W turyńskim teatrze trwają przygotowania do wystawienia fragmentów “Trzech muszkieterów”, sztuki na podstawie utworu Dumasa, ponownie wyreżyserowanych przez Beppe Navello w Teatrze Astra. Historia muszkieterów to głównie odwaga, lojalność, miłość, zdrady, przygoda, ale przede wszystkim swoisty hymn dla siły przyjaźni, jednej z najpiękniej opisanych w historii literatury. Narracja w ośmiu aktach, według koncepcji ośmiu różnych reżyserów, wśród których znalazł się nasz Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach i postać kluczowa we współczesnym teatrze. Co nam przygotuje Talarczyk w tym nowym wyzwaniu włosko-polskim? Jeżeli będziecie w Turynie lub okolicy w dniach 6 – 12 kwietnia będziecie mogli przekonać się sami… I nie zapomnijcie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!
Tak czy nie dla glutenu?
tłumaczenie: Amelia Cabaj
Nieraz zadawałam sobie to pytanie: tak czy nie dla glutenu? Czy ma sens dobrowolne rezygnowanie z moich ulubionych produktów w nadziei na niemal cudowne samopoczucie, którego tak naprawdę nikt nie może obiecać?
Podobnie jak wiele osób, jestem częścią tej grupy zrezygnowanych ludzi, którzy żyją z mniej lub bardziej poważnymi objawami i chorobami, mniej lub bardziej kontrolowanymi przez leki, ale takimi, których nie da się całkowicie wyleczyć. Nagle wydaje się, że rozwiązanie jest w zasięgu ręki. Wystarczy małe wyrzeczenie, mała zmiana przyzwyczajeń. Drobnostka, przynajmniej tak się wydaje. W zależności od czasów i mody sprawca wszelkiego zła przybiera różne nazwy. Obecnie nazywa się Gluten.
Nie mówimy oczywiście o chorych na celiaklię lub nadwrażliwych na białko, ale o wszystkich innych (najwyraźniej wielu) osobach, którym – chociaż nie cierpią na żadne rozpoznawalne choroby – zmiana diety pod tym kątem przyniosłaby korzyści. Przynajmniej według tego, co twierdzą zwolennicy diety przeciwnej glutenowi.
Tymczasem rośnie liczba konsumentów, którzy częściowo dokonują zmian w listach swoich zakupów, wybierając coraz więcej produktów pozbawionych glutenu, aby zmniejszyć jego spożycie. Termin „bezglutenowy” jest nieświadomie kojarzony ze stylem życia nie tylko zdrowszym, ale czasami nawet bardziej „light”. Jednak pokazanie tej samej konsekwencji we wszystkich momentach poświęconych na posiłek nie jest takie proste. Moda, nadmiar lub brak informacji, chęć podejmowania słusznych wyborów dla własnego zdrowia. Fałszywe przekonania i stereotypy. Rezultatem jest zawsze chaotyczne i mało świadome odżywianie się. A tymczasem biznes się kręci.
A gdybyśmy tak spróbowali jeść lepiej i zdrowiej? Stawiając na produkty sezonowe (być może ekologiczne) czy odpowiednio dobierając elementy spożywanych posiłków? Doceniając przede wszystkim produkty pełnoziarniste, a nie te rafinowane czy przemysłowe.
W rzeczywistości zboża składają się z wielu części: wewnętrznej – skrobiowej, kiełków lub zarodków, i zewnętrznej – otrębów, które tworzą warstwę ochronną wokół ziarna. W wyniku działań przemysłowych, wprowadzonych razem z nowoczesną żywnością, przyzwyczailiśmy się do postrzegania ich tylko jako oddzielnych produktów.
Ale Matka Natura nie tworzy niczego przez przypadek: błonnik spożywczy przez długi czas uważano za najbardziej pożyteczny dla naszego zdrowia składnik zbóż. Tymczasem dzisiaj coraz więcej danych potwierdza znaczenie innych substancji, które wywołują korzystne efekty, takich jak witamina E i witaminy z grupy B, liczne minerały, takie jak żelazo, magnez, cynk czy selen oraz różne ochronne związki fitochemiczne. Przyjmowane razem wzmacniają nawzajem swoje działanie i stają się wyjąkowo skuteczne w zapobieganiu wielu chorobom, takim jak pewne typy nowotworów, zaburzeniom układu sercowo-naczyniowego, cukrzycy typu 2, jak również w utrzymywaniu prawidłowej wagi ciała.
Kupowanie produktów bezglutenowych i bogatych w mąkę rafinowaną bez rezygnacji z produktów bogatych w cukry i tłuszcze jest wyborem niekompletnym i pozbawionym sensu. Dlatego też zamiast kupować biały, bezglutenowy makaron, spróbujmy tego pełnoziarnistego. Zrezygnujmy z ciastek, przekąsek, słodyczy i innych produktów bogatych w cukry proste i tłuszcze (włączając w to mocny alkohol).
Wzbogacajmy dietę, znajdując w niej miejsce dla produktów spożywczych bezglutenowych z natury: ryżu i kukurydzy, prosa, amarantusa, komosy ryżowej czy gryki. Jak również dla warzyw strączkowych, tak ważnych ze względu na zawarte w nich białko! Oczywiście nie może zabraknąć też miejsca dla owoców i warzyw, dla których nie ma ograniczeń ilościowych i których spożycie zaleca się w pięciu porcjach dziennie (śniadanie, obiad, kolacja i dwie przekąski).
Arcywłoski Sopot
Z pozoru mogłoby się wydawać, że Sopot, „letnia stolica Polski” i znany europejski kurort, nie posiada żadnych związków historycznych z Włochami. Ten malowniczy teren o szczególnym klimacie, z jednej strony graniczący z Bałtykiem, z drugiej chroniony przez zalesione, morenowe wzgórza Pojezierza Kaszubskiego, został odkryty w 1807 roku przez alzackiego lekarza w służbie Napoleona, Johanna Georga Haffnera, który natychmiast dostrzegł jego potencjał jako idealnego miejsca na wypoczynek i morskie terapie. Kiedy Bonaparte wycofywał się do Francji po porażce poniesionej w Rosji, Haffner zdecydował się osiąść w Sopocie i założył tam pierwszy w Europie kompleks kąpielowy. Sopot stanowił wówczas część Prus, a talasoterapia cieszyła się dużą popularnością wśród niemieckiej społeczności i dlatego w drugiej połowie XIX wieku, kiedy powstała linia kolejowa łącząca Berlin i Gdańsk, w krótkim czasie wybudowano tam wiele uroczych, eklektycznych willi i pałacyków, których styl określano mianem „niemieckiego romantyzmu”. W ten sposób w czasach Belle Époque Zoppot, którego liczba mieszkańców wzrosła w międzyczasie do 10 000, zyskał miano jednego z najbardziej eleganckich i najchętniej uczęszczanych nadmorskich kurortów w Europie. Swojej pozycji miasto nie straciło ani w okresie międzywojennym, kiedy zostało anektowane do Wolnego Miasta Gdańska, ani w czasie okupacji nazistowskiej w latach 1939-1945, ani w roku 1945, kiedy Sopot powrócił w granice Polski, będącej wtedy w strefie wpływów sowieckich, ani po 1989, kiedy polityka kraju na nowo zwróciła się w kierunku wschodnich sąsiadów. Wielokrotne zmiany systemów politycznych Sopot przetrwał bez szwanku i pozostał znaną nadbałtycką miejscowością wypoczynkową, odwiedzaną głownie przez Niemców, Polaków i Skandynawów. I choć nie łatwo jest znaleźć tutaj ślady związków z innymi częściami Europy, to można doszukać się także włoskich akcentów. Dziwne byłoby, gdyby było inaczej, jako że w Sopocie, w mieście, w którym kwitnie życie towarzyskie, „savoir-vivre” odgrywa bardzo ważną rolę – a na tym polu Włosi mają się czym pochwalić.
Może za sprawą przypadku (a może wręcz przeciwnie) właśnie w Sopocie powstało Stowarzyszenie Miłośników Włoch „Italianissima”, które za cel stawia sobie popularyzowanie w Polsce włoskiej kultury – począwszy od muzyki i sztuki, a skończywszy na literaturze i kuchni. Wystarczy odwiedzić stronę stowarzyszenia (www.italianissima.com.pl), by przekonać się, że to nie są żarty. Na stronie startowej pod sloganem brzmiącym „Zakochaj się w Italii” czytamy: „Jeśli kochasz życie i jego przyjemności (…), jeśli kochasz dobrą kuchnię i wino – jesteś jednym z nas. Wszystko to znajdziesz w Italii, tak bliskiej polskiemu sercu i tak bogato obdarzonej przez naturę. Z oczarowania Italią, jej mieszkańcami, włoskim stylem i radością życia zrodził się pomysł organizowania wypraw kulinarnych, które zaspokajałyby wszystkie zmysły!” My z kolei, by zaspokoić naszą ciekawość, postanowiliśmy spotkać się z założycielkami stowarzyszenia, Hanną Baranowską i Aliną Żołnierkiewicz, żeby dowiedzieć się, co zainspirowało je do napisania tak pięknych słów.
„W 2007 roku wybrałyśmy się na zorganizowaną wycieczkę na Sycylię” – mówi Hanna Baranowska, dyrektor i współzałożycielka stowarzyszenia. „Fascynująca podróż, wspaniałe miejsca, luksusowy hotel. Już wtedy Italia nie była nam obca, znałyśmy język, kulturę, kuchnię i właśnie dlatego podczas tej wizyty, jedzenie bardzo nas rozczarowało. Jednego razu zamówiłyśmy prosciutto z melonem, i melon, którego nam podano, był niedojrzały, a to był wrzesień! Wyobrażasz to sobie?! Znalezienie niedojrzałego melona na Sycylii we wrześniu jest nie lada sztuką! Na dodatek, zamiast prosciutto, na talerzu leżały grube plastry wędzonej szynki tyrolskiej! Pomyślałyśmy: jeśli Polak odwiedza Włochy po raz pierwszy i próbuje takiego niedobrego jedzenia, jak będzie wspominał ten wspaniały kraj?” Pomimo bolesnego kulinarnego rozczarowania Hanna i Alina wracają do Polski wciąż zakochane po uszy w Italii i decydują się przejść do kontrataku. Tak rodzi się pomysł stworzenia grupy miłośników Włoch, której celem byłoby wprowadzanie Polaków w enokulinarne tajniki Półwyspu Apenińskiego. „Chciałyśmy, żeby Polacy spróbowali prawdziwej włoskiej kuchni!” – dodaje Alina Żołnierkiewicz, wicedyrektor stowarzyszenia i nauczycielka języka włoskiego. „Zaczęłyśmy więc organizować spotkania enokulinarne w dobrych włoskich restauracjach w Polsce, by dzielić się doświadczeniami i opiniami, ale przede wszystkim chciałyśmy stworzyć okazję do spotkań towarzyskich we włoskim duchu.” Założone w 2008 roku w Sopocie stowarzyszenie „Italianissima” w ramach swojej działalności organizuje także wyprawy do Włoch. Początkowo były to głównie podróże turystyczno-kulinarne, ale z biegiem czasu działalność stowarzyszenia poszerzyła się o organizację rozmaitych wydarzeń kulturalnych związanych z muzyką, kinem, literaturą czy sztuką. „Na początku nie miałyśmy zamiaru tworzyć oficjalnie zarejestrowanego stowarzyszenia” – kontynuuje Alina – „jednak uregulowanie prawne okazało się niezbędne podczas zawierania oficjalnych kontaktów z różnymi instytucjami, hotelami czy aby uczestniczyć w targach, podczas których nawiązywałyśmy kontakty z regionami, które planowałyśmy odwiedzić, z producentami win czy z właścicielami gospodarstw agroturystycznych. W ciągu zaledwie kilku lat naszej działalności odwiedziliśmy Piemont, Friuli-Wenecję Julijską, Umbrię, Marche i Lacjum, odbyliśmy także rejsy wzdłuż wybrzeży Ligurii, Sardynii i Kampanii. Naszym kolejnym celem będzie Apulia.”
– Żadnej Toskanii?
„Tak, żadnej Toskanii” odpowiada Halina. „Celowo wybieramy mniej znane regiony. W Polsce, ale nie tylko, Włochy utożsamiane są przede wszystkim z Toskanią, a my chcemy pokazać, że istnieją regiony równie piękne, oferujące bogatą kulturę i sztukę, wyśmienitą kuchnię i wina, a przy tym dużo tańsze.”
„Italianissima” powstała w Sopocie nie ze względu na jego szczególne związki z Italią, ale po prostu dlatego, że mieszkała tam dyrektor Hanna Baranowska i stowarzyszenie zostało zarejestrowane na jej adres. Siłą rzeczy większość wydarzeń ma miejsce właśnie w Sopocie, wyjątkiem są coroczne spotkania plenarne, które odbywają się w różnych miastach Polski. Dzięki stowarzyszeniu „Italianissima” na ulicach Sopotu coraz częściej można natknąć się na włoskie akcenty – muzykę, zapachy i smaki, nie mówiąc już o tym, że od kilku lat do tłumów Polaków, Niemców i Skandynawów zaludniających miasto każdego lata, dołącza coraz więcej Włochów. W Sopocie Włosi znajdują wszystko, czego potrzebują do szczęścia – beztroską, wakacyjną atmosferę, nastrojowe lokale, w których można miło spędzać czas aż do późnych godzin wieczornych, a także trasę spacerową o długości ponad 1 km, zwieńczoną najdłuższym w Europie drewnianym molo (511 m). I właśnie na tym deptaku, wśród zgiełku i gwaru, Włoch może poczuć się jak u siebie. Już sama nazwa deptaku, ulica Bohaterów Monte Cassino, przywodzi na myśl Italię. Miejscowi nazywają go jednak po prostu „Monte Cassino” albo „Monciak”. Kierując się w dół, w stronę morza, w miejscu, w którym ulica przechodzi w Plac Przyjaciół Sopotu, po prawej stronie zauważyć można słynną włoską Lodziarnię Milano, założoną w 1956 roku przez Oronzo De Marco i pozostającą nadal w rękach tej rodziny. Udając się w przeciwnym kierunku, ku zalesionym wzgórzom wyżej położonej części Sopotu, wśród wielu schowanych w zieleni willi, można znaleźć jedną, szczególną posiadłość, emanującą włoską atmosferą. Potwierdza to język jej mieszkańców, wystrój wnętrza, przytulność i rozchodzący się w powietrzu aromat włoskiej kawy. Właścicielami są Dario i Małgorzata Iacoponi, on – Włoch z Civitavecchia w Lacjum, ona – rodowita Polka. Kilka lat temu, po długim czasie spędzonym we Włoszech przeprowadzili się do Sopotu i wyremontowali ten dom, nadając mu unikalny włoski charakter. Kilka pomieszczeń przeznaczyli na pokoje gościnne dla turystów. „Prowadzimy jedyny w całym Sopocie pensjonat, w którym prawdziwie włoska atmosfera panuje już od śniadania”. (www.magnoliarooms.com).
W Sopocie nie brakuje również cenionych włoskich restauracji i pizzerii. Wiele z nich prowadzą Włosi. Najbardziej znane to: Tesoro, A Modo Mio, Trattoria Toscana. Dobra kuchnia włoska przywodzi na myśl stowarzyszenie „Italianissima” i starania podejmowane przez jego członków w obronie specjałów Bel Paese. Bez wątpienia także za ich przyczyną w ciągu ostatnich kilku lat Sopot nabrał odrobinę włoskości, a z biegiem czasu może stać się nawet… arcywłoski!
Viareggio, perła Wersylii
Z jednej strony słońce i przepiękne morze, z drugiej białe szczyty Alp Apuańskich, pozornie pokryte śniegiem w lecie, lecz tak naprawdę białe z powodu marmuru karraryjskiego. To wszystko zapewnia turyście, który po raz pierwszy zawitał do Wersylii, niepowtarzalny widok. Jesteśmy w Viareggio, perle Wersylii, w prowincji Lukka, na północy Toskanii. Miasto to słynie ze swojego morza, z kąpielisk, z nocnych lokali i, co równie ważne, z karnawału.
Viareggo, pierwotnie okno na morze prowincji Lukka, swoją nazwę zawdzięcza ulicy Regis, średniowiecznej drodze łączącej miasto ze stolicą regionu. Początki miasta sięgają 1172 roku, kiedy to mieszkańcy prowincji Lukka i Genui, sprzymierzeni przeciwko Pizie, zbudowali słynną ufortyfikowaną twierdzę. Najstarsza forteca tego miasta, Torre Matilde (wieża Matyldy), sięga 1500 roku i została wybudowana przez mieszkańców Lukki w celu obrony przed piratami. Dookoła wznosi się najstarsza dzielnica miasta, która powstała wzdłuż kanału Burlamacca. Kanał ten po dziś dzień jest idealnym miejscem dla rybaków i dla posiadaczy łódek. Rozwój Viareggio z prostego miasteczka portowego do miasta w pełnym tego słowa znaczeniu nie był łatwy. Dopiero w 1819 roku księżna Maria Ludwika Burbon zleciła utworzenie pierwszego basenu portowego, a dopiero rok później zamieszkane centrum zostało wyniesione do rangi miasta. Viareggio czekało aż do 1822 roku, by stać się centrum turystycznym, a to za sprawą pobytu siostry Napoleona Bonaparte, Pauliny Borghese. Dzięki niej miasto zaczęto kojarzyć z lokalizacją nadmorską do tego stopnia, że w 1828 roku ruszyły prace nad pierwszym kąpieliskiem.
Słynna „Passeggiata” to „gablotka wystawowa” Viareggio. Jest to aleja o długości trzech kilometrów, ciągnąca się wzdłuż morza, ozdobiona budynkami w stylu secesyjnym. Biegnie od kąpieliska Bagno Balena, do kawiarni Caffè Margherita, ulubionego miejsca Giacoma Pucciniego. Znajdują się tam liczne lokale, sklepy i bary kawowe otwarte przez cały rok.
Zakupy i dobra kuchnia świetnie komponują się z przechadzką pieszo lub na rowerze dzięki długