Borsalino – Genialny kapelusznik

0
96

 

W garderobie mężczyzny nie powinno nigdy zabraknąć kapelusza.
Każdy model odpowiedni jest do okazji i nastroju. 
Kapelusz to emblemat męskości, pełni też funkcję ratunkową. 
Dodaje szyku i chroni przed upadkiem obyczajów.

(Humphrey Bogart, Magazyn Times 1948)

 

Włoska Aleksandria to z pozoru niczym niewyróżniające się, średniej wielkości miasto. Zwyczajna zabudowa i nizinny krajobraz przeczą wyobrażeniom o malowniczej Italii. Latem bywa tu gorąco nie do wytrzymania, a zimą – zimno i buro, opłotki spowija mgła. Zaskoczeniem dla przybysza mogą okazać się więc eleganckie sklepy i klimatyczne kawiarnie w stylu belle epoque, dziedzictwo dawnego, królewskiego Piemontu. Przeszło dwieście lat temu Napoleon stoczył tu bitwę pod pobliskim Marengo, a sto sześćdziesiąt sześć lat temu powstała firma Borsalino – wytwarzająca sławne na całym świecie nakrycia głowy, przeznaczone z początku dla masowej klienteli, a z czasem produkowane też dla turyńskiej rodziny królewskiej, gwiazd kina, papieży i międzynarodowej socjety.

Giuseppe Borsalino od początku pragnął tworzyć wyroby, które sprzedawane będą na całym świecie. Jako szesnastolatek wyruszył do Francji i uczył się fachu u tamtejszych mistrzów. Przez 6 lat terminował w kilku warsztatach, a w roku 1857 powrócił do Aleksandrii. Z bratem o imieniu Lazzaro sprowadził najnowocześniejsze maszyny z Manchesteru i otworzył własną pracownię. Na początek niewielką. Zmysł do interesów, wyczucie stylu i nowych potrzeb, zdolność syntezy i obserwacji złożyły się na ich pierwsze sukcesy. Tworzyli nowe fasony, łączące w sobie sztywną estetykę cylindrów i meloników z miękkimi liniami i materiałami nakryć głowy klasy robotniczej. Pomysł był strzałem w dziesiątkę. W roku 1888 zakład produkował 550 sztuk dziennie, a w pierwszych latach XX wieku już 5500. Wysokie moce przerobowe zapewniał nowy kompleks produkcyjny przy Corso Cento Cannoni, w samym centrum miasta. Choć dziś brzmi to jak dowcip, firma Borsalino jako pierwsza w historii przygotowała kolekcję przeznaczoną wyłącznie dla pań, co okazało się genialnym zabiegiem marketingowym. Jednak w czasach, gdy żadna szanująca się obywatelka ani obywatel nie wychodził z domu bez kapelusza, sam Giuseppe Borsalino raczej go nie nosił, gdyż uważał, że utrudniał mu myślenie. Nie tylko szewc bez butów, ale i kapelusznik bez kapelusza chodzi.

Flagowy model Borsalino to niejako wariacja na temat innego fasonu o nazwie Lobbia, z którym wiąże się niefortunna przygoda pewnego polityka. 15 czerwca 1869 roku, Cristiano Lobbia – członek parlamentu walczący z korupcją został napadnięty w jednym z zaułków Florencji. Nieszczęśnik dostał kijem po głowie, od czego niechybnie wgniótł mu się melonik.  Już kilka dni później jeden z florenckich modystów wystawił w oknie swojego sklepu nowy wzór z wgniecioną główką podpisany „kapelusz alla Lobbia”. Nowość natychmiast znalazła zwolenników i rozprzestrzeniła się na całe Włochy, a z czasem Giuseppe Borsalino dopracował ten model, dodając jeszcze dwa boczne wgniecenia w główce tzw. oczodoły, ułatwiające jego sprawne zakładanie i ściąganie, a także uprzejme uchylanie ronda przy pozdrawianiu pań na ulicy. Dodatkowy komfort nowego nakrycia głowy gwarantował materiał, z którego był wykonany. Filc z przedniej jakości włosia królików rasy australijskiej, sprowadzonej specjalnie przez pana Borsalino do Włoch. Do dziś odmiana ta hodowana jest w Piemoncie, a kapelusze z Aleksandrii wytwarzane są według dokładnie takiej samej procedury jak przeszło sto sześćdziesiąt lat temu.

Na pierwszym etapie wyczesane z króliczego futerka włosie, jest oczyszczane i gręplowane, a potem osadzane na stalowych stożkach, gdzie pod wpływem działania wysokiej temperatury i wody ulega procesowi filcowania, tworząc powoli kaplin, który na początku jest cztery razy większy od końcowego modelu. Cały proces produkcji trwa siedem tygodni. Wszystkie czynności, a w przypadku każdego wyrobu jest ich dokładnie pięćdziesiąt dwie, wykonywane są przy użyciu ręcznie obsługiwanych urządzeń. Zawód kapelusznika jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, wymaga uważności i pietyzmu. To dzięki tym wartościom powstała legenda cenionej w świecie marki, która prócz okresów rozkwitu miewała również słabsze momenty.  Rozsławił ją niewątpliwie Humphrey Bogart i film Casablanca z 1942 roku, tym niemniej czas II wojny był dla firmy trudny i przełomowy. Wcieleni do armii mężczyźni nosili hełmy i furażerki, a koniec wojny przyniósł zmianę mody i obyczajów. To wtedy Borsalino rozwinął karierę w Hollywood. Okazuje się, że znane z westernów kowbojskie kapelusze to nie tyle tradycja Dzikiego Zachodu, co kinowa kreacja, stworzona na potrzeby fabryki snów właśnie przez firmę Borsalino. Nakrycia głowy rodem z Aleksandrii nosili również Alain Delon i J. P. Belmondo, Federico Fellini i Marcello Mastroianni, Woody Allen i Toni Servillo w nagrodzonym Oscarem filmie pt. Wielkie piękno, a także John Malkovich w telewizyjnym serialu pt. Nowy papież. W między czasie firma realizowała również inne ekskluzywne zamówienia, wśród nich błękitne meloniki dla stewardess linii lotniczych Pan Am, serię dwóch tysięcy czarnych cylindrów dla szacha Rezy Pahlaviego, zamówionych dla uczczenia 2500-lecia istnienia perskiego cesarstwa. Znacząca była też współpraca z Mediolańskim Tygodniem Mody i projekty zrealizowane z takimi kreatorami jak Gianni Versace i Krizia. Z czasem brak następców w rodzinie Borsalino sprawił jednak, że w latach osiemdziesiątych przedsiębiorstwo trafiło w ręce uwikłanych politycznie przedsiębiorców i w końcu popadło w poważne trudności finansowe, prowadzące ostatecznie wiekową firmę do upadku. Od kilku lat spółka ma nowego właściciela, holenderską firmę Haeres Equita i próbuje wykreować się na nowo, podbijając gusty dzisiejszych millenialsów, bo to oni są teraz głównym targetem firmy.

Niemal niezmieniony pozostał historyczny sklep Borsalino w centrum Aleksandrii. Panuje w nim nieco senna atmosfera, choć świadomość wagi tego przybytku z pewnością przyprawia o dreszczyk emocji. W jesienne, piątkowe popołudnie klientów jak na lekarstwo, a szczerze powiedziawszy pustki. Trochę trudno oprzeć się wrażeniu, że salon pełni bardziej rolę skansenu, a kapelusze można teraz też kupować w przyzakładowym outlecie lub przez Internet. Bardzo uprzejmy i naturalnie zachowujący się ekspedient zachęca mnie do oglądania wnętrz i przymierzania! Jakoś tak głupio jednak mizdrzyć się przed lustrem i potem nic nie kupić, dlatego po dyskretnej wizycie kieruję się do wyjścia. Moją uwagę przyciągają jednak lustra z czarno-złotym napisem Nutria, budząc nieodzownie skojarzenia ze szczeciniastymi pelisami i czapami w kształcie saganka z epoki PRL-u. Zaciekawiona, wdaję się w pogawędkę z panem subiektem. Okazuje się, że kiedyś futro nutrii miało taką samą wartość jak futro bobrowe, a jej włosie używane było w połączeniu z włosiem królika do produkcji szlachetnych filców. No proszę, wszystko zależy od kontekstu. Po chwili zauważam też dwa niewielkie drewniane regaliki na kółkach, okazuje się, że te cacka w przeszłości pełniły dość prozaiczną funkcję wózków do transportu wyrobów z jednego oddziału produkcyjnego na drugi. To prawdziwe antyki, całkiem niedawno wydobyte z otchłani fabrycznego magazynu.

Dzisiejszy zakład produkcyjny Borsalino usytuowany jest niemal w szczerym polu w miejscowości Spinetta Marengo, 7 km od Aleksandrii, to prosty budynek otoczony parkanem. Duży, przyciężkawy napis BORSALINO na dachu manufaktury niekoniecznie pasuje do dawnego stylu eleganckiej marki. Chyba miało być nowocześnie, ale wyszło tak sobie. Miałam nadzieję na zwiedzenie budynku i przyjrzenie się procesowi produkcji, zakład czasami organizuje drzwi otwarte, niestety tym razem okazało się to niemożliwe. Na szczęście jest muzeum, zainaugurowane wiosną tego roku w starym budynku fabryki w centrum miasta. Z dawnego kompleksu produkcyjnego – powierzchnią dorównującego naszej łódzkiej Manufakturze – po bombardowaniach w czasie II wojny światowej zachował się niestety tylko fragment z głównym wejściem do budynku. Do roku 1987 stał tam jeszcze komin fabryczny z oryginalnym znakiem firmowym, ale miasto zdecydowało się go wyburzyć. Straty nie może odżałować Tommaso, student historii sztuki, który oprowadza mnie po muzeum i opowiada o kapeluszach.

Tu na miejscu znajduje się ich około dwóch tysięcy. Oryginalne drewniane gabloty są autorstwa Arnalda Gardelli, projektanta całego przedwojennego zakładu produkcyjnego Borsalino. Zgromadzone dziś w muzeum witryny służyły kiedyś do przechowywania egzemplarzy wszystkich wzorów produkcyjnych powstałych od początku istnienia fabryki. Teraz eksponują historyczne modele należące m.in. do modnisia Giacomo Pucciniego, papieży Jana XXIII i Benedykta XVI, do Federico Felliniego, Johna Wayne’a, Harrisona Forda i Roberta Redforda, a także ulubione przez Franka Sinatrę modele Trilby, sławne Fedory i Mambo, berety, toczki, szapoklaki i panamy wszelkiej maści. Historia nakryć głowy to historia rozwoju cywilizacji, wydarzeń historycznych, nowych potrzeb związanych ze zmianą stylu życia, z podróżowaniem. Dowiaduję się, że kapelusz Panama pochodzi z Ekwadoru, ma status dziedzictwa kulturowego i do dziś jest tam wyplatany z włókien lokalnej palmy, a w Aleksandrii dopieszcza się jedynie detale. Il Panama początkowo został rozpowszechniony przez kupca, który miał swój skład w Panamie i przez poszukiwaczy złota podróżujących przez środkową Amerykę do Kalifornii. Dziś natomiast dobrze byłoby dysponować żyłą złota, by móc taki kapelusz swobodnie nabyć, niektóre modele, te najdrobniej wyplatane osiągają bowiem wysokie ceny.  Na rozwój kapelusznictwa miał również wpływ wynalazek samochodu. Sprawił bowiem, że fasony stały się niższe, w przeciwnym razie trudno byłoby zmieścić się w pojeździe.

Wizyta w aleksandryjskim muzeum jest jak podróż w czasie. Po jej zakończeniu, przysiadam w jednej z miejscowych restauracji. Kuchnia piemoncka ma tu swoje dobre tradycje, czerwone wino Barbera świetnie komponuje się z talerzem pierożków o nazwie agnolotti, wypełnionych duszonym mięsem i oblanych sosem z tej samej pieczeni. Planuję też wizytę w cukierni Gallina, gdzie od dziesięcioleci przygotowują baci di Alessandria – kruche orzechowe ciasteczka przełożone czekoladowym kremem, które dosłownie rozpływają się w ustach. Teraz jeszcze marzy mi się tylko nowy kapelusz. Tyle, że to marzenie będzie musiało poczekać.