Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

POLSKA. UDZIAŁ AMBASADORA FRANCHETTIEGO PARDO ORAZ SZEFa SZTABU GENERALNEGO WŁOCH, GEN. PORTOLANO, W UROCZYSTOŚCI RELIGIJNEJ KU CZCI WŁOSKICH POLEGŁYCH ODNALEZIONYCH W ŁAMBINOWICACH

0

Foto: Diana Wietrzykowska-Pizoń

Warszawa, 2 października 2025 r. – Dziś w Katedrze Wojska Polskiego w Warszawie odbyła się uroczysta ceremonia ku czci włoskich poległych z okresu II wojny światowej, odnalezionych na terenie byłego niemieckiego obozu jenieckiego „Lamsdorf” (dzisiejsze Łambinowice) – jednego z najważniejszych odkryć dla Włoch w ostatnich latach.

We Mszy świętej, odprawionej przez nuncjusza apostolskiego w Polsce, arcybiskupa Antonio Guido Filippazziego, uczestniczyli: ambasador Włoch w Polsce Luca Franchetti Pardo, szef Sztabu Generalnego Obrony Włoch gen. Luciano Antonio Portolano, jego polski odpowiednik gen. Wiesław Kukuła oraz szef Urzędu Ochrony Dziedzictwa Kultury i Pamięci Obrony (UTCMD) gen. Andrea Rispoli. Obecni byli także liczni przedstawiciele władz polskich, włoskiej społeczności w Polsce oraz krewni poległych.

Ambasador Franchetti Pardo, zwracając się serdecznie do rodzin obecnych na uroczystości, podziękował licznym polskim władzom cywilnym i wojskowym, które wspierały Włochy na wszystkich etapach projektu poszukiwań i ekshumacji szczątków.
Podkreślił, że „fundamentalne znaczenie ma pielęgnowanie pamięci o ofierze poległych żołnierzy, aby umacniać więź międzypokoleniową oraz uświadamiać wartość i znaczenie najwyższego dobra, jakie dzięki tej ofierze mogło zostać zbudowane – pokoju”.

Ze swojej strony szef Sztabu Generalnego Obrony Włoch, gen. Portolano, podkreślił, że dzięki niestrudzonej pracy archeologów, historyków, wolontariuszy oraz naszych instytucji możliwe było wreszcie przywrócenie tym poległym tego, co im się należy: pamięci, godności i godnego pochówku.
Gen. Rispoli, szef UTCMD, zaznaczył natomiast znaczącą rolę cmentarzy jako miejsc odpoczynku i pamięci, „gdzie nasi bliscy oczekują w pokoju” i gdzie „ich pamięć żyje na zawsze”.

Po błogosławieństwie trumny ze szczątkami 31 poległych zostały przewiezione na włoski cmentarz wojskowy na Bielanach w Warszawie, gdzie nastąpi ich pochówek. W przypadku szczątków pozostałych 29 poległych, które zostaną sprowadzone do Włoch, przewidziane są uroczyste obchody w Italii.

Maristella – autentyczne smaki Włoch

0

Klasyczne biało-czerwone obrusy w kratkę, fotografie wielkich aktorów i piosenkarzy, pocztówki z lat 20. XX wieku wysyłane przez pradziadków z wakacji we Włoszech, weneckie maski i butelki z Sardynii, ale przede wszystkim serdeczna gościnność i autentyczność włoskiej kuchni. Tak wita swoich gości restauracja Maristella, prowadzona przez Tadeusza i szefową kuchni Edytę, która może się pochwalić długim pobytem we Włoszech, w Casercie, oraz wieloletnim doświadczeniem zawodowym u boku włoskich szefów kuchni w różnych warszawskich restauracjach.

„Inauguracja lokalu odbyła się w 2019 roku, zaledwie kilka miesięcy przed wybuchem pandemii. Kiedy nadszedł Covid i wprowadzono obostrzenia, razem z moim wspólnikiem Tadeuszem zastanawialiśmy się, czy jest sens dalej to ciągnąć. Ale wytrwaliśmy! Zajęliśmy się dowozami do domu, a nawet wsparciem żywnościowym dla pacjentów w kilku szpitalach. Potem w końcu mogliśmy ruszyć od nowa i dziś jesteśmy już dobrze znaną restauracją w okolicy z gronem stałych klientów, którzy wracają do nas od lat.”

Jakie dania serwujecie?

„Oczywiście dania kuchni włoskiej, ze szczególnym uwzględnieniem kuchni sardyńskiej. Na początku klienci byli trochę zaskoczeni, bo mało znali tę wyspę i jej kuchnię, ale z czasem się przyzwyczaili także dlatego, że zaczęli odkrywać Sardynię jako kierunek turystyczny. Serwujemy zarówno dania mięsne, jak duszone policzki wołowe, jak i rybne, np. pieczona dorada, owoce morza, dania z bottargą, a często mamy też dania dnia, które nie są w karcie, w ten sposób w naszej ofercie znajdują się przepisy oparte na sezonowych nowalijkach. Chciałabym też podkreślić, że korzystamy z najlepszych włoskich produktów – od oliwy i trufli po sery i oczywiście wina, za które odpowiada Tadeusz, witający klientów na sali. Oczywiście mamy też klasyczne włoskie pierwsze dania, jak carbonara, ale robimy je w wyjątkowy sposób.”

To znaczy?

„Dzięki kontaktom z szefami kuchni z polskiego oddziału Federacji Kuchni Włoskiej poznałam kilka sekretów, między innymi technikę “pasta risottata”, czyli świeży makaron gotowany jak risotto, bezpośrednio w sosie. Przepyszne!”

Twoja specjalność?

„Najczęściej zamawianym daniem jest carbonara i naprawdę robimy ją świetnie, ale naszą prawdziwą specjalnością są sardyńskie culurgiones, nadziewane ziemniakami, serem pecorino i miętą, a potem podawane ze świeżym pomidorem i bottargą. Ich przygotowanie jest pracochłonne, więc pojawiają się w menu tylko od czasu do czasu dodam, że mamy nawet listę osób oczekujących na wieczór culurgiones! Innym bardzo wyczekiwanym wydarzeniem jest ostatni czwartek miesiąca, kiedy organizujemy specjalną kolację degustacyjną z pięcioma daniami dobranymi do pięciu win.”

Restauracja Maristella stała się więc prawdziwą perełką włoskich smaków dzięki doświadczeniu Edyty i pasji Tadeusza, który poznał Włochy w Castel Gandolfo, gdzie mieszka jego siostra.

„Dziś Polacy regularnie podróżują do Włoch i stają się prawdziwymi znawcami lokalnych przepisów, do tego stopnia, że po powrocie z wakacji przychodzą do nas, by znów poczuć włoskie smaki, ale często też opowiadają nam, że trafili we Włoszech do turystycznych restauracji, gdzie dania nie miały wiele wspólnego z jakością włoskiej kuchni. To dla nas najlepsze potwierdzenie, że jesteśmy dla nich kulinarnym punktem odniesienia” – mówią z dumą Tadeusz i Edyta.

Kulisy Festiwalu Filmowego w Wenecji

0

Festiwal Filmowy to nie tylko pokazy filmowe i rywalizacja między najciekawszymi filmami roku. To wydarzenie towarzyskie, które przyciąga rzesze fanów pragnących dotknąć lub przynajmniej znaleźć się blisko gwiazd i oddychać tym samym co one powietrzem.

Od samego rana ustawiają się przed czerwonym dywanem z parasolami chroniącymi przed słońcem lub deszczem, krzesełkami, matami, śpiworami, kocami termicznymi i różnej wysokości drabinami, aby lepiej widzieć. Niektórzy nawet śpią tam z obawy, że ktoś zajmie ich ciężko wywalczone miejsce w pierwszym rzędzie. Tak spędzają godziny w oczekiwaniu na popołudniowe i wieczorne parady gwiazd. Polują na autografy, zdjęcia i filmy ze swoimi idolami, które następnie umieszczają w mediach społecznościowych, aby się pochwalić: „Byłem/am”, „Widziałem/am i dotknąłem/dotknęłam gwiazdy”. Takie wydarzenia mają ogromne znaczenie, sprawiają, że wydajesz się ważniejszy i możesz dodać je do swojej listy osiągnięć. To sposób, by choć na chwilę oderwać się od codziennej rutyny i zobaczyć sławy bez bariery ekranu. Imponujące jest przygotowanie tych zagorzałych fanów, znają doskonale wszystkie nazwiska (influencerów, top modelek, ludzi show-biznesu, najsłynniejszych gwiazd, a nawet jeśli ich nie znają, to i tak biorą autograf, bo nigdy nie wiadomo!), dni i godziny, w których pojawiają się na wybiegu. A potem, kiedy obiekt pożądania w końcu pojawia się na czerwonym dywanie, dochodzi do rozładowania emocji z krzykiem, piskiem, płaczem i zdobyciem autografu.

 

Festiwal jest również doskonałą okazją do ogłoszeń. W tym roku sławę zyskał mężczyzna z tabliczką na szyi: „szukam żony top modelki”. Chociaż jemu do top modela dużo brakowało (z pewnością ma inne zalety), wyznał, że otrzymał kilka propozycji i teraz chyba jest już w trakcie wyboru właściwej kandydatki, bo od jakiegoś czasu nie pojawia się na stanowisku.

Mostra del Cinema daje też wszystkim (nawet mieszkańcom Wenecji) możliwość pokazania się i założenia kreacji (lub pseudokreacji), które wyciąga się z szafy tylko na tego typu okazje: stroje galowe z najwyższymi możliwymi obcasami (nawet jeśli nie występuje się na czerwonym dywanie, obowiązkowo trzeba zrobić zdjęcie lub nagrać filmik spaceru między budynkami festiwalu, tak jak robią to gwiazdy na czerwonym dywanie), pluszaki na głowie (które w rzeczywistości są zabawkami trzech kotów i psa pozostawionych w domu: „nosząc je na sobie mniej tęsknię za moimi zwierzakami” – wyznał jeden z akredytowanych), eleganckie bordowe sukienki z torebkami zrobionymi z małych pluszaków (pluszowe misie to w tym roku hit!), buty na platformie z krótkimi spódniczkami lub eleganckimi sukienkami, kolorowe włosy, a także plastikowe crocsy z przyczepioną biżuterią i wiele innych. Nie brakuje również eleganckich sukienek z dekoltami i rozcięciami, które nie pozostawiają nic dla wyobraźni. Krótko mówiąc, jest to pokaz mody, nie zawsze w dobrym guście. Ale co się nie robi, aby zostać zauważonym i zapamiętanym (a czasami nawet sfotografowanym, opublikowanym na stronie lub zamieszczonym w gazecie)! Niech żyje Festiwal w Wenecji, również ze względu na kolorowych, zabawnych ludzi, których przyciąga na Lido.

Forum Ekonomiczne w Karpaczu: w centrum uwagi przyszłość i wyzwania Europy

0
Fot: Profil FB Forum Ekonomicznego w Karpaczu

Tekst i zdjęcia: Andżelika Doba

Tłumaczenie pl: Zuzanna Miniszewska

 

Wczoraj rozpoczęła się 34. edycja Forum Ekonomicznego w Karpaczu, otwierając tym samym serię intensywnych debat na temat przyszłości Europy.

Głównym partnerem tegorocznej edycji jest Województwo Dolnośląskie. Obrady rozpoczęły się od prezentacji 8. wspólnego raportu Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i Forum Ekonomicznego, dokumentu podsumowującego główne procesy gospodarcze zachodzące w Europie Środkowo-Wschodniej. W prezentacji podkreślono, że transformacja energetyczna, bezpieczeństwo i stabilność to filary, na których będzie opierać się przyszłość regionu.

Pierwszy dzień Forum wypełniły liczne sesje plenarne poświęcone kluczowym wyzwaniom stojącym przed kontynentem. W debacie zatytułowanej „Czas transformacji: jaka będzie Europa przyszłości?” polski polityk Sławomir Mentzen skrytykował Unię Europejską za unikanie dyskusji na temat rzeczywistych problemów, takich jak demografia i bezpieczeństwo, i nadmierne skupianie się na Zielonym Ładzie. Jeden z paneli poświęcony był krytycznej sytuacji demograficznej w Polsce i całej Europie. Uczestnicy dyskutowali o rozwiązaniach niezbędnych do odwrócenia tego niepokojącego trendu. Poruszono również temat edukacji młodego pokolenia, uważany za ogromne wyzwanie we współczesnym świecie, z udziałem samego byłego prezydenta Andrzeja Dudy, który podkreślił wagę tego zagadnienia.

Szczególne zainteresowanie wzbudziło wystąpienie Domenico Ercoli, przedstawiciela czasopisma Lanterna, podczas panelu „Od Europy ojczyzn po wizję superpaństwa”. Ercoli przedstawił włoską wizję, zgodnie z którą Europa nie jest „federacją narodów” ani „superpaństwem federalnym”, ale „Europą solidarności”, „trzecią drogą”, która godzi tożsamość narodową z jednością europejską. Ercoli powtórzył, że Unia Europejska musi być bardziej wydajna i zdolna do konkretnego reagowania na potrzeby obywateli. Podkreślił potrzebę unii fiskalnej, ponieważ „euro bez wspólnego budżetu jest jak kolos na glinianych nogach”. Ponadto Włochy popierają wspólną politykę zagraniczną i obronną, dążąc do strategicznej autonomii w kluczowych sektorach, takich jak energia i technologia.

Forum było również okazją do dyskusji na temat inwestycji. Podczas rozmowy z Iacopo Ibello poruszono temat włoskich strategii gospodarczych. Według Ibello Włochy nie powinny koncentrować się wyłącznie na sektorze turystycznym ze względu na niskie wynagrodzenia, ale raczej inwestować w rozwój usług i produkcję wysokiej jakości dóbr, w której Włochy od lat są pionierem.

Forum Ekonomiczne jest również platformą współpracy bilateralnej. Podczas krótkiej rozmowy z Marco Ferruzzi Balbi, Konsulem Honorowym RP we Friuli-Wenecji Julijskiej i Wenecji Euganejskiej, dowiedzieliśmy się o rosnącym zainteresowaniu Włoch inwestycjami w Polsce. Konsul podkreślił, że Polska staje się kluczowym rynkiem ze względu na rosnące trudności w eksporcie do Stanów Zjednoczonych oraz dynamiczny wzrost gospodarczy kraju. Włosi postrzegają Polskę jako strategicznego partnera w Europie, zwłaszcza w kontekście rosnącego popytu na surowce i wysokiej jakości produkty, na przykład w branży tekstylnej. Konsul zwrócił również uwagę na intensywne poszukiwania partnerów wśród polskich instytucji edukacyjnych, takich jak uniwersytety, w celu rozszerzenia współpracy akademickiej i technologicznej.

Na zdjęciu Marco Ferruzzi Balbi, Konsul Honorowy Rzeczypospolitej Polskiej we Włoszech

Pierwszy dzień Forum zakończył się wieczorną galą, podczas której minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski otrzymał nagrodę „Człowiek Roku”. W swoim przemówieniu podkreślił, że transformacja cyfrowa jest kluczem do budowy konkurencyjnej i nowoczesnej Polski, gotowej sprostać wyzwaniom przyszłości. Pierwszy dzień położył zatem podwaliny pod owocną debatę, która ma szansę wytyczyć przyszłe kierunki rozwoju kontynentu. Forum Ekonomiczne w Karpaczu potwierdza swoją rolę jako ważna platforma debaty na temat przyszłości naszej Europy.

Jacek Cygan: kocham Włochy

0

Johann Wolfgang Goethe mawiał, że kto chce poznać poetę musi pojechać do jego kraju. Poeta Jacek Cygan wybiera się w podróż śladami autora „Fausta”, ale za cel podróży wybiera sobie Italię, o której nam opowiada. 

Federico Fellini mówił, że sny są jedyną rzeczywistością. Gdyby pan miał możliwość spotkania we śnie kogoś, z całego panteonu włoskich nazwisk, to czy byłaby to Claudia Cardinale, którą pewnego dnia spotyka bohater pana opowiadania opowiadania „Obietnica o twarzy Claudii Cardinale”?

Ale ja naprawdę spotkałem Claudię Cardinale. Dokładnie w tej samej kawiarni Galleria Alberto Sordi na Via del Corso, w której spotyka ją bohater mojego opowiadania, gdzie ja zawsze zamawiam espresso i mała grappinkę. Widziałem ją przez otwarte okno, ale nie miałem śmiałości burzyć jej prywatności. Tylko się jej ukłoniłem, a ona z uśmiechem mi się odkłoniła. 

Kogo jeszcze spotkał pan w Italii?

Kiedyś napisałem po polsku tekst do piosenki „La canzone di Marinella” Fabrizio de André, którego uwielbiam. I właśnie tę piosenkę śpiewaliśmy z przyjaciółmi na moich urodzinach, które zorganizowałem w Ligurii, na pograniczu Portofino i Santa Margherita. Tam w tym samym miejscu i tym samym czasie poznałem Cristiano, syna Fabrizio. 

Innym razem trafiliśmy z żoną do sławnej osterii pod Rzymem, naprzeciw stacji Rai Uno. W pewnym momencie oniemieliśmy, po przeciwnej stronie sali siedział Renato Zero. Kiedy wznosiliśmy urodzinowy toast dla mojej żony, on zrobił dokładnie to samo kierując gest w moją stronę. Nasz przyjaciel, ksiądz Mirek, który był z nami, nawet powiedział: Poznał Cię!  To się powtórzyło kilka razy. Po jakimś czasie wstał, podszedł do mnie, zaczęliśmy rozmawiać. Zapytał kim jestem, a kiedy powiedziałem, że poetą z Polski, odpowiedział, że jestem podobny do młodego Karola Wojtyły. Poszliśmy na parking, dałem mu swój tomik wierszy po włosku „Ambulanza”. Rok później zupełnie przypadkiem spotkałem go w restauracji na Piazza Farnese, poznał mnie, wymieniliśmy się mailami. Tak los zbliża ludzi.

A właściwie, kiedy zaczęła się pana przygoda z Włochami?

Pierwsza fascynacja Italią była dzięki książkom Jarosława Iwaszkiewicza. Natomiast pierwsza podróż była w pewien sposób karykaturalna. W roku 1986 wyruszamy z żoną na pierwszą wycieczkę do Włoch zakupioną w Orbisie. To miało być siedem dni w Italii. Miało, albo przynajmniej, tak nam się wydawało… Pierwszy nocleg był w Bielsko-Białej, drugi na Węgrzech, trzeci w Słowenii, a na finał dwa noclegi na Lido w Wenecji i powrót. Niemniej zakochałem się w tym kraju od pierwszego wejrzenia.

Coś pana wtedy szczególnie zaskoczyło?

Oczarowani Wenecją nastawiliśmy się na wyjątkowe włoskie pranzo i zaczęliśmy poszukiwania najbardziej odpowiedniego miejsca. Długo wybieraliśmy, odrzucając miejsca zbyt drogie, zbyt turystyczne albo za mało nasłonecznione. Gdy już byliśmy zdecydowani, nadeszła 14.30 i restaurację nam zamknęli, zapraszając na 19.30… Została nam pizza w kawałkach kupiona w kiosku. Ale za to o 19.30 rozpoczęła się uczta…

Skoro na początku był Jarosław Iwaszkiewicz i jego podróże do Włoch,  to skąd pojawił się pomysł podążania śladami Goethego?

O książce „Podróż włoska” Goethego dowiedziałem się dopiero pod koniec lat 90. Długo szukałem jej w księgarniach i antykwariatach, ale nigdzie jej nie było. Wówczas byliśmy z żoną w Krynicy Górskiej i tam w bibliotece miejskiej znalazłem tę książkę. Po przeczytaniu książka przez ponad piętnaście lat stała się moim nieodłącznym elementem każdej podróży. A ponieważ ludzi najlepiej poznaje się w podróży, chciałem naprawdę poznać Goethego, jego emocje, ludzi, którymi się otaczał i dzieło. Zafascynowało mnie, że 235 lat temu we wrześniową noc poeta potajemnie wyjechał dyliżansem z Karlowych Warów, nie mówiąc słowa najbliższym, w tym swojej miłości platonicznej Charlotte von Stein i przez dwa lata podróżował po Włoszech.

Wiele miejsc, które odwiedza pan śladami Goethego znał pan wcześniej, inaczej było z Ferrarą. 

Ferrara mnie zaintrygowała. To miasto, gdzie krwawi despoci pozbawiali życia swoje żony i krewnych, ale jednocześnie jako wielcy miłośnicy sztuki, przygarniali i hołubili artystów tej miary co Tycjan, Bellini czy ulubieńcy Goethego, renesansowi poeci Ariosto i Tasso. Miasto przypomina mi nieco Amsterdam. Dużo tam spokoju, ludzi, którzy się nie spieszą, wiele rowerzystów. Prawie na każdym placyku ktoś na czymś gra lub śpiewa. Co ciekawe nad restauracją Al Brindisi, która szczyci się mianem najstarszej na świecie (jej otwarcie datuje się na 1435 rok) mieszkał w czasie studiów Mikołaj Kopernik.

Wenecji podarowuje pan wiersz, tytułowy z tomiku „Ambulanza”, a jak zaznacza pan w najnowszej książce ulubionym pana miejscem w mieście kanałów jest drewniany taras hotelu Monaco & Grand Canal. Dlaczego właśnie ten taras?

Nie wiem. Pewnie przez zachowane w pamięci wspomnienia i światło. Po raz pierwszy przyjechaliśmy tam pod koniec marca, wracając z nart w Dolomitach. Wenecja była prawie pusta. Klimat tego miejsca jest niepowtarzalny, pasty w restauracji nie do podrobienia nigdzie indziej. Tam 200 metrów od placu Świętego Marka jest moje centrum tego miasta. Tak mam z wieloma miejscami w Italii, one mnie zachwycają, ale dlaczego, to jakaś nienazwana tajemnica.

Rzym. Matka wszystkich włoskich miast. Goethe pisał, że „kto dobrze poznał Rzym, ten już nigdy nie będzie całkiem nieszczęśliwy”. Jaki jest pana Rzym?

Rzym jest moim ukochanym miejscem na ziemi i wiem, że kiedyś w sensie metafizycznym osiądę tam na stałe i może wtedy spotkam się z Goethem. To miasto, które jest do chodzenia, od Piazza del Popolo do Zatybrza idzie się kilka godzin. Po Rzymie trzeba się włóczyć, odkrywać swoje miejsca, trzeba się zgubić, trzeba miastu zaufać. Zawsze za rogiem znajdzie się coś niezwykłego, choćby kawałek cennego kamienia. Przez to spacerowanie po Rzymie rozmawiamy z samym sobą, lepiej się poznajemy. To najlepsza medytacja!

W pana włoskiej podróży znaczącą rolę odgrywa też Igor Mitoraj.

Mieliśmy z żoną honor przyjaźnić się z tym wybitnym polskim rzeźbiarzem, który w Polsce niesłusznie jest pomijany. To artysta największej rangi. Bliżej poznaliśmy go w Rzymie, gdzie przygotowywał swoją wystawę. Po krótkim zapoznaniu, poszliśmy na wino do knajpki przy Panteonie. Pamiętam, że wypiliśmy trzylitrową butelkę sycylijskiego wina Planeta, które było ciepłe, więc trzeba było je ochłodzić w miednicy z lodem. Do dziś jak tam wracam kelner na mój widok woła: Signore, ti ricordi, Maestro Mitoraj! Po tym spotkaniu zaprzyjaźniliśmy się i Mitoraj często zapraszał nas do swojego domu w toskańskiej Pietrasanta. 

Mitorajowi zawdzięcza pan tytuł książki „Ciao Goethe!”.

Bardzo długo szukałem tytułu do opowieści śladami Goethego w Italii. Pewnego dnia przypomniała mi się historia z Pietrasanta. Igor zabrał nas do zupełnie nowej restauracji, gdzie przywitała nas przepiękna Włoszka, stylowa jak Monica Vitti. Rzeźbiarz nachylił się do niej przy powitaniu, pocałował ją w policzek i powiedział: „Ciao, bella”. To „ciao” było przesycone czułością i szacunkiem. W tej jednej chwili zrozumiałem, że to zwrot, którego używa się tylko do bliskich, bo przecież w ten sposób nie mówi się do obcych. Goethe przez te kilkanaście lat podróży stał mi się osobą bliską. Dlatego postanowiłem, że to będzie właśnie „Ciao, Goethe!”.

Jak podróżować po Włoszech?

Unikać obaw, że dane miejsce może być turystyczne. W każdej, nawet najbardziej obleganej przez turystów trattorii kryje się jej serce, czyli ludzie, którzy ją tworzą i ich historia, którą podają na talerzu. A poza tym rozmawiać z Włochami, od nich czerpać jak najwięcej. W życiu chodzi o spotkania.

Wiesław Myśliwski napisał kiedyś, że poza ojczyzną nadaną przez miejsce urodzenia, przodków, naszą historię, należy znaleźć swoją ojczyznę, w postaci miasta, innego, niż te w którym dorastaliśmy albo kraju. Czy pana ojczyzną z wyboru jest Italia? 

Italia to jest mój wybór świadomy. Nie ciągnie mnie w inne miejsca, chociaż przecież bywałem też dalej, niż na południu Europy. Kiedyś mój znajomy zachwalał Tajlandię i najtańsze tam krewetki, które jada na kilogramy. Zapytałem go, co pije do tych krewetek, a on, że coca-colę. Powiedziałem mu, że wolę już zostać we Włoszech i do owoców morza degustować moje ulubione wino, piemonckie La Scolca, białe wino z winogron Cortese.

Ale tę ojczyznę trochę jak Claudię Cardinale we śnie, obserwuje pan z daleka.

To jest moje szczęście, do którego lubię wracać. Lubię za Italią zatęsknić. Możliwe, że gdybym miał ją na zawsze, na co dzień, że gdybym zderzył się z nią jak bohater mojego opowiadania z wyśnioną Claudią Cardinale, to nie byłoby już to samo uczucie. Z wyczekiwanego i upragnionego stałoby się to powszednie. Najlepiej się tęskni do Włoch stąd, z Polski.

Goethe powiedział, iż żeby zrozumieć poetę trzeba odwiedzić jego kraj. Pan odwiedza Italię, jego fascynację. Czego się Pan o nim dowiedział?

Naturalnie najpierw odwiedziłem Niemcy, przede wszystkim Weimar. W Domu Goethego zaciekawiła mnie duża ilość pamiątek z Włoch, jego ukochane Junony czy wyjątkowo piękna Meduza. No i kilogramy kamieni, lawa z Etny i Wezuwiusza. A w swojej książce „Italienische Reise” czyli „Podróż Włoska” Goethe jawi się jako niebanalny obserwator architektury, obrazów, rzeźb i ludzi. Dzięki niemu pojechałem na przykład do Vicenzy, tak mnie zafascynował uwielbieniem dla architekta nazwiskiem Andrea Palladio, który z kamieniarza stał się wybitnym ponadczasowym twórcą. Niezwykle zaimponował mi też, kiedy wybrał się na Sycylię i konno, ciągnąc bagaże na grzbiecie mułów ruszył w deszczową pogodę przez środek wyspy, by zobaczyć najpiękniejsze pola pszenicy.

Polskie patrole w największych włoskich miastach

0

Także w tym roku powtórzyła się inicjatywa współpracy pomiędzy włoskimi a polskimi służbami porządkowymi. W ostatnich dniach karabinierów z posterunku San Zaccaria w Wenecji wspierają policjanci Jacek Borsuk (stopień: aspirant) i Katarzyna Pilipiuk (stopień: młodszy aspirant), którzy mieli już okazję pomóc polskiej rodzinie spędzającej wakacje w okolicach Wenecji.

„Tego rodzaju inicjatywy wymiany służb trwają od lat, również z innymi krajami, jak na przykład z Francją” – wyjaśnia generał Karabinierów Marco Aquilio. „We Włoszech przyjmujemy przedstawicieli zagranicznych służb porządkowych w najważniejszych miejscowościach turystycznych, takich jak Rzym, Neapol, Florencja, Mediolan czy właśnie Wenecja. Polska policja zdecydowała się wysłać do Wenecji dwoje funkcjonariuszy, którzy posiadają także kompetencje w zakresie kontroli wodnej”. Borsuk ma bowiem doświadczenie na jeziorach w okolicach Lublina, a Pilipiuk pełni na co dzień służbę nad Wisłą w Warszawie.

Aby uczcić tę współpracę służb porządkowych, odwzajemnianą obecnością Karabinierów w Krakowie, 22 sierpnia odbyło się nieformalne spotkanie w pięknej stacji Karabinierów San Zaccaria. Wzięli w nim udział generał Karabinierów Marco Aquilio, podpułkownik Giuseppe Battaglia, polscy policjanci Borsuk i Pilipiuk, konsul RP w Wenecji Marco Ferruzzi Balbi oraz dyrektor Gazzetta Italia, jedynego włosko-polskiego medium, Sebastiano Giorgi.

Smak cyfrowej czekolady, czyli dlaczego papierowe książki mają to coś

0

Godzina 5:00 rano – cyfrowy budzik w telefonie, od 7:00 – laptop i telefon a czasami dwa, tablet i kilka monitorów. Cztery ładowarki. Poczta elektroniczna, social media, e-prasa, e-porady, zakupy na jednym ekranie. Zatrzęsienie informacji. Często pisanych szybko, prowokująco, mieszają się w sieci z artykułami, które są naprawdę dobre.

W Internecie nie poszukujemy prawie nic na własną rękę, szukam godzinami, bo nie ma ścieżki na skróty.  W sieci jest wszystko, tak dużo, że dawkowanie tej wiedzy pojawia się wg jakości pozycjonowania. Szukam potrzebnych treści w bezkresnym Internecie między newsami i mało wartościowymi postami (otulonymi reklamami i zgodami na ciasteczka). Ma to w sobie coś uzależniającego i wciągającego o każdej porze dnia, chłonięcie tylu barw, które nie raz kolorują rzeczywistość, można poczuć się szczęśliwszym. Na chwilę. Widzę pewną zależność. Córka oglądając jest znacznie bardziej podatna na złość, irytację, niż kiedy jej przerywam w czytaniu papierowych książek. Nasz dorosły rozsądek trzyma nerwy na wodzy, oderwani od lektury Internetu nie zirytujemy się od razu, ale będzie w nas więcej nerwowego pośpiechu. Drugą, bardziej niepokojącą zależnością jest to że im mniej czytam gazet i książek, a znacznie częściej przeglądam je cyfrowo, wiem mniej. Przy laptopie nie skupiłam się na treści tak jak trzymając w ręce papier. Jakbym patrzyła, a nie widziała.

Pismo odręczne jest po stokroć cenniejsze i chwytliwsze niż lajki, czy jest na świecie ktoś kto zaprzeczy tej magii?

Zadałam dziesięciolatce pytanie, co ją przekonuje do leżenia z noskiem w papierowych komiksach, do których biegnie rano na sofę? „tutaj wszystko jest tak jakbym chciała, mogę wyobrazić sobie świat bajki, którą czytam i nikt za mnie nie decyduje co ma być. Nie muszę pilnować poziomu naładowania telefonu. Książki nie zniszczą się na plaży od piasku, nie pękną.  Mamo od czytania książek nie bolą oczy, mogę ją czytać w samolocie.” Doskonały artykuł, książka to godziny pisania, inspiracji, natchnień, nie ma przypadkowych słów, nie liczy się analiza popularności słów wg Google. Jest w tym też element zabawy, sztuki, przyjemności posiadania czegoś magicznego w dłoniach. Ma początek i koniec, w środku niespodzianka ubrana w starannie przygotowaną okładkę. A kiedy pomyślisz, że skoro nie ma tu przypadku w układzie stron, ile jeszcze niespodzianek można odnaleźć. Zauważyliście, że w wersjach papierowych nawet reklamy są urocze? subtelnie osadzone między starannie dobranymi stronami.

Czytanie z papieru to przyjemność, która od lat zanika. Kiedy cofniemy się o krok milowy! wykonamy i otworzymy książkę, wejdziemy do biblioteki, przypomnimy sobie, co to znaczyło. Trudno ze świata online się przestawić, kiedy cały świat jest pod kciukiem, szybko.. Tylko gdzie tak gonimy, wieczorem zostaje pustka, co zapamiętaliśmy z całego dnia i co utkwi nam w pamięci oprócz piekących piekielnie oczu?

Doskonale opracowana, pięknie ilustrowana seria komiksów

Skąd ta niecierpliwość? W książce przewracając strony krok po kroku staramy się zrozumieć, skupienie przychodzi samo. Tempo narzucamy sobie sami, to co przeczytamy zapamiętamy. „Oglądanie telewizji jest natomiast tak banalnym zajęciem, że nie stwierdzono jeszcze u nikogo niezdolności do jej oglądania. Wszak pismo jest podstawą cywilizacji…” ten cytat pojawia się w wielu publikacjach w sieci (nomen omen to jest to o czym piszę, w Internecie jest dramatyczna powtarzalność treści artykułów, czasami trudno zidentyfikować, kto od kogo coś zapożyczył). Jest to jednocześnie bardzo trafny cytat, nie tylko można go odnosić do wideo, ale również dużej część treści publikowanej w sieci.

Papier nie jest podatny na reklamy, dzięki dobrze pisanym tekstom mamy większy zasób słów, który pozwala nam wypowiadać się swobodnie, lekko, bez błędów. Tak mało trzeba, żeby być mądrzejszym.

Jako autorka bloga śledzę kilka przyjemnych stron i widzę, że utrzymują się bez reklam tylko niektóre. Kiedyś były piękne, artystyczne zdjęcia, dużo tekstu, chwilami zatracałam różnice między książką a powieściami z postów. W książkach to się zachowało, są ponadczasowe, jeszcze chwila i wróci na nie moda, ponieważ klasyka nie przemija.

Raoul Bruni: Warszawa – miasto, które nie pozostawia obojętnym

0

tłumaczenie pl: Zuzanna Miniszewska

 

Raoul Bruni, profesor uczelni na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie – gdzie w latach 2021–2022 kierował Katedrą Literatury Włoskiej – jest jedną z kluczowych postaci włoskiego życia intelektualnego w Polsce. Autor licznych publikacji, członek komitetu naukowego Narodowego Centrum Studiów nad Leopardim (Centro Nazionale Studi Leopardiani), poświęcił większość swojej działalności badawczej Giacomo Leopardiemu oraz jego dziedzictwu literackiemu i filozoficznemu.

To uczony, którego nieprzeniknione koleje losu – po studiach we Florencji i doktoracie na Uniwersytecie w Padwie – zaprowadziły nad Wisłę.

Jak wielu Włochów, przyjechałem do Polski ze względu na relację romantyczną. Zacząłem tu pracować, najpierw ucząc w warszawskiej SWPS, później na Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.

Jak kontakt z Polską wpłynął na twoje podejście do literatury?

Życie w tym kraju z pewnością wzbogaciło moje spojrzenie na literaturę. Szczególnie wpłynęła na mnie Warszawa – miasto odbudowane od podstaw, które uważam za interesujące, nowoczesne, inspirujące, pełne księgarni i z bardziej ożywioną sceną literacką niż w wielu włoskich miastach. Wystarczy spojrzeć, jaką publiczność przyciągają tutaj wieczory poetyckie. Warszawa nie pozostawia obojętnym. Naturalnie pojawiła się we mnie chęć zgłębienia relacji literackich między Włochami a Polską. I o ile polscy autorzy są we Włoszech studiowani w zadowalającym stopniu, uważam, że wciąż zbyt mało uwagi poświęca się włoskim pisarzom i dziennikarzom w Polsce. Mam na myśli na przykład pobyt Curzia Malapartego w Krakowie i Warszawie podczas II wojny światowej. To wtedy powstały fragmenty powieści „Kaputt”, której polskie tłumaczenie odniosło pewien sukces. Byli także inni pisarze, jak Guido Piovene, który pisał kroniki z powojennej Polski dla „Corriere della Sera”. Obecnie przygotowuję publikację jego artykułów.

Byłeś pierwszą osobą, która zorganizowała konferencję poświęconą Leopardiemu w Polsce. Czy według ciebie istnieje jakiś szczególny aspekt, który charakteryzuje recepcję twórczości tego autora w Polsce?

W przeciwieństwie do innych krajów, w Polsce Leopardi jest mało znany. Jego popularność w ostatnich czasach wzrosła, nie tylko we Włoszech, także dzięki popularnemu filmowi i nowemu serialowi. W Polsce istnieją ważne opracowania i tłumaczenia autorstwa Joanny Ugniewskiej, Jarka Mikołajewskiego i Stanisława Kasprzysiaka, dzięki którym niektórzy polscy poeci, jak Zagajewski, zainteresowali się autorem „Nieskończoności”. Jednak do tej pory nie odbyła się żadna inicjatywa akademicka poświęcona Leopardiemu. Konferencję, którą zorganizowałem dzięki dużemu wysiłkowi i wsparciu Włoskiego Instytutu Kultury w Warszawie, starałem się uczynić otwartą dla szerszej publiczności poprzez panel z udziałem poetów i badaczy polskich oraz tłumaczeniem symultanicznym. Krótko mówiąc, recepcja Leopardiego ogranicza się w Polsce raczej do środowiska akademickiego. Odczuwalna jest potrzeba intensywniejszych badań i z pewnością szerszej dostępności jego dzieł. Przykładowo, polskie tłumaczenie „Dziełek moralnych” nie jest już publikowane, a egzemplarz w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie jest w złym stanie… Cieszę się jednak z efektów konferencji i innych inicjatyw związanych z Leopardim, które zorganizowałem w Warszawie, jak choćby ostatnie spotkanie poświęcone polskiemu wydaniu listów poety, które zostało nawet wspomniane w sekcji kultury „Corriere della Sera”.

Przed przeprowadzką do Polski uczyłeś w Padwie. Czy zauważyłeś różnice w podejściu polskich studentów?

Warto podkreślić duże zainteresowanie Włochami w Polsce – również w kontekście nauki języka. Potwierdza to także sukces waszej „Gazzetta Italia”. W Warszawie w niemal każdej dzielnicy widać szyldy szkół uczących włoskiego – co świadczy o popycie na nie. Również na poziomie uniwersyteckim italianistyka cieszy się zaskakująco dużą popularnością. Paradoksalnie, dziś dyplom z italianistyki otwiera pod względem zawodowym więcej drzwi w Polsce niż we Włoszech. Jeśli chodzi o poziom studentów, jestem generalnie zadowolony. Mają bardzo dobre przygotowanie językowe, są w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o kompetencje językowe. Widzę u nich mniejsze zainteresowanie literaturą, ale to powszechne zjawisko.

Jakieś strategie, by zwiększyć atrakcyjność tej dziedziny?

Uczę literatury, starając się łączyć ją ze współczesnością. Na przykład Leopardi to autor, który dziś wydaje się bardziej współczesny niż wielu pisarzy naszych czasów– zawsze miał prorocze spojrzenie, do tego stopnia, że stworzył „list do młodzieży XX wieku”. Poza tym zarówno Włochy, jak i Polska są niemożliwe do zrozumienia bez znajomości ich literatury. Włochy, podobnie jak Polska, były przez wieki podzielone na różne państwa i rozwinęły jedność kulturową i językową głównie poprzez literaturę: Dante, Petrarka, Machiavelli – filary kultury i języka w czasach, gdy jeszcze nie istniało państwo włoskie. A wracając do Leopardiego, jego „Rozprawa o obecnym stanie obyczajów Włochów” („Discorso sopra lo stato presente dei costumi degl’Italiani”) to chyba najbardziej aktualny i przenikliwy tekst o współczesnych Włoszech.

Czy sztuczna inteligencja jest jak meteoryt spadający na system edukacji?

Zmiany niosą zarówno szanse, jak i zagrożenia. Sztuczna inteligencja, jak to zwykle bywa z innowacjami, jest przez niektórych uważana za apokalipsę. Nie należę ani do entuzjastów, ani do apokaliptyków. Uważam, że sztuczna inteligencja, jak każda nowa technologia, musi być mądrze zarządzana. Oczywiście my, nauczyciele, musimy wziąć pod uwagę, że może ona znacząco wpłynąć na wartość prac pisemnych studentów. Trzeba znaleźć sposób, by zintegrować sztuczną inteligencję z nauką, może to okazja do ponownego docenienia egzaminów ustnych.

Czy nie zagrozi to zawodowi tłumacza?

Tłumaczyłem teksty za pomocą AI i mogę powiedzieć, że z pewnością nie dorównują one pracy profesjonalisty. „Nieskończoność” Leopardiego czy liczne metafory języka potocznego nie dają się przetłumaczyć cyfrowo. Wręcz przeciwnie – AI może okazać się narzędziem wspomagającym i usprawniającym pracę tłumacza, który może wtedy zrobić o wiele więcej w krótszym czasie. Wśród moich przyjaciół tłumaczy nikt nie obawia się szczególnie o utratę pracy.

Język włoski, mimo że jego użycie ogranicza się praktycznie do Włoch, wciąż jest jednym z najchętniej studiowanych języków. Czy to zbyt romantyczne stwierdzić, że ludzie uczą się go dla jego wartości kulturowej?

Zdecydowanie nie. Włochy mają ogromne dziedzictwo kulturowe, obejmujące wszystkie dziedziny sztuki i zawody. Dowodem na to jest fakt, że nauka włoskiego często staje się hobby lub pasją ludzi, którzy mają już za sobą pewną drogę życiową – zdarza się, że mamy studentów po czterdziestce, którzy, jak sądzę, są najczęstszymi uczestnikami kursów we Włoskim Instytucie Kultury i prywatnych szkołach językowych.

W programie „Passato e Presente” w RAI Storia, który uwielbiam, wspaniały Paolo Mieli zawsze prosi gości o polecenie trzech książek. Jakie ty byś polecił komuś, kto mówi po włosku i chce poznać naszą literaturę?

Zacznę od klasyki: „Zeno Cosini” (tytuł włoski „La coscienza di Zeno”) Itala Sveva. Arcydzieło XX-wiecznej literatury włoskiej, napisane przez autora, który posługiwał się włoskim jako drugim językiem, w mieście o kulturze środkowoeuropejskiej – Trieście. Polecam też książki Carlo Ginzburga – historyka i eseisty, ale też świetnego narratora. Na koniec poleciłbym nowo wydaną powieść autora, którego warto byłoby przetłumaczyć: „Il detective sonnambulo” Vanniego Santoniego (Mondadori).

Na zakończenie, czy są jakieś elementy polskiej kultury, które szczególnie doceniłeś, mieszkając w tym kraju?

Choć trudno mi dobrze czytać po polsku, od kiedy tu mieszkam, zgłębiłem twórczość Zbigniewa Herberta – wielkiego poety, autora mistrzowskiej, pisanej prozą książki o Włoszech, jeszcze nieprzetłumaczonej u nas. Z kolei w kinie bardzo cenię twórczość Pawła Pawlikowskiego.

O wystawach malarstwa Marty Czok w Polsce. In Memoriam

0

Tekst: Henryka Milczanowska

Zdjęcia: Wojciech Wróbel

 

In Memoriam, to tytuł wystawy malarstwa prezentowanego w Galerii Włoskiego Instytutu Kultury w Krakowie, poświęconej zmarłej w lutym bieżącego roku, brytyjsko włoskiej malarki, polskiego pochodzenia, Marty Czok. Ekspozycja ta stanowi hołd pośmiertny dla artystki oraz przekrojową retrospektywę jej twórczości. Kuratorami wystawy są Henryka Milczanowska i Jacek Ludwik Scarso, a organizatorami – Fundacja dla Polskiej Sztuki Emigracyjnej, we współpracy z Włoskim Instytutem Kultury, w Krakowie i Fundacją Marty Czok, w Rzymie. Wydarzenie odbiło się szerokim echem w mediach polskich i włoskich, które podkreślały siłę wyrazu i odwagę podjętych tematów prezentowanych dzieł.  

Pierwsza wystawa artystki odbyła się w 2017 roku, na zaproszenie Włoskiego Instytutu Kultury w Warszawie, również we współpracy z Fundacją Polskiej Sztuki Emigracyjnej. W kwietniu 2020 roku w Muzeum Karykatury w Warszawie otworzono drugą wystawę artystki pt. „I to nazywasz sztuką?”. Wówczas zaprezentowano 30 obrazów, a trzecią w lipcu tego samego roku w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Kolejne wystawy miały swoją prezentację w 2022 i 2023 roku, kolejno w galeriach Wrocławia, Łodzi i Konstancina Jeziorny k. Warszawy. Trzeba zaznaczyć, że były to szczególnie ważne prezentacje, ze względów artystycznych, a także z uwagi na wątek osobisty i więzy rodzinne artystki. Biorąc pod uwagę czas i miejsce Jej urodzenia – 1947 rok, w Bejrucie w Libanie oraz wojenny szlak II Korpusu Armii Wojska Polskiego, w której służyli Jej rodzice Jadwiga i Józef Czok – spotykamy się z sytuacją niecodzienną – Marta Czok nie poznała Polski. W pamięci jej dzieciństwo to było ciągłe przemieszczanie się, emigracja rodziny z Libanu przez Włochy do Wielkiej Brytanii, gdzie spędziła najmłodsze lata na londyńskich przedmieściach, tam doświadczając trudnej sytuacji materialnej rodziny emigrantów. Wychowywała się w środowisku polskiej kultury, języka i literatury. Obrazy z dzieciństwa głęboko utkwiły w pamięci przyszłej malarki i po latach wielokrotnie wracały w Jej pracach. Wykształcenie zdobyła w prestiżowej St. Martin’s School of Art w Londynie, tu odnotowała sukcesy swoich pierwszych wystaw, w tym w londyńskiej Royal Academy. Kolejne sukcesy wystawiennicze pojawiły się już we Włoszech, gdzie przeprowadziła się wraz z mężem w połowie lat 70. Wystawy w muzeach i galeriach na całym świecie zaopatrzone licznymi wydawnictwami katalogów i albumów zawierały biograficzną informację, w której mocno podkreślała, że jest Polką. 

Na zdjęciu od lewej: Dyrektor Włoskiego Instytutu Kultury w Krakowie Matteo Ogliari, Henryka Milczanowska, Jacek Ludwik Scarso

Malarstwo Marty Czok można podzielić na dwa obszary tematyczne, ułatwiające nam poruszanie się w wielowątkowych przedstawieniach. Pierwszy obszar to rodzina, dzieciństwo i zabawy, drugi – metaforyczne formy i odniesienia do historii sztuki i współczesności społeczno-politycznej świata. W wymienionych obszarach tematycznych dominują dwa nurty: pierwszy, satyryczny, pozwalający Artystce na niczym nieskrępowane wypowiadanie się i krytykę społeczno-polityczną oraz drugi, jak sama go określa, lżejszy, pozwalający na swobodną interpretację wspomnień z czasów dzieciństwa, w których narracja często symboliczna i groteskowa, a zarazem prosta i czytelna obraca się wokół życia w zbombardowanym w czasie wojny Londynie. Zaznaczyć jednak trzeba, że ten drugi nurt, w którym głównymi bohaterami są dzieci, Artystka rozwijała w kolejne wątki, posługując się symbolami bohaterów z bajek i legend lub włączając w narracyjną opowieść dziecięce zabawki, którym przypisywała poważne, dorosłe role. Na szczególną uwagę zasługują wielopostaciowe sceny na tle miejskiej architektury, w których Czok przywoływała wspomnienia z wczesnych lat w Londynie. Zaglądanie przez otwarte okna zniszczonych wojną domów bez ścian było jedną z form zaspokajania dziecięcej ciekawości. Sceny narodzin, uroczyste okazjonalne wydarzenia, a także codzienne, zwyczajne czynności w malarstwie Czok urastały tu do roli wyjątkowej celebracji każdego z tych wydarzeń. Śledząc bohaterów Jej malarskiej opowieści, stajemy się mimo woli wspólnikami w podglądaniu angielskich sąsiadów. Nasze oczy przesuwają się po piętrach domów zapełnionych krzątającymi się mieszkańcami. Nie będzie przesadą, jeśli wyda się nam, że w tym życia biegu usłyszymy rozmowy mieszkańców, brzęk układanych na stole naczyń czy stukanie po kamiennym chodniku kółek hulajnogi małej dziewczynki z kucykami, która właśnie z uwagą przygląda się mijanym ludziom. Dziecko w malarstwie Marty Czok ma ważne miejsce. Z wyjątkiem scen rodzajowych, w których zabawne miny dziewczynek zdradzają ich psoty, wszystkie inne mają bardzo ważne role, są wyrazicielami poglądów Artystki, która właśnie pod postacią niewinnego dziecka wyrażała je stanowczo i zdecydowanie. Mówi się, że powinniśmy uczyć się z historii, ale jedyną lekcją, której historia nas naprawdę uczy, to jest to, że niczego się nie uczymy, więc wojny trwają, a ich głównymi ofiarami są zawsze dzieci. Cykl 16 obrazów, które zaprezentowała na wystawie pt. „I bambini nella guerra e sulla Shoah” („Dzieci w wojnie i Shoah”) w Rzymie w 2009 roku i w Padwie w 2011 roku zadedykowała polskim i żydowskim dzieciom deportowanym przez Niemców podczas II wojny światowej, o których pamięć dosłownie zaginęła. Ekspresyjne rysunkowo ciała dzieci jakby zawieszone na tle szarych, zamglonych, płaskich powierzchni, formułują szerszą myśl Artystki, którą w tym miejscu warto przytoczyć: …kiedy dzieci płaczą, wszystkie są takie same. Mój temat, mimo że zaczął się pół wieku temu w moim rodzinnym kraju, obejmuje wszystkie młode ofiary, kimkolwiek są, gdziekolwiek się znajdują i, niestety, gdziekolwiek będą. 

Wielu krytyków sztuki i recenzentów twórczości Marty Czok zauważa Jej międzykulturowy horyzont i wielowymiarową wizję rzeczywistości, która łączy symbolizm, narrację, emocje i ironię. Nie sposób nie zgodzić się z tym zdaniem, tym bardziej, że sama Artystka podkreślała wielokrotnie, jak istotne w Jej malarstwie jest „stąpanie po śladach” wybitnych artystów, historycznie utożsamianych z wielką sztuką poprzednich epok, na tle których dokonywała reinterpretacji treści ich dzieł, dostosowując krótkie hasła komentarza w sposób ironiczno-żartobliwy, ale zgodny ze współczesnymi realiami naszego życia. 

Niewątpliwie Marta Czok posiadała silną osobowość, poczucie własnej tożsamości, odwagę i bezkompromisowość. Jej zdaniem rolą artysty jest wyrażanie swoich obaw w każdej sprawie, która dotyczy człowieka i jego bezpieczeństwa we współczesnym świecie. Posługując się ironią, a nawet prowokacją, poddawała swoje spostrzeżenia refleksji egzystencjalnej, odnosząc się do tematów historii, religii, a także wojny, której skutki zaważyły na Jej życiu osobistym i rodzinnym. Łamiąc wszelkie wzorce „politycznie poprawne”, odważnie stawiała pytania o moralność i etykę najważniejszych osobistości tego świata. Dotykała tematów historii, przestrzegała przed niedocenianiem wydarzeń z przeszłości, których jako ślepcy, pędzący przez życie, nie zauważamy. 

Wystawa: 18.06. – 31.08. 2025 

Włoski Instytut Kultury w Krakowie

Grodzka 49 Kraków 

 

* w tekście wykorzystano fragmenty artykułu z katalogu wystawy, pt: „I to nazywasz sztuką”, autorstwa  kuratorki wystawy, Henryki Milczanowskiej.