Ennio Morricone, muzyka absolutna

0
56

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

Darmstadt w Niemczech, rok 1958. Letnie kursy muzyki współczesnej, które odbywają się co roku w tym miasteczku w Hesji, przyciągają z każdego zakątka świata całe dziesiątki studentów i pasjonatów. Darmstadt, jest w istocie kolebką muzyki nowoczesnej: Boulez, Nono, Stockhausen, Maderna szerzą stąd swoje nauki, które czynią z serializmu jedyną zasadę regulującą każdy parametr w muzyce. Wśród młodych, tłoczących się na organizowanych w mieście koncertach, jest też dziewiętnastoletni rzymianin z dyplomem z kompozycji obronionym u Goffreda Petrassiego.

Petrassi jest muzykiem uważnym na dodekafonię i raczej krytycznym w stosunku do dogmatów darmsztadzkich. Również jego uczeń, niejaki Ennio Morricone, poruszony uczestniczy w niektórych występach, które jego zdaniem graniczą z parodią. Opowie później „… to były rzeczy w stylu: był sobie tamburyn i klarnet. Tamburyn robił ti-ti-ti, a klarnet mu na to odpowiadał tiiii-tiiii. I tak przez dwie godziny. Wszystko to takie gówi…nka, takie pie…dółki.” Pewnego wieczoru jednak Ennio wpada na postać spoza wszelkich schematów to John Cage, amerykański kompozytor, który wprowadził aleatoryzm do muzyki. Cage robi wszystko i jeszcze więcej. Występuje z fortepianem i radiem grającym z maksymalną głośnością, wybiera nuty, które zagra rzucając kośćmi, czasem nie gra nic, ponieważ w partyturze nie chciał nic zapisać. Cage przyciąga ciekawość Morriconego, domyśla się, że za jego przypadkowością stoi jakaś myśl, myśl paradoksalna ale i potężna. Dzień po koncercie Cage’a zwołuje ośmiu kolegów do lasu pod miastem i wydaje dyspozycje. Pozostawmy jeszcze miejsce dla jego słów „wszedłem na głaz i zacząłem dyrygować mówiąc innym: ty wydajesz dźwięk z krtani! Ty wrzeszczysz! Ty zagwiżdżesz, zawyjesz i prukniesz! Wyszła z tego jakaś rzecz, która nie miała nawet dwóch minut w stylu “aah-uhh-prrrr-eeeeeh!” i jeśli nie było to lepsze od Cage’a, to z pewnością było lepsze od tego, czego słuchało się na Ferienkurse.” 

Wspomnienie niedawno zmarłego Ennia Morricone, wybierając właśnie ten epizod z jego długiego życia, to nie jest przypadek… Jego śmierć wstrząsnęła światem, w szczególności Włochami, co nie jest takie oczywiste dla kraju, który zapomniał jak ważna była muzyka dla jego historii (wystarczy wspomnieć  jak mało uwagi poświęca  się tej sztuce w programach szkolnych).  Mimo wszystko muzyka Morriconego zagościła w sercach wszystkich Włochów i jedynie poprzez refleksję nad całą jego twórczością , będziemy w stanie zrozumieć dlaczego tak się stało.  Nuty były jego obsesją. Był w końcu synem trębacza z Zatybrza, który występował w nocnych lokalach jazzowych i z muzyką taneczną. To ojciec nauczył go grać na trąbce i przekonał do nauki w Konserwatorium. Ennio został przyjęty i, jak doskonale wiemy,  przebył również trudną drogę w szkole muzycznej na wydziale kompozycji, w klasie Petrassiego.

Droga ta zaprowadziła go bezpośrednio do Darmstadt, gdzie nauczył się dwóch podstawowych zasad, którym później podporządkuje artystyczną karierę. Zgodnie z pierwszą zasadą, muzyka nie może być prostym intelektualistycznym aktem twórczym, który nie wywiera żadnego wpływu na słuchacza. Druga natomiast głosi, że , niektóre kanony „nowej muzyki”, inspirowane estetyką Cage’a, takie jak akcent pojedynczego gestu, przypadkowość, niekonwencjonalne dźwięki, cienka granica pomiędzy ciszą a hałasem czy improwizacja, mogą stać się podstawą, dzięki której uda się przybliżyć nowoczesne dźwięki szerokiej publiczności. Morricone stworzył  jedne  z największych przebojów włoskiej piosenki lat sześćdziesiątych, od „Se telefonando” przez „Sapore di sale”, „Il mondo” aż po sukcesy autorstwa Edoarda Vianello.

Już w czasach Konserwatorium, w tajemnicy przed nauczycielami, żeby się utrzymać, współpracował z włoskim wydawnictwem muzycznym RCA w zakresie aranżacji muzyki rozrywkowej i robił to na swój sposób. W utworze „Il Barattolo”, przeboju lata w 1960 roku, kompozytor-aranżer wprowadza dźwięk prawdziwego szklanego słoika turlanego na zamrożonej, cementowej powierzchni. To samo dzieje się od samego początku przy tworzeniu muzyki filmowej.

Westerny Sergia Leone były idealnym miejscem dla estetyki Morriconego. Wszechświat dzikiego zachodu włoskiego reżysera jest udawany, w odróżnieniu od tego „realnego” z tradycji amerykańskiej, a Morricone dysponuje idealnymi środkami kompozytorskimi, by uwydatnić tę różnicę. Nasz Maestro rozkłada kubistycznie instrumentalizację, dzieli dźwięki dając im przestrzeń, czyni każdy sygnał dźwięczny idealnie dostrzegalnym, często używa trąbki, ale również gitary elektrycznej w pełnym rockowo-instrumentalnym stylu i, przede wszystkim, dodaje gwizdy, bicze, dzwonki i niezrozumiałe okrzyki.

W pierwszym filmie Daria Argento „Ptak o kryształowym upierzeniu” z 1970 roku, tworzy prawdziwą improwizację absolutną  (niektóre  utwory  rzeczywiście zostały zaimprowizowane w studiu nagraniowym), w której z kakofonii dźwięków w horrorze fabuły wyłaniają się widz-słuchacz lub słuchacz-widz. Morricone nie boi się też sięgać po wielką włoską muzykę, inspirowaną melodią barokową („Misja”, „Pewnego razu w Ameryce”, „Kino Paradiso”). Nie ma teraz znaczenia jego wieczne zmartwienie, że publiczność nigdy nie pozna jego „muzyki absolutnej”, tej niezwiązanej z filmem (teraz ją pozna i to jak!). Liczy się to, jak uzasadnia Polar Music Prize, Nobel w dziedzinie muzyki przyznany przez Szwedzką Akademię Królewską dla Ennia Morricone w 2010 roku, że „przez pół wieku Morricone dyktował styl muzyki filmowej oraz wpłynął i zainspirował wielu muzyków popowych, rockowych i klasycznych”. To nie przypadek, że Włochy i cały świat płaczą dziś razem nad śmiercią jednego z największych geniuszy muzycznych po II Wojnie Światowej. 

tłumaczenie pl: Kinga Jabłonska
foto: Gianfranco Tagliapietra

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski