Luigi Pagano: „Inspiracja to domena boska. My jesteśmy tylko pośrednikami.”

0
200

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

Muzyk, cygańska dusza, neapolitańczyk z krwi i kości – tak określa siebie włoski piosenkarz i autor tekstów, Luigi Pagano. Wrodzona ciekawość świata i usposobienie artysty-tułacza zaprowadziły go w ciągu dotychczasowego życia w różne odległe rejony świata, w szczególności na Bliski Wschód, gdzie śpiewał przez ponad 20 lat w klubach jazzowych. Obecnie zamieszkały w Polsce, ojczyźnie swojej żony, kraju, który od pierwszej chwili wydał mu się bliski i gdzie teraz oczarowuje swoją muzyką polską publiczność.

„Uwielbiam oryginalność. Każdy z nas może tworzyć muzykę, ale ilu z nas będzie tak naprawdę oryginalnych? Aby nie być tak jak ten meteoryt, który zajaśnieje na niebie i zniknie, trzeba mieć solidną podstawę: lata nauki, dyscyplinę, talent i inspirację.”

K.R.: Jak zrodziła się twoja miłość do muzyki?

L.P.: Prawie wszyscy w mojej rodzinie byli wielkimi miłośnikami muzyki. Ale najważniejszą rolę odegrał mój starszy o 10 lat brat. Słuchał w swoim czasie muzyki rockowej Pink Floyd, Deep Purple. Mnie bardziej jednak pasjonował jazz, więc postanowiłem zacząć kształcić się w tym kierunku. Moim idolem był Frank Sinatra. Nie potrafię ci jednak powiedzieć, kiedy dokładnie zrodziła się moja miłość do muzyki, tak samo jak nie pamiętam pierwszego dnia, kiedy wziąłem do ręki gitarę. Podobnie jak dziecko, które nie pamięta momentu, w którym zaczęło mówić.

Zatem można powiedzieć, że grałeś „od zawsze”.

Dokładnie. Kiedy miałem 15 lub 16 lat zacząłem profesjonalnie zajmować się muzyką. Zacząłem grać na imprezach w Neapolu, pierwszy kontrakt w Szwajcarii podpisałem, gdy nie byłem jeszcze pełnoletni. Ale w związku z tym, że pianista, z którym pracowałem miał już swoje lata, wystarczył podpis mojego ojca pod zgodą, abym mógł grać do pierwszej w nocy. To był okres, kiedy jednocześnie uczyłem się i grałem. Gdy skończyłem szkołę, mój nauczyciel powiedział mi, „jesteś gotowy, by zdobyć nieco doświadczenia za granicą” i podał mi numer telefonu do pewnego człowieka. Zadzwoniłem i wysłałem swoje nagranie do tegoż przedsiębiorcy w Mediolanie, a po tygodniu dostałem kontrakt w Omanie. Tam z kolei poznałem moją żonę Agnieszkę. Śpiewała wtedy z moim basistą, Mirkiem Trębskim. Natychmiast utworzyliśmy duet, grając przez 20 lat w hotelach i telewizji między innymi w Dubaju, na Malediwach, w Kuwejcie, w Austrii, Szwajcarii. 

Kiedy zdecydowaliście się przenieść do Polski?

Po raz pierwszy przyjechałem do Polski 20 lat temu i natychmiast doznałem uczucia podobnego do déjà vu. Od razu poczułem, że Polska to kraj, do którego przynależę. W pewnym sensie wręcz przyzywała mnie. Postanowiłem zbudować dom, w którym dziś mieszkamy. Można powiedzieć, że to była moja decyzja, aby tu przyjechać i jak dotąd nie żałuję. Jesteśmy w Polsce na stałe od 4 lat. Szczerze mówiąc, wiązaliśmy nasz przyjazd do Polski z pewnego rodzaju „emeryturą”. Chcieliśmy zatrzymać się na moment, wychować syna. Chciałem nawet otworzyć restaurację!

Ale przeznaczenie było silniejsze, wciąż występujesz na scenie. Jak rozpoczęła się twoja kariera muzyczna w Polsce?

Muzyka zawsze była dla mnie jak huragan, który przyciągał mnie od środka. Pewnego dnia, duża warszawska firma, sprzedająca płytki ceramiczne, zorganizowała bankiet, a właściciel chciał, żebym na nim zaśpiewał. Zastanawiałem się chwilę zanim przyjąłem propozycję, ponieważ nigdy nie śpiewałem dla pieniędzy lub aby zrobić karierę, po prostu uwielbiam to robić. Na bankiecie obecny był także mój były gitarzysta, przyjaciel Roberta Janowskiego, prowadzącego wówczas show „Jaka to melodia?”. Gdy Janowski usłyszał mój występ, natychmiast poprosił o kontakt. Zaprosił mnie do domu, abym zaśpiewał serenadę dla jego żony z okazji Walentynek. W następnych dniach przyszedł także, aby posłuchać jednego z moich koncertów, po czym odciągnął mnie na bok i powiedział: „Zrobię wszystko, abyś zaśpiewał w Jaka to melodia!”. Od tego czasu stworzyłem grupę akustyczną, z którą koncertuję po Polsce. Śpiewamy przede wszystkim piosenki neapolitańskie i moje kompozycje. Gdy jest taka potrzeba, śpiewam także „włoskie przeboje”, piosenki, które znają Polacy. Ale jestem neapolitańczykiem i staram się promować moje silne przywiązanie do małej ojczyzny. Mój artystyczny upór jest doceniany, bo dostaję wiele zaproszeń, także do polskich programów telewizyjnych (Wielki Test, Dzień dobry TVN). Właśnie nagrałem moją pierwszą autorską płytę. 

Miałeś okazję współpracować z artystami w Polsce, który z występów uważasz za najważniejszy? 

Parę lat temu, podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej w Paryżu, spotkałem się na obiedzie z Adamem Nawałką i powstał pomysł stworzenia piosenki dla polskiej reprezentacji. Napisałem utwór o nazwie „Polska”, a na język polski przetłumaczył go Paolo Cozza, z nim też tę piosenkę zaśpiewałem. To bardzo patriotyczny utwór, mimo że napisany przez Włocha. Ponadto wystąpiłem w Teatrze Palladium z Haliną Benedyk podczas koncertu charytatywnego dla ofiar trzęsienia ziemi w Amatrice. Ale jeśli mówimy o duetach z Polakami, pierwsza w moim sercu i myślach jest Izabela Trojanowska. Spotkaliśmy się na konferencji prasowej podczas organizowanego w Lublinie Europejskiego Festiwalu Smaku w 2017 roku, gdzie byli również obecni Stefano Terrazzino, Al Bano i Romina Power oraz Drupi. Nagraliśmy dwie piosenki, Mambo Italiano i Amore i muszę przyznać, że Izabela śpiewa po włosku lepiej niż niejeden Włoch. Jest niesamowita! Do tej pory zdarza nam się śpiewać na tej samej scenie. 

Dlaczego, Twoim zdaniem, Polacy tak bardzo lubią włoską muzykę?

Kiedyś byłem w restauracji w centrum Warszawy ze Stanisławem Sojką, którego poznałem podczas jednego z moich koncertów w jednym z klubów, gdzie często bywa. Tamtego dnia w restauracji powiedział coś, co uważam za słuszne, a mianowicie: „Wy, Włosi, jesteście mistrzami w łączeniu harmonii i melodii. Nawet poprzez dziwaczne akordy jesteście w stanie uzyskać bardzo przyjemną linię melodyczną”. Polacy kochają melodię. I nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że lubicie słuchać tylko „włoskich przebojów”. Polacy cenią dobrą muzykę, jej melodyjność. Większość z was dorastała z co najmniej jednym instrumentem w rodzinie. Polacy nie rozdzielają piosenek neapolitańskich od włoskich. Dla nich neapolitański to język włoski i słuchają go z równą przyjemnością. 

Jak określiłbyś siebie jako artystę-piosenkarza?

Przede wszystkim nie uważam siebie za piosenkarza, a raczej za muzyka. Lubię być blisko publiczności i oddychać emocjami ludzi. Z tego powodu uwielbiam śpiewać w prywatnych klubach, małych lokalach. Tam przychodzą osoby, które dają ci satysfakcję, ponieważ znają cię, przychodzą często na twoje koncerty i podoba im się to, co robisz. Moje rytmy, to rytmy cygańskie, komponuję piosenki neapolitańskie, ale o cygańskim, śródziemnomorskim brzmieniu. Uwielbiam pustynię. Miłość jaką darzę pustynię jest prawie porównywalna do tej, jaką darzę mój ukochany Neapol. Nie lubię dużych miast. Za każdym razem, gdy koncertuję w innych częściach Polski, zawsze wracam do domu. Nawet jeśli oferują mi pokój w hotelu. Mam duszę tułacza, ale w życiu przychodzi taki moment, gdy po prostu woli się wrócić do domu. Inspirację i wewnętrzny spokój odnajduję tylko na pustyni, nad brzegiem morza albo na wsi. Jednocześnie uważam, że inspiracja to domena boska. To Bóg przemawia przez człowieka i wyraża się w sztuce. My jesteśmy tylko pośrednikami. 

foto: Gosia i Jacek Klepaczka

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski