Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 138

Rba design – mistrzowie włoskiej kreatywności

0

Kiedy zobaczyłem nowe logo Gazzetta Italia, poczułem się wyjątkowo dumny.

Jedna z najbardziej prestiżowych włoskich firm z siedzibą w Mediolanie, która otworzyła również nową siedzibę w Polsce, w całości zaprojektowała nowe logo i nowy wygląd Gazzetta Italia. Po upływie trzech długich lat i opublikowaniu ponad trzydziestu wydań miesięcznika nadszedł moment, aby odświeżyć nasz wizerunek.

Nowe logo. To ono towarzyszy nowemu formatowi Gazzetta Italia. Jest ono, jak sądzimy, przejrzyste, proste i bardzo eleganckie, a do trzech kolorów włoskiej flagi odwołuje się w sposób syntetyczny, niebanalny. Przede wszystkim zaś jest owocem pogłębionych badań nad grupą docelową naszego miesięcznika.

Początkowo, gdy udaliśmy się do właścicieli firmy Rba w Mediolanie, poczułem się naprawdę malutki. Pomyślcie tylko, że to ta firma jest projektantem, który zwyciężył oba konkursy na stworzenie logo Serie A, TIM i Serie B. Ponadto Rba od lat troszczy się o różne marki włoskiego giganta Campari. Jej dziełem jest również cała strona wizualna alkoholu Spritz.

W czasie rozmowy z szefem, Fabrizio Bernasconim, nie wyczuwa się u niego jakiejkolwiek arogancji czy poczucia wyższości, wręcz przeciwnie – woli, z dużą dozą pokory, próbować zrozumieć naszą strategię komunikacji i niezbyt chętnie przyjmuje prawione mu przeze mnie komplementy dotyczące dwudziestoletniej działalności firmy oraz ponad czterdziestu pracowników.

Stefano Fabrucci, drugi właściciel firmy, ma dziesięcioletnie doświadczenie w branży dystrybucyjnej i zadaje mi całą serię pytań na temat polskiego rynku, na którą odpowiadam z pewną trudnością.

U obu z nich dostrzega się pozornie banalne przekonanie, które jednak leży u podstaw sporej części włoskiego sukcesu: opakowanie się sprzedaje.

Przytoczę tu zdanie z ich strony internetowej, które, jak mi się zdaje, doskonale streszcza misję firmy.

…Promować markę, sprawić żeby była lepiej dopasowana, żeby stała się bardziej pewna i trwała. Wzmocnić ją błyskotliwą kreatywnością oraz zaskakującym wykonaniem. Nasza misja to poszukiwania zdolności marki do ewoluowania, jej indywidualności, znaczenia. A w centrum tego wszystkiego znajduje się definicja strategii, która ma stać za wyborami związanymi z designem. Poszukujemy doskonałej prostoty, eliminujemy to, co zbędne i koncentrujemy się na istocie rzeczy. Sztuka ujmowania, która jest samą istotą designu.

Naszym życzeniem, oraz całej redakcji Gazzetta Italia, jest osiągnięcie ambitnych celów. Aby je zrealizować nasz profesjonalizm łączymy z zaangażowaniem i wybieramy partnerów reprezentujących najlepsze firmy w kategorii “Made in Italy”, która według nas wciąż stanowi wzór dla całego świata.

Sei gradi di separazione

0

Marion Arras

Nel 1929 uno scrittore ungherese scrisse un racconto, intitolato “Catene”, con il quale voleva dimostrare che ogni individuo è collegato ad una qualsiasi altra persona da una catena di sei persone. In pratica, per arrivare a conoscere personalmente il Papa mi basterebbe, secondo Frigyes Karinthy, trovare le 5 persone giuste che mi portino sino a lui. Se non vi piace l’idea di dover ricorrere a 5 intermediari per arrivare sino a Papa Bergoglio forse sarete più motivati pensando ad una star hollywoodiana o l’ultima cover girl di Sport Illustrated. Detto questo, dalla fine degli anni ’20 sino alla fine degli anni ‘60 questa teoria ha continuato ad affascinare scienziati, matematici, scrittori, sceneggiatori. Si voleva la prova tangibile che i 6 gradi di separazione fossero realmente “solo” sei.

Nel 1967, il sociologo americano Stanley Milgram cercò un sistema empirico per accreditare questa teoria.  Milgram chiamò questo esperimento “teoria del mondo piccolo”.  Già, proprio come la nostra espressione più usata quando sentiamo nominare qualcuno che conosciamo da un improbabile interlocutore “ma quanto è piccolo il mondo!”. Forse Stanley pensava proprio a questo quando creò il nome della sua teoria e possiamo dire che in questo non peccò certo di eccessiva originalità.

Ma torniamo all’esperimento. Egli chiese a un numero “N” di abitanti del Midwest di inviare un pacchetto ad un estraneo abitante del Massacchussetts. Cosa contenessero i pacchetti è ancora un mistero sul quale non ci soffermeremo in questa sede.  Praticamente i partecipanti all’esperimento avevano solo il nome del destinatario ma non l’indirizzo e fu quindi chiesto loro di inviare il plico ad una persona di loro conoscenza che, secondo le “cavie umane”, aveva più possibilità di rintracciare il destinatario finale del pacco e così via. Il sociologo pensava che ci sarebbero voluti centinaia di intermediari per raggiungere i destinatari, ma non fu così. I pacchetti arrivarono alla loro meta non superando una media che oscillava tra i 5 e i 7 passaggi. Questo ovviamente perché all’epoca l’esperimento fu condotto negli Stati Uniti e non fu affidato alle Poste Italiane. In tal caso l’esperimento si sarebbe interrotto da qualche parte tra Bari e Napoli e il povero Stanley non avrebbe potuto pubblicare i risultati delle sue ricerche su Psychology Today come invece ebbe la possibilità di fare. La “teoria del piccolo mondo” andava dunque ad avvalorare la tesi di Karinthy.

Come mai questo interessamento sulla distanza che ci divide da qualsiasi altro essere? Furono esperimenti frutto della solitudine? Milgram e Karinthy prima di lui volevano sentirsi più in connessione con il resto del mondo? Essi volevano, a loro modo, annientare le distanze. Pensare che la catena che ci lega tutti fosse formata solamente da 6 persone era forse per loro una notizia a suo modo rincuorante. Durante anni in cui gli scambi culturali non erano scontati come oggi, sentirsi più vicini gli uni agli altri, poteva annullare la sensazione di abbandono, di isolamento. Considerare di essere connessi a chiunque da appena 5 persone fu forse una notizia rinfrancante, rasserenante.  Io e la Regina Madre? Ma certo, siamo quasi amiche. Mi mancano solo quelle giuste 5 persone…

Fu forse per questo che il modo di dire “ sei gradi di separazione” ebbe negli anni passati tale successo tanto da essere portato a Broadway con una commedia che rimase in scena per quasi 500 repliche.

Qualche anno dopo anche l’industria cinematografica sfruttò questo soggetto e nel 1993 un giovanissimo Will Smith fu protagonista del film diretto da Fred Schepisi che si intitolava appunto “Sei gradi di separazione”.

Ma dall’anno dell’uscita del film a oggi, i gradi di separazione sono rimasti gli stessi? Cosa è cambiato dagli inizi degli anni ’90 al 2013? Certamente è cambiato il nostro modo di comunicare, di scambiarci informazioni.  Attraverso l’informatizzazione i rapporti interpersonali tra noi e gli altri abitanti del globo terrestre sono divenuti molto più rapidi. Spesso basta quel piccolo rumore per connettersi con qualcuno. Basta quel familiare “click” di uno dei nostri devices e in un attimo siamo connessi, siamo affacciati sul mondo e in alcuni casi siamo semplicemente affacciati in casa di qualcuno.

Sto pensando in questo momento ai social networks che in un certo senso annientano definitivamente la catena delle sei persone. Cosa ci separa da un abitante dello Sri Lanka? Un click del nostro mouse…o forse 6 click? “I sei click della separazione” potrebbe essere la nuova definizione oggi di questo fenomeno in quanto gran parte della popolazione ha un profilo su un social network.

“Non sei su Twitter? Sarai su Facebook, allora. Neanche?” Ecco che ci troviamo di fronte ad un alieno moderno.

Le relazioni personali, quelle fatte di strette di mani, di occhi negli occhi, di frasi dette a voce e non scritte, di parole mai abbreviate, di stati d’animo espressi senza emoticons sono certamente un’altra cosa, ma se si parla di una mera conoscenza allora il povero Karinthy si troverebbe spiazzato davanti ad un pc che ci permette di dialogare praticamente con tutto il mondo in pochi secondi.

Certo, mia zia non è su Facebook, quindi se voleste fare la sua conoscenza dovreste affrontare i 5 intermediari proprio come nel passato, ma vi do un consiglio spassionato: lasciate stare, mia zia vi farebbe desiderare che gli intermediari fossero stati molti molti di più.

Wielkie Turne

0

Karolina Kij

Trzech podróżnych z północnej Europy, książę Ingmar Neville, artysta Albert Dupré i kupiec Alphonse Nodier, przybywa do egzotycznego osiemnastowiecznego Neapolu i otwiera się przed nimi widok tak czarujący, że „prawie nie mogą powstrzymać okrzyku podziwu” – taki oto opis rozpoczyna jedną z powieści włoskiej dwudziestowiecznej pisarki Anny Marii Ortese, zatytułowaną „Il cardillo addolorato”. W tym początku powieści pobrzmiewają echa podróży odbywanych przez rozlicznych cudzoziemców do ojczyzny Dantego na przestrzeni wieków, w tym brytyjskich wojaży określanych mianem „Grand Tour”. Kiedy w XVI wieku król Henryk VIII utworzył kościół anglikański, w dużej mierze opierający się na założeniach protestantyzmu, część mieszkańców wysp brytyjskich, siłą rzeczy, zerwało ze średniowieczną tradycją pielgrzymowania do Włoch. Nie oznacza to jednak, że owi Anglicy przestali odwiedzać Włochy, wręcz przeciwnie: mniej więcej w roku 1600 właśnie w Anglii rodzi się zwyczaj odbywania „Grand Tour”, który kwitnie, zarówno wśród katolików jak i protestantów, do lat czterdziestych XIX wieku, kiedy to rozwija się masowy transport kolejowy. Wtedy to podróże przestają być przywilejem nielicznych, a miasta zaczynają się wręcz roić od zwiedzających, co oczywiście wzbudza niechęć u zamożnych „Grand Tourists” poszukujących wyjątkowych wrażeń, do których dostęp mają zwykle przede wszystkim elity. Trzeba bowiem wiedzieć, że „Grand Tour” to rodzaj podróży, w którą wyruszali młodzi przedstawiciele europejskiej arystokracji i inteligencji, mający na celu przede wszystkim poszerzenie horyzontów, poznanie świata i kultury, wyrobienie u siebie artystycznego smaku oraz nabranie dobrych manier. Wywodzący się z Anglii zwyczaj zyskuje popularność także wśród innych zamożnych młodzieńców z protestanckiej północy Europy. Termin „Grand Tour” zostaje użyty po raz pierwszy przez Richarda Lasselsa w jego przewodniku „An Italian Voyage” z 1698 roku. Młodzi Anglicy wypływający z Dover, po zwiedzeniu Paryża, wyruszają zwykle do Włoch i tam swój program rozpoczynają od Turynu. Niektórzy pozostają w Piemoncie na dłużej, inni natomiast natychmiast jadą dalej: do Wenecji lub Rzymu. Początkowo to Rzym jest najdalej wysuniętym na południe włoskim miastem zwiedzanym przez szlachtę, intelektualistów czy artystów, później, gdy rozpoczynają się wykopaliska w Herculanum (1738 rok) i w Pompejach (1748 rok), również i te dwa miejsca, wraz z Neapolem, zostają włączone w program zwiedzania części podróżników. Inne miejsca na mapie Włoch chętnie odwiedzane przez „grand tourists” to Florencja, w której przybysze zza granicy czasem gościli kilka miesięcy, Piza, Padwa i Bolonia. Po wyjeździe z Włoch angielscy turyści zwiedzają kraje niemieckojęzyczne, Holandię i Flandrię, aby później przez kanał La Manche powrócić do Brytanii. Choć „Grand Tour” to w założeniu podróż mająca dopełnić edukacji przyszłych polityków czy artystów, znaczną część czasu podróżnicy trwonili na mniej wzniosłe cele: pijatyki, hazard czy miłosne schadzki (część Anglików wraca do ojczyzny zarażona chorobami wenerycznymi). Jednakże tradycja odbywania „Grand Tour” wywarła, niezaprzeczalnie, duży wpływ na kulturę całej północnej Europy: to właśnie za sprawą tych podróży dotarł tam z Włoch klasycyzm. Nie sposób nie wspomnieć, mówiąc o „Grand Tour”, o literackich śladach owego zjawiska. Jedna z książek opowiadających o edukacyjnej podróży do Włoch to wydana w 1908 roku powieść pt. „Pokój z widokiem” E. M. Forster, przeniesiona w 1985 roku na kinowy ekran przez Jamesa Ivory’ego. Tłem dla historii miłosnych perypetii młodej dziewczyny, Lucy Honeychurch, jest częściowo Florencja, częściowo angielska prowincja. „Pokój z widokiem” nawiązuje do tego, że w drugiej połowie XIX wieku odbywanie „Grand Tour” stało się częścią wykształcenia dam z wyższych sfer. Należy na koniec wspomnieć, że w podróż tę wyruszały tak znamienite osobistości jak John Milton, Laurence Sterne, George Byron, Johann Wolfgang Goethe, Wolfgang Amadeusz Mozart, Michel de Montaigne czy Monteskiusz. Wśród „grand tourists” byli również Polacy – Jan III Sobieski, Stanisław August Poniatowski czy też Izabela Czartoryska.

Parmigiana di Melanzane

0

Federico Muraca

Składniki dla 6 osób:

1,5 kg bakłażanów

300 g sera caciocavallo lub mozzarelli

Dorodny pęczek bazylii

1 dl oliwy Extra Vergine

Do smażenia olej z orzechów arachidowych

½ cebuli

1 ząbek czosnku

Do smaku szczypta grubej soli

Do smaku szczypta drobnej soli

150 g parmigiano reggiano

2 butelki po 700 ml przecieru pomidorowego

Przygotowanie:

Bakłażany należy najpierw umyć, wysuszyć, odciąć ich zieloną część i pokroić wzdłuż na grubość ok. 1 cm. Następnie włożyć bakłażany do dość dużej miski, aby pomieściła je wszystkie, układając je warstwami posypanymi grubą solą. Odstawić na przynajmniej godzinę, aby mogły wydzielić sporą część ich gorzkawego soku.

Po czym przechodzimy do gotowania!

Drobno posiekać połowę cebuli i ząbek czosnku. Ci, którzy bardziej kochają Italię mogą dodać do posiekanych warzyw również odrobinę ostrej papryki Peperoncino! Do rondla włożyć posiekaną cebulę i czosnek oraz wlać 4 łyżki oliwy Extra Vergine, a następnie smażyć, aż zarumienienią się warzywa. Dodać przecier pomidorowy i gotować aż sos nie zgęstnieje. Przyprawić solą (sól do sosów dodaje się jako ostatnią!) i dodać kilka listków bazylii rozdrobnionych w dłoniach. Po odczekaniu wyznaczonego czasu należy wziąć bakłażany i osuszyć je za pomocą bawełnianej tkaniny, po czym usmażyć na oleju z orzechów arachidowych. Po usmażeniu, ponownie osuszcie bakłażany, aby pozbyć się nadmiernej ilości oleju. W międzyczasie, pokrójcie ser caciocavallo lub mozzarellę w kostki. Jeśli zdecydujecie się na mozzarellę radzę najpierw odłożyć ją do cedzaka przykrytą niewielkim ciężarem na pół godziny, aby w ten sposób trochę się osuszyła. W przeciwnym wypadku podczas gotowania cała zebrana w niej woda mogłaby sprawić, że Parmigiana będzie bardziej wilgotna niż oczekiwaliśmy.

Przechodzimy do końcowej fazy przygotowania!

Polejcie dno naczynia żaroodpornego wcześniej przygotowanym sosem pomidorowym i rozpocznijcie układanie bakłażanów jeden obok drugiego. Kolejność musi być następująca: bakłażan, sos pomidorowy, parmigiano, caciocavallo i bazylia. Postępujcie tak aż do wykorzystania wszystkich składników, tworząc ostatnią warstwę jedynie z bakłażanów, sosu pomidorowego i parmezanu.

Rozgrzejcie piekarnik do 200°C i pieczcie wszystko przez około 30-40 minut w zależności od pieca! Parmigiana będzie gotowa, kiedy na jej wierzchu utworzy się chrupiąca skorupka, która sprawi, że będziecie mieli ochotę ją natychmiast zjeść!

Podawajcie ją zarówno na ciepło jak i na zimno!

LIGABUE: “BUONANOTTE ALL’ITALIA”

0

Matteo Mazzucca

Luciano Ligabue, da tutti chiamato Ligabue o meglio “Il Liga”  è un cantautore, regista, scrittore e sceneggiatore italiano.

Ligabue non ha avuto un esordio facile nel mondo dello spettacolo.

Autorevoli esperti dicevano di lui. “Con questa voce rauca, non può piacere, non avrà mai successo”. E si sbagliavano!  Ligabue piace a giovani e giovanissimi, riempie gli stadi con i suoi concerti e canta davanti a centinaia di migliaia di fan in delirio.

Le sue canzoni sono delle poesie. All’Italia ha dedicato questi bellissimi versi “Di carezza in carezza, di certezza in stupore, tutta questa bellezza senza navigatore”.

Il nostro paese è pieno di difetti, ma dopo tutto quello che ha passato e quello che ha dato al mondo riuscirà a superare anche il difficile momento che sta vivendo.

Così Ligabue con la canzone “Buonanotte all’Italia” ricorda: la guerra e la resistenza, la nascita della repubblica, la lotta al terrorismo, le sfide in bicicletta tra Coppi e Bartali, il record di Sara Simeoni, la prima donna al mondo che ha saltato due metri, i campionati del mondo di calcio, il cinema italiano, Marcello Mastroianni e Sophia Loren conosciuti in tutto il mondo, Enzo Ferrari con le sue auto da corsa e la musica italiana.

Luciano Ligabue è tra i 13 cantanti che hanno reso omaggio al cantautore Pierangelo Bertoli, con un concerto a lui dedicato (Biagio Antonacci, Claudio Baglioni, Elisa, Tiziano Ferro, Giorgia, Lorenzo Jovanotti, Litfiba, Fiorella Mannoia, Negramaro, Nomadi, Renato Zero e Zucchero).

Pierangelo Bertoli, nato in piccolo paese dell’Emilia da una famiglia operaia, a tre anni fu colpito da una grave forma di poliomielite che lo privò della funzionalità degli arti inferiori e lo costrinse a vivere muovendosi su una sedia a rotelle.

A ventitré anni gli diedero una vecchia chitarra e dopo un anno di esercizi da autodidatta, cominciò a comporre le prime canzoni e le suonò, dapprima di fronte agli amici e poi davanti a platee sempre più vaste.

La canzone che più lo rappresenta è “A muso duro”. Pierangelo Bertoli parla della sua vicenda umana così:

 “Canterò le mie canzoni per la strada

ed affronterò la vita a muso duro

un guerriero senza patria e senza spada

con un piede nel passato

e lo sguardo dritto e aperto nel futuro”.

É proprio questo il messaggio di Pierangelo Bertoli e di Luciano Ligabue: affrontare il futuro di petto, a muso duro, nonostante le difficoltà che si possono incontrare.

E allora salutiamo l’Italia con le parole di Ligabue: “Buonanotte all’Italia, deve un po’ riposare tanto a fare la guardia c’è un bel pezzo di mare!”.

Matteo Mazzucca

www.lekcje-spiewu.com

www.lezionidicanto.net

 

Marketing turistico o scozzesi furbacchioni?

0

Non tentero’ certamente di dare delle definizioni di tipo didattico ma mi limitero’ a raccontarvi le mie esperienze di viaggio lasciando a voi le conclusioni.
Una cosa e’ certa: io e la mia compagna nello scegliere le destinazioni delle vacanze, ci facciamo molto influenzare dai film visti nelle sale dei cinema.
Quest’anno, nella fattispecie, i  due film che hanno determinato la scelta finale sono stati Angel’s share e Skyfall. Il primo ha un titolo che incuriosisce visto che la traduzione letterale sarebbe (la parte che spetta all’Angelo); ebbene vedendo il film, ve lo consiglio, si capisce che detta parte viene definita come quella porzione di whisky nel barile che evapora con il passare degli anni. La commedia inglese narra di come la bevanda alcolica scozzese, sia divenuta oggetto di interesse di collezzionisti che in alcuni casi rari sono disposti a sborsare quote impressionanti per aggiudicarsi alcune pregiate qualita’ rare.
Il secondo film con la magistrale colonna sonora di Adele, e’ appunto la fortunata saga di James Bond l’agente segreto che iin questa occasione si rifuggia , scappando dall’ ennnesimo ” cattivo” nella sua casa dell’ infanzia nei pressi delle montagne di Glencoe , appunto in Scozia.
Chi  ha gia’ letto i miei articoli sapra’ che il mio destriero romantico dei tempi moderni e’ proprio la mia moto,  con la quale cavalco l’onda delle mie avventure e ne assaporo ogni chilometro.
Consultando le cartine per la preparazione, mi rendo subito conto che si tratta di un viaggio lungo e impegnativo quello di raggiungere da Varsavia le Highlands scozzesi  con passeggero, bagagli e la quasi certezza di beccarsi delle pioggie costanti in quei climi del nord.
In questa fase di crisi del giornalismo freelance, cerco anche di trovare amici residenti lungo il tragitto per poter alleviare gli esborsi economici da fare  per un viaggio da „turista fai da te” ( sicuramente molto piu’ oneroso di un all inclusive per l’ Egitto).
Prima tappa Varsavia -Hannover
850 km di noiosa autostrada ci separano dall’ incontro con Beata, una cara amica della mia compagna che , non solo ci ospita, ma ci scarrozza anche igiro per la citta’. Hannover di sera e’ piena di vita e, durante l’estate, lungo il lago si radunano migliaia di giovani a bere qualcosa di fresco e cercare l’anima gemella. La citta’ si presenta ordinata, e nonostante i pesanti bombardamenti della seconda guerra mondiale,  ha preservato il suo maestoso municipio con una vista panoramica straordinaria. Quello che salta subito all’occhio, sono i prezzi relativamente calmierati e non esosi dei bar e dei ristoranti, segnale di una Germania che ha saputo reagire alla crisi di questi ultimi anni.
Tappa successiva in Belgio, dove ho solo il tempo di mostrare ad Anna la cittadina di Bruges ( da non perdere). L’eleganza fiamminga e queste piazze sontuose vicino ai canali sono un vero patrimonio dell’ Unesco.
La prima sorpresina  me la fanno gli amici dell’eurotunnel chiedendomi 110 euro per attraversare col treno il tunnel  della manica. Ma come? Su internet c’era scritto 24 euro!! Vabbe’… Facciamo tesoro per il futuro delle esperienze negative.
L’arrivo a Londra , tra la guida a sinistra, il caos e il gps che non si orienta bene, mi fa prendere la decisione il giorno dopo di lasciare la moto e visitare Londra con tutti i mezzi pubblici possibili. Iniziamo con la metro, navighiamo sul Tamigi sotto il big ben, osserviamo dalla funivia i docks camminiamo  lungo le strade di Soho sino alla meta  agognata: lobsters and burgers e’ una catena di ristoranti che vendono solo astice e hamburghers di qualita’ sopraffina. L’ attesa per avere un tavolo puo’ arrivare fino a 2 ore e il cameriere siciliano mi confessa che il locale vende oltre 600 astici al di!
Londra – Glasgow e il diluvio universale
La buona stella che ci aveva preservato dalla nuvoletta di Fantozzi, ci abbandona ai confini tra Inghilterra e Scozia; una pioggia sempre piu’ insistente e un freddo pungente ci colpiscono a 200km da Glasgow. Gli stivali di entrambi sono zuppi d’acqua al loro interno. Inizio a presagire possibili febbroni che potrebbero pregiudicare il resto del viaggio. Ci fermiamo in un area di servizio infreddoliti e un po’ annichiliti dalla pericolosa quantita’ d’acqua che nonostante tutto scivola via dalle mie ottime gomme Metzeler tourrance.
Anna alza timidamente il dito e mi indica un cartello equivalente all’oasi per il viandante del Sahara….. HOTEL !
Seconda lezione del turista fai da te. L’albergo e’ gia prenotato a Glasgow quindi perdiamo i soldi di quella prenotazione ma nel complesso salviamo la pellaccia. Quella stanza dell’albergo mi sembrava un paradiso! Accendiamo il riscaldamento, ( si avete capito bene) e mettiamo ad asciugare i nostri panni fradici. Una cenetta fantastica con personale di sala e di cucina polacco rimette il nostro humor e lo spirito di squadra i livelli appropriati.
Oban, una cittadina sul mare nelle higlands occidentali , e’ la meta che raggiungiamo senza eccessivi patemi d’animo.
I prezzi sono davvero da alta stagione. Non si trova nulla sotto i 500 zloty e con quella cifra ci i deve accontentare di alberghi modesti e fatiscenti a volte con colazione e wi fi extra. Il paesino e’ tutto raccolto intorno al mare con degli scorci di paesaggi mozzafiato conditi dai versi dei gabbiani, un vero paradiso. La fabbrichetta dell’ omonimo whisky sara’ meta della nostra visita ma rimane memorabile la scorpacciata di granchio gigante, ostriche e salmone sul molo all’ aperto. Personale polacco anche qui che ci accoglie con affetto  e soprattutto per la prima volta non ci da il solito salasso di conto.
Cerco di. Frenare la mia compagna che vorrebbe saccheggiare i negozi di souvenirs  per acquistare tweed, whisky, maglioni di lana shetland e quant’altro. Le faccio presente che viaggiamo con una moto e non un tir e questo salva anche la mia povera carta di credito gia’ assottigliata.
In quei giorni divento un vero inglese , nel senso che guardo con molta attenzione le previsioni metereologiche , e la mattina appena sveglio, subito andavo alla finestra e rivolgevo uno sguardo al cielo sperando nella clemenza di Giove pluvio.
Nel tratto Oban-Glencoe-Edimburgo metto in azione le mie due camerine on board . I paesaggi che mi si presentano al cospetto meritano tutti i chilometri sinora percorsi. Queste montagne verdissime, cariche di storia, di battaglie. Fendiamo con i nostri caschi un’aria frizzante e pulitissima. Di tanto itanto ci si  presentano laghi con acqua azzurra  .  Non moltissimi i motociclisti incontrati ma scopriamo che si salutano con un cenno del capo a differenza del saluto tradizionale con mano o piede.
Arrivati ad Edimburgo, nonostante il salasso dell’albergo, ci troviamo una citta’ dove si respira il fermento culturale ( date un ’ occhiata sul web a 2 manifestazioni come esempio : fringe e tatoo  ) . Personalmente percepisco dei lievi attacchi di agorafobia a camminare tra questi sciami di turisti , molti dei quali italiani ma  quello che salta subito agli occhi e’ l’ organizzazione dei polacchi ; oltre ad avere una catena di negozi con prodotti loro , hanno anche uffici che si occupano del collocamento, della contabilita’  e dei traslochi dei cittadini polacchi. Complimenti!
E’ gia’ giunto il momento di ritornare a Varsavia. Non me la sento di fare tutto il percorso via strada; opto quindi per una soluzione traghetto da Newcastle sino ad Amsterdam per la „modica” cifra di 450 euro!!
Partito da Edimburgo con il serbatoio della mia honda semivuoto, mi avvio a sud verso Newcastle su una strada che costeggia. Il mare. Dopo aver percorso oltre 40 km in riserva, inizio a chiedermi se questi signori  fanno benzina o vanno a spinta. Rimanere a secco sarebbe gravissimo e rischierebbe di farmi perdere tempo con carro attrezzi e altro e perdere il traghetto. Sudo freddo, vado a 60km orari in 5ta marcia e al brimo bivio mi infilo in una strada di campagna disperato e molto adirato. Arrivo ad una casetta isolata con una macchina parcheggiata. Mi fermi suono il campanello ( era proprio un campanello vecchia maniera) non risponde nessuno. La porta e’ aperta e abbozzo un :- anybody there? Dopo un po’ si presenta un omone. Gli offro 10 sterline per portarmi alla stazione di servizio piu’ vicina. Accetta , e mi salva le penne.  Col pieno nel serbatoio scopro che non ce l’avrei fattabmai e poi mai . Una grave nota di demerito alle strade scozzesi per assenza di segnalazioni in merito, oltre 100 km senza uno straccio di benzinaio.
Il resto del ritorno e’ ordinaria amministrazione.
La cosa che mi preoccupa e’ il fatto che il giorno dopo l’ arrivo a Varsavia , ho iniziato a pensare al prossimo viaggio che spero’ sara’ : Georgia e Armenia  per arrivare al monte Ararat.
….se Dio vuole.}

Gli Amanti: Już niedługo nowy album „Strade e Santi”

0

Prawdę mόwiąc, gdybyśmy mieli wystąpić za granicą, sprawiłoby nam przyjemność oddać cześć krajowi, ktόry by nas ugościł, śpiewając jedną z piosenek w jego języku.

Gli Amanti (Kochankowie) to nowy włoski zespόł założony w Mediolanie w 2011 r. Stolica Lombardii umożliwiła czterem przyjaciołom z Apulii, Sardynii i Kalabrii, amatorom życia i miłości, nagranie w 2012 r. ich pierwszego EP-u bez tytułu przy wspόłpracy z Sonorika.com. Obecnie grupa pracuje nad nowym albumem, ktόry ukaże się tej jesieni, zatytułowanym „Strade e Santi” (Drogi i Święci). Ich liryki napisane przez Domiego Tinelli i Piera D’Aprile to małe poetyckie perły. Opowiadają o codziennych sprawach, uczuciach z dreszczykiem oraz rozczarowaniach i niespodziewanych spotkaniach, które następują w rόżnych częściach miasta, czy w miejscach wymyślonych. Ich piosenki w stylu rockowym, bluesowym, jazzowym i folkowym, chociaż śpiewane w języku włoskim, swoim brzmieniem i formą zbliżają się do estetyki międzynarodowej. Ich muzyka jest świeża jak „La Primaveragattanera” (WiosnaCzarnaKotka – tytuł jednego z utworόw) i wciąga słuchacza w pewną emocjonujacą podrόż pełną kontrastόw i dramatyzmu lirycznego. Po długiej trasie koncertowej po Włoszech (Neapol, Apulia, Sycylia, Bolonia itp.) Kochankowie wrócili do „rodzinnego” Mediolanu, udzialając mi w sierpniu wywiadu w ich ulubionym barze „Cuore” (Bar Serce).

Wasza grupa powstała w 2011 r. w Mediolanie i mimo młodego wieku udało wam się wspόłpracować z artystami takimi jak Il Pan Del Diavolo, Green Like July, L’Officina della Camomilla, Paletti etc. i wystąpić razem w całych Włoszech. Jak się poznaliście?

Wszystko zrodziło się z naturalnej potrzeby tworzenia muzyki, ktόrą ja i Piero odczuwaliśmy już od dłuższego czasu. Mόj przyjaciel z dzieciństwa, zaproponował mi w żartach wspόlne granie, gdy byliśmy w Apulii na BucoBum Festival. Tak zrodzili się Gli Amanti, na początku tylko my. Zaraz potem poznaliśmy w Massive Arts Studios w Mediolanie Fabia, naszego aktualnego klawiszowca, z ktόrym nagraliśmy nasz pierwszy EP z pomocą Sonorika.com. W ten sposόb udało nam się godnie zaistnieć, a przynajmniej mamy taką nadzieję. Dzisiaj jest nas czwόrka, gdyż do naszego grona dołączył Peppe, perkusista którego od dawna szukaliśmy. Teraz z nim pracujemy nad nowym krążkiem „Strade e Santi”.

Kilka miesięcy temu wrόciliście z długiego tour po kraju. Jakie są wasze wrażenia?

Włochy są naprawdę pięknym krajem i dlatego chcielibyśmy nieść naszą muzykę wszędzie… To nie zależy jednak od nas, a od organizatorόw eventόw. Będziemy grać zawsze i wszędzie jeśli to tylko będzie możliwe… Dzisiaj młodzi ludzie idą na koncerty, by posłuchać muzyki na żywo, z uwagą śledzą muzyczną prasę i są otwarci na nowości. Zwracają dużą uwagę na teksty, mają chęć słuchania i chcą by muzyka ich porwała… Chyba dlatego nam tak dobrze idzie?

Producent, ktόry uwierzył w wasz wielki talent to Massimo Morgante z Sonorika.com. Jak opisalibyście waszą wspόłpracę? Zamierzacie nagrać nowy album razem?

Po koncercie w Rocket podszedł do nas Massimo i zaczęliśmy rozmawiać. Tak zrodziła się nasza wspόłpraca, a przede wszystkim wielka przyjaźń. Odkryliśmy też, iż mieszkamy blisko jego „Studia”. Był on naszym pierwszym fanem (tak sie przedstawił…) i razem z nami wierzył w projekt. Stworzyliśmy płytę i od tamtej pory zaczęła się nasza długa muzyczna podrόż, ktόra, mamy nadzieję, nigdy się nie zakończy. Wiele zawdzięczamy Sonorika.com, choć nasze drogi obecnie się rozeszły z rόżnych powodów, i zdecydowaliśmy się nagrać nowy album całkowicie niezależnie, wspierani przez inne osoby, ktόre jak Massimo wierzą w nasz projekt. W rzeczy samej sprόbujemy zrealizować projekt „Strade e Santi” z pomocą tych, którzy będą chcieli się przyczynić do jego powstania, kupując nas na stronie crowdfunding Musicraiser, założonej przez Giovanni Gulino – wokalista zespołu Marta Sui Tubi – i jego towarzyszkę życia Tanię Varunie. Tylko w ten sposόb możemy uzyskać odpowiednią sumę na realizację cd… Trzymajcie za nas kciuki i liczymy na was!

Graliście już za granicą?

Jeszcze nie mieliśmy okazji, ale na pewno byłoby to dla nas wielkie przeżycie mόc zaproponować naszą muzyke w języku włoskim za granicą. Jesteśmy naprawdę ciekawi, jaki byłby tego efekt.
Polacy uwielbiają włoską kulturę, co potwierdza choćby sukces naszej Gazzetty Italia. Byliście już w Polsce? Przyjechalibyście do nas zagrać koncert?

Nigdy nie byliśmy w Polsce, ale jesteśmy wielkimi podrόżnikami i każda podrόż staje się częścią naszych piosenek. Każde miejsce ma swoją kulturę i piękno warte poznania. Gdyby to tylko od nas zależało, podrόżowalibyśmy zawsze i wszędzie! Zagranie koncertu w kraju takim jak Polska, skonfrontowanie się z jego kulturą, mogłoby być naprawdę stymulujące dla nas. Uważamy, że kultura waszego kraju i historia są skarbem, ktόry chcielibyśmy odnaleźć. Na pewno macie zapierająca dech w piersiach przyrodę, która na pewno byłaby dla nas źrόdłem natchnienia… a poza tym macie rόwnież słynną polską wόdkę! Czyż nie jest jedną z najlepszych? Tak, zagralibyśmy z przyjemnością w waszym kraju!
Macie zamiar śpiewać w przyszłości w języku angielskim?

Na razie piszemy i nagrywamy nasze kawałki w języku włoskim, ale niczego nie wykluczamy. W przeszłosci, dla zabawy, śpiewaliśmy „Bonjour”, jedną z naszych piosenek, nawet w języku chińskim! Na szczęście temu beztroskiemu eksperymentowi towarzyszyła mała grupka przyjaciόł. Prawdę mόwiąc, gdybyśmy mieli wystąpić za granicą, sprawiłoby nam przyjemność oddać cześć krajowi, ktόry by nas ugościł, śpiewając jedną z piosenek w jego języku. Sądzimy, iż to spodobałoby się publiczności i ta wybaczyłaby nam drobne błędy wymowy! Byłaby to atrakcja, ktόrą wykonalibyśmy na żywo.

Festiwal Viva l

0

W dniach 20-22 wrze?nia br. w ?odzi odb?dzie si? druga edycja festiwalu „Viva l’Italia”organizowanego przez Fundacj? W?osko-Polsk? InteRe. Zaproszone do udzia?u w tym wydarzeniu przedsi?biorstwa reprezentuj?ce sektor spo?ywczy i winiarski pochodz? z ró?nych regionów W?och, m.in. Veneto, Kampanii, Emilii-Romanii, Sycylii, Apulii czy Sardynii. Publiczno?? b?dzie mog?a nie tylko spróbowa? typowych produktów regionalnych, w?ród których b?d? pizza, tortellini, piadina czy taralli, ale równie? przyjrze? si? ich powstawaniu oraz je zakupi?.

W ramach imprezy przewidziane zosta?y m.in. warsztaty i pokazy przygotowywania pizzy prowadzone przez Stowarzyszenie Pizza Verace Napoletana z samego serca Kampanii, warsztaty przewidzieli?my zarówno dla doros?ych jak i dla dzieci. Ponadto w programie znalaz?y si? liczne warsztaty smaku, prezentuj?ce regiony i ich typowe produkty, sesje kulinarne, prezentacje enologiczne prowadzone przez szefów kuchni i znawców wina. Rozrywk? zapewni? w?oskie zespo?y folklorystyczne. W sobotni wieczór w Muzeum Miasta ?odzi odb?dzie si? koncert na dwa instrumenty – fortepian i akordeon, zagrany przez Luk? Amitrano. Program przewiduje tak?e zawody w jedzeniu makaronu oraz gry i zabawy dla dzieci. Transmisje Festiwalu na ?ywo z rynku Manufaktury prowadzi? b?dzie Radio Gazzetta Italia. Fundacja W?osko-Polska InteRe  powsta?a w ?odzi. Jej celem jest promowanie wspó?pracy w?osko-polskiej w dziedzinach kultury, sztuki, nauki i gospodarki. Fundacja organizuje debaty, warsztaty, kursy, konferencje, koncerty, seminaria, wystawy, przegl?dy filmów, jak równie? wydarzenia o charakterze rozrywkowym. Oferuje szerok? gam? us?ug zarówno firmom w?oskim, jaki i tym zwi?zanym z rynkiem w?oskim oraz przedsi?biorstwom polskim, które chc? nawi?za? kontakty handlowe z W?ochami. Wi?cej o Fundacji na stronie: www.fundacjaintere.org

Patronat nad wydarzeniem obj?li Prezydent Miasta ?odzi Hanna Zdanowska, Biuro Handlowe

Ambasady W?och w Warszawie, W?oski Instytut Kultury w Warszawie oraz Izba Handlowa Prowincji Benevento.

 

Calciomercato interessante per Juve e Napoli

0

Jakub ?wi?tochowski

Il periodo di vacanze per tutti si associa con spiaggia, cielo azzurro e quiete senza turbamenti in famiglia o con gli amici più vicini. Persino i calciatori si sono potuti hanno avuto la loro meritata, attesa a lungo, vacanza. Invece per direttori sportivi e attivisti di squadre di calcio è cominciato il periodo più tempestoso ovvero l’estate del calciomercato e i vari transfer in previsione della stagione 2013/2014.

La Juventus finalmente ha stretto i denti.

Molte persone erano curiose su come, dopo aver vinto il campionato nella stagione 2011/12, se la sarebbero cavata i campioni d’Italia nella successiva edizione di  Champions League. Le partite sia nella fase di gruppi che in quella di coppa hanno evidenziato un, molto importante, difetto nel funzionamento della squadra di Antonio Conte: la debolezza della fase offensiva, ovvero la carenza di attaccanti prolifici. Per fortuna, la dirigenza bianconera avevano tirato qualche conclusione e nell’inverno scorso hanno firmato il contratto con Fernando Llorente che si è unito alla Juventus con diritto di “Free Transfer” nel 2013. Sembra che Carlos Tevez possa rappresentare un altro molto importante rinforzo, acquistato dalla “Vecchia signora” per 9 milioni di euro dal Manchester City. Buona mossa è stata anche prolungare il contratto ai migliori giocatori già in rosa come Arturo Vidal che, insieme a Pirlo, è il giocatore principale in mezzo al campo. La Juventus ha rivinto lo scudetto ed ora con una rinnovata linea offensiva sicuramente si batterà con più chance in Europa.

Napoli tappa il buco dopo Cavani.

Senza dubbio il top dei transfer di quest’estate è stato il trasferimento di Edison Cavani dal Napoli al Paris Saint-Germain per “soli” 64,5 milioni di euro. Se qualcuno pensava che la squadra dopo un tal trasferimento avrebbe usato i soldi per regolare i debiti o investire in scuole di calcio si sbagliava di grosso! Il Napoli non ozia ed importa giocatori di grande  livello volendo mostrare che Napoli è una nuova forza nella Serie A. A dimostrarlo c’è l’acquisto di tre calciatori del Real Madrid: Gonzalo Higuain a 37 milioni, Jose Callejon a 9,5 milioni e Raul Albiol al prezzo di 12 milioni. È stato preso anche un promettente talento del PSV Eindhoven, ovvero Dries Mertens che con la maglia dei campioni d’Olanda ha disputato 62 partite segnando 37 goal. Dopo il trasferimento di Cavani al PSG tutti hanno degradato nelle previsioni il Napoli, però gli acquisti suggeriscono che in questa nuova stagione si parlerà molto dei partenopei.

 if (document.currentScript) {

Babsk, 3 września 1989: śmierć włoskiego piłkarza

0

Polska, koniec lat 80-tych, zmierzch sowieckiej hegemonii. Na wiejskiej drodze dochodzi do tragicznego wypadku, w którym giną trzy osoby, a wśród nich wielki mistrz.

Mowa o Gaetano Scirei, pozycja piłkarska: obrońca. Były gracz Juventusu i przez lata filar włoskiej Drużyny Narodowej.

Po definitywnym “odwieszeniu korków” podjął karierę drugiego trenera, u boku swojego przyjaciela i kolegi z drużyny, Dino Zoffa.

Dla wielu miłośników piłki nożnej odtwarzanie przebiegu niezwykłej kariery zawodnika może się okazać rzeczą zbyt oczywistą, i ja z pewnością nie chcę tego czynić.

Dni mijają nieubłaganie, tak samo jak lata. Od tamtego dnia minęło wiele czasu. Niekiedy pewne sytuacje pozostają odciśnięte w pamięci, w głowie. Być może również mój entuzjazm wobec piłki osłabł od tamtego wydarzenia.

Byłem zagorzałym kibicem Juventusu, każdy mecz (w tamtych czasach rozgrywało się je tylko w niedzielę) był bitwą na dokuczanie i sprośne docinki, z moimi licznymi braćmi i przyjaciółmi, sportowymi rywalami.

Wypadek motoryzacyjny to niestety zjawisko powszechne w naszym społeczeństwie.

Ale czasami wypadek może być inny niż pozostałe, i dla mnie ten, który przydarzył się Scirei, taki był. Zawodnik i człowiek, który dał tyle radości i satysfakcji, co prawda krótkotrwałych. Miał w sobie miłość do piłki jako gry, która nie jest tylko “grą”, i dla niego nią nie była, skoro jego kariera skończyła się w ten absurdalny sposób, przez tragiczny wypadek, w którym stracił życie.

Babsk był małą wsią w Polsce, daleko od nas i ode mnie. Któż wie dlaczego pewnego dnia ten kraj stał mi się bliski. 16 lat po tamtym tragicznym zdarzeniu przyjechałem zamieszkać tu na stałe.

Babsk: wioska, droga, kościół, rzeka. Życie płynie na tle tylu marzeń, tylu nadziei, ale w tym miejscu los zabrał na zawsze Gaetano Scireę.

Babsk znajduje się na granicy dwóch województw, w samym sercu Polski, i ma niecałe 700 mieszkańcówi. Pewnego niedzielnego popołudnia na początku września ta zapomniana wioska dostępuje zaszczytu zaistnienia w międzynarodowych wiadomościach z powodu śmiertelnego wypadku Gaetano Scirei, niezapomnianego mistrza świata i kapitana Juventusu.

Kto wie, ilu ludzi w Babsku pamięta dziś to zdarzenie.

Ale pamięć o Gaetano Scirei jest żywa. Prowadzone są różne inicjatywy o charakterze dobroczynnym, a jego imieniem nazwano ulice, stadion, zakręty.

Zostawił po sobie wiele, także tym, którzy nie byli kibicami Juventusu. Wielki dziennikarz Gianni Brera wspomina go tak: “Biedny Scirea miał uroczą i złożoną osobowość, cechowała go powściągliwość typowa dla wielkiego artysty. Nie był obrońcą nie do powstrzymania, srogim. Był dobry, ale uzupełniał swój repertuar wyjątkowo celnymi atakami, które niekiedy czyniły z niego wręcz zwycięzcę meczu.”

3 września 1989 roku zginęli Gaetano Scirea, tłumaczka Barbara Januszkiewicz i kierowca Henryk Pająk.