Mołdawski chłopiec Niko

0
933

ten artykuł jest dostępny w wersji polski włoski

Zbliżając się do wieku średniego, w momencie w którym podejmuję decyzję o kolejnej podróży zaczynam się zastanawiać nad nadaniem większego sensu swojemu życiu. Kto miał na tyle cierpliwości by czytać moje poprzednie artykuły, będzie wiedzieć, że odnoszę się do rzuconego sobie wyzwania, że odwiedzę co najmniej 100 suwerennych państw zanim przeniosę się na tamten świat. Logistyczne zorganizowanie podróży stało się dla mnie prawdziwą pasją, dzięki której jestem w stanie doskonalić swoje techniki planowania, przynajmniej od czasu do czasu.

Podróż motocyklem wymaga zwrócenia dodatkowej uwagi na szczegóły i zapobiegania nieoczekiwanym ewentualnościom. Decyzja o pojechaniu do Mołdawii przez Ukrainę od początku stanowiła nie mały problem, ponieważ moje kompleksowe ubezpieczenie obejmuje wszystkie państwa Europy, z wyjątkiem Mołdawii i Ukrainy! Zdecydowałam się jednak zaryzykować, łącząc moje ubezpieczenie z ubezpieczeniem Europe Assistance (używając tego włoskiego). Dobrze jest przewidywać najbardziej czarny scenariusz… bo wiadomo, że lepiej zapobiegać niż później się martwić!

Mołdawia jest jednym z najbiedniejszych państw starego kontynentu. To jedna z byłych republik radzieckich, bez dostępu do Morza Czarnego, gdzie populacja masowo emigruje, głównie do Włoch i Niemiec. Już pierwsze poszukiwania w sieci pokazywały mało pocieszające dane. Jednak mój przysłowiowy upór sprawia, że nigdy nie zmieniam raz podjętej decyzji.

Po ustaleniu w wyludnionym biurze konsularnym (Ocena: 4), że ani moje międzynarodowe prawo jazdy (po co straciłem czas i pieniądze na dokument ważny tylko rok?), ani przetłumaczone dokumenty motocyklu nie są uznawane w Mołdawii, razem z Michele Faillą, moim bliskim przyjacielem, decydujemy się na pamiętny dzień wyjazdu.

W pierwszym etapie naszej podróży, z Warszawy do Lwowa, jedyną niewiadomą jest sama granica polsko – ukraińska. Pogoda sprawia, że nasze usta same się śmieją i docieramy do punktu x bez przeszkód i wypoczęci. Jednak przytrafia nam się pechowa sytuacja, jak z filmu o Fantozzim, gdyż dojeżdżamy do potwornego, kilkukilometrowego korka. Co robić? Krótkie spojrzenie wystarcza, by podjąć decyzję o wyprzedzeniu kolejki o długości ponad 5 kilometrów, dzięki czemu bezczelnie znaleźliśmy się w tzw. pole position. Obok nas, w samochodzie zatrzymał się biedny Ukrainiec, który zaczął nam mówić, że stoi w korku już ponad 6 godzin! Tak więc trója.

Już raz odwiedziłem Lwów dla Gazzetta Italia, tuż przed Euro 2012. To naprawdę piękne, muzyczne, pełne inicjatyw kulturalnych miasto z wielką klasą, wynikającą z wiekowej historii. Ocena 8, z wielką rekomendacją do odwiedzenia.

Drogi prowadzące ze Lwowa do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, przypominają odrobinę drogi, na których odbywają się rajdy samochodowe off-road. Dziury w asfalcie to prawdziwe przepaści, równowaga bardzo łatwo może być zachwiana, a wyjście z zakrętu z dodatkiem żwiru i ropy wylanych z ciężarówek, to coś, czego wolałbym nigdy nie próbować! Daję im 1.

Kiedy minęliśmy pamiętny znak „Kiszyniów”, zaczynam krzyczeć z radości, z wnętrza kasku który mam na głowie. Ten mini podbój dedykuję natychmiast mojemu wujowi, który zmarł niedawno w wypadku. Czuję jego obecność, która mnie pokrzepia! To w końcu on, kiedy miałem 12 lat, nauczył mnie prowadzić na swoich polach rolnych z dala od dróg asfaltowych. Spoczywaj w pokoju wiecznym, wuju Vincenzo.

W Kiszyniowie zaczynamy plątać się po uliczkach centrum miasta, które wyglądają na tak szerokie i dostojne jak te w Warszawie. Znajdujemy się w środku protestu przeciwko burmistrzowi miasta odbywającego się podczas jego wiecu. Wieczór to czas, w którym najbardziej widoczna jest nędza, w kierunku której dryfuje ten kraj. Główne drogi są bardzo słabo oświetlone, czuć niepokój i brak bezpieczeństwa. Jakby tego było mało, w pewnym momencie, ze studzienki tuż pod moimi stopami wyskoczyła cała gromada karaluchów! Dwója.

Próbujemy mamałygi, mołdawskiego odpowiednika polenty, jednak nasze podniebienia nie są zbyt oszołomione. Odwiedzamy więc największą kolekcję win Milesti Mici, która znajduje się niedaleko Kiszyniowa. Wina przechowywane są w długich na ponad 200 km podziemnych tunelach wykutych w wapieniu (kiedyś było tu morze). Ocena? 7.

Staramy się zrozumieć sposób myślenia Mołdawian, choć nie zawsze są dla nas otwarci i przyjaźnie nastawieni. W centrum handlowym, opustoszałym nawet w sobotę, zaczynamy rozmowę w kucharzem pizzerii, który mówi nam, że kraj, nie dając żadnych perspektyw na przyszłość, wyludnia się i pozbawia się swojej siły roboczej. Ludzie, zarabiający tutaj 150€, zwyczajnie nie są w stanie się utrzymać.

Podczas mojego rozeznania przed wyjazdem, odkryłem szokującą historię mołdawskich dzieci porzuconych przez matki, które pojechały do Włoch pracować jako opiekunki. Natychmiast kontaktuję się z Sergio, dyrektorem salezjańskiego Mamma Margherita w Kiszyniowie. Jedziemy taksówką do tej dzielnicy miasta na peryferiach i znajdujemy dzieci, grające w piłkę na podwórku. Po kilku chwilach dołącza do nas Sergio razem z Livio i polskim salezjańskim księdzem. Sergio mówi w sposób spokojny, z przyjemnym akcentem z Padwy. Jest tu mnóstwo do zrobienia, więc jakakolwiek inicjatywa prywatna, czy też darowizna z firmy jest bardzo mile widziana. Czuję narastającą wewnątrz mnie frustrację, która sprawia, że wszystkie moje priorytety zdają się być zupełnie trywialne przy zwykłej potrzebie miłości i nie tylko, jaką mają te dzieci. Po całej strukturze oprowadza mnie Niko, wspaniały chłopiec ze śmiejącymi się oczyma i rozbrajającym uśmiechem. Kiedy bierze mnie za rękę by pokazać mi coś jeszcze, rozpływam się już zupełnie. Przez kolejne noce nie będę mógł spać spokojnym snem, będąc niezwykle poruszonym i myśląc o tym cudownym chłopcu, porzuconym przez rodziców. Myślę o setkach włoskich par, które nie mogą mieć dzieci i marzą o adopcji. Nasz świat jest pełen sprzeczności, ale przysięgam sobie, że na święta Bożego Narodzenia zorganizuję akcję humanitarną zwracająca się o pomoc do włoskich firm, które tu, w Polsce, mają miliony euro zysku.

Kontynuujemy naszą podróż kierując się na południe, do Odessy, starannie unikając Naddniestrza, regionu który rozdzierany jest przez konflikty i problemy z biurokracją, bardzo wrogo nastawionego do obcokrajowców.

Odessa to miasto, które polecam każdemu! Jest swoistą mieszanką Riccione, Jesolo i Ibizy, gdzie wydawać by się mogło, że urzęduje Flavio Briatore z kobietami ze snów. Pełne młodych ludzi, posągowych kobiet i z morzem, choć czarnym.

Przed nami jeszcze ponad 1300 km drogi powrotnej do Warszawy. Dzielimy ją na dwa etapy i zatrzymujemy się w Równym. Niedaleko stamtąd zwiedzamy tunel miłości, który zainspirował wielu azjatyckich reżyserów do nakręcenia swoich filmów. Tak naprawdę mowa o nieczynnej stacji kolejowej, gdzie wytworzył się wielki łuk z roślin, który stwarza wrażenie tunelu. Daję ósemkę, albo nie, siódemkę, ponieważ komary dosłownie mnie tam zjadły.

Na mojej liście, Mołdawia jest na przedostatniej pozycji, zaraz przed Belize, i mogę z całą szczerością powiedzieć, że jej nie polecam.

A ja dalej będę realizował swoje marzenia o podróżach i już we wrześniu opowiem wam o szkockich wyżynach… jeśli Bóg pozwoli.

ten artykuł jest dostępny w wersji polski włoski