Sztuka Anity Piłat

0
42

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

Artykuł został opublikowany w numerze 76 Gazzetty Italia (sierpień-wrzesień 2019)

„Każdy człowiek cywilizowany ma dwie ojczyzny: swoją własną i Włochy”
(Henryk Sienkiewicz)

Na moje pytanie, czy uważa Włochy za swoją drugą ojczyznę artystka Anita Piłat odpowiedziała właśnie tym cytatem. Absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, która w Rzymie mieszka od 1995 roku. Jak sama twierdzi do Włoch przywiodło ją przeznaczenie i nie wyobraża sobie życia w innym kraju. Niedawno, jako jedyna Polka, dołączyła do działającego w Rzymie kolektywu artystycznego „Collectivo Oxford”, zrzeszającego malarzy, rzeźbiarzy i grafików. Jej prace pokazywano na wystawach w ambasadzie w Watykanie oraz w polskiej i amerykańskiej ambasadzie w Rzymie. 

Co Cię tu urzeka?

Tutejsze światło! Ono czyni magię! Dopiero tu, w Italii, odkryłam, że właśnie światło jest podstawową wartością w malarstwie: wzmacnia kolory, buduje cienie. Tu się zaczyna cała gra malarska. Lubię też włoską spontaniczność i otwartość. Idzie się we dwoje do pizzerii na Trastevere, a po niedługim czasie wszyscy w knajpce ze sobą rozmawiają jak starzy znajomi. Włosi to też naród artystów, kiedy mówię że jestem malarką, ludzie różnych zawodów zwierzają się, że też malują. 

Kupują sztukę współczesną?

Rzym jest specyficzny. Tutejsze antykwariaty przyciągają kolekcjonerów sztuki dawnej. Sztuka nowoczesna o wiele lepiej sprzedaje się na północy, np. w Mediolanie. 

Mogłabyś tam mieszkać?

Rzym czy Mediolan są piękne i dużo się tam dzieje. Jednak ja wybrałabym Toskanię. Widać tam zmiany pór roku, a zimą pada śnieg, który w Rzymie jest rzadkością. Toskania jest też bardziej różnorodna widokowo. I ma wspaniałą roślinność. Kiedyś w listopadzie przyjechałam z wiecznie zielonego Rzymu na sympozjum malarskie do Cortony, ujrzałam mgły i  kolory polskiej jesieni. Zrozumiałam, że tego mi od lat brakowało. 

Nostalgia?

Mam taki obraz z roku 1997. Typowy włoski krajobraz, pinie, góra Tivoli. Namalowany  tu, w Rzymie, ale jego koloryt jest jeszcze polski. Z perspektywy czasu dostrzegam, jak bardzo brakowało mi wówczas Polski – w tym obrazie to wyszło. 

Co Cię inspiruje? 

Natura. Jednakże w sztuce chodzi o odnalezienie własnego klucza do jej przedstawiania. „Sztuka zaczyna się tam, gdzie się kończy naśladownictwo” – powiedział słusznie Oscar Wilde.

Twój cykl „Terra florata”? 

Podczas studiów malowałam olejną farbą na płótnie: takie plenerowe pejzaże i martwe natury studenckie na zaliczenie. Przy dyplomie poczułam potrzebę  eksperymentowania z fakturami, stworzenia cyklu abstrakcyjnego. Już sam proces przygotowań był ekscytujący. Poza wysiłkiem fizycznym, gdy sama składałam blejtramy i naciągałam ogromne płótna, była to niesamowita praca koncepcyjna, koncentracja,  myślenie czym to wypełnić. Sięgnęłam po kleje, różne rodzaje piasku, zaczęłam bawić się fakturą, zmieniać gęstość farby, rozpryskiwać ją. Wkrótce potem trafiłam do Włoch, gdzie zanurzyłam się już tylko w interpretowanie natury.

Wiem, że spieszysz się powoli…

Tak, mam raczej refleksyjna naturę. Wychowałam się na łąkach, w sadzie, w ogrodzie, gdzie kwiaty mojej babci były wyższe ode mnie, a życie toczyło się spokojnie, bez pośpiechu. Teraz mieszkam w Rzymie, co ma zalety, ale jest też dość męczące. Żyjemy w trudnych czasach. Wzrosła przestępczość, zagrożenie zamachami terrorystycznymi, problem imigrantów, strajki komunikacji i manifestacje często paraliżują miasto. To negatywnie działa na człowieka.  Natura jest więc dla mnie odskocznią. Blisko mojego domu rozciąga się duży park archeologiczny, ze starymi akweduktami, polami uprawnymi, drzewami oliwnymi. Tam często szukam inspiracji. Tam zapominam, że mieszkam w wielkiej, chaotycznej metropolii. Żyjąc tu i teraz, intuicyjnie staram się odreagować poprzez malowanie. W procesie tworzenia szukam przestrzeni, spokoju, harmonii i to chcę przekazać ludziom. Szuka nie lubi pośpiechu. Czasem, żeby coś dostrzec, nie wystarczy rzucić okiem. Sztuka nie mówi do nas wszystkich tym samym językiem; wręcz przeciwnie, każdemu krzyczy lub szepce do ucha w sposób, który tylko my sami jesteśmy w stanie zrozumieć. Nie zawsze da się to usłyszeć od razu.

Skąd w twoich obrazach tak częste nawiązanie do motywu drogi?

Droga – w sensie dosłownym – pojawia się wszędzie. Pewnego dnia – w Rzymie to żadne zaskoczenie – w parku, o którym wspomniałam, wykoszono trzciny, wybrano  ziemię, by odsłonić ogromne głazy. Tyle czasu tam spędziłam, nie wiedząc, że pode mną jest stary rzymski dukt, ze żłobieniami od ciężkich kół. I że 2 tysiące lat życia Rzymian jest wyciśnięte w kamieniach tej niezniszczalnej drogi. Motyw drogi jest wielowymiarowy. Podróż postrzegam jako oczyszczenie po trudnych chwilach. Podróż to nieplanowane odkrycia, olśnienia, to dreszcz emocji, to spotkania z napotkanymi ludźmi. 2 lata temu pojechałam do Pompejów, obejrzeć w scenerii antycznych ruin czasową ekspozycję rzeźby naszego Mitoraja. Padał deszcz, parasol, kaptur, torba utrudniały fotografowanie. Byłam niepocieszona. Potem przeczytałam w wywiadzie z Mitorajem, że on najbardziej lubi swoje rzeźby właśnie w deszczu, który zmywa pyły, kurze, nadając kamieniowi  lśnienie. I dostrzegłam to w moich zdjęciach. Zrozumiałam, jakie miałam szczęście, że akurat wtedy, podczas tej podróży, w samym środku upalnego sierpnia trafiłam na deszczową pogodę. Drogą jest też życie na emigracji. To przechodzenie przez lekcje pokory i kształtowania charakteru, gdzie na starcie zostawia się wszystko, co znajome by na mecie posiąść nowy język i kulturę. Jean Paul Sartre powiedział, że „Każdy musi odkryć swą własną drogę” – pragnienie wędrówki otwiera tę drogę.

Czy malarstwo sztalugowe ma przyszłość?

Interesujące malarstwo sztalugowe zawsze będzie cenione. Ma swoją magię. W obrazie trzeba się zakochać, tak jak Leonardo da Vinci , który nigdy nie rozstawał się z portretem Giocondy. Leonardo zostawił po sobie niewielkie płótna, jednak ich moc i piękno są ponadczasowe.

Czym jest dla Ciebie sukces?

Za sukces twórcy uważam stały rozwój, pokonywanie własnych ograniczeń, odnalezienie siebie. Dla mnie każdy obraz jest jak zapis ekg artysty, rejestruje palpitacje, emocje, wrażenia. Cenię ludzi wrażliwych i kreatywnych, raczej nie postrzegam sukcesu jako rankingu czy wyniku rywalizacji z innymi artystami. 

Plany?

Aktualnie po raz pierwszy czuję potrzebę  malowania czegoś, co byłoby dialogiem z miastem, w którym mieszkam. Chcę podjąć kwestię Colosseum jako „areny”, Rzymu jako „Wieży Babel” – mieszanki kulturowej i językowej.

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski