O jaśminie pachnącym, smaku passito i czerwonym śniegu

0
159

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

Nie ma większego malarza włoskich krajobrazów, niż Jarosław Mikołajewski. Poeta, który jak nikt inny opowiada o Sycylii, bez popadania w mity i prawdy wykreowane. Oto człowiek, który podobnie jak Ryszard Kapuściński nie zadaje pytań, tylko słucha od ponad 30 lat głosów Sycylii pełnej winogron, pomarańczy i jaśminu przegryzającego się z zupą rybną. Wyspie, na której jada się spaghetti z soloną ikrą tuńczyka lub małżami. Wyspie o smaku ciasteczek „cycki świętej Agaty” i porywów scirocco, śniegu, który zimą na Etnie staje się żółty i czerwony.

Wielki włoski hedonista Federico Fellini powtarzał, że „sny są jedyną rzeczywistością”. Jak wygląda obecnie ten jeden wspólny sen Sycylijczyków?

To sen o poczuciu drugorzędności, prowincjonalizacji, utracie pracy i szansy życiowej, o braku kontaktu z instytucjami i związanymi z tym frustracjami. To sen o odrzuceniu przez świat i nowoczesność, z którą Sycylia sobie nie poradziła. To opowieść o zubożeniu tej części świata, która jest zupełnie inna, niż w bestsellerowych powieściach Andrea Camilleriego o komisarzu Montalbano, na które sycylijczycy patrzą jak na folklor. Sen Sycylijczyka jest snem erotycznym, pełnym fantazji i pragnień, trochę jak u Felliniego. Ale niekiedy wkrada się w ten sen koszmar w postaci kompleksów i poczucia przegranej w oczach własnej rodziny. Jest w mojej opowieści o Sycylii taki sen o archeologu, który ma wielkie wykształcenie i ma pod bokiem teren do eksploracji, ale nikt o ten teren nie dba i on nie ma pracy i żeby nie zwariować chodzi w to miejsce i prowadzi badania za darmo.

Mówisz o nowoczesności, która na Sycylii się nie udała, trochę inaczej jest na północy Włoch, gdzie nowoczesność zasypała pamięć. Występuje tam zbiorowa „niepamięć” do tego, co było. Kiedy zapytano kilku nastoletnich mediolańczyków o Felliniego, z okazji jego setnej rocznicy urodzin, zapadła cisza.

„Niepamięć” to jest niestety wspólna choroba, nie tylko Włochów. Widzę to chociażby na spotkaniach poetyckich w Polsce, kiedy to nowi, młodzi poeci nie znają swoich poprzedników. Wydaje im się, że wyważają drzwi, ale niestety te drzwi są cały czas otwarte. Za moich czasów ultra ważną postacią był Julian Przyboś, a teraz nikt go nie zna i nie czyta. Przyboś więc nie istnieje. Podobnie jak Asnyk, jego też nie ma. Trzeba pogodzić się z tym, że ludzie, którzy interesują się przeszłością to niewielka grupa. Taka grupa jest też oczywiście na Sycylii, np. ci, którzy powracają do XIX-wiecznych tekstów Giovanniego Vergi, sięgają po twórczość Franco Battiato, artysty mieszającego wszelkie gatunki muzyczne, śpiewającego po arabsku i odwołującego się do wspólnego mitu, z którego stworzony jest ten region. Z kolei Biagio Guerrera stworzył wspaniały zespół palestyńsko-izraelski, śpiewając przy tym pieśni po sycylijsku. Na Sycylii żyje jeszcze potrzeba pielęgnowania tej pamięci, może też przez to, że zdają sobie sprawę, że nie mogą konkurować z północą Italii. Mediolan rozkłada karty w nagrodach muzycznych czy literackich i narzuca w mediach gusta sporej części obywateli. Dlatego Sycylijczycy postanowili na tyle ile mogą dbać o siebie i niespecjalnie wypływać na zewnątrz i dotykać tej nowoczesności.

Matteo Collura, z którym rozmawiasz w najnowszej książce „Czerwony śnieg na Etnie”,  uciekł do tej utopijnej nowoczesności w Mediolanie, ale pochodzi z Sycylii i wyznaje Ci, że wraca tam pomimo obecnych problemów.

Mój obraz Sycylijczyka dzieli się na dwa, pierwszy to niezwykle elegancki, który siada na placu naprzeciw katedry św. Agaty i udaje człowieka z północy. To często pracownicy służb porządkowych, którzy w swoim sposobie poruszania się poszukują dostojeństwa i powagi. Jest to obraz zakłamany. Drugi obraz to zwykły, prosty człowiek, mocno zarośnięty mężczyzna w koszuli z kołnierzykiem schowanym do połowy pod swetrem, z wypielęgnowanym uśmiechem na twarzy i w wytartych spodniach. Człowiek, który niczego nie udaje. Pamiętam, jak zaproszono nas z Pawłem do Teatru Bellini, wszyscy odpicowani jak na największą galę sezonu, a my z Pawłem i wspomnianym Biagim Guerrerą ubrani, jakbyśmy wyszli z roboty. Oczywiście czysto i schludnie, ale zwyczajnie. Biagio swoim strojem pokazuje, że ma szacunek do miejsca, ale jednocześnie nie poddaje się północy, która narzuca te nowoczesne wartości. To było właśnie starcie nowoczesności i świata starych zasad, których na Sycylii chce się jeszcze przestrzegać.

Niektórzy myślą o Sycylii jak o miejscu niebezpiecznym, pełnym przemocy i mafii, jak ze wspomnianych powieści Camilleriego, czy filmów Coppoli. Ty wraz z Pawłem Smoleńskim serwujecie nam w reportażach prawdę.

To wszystko balansuje na granicy prawdy i wykreowania. Sycylię wykreowali inni, ale i wykreowali się oni sami. Tak było chociażby pod koniec lat 50. ubiegłego wieku, kiedy wielką popularność zyskała powieść „Lampart” Giuseppego Tomasiego di Lampedusy, którą parę lat później z powodzeniem przeniósł na ekran Luchino Visconti. Model Sycylijczyka wykreowanego przez amerykańskiego aktora Burta Lancastera bardzo się Sycylijczykom spodobał. To była postawa eleganckiego, świadomego libertyna, który flirtuje z innymi kobietami i jednocześnie ironizuje na temat żony, która robi znak krzyża przed każdym stosunkiem płciowym, ale z drugiej strony wyznaje stare zasady i nie do końca godzi się na zmiany, jakie zachodzą w świecie. Mam wrażenie, że to jest takie miejsce, w którym ciągle poszukuje się ojca, który będzie miał do powiedzenia jakieś życiowe prawdy, a nie te wykreowane. Potrzeba wysłuchania rad jest tam silniejsza, niż na północy Włoch, czy w ogóle na zachodzie Europy, gdzie się nie słucha, a wie lepiej. Oni cenią sobie tajemniczość, czasem małomówność i szczerość.

Przywołujesz w jednym z reportaży dzielnicę San Berllio z czarnoskórymi gangsterami i transwestytami. To miejsce rodem z filmu Almodovara albo Felliniego, tylko że w mało kolorowych barwach!

Co więcej o tej dzielnicy praktycznie się nie wie, ona z pewnością nie jest celem turystycznych wypraw, byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie istniała. San Berillo znajduję się dosłownie 200 metrów od katedry św. Agaty w Katanii, czyli niemal w samym centrum wielkiego miasta. To miejsce, w którym na początku ubiegłego wieku urodziła się słynna pisarka Goliarda Sapienza. W San Berillo bywałem wielokrotnie, czasem nawet żeby zjeść w tamtejszej stołówce, w której najczęściej są dwa dania, rybne i warzywne, które podawane są przez wielkich Nigeryjczyków czy Somalijczyków. Ta dzielnica wygląda upiornie. Rząd włoski wraz z policją wpadł na taki pomysł, żeby zaślepić wszystkie wejścia do domów, po to żeby nikt tam się nie dostał i tego nie zajmował. Więc są to ulice pełne domów, które na parterze mają zamurowane okna i drzwi. Ale przedostano się tam wchodząc po drabinie przez okna na pierwszym piętrze i urządzono w wielu takich miejscach burdele dla transwestytów z piersiami wypchanymi silikonem do monstrualnych rozmiarów i wszelkiej maści odmieńców, których Katania przepędziła z ulic. Niektórzy z nich przynieśli nędzę i choroby, w tym także AIDS. Na pograniczu tego miejsca jest kościół, w którym żyje ksiądz Pippo, przyszedł na parafię Krucyfiksu Dobrej Śmierci pół wieku temu, czyli w okresie, gdy definitywnie postanowiono odmienić Katanię. Wspaniały ksiądz Pippo przewidział papieża Franciszka i ustawił ławki w krąg, by wszyscy byli obok siebie, nie daleko od ołtarza. Wszyscy to znaczy prostytutki, transwestyci czy homoseksualiści, których spowiada. Chciałbym go importować do Polski.

Czy to było oczywiste, że miejsce takie jak Sycylia, otwarte na wszystkich, o których rozmawiamy, otworzy się też na uchodźców?

Jarosław Mikołajewski, fot. Maria Mikołajewska

To nie jest tak, że nagle społeczność Lampedusy uznała, że otworzą drzwi do raju. Lampedusa to niewielka wyspa, należąca do Sycylii i jest to miejsce we Włoszech i w Europie, położone najbliżej Afryki. Więc to nie jest gościnność tych mieszkańców, tylko jedyny z możliwych wybór tych, którzy na tę wyspę przypływają. Ale to miejsce kompletnie nieprzygotowane na uchodźców, nie zawsze traktuje się ich z otwartością. Społeczność lampeduzańska i w dużym stopniu sycylijska jest od pokoleń społecznością rybacką. Później, zmiany ekonomiczne sprawiły, że wiele osób zdecydowało się na stworzenie tam raju dla turystów. I tu nagle zaczyna się mówić, że Lampedusa to miejsce, gdzie trupy pływają przy brzegu, więc cały pomysł na turystykę upada. Jeśli więc nagle słychać, że u wybrzeży Lampedusy giną migranci, wyspa przestaje być atrakcyjna turystycznie. Te drzwi do Europy to nic innego, jak bardzo szydercza brama Europy, do której przypływa łódź z uchodźcami z Nigerii, Syrii czy Somalii, a tam na miejscu nie ma raju w postaci Niemiec, Francji czy Szwecji, do której chcą się dostać, by rozpocząć nowe życie. Tutaj jest tylko morze i myśl o kolejnej zabójczej wyprawie na następny ląd. Na Lampedusie dobry przykład dla tych, szukających dobra ofiar może dać jedynie ksiądz i lekarz. To są ludzie, którzy trafiają do Europy nie z chorobami, ale z czymś znacznie gorszym, ze wstydem. Wstyd, który jest traumą po gwałtach na kobietach, na dzieciach i mężczyznach.

Trafiają na wyspę pozbawioną drzew, za to z żółwiami i królikami. Wyspę, przez którą przewinęło się już ponad milion uchodźców uciekających przed nędznym życiem. Czego nauczyli się Sycylijczycy po katastrofie z 3 października 2013 roku, kiedy u wybrzeży wysp Pelagijskich?

Istnieją traumy, które naznaczają ludzi na całe życie. Niezliczona ilość trumien z ciemnego drewna z dorosłymi ofiarami i z jasnego z ciałami martwych dzieci. Czego nauczyło to doświadczenie? Myślę, że oduczyło pogardliwego mówienia o nowo przybyłych. Bardzo ważne w języku włoskim jest pojęcie „pietà”, którego my w Polsce nigdy nie zrozumiemy. To jest miłosierdzie, gościnność, każde dobre przeżycie z drugim człowiekiem. Jeżeli na kogoś patrzy się „con pietà” to znaczy, że jest to współodczuwanie. Oni zobaczyli ofiary w postaci arabów i czarnoskórych ludzi i nigdy nie pozwolą sobie na ich karanie, a tylko ocieranie im twarzy, podawanie dłoni. To istota chrześcijaństwa.

A dlaczego Europa nie korzysta z tej lekcji humanizmu i chrześcijaństwa? Przecież jesteśmy świadkami wielkich zmian na Starym Kontynencie i nie ma sensu zastanawianie się, co teraz robić, po prostu trzeba przyjąć zmiany jako naturalną kolej rzeczy.

Autorka muralu: Diala Brisly

To bardzo ważne pytanie. Pytanie o nasze odwrócone głowy, wzrok skierowany w drugą stronę, ale nie od problemu, tylko od sytuacji, która się dzieje i nie można jej powstrzymać. Kiedy kilka lat temu mówiłem do doktora Bartolo o naszym złym stosunku do imigrantów, on mi wszystko wytłumaczył i był przekonany, że jak to przekażę dalej, to wszystko się zmieni. Napisałem książkę „Wielki przypływ”, którą wysłałem w prezencie do Donalda Tuska, książkę przekazała mu jego prywatna sekretarka. Nie było żadnej reakcji. A potem opublikowałem artykuł o pogrzebach imigrantów w Mussomeli, to był apel o pomoc w walce z chowaniem setek ciał, dla których na Sycylii nie było już miejsca. Odezwał się tylko ksiądz Lemański. Cały Kościół i politycy milczeli. Doktor Bartolo uważa, że my ciągle za mało wiemy, albo właściwie nic nie wiemy. W dodatku nie mogę się nadziwić niektórym politykom, którzy zastanawiali się, czy przyjąć tylko chrześcijan, czy też muzułmanów. Jestem przekonany, że ludziom jest wygodniej nie dopuszczać się do sfery odczucia. My wyznajemy wiarę, ale nie wierzymy. My dokonujemy aktu powierzenia, a nie powierzamy się. My nawet nie jesteśmy w stanie powiedzieć czegoś o stosunku płciowym, o którym mówimy tylko, że jest to uprawienie seksu. Ziemię się uprawia, a nie seks. Powinniśmy najpierw zmienić coś w naszej mowie, a potem w czynach.

