Wiosenny śnieg w Warszawie

0
273

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

Pewnego ranka w lutym 2009 roku wyglądam przez okno mieszkania na czwartym piętrze w zwyczajnym bloku, w dzielnicy Ursus. Krajobraz jest szary: szare budynki, szare ulice, szare niebo, a poniżej poruszają się ludzie niczym szare kropki. „Czy kiedykolwiek mógłbym zamieszkać w Warszawie? Nie, nigdy!”

Spędziłem prawie pół godziny w autobusie, wśród unikających spojrzeń warszawiaków zmierzających do pracy. Za oknem ciągnie się socjalistyczna architektura, która nadaje tej okolicy atmosferę bez wyrazu, ale która w swoim upartym przywiązaniu do urbanistycznych schematów „blok-zielona przestrzeń-plac zabaw-śmieci-podjazd”, niewątpliwie wywołuje uczucie kojącej stabilności.

Zbliżam się do centrum, a przynajmniej do tego, co zakładam, że jest centrum, bo jest tam Zamek Królewski i Rynek, rynek Starego Miasta. Dla warszawiaków centrum, a raczej centra miast znajdują się gdzie indziej.

W Zamku Królewskim odkrywam salę Canaletta, stworzoną specjalnie po to, by wyróżnić dwadzieścia pejzaży Warszawy namalowanych przez Bernarda Bellotta (nazywanego także Canalettem) w jego ostatnich latach na dworze Stanisława Poniatowskiego. Niektóre z tych obrazów zostały odtworzone na plakatach umieszczonych w specjalnych witrynach wzdłuż Traktu Królewskiego, drogi prowadzącej od Zamku do Łazienek. Witryny ustawione są tak, aby przechodnie mogli jak najdokładniej porównać widoki uwiecznione przez Bellotta z rekonstrukcjami XVIII-wiecznych budynków wykonanymi w latach 50. ubiegłego wieku, kiedy to Warszawa zaczęła odbudowywać swoją naruszoną tożsamość.

Na uznanie zasługuje akcja restytucji warszawiakom części pałaców i kościołów z czasów dawnego reżimu. Królewska architektura została na początku XX wieku skażona przez modernistyczne tramwaje i światła elektryczne, co spowodowało, że Warszawę nazwano „Paryżem Północy”.

Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale za każdym razem, gdy mijam rząd witryn z widokami Canaletta, wpadam w wir rozważań, które pozostają bez odpowiedzi. To, co mnie najbardziej zastanawia, to poszukiwanie „prawdy” pomiędzy widokiem uwiecznionym na obrazie a istniejącym budynkiem. Myślę o osiemnastowiecznej „prawdziwej architekturze”, którą ten wyjątkowy pejzażysta wiernie odwzorowywał, ale wciąż artystycznie, na płótnie. „Prawdziwy artyzm” był wtedy podstawą do nieuchronnie sztucznej rekonstrukcji. Dziś jednak „sztuczna prawda” jest jedyną „namacalną prawdą” pierwotnych „architektonicznych prawd”. W tym momencie, jak możemy nie zadawać sobie pytania o to, co ma być uznane za „prawdziwe”? Na szczęście marszowy krok energicznej studentki sprowadza mnie do „prawdziwej współczesności”. Idę za nią kilka metrów wzdłuż Traktu Królewskiego do posągu Mikołaja Kopernika.

Od 2010 roku przy Trakcie znajduje się jedna z ławek muzycznych postawionych z okazji 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Wystarczy nacisnąć mały stalowy guzik i z głośników ukrytych w ławce z czarnego kamienia wybrzmiewa melodia poloneza lub nokturn. Genialny pomysł!

Jadę w kierunku Parku Łazienkowskiego. Ze zdziwieniem spotykam pomniki De Gaulle’a, (któremu poświęcone zostało też rondo), oraz Ronalda Regana, przez co wydaje mi się, że lata zimnej wojny zaburzyły postrzeganie polityków zza żelaznej kurtyny. Nieco dalej znajduje się Park Łazienkowski. U wejścia dominuje imponujący pomnik Chopina, który odbija się w tafli wody. U stóp tego pomnika w każdą letnią niedzielę, o godz. 12 i 16, wirtuozi fortepianu pod gołym niebem grają utwory Chopina. Koncerty są organizowane bezpłatnie przez miasto Warszawa. Tysiące ludzi słucha w ciszy. Rodziny z dziećmi, studenci, eleganckie warszawskie starsze pary, pełni szacunku turyści, wszyscy kulturalnie siedzący na ławkach i trawnikach. Atmosfera jest magiczna, na przemian słychać sonaty i miarowe brawa. Już samo to doświadczenie jest warte wycieczki do Warszawy.

Kształt Parku Łazienkowskiego warunkuje łagodny stok, nachylony w kierunku Wisły, charakterystyczny dla całego zachodniego brzegu Warszawy. I właśnie spacerując alejkami, wśród mostków i ogrodów, wiewiórek i pawi, romantycznych amfiteatrów, orientalnych pagod, stawów i bieli eleganckiej architektury rozproszonej w parku, czuję połączenie z tym miastem. Mój nastrój nagle się zmienił. Odważne promienie słońca przebijają się przez zachmurzone niebo nadając kolorytu wszystkiemu, co mnie otacza. Zauważam lodowate piękno spacerującej dziewczyny. Małe, białe budynki wyłaniają się łagodnie spośród roślinności, są dumnymi świadkami odległego okresu polskiego klasycyzmu, który pod względem estetycznym stanowi wyzwanie dla czterdziestu lat politycznych rygorów socjalistycznej urbanistyki.

Ujawnia się prawdziwy duch miasta: kontrast. Nieustanne odradzanie się na przekór wszelkim katastrofom, zarówno tym fizycznym: jak sadystyczne zniszczenie miasta przez nazistowską armię, która w drodze z frontu rosyjskiego powinna była mieć znacznie wyższe priorytety niż zrównanie polskiej stolicy z ziemią; jak i tym  moralnym, jak wieloletni okres życia pod obcą władzą, jednym z wielu rządów, które w ubiegłym stuleciu, uwielbiany był przez lud omamiony filozofiami politycznymi, które faworyzowały niewielki krąg ludzi ubogich w ideały.

Kontrast odbiera element pewności, ale tworzy energię i w ten sposób duch Warszawy wrze pełnią oczekiwań. Budowanie i odbudowa, burzenie w celu przekształcenia. Warszawa tętni życiem, jest niespokojną, nieokiełznaną kochanką; wyjedziesz na miesiąc, a po powrocie przekonasz się, że zupełnie się zmieniła. Pałac Kultury, uciążliwa spuścizna w stylu stalinowskiego gotyku, również jest symbolem niepojętego kontrastu. Imponująca budowla w sercu miasta, której Polacy tu nie chcieli i której nadal nie kochają, ale którą nieodmiennie akceptują i postrzegają jako trwały ślad po zagojonej ranie. Stanowi materialny obraz przeszłości, który dziś staramy się przyćmić, otaczając go zuchwałymi wieżowcami, zapowiedzią nowej Polski.

Mniej więcej rok później, w maju 2010 roku, budzę się w małej kamienicy na Pradze, we wschodniej części Warszawy. Przez miasto przepływa Wisła, a rzeka ta, której wody płyną nieprzerwanie z południa na północ przez środek stolicy, jest wspaniałym geograficznym punktem orientacyjnym. Zachodni brzeg zawsze był domem władzy politycznej i gospodarczej oraz reprezentującymi ją budynkami. Na wschód, po przeciwnej stronie rzeki, znajduje się druga twarz stolicy. Popularne dzielnice, które czasem stają się modnym azylem dla alternatywnych artystów i galerii. Jest to niekończące się pasmo bloków, opowiadające historię architektonicznej ewolucji miasta. Przyjemnością jest wędrówka po tych ulicach w poszukiwaniu dostojnych i wciąż aktualnych przykładów architektury funkcjonalno-modernistycznej lat 30. oraz fabryk z czerwonej cegły, córek dziewiętnastowiecznej rewolucji przemysłowej, w których dziś znajdują się restauracje, centra handlowe i ciekawe muzea, takie jak Muzeum Wódki czy Muzeum Neonów. Pomijam obszary skażone blokami z lat 60. i 70., a zwłaszcza te nowe gniazda fałszywego współczesnego dobrobytu. Wzniosłe budynki zbudowane w pośpiechu, aby odpowiedzieć na zachcianki nowej burżuazji, przybyłej z sąsiednich wiosek, by zrealizować marzenie o pracy w stolicy.

Tego samego ranka 2010 roku jadę przez Pragę, przekraczając Wisłę tramwajem do prawdziwego centrum miasta: na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej. Tętnice miasta, które przecinają się na skrzyżowaniu ruchliwego ronda. Pod nim przebiega sieć przejść podziemnych, kierująca strumienie ludzi między autobusem, metrem, tramwajem i pobliską stacją kolejową. Przed wyjściem z domu niebo było niebieskie, lecz podczas jazdy tramwajem padał już deszcz. Kiedy wysiadłem na przystanku Krucza, ciepły wiatr zmiótł ponure chmury zapowiadając nadejście słońca. Kilkaset metrów dalej zszedłem do sieci podziemnych przejść.

Jestem głodny. Jeśli chcę coś zjeść, mogę wybrać między dwoma kultowymi przekąskami Polaków hot-dogiem i zapiekanką, jak dla mnie paskudną przeciętą na pół bułką, na której najpierw na chybił trafił kładzie się różne warzywa i wędliny, a następnie polewa ogromną ilością ketchupu. Wciąż jestem zdumiony za każdym razem, gdy widzę piękną niczym łabędź dziewczynę, ubraną w modne ubrania, która czując głód, postanawia z apetytem wgryźć się w długą zapiekankę. Bez brudzenia się i nie przejmując się bakteriami, które mogły osiedlić się na bułce, od wielu godzin czekającej na zjedzenie. Najwyraźniej wolę przekąskę w postaci parówki włożonej w odpowiednio wydrążoną bułkę. Sprzedawca na życzenie wlewa resztkę musztardy do otworu w bułce przed włożeniem do niej parówki. Płacę i idę w stronę podziemi, do zejścia na stację metra. Pada śnieg. Jest maj, ale z nieba lecą duże płatki śniegu. W ciągu godziny widziałem niebieskie niebo, deszcz, wiatr, a potem światło, które zapowiadało triumf słońca, z tym że było to jednak preludium do intensywnych opadów śniegu.

Klimat w Warszawie także jest niespokojny. Czytałem, że 93% powierzchni Polski znajduje się poniżej 300 metrów nad poziomem morza. Na przestrzeni setek kilometrów w dowolnym kierunku od stolicy nie ma niczego, co mogłoby ochronić ten teren, przed różnorakimi kaprysami pogody. Ta refleksja nadchodzi mnie, gdy stoję pod zadaszeniem u wejścia do podziemia i obserwuję wiosenny śnieg padający na mężczyznę stojącego na otwartym placu Metra Centrum, szaleńczo uderzającego dwoma patykami w bębny zrobione z oparć starych drewnianych krzeseł. Za nim znajduje się polityczny mural i schody, prowadzące do ogrodów otaczających Pałac Kultury.

Około 11 lat po tym szarym przebudzeniu w bloku na Ursusie, zwiedzam Zamek Ujazdowski. Jest to stara rezydencja królewska, przez stulecia pełniąca funkcję szpitala, w której od 1985 roku mieści się Centrum Sztuki Współczesnej. Jest to miejsce, do którego często wracam, przyciąga mnie ono od czasu, gdy mieszkałem najpierw na Bielanach, a później na Żoliborzu, po przeciwnej stronie miasta. Kiedy poczułem, że warszawskie kontrasty zaczynają mnie przytłaczać i dezorientować, przyszedłem tutaj, bo wydawało mi się, że tu znajdę swoje mentalne współrzędne. Spacerując po tych ogrodach, zwiedzając awangardowe wystawy czy buszując w muzealnej księgarni, uspokajałem lęki i na spokojnie porządkowałem wszystkie sprawy: kim jestem, gdzie jestem, czego chcę itd.

Dopiero dzisiaj wiem, że po bokach drogi dojazdowej stoją mówiące ławki. Białe, z wygrawerowanymi sentencjami w języku polskim i angielskim, takimi jak “The idea of revolution in an adolescent fantasy”, “Sometimes science advance faster than it should”, “Use what is dominant in a culture to change it quickly”. Ławki te początkowo były jedynie tymczasową instalacją artystyczną, obecnie są tam już na stałe. Ich autorką jest Jenny Holzer, amerykańska artystka „truistka”, nagrodzona na 44. Biennale w Wenecji.

Truista? To znaczy? „Truizm” oznacza stwierdzenie prawdziwe (truth), ale banalne, koncept „prawdziwy” w powszechnej świadomości , w związku z czym nie ma sensu go wypowiadać ani zapisywać. Jenny Holzer wzmacnia „prawdziwy banał”, przekształcając go w artystyczną ekspresję i w zapis rzeczy oczywistych, o których jednak musimy pamiętać w naszym życiu. Słowa, które łączy z wierszami wielkich autorów, w tym polskiej noblistki Wisławy Szymborskiej. O sekretach tej sztuki opowiedziała mi moja przyjaciółka filozofka Zofia,  “filozofka-Zofia”, to też mimowolny truizm.

Idę do domu i zastanawiam się, co gdyby za pojęciem truizmu kryło się coś nieoczywistego, gdyby pomiędzy przecinkami banalnego zdroworozsądkowego zdania można było odnaleźć nowe, odkrywcze idee. Na przykład: jeśli pod powierzchownym kocem prawdziwego i banalnego wyrażenia jak „nigdy nie mów nigdy” – które często wymawiamy z przyzwyczajenia, bez namysłu, kończąc swoją wypowiedź – odkryjemy bezgraniczną, niezbadaną, sprzeczną autentyczność, która na nas czeka?

Siedzę na ławce. Zwykła drewniana ławka, która nie gra ani nie mówi. Wypowiadam na głos: „Nigdy nie mów nigdy, kto ma odwagę zostawić drzwi otwarte na to, co niespodziewane, tego życie nigdy nie przestanie zaskakiwać”. Stworzyłem mój własny truizm! Lecz od razu zadaję sobie pytanie: czy gdyby ktoś powiedział, że nigdy nie zamieszkam w Warszawie, a potem po 11 latach zorientował się, że jednak mieszka w Warszawie, czy zostałby uznany za „prawdziwe odzwierciedlenie” truizmu „nigdy nie mów nigdy”?

Autorka grafiki wyróżniającej: Witek Art

” Time of working is the time of travelling deep into yourself

http://annazuzannawitek.wixsite.com/witekart2017 
http://annazuzannawitek.wixsite.com/witekart 
https://www.facebook.com/WitekArt/ 

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski