny ze swoją biografią: SZCZĘSNY. Chłopak, który odważył się być bramkarzem
2014 roku i została przetłumaczona na 9 języków. Potem napisałam kolejne historie o Ronaldo, Ibrze, Lewandowskim czy Szczęsnym, ta ostatnia powstała dokładnie w chwili transferu Wojtka do Juventusu. Teraz marzy mi się książka o kapitanie squadra azzurra – Włochu Giorgio Chiellinim. Kocham gościa. Bardzo chcę pokazać dzieciakom, że ten genialny obrońca jest nie tylko świetnym człowiekiem, ale też facetem, który ukończył studia zarządzania! Muszę tylko
Widok na San Gimignano fot. Yvette Żółtowska-Darska
znaleźć wydawcę, który będzie chciał wydać Chielliniego dla dzieci.
Co najbardziej lubisz we Włoszech?
Powinnam powiedzieć, że sztukę i zabytki, ale trudno, przyznam się. We Włoszech kocham… sklepy. Włoską modę i dizajn stawiam nawet ponad włoskie jedzenie. Jak buty to Tod’s, jak ubrania to Max Mara. Przez lata moim rytuałem były zakupy na rzymskiej Via Condotti czy na Via de Tornabuoni we Florencji. Ale już na poważnie – kocham włoski styl życia, luz, klimat, wino, jedzenie, futbol. Wszystko mi się tam podoba. Czuję się, jakbym była Włoszką przez przypadek urodzoną w Polsce. Mówię szczerze. Trochę tak, jakby z czasów, kiedy podróżowałam po Włoszech w brzuszku mamy, zostało mi w głowie i w sercu, że pomylono mi miejsce urodzenia.
Ciężko się skupić i cokolwiek napisać: dłonie same zaciskają się w pięści, gdy widzę bandytów demolujących dom naszego sąsiada. Kolor czerwony nie kojarzy się już z Maranello, lecz z krwią bohaterów pokrywającą dzień w dzień ziemię Ukrainy.
Drodzy Ukraińcy wytrwajcie! Pamiętajcie, że zdecydowana większość dyktatorów kończy marnie w hańbie i potępieniu, głęboko wierzę, że tak będzie i z Waszym oprawcą. Chwała Ukrainie!
Wybór dzisiejszego modelu jest więc nieprzypadkowy, gdyż cofa nas w czasy, gdy we Włoszech rządziła dyktatura. Pojęcie dyktator w starożytnym Rzymie oznaczało wodza, w którego ręce oddawano władzę absolutną w sytuacjach kryzysowych lub wojny. Po raz pierwszy miało to miejsce w 501 p.n.e.
Zapewne przyglądała się temu, stojąc w pełnym rynsztunku w czarnym rydwanie Marsa, ze swoim okrutnym obliczem, Bellona – rzymska bogini wojny mająca świątynię na rzymskich polach marsowych, gdzie senatorowie imperium przyjmowali delegacje niezbyt przychylnych Rzymowi krajów, gdzie też wypowiadano wojny i witano wracających z nich generałów.
Lancia Astura powstała w czasach, gdy Włosi ulegli pompatycznym przemówieniom Mussoliniego i dali sobie wmówić, że ponownie mogą stać się imperium na miarę starożytnego cesarstwa. Monumentalna Astura sunąca ulicami Rzymu niczym transatlantyk idealnie nadawała się na symbol wielkości faszystów i dlatego stała się oficjalną limuzyną rządu. Stała się rydwanem, którym włoscy dygnitarze parli do wojny, najpierw w Afryce a następnie w Europie, by ostatecznie doprowadzić swój kraj do upadku. Zanim to jednak nastąpiło Il Duce jeden z tych flagowców w 1938 podarował Hitlerowi, ten jednak nigdy jej nie użył preferując Mercedesa Benz 770. Sam Mussolini wolał auta Alfy Romeo, których posiadał dziesiątki. Z czasem każdy nowy model mediolańskiej firmy prowadzony przez testowego kierowcę Alfy Romeo pana Guidotti przedpremierowo był dostarczany wodzowi, by ten wyraził swoją opinię. Podobno miłość swojego życia Mussolini poznał jadąc Alfą 1750 cabrio, wielokrotnie powtarzając manewr wyprzedzania Astury, w której wraz z rodziną podróżowała do Ostii Claretta Petacci. 25 kwietnia 1945 razem udali się w ostatnią podróż życia, uciekając z Mediolanu Alfą 6C 2500 Berlinetta Touring z 1939 w stronę Szwajcarii. Trzy dni później już nie żyli, a ich samochód po ponad 20 latach postoju w wiejskiej szopie kupił amerykański oficer za jedyne 300 USD i wysłał go do USA.
Jak wspomniałem Astura była samochodem monumentalnym, dostojnym i jednocześnie niemal teatralnym. Mimo, że swoją karoserią bardziej może kojarzyć się z włoskim Art Deco czyli stylem Liberty, pasowała do pojawiających się coraz liczniej budynków faszystowskiego modernizmu.
W Polsce co chwila powraca temat wyburzenia Pałacu Kultury w Warszawie jako symbolu komunizmu. Włosi natomiast patrzą na problem pozostawionej po faszystach architektury w zgoła inny sposób. Traktują to jako część swojej historii, której nie da się przecież odwrócić, nie chcą niczego przemilczać ani wymazywać, ot tak było [u nas ostatnio coraz częściej niestety sięga się po „gumkę do historii”]. To dlatego rzymska dzielnica EUR stwo-
rzona w duchu imperialnego faszyzmu na EXPO 1942 nie dość, że nie została wyburzona to wręcz kończono jej budowę niemal do 1960, czyli w zupełnie nowych Włoszech. Oczywiście usunięto tam wszystkie możliwe symbole faszystowskie, no właśnie możliwe, bo co zrobić z najważniejszym jej budynkiem, czyli Pałacem Kultury Włoskiej zwanym też kwadratowym Koloseum, gdzie ilość łuków fasady w pionie i poziomie oznacza jedno – Benito Mussolini!
W 1931 podczas paryskiego salonu Lancia zaprezentowała dwa nowe modele, kończące „grecką” erę i rozpoczynającą erę „rzymską” były to Artena i Astura. W latach poprzedzających II wojnę światową turyńska Lancia miała bliskie stosunki z rządem faszystowskim, który bardzo wspierał modernizację przemysłu. Nawet nazwy nowych modeli Lancii z tamtych czasów o tym jasno świadczą, odchodzą od tradycji używania greckiego alfabetu na rzecz nazw lokalizacji związanych z mitem założycielskim potęgi Rzymu. Mamy tu: Artena, Aprilia, Ardea, Augusta, Ro oraz Astura, czyli mała rzeka w południowym Lazio oraz wieża obronna w pobliżu której Republika Rzymu w 338 p.n.e. pokonała wojska Związku Latyńskiego, tym samym zdobywając władzę wzdłuż całego wybrzeża morza Tyrreńskiego.
Astury były produkowane pomiędzy 1931 a 1939 w czterech seriach, ogółem powstało ich niemal 3000, co jak na samochód luksusowy, a więc dość drogi [cena samego podwozia III serii wynosiła ponad 38 tys. Lirów] było ilością całkiem pokaźną, jednak biorąc pod uwagę zamówienia rządowe łatwo to wytłumaczyć. Ilość firm, które opracowywały dla nich nadwozia sprawiło, że poszczególne auta bardzo się od siebie różnią. Powstawały kabriolety, spidery, limuzyny, berline czy coupe, a miały w tym swój udział nie tylko włoskie carrozzerie ale także firmy niemieckie i angielskie. Jednak te najpiękniejsze zawdzięczamy włoskim wirtuozom, jak na przykład model Astura 233C Aerodinamica mediolańskiej manufaktury Castagna, czy krótka seria wyprodukowana przez Touringa w wymyślonej przez nich w 1931 stylistyce Flying star czyli z chromowanymi listwami biegnącymi wzdłuż całego auta i łagodnie opadającymi w jego tyle – faktycznie przypomina to przelatujące komety. Niektóre miały przeznaczenie stricte sportowe, pamiętacie perłę Museo Nicolis – Astura MM Sport w karoserii firmy Colli [Gazzetta It. 87]? Sam Pininfarina wypuścił ponad 50 różnych wersji Astury, były to krótkie serie a czasami wręcz pojedyncze egzemplarze.
Najbardziej popularną była seria III [1933-37], której zakłady Lancii opuściło 1243 gotowe do zabudowy podwozia w 2 wersjach rozstawu osi. Ponieważ auto nie miało zbyt dużej mocy, bo jedynie 82 KM, producent sugerował firmom karoseryjnym stosowanie jak najlżejszych rozwiązań. W zakładach Fariny na zlecenie Francesco Bocca dealera Lancii z Biella bazując na krótszym podwoziu zbudowano 6 kabrioletów, których oficjalna nazwa brzmiała Lancia Astura 233C Tipo Bocca. Dokładnie tą wersję odwzorowuje model Minichamps. Ponieważ trudno jest dotrzeć obecnie do danych odnośnie wymiarów poszczególnych wersji Astury muszę się zdać na solidność tej firmy. Choć prezentuje się świetnie niestety ma tą skazę, że nic się tutaj nie otwiera. Każda z czterech wersji kolorystycznych jest limitowana dość dziwnie: 999 szt. biała, po 150 niebieska i czarna, ale już bordowej wypuszczono tylko 50 szt. Jak widzicie na zdjęciach jestem posiadaczem tej najrzadszej, mój entuzjazm jednak studzi myśl, że Minichamps mogli założyć, że nikt takiej nie kupi.
Mam wielką nadzieję, że do dnia wydania tego numeru Gazzetta Italia, rzymski bóg Letus zdąży spojrzeć barbarzyńcom w oczy, a Ukraińcy będą już w trakcie odbudowy swojej wolnej i niepodległej ojczyzny.
Lancia Astura III 233C
Lata produkcji: 1933-1937 Ilość wyprodukowana: 1243 egz. [335 wersji C] Silnik: V-8 17° Pojemność skokowa: 2973 cm3 Moc/obroty: 82 KM / 4000 Prędkość max: 130 km/h Przyspieszenie: b.d. Liczba biegów: 4 Rozstaw osi: 3100 mm Masa własna i wymiary są uzależnione od wersji nadwozia.