Dlaczego przehandlowaliśmy ten humanizm za cenę pozornej wolności?

Włoska reżyserka filmowa Liliana Cavani, powiedziała mi, że myśmy nic cennego w ostatnich latach nie wytworzyli dla siebie. Bez przerwy czytała w gazetach o Polsce jako o bogatym kraju, który świetnie sobie ze wszystkim radzi. Tylko co my z tą forsą robimy Przecież radością zarabiania pieniędzy jest dzielenie się z ludźmi, którzy mają gorzej. Całkowicie zapomnieliśmy, że smak wolności to nie jest tylko branie, ale i dawanie potrzebującym.

Tylko, że problem z humanizmem nie dotyczy tylko Polski. Mam wrażenie, że cała Europa pogubiła się w swoich wartościach i jednym rozwiązaniem jest to, o czym w ostatnim spektaklu mówił Krystian Lupa. Musimy cofnąć się do początku, do jaskini, żeby nauczyć się na nowo używać narzędzi do życia.

Napisałem też o tym w książce „Terremoto”, że chrześcijaństwo powinno się „odchrzcić”. Niestety uważam, że potrzeba tragedii. Europa potrzebuje tragedii takiej, jaka wydarzyła się w skali Lampedusy, na której nie było Ziemi żeby chować ciała.

Twoje wszystkie książki są o Sycylii, która pachnie jaśminem i zupą rybną. Jakie wrażenie zrobiła na Tobie podczas pierwszej podróży w 1986 roku?

Nie zachłysnąłem się, ale rozpuściłem się w Sycylii. Odkąd pamiętam miałem potrzebę poznawania świata poprzez zmysły. Mówią o tym moje wiersze i książka o Zuzannie Ginczance. Poznawanie poprzez dotykanie stóp, butów, wchodzenie do wanny. Nie wiem, co mi to daje, ale szalenie tego potrzebuję. Moje pierwsze dotknięcie Sycylii odbyło się podczas oprowadzania przez Sycylijczyków. Ale mnie to nie interesowało, czułem że gdzieś tam są uliczki i miejsca zapomniane przez turystykę i znacznie ciekawsze. Wtedy objawiła się ta cudowna sycylijska cecha, która czasem jest natrętna, czyli gościnność. To znaczy ty chcesz dokądś iść, my cię zawieziemy, chcesz coś zobaczyć, my ci pokażemy. Dlatego z czasem zrozumiałem Ryszarda Kapuścińskiego, który wyznał mi kiedyś, że nigdy na taką wyprawę nie zabrałby swojej żony, bo wiedział, że musiałby jej ciągle podawać płaszcz. Mnie interesowało dotykanie metaforyczne Sycylii. Myśmy przywykli do tego, że jeżeli coś nazywamy metaforą to musimy wiedzieć, czego to jest metafora, a z Sycylią jest inaczej, ponieważ jest ona złożona z gęstości metafor bez względu na to, co one oznaczają. Pierwsze dotknięcie Sycylii, to było też dotykanie dojrzałych owoców cytryn, pomarańczy i wąchanie kwiatów jaśminu. A to wszystko okraszone słońcem.

Co Cię tam zatrzymało?

Na Sycylii jest pewien rodzaj bezwstydu zmysłów. Ja nie ulegam plażowaniu, tylko byciu na słońcu i poddawaniu się zderzeniu zewnętrznego ciepła z wewnętrznym chłodem wlewanego we mnie wina. Pamiętam ten pierwszy smak, który mnie zatrzymał, smak wina Regaleali i Corvo Duca di Salaparuta, które podawane były do obiadów w postaci homarów, których nie potrafiłem jeść. Byłem wtedy młodym chłopakiem, wśród dekoracyjnych staruszków, którzy zabierali mnie na te uczty. Do tego silne porywy wiatru i czerwony śnieg z wydzielinami wulkanu i pyłu z Afryki. Zawsze wiem, że spotkam tam jakiegoś przyjaciela, a jeszcze lepiej gdyby czytał na głos wiersze, bo kocham język sycylijski. Nie mam na to dowodu, ale wydaje mi się, że Mickiewicz pokochał Krym, nie ze względu na przyrodę, tylko na słowo „czatyrdah”. A więc język, wino, słońce, no i dobro, które można tam spotkać. To jest mój świat.

A o czym śnisz na Sycylii?

Opowiem o jednym z pierwszych snów, który miałem w tym 1986 roku. To było po pierwszych kilku dniach, kiedy poznałem już trochę miast, uliczek, placów, miejsc, które tworzą Sycylię. Podążałem przez ten nasłoneczniony krajobraz i wszędzie spotykałem bociany. Bociany, które widziałem na domach, chodnikach, unoszące się na niebie. A zatem znowu metafora, ale czego to już mniej istotne.

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski