Gazzetta Italia 117 (czerwiec – lipiec 2026)
Na okładce Alessandro Parrello i Oriana Celentano, dwoje z głównych bohaterów nowego polskiego serialu telewizyjnego kręconego między Warszawą a Polignano a Mare. Numer 117 „Gazzetta Italia” to wspaniałe wydanie wakacyjne. W wywiadzie Alessando Parrello i Laura Breszka zdradzają kulisy i zapowiadają serial „Felicità”, produkowany przez TVP i mający swoją premierę we wrześniu, a oprócz tego nowe wydanie zawiera także interesującą rozmowę z historykiem Piotrem Podemskim na temat 80-lecia Republiki Włoskiej. Dużo miejsca poświęcono również Genui, która intensywnie rozwija się jako atrakcyjny kierunek turystyczny i centrum kongresowe. Wśród pozostałych artykułów warto zwrócić uwagę na wspomnienie, którego bohaterem jest Gino Paoli, wywiad z księdzem kanonikiem Tomaszem Jaroszem, członkiem Rady ds. Polonii i Polaków za Granicą, rozmowę z blogerką Ulą Pedantulą, analizę kontrowersyjnego filmu „Salò” Pasoliniego, a także wiele innych artykułów i recenzji oraz nasze stałe rubryki poświęcone motoryzacji, kuchni i językowi. Pędźcie do Empiku albo zamówcie nowe wydanie na naszej stronie internetowej – naprawdę warto!
Stowarzyszenie Italianistów Polskich: dziesięciolecie
Tekst: Maria Załęska i Artur Gałkowski
W polskim krajobrazie akademickim Stowarzyszenie Italianistów Polskich, znane pod skrótem SIP, jest czymś więcej niż tylko towarzystwem naukowym. To przestrzeń spotkań i rozpoznawalny punkt odniesienia. Dziesięć lat po oficjalnej rejestracji SIP można opowiedzieć jako historię relacji, wspólnych idei i trwających rozmów.
Formalną datą powstania SIP jest 15 maja 2015 roku. Jednak – jak często bywa – to, co naprawdę ważne, zaczęło się wcześniej. Idea powołania SIP nabrała kształtu 16 grudnia 2013 roku, podczas spotkania we Włoskim Instytucie Kultury w Krakowie, którym wówczas kierował Angelo Piero Cappello. Przy jednym stole zebrało się około trzydzieścioro przedstawicieli polskiej italianistyki. Był to przede wszystkim moment wzajemnego rozpoznania. Osoby, które – rozproszone tu i ówdzie – już ze sobą współpracowały, często od wielu lat, uświadomiły sobie, że są częścią szerszej wspólnoty. Wszyscy uczestnicy tego spotkania mogą dziś być uznani za duchowych założycieli SIP. Wśród nich znalazły się postacie, które odcisnęły głębokie piętno na historii polskiej italianistyki, takie jak Monika Surma-Gawłowska i Stanisław Widłak. To on jako pierwszy dostrzegł, że polska italianistyka potrzebuje wspólnej, rozpoznawalnej struktury – zarówno w kontekście krajowym, jak i międzynarodowym.
Zarząd SIP, kierowany do 2022 roku przez Artura Gałkowskiego, a od tego momentu przez Marię Załęską, skupia wybitnych badaczy z różnych polskich uczelni. Każdy wnosi ze sobą inne doświadczenie. Ta różnorodność jest prawdziwym bogactwem. To ona sprawia, że SIP pozostaje organizacją otwartą, zdolną pomieścić złożoność współczesnej italianistyki. Od samego początku Stowarzyszenie kształtowało się wokół jednego, fundamentalnego słowa: dialogu. Dialogu między uznanymi uczonymi a młodymi badaczami. Dialogu między różnymi dyscyplinami – od literaturoznawstwa po językoznawstwo, od glottodydaktyki po studia kulturowe. Wszystkie polskie ośrodki akademickie, w których naucza się języka i kultury włoskiej, postrzegają SIP jako naturalny punkt kontaktowy.
SIP przyjmuje model wspólnotowy – prosty, a zarazem niezwykle skuteczny. Jego kluczowymi składnikami są zaufanie i entuzjazm. W działalności SIP bierze się udział z wyboru i z przekonania. Aktywność SIP opiera się na dobrowolnej pracy członków, składkach członkowskich, na współpracy z Włoskimi Instytutami Kultury w Warszawie i Krakowie oraz z uczelniami goszczącymi różne wydarzenia – poczynając od Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, gdzie mieści się oficjalna siedziba SIP.
Konferencje SIP wyznaczają rytm życia towarzystwa. Odbyły się na Uniwersytecie Wrocławskim w 2017 roku, Uniwersytecie Łódzkim w 2019, Uniwersytecie Warszawskim w 2022 i Uniwersytecie Śląskim w 2024. Teraz uwaga kieruje się ku Uniwersytetowi im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie przygotowywana jest V Konferencja SIP przypadająca na rok 2026. Każde spotkanie jest inne, lecz duch pozostaje ten sam: spotkania, dyskusje, dialog między tradycją a nowymi ideami. Konferencje, wraz z towarzyszącymi im publikacjami, gromadzą badaczy nie tylko z Polski, lecz także z wielu zagranicznych ośrodków akademickich. To namacalne potwierdzenie międzynarodowego wymiaru polskiej italianistyki. I zarazem przypomnienie, że nierzadko – paradoksalnie – czasowi opiera się coś pozornie ulotnego: przypadkowa rozmowa, nagła intuicja, zaczątek projektu, który nabierze kształtu dopiero później.

SIP promuje ponadto szereg ważnych inicjatyw. Nagroda za Najlepszą Monografię Italianistyczną to docenienie i uznanie jakości dorobku naukowego. W trzech dotychczasowych edycjach nagrodzone zostały monografie Natalii Chwai, Justyny Łukaszewicz oraz Katarzyny Kwapisz-Osadnik. Dni Młodych Italianistów, inicjatywa niezależna, lecz wspierana przez SIP, stanowią z kolei prawdziwy punkt startowy dla osób rozpoczynających drogę akademicką. To cenne spotkania, które w bardzo konkretny sposób pokazują, że przyszłość polskiej italianistyki buduje się już dziś – krok po kroku.
Dziesiątą rocznicę SIP świętowano organizując panel zatytułowany Przeszłość – teraźniejszość – przyszłość studiów italianistycznych w Polsce. Spotkanie, prowadzone przez Marię Załęską i Agnieszkę Kwapiszewską, zgromadziło członków SIP, przedstawicieli włoskich instytucji kultury oraz studentów italianistyki. Był to czas refleksji, opowieści i anegdot.
Elżbieta Jamrozik nakreśliła długie dzieje studiów italianistycznych w Polsce, łącząc opowieść o instytucjach z nutką nostalgii oraz z naukami płynącymi z przeszłości. Pierwszy przewodniczący SIP, Artur Gałkowski, przypomniał szereg osób – a właściwie osobistości – które swoimi pomysłami i zaangażowaniem współtworzyły tożsamość Stowarzyszenia w ciągu dziesięciu lat jego historii instytucjonalnej. Fabio Troisi, dyrektor Włoskiego Instytutu Kultury w Warszawie, nawiązał do początków działalności IIC w Polsce, podkreślając trwałość relacji budowanych latami, także podczas realizacji licznych inicjatyw SIP.
Studenci w swoich wystąpieniach skupili się przede wszystkim na własnym doświadczeniu, na teraźniejszości. Szczególnie inspirujące było wysłuchanie tego, co dziś skłania ich do studiowania języka i kultury włoskiej. Perspektywa studentów włoskich, którzy przyjechali do Polski, by studiować tu własny język i kulturę, uwydatniła wartość programu wymiany studentów Erasmus+, który niewątpliwie poszerza horyzonty uczestników. Lucyna Marcol-Cacoń zwróciła uwagę na znaczenie kreatywności w konstruowaniu współczesnych programów studiów. Matteo Ogliari, dyrektor Włoskiego Instytutu Kultury w Krakowie, zaprezentował różnorodne formy wsparcia rozwoju studiów italianistycznych w Polsce ze strony obu IIC oraz ze strony włoskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Przejście od tematu teraźniejszości ku przyszłości było naturalne. Studenci skupili się na możliwościach kariery dla absolwentów kierunków związanych z językiem i kulturą włoską oraz na coraz bardziej pożądanych kompetencjach przyszłości. Kontynuując ten wątek, Matteo Ogliari odniósł się do przyszłości przez pryzmat polityki kulturalnej włoskich instytucji działających w Polsce. Fabio Troisi podkreślił natomiast wartość edukacji humanistycznej jako rzetelnego przygotowania do konfrontacji z wyzwaniami przyszłości.
Panel zamknęły uwagi Romana Sosnowskiego poświęcone humanistyce cyfrowej i sztucznej inteligencji jako narzędziom, wspomagającym włączanie kompetencji przyszłości do programów studiów. Pozostało tylko przyznać: przyszłość już tu jest. Wchodzi właśnie zarówno do sal wykładowych, jak i do codziennych aktywności.
Rocznicę SIP także należy odczytywać jako spotkanie przeszłości z przyszłością. To nie tylko moment podsumowań, lecz również impuls do dalszego rozwoju. SIP zamierza nadal się rozwijać i umacniać swoją pozycję jako punkt odniesienia dla italianistów, aby podczas świętowania kolejnych rocznic nie zabrakło nowych opowieści. Bo SIP to nie tylko stowarzyszenie, lecz wspólnota ludzi połączonych pasją do języka i kultury włoskiej oraz rozwijania przyjaźni między Polską a Włochami.
Aby się zapoznać z działaniami SIP, zapraszamy na stronę: https://stowarzyszenieitalianistow.pl
Pistacje z Bronte – zielone złoto
Pistacja, która po sycylijsku nazywana jest frastuca (od arabskiego słowa fustaq), nie jest jedynie orzechem. To roślina o historii liczącej tysiąclecia, niemal tak starej jak historia człowieka. Jej dzieje sięgają aż 6760 roku przed Chrystusem, kiedy rosła już na ziemiach dzisiejszej Jordanii. Od tamtej pory jej nasiona wędrowały przez pustynie i morza, przechodziły z rąk do rąk, z ludu do ludu. Pistacja nie była jedynie pożywieniem – w dawnych kulturach uznawano ją za potężny afrodyzjak, ale także za antidotum na ukąszenia jadowitych zwierząt. To małe ziarenko, delikatne i silne zarazem, zdołało podbić odległe ziemie, by ostatecznie stać się jednym z najbardziej ukochanych symboli Sycylii na całym świecie.
Związek Sycylii z pistacją jest tak stary jak legendy o wyspie. Choć uprawa na szeroką skalę rozwinęła się dopiero w XIX wieku, korzenie tej tradycji sięgają czasów Arabów, którzy przybyli na wyspę w 827 roku. To właśnie oni przywieźli frastucę, zasadzili ją najpierw w Agrigento i Caltanissetta, by w końcu oddać jej najbardziej żyzną ziemię – zbocza Etny. I właśnie tutaj, na górze ognia i popiołu, pistacja odnalazła swój najczystszy głos. Zastygła lawa stała się jej ziemią, skała – domem, a roślina, dzięki niezwykłej wytrwałości, zaczęła rodzić owoce o smaku, jakich próżno szukać gdziekolwiek indziej na świecie. Nie bez powodu pistacja z Bronte nazywana jest zielonym złotem. Podobnie jak złoto – jest rzadka, cenna i potrafi nadać wartość nawet najprostszym potrawom. Jednak bogactwo pistacji nie tkwi jedynie w naturze – tkwi także w człowieku. Co dwa lata, w lata nieparzyste, mieszkańcy Bronte wspinają się między skałami i po stromych zboczach, by ręcznie zbierać pistacje. Maszyny są tu bezradne, ponieważ praca wciąż pozostaje taka jak dawniej – powolna i wymagająca dużego wysiłku. Być może właśnie dlatego ten trud sprawia, że każdy owoc pistacji staje się jeszcze cenniejszy, jakby krył w sobie oddech tego, kto go zerwał: jego pot, cierpliwość, ale także pasję. Zbiory stają się także świętem. Ulice wypełniają się festynami i obchodami, stoły przyozdobione są zielonymi dekoracjami, a całe miasteczko uczestniczy w rytuale łączącym przeszłość z teraźniejszością. To dowód, że pistacja nie jest jedynie produktem rolniczym – jest żywą pamięcią, wspólną tożsamością i opowieścią o wspólnocie.
Pistacja z Bronte wyróżnia się spośród innych nie tylko pochodzeniem, lecz przede wszystkim swoją niepowtarzalnością: intensywną zielenią, przypominającą łąki po deszczu, oraz słodkim i głębokim smakiem, chwilami niemal winnym, który długo pozostaje na języku. Jest mniejsza od zagranicznych odmian, lecz to właśnie ta intensywność smaku czyni ją tak pożądaną. Nikogo nie dziwi, że pistacja z Bronte znajduje się na liście produktów DOP (Chroniona Nazwa Pochodzenia) – to znak potwierdzający to, co Sycylijczycy wiedzieli od zawsze: że ten owoc nie jest jak inne.
W kuchni pistacja obecna jest wszędzie: w pesto, nugacie, świątecznych deserach oraz aksamitnych kremach, takich jak słynny pistacchioso, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Jest składnikiem, który jednoczy rodziny, wzbogaca stoły i niesie ze sobą ogromną wartość symboliczną. To nie tylko ziarno – to kolor, wspomnienie i obietnica. I choć największymi producentami pistacji na świecie są Iran i Stany Zjednoczone, a za nimi Syria oraz Grecja, Bronte potrafi bronić swojej małej wielkiej doskonałości. Włochy produkują zaledwie 1% światowej pistacji, a z tej ilości aż 90% pochodzi właśnie z tego miasteczka u stóp Etny. Prawdziwy cud natury i ludzkiej wytrwałości. Pistacja to nie tylko poezja. To także zdrowie. Jest bogata w białko, błonnik, dobre tłuszcze i witaminy. Pomaga chronić serce, obniżać poziom cholesterolu i zachować młodą skórę dzięki antyoksydantom. To mały skarbiec energii i siły – codzienny sprzymierzeniec tych, którzy wybierają zdrowe odżywianie.
Skosztować pistacji z Bronte oznacza wejść w duszę Sycylii – poczuć oddech Etny, odczuć trud ludzkich rąk i dotknąć pamięci całego narodu. To owoc zrodzony z ognia i popiołu, niosący ze sobą słodycz życia. Jak każda rzecz na tej ziemi – pełen kontrastów: twardy i delikatny, rzadki i popularny, prosty i bezcenny. Być może właśnie dlatego nazywany jest zielonym złotem – ponieważ nie tylko syci, lecz także opowiada historię. Historię wyspy, która nauczyła się przemieniać wiatr, lawę i pasję w wieczne piękno. I w coś tak niezwykle pysznego.
Ornella Vanoni: Sukces “Bez końca”
Gdy 22 listopada 2025 dotarła wiadomość o śmierci Ornelli Vanoni, stało się jasne, że Włochy straciły jedną z najwybitniejszych piosenkarek; wraz z nią zniknął głos który towarzyszył Włochom przez dziesięciolecia. Jej śmierć wstrząsnęła całym krajem, a publiczny hołd oddały jej nie tylko inne gwiazdy włoskiej muzyki, ale i sama premier oraz minister kultury Włoch. Wspominali ją nie tylko jako ponadczasową wykonawczynię muzyki pop, ale też jako ikonę stylu i niezwykle oryginalną kobietę.
Nazwanie jej legendą nie jest więc jedynie patetycznym wyolbrzymieniem, a stwierdzeniem faktu; Ornella była artystką w pełnym tego słowa znaczeniu, wszechstronną, samoświadomą i głęboko zakorzenioną we włoskiej kulturze.
Trudno wskazać inną postać, która tak jak ona, zaznaczyła swoją obecnością niemal każdą erę powojennej sceny muzycznej Włoch. Jej kariera, rozpoczęta w latach 50., trwała kolejne siedem dekad i była nie tylko pasmem sukcesów komercyjnych, ale i zapisem przemian – estetycznych, obyczajowych i artystycznych – jakie zachodziły w społeczeństwie.
od początku swojej kariery, ucieleśniała rzadki dla tamtych czasów portret kobiety wyrafinowanej, niezależnej i świadomej swojej siły.
Fundamentem przyszłej wielkiej kariery stała się więź, jaka łączyła ją z teatrem. Na deskach mediolańskiego Piccolo Teatro kształtowała swoją artystyczną tożsamość; tam nauczyła się dyscypliny, ekspresyjnego minimalizmu i dbałości o precyzję przekazu. Nawet charakterystyczny sposób śpiewania – pełen oddechów, umiejętnie wykorzystywanych pauz, szeptu i wyważonej niespieszności, był wynikiem jej teatralnych doświadczeń.
Tam również zaczęła się jej muzyczna droga. Pierwszy repertuar stworzyły w całości piosenki inspirowane regionalnymi balladami, które opowiadały o świecie podziemia; przestępcach, więźniach, strażnikach prawa i życiu na marginesie. Szybko stała się znana z wykonywania utworów w dialekcie mediolańskim, za co zyskała przydomek cantante della mala.
Dekadą przełomową, okazały się lata 70., które ugruntowały jej pozycję jako jednego z najważniejszych włoskich głosów. Z tamtego okresu pochodzą jej największe i najpopularniejsze dzieła, takie jak “Una ragione di più”, “Eternita”, “L’appuntamento” czy “Domani è un altro giorno”. Wszystkie opowiadające o miłości w typowy dla Ornelli sposób; bez dramatycznych scen i patosu, za to z klasą, wyrafinowaniem i żywymi emocjami. W tym czasie wyruszyła też w kilka światowych tras koncertowych i stała się rozpoznawalna poza granicami rodzimego kraju.
W latach 80. na pierwszy plan wysunęła się jej przygoda z jazzem. W 1986 r. wydała album z reinterpretacją włoskich piosenek w estetyce jazzowej, z udziałem wybitnych międzynarodowych artystów tego gatunku. Jazz nie był jednak tylko chwilowym etapem jej kariery, był obecny w dalszym etapie jej życia artystycznego. Świadczy o tym chociażby wieloletnia współpraca z saksofonistą jazzowym Gerrym Mulliganem, który towarzyszył jej nie tylko na scenie, ale i na jej albumach.
Niezmienny, pełen elegancji i kobiecej delikatności styl, stał się jej symbolem rozpoznawczym i uczynił z niej ikonę wielu pokoleń Włochów. Już od początku swojej kariery, ucieleśniała rzadki dla tamtych czasów portret kobiety wyrafinowanej, niezależnej i świadomej swojej siły, bez nachalnego kreowania figury diwy. Miała absolutną kontrolę nad swoim wizerunkiem scenicznym, pozostając przy tym całkowicie wierną sobie.
Szczególnie ceniona przez ludzi była jej bezpośredniość i ogromny dystans, zarówno wobec świata, jak i samej siebie. Przez całe życie związana z Mediolanem, potrafiła z nostalgią, ale i goryczą mówić, że z miasta życzliwego stał się zimny i materialistyczny. Z typową dla siebie ironią mówiła także o swojej popularności, przyznając, że choć “L’appuntamento” to jej najlepszy utwór, ciągłe powtarzanie go na scenie stało się dla niej męczące.
Vanoni nigdy nie unikała też tematów niewygodnych. Otwarcie mówiła o wieloletniej walce z depresją, hospitalizacjach i konieczności przyjmowania leków, które uważała za element troski o siebie, a nie powód do wstydu. Ze szczerością opowiadała także o samotności, która towarzyszyła jej nawet wśród ludzi. Od dzieciństwa miała świadomość własnej odmienności, wynikającej z nadmiernej wrażliwości, która wielokrotnie prowadziła do głębokiej wewnętrznej pustki i izolacji od świata.
Oprócz muzyki, także jej życie miłosne stale było obiektem zainteresowania publiki; choć w ciągu życia wdawała się w liczne romanse, przyznawała, że prawdziwie kochała jedynie cztery osoby. Żartowała też, że miłość jest dla niej równie ważna, co niepotrzebna. Szczególne miejsce w jej sercu zajmował Gino Paoli; partner artystyczny i twórca wielu nieśmiertelnych piosenek, m.in. “Senza Fine”, która była inspirowana ich burzliwą historią miłosną. W 1960 r. została żoną Lucio Ardenziego, z którym miała syna Cristiano. Ich małżeństwo przetrwało jednak zaledwie dwa lata, a ona sama określiła je jako “pomyłkę”. Pozostawiona sama po narodzinach dziecka, musiała stawić czoła trudnej sytuacji osobistej i zawodowej, przez co zdecydowała się oddać syna na wychowanie swoim rodzicom. Mimo to, w późniejszych latach wielokrotnie wyrażała żal o to, że nie była wystarczająco obecna w jego życiu, ze względu na poświęcenie się karierze.
Ornella spełniała się nie tylko śpiewając, ale również na innych polach artystycznych, występując na scenie i w filmach (m.in. “7 kobiet i tajemnica” z 2021 r.). Była też jedną z najbarwniejszych postaci włoskiej telewizji, jako częsty gość wielu talk-show (m.in. “Che tempo, che fa”) oraz prowadząca te programy. Jej kreatywność i związek ze sztuką wykraczały daleko poza sceniczny wizerunek – w swoim mediolańskim domu kolekcjonowała dzieła sztuki, rzeźby i ceramikę, tworząc kulturowy portret Włoch oraz samej siebie. Współpracujący z nią reżyserzy i fotografowie, często podkreślali jej niesamowitą “malarność”, jako określenie na opanowaną do perfekcji umiejętność pozostawania w bezruchu i zajmowania sobą całej przestrzeni, niczym postać na obrazie.
Na przestrzeni lat ośmiokrotnie stawała na scenie Festiwalu w San Remo, wydała 40 albumów studyjnych i ponad 100 utworów, a także sprzedała ponad 55 milionów kopii płyt na całym świecie. Jej piosenki trafiały na ścieżki dźwiękowe wielu filmów, zapisując się w pamięci kolejnych pokoleń. Za swoje zasługi dla kultury została w 1993 r. uhonorowana Orderem Zasług Republiki Włoskiej.
Ornella Vanoni pozostawiła po sobie nieocenione dziedzictwo. Jej piosenki są zapisem autentyczności, talentu i zmieniającego się świata. Choć została po niej pustka, Ornella Vanoni nie odchodzi całkowicie – jest wieczna w swojej muzyce, towarzysząc fanom na całym świecie i inspirując przyszłe pokolenia artystów.
Tort kawowy
Tort kawowy
Składniki:
- 90 g mąki pszennej
- 8 g proszku do pieczenia
- 2 szczypty soli
- 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
- 4 żółtka
- 40 g cukru
- 70 g mleka
- 50 g dowolnego oleju roślinnego
- 4 białka
- 60 g cukru
Krem:
- 250 g serka śmietankowego
- 400 g śmietany kremówki do ubijania
- 90 g cukru pudru
- 7 g kawy rozpuszczalnej rozpuszczonej w 30 g gorącej śmietany
Przygotowanie:
Do dużej miski wbij 4 żółtka i dodaj cukier, mieszając krótko trzepaczką. Następnie dodaj mleko oraz olej, wymieszaj ponownie. Teraz połącz suche składniki: mąkę, sól, proszek do pieczenia i kawę rozpuszczalną, dokładnie wymieszaj.
W mikserze lub za pomocą ubijaczki elektrycznej ubij białka z cukrem na sztywną i błyszczącą pianę.
Delikatnie połącz pianę z masą żółtkową i mąką, mieszając od dołu do góry, aby ciasto było lekkie i puszyste.
Podziel ciasto na dwie jednakowe tortownice o średnicy 24 cm, wyłożone na spodzie papierem do pieczenia.
Piecz w nagrzanym piekarniku w 160 stopniach przez około 30 minut. Po upieczeniu odstaw do całkowitego ostudzenia przed wyjęciem z formy.
W międzyczasie przygotuj krem: w misie miksera lub w dużej misce umieść cukier puder, serek śmietankowy, śmietanę kremówkę i kawę rozpuszczoną w 30g gorącej śmietany (już ostudzonej). Ubijaj aż do uzyskania stabilnej, puszystej masy o konsystencji musu.
Połóż pierwszy płat tortu na półmisku i nałóż na niego obfitą warstwę kremu. Następnie przykryj drugim płatem i pokryj cały tort kremem. Wygładź dobrze brzegi i wierzch, a następnie udekoruj według uznania.
Tłumaczenie PL: Oktawia Burzak
Ferrari FF – [>>]
[>>] takim symbolem jak pamiętają starsi czytelnicy oznaczano w magnetowidach i walkmanach przycisk do szybkiego przewijania filmów lub muzyki do przodu. Czasami towarzyszył mu skrót FF bądź F.FWD od angielskiego zwrotu Fast Forward. Możemy również tak interpretować nazwę modelu Ferrari FF, gdyż jego koncepcja właśnie w tempie [>>] pozwalała Włochom dotrzeć do nowych klientów z segmentu, który nigdy wcześniej nie był ich domeną.
Pod wieloma względami FF był wyjątkowy na tle aut, jakie opuszczały wcześniej fabrykę w Maranello. Nigdy wcześniej bowiem nie zastosowano w nich silników V12 z bezpośrednim wtryskiem paliwa, podobnie było ze skrzynią biegów z podwójnym sprzęgłem. Jednak szczególnie wyróżnia je zastosowanie napędu na cztery koła, po raz pierwszy seryjnie wykorzystanie u tego producenta. FF w nazwie właśnie na to wskazuje – Ferrari Four [kolejną nowinką w tym modelu jest sama jego nazwa – chyba dla podkreślenia globalnych osiągnięć marki, zdecydowano się na nazwę w języku angielskim, oczywiście były wcześniej modele Superamerica czy California, ale te są zrozumiałe dla każdego Włocha, a ,,Four” już niekoniecznie]. Już w latach 80. zeszłego wieku w Maranello zostały opracowane dwa prototypy auta drogowego z napędem na wszystkie koła, były to jednak bardzo skomplikowane rozwiązania, o czym świadczy fakt, że w związku z ich wdrożeniem, Ferrari uzyskało aż 11 różnych patentów, niestety te systemy okazały się także zbyt drogie, by trafić do seryjnej produkcji. Wtedy głównym konstruktorem był słynny Mauro Forghieri, którego z czasem zastąpił Franco Cimatti, odpowiedzialny za zespół inżynierów pracujących nad skrzynią FF. Projekt karoserii opracowały wspólnie studio Pininfarina i Cento Stile Ferrari od 2010 kierowane przez Flavio Manzoniego. Ten potężny i ciężki samochód, który przed ,,erą hybryd”, był obok modelu 412 z 1985 r. najcięższym Ferrari w historii, jest jednak bardzo żwawy, a jego osiągi, jak na auto drogowe, dają poczucie, że to jednak pełnokrwisty rumak Ferrari. Owe ,,Four”, czyli cztery, ma swoje podwójne znaczenie, gdyż w karoserii typu Shooting brake – inaczej mówiąc trzydrzwiowym kombi coupé – w końcu znalazło się pełnowymiarowe miejsce dla podróżujących na tylnych fotelach. Nie jest to typowe dla Ferrari rozwiązanie 2+2, gdzie tylna kanapa była tylko umowna, tutaj mamy sporo miejsca na nogi i przestrzeń nad głową. Mało tego, jak na auto o osiągach sportowych, klienci otrzymali tu wręcz olbrzymi bagażnik 450 litrów, który po złożeniu tylnych foteli urasta aż do 800 l. Dzięki napędowi wszystkich kół, Ferrari FF nie musi się obawiać nawierzchni szutrowych, mokrych czy śniegu, w każdych warunkach pojedyncze koło niezależnie od innych dostaje tu dokładnie tyle mocy, ile potrzeba, by bez poślizgów poruszać samochód. Także komfort i ilość miejsca wewnątrz sprawiają, że jest to auto niemal do codziennego użytkowania. Na genewskiej premierze w 2011 znaleźli się jednak i tacy, którzy uznali ten model za zbyt oderwany od tradycji Ferrari. Choć czasy były już zupełnie inne, to faktycznie zaproponowanie entuzjastom marki takiego modelu było obciążone sporym ryzykiem.

Sytuacja wyglądała nieco podobnie, jak wtedy, gdy fani klasycznych limuzyn brytyjskiego Jaguara nagle otrzymali w swoich prestiżowych autach silniki napędzane dieslem, a później, o zgrozo, wersję kombi. Już żaden lord nie chciał jeździć lub być wożony autem dla ,,ciułaczy” [diesel], ani praktycznym [kombi] i choć minęło ponad 20 lat od tamtych zmian, to raczej właśnie one były genezą obecnej sytuacji marki z Coventry. Ferrari ze swoim świetnym marketingiem zdołało tej pułapki uniknąć, o czym świadczy ponad 2 tysiące nabywców FF, mimo jego ceny ok. miliona złotych w 2011. Mówimy o cenie bazowej, ale gdybyśmy chcieli na przykład ten olbrzymi bagażnik wypełnić dedykowanymi skórzanymi walizkami to potrzebujemy kolejne 10200 euro, za emblematy [tzw. scudetti] Ferrari na przednich błotnikach dopłata wynosiła 1236 euro, a elektroniczna regulacja przednich foteli wraz z kolejną wtedy nowością u Ferrari, czyli ich wentylacją, hmm 5520 Euro. No cóż, dla klientów Ferrari takie ceny nie były zbyt odstraszające i wielu z nich z takich opcji skorzystało. Nie wszyscy jednak użytkownicy tego modelu, kipią radością, bowiem FF ma również swoje ,,grzeszki”. Pomijając w miarę drobne problemy z elektroniką, największym z nich i najdroższym w naprawie był właśnie system 4×4 opatentowany przez Maranello jako 4RM – czyli dwie niezależnie od siebie pracujące skrzynie biegów: dwubiegowa PTU odpowiedzialna za napęd przedni i główna 7-biegowa DCT, która pozwalała na jazdę z napędem na tył, całość była o połowę lżejsza od standardowych 4×4 konkurencji. Jednak, gdy pojawiały się problemy z tym skomplikowanym układem, koszty naprawy, a często ich wymiany, stawały się kosmiczne. Wymiana PTU w ASO to koszt rzędu 150 tys. PLN. Jeszcze gorzej, gdy awarii ulegnie skrzynia DCT, tu już mówimy nawet o ćwierć milionie złotych, w tym samo sprzęgło to 70 tys. Choć oczywiście nie ma oficjalnych danych producenta na ten temat, to jednak pojawiają się opinie, że tak poważnych usterek doświadczyło ponad 10% wszystkich FF. Auto na co dzień, hmm? Jednak, gdy je porównamy z gabarytowo zbliżonym 612 Scaglietti [tym, które objechało Chiny w 2005 – Gazzetta Italia 84], to widzimy, że pragnienie FF na paliwo, mimo lepszych osiągów, jest niemal o 30% niższe, więc może i jest to Ferrari na co dzień, choć pamiętajmy, że mowa o V12 ,,made in Maranello”, więc na jednym baku [91 l], przy w miarę spokojnej jeździe, pokonacie zaledwie 450 km. W 2016 na rynku pojawił się model GTC4 Lusso, następca FF. Kształtem nadwozia, które urosło o kilka centymetrów i stało się bardziej agresywne nie odbiegało daleko od swojego poprzednika. Mimo zwiększenia mocy do 690 KM, prędkość maksymalna pozostała taka sama. Unowocześniono wszystkie systemy elektroniczne wraz z tym odpowiedzialnym za rozrywkę pokładową. Najważniejszą nowinką w GTC4 Lusso jest jego większa zwrotność i stabilność prowadzenia osiągnięte dzięki wprowadzeniu skrętnych kół tylnej osi. Rok później pojawiła się wersja T z silnikiem V8 turbo i napędem tylko na tył. W sierpniu 2020 zakończono produkcję obu tych modeli, a ich następcą z napędem na 4 koła jest od 2023 pierwszy SUV w historii Ferrari, model Purosangue. Czas pokaże, czy będzie to kolejne [>>] dla Maranello.
Model od Hot Wheels z serii Elite jest ,,średniakiem”, ani kiepski ani rewelacyjny. Wielu kolekcjonerów zwyczajowo psioczy na niedomknięte boczne szyby, ale mnie to nie przeszkadza. Aby dotrzeć do silnika trzeba się trochę pomocować z klapą, która [może tylko u mnie] jest bardzo szczelnie spasowana. Po 13 latach w gablocie nie zauważyłem żadnych wad na lakierze, co przydarza się bardziej renomowanym producentom. A i jeszcze jedno, u Hot Wheels nie musimy nic dopłacać za boczne ,,scudetti” Ferrari.

Ferrari FF
Lata produkcji: 2011 – 2016
Ilość wyprodukowana: 2291 egz.
Silnik: V-12 65°
Pojemność skokowa: 6262 cm3
Moc / obroty: 660 KM / 8000
Prędkość max: 335 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h : 3,7 s
Ilość biegów: 7+2
Masa własna: 1790 Kg
Długość: 4907 mm
Szerokość: 1953 mm
Wysokość 1379 mm
Rozstaw osi: 2990 mm
La Grazia: Sorrentino w dialogu z Kieślowskim
Film „La Grazia” otworzył ostatni Festiwal Filmowy w Wenecji i właśnie tam go oglądałam. W sali Darsena na początku festiwalu, kiedy czuje się jeszcze ogromny głód kina, które wstrząsa, wzrusza i nasyca duszę. Kiedy wciąż ma się tylko oczekiwania i żadnych rozczarowań. Byłam pewna, że obejrzę film technicznie doskonały, ze zdjęciami tak pięknymi, jakie tylko Sorrentino potrafi stworzyć. Nie spodziewałem się jednak tej introspektywnej i tak ludzkiej podróży, naznaczonej wątpliwościami, refleksjami i niepewnością.
Do kogo należą nasze dni? To pytanie, niczym refren, zadaje sobie Mariano De Santis (Toni Servillo), główny bohater filmu. De Santis jest prezydentem Republiki Włoskiej. Nie ma tu żadnych odniesień do istniejących prezydentów, jest to całkowicie wytwór wyobraźni autora. Chociaż od razu przychodzi na myśl aktualny prezydent Włoch Sergio Mattarella. Wdowiec, katolik, ma córkę Doroteę, prawniczkę tak jak on (wspaniała Anna Ferzetti). Pod koniec swojej kadencji, pośród nudnych dni, pojawiają się ostatnie zadania: podjęcie decyzji w sprawie delikatnych wniosków o ułaskawienie dwóch osób skazanych na dożywocie. Prawdziwe dylematy moralne, które w sposób pozornie nie do rozstrzygnięcia krzyżują się z jego życiem prywatnym. Poruszony wątpliwościami, będzie musiał podjąć decyzję.

„La Grazia” to doskonale skonstruowana, poruszająca historia z wyjątkową rolą Toniego Servillo, nagrodzonego Coppą Volpi dla najlepszego aktora. Sorrentino powraca z filmem o dylematach i uczuciach, okraszonym subtelnym i inteligentnym humorem. Sorrentino porusza aktualne kwestie moralne i polityczne dotyczące Włoch, ale jednocześnie pokazuje mężczyznę, który nie potrafi wybaczyć żonie zdrady. Ojca, który nie potrafi zbliżyć się do swoich dzieci i prezydenta, który nie potrafi podjąć decyzji. De Santis jest człowiekiem uwięzionym w przeszłości, co uniemożliwia mu progres w teraźniejszości. Dlatego też zwleka z decyzją, pomimo nacisków ze wszystkich stron. Powolna, niemal medytacyjna narracja sprawia, że widz również wchodzi w proces decyzyjny bohatera. Towarzyszy mu krok po kroku i obserwuje, jak prawie udaje mu się znaleźć rozwiązanie, żeby za chwilę znowu wszystko poddać w wątpliwość. Jest to film o poszukiwaniu harmonii i wewnętrznego spokoju pomimo ciężaru odpowiedzialności, jaki bohater dźwiga na swoich barkach.
Ten rodzaj niepokoju i wątpliwości moralnych jest znany polskim widzom i być może właśnie dlatego film „La Grazia”, który trafił już do polskich kin, cieszy się tak dużym powodzeniem. Sorrentino jako nastolatek był pod wrażeniem „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego. Według niego dylematy moralne, o których mówił polski reżyser w swoich filmach, były bardziej interesujące i wciągające niż jakikolwiek inny temat. Wciskały w fotel bardziej niż thriller. „La Grazia” jest próbą reinterpretacji właśnie takiego kina. Jak stwierdził reżyser: „Nie sądzę, abym choćby w najmniejszym stopniu zbliżył się do mistrzostwa Kieślowskiego, ale mój film z pewnością skupia się na wątpliwościach”. W świecie pełnym pewników, gdzie wszyscy wiedzą lepiej od innych i są gotowi udzielać rad, umiejętność przyznania się do niepewności czy błędu jest bezcenną wartością.
Małe kino, wielkie doświadczenie
Czy kiedykolwiek byłeś w kinie, w którym tłum po brzegi wypełnia całą salę? W którym filmy są lekkie, modne i przewidywalne, a Ty przychodzisz tylko po to, by usiąść i odpocząć? A co, jeśli istnieje kino, które jest doświadczeniem – które czuje się całym ciałem i umysłem?
W samym sercu Warszawy działa właśnie takie miejsce – Kino Amondo. Kameralne sale i starannie wyselekcjonowany repertuar sprawiają, że widz czuje się tu niemal jak w domu. Amondo to jednak znacznie więcej niż kino: to również projekt filmowy i pasjonacki, prowadzony przez Fundację Amondo Films. Dzięki jej działalności – obejmującej m.in. produkcję filmową – kino tworzą ludzie, którzy naprawdę je kochają i chcą pokazywać jego najciekawsze odsłony.
Repertuar Amondo to prawdziwe perełki kinematografii. Kino współpracuje z wieloma instytucjami kultury, m.in. włoską, francuską czy niemiecką. W ramach współpracy z Instytutem Włoskim prezentowane były już takie cykle jak „Kobiety reżyserki”, „Giallo” oraz „Commedia all’italiana”. Dzięki tym partnerstwom widzowie mają dostęp do profesjonalnych przeglądów filmowych z różnych stron świata. Instytucje te dbają również o to, by seanse były wyjątkowym przeżyciem – często poprzedzają je wideorozmowy z reżyserami lub osobiste wprowadzenia prowadzących, którzy dzielą się ciekawostkami i kontekstem. To właśnie nadaje Amondo dodatkową głębię i poczucie filmowej misji.
Tuż obok sali kinowej znajduje się kolorowe foyer z klubokawiarnią – pełne neonów i rozmów o filmach unoszących się wśród aromatów kuchni. To przestrzeń, która naturalnie zachęca do dyskusji przed i po seansie, budując atmosferę prawdziwej kinowej społeczności. W Amondo nie chodzi o szybki relaks ani o modny blockbuster, lecz o rytuał: zamiast litrowej coli wchodzisz tu z filiżanką herbaty, gotowy na filmowe doświadczenie, które zostaje w pamięci.
Wokół kina tworzy się także wiele społeczności. Działają tu różne kluby dyskusyjne – od ogólnego klubu filmowego, przez klub dla kobiet, po spotkania poświęcone filozoficznym i psychologicznym aspektom kina. Każdy widz znajdzie coś dla siebie.
To jedno z tych miejsc, gdzie po seansie nikt nie ucieka do domu.
Amondo oferuje również możliwość wynajęcia sali kinowej na wyłączność. Organizacja takiego wydarzenia jest elastyczna, a zespół kina – życzliwy i otwarty na pomysły, co daje ogromne pole do tworzenia niepowtarzalnych seansów.
To jednak nie koniec atrakcji. Schodząc w dół, trafiamy do małego, klimatycznego pokoiku wypełnionego po sufit kasetami VHS. Na środku stoi telewizor, na którym można je odtwarzać. To ukłon w stronę retro kinomaniaków – i jedno z miejsc, które cieszą się szczególnym zainteresowaniem odwiedzających.

Kino Amondo nie chwali się rozmiarami ani najnowszą technologią, lecz atmosferą – kameralną, intymną, niemal rodzinną, gdzie ludzie nie przychodzą tylko na film, ale na doświadczenie, rozmowę i wspólne odkrywanie perełek kina, które nie trafiają na ekrany multipleksów.
Amondo regularnie wprowadza nowe cykle tematyczne, dlatego warto zaglądać na ich stronę, by nie przegapić filmowych nowości. Każdy z nich to zaproszenie do fascynującej podróży przez kino, które inspiruje i otwiera nowe perspektywy. Jeśli szukasz miejsca, gdzie film traktuje się jak sztukę, a nie produkt – Amondo czeka właśnie na Ciebie.
Tekst i zdjęcia: Diana Wietrzykowska-Pizoń
Samotny łowca: Spektrum autyzmu u zwierząt
Fot. Agata Pachucy
Czy typowe zachowania związane z zaburzeniami ze spektrum autyzmu były kiedykolwiek obserwowane u gatunków innych niż ludzki? To pytanie zainspirowało moją pracę dyplomową, napisaną na zakończenie studiów na kierunku Nauki i Technologie dla Środowiska i Przyrody, na Uniwersytecie w Trieście. I za każdym razem, gdy dzieliłam się postępami moich badań, spotykałam osoby zafascynowane i zaciekawione tym tematem. Z jednej strony pokazuje to, że autyzm jest zagadnieniem budzącym zainteresowanie, z drugiej jednak potwierdza, że wiedza na jego temat wciąż bywa zbyt mocno zakorzeniona w stereotypach: w powszechnym wyobrażeniu osoba autystyczna to zawsze biały, uzdolniony matematycznie mężczyzna. Trochę Sheldon Cooper, a trochę Shaun Murphy. A jeśli autyzm można zaobserwować u zwierząt, to z pewnością ma on coś wspólnego z kotami.
Oczywiście, rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana i aby znaleźć odpowiedź, należy przyjąć możliwie najbardziej bezstronną perspektywę, wolną od uprzedzeń i daleką od łatwych interpretacji.
Autyzm jest zaburzeniem neurorozwojowym, definiowanym przez objawy behawioralne w dwóch ogólnych obszarach: zaburzenia wzajemnej komunikacji i interakcji społecznych oraz wzorce zachowań, ograniczone lub powtarzalne zainteresowania. Zważywszy na to, że jest to zaburzenie znacznie zróżnicowane w zależności od indywidualnych cech każdej osoby, wprowadzono bardziej ogólny termin “spektrum autyzmu”.
Aktualnie zaburzenie to jest ujmowane głównie jako zjawisko patologiczne i w konsekwencji badane w celu identyfikacji mechanizmów genetycznych leżących u jego podstaw. Jednakże, tendencja do postrzegania tej kondycji wyłącznie w kategoriach patologicznych może utrudniać szerszą perspektywę, zdolną do integrowania wszelkich przejawów neuroróżnorodności jako części naturalnej zmienności gatunku. W próbie przezwyciężenia tego ograniczenia i zaproponowania jednocześnie innowacyjnego podejścia do postrzegania zaburzeń ze spektrum autyzmu, porównanie gatunków zwierząt wykazujących specyficzne zachowania społeczne, takie jak gatunki samotnicze, może dostarczyć klucz do alternatywnej interpretacji. Może również zaprezentować interesującą perspektywę zarówno na postrzeganie autyzmu u ludzi, wykraczające poza deficyty i trudności w integracji społecznej, jak i na zrozumienie gatunków zwierząt samotniczych, sugerując, że różnorodność poznawcza, a w konsekwencji behawioralna, może mieć wartość adaptacyjną oraz istotny wpływ ekologiczny.
Porównawcza ekologia behawioralna dostarcza wielu wskazówek: na podstawie obecnego stanu wiedzy, jest możliwe założenie, że zarówno osoby ze spektrum autyzmu, jak i samotnie żyjące ssaki wykazują skłonność do wysokiego poziomu systematyzacji, przywiązania do rutyny, ograniczonego zaangażowania społecznego, a także interesujące podobieństwa w komunikacji mimicznej oraz nadwrażliwość sensoryczną. Jako przykład może posłużyć puma, która przejawia silnie zorganizowane i powtarzalne zachowania, a jej interakcje społeczne ograniczają się do swoistej “wzajemnej tolerancji”, zarezerwowanej dla szczególnych okazji, takich jak okres godowy lub dzielenie się bardzo dużą zdobyczą. Z kolei badania orangutanów w środowisku naturalnym wykazały ograniczoną więź matczyną oraz uczenie się skoncentrowane na technikach zdobywania pożywienia, a także sposób komunikacji charakteryzujący się brakiem bezpośredniego, wzajemnego kontaktu wzrokowego. Badania te obejmują również inne samotnicze drapieżniki, takie jak tygrysy, jaguary, rosomaki i niedźwiedzie brunatne.
Z punktu widzenia neuronauki, postępy w technikach neuroobrazowania umożliwiły identyfikację specyficznych, atypowych struktur mózgowych, którymi wyróżniają się osoby ze spektrum autyzmu. Analogicznie, również między gatunkami ssaków społecznych i żyjących samotnie, obserwuje się różnice neuroanatomiczne i funkcjonalne, które odzwierciedlają odmienne strategie behawioralne. Wśród nich wymienia się: makrocefalię, przyspieszony wzrost mózgu, nieprawidłowości ciała migdałowatego oraz podwyższoną lub zdezorganizowaną aktywację osi podwzgórza-przysadki-nadnerczy (HPA) w obecności nawet łagodnych bodźców społecznych. W ujęciu ogólnym, typowa organizacja neuronalna u osób z autyzmem przypomina tę obserwowaną u zwierząt o zachowaniach samotniczych, które są bardziej predysponowane do ogólnej percepcji otaczającego środowiska niż do wychwytywania niuansów interakcji społecznych. Interesujące jest w tym kontekście porównanie różnic behawioralnych między nornikami preriowymi (gatunkiem monogamicznym i społecznym), a nornikami górskimi (gatunkiem o losowym kojarzeniu i aspołecznym).

Zbieżność dowodów behawioralnych i neurologicznych zdaje się wspierać możliwość, że predyspozycja do samotniczego trybu życia, zamiast stanowić deficyt społeczny może funkcjonować jako korzystna strategia ewolucyjna w określonych kontekstach ekologicznych, na przykład w środowiskach charakteryzujących się niedoborem zasobów lub ich dużym rozproszeniem terytorialnym. Perspektywa ta wykazuje ważne podobieństwa do hipotezy samotniczego łowcy (J. Reser, 2011), która ujmuje autyzm w kategoriach ewolucyjnych. W środowiskach przodków mogły istnieć nisze lub okresy, w których przeżycie sprzyjało bardziej samotniczemu stylowi życia, a mniej nastawionemu na interakcje społeczne i bardziej skoncentrowanemu na obserwacji szczegółów otoczenia. Osoby zdolne do samodzielnego przemieszczania się, wytrwałe w powtarzalnych działaniach związanych z pozyskiwaniem pożywienia oraz spostrzegające zmiany w otoczeniu, posiadały przewagę adaptacyjną. W konsekwencji geny sprzyjające takim cechom były pozytywnie selekcjonowane u naszych przodków, co tłumaczy, dlaczego allele powiązane z zaburzeniami ze spektrum autyzmu nadal wyst€puj w dzisiejszych populacjach. Model ten reinterpretuje autyzm jako naturalną formę spektrum społecznego, istniejącą wśród ssaków od dawna: zestaw adaptacyjnych cech dostosowanych do niszy ekologicznej samotniczego trybu życia.
W tej perspektywie, zaburzenia ze spektrum autyzmu nie powinny być postrzegane wyłącznie jako patologia, ale raczej jako możliwa adaptacyjna odmiana w obrębie gatunku ludzkiego, która mogła odzwierciedlać strategie przyjęte w toku ewolucji. Analogicznie, podobne strategie mogły rozwijać się również u innych gatunków ssaków, nie jako odchylenia od neurotypowości, ale jako korzystne odpowiedzi wspierające przetrwanie i rozprzestrzenianie się gatunku, obecne u wszystkich osobników. Nie oznacza to jednak, że autyzm nie jest obciążający we współczesnym życiu społecznym, lecz raczej sugeruje, że te cechy nie były przypadkowymi błędami ewolucyjnymi: przeciwnie, mogą być korzystne w określonych warunkach.
A co z kotami? Jeżeli myślicie, że możecie odczytać naturę ich zachowań, to wiedzcie, że «koty są z nami, aby nam przypominać, że nie wszystko na tym świecie można wytłumaczyć».
Tłumaczenie pl: Dobrawa Uścisłowska
























