„IRENE I ARCANGELA”

0
1179

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

„IRENE I ARCANGELA”

Florencja współcześnie. Na scenie zapalają się górne, ukośne, kolorowe światła. Ukazuje się wnętrze pracowni malarskiej. Malarka i poetka Irène Duclos Parenti siedzi na stołku na środku sceny tyłem do publiczności i deklamuje, sama do siebie, niektóre swoje wiersze anakreontejskie.

IRENE: (Odwraca się gwałtownie) Powiem krótko. Tutaj, w tym innym świecie nikt nie może się poruszać i zachowywać swobodnie. Jest bardzo trudno porozumiewać się z kimkolwiek. Wszędzie dookoła, pośród nas, są strażnicy, którzy ciągle nas kontrolują. Jednakże teraz, mając wrażenie, że jestem tu z wami sama, chciałabym skorzystać z tej jedynej okazji i rozwiać każdą waszą wątpliwość na temat mojego życia i mojej kobiecej i artystycznej natury. Myślę, że nie będzie to jednak łatwe. Upłynęło już tyle czasu od mojej śmierci, że mogę się pomylić w chronologii i przedstawieniu faktów. Muszę wpierw powiedzieć, że tutaj, w tym innym świecie, gdzie nie ma czasu, sny i rzeczywistość mieszają się w naszych umysłach i często mylą się ze sobą. Tak oto nasza wyobraźnia i fantazja płyną nieograniczone. Natomiast na ziemi, gdzie czas miesza umysł w inny sposób, występuje odwrotne zjawisko – często jest się skłonnym uwierzyć…, (Wstaje i odwraca się plecami) jest się gotowym uwierzyć…, tak, uwierzyć…, (Znów odwraca się w stronę publiczności) nie wierzyć!? Wierzy się, myśli się i tak oto przemija młodość. (Pokazuje obraz olejny Autoportret Arcangeli Paladini) Ona coś o tym wie. Arcangela Paladini musiała przeżyć całe życie w ciągu swojej młodości. (Krzyczy, obracając się dookoła własnej osi ze wzrokiem skierowanym ku górze. Następnie bierze ze sztalugi autoportret Arcangeli Paladini. Spogląda na niego i pokazuje go publiczności) Czyż nie było tak? (Odkłada obraz na miejsce nadal na niego patrząc) Jednak ty, Arcangelo, musisz przyznać, że jeśli chodzi o twoją sztukę, to los ci sprzyjał. To prawda, że żyłaś w VXII wieku, czyli prawie sto pięćdziesiąt lat przede mną, ale otrzymałaś wszelkie dobra i korzyści bardzo wcześnie, aby móc je później podarować innym. Natomiast ja zaoferowałam ludziom, których kocham jedynie moją wiedzę i doświadczenie zdobyte dzięki ciężkiej pracy i moim umiejętnościom, a nawet i moje dobra, choć nigdy nie otrzymałam żadnych dóbr czy darów od życia, ani też spontanicznych wynagrodzeń! A także to co potrafiłam przekazać mojej ulubionej uczennicy Emmie Greenland! Później, kiedy nie mogłam już nic więcej dać i kiedy nikt mnie już nie potrzebował, zamknęłam się w sobie, nie otrzymując od nikogo nawet najmniejszej pomocy. A egoiści? Poznałam ich całe mnóstwo! Na świecie jest ich na pęczki. Także tych, których możesz obsypać złotem, lecz którzy nigdy nie byliby gotowi ci pomóc z żadnego powodu. Chociaż kilka razy czułam, że umieram, to i tak nic nie mogłam poradzić, nie było nikogo gotowego mi pomóc. Jeśli ktoś się pojawił, był to ktoś obcy, kto po prostu przechodził tamtędy zupełnie przypadkiem. Oto dlaczego doszłam dziś do wniosku, że nawet w uprzywilejowanym gronie rodziny czy sztuki, świat należy do tak zwanych „spryciarzy”. Zatem chcę zmienić świat, zmienić wszechświat, pozwólcie mi wysiąść z tego powozu, zatrzymajcie ten świat, zatrzymajcie ten wszechświat! Zatrzymajcie go, muszę zmienić powóz, muszę zmienić kierunek, muszę zmienić świat, muszę zmienić wszechświat! Możecie sobie wyobrazić, że nawet moi rodzice nigdy mnie nie rozumieli? Nawet mój mąż, który również miał artystyczny temperament! Chociaż muszę jednak powiedzieć, że wszyscy oni bardzo mnie kochali. Mój mąż był wielkim człowiekiem, dżentelmenem, eleganckim mężczyzną, który być może aż nazbyt dobrze wiedział, jak zabiegać o kobietę. Pomyślcie, że podbił moje serce bilecikiem z napisem „takiej kobiecie jak Pani brakuje tylko jednego szczegółu, aby być doskonałą… jakiejś wady”. Muszę zaznaczyć, że jest to ta sama galanteria, którą okazywał mi książę Michał Jerzy Poniatowski, prymas Polski, jeden z moich najbardziej oddanych wielbicieli i nabywców, który pewnego dnia poza zwykłymi zleceniami, z powodu braku mojego autoportretu, zapragnął nabyć dla siebie za wszelką cenę portret mojej córki, kto wie, może jako wspomnienie o mnie. Natomiast Emma, moja ulubiona angielska uczennica, sprytnie wykorzystywała wszelkie okazje jakie jej się nadarzyły, czy to u mistrzów, czy te napływające z Rzymu, z Florencji, z Włoch czy ode mnie. Poza tym czerpała korzyści ze związków z mężczyznami. Mówiła: „Są tacy zmienni ci nasi dzisiejsi kochankowie, że jeśli szybko nie skorzystasz z ich łaski, gdy stracą dla Ciebie głowę, to później nagle Cię zostawią i zostaniesz z niczym!”. Czy teraz widzicie arogancję mojej uczennicy? W końcu wróciła do tej swojej Wielkiej Brytanii, aby szczęśliwie wyjść za mąż za wikariusza, aby samodzielnie spijać śmietankę, ignorując mnie w szczególny sposób, jakbyśmy nigdy nie istniały, ja i ona. Była zdolną malarką, nie przeczę, ale znajdowała się poza kręgiem artystów i handlarzy dziełami sztuki, którzy naprawdę się liczyli. Wprowadziłam ją w te kręgi we Florencji i we Włoszech, w złożony i nieznany świat malarstwa enkaustycznego. Kiedy tylko się spełniła, nie umiała napisać o mnie nawet jednego słowa w swoim eseju opublikowanym w sławnym czasopiśmie „Society Transaction”. Nie wspomniała o mnie również w swoim curriculum, kiedy pokazywała swój autoportret w Królewskiej Akademii Sztuki w Londynie. Sukces był po prostu jej! Geniusze opowiadają jedynie swoją historię i nie uznają kontekstu historycznego! Oni są geniuszami od urodzenia, nie proponują się, nie mylą się z innymi, za to uwielbiają być odkrywani. Jednak ona czuła się geniuszem, chociaż według mnie wcale nim nie była. Jej zdaniem do wszystkiego doszła sama. Nikt nigdy jej nie pomagał, nawet jej wpływowy mąż, wielebny wikariusz Thomas Hooker z Rottingdeanu, właściciel szkoły dla bogatych dzieci z rodzin szlacheckich. Ona jednak w odpowiedzi na wszystko odpłaciła mu się niekonwencojalną historią miłosną, zostając na pewien czas kochanką Johanna Christiana Bacha, syna wielkiego Johanna Sebastiana. Nie przez przypadek ten kompozytor zadedykował jej „Sześć sonat”. Rozumiecie? Ja w wówczas musiałam zniknąć, bo mogłabym być dla niej jedynie niewygodnym świadkiem. Już mnie nie potrzebowała! Chociaż kiedy była jeszcze dziewczynką, przyjęłam ją pod swój dach jak córkę. A Historia? Nawet ona nie oddała mi sprawiedliwości! Gdyby nie było dziś Alberta Macchiego, cichego poszukiwacza, altruisty, idioty jak ja, który postanowił mnie odkopać po prawie dwustu latach, to pomimo tego co zrobiłam, nadal pozostałabym pogrzebana w zapomnieniu zarówno jako malarka jak i poetka. A przecież byłam członkiem Akademii Sztuk Pięknych we Francji, Akademii San Luca i Arkadii we Włoszech. Wiem, że jest dla mnie niewygodnym mówienie o pewnych rzeczach, a dla was nieprzyjemnym wysłuchiwanie biednej kobiety, niespełnionej artystki, która teraz odmalowuje się jako wariatka ze słowotokiem. Zatem pomówmy o czymś innym. Chociaż mogłabym też powiedzieć coś o Macchim. Ten człowiek, dramaturg i improwizowany biograf przedstawił mnie jako ludojada, jako tą która zniszczyła życie niejednemu jezuickiemu opatowi, w szczególności Jacopowi Vittorelliemu. Kiedy to w rzeczywistości byłam kobietą właściwie tak nieśmiałą i bojaźliwą, że miałam ogromne problemy w relacjach z innymi. Następnie ustalił on, że musiałam być Włoszką, która wyszła za mąż za Francuza. A nie mogłam natomiast być Francuzką, która wyszła za mąż za Włocha? W każdym razie według niego musiałam być córką pana Parentiego i jego żony pani Duclos, kiedy mogło być dokładnie na odwrót? Ech! Takie rzeczy z pewnością mogą przytrafić się temu kto angażuje się w badania historyczne. Chciałabym, abyście posłuchali kilku wersów, które jak sądzę mogą wydawać się znajome jedynie Francuzom i które paryżanie śpiewali w latach 80. XVII wieku. Chodzi mi o te dotyczące króla Francji Ludwika XVI: „ Louis si tu veux voir/bâtard, cocu, putain/regarde en ton miroir/toi, la reine et le dauphin!” to znaczy „Ludwiku jeśli chcesz zobaczyć rogacza, dziwkę i bękarta/ spójrz w lustro razem z królową i Delfinem!” (Długa pauza) Wracając jeszcze do Arcangeli Paladini, muszę powiedzieć, że ona została jeszcze bardziej ukarana przez Macchiego niż ja. Dla niego ta malarka i poetka umarła bardzo młodo i bez dostąpienia zaszczytu zostania matką. Kiedy w rzeczywistości Arcangela miała dwie córki Maddalenę, która tak jak jej matka, wybrała karierę śpiewaczki, oraz Neerę, słodką istotę, która poślubiła znaną osobistość z Florencji, niejakiego Giuseppe Verdiego. Następnie powracając do mnie, dobrze żeby wszyscy wiedzieli: ja nie byłam jedynie kopiarką! Nie skopiowałam jedynie Guida Reniego, Andrei del Sarto, Guercina, Raffaella, Zoffany, Tiziana i innych. Skorzystam z tej może jedynej okazji, aby coś powiedzieć tutaj naprzeciw tej widowni, i powiem, że namalowałam wiele oryginalnych obrazów – techniką olejną, pastelami czy enkaustyczną – takich jak autoportrety, portret mojej córki i podobizny wielu innych osobistości włoskich i zagranicznych, począwszy od Guido III Villa po Josepha Eckhela, pejzaże, głowy i posągi inspirowane starożytnymi rzeźbami, Kleopatrą czy Polihymnią. Zanim zniknę wam z oczu, powtórzę jeszcze: „Moje krótkie ziemskie życie nie było wesołe i beztroskie, złożone jedynie z miłości i uwodzenia!”. (Scena z dramatu teatralnego „Irène Duclos Parenti e Arcangela Paladini Broomans” Alberta Macchiego, Rzym 2012)

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski