Buy Italy Tourism Roadshow 2025
Paolino Spada – pasja, glina i dusza wyspy Lipari
foto: Miriam Ziina
Lipari, perła archipelagu Eolskiego, to wyspa, gdzie czas płynie niespiesznie, a życie, wolne od zgiełku metropolii, celebruje prostotę i autentyczność. Pośród jej uroków, wśród wąskich uliczek i błękitu Morza Tyrreńskiego, spotykamy Paolino Spadę – rzeźbiarza, którego historia to esencja sycylijskiego dolce far niente. Nie jest to lenistwo, lecz umiejętność czerpania radości z każdego dnia i pozostawiania po sobie trwałego śladu pasji.
Dziedzictwo rodziny spada i historyczne tło Lipari
Opowieść o Paolino zaczyna się od jego ojca, Giuseppe Spady, wybitnego rzeźbiarza z San Pietro Patti. Jego podróż na Lipari nie była przypadkowa. Po I wojnie światowej, z której powrócił ze zranionym okiem i cierpiący z powodu zimna, lekarz poradził mu przenieść się w cieplejsze miejsce. Wyspa Lipari, z historią sięgającą prehistorii, okazała się idealnym miejscem dla artysty. Od starożytnych osad z obsydianu po ślady dawnego handlu pumeksem, tętniła życiem i kulturą, stanowiąc tygiel wpływów greckich, rzymskich i bizantyjskich.
Giuseppe Spada, był tak cenionym artystą, że Amerykanie zaprosili go do współpracy przy dekoracjach scenograficznych do filmów. Miał też zaszczyt tworzyć fragmenty monumentalnego Altare della Patria w Rzymie, zwanego także Vittoriano. Mimo tak prestiżowych zleceń Giuseppe pozostał skromnym rzemieślnikiem, tworząc również pomniki ku czci poległych żołnierzy w Acquacalda. Na cmentarzu w Lipari do dziś stoi wzruszający pomnik nagrobny jego matki – „anioł pocieszający ją w agonii, by zabrać ją do nieba” – wykonany z cementu ze względu na brak marmuru. W domowym laboratorium modelował Madonny i figurki. Dla kościoła w Marina Corta (San Giuseppe) oraz w Canneto stworzył grotę Matki Boskiej Fatimskiej. Pomagał w modyfikacji ołtarza w Bazylice Świętego Piotra i wykonał rzeźbę Madonny z dzieckiem, którą przekazał kościołowi bez wynagrodzenia. Do jego dzieł należy też dwumetrowa rzeźba San Giovanniego dla kaplicy w Salinie. Giuseppe tworzył również portrety ważnych osobistości i malował maski karnawałowe. Matka Paolino, słynna krawcowa od sukien ślubnych, równie utalentowana, uzupełniała artystyczny krajobraz domu Spadów.
Paolino i jego brat Giovanni, muzycy i rzeźbiarze, dorastali w artystycznym domu. Ich dzieciństwo upłynęło w „bottega del Giuseppe Spada” – pracowni ojca, gdzie od najmłodszych lat, pod czujnym okiem Giuseppe, uczyli się sztuki rzeźbienia i modelowania. To tam, wśród gliny i marmuru, kształtowały się ich zręczne dłonie i wrażliwe dusze. Ich wczesne prace, takie jak „rybki, zwierzątka, a potem aniołki”, były fundamentem artystycznej ścieżki. Pasja do tworzenia, przekazywana z pokolenia na pokolenie, stała się dla nich naturalnym sposobem na życie.
Antyczne maski i współczesna twórczość
Regionalne Muzeum Archeologiczne im. Luigi Bernabò Brea na Lipari to skarbnica historii, z artefaktami z obsydianu i śladami dawnego handlu pumeksem, opowiadającymi o bogatej przeszłości wyspy. Braci Spada szczególnie zafascynowała kolekcja starożytnych masek teatralnych z okresu hellenistycznego (III–I wiek przed Chrystusem).
Maski teatralne w starożytnej Grecji i Rzymie były nieodłącznym elementem przedstawień. Służyły nie tylko zmianie tożsamości, ale i wzmacniały głos aktora, czyniąc go słyszalnym dla tysięcy widzów. Wyrażały emocje, wiek i status postaci, co było kluczowe w dużych amfiteatrach. Odkryte na wyspie, świadczą o bogatej kulturze teatralnej Lipari.
Paolino i Giovanni postanowili tchnąć w te antyczne formy nowe życie. Co niedzielę, z ojcem, udawali się do muzeum, by studiować i szkicować oryginały. Z precyzją odtwarzali wierne, trójwymiarowe repliki starożytnych masek w naturalnej wielkości oraz płaskorzeźby, dokładnie odwzorowujące oryginały z terakoty. Ich pracownia stała się miejscem, gdzie historia spotykała się ze współczesnym rzemiosłem, a każda maska opowiadała nową, fascynującą historię. Zrealizowali także maski na zamówienie teatralne dla kompanii z Rzymu, wystawiającej na Lipari sztukę „La Donna di Samo”.
Wszechstronność braci Spada objawiała się również w muzyce. Paolino z sentymentem wspomina, jak ojciec, utalentowany lutnik, budował im gitary. Obaj bracia grali na gitarach, a Paolino także na basie. Grali w zespole na przyjęciach i w nocnych klubach na Lipari i Vulcano. Giovanni był uznawany za jednego z najlepszych gitarzystów na Sycylii. Bracia wspólnie wykonali dużą rzeźbę Prometeusza (około 1,20 m) oraz pomogli w realizacji dwumetrowej rzeźby San Giovanniego dla kaplicy w Salinie. Paolino i Giovanni również malowali; Giovanni wykonał portrety swojej matki i ojca, a Paolino duży obraz sakralny.
Filozofia życia na Lipari: prostota, pasja
Życie Paolino Spady to esencja sycylijskiej prostoty. Na Lipari nie znajdziemy luksusowych samochodów czy zgiełku wielkich miast. Poranki rozpoczynają się od klasycznego śniadania: świeżej granity alla pesca z odrobiną Malvasii – lokalnego wina, które doskonale oddaje słońce i ciepło wyspy. To w tych prostych rytuałach, w codziennej pracy i w bliskości z naturą, Paolino odnajduje prawdziwe piękno. Jego filozofia życiowa wpisuje się w ideę, że „perfekcja leży w niedoskonałości”. To podejście pozwala mu cenić autentyczność, szanować naturalny bieg rzeczy i tworzyć dzieła, które – choć odwzorowują antyczne formy – posiadają własną duszę i unikalny charakter. Po śmierci brata Giovanniego Paolino sam kontynuuje tradycję, dbając o pracownię i tworząc nowe dzieła.
Paolino Spada to nie tylko artysta; to żywy symbol Lipari, człowiek głęboko szanowany na wyspie. Jego historia pokazuje, że prawdziwe bogactwo nie kryje się w dobrach materialnych, lecz w pasji, wszechstronnym talencie i woli pozostawienia po sobie piękna, które przetrwa pokolenia. Paolino nie zapomniał o swojej muzycznej pasji. Obecnie pracuje nad utworem, który ma nadzieję zaprezentować na słynnym festiwalu w Sanremo, a w jego pracowni, przesiąkniętej zapachem gliny i historii, można poczuć puls wyspy, gdzie sztuka i życie przeplatają się w harmonijnym rytmie.

Sandrone Dazieri – w poszukiwaniu źródeł zła
Z Sandrone Dazierim spotykamy się w maju w niewielkim pomieszczeniu biura prasowego Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie. Papierowe ściany oddzielają nas od tłumu nałogowych czytelników spragnionych spotkań z ulubionymi autorami i poszukujących nowych, ciekawych lektur. Na zewnątrz panuje nieustanny gwar, ale udaje nam się porozmawiać o różnych niuansach pisania, tajnikach budowania dobrego bohatera i źródłach zła. Jego książka „Zło, które ludzie czynią” (czwarta wydana po polsku po „Królu denarów”, „Aniele śmierci” i „Mężczyźnie z Silosu”) ukazała się w tym roku nakładem wydawnictwa Sonia Draga.
Przez lata byłeś dziennikarzem, scenarzystą, publicystą i zajmowałeś się polityką. Skąd pomysł, żeby zająć się pisaniem książek?
Kiedy byłem dzieckiem, jednym z moich pragnień było zostanie dziennikarzem, ale zdałem sobie sprawę, że tematy, które mnie interesowały, bardzo często nie interesowały gazet, z którymi pracowałem. Ja chciałem natomiast zagłębić się w to, co działo się w podziemiu Mediolanu w tamtym czasie, ponieważ pochodziłem z tego świata i chciałem być po części jego rzecznikiem. Oczywiście nie było to możliwe, więc pomyślałem, że aby opowiedzieć historie z mojego punktu widzenia, muszę je wymyślić. Wykorzystałem więc fikcję jako sposób na stworzenie uniwersalnej opowieści, dotyczącej tego, co mnie interesuje. Zacząłem od postaci, która była czymś w rodzaju mojego alter ego w świecie i dałem jej głos w pięciu powieściach.
„Zło, które ludzie czynią” jest bardzo filmową książką, ma wartki rytm, jak udało ci się to osiągnąć?
Mój sposób pracy jest nieco sprzeczny ze stylem współczesnego włoskiego kryminału, ponieważ usuwam wszystko, co nie służy budowaniu napięcia lub tworzeniu prawdziwej historii. Wątek poboczny może istnieć, ale w powiązaniu z fabułą kryminalną. Muszę powiedzieć, że pisanie scenariuszy trochę mi pomogło, bo tam na 90 stronach musisz opowiedzieć na przykład życie osoby, która przeżyła 100 lat. Piękno kina polega na tym, że dzięki obrazom można ,.dużo skrócić i w godzinę, powiedzmy w 100 minut, opowiedzieć wszystko, co się chce. Staram się to robić również w książkach. Tam, gdzie to możliwe, skracam. Zawsze staram się wciągnąć ludzi w opowieść. W książce „Zło, które ludzie czynią” pojawił się dodatkowy element, ponieważ wciąż szukałem źródeł zła. Aby do nich dotrzeć, zdecydowałem się skonstruować dwie równoległe, nienakładające się na siebie historie, opowiadające w różny sposób o tym samym polowaniu na mordercę na przestrzeni trzydziestu lat, jedną w przeszłości, drugą w teraźniejszości. Muszę przyznać, że było to skomplikowane zadanie.

W tej historii znajdziemy też trzy różne gatunki, noir w historii z przeszłości, thriller w tej z teraźniejszości, a także odrobinę horroru.
Horror pojawia się przy postaci Amali, która jest jedyną prawdziwą bohaterką książki. Dziewczynka, która zostaje porwana i torturowana. Jedyna naprawdę niewinna osoba, która ma odwagę walczyć nie tylko o swoje życie, ale i ze złem. Nie odpuszcza, szuka sposobu na ucieczkę i komunikację z kimś, kogo uważa za innego więźnia. Wszyscy pozostali nie są prawdziwymi bohaterami, ale ludźmi, którzy popełniają błędy. W przeszłości mamy policjantkę Italę, która myśli, że ostatecznie rozwiązała sprawę, ale w rzeczywistości tylko przesunęła ją do przodu. Podobnie Gerry, który myśli, że rozwiązuje problemy zabijając ludzi, a tak nie jest. Ale taki właśnie był pomysł, żeby stworzyć noir z thrillerem, lub thriller z noir i odrobiną horroru, bo to są gatunki, które lubię.
W jaki sposób tworzysz swoich bohaterów, którzy są zawsze tak bardzo silni i charyzmatyczni?
Używam podobnego procesu twórczego dla wszystkich ważnych postaci, tj. systemu Stanisławskiego, zgodnie z którym aktor, aby poczuć prawdziwe emocje, musi pomyśleć o czymś, co naprawdę sprawia, że czuje złość, smutek itp. Robię to samo: te postacie muszą być mną, gdybym był nimi. Zastanawiam się, jaki bym był, gdybym urodził się kobietą, gdybym doświadczył tego, czego doświadczyła Itala? Jak reagowałbym na świat? Gdybym był chorym mordercą, który doświadczył tych rzeczy, jak poruszałabym się w świecie? Co bym myślał? W jakiś sposób główni bohaterowie są zawsze moimi projekcjami, jakby byli częściami mnie, którym nadaję tożsamość. I za każdym razem zadaję sobie to pytanie: co by się stało, gdybym urodził się w ten sposób?

Mętrak-Ruda, Sandrone Dazieri / fot. Simone Mutti
Zastanawiam się jednak, czy w świecie, w którym zło jest wszechobecne i nie robi już na nas wrażenia, jesteśmy na nie nieco znieczuleni, jest jeszcze sens, by opowiadać takie historie?
Staram się opowiadać tak, by pokazać, co kryje się pod powierzchnią. Jeśli opowiadam ci o morderstwie, opowiadam ci historię tego morderstwa, opowiadam ci historię mordercy, ofiary, ich środowisko i powody, które doprowadziły do tego, co się stało. I to jest poziom głębi, który został utracony. Teraz wszystko trafia do talk show i staje się bardzo powierzchowne. Tak naprawdę nie dociera się do sedna rzeczy. Należałoby naprawdę zbadać dlaczego, również po to, żeby odkryć, że 90 procent tego, co się wydarza, zależy od warunków życia ludzi: ubóstwa, w tym ubóstwa intelektualnego i kulturowego. Ludzie żyją źle, cierpią, nie mają pieniędzy, boją się o przyszłość, młodzi ludzie nie mają pracy. Trzeba więc opowiadać o tych społecznych i politycznych przyczynach tego, co się dzieje. I jest to coś, czego często nie chcemy słyszeć.
Lepiej powiedzieć: ten, kto zabił, jest potworem. Ja próbuję zadawać sobie pytania, nie wierzę w potwory, wierzę w ludzi, którzy mają problemy. I tak naprawdę myślę, że większość ludzi jest dobra, tylko że żyją w świecie, w którym bycie dobrym człowiekiem jest uważane za powszechną głupotę. Wierzę również, że większość ludzi w obliczu prawdy, dogłębnego wyjaśnienia lub historii w książce, może zrozumieć, wzruszyć się i poczuć złość. Ale ważne, aby dawać im tego rodzaju informacje i narracje, których nie ma w telewizji ani w gazetach. Dlatego piszę książki i zawsze mam nadzieję, że coś z nich zostanie. Powiedzmy, że chcę, aby czytelnik dobrze się bawił, ale zależy mi również na tym, żeby coś w nim zostało, kiedy zamknie książkę. W ten sposób próbuję coś zmienić.
Domenico Merlini i włoska Warszawa
Tekst i foto: Dominika Rafalska
Był jednym z wielu wybitnie utalentowanych Włochów, którzy w XVIII w. przybyli do Rzeczypospolitej, aby zapisać się na kartach jej historii na zawsze. Nie miał wykształcenia akademickiego, a jednak uważany jest za jednego z najwybitniejszych architektów epoki, najważniejszych twórców i propagatorów stylu zwanego „stanisławowskim”. O życiu, twórczości i włoskich śladach Dominika Merliniego w Warszawie mówi Jerzy S. Majewski – varsavianista, historyk sztuki, publicysta.
Dominik Merlini związał całe swoje życie z Warszawą. Przyjechał do Polski około 1750 r., w wieku zaledwie 20 lat. Jak się tu znalazł?
Warto zaznaczyć, że nie przybył w pustkę. Od dziesięcioleci zjeżdżała tu plejada włoskich architektów. Nowożytna Warszawa była bardzo włoskim miastem. W XVII w., gdy sprowadził się tu król, magnaci zaczęli budować swoje rezydencje, a wokół Warszawy powstał wianuszek prywatnych miasteczek, czyli jurydyk. I to właśnie wielcy magnaci sprowadzali do Polski architektów – zazwyczaj z Włoch. Przynajmniej od trzeciej ćwiartki XVII w. przyjeżdżali tu Włosi znad jeziora Lugano. To właśnie tam, w niewielkim miasteczku Castello di Valsolda urodził się Dominik Merlini. Wcześniej z tych okolic do Polski przybyli m.in. Izydor Affaita, co najmniej trzech Ceronich, Józef Szymon Bellotti… Same słynne nazwiska związane z architekturą Warszawy. Ten ostatni wznosił m.in mury kościoła św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu (1679–1696). Kuzynami Dominika Merliniego byli też Fontanowie…
Wszyscy ci artyści ściągali tu zatem do pracy?
Tak. W czasie wojny północnej (1700–1721) Warszawa została zdewastowana. Za Augusta II środowisko architektów zaczęło się jednak odbudowywać, skupiać wokół Saskiego Urzędu Budowlanego (Bauamtu) zorganizowanego na wzór jednostki wojskowej! To byli wybitni architekci. Rzeczpospolita dawała im wielkie szanse, była ogromnym krajem, odradzała się i ekonomicznie była bardzo silna.
Moment, w którym Dominik Merlini przyjechał do Polski to czasy panowania Augusta III. Epoka saska przeszła do historii jako czas bardzo ponury, ale w rzeczywistości był to dla Warszawy okres prosperity gospodarczej i boomu budowlanego! W czasie wojny siedmioletniej (1756–1763) dwór królewski sprowadził się do stolicy i to, wówczas prowincjonalne miasto (liczące zaledwie 30 tys. mieszkańców), zaczęło się dynamicznie rozwijać. Ruch budowlany znacznie się wymorzył.
Merlini nie miał wykształcenia akademickiego. Szlify zdobywał właśnie pod okiem swojego wuja Jakuba Fontany…
Jakub był architektem królewskim. Urodził się już w Warszawie, ale jego ojciec – Józef przybył do Polski z tej samej doliny – Valsoldy pod koniec XVII w. Jakub był znacznie starszy od Dominika, ale miał też brata – Jana Kantego, który był rówieśnikiem Merliniego. Jan Kanty był burgrabią zamku królewskiego. Jakub projektował dużo dla dworu królewskiego i magnatów. Przyjął pod swoje skrzydła młodego Dominika.
Jaka była pierwsza warszawska realizacja Merliniego?
To była nawa i fasada kościoła Kamedułów na Bielanach. Niezwykła architektura. Ma zupełnie inną strukturę architektoniczną, nawę na rzucie zbliżonym do elipsy. Warto wspomnieć też o późniejszym Pałacu Jabłonowskich (1760 r.). Widać tu jeszcze wpływy późnego baroku i rokoka. Styl Merliniego będzie później ewoluował od barokowego do stanisławowskiego, kiedy artysta zaczął wprowadzać do swojej twórczości elementy klasycystyczne. Te budowle cechuje elegancja, prostota, pewna surowość. Warto jednak dodać, że Merlini wprowadził klasycyzm do architektury Warszawy, ale na pewno nie był „odkrywcą klasycyzmu”. Mocno minimalistyczną budowlą klasycystyczną jego projektu były stajnie królewskie – prawie pozbawione detalu, surowe. Warto wspomnieć tu też o Łazienkach…
Czy ten projekt można uznać za „rewolucyjny” w jego twórczości?
Nie, choć wprowadzał on formy, które były rezultatem zainteresowań artystycznych króla i otaczającego go środowiska. Gdy patrzymy na południową elewację Pałacu na Wyspie, widzimy niesamowitą elegancję. Ten pierwszy powiew klasycyzmu na pewno ma w sobie iskrę wpływu francuskiego, a drugi – jego późniejsze realizacje częściej odwołują się do form włoskich, np. do Andrei Palladia z Vicenzy, który był mistrzem dla architektów epoki chociaż sam reprezentował styl zwany manieryzmem…
Nie, Łazienki nie były rewolucją, ale nie zmienia to faktu, że jest to wybitna architektura, która jest wypadkową talentu Merliniego a także gustu króla i wpływu jego otoczenia. Warto wspomnieć tu o samym założeniu parkowym, które było wynikiem pracy Jana Christiana Schucha…
Czy podobne parki powstawały już wtedy w Europie?
Jak najbardziej. W samym Ogrodzie Saskim istniał teatr, wielki pawilon, Żelazna Brama…
W przypadku Łazienek możemy mówić o dużej różnorodności form istniejących tam budowli… Amfiteatr odwoływał się do teatru antycznego, z kolei Biały Dom przypomina Lusthaus… Pałac Myślewicki autorstwa Merliniego jest z kolei jeszcze „bardzo saski”. Ma charakterystyczną „złamaną fasadę” i spokojnie mógłby stanąć w Dreźnie Augustów.
O jakich jego projektach warto jeszcze pamiętać?
Na pewno o przebudowie wnętrz Zamku Królewskiego. W skali ówczesnej architektury polskiej widać tam wielki rozmach, wspaniałe proporcje, detal… Wnętrza w duchu francuskiego klasycyzmu są piękne, gustowne… Jest to zupełnie inne od sztuki rokoka. Na owe czasy było to bardzo nowoczesne.
Nieco zapomnianym projektem jest także ten dotyczący przebudowy Zamku Ujazdowskiego. Pierwotnie miała to być siedziba Stanisława Augusta Poniatowskiego. Z tamtych czasów zachował się ciekawy projekt sali tronowej z przeznaczeniem dla królowej! Niestety, jak wiadomo, Stanisław August nigdy się nie ożenił…
Powstało wtedy także wielkie założenie urbanistyczne w postaci tzw. latawca – wielkiej osi urbanistycznej od strony zachodniej z dzisiejszą ul. Nowowiejską.
Po śmierci Fontany (1773 r.), Merlini został Architektem Króla i Rzeczypospolitej. Na czym polegała jego praca?
Miał za zadanie utrzymanie, konserwację i modernizowanie budowli o charakterze państwowym… Na przykład odbudowywał po pożarze Pałac Rzeczypospolitej w Warszawie. W tym projekcie uszanował układ z czasów Tylmana z Gameren, ale jednak stworzył coś własnego. Podobnie było z przebudową Pałacu Brühla który zaprojektowali architekci z Bauamtu. Tę niezwykłą rezydencję Merlini przerobił na ambasadę rosyjską. Po jego przebudowie wnętrza pałacu straciły swój saski późnobarokowy styl, stały się bardziej surowe, klasycystyczne. Zbudował też Bramę Grodzką w Lublinie, przebudował tamtejszy trybunał…


Czy w twórczości Merliniego widać inspirację Włochami? I skąd owa inspiracja pochodzi skoro nie wiemy nawet czy architekt wrócił kiedykolwiek choć na chwilę do Włoch?
Tego rzeczywiście nie wiemy, nie ma na ten temat dokumentów. Do końca życia został w Warszawie, tu umarł, został pochowany na Powązkach… Ale pamiętajmy, że Stanisław August też był zafascynowany Włochami, choć nigdy we Włoszech nie był.
Nawiązania Merliniego do architektury włoskiej nie biorą się raczej z tęsknoty za Włochami, ale z pewnej mody i jego osadzenia tutaj. Włosi działali w Warszawie od pokoleń. Włoska architektura i sposób myślenia, idee, wpływy, estetyka… to wszystko „krążyło tu” i docierało także do serca Merliniego. Wtedy funkcjonowały też wzorniki, z których korzystali architekci.
Inspirację Włochami widać choćby w kościele Bazylianów na Miodowej, który z zewnątrz jest pałacem. W stu procentach włoska jest także Królikarnia… Widać tu wyraźną inspirację Vicenzą, Villą Rotondą Palladia. Pałac stoi na skarpie, w środku ma rotundę… Widać tu naprawdę wiele podobieństw. W parku mamy też kuchnię ogrodową, która nawiązuje bryłą do grobowca Cecylii Metelli przy via Appia pod Rzymem. Czy Merlini mógł znać to z autopsji? Nie wiemy, ale pamiętajmy, że projekty Palladia były bardzo rozpowszechnione, on sam stworzył traktat, a jego rysunki przerysowywano, funkcjonowały w całej Europie.
Merlini był Pana zdaniem wizjonerem czy po prostu skutecznym wykonawcą pomysłów, które rodziły się w głowie Stanisława Augusta Poniatowskiego?
Myślę, że paradoksalnie wyjątkowość Merliniego polega właśnie na jego pełnym zrozumieniu z królem, na umiejętności stworzenia unikatowego języka architektury – wnętrz zamkowych, budowli w Łazienkach… Nie jestem pewien czy jego wszystkie inwestycje, niezwiązane bezpośrednio ze Stanisławem Augustem są podobnie eleganckie… Ten późniejszy styl palladiański był bardziej kosmopolityczny. Najpiękniejsze co stworzył Merlini było wypadkową spotkania dwóch indywidualności – jego i Stanisława Augusta Poniatowskiego.

A.C. Wawa powraca jako mistrz Włochów w Polsce
Tłumaczenie pl: Wojciech Wróbel
Foto: Bartosz Banaś
12. edycja rozegranego w weekend, 5-6 lipca w prestiżowym Ośrodku Treningowym Legii w Grodzisku Mazowieckim Turnieju Piłki Nożnej Włochów w Polsce po raz kolejny potwierdziła, że stanowi on najważniejsze i najpopularniejsze wydarzenie sportowe włoskiej społeczności w Polsce.
W wydarzeniu zorganizowanym przez Comites Polonia i Gazzetta Italia oraz sponsorowanym przez Ambasadę Włoch w Warszawie, wzięło udział ponad stu sportowców z całej Polski, podzielonych na dziesięć drużyn, którzy zmagali się ze sobą w ciągu dwóch dni Wielkiego Futbolu, w palącym słońcu, które testowało ich wytrzymałość fizyczną do granic możliwości.
Profesjonalizm i elegancja obiektu stanowiły idealną oprawę dla tej edycji, którą otworzyli: Prezes Comites Polonia Silvia Rosato oraz Pierwszy Sekretarz Ambasady Włoch, dr Vincenzo Spinelli, reprezentujący Ambasadora Lucę Franchetti Pardo, nieobecnego z powodu żałoby rodzinnej. Chwila szczególnego wzruszenia nastąpiła przed finałem, kiedy minutą ciszy uczczono pamięć ojca Ambasadora, który zmarł kilka dni przed wydarzeniem.

Formuła turnieju doskonale się sprawdziła – w pierwszej fazie miały miejsce rundy włoskie, kolejne zaś były rundami pucharowymi, które jak zwykle zapewniły widowisko i napięcie do samego końca. W turnieju uczestniczyło 10 drużyn, które stoczyły boje w piekielnym upale – Il Sogno di Varsavia, AC Wawa, AS Cracovia Calcio, Real Poznań, Italiani a Wrocław, Warszawa United, FC KTM Łódź, Atletico per niente Wrocław, ITAL3MIASTO i Legia Carbonara Varsavia.
Ostatni dzień turnieju dał kibicom morze adrenaliny – to były naprawdę zacięte mecze! W pierwszym półfinale Il Sogno di Varsavia pokonało Italiani a Wrocław i awansowało do finału. W drugim meczu AC Wawa pokonała Cracovię dopiero w rzutach karnych, po emocjonującym remisie w ostatnich minutach regulaminowego czasu gry.
Finał, rozegrany przed publicznością złożoną z drużyn, rodzin, przyjaciół, kibiców i gości centrum sportowego, charakteryzował się dobrą i równą grą, przełamaną tuż przed przerwą przez zawodnika AC Wawy Gennaro Caputo, który sfinalizował piękną akcję i zdobył decydującą bramkę, zdobywając dla swojej drużyny tytuł mistrza 12. edycji. Pomimo prób wznowienia gry przez Il Sogno di Varsavia – triumfatora dwóch poprzednich edycji, AC Wawa stawiła opór i zasłużenie powróciła na najwyższy stopień podium, po raz kolejny potwierdzając, że jest drużyną nie do pokonania w tym turnieju.
Nagrody indywidualne trafiły do: Alessandro Puriniego z Cracovii – najlepszego strzelca z ośmioma bramkami, Gennaro Caputo z AC Wawy – najlepszego zawodnika, Maksymiliana Klejewskiego z Poznania – najlepszego bramkarza, któremu udało się nawet strzelić gola z własnej połowy.
Sukces wydarzenia był możliwy dzięki zaangażowaniu organizatorów i nieocenionemu wsparciu sponsorów: Italmatch Chemicals – sponsora głównego, BGTeC, LeoVince, La Bottega da Enrico, Lo Sfizio i Mare e Monti di Enrico Monti, Shardana, Ferrero, SpaccaNapoli i Fundacji Włosko-Polskiej InteRe. Gazzetta Italia, wieloletni partner medialny turnieju, jak zawsze zapewniła wydarzeniu wsparcie organizacyjne i oprawę medialną. Sponsorzy umożliwili również miłe chwile i degustacje włoskich produktów, które towarzyszyły dwóm dniom sportu.
Klasyfikacja końcowa: 1) AC Wawa, 2) Il Sogno di Varsavia, 3) AS Cracovia Calcio, 4) Italiani a Wrocław, 5) Warszawa United, 6) Atletico per niente Wrocław, 7) Real Poznań, 8) KTM Łódź, 9) ITAL3MIASTO, 10) Legia Carbonara Warszawa. Wszystkie drużyny zostały nagrodzone pucharami i medalami.
Gazzetta Italia 113 (październik – listopad 2025)
Stanisław Poniatowski, Maria Konopnicka i Jarek Mikołajewski, uhonorowani wspaniałą okładką autorstwa Arkadiusza Hapki, są symbolami italofonii w Polsce. Numer 113 zabierze Was w podróż przez Tydzień Języka Włoskiego, z komentarzem Ambasadora Franchettiego Pardo, modę z hołdem dla Giorgio Armaniego, podróże między Materą a przygodami Elżbiety Dzikowskiej czy kulturę z neapolitańskim księdzem, który przepowiedział wyzwolenie Polski. Poza tym kino z echami tegorocznego Festiwalu Filmowego w Wenecji, historia Malucha (Fiat 126) między Turynem a Bielsko-Białą, refleksja na temat setnej rocznicy urodzin Andrei Camilleriego autorstwa Macieja Brzozowskiego, historia sukcesu Doroty Koziary we Włoszech i wiele więcej, jak również nasze stałe rubryki poświęcone językowi, kuchni, komiksom i muzyce. Numer, którego nie możecie przegapić!
Italian Pizza Championship w Polsce: pizzeria Enigma (Wrocław) wygrywa pierwszą edycję
Com.It.Es. Polska zorganizowało pierwszą edycję Italian Pizza Championship (Włoskich Mistrzostw Pizzy) w Polsce pod patronatem Ambasady Włoch w Warszawie oraz warszawskiego biura ITA – Italian Trade Agency. Projekt powstał we współpracy z Mistrzem Pizzaiolo Gabriele Costabile — w celu promowania włoskiego know-how i produktów Made in Italy poprzez jeden z najbardziej lubianych symboli Włoch: pizzę.
Po lokalnych eliminacjach, w których wzięło udział około 45 pizzerii z Krakowa, Wrocławia i Warszawy, w finale w restauracji Abruzzo w Warszawie zmierzyło się trzech zwycięzców: Sette (Kraków), Enigma (Wrocław) i Dziurka od Klucza (Warszawa). Pod okiem jury technicznego – szefa kuchni Mutti Carlo Casoniego, Waltera Busalacchiego (właściciela Non solo Pizza) szefa kuchni i influencera Mattia Centiniego – pod przewodnictwem Witolda Casettiego, finał mianował Enigmę (Wrocław) „Najlepszą włoską pizzę w Polsce”, a za nią uplasowały się Dziurka od Klucza i Sette. Wszystkie trzy lokale zostały nagrodzone przez ambasadora Włoch w Polsce Lucę Franchettiego Pardo. Jury mediów przyznało następnie nagrodę „Najbardziej medialna pizza” Dziurce od Klucza.
Inicjatywa, która odbyła się po raz pierwszy w Polsce, cieszyła się dużym zainteresowaniem publiczności i przedstawicieli branży, potwierdzając jakość pizzerii w trzech zaangażowanych miastach i otwierając drogę do ewentualnego rozszerzenia na inne miejscowości w Polsce w kolejnych edycjach. Organizatorzy dziękują sponsorom: Mutti, Molini Pizzuti, Gusto Food Service, Frantoio Verna, Cuore Nero, Di Sipio oraz partnerom medialnym: Gazzetta Italia, Throwback Pasta oraz współorganizatorowi: Fundacji Włosko-Polskiej InteRe. Dla Com.It.Es. Polska mistrzostwa stanowią ważny etap w misji promowania znakomitej włoskiej kuchni i wzmacniania dialogu kulturowego między Włochami a Polską.
Pizzerie zainteresowane udziałem w edycji 2026 zapraszamy do kontaktu na adres segreteria@comitespolonia.pl.
Foto: Bartek Banaś
POLSKA. UDZIAŁ AMBASADORA FRANCHETTIEGO PARDO ORAZ SZEFa SZTABU GENERALNEGO WŁOCH, GEN. PORTOLANO, W UROCZYSTOŚCI RELIGIJNEJ KU CZCI WŁOSKICH POLEGŁYCH ODNALEZIONYCH W ŁAMBINOWICACH
Foto: Diana Wietrzykowska-Pizoń
Warszawa, 2 października 2025 r. – Dziś w Katedrze Wojska Polskiego w Warszawie odbyła się uroczysta ceremonia ku czci włoskich poległych z okresu II wojny światowej, odnalezionych na terenie byłego niemieckiego obozu jenieckiego „Lamsdorf” (dzisiejsze Łambinowice) – jednego z najważniejszych odkryć dla Włoch w ostatnich latach.
We Mszy świętej, odprawionej przez nuncjusza apostolskiego w Polsce, arcybiskupa Antonio Guido Filippazziego, uczestniczyli: ambasador Włoch w Polsce Luca Franchetti Pardo, szef Sztabu Generalnego Obrony Włoch gen. Luciano Antonio Portolano, jego polski odpowiednik gen. Wiesław Kukuła oraz szef Urzędu Ochrony Dziedzictwa Kultury i Pamięci Obrony (UTCMD) gen. Andrea Rispoli. Obecni byli także liczni przedstawiciele władz polskich, włoskiej społeczności w Polsce oraz krewni poległych.
Ambasador Franchetti Pardo, zwracając się serdecznie do rodzin obecnych na uroczystości, podziękował licznym polskim władzom cywilnym i wojskowym, które wspierały Włochy na wszystkich etapach projektu poszukiwań i ekshumacji szczątków.
Podkreślił, że „fundamentalne znaczenie ma pielęgnowanie pamięci o ofierze poległych żołnierzy, aby umacniać więź międzypokoleniową oraz uświadamiać wartość i znaczenie najwyższego dobra, jakie dzięki tej ofierze mogło zostać zbudowane – pokoju”.
Ze swojej strony szef Sztabu Generalnego Obrony Włoch, gen. Portolano, podkreślił, że dzięki niestrudzonej pracy archeologów, historyków, wolontariuszy oraz naszych instytucji możliwe było wreszcie przywrócenie tym poległym tego, co im się należy: pamięci, godności i godnego pochówku.
Gen. Rispoli, szef UTCMD, zaznaczył natomiast znaczącą rolę cmentarzy jako miejsc odpoczynku i pamięci, „gdzie nasi bliscy oczekują w pokoju” i gdzie „ich pamięć żyje na zawsze”.
Po błogosławieństwie trumny ze szczątkami 31 poległych zostały przewiezione na włoski cmentarz wojskowy na Bielanach w Warszawie, gdzie nastąpi ich pochówek. W przypadku szczątków pozostałych 29 poległych, które zostaną sprowadzone do Włoch, przewidziane są uroczyste obchody w Italii.



























































