Karolina Porcari: śródziemnomorska kreatywność, nordycka dyscyplina

0
197
fot. Piotr Stokłosa

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

Wyobraźcie sobie ciepło Salentyńczyków połączone z polskim zdyscyplinowaniem zawodowym, dodajcie odrobinę śródziemnomorskiej kreatywności i nordycką skłonność do zasadniczości dopełnioną wyczuciem mediolańskiej mody. Cały ten mix cech można przypisać Karolinie Dafne Porcari, eklektycznej aktorce teatralnej i filmowej, reżyserce, a w razie potrzeby również i producentce.

fot. Gosia Popinigis

Jej interesująca historia ciągnie się wzdłuż 2300 kilometrów, na odcinku Lecce-Mediolan-Kraków-Warszawa, między włosko-polską miłością rodzinną, a studiami filozoficznym i aktorskim oraz przede wszystkim dużą ilością pracy.

Jak to się stało, że uczennica Liceo Classico Palmieri w Lecce pewnego dnia zdecydowała się zostać aktorką?

„Kiedy miałam 16 lat trupa Koreja, która tworzy teatr alternatywny, proponuje przesłuchanie uczniom naszej szkoły średniej. Powiedziałam sobie, dlaczego nie? Weszłam na scenę bez żadnego doświadczenia ani przygotowania i od razu zrozumiałam, że to jest moje życie. Ze strony rodziny jedyne dziedzictwo artystyczne otrzymałam od mojej matki, która uczęszczała do warszawskiej Państwowej Szkoły Tańca”.

Emocje, które poczułaś wchodząc na scenę i które sprawiły, że zrozumiałaś, że to była praca dla ciebie, były uczuciem kogoś, kto wie, że wchodząc w rolę, opuszcza samą siebie?

„Bez wątpienia tak. Teatr jest jak terapia dla tych, którzy go wykonują, paradoksalnie wielu aktorów jest nieśmiałych, a wchodzenie na scenę pomaga im pozbyć się zawstydzenia, zakłada się maskę, która uwalnia cię od codziennych zwyczajów i oferuje ogromną swobodę ekspersji i świadomości. Stawiasz bezpośrednio czoła publiczności, ale to już nie jesteś ty. Poza tym, pojawia się niezwykła dawka adrenaliny, która towarzyszy ci za każdym razem, gdy wchodzisz na scenę, a także, gdy kończy się spektakl i słuchasz recenzji. Ciągła, alienująca huśtawka emocji. W innych dziedzinach artystycznych zawsze można odnaleźć narzędzie, na którym pracujesz, bądź dzieło, które realizujesz i na nim skupia się uwagę, natomiast w teatrze spoczywa ona w 100% na tobie.”

Co się stało po doświadczeniu z Koreją?

„Zafascynowana wejściem na scenę zaczęłam uczęszczać na warsztaty teatralne, a na egzaminie maturalnym z klasyki wybrałam język grecki ustny, przygotowując – spośród różnych tekstów – Medeę Eurypidesa, którą marzę zagrać prędzej czy później. Jednak w momencie wyboru uczelni strach przytłoczył pasję, racjonalność przeważyła nad pożądaniem i tym samym, zgodnie z rodzinnym życzeniem, wybrałam Lettere e Filosofia na Katolickim Uniwersytecie w Mediolanie. Ciężko było sie odnaleźć w tym mieście. To było przejście z salentyńskiego, ludzkiego ciepła do chłodnego podejścia mediolańczyków, z Lecce, małego szytego na ludzką miarę i pełnego uczuć miasta, do frenetycznego, konkurencyjnego Mediolanu, w którym wygląd to podstawa, bo to w końcu stolica mody. Trzeba jednak przyznać, że Mediolan jest prawdopodobnie jedyną prawdziwą, włoską, kosmopolityczną metropolią z niezwykłą ofertą kulturalną, która dała mi możliwość uczestniczenia w setkach spektakli i przeglądów teatralnych. Miałam karnet do teatru Piccolo, który praktycznie stał się moim domem, poznałam tam różne europejskie szkoły teatralne i zrozumiałam, że fascynują mnie przede wszystkim występy trup z Europy Wschodniej i Północnej, wśród nich bardzo mi się podobała „Iwona, księżniczka Burgunda” polskiego pisarza i dramaturga Witolda Gombrowicza, wystawiona przez szwedzką grupę teatralną. Punkt zwrotny nastąpił po dwóch i pół roku studiów, gdzie pomimo uczęszczania na zajęcia teoretyczne z historii teatru, teatrologii i dramaturgii, brakowało mi kontaktu z publicznością. Miałam 21 lat i odwagę spojrzeć w lustro i zadać sobie pytanie, czy naprawdę chcę porzucić marzenie o zostaniu aktorką. Tym razem zwyciężyła odwaga i postanowiłam przystąpić do egzaminu wstępnego do Akademii Teatralnej w Krakowie. To był kolejny szok środowiskowy.”

Czy pomogła ci twoja doskonała dwujęzyczność polsko-włoska?

„Krew Boga”, reż. Bartosz Konopka

„Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mimo bycia dwujęzyczną mój polski był zwłoszczony. Przez rok przygotowywałam się językowo, ćwicząc mięśnie twarzy, by wymawiać polskie spółgłoski! Stało się tak, ponieważ chciałam osiągnąć dykcję native speakera języka polskiego, a nie polskiego cudzoziemca. Nawet po zdaniu egzaminu atmosfera uniwersytecka była trudna, panowała zacięta konkurencja, a lekcje improwizacji były męczarnią. Wyobraźcie sobie wysiłek intelektualny jaki musiałam włożyć, aby połączyć ekspresyjną spontaniczność z kompleksem niższości, który miałam mówiąc po polsku. Zajęło mi również trochę czasu zapoznanie się z polskimi metodami komunikacyjnymi i emocjonalnymi, które na początku są oczywiście zimniejsze niż włoskie, nawet jeśli z czasem odkryłam, że Polacy są również niezwykle solidarni i empatyczni”.

Jakie są wytyczne dotyczące nauczania teatralnego w Polsce?

„Na poziomie teoretycznym przerabiana jest historia teatru od greckiego po Commedię dell’Arte, docierając do naszych czasów ze szczególnym uwzględnieniem polskiego teatru. Na poziomie praktycznym powiedziałabym, że każdy profesor ma swoje własne podejście, ale ogólnie sądzę, iż dominuje laboratorium post-grotowskiego oraz metody aktorskie Stanisławskiego. Przyznam od razu, że uważam teatr polski, nawet obecny, za jeden z najlepszych na świecie, jeśli chodzi o takich reżyserów jak Krzysztof Warlikowski i Krystian Lupa. W tego rodzaju teatrze podoba mi się to, jak stawia się czoła duszy ludzkiej, w jaki sposób próbuje się dotrzeć do jej emocjonalnej głębi. Jest to podejście, w którym można odnaleźć metafizyczność z zasadniczą linią reżyserską i przy maksymalnym skupieniu się na próbie zrozumienia, czym jest człowiek i związek między emocjami a ciałem. We Włoszech tradycyjnie uprawia się teatr słowa. Reżyser, poprzez aktora, stara się przedstawić twierdzącą tezę, opowiada ci ją, w Polsce natomiast waloryzuje się poddawanie dyskusji, wątpliwość, pytanie – nie odpowiedź. ”

Czy jest to stereotypowe wrażenie, czy prawdą jest, że artystycznie Polacy przygotowują się nie zaniedbując żadnych szczegółów, podczas gdy włoski aktor zawsze pozostawia miejsce na improwizację?

„Zła matka”, fot. Sara Porcari

„Jest w tym trochę prawdy, szczególnie w teatrze, w którym Włosi są bardziej skłonni do improwizacji. To fakt rodowy, ludy północy przez stulecia przygotowywały się do stawienia czoła surowościom klimatu, niewiele mogło być pozostawione improwizacji. Ale w kinie włoscy reżyserzy są bardzo precyzyjni i nie zawsze jest miejsce na improwizację. Moja włosko-polskość pomogła mi połączyć salentyńską improwizację i śródziemnomorską kreatywność z północnym zdyscyplinowaniem. Na przykład w moim pierwszym filmie krótkometrażowym „Grzesznica”, który wyreżyserowałam, byłam bardzo dobrze przygotowany pod względem artystycznym, ale z punktu widzenia produkcyjnego tylko dzięki sile włoskiej wyobraźni i improwizacji udało mi się ukończyć projekt w terminie. ”

Jaka była twoja pierwsza rola?

„Jak na ironię losu, moją pierwszą rolę zagrałam w Mediolanie. Zadebiutowałam w roli Olgi w filmie „Jak cień” Mariny Spady. Krótki, autorski film, który miał wielkie szczęście. Został zaprezentowany w 2006 roku podczas Giornate degli autori na Festiwalu Filmowym w Wenecji, wziął udział w wielu międzynarodowych festiwalach zdobywając nagrodę za reżyserię na Mar del Plata Film Festival, aby następnie wejść do włoskich kin w 2007 roku. Wcieliłam się w rolę ukrainki, do której musiałam nauczyć się mówić po włosku jak cudoziemka. Doświadczenie to było mi przydatne do epizodu w „Tutti i santi giorni” Paolo Virzì.”

Jaka natomiast była twoja pierwsza polska rola?

„Zła matka”, fot. Sara Porcari

„W Teatrze Dramatycznym w Warszawie, w Pałacu Kultury, kilka miesięcy po ukończeniu studiów, w sztuce „Czas kochania, czas umierania” Fritza Katera, młodego reżysera Tomasza Gawrona. Zaraz potem zaczęłam współpracować z Teatrem Ludowym w Krakowie. W Polsce gram również w wielu serialach telewizyjnych, a czasem nawet w reklamach, które w często nieprzewidywalnym życiu aktora nadal stanowią stabilne źródło dochodów. Obecnie na Canal+ jest emitowany serial kryminalny „Mały Zgon” Juliusza Machulskiego, reżysera między innymi kultowego filmu „Sexmisja”. Odgrywam w nim rolę Carli, polko-włoszki, która uciekła z włoskiej rodziny z południa, związanej z ‘ndranghetą, będącą zarazem żoną polskiego gangstera związanego z kartelem litewskim! ”

Widziałem cię występującą w ,,Złej Matce,, – spektaklu, którego jesteś autorką, reżyserką i jedną z głównych aktorek razem z Małgorzatą Bogdańską. Czy, jako artystyczną duszę, pociąga cię również reżyseria?

„Właściwie to chciałam być tylko aktorką. Kiedy urodził się mój syn Teo, który obecnie ma siedem lat, czułam się coraz pewniej w roli matki i miałam potrzebę, aby przedstawić dzisiejsze macierzyństwo. Czyli konieczność odpowiadania jednocześnie i doskonale na wszystkie oczekiwania społeczne, a zatem być: dobrą matką, dobrą żoną, dobrą gospodynią domową, zachować seksowny wygląd i przynieść do domu pensję. Nawet jeśli przedstawiam to w teatrze, w życiu jednak mi się nie udało, ponieważ postawiłam na byciu matką i kontynuowanie pracy i w ten sposób znowu zostałam singlem”.

Mąż Włoch?

fot. Sara Porcari

„Nie Polak, ale to bez różnicy. W jednej ze scen ,,Złej Matki” opowiadam, że miałam partnera Włocha, Polaka i Niemca, poza paszportem nie ma żadnej różnicy, każdy ma patriarchat we krwi. W zasadzie to mam go i ja, ponieważ pierwszą miłością jest mój ojciec! Powiedziawszy to nie ukrywam faktu, że dla naszego pokolenia, w tym mężczyzn, utrzymanie razem rodziny, pracy i przyjaciół w świecie, który szybko zmienia wartości i rytmy społeczne, nie jest takie proste. Na przykład żonaci mężczyźni, jeśli nie pozostają fajni, jeśli przestają wychodzić z przyjaciółmi w celu zabawy, są uważani za przegranych pantoflarzy. W tej atmosferze kultury moim głównym zobowiązaniem w tym momencie jest wychowanie mojego syna jako pewnego siebie, ale wrażliwego, empatycznego i otwartego człowieka ”.

Jak oceniasz współczesną produkcję filmową we Włoszech?

„Jesteśmy w dobrej fazie. Jest wielu dobrych mniej lub bardziej znanych reżyserów, których doceniam jak: Sorrentino, Guadagnino, Saverio Costanzo, Paolo Genovese, Alice Rohwacher. Czuję falę artystycznej świeżości zarówno w kinie, jak i teatrze ”.

A w Polsce?

„Kiedy przyjechałam do Polski jakieś dwadzieścia lat temu, nie było nic ciekawego, oprócz wielkiej spuścizny legendarnych reżyserów, takich jak Wajda i Kieślowski. Ale od kilku lat polskie kino stało się wylęgarnią znakomitych reżyserów, których filmy zdobywają Oscary i nagrody na różnych festiwalach. Myślę tu o Pawlikowskim, Szumowskiej, Komasie i młodych Jagodzie Szelc, Kalinie Alabrudzińskiej I o Agnieszce Smoczyńskiej. W sztuce zauważalne są cykle, obecnie po dość szarym okresie Polska cieszy się grupą świetnych profesjonalistów. ”

A Ty nad jakimi projektami obecnie pracujesz?

„Chcę wyreżyserować swój pierwszy film długometrażowy, ale przed tym nakręcę kolejny krótkimetraż. Następnie mam nadzieję, że będę miała okazję zagrać więcej we włoskich produkcjach.”

Jak żyje się pomiędzy dwoma krajami, które ścigają się i przyciągają, mimo zupełnie innej historii?

fot. Sara Porcari

„To stymulujące i wzbogacające doświadczanie przeżywać dwie kultury jednocześnie i przede wszystkim pomaga dostrzec różnice. W Polsce na przykład, w przeciwieństwie do Włoch, zawsze jest liczna i uważna publiczność w teatrach i kinach, tę zasługę można przypisać w pewnym sensie również reżimowi PRL, w którym to kultura i sztuka, choć skłonne do jarzma cenzury, zajmowały ważne miejsce jako wartość społeczna. Reżyserzy również mogli na przykład zostać dofinansowani i produkować prościej niż dziś, kiedy to rynek cię miażdży i aby móc nakręcić pierwszy film musisz czekać 6 lub 7 lat, to jest absurdalna strata czasu. ”

Ostatnio w Polsce produkuje się wiele filmów historycznych, ale dlaczego nikt nie chce się poświęcić tak ważnemu tematowi, jak krytyczny przegląd 40 lat PRL?

„Cieszę się i przyznam, że nadszedł czas, aby Polska kręciła filmy historyczne, nawet te trochę pompatyczne i monumentalne. Ważne jest jednak to, że treść przesłania nie sprowadza się do ukazania Polaków tylko jako dzielnych lub ofiar, bez żadnych odcieni pomiędzy, a resztę świata jako złych. Na przykład film ,,Legion” przedstawia wspaniałe sceny wojenne, prawdziwe kinowe doświadczenie, ale z historii płynie ograniczony przekaz. W tym sensie wolę bardziej samokrytyczną pracę Smarzowskiego”.

Może dzisiaj Polska potrzebuje kogoś w stylu Pasoliniego?

„I’ll find you”, reż. Martha Coolidge

„Absolutnie tak. Pier Paolo Pasolini był radykalnym, uczciwym, otwartym intelektualistą, wolnym od uprzedzeń, ale jednocześnie egzagetą tradycyjnych wartości. Artysta, który swoim dziełem ostro naznaczył wiele problemów włoskiej kultury i społeczeństwa, czyniąc to w taki sposób, że po nim trudno było zakryć hipokryzją fakty historyczne i wady, które dotyczą części włoskiego społeczeństwa. Jego działania były dobre, pomógł krajowi w psychoanalizie, przynajmniej z artystycznego i intelektualnego punktu widzenia, a tym samym rozwinąć tożsamość narodową. Właśnie dzisiaj taki proces przydałaby się Polsce, żeby polska tożsamość wyszła poza aspekt patriotyczny, poza dychotomiczną wizję Polaka jako bohatera czy ofiary. Potrzebni są zaangażowani i wolni intelektualiści, którzy ułatwią fundamentalne przejście od niepewnej tożsamości, która musi posiłkować się nacjonalizmem, do bardziej pogodnej tożsamości opartej na otwartych i głębokich kulturowych korzeniach, które w istocie Polska posiada. Wystarczy odkryć je z odrobiną odwagi i samokrytyki”.

Mówiąc o odwadze, jesteś pół Włoszką pół Polką, ponieważ twój ojciec konsekwentnie i z odwagą chciał dosłownie doświadczyć, co to znaczy mieszkać w kraju komunistycznym?

„Ojciec”, reż. Artur Urbański

„Dokładnie. W Warszawie lewicowe ideały mojego ojca zderzyły się z rzeczywistością polskiego komunizmu, uświadamiając mu, że istnieją słuszne, ale czasem trudne do zastosowania teorie. Nie wspominając już o całym cierpieniu mojej matki po stracie, a następnie konieczności wykupienia, zarekwirowanego przez państwo domu rodzinnego, w którym nadal mieszkamy. Mój ojciec zdecydował się wyjechać z Lecce, aby zostać profesorem w Warszawie i zakochał się w studentce, tj. mojej matce, w okresie historycznym, w którym wszystko było bardziej skomplikowane zwłaszcza, że ojciec nie był rozwiedziony, a w separacji. Zabawne jest to, iż aby zamieszkać w Lecce, moja matka musiała wyjść za mąż za… brata mojego ojca! Formalna sztuczka, umożliwiająca wyjazd do Włoch, która zadziałała, mimo że ona, będąc ładną, wysoką blondynką z Polski, potrzebowała trochę czasu, aby zostać zaakceptowaną przez tradycjonalistyczną rodzinę z Salento”.

Jak kultury obu krajów współistnieją w twojej osobowości?

„Podobno wszystkie dwujęzyczne osoby nigdy tak naprawdę nie są nimi w 50%. Są aspekty życia, w których kultura i język danego kraju dominują, tak też jest i w moim przypadku. W pracy czuję się bardziej polska, jeśli myślę o teatrze, dominuje język polski. W uczuciach i w życiu domowym jestem bardziej salentyńska”.

Jeśli chodzi o kuchnię możemy mówić o fuzji osobowości?

Karolina Porcari

„W kuchni czuję się bardziej włoszką, również dlatego, że używam mniej mięsa. Jestem wegetarianką od wielu lat, ale w polskich przepisach też jest wiele interesujących warzyw, na przykład bulwy. Osobiście lubię kremy warzywne z azjatyckimi inspiracjami. Moją mocną stroną są włoskie dania główne, raczej salentyńskie, ponieważ każdy, kto zna Włochy, dobrze wie, że jeśli chodzi o tożsamość, najpierw czuje się przynależność do własnego miasta, następnie do własnego regionu, a na koniec do Włoch i tym zdecydowanie Włosi różnią się od Polaków. Ten aspekt, jeśli interpretowany we właściwy sposób, wzmacnia wiedzę o sobie, o społeczności, w której się żyje i poczucie własnej wartości, a to wzbogaca Włochy o niezrównany dorobek tradycji i wiedzy.”

Dlaczego Dafne?

„Moje pierwsze imię Karolina zostało wybrane przez moją matkę. To imię po jej prababce partyzance, do której była bardzo przywiązana. Drugie imię Dafne zostało wybrane przez mojego ojca, ponieważ kiedy zobaczył mnie po raz pierwszy, uznał mnie za bardzo piękną i pomyślał o Dafne, dziewczynie zamienionej w drzewo laurowe przez matkę Geę, aby uchronić ją przed rządzą Apolla, przez którego wyniesione do świętości liście otaczały czoło najlepszych. Muszę przyznać, że w rodzinie wszyscy szalejemy za mitologią grecką… mój syn nazywa się Teo!”

tłumaczenie pl: Amelia Cabaj

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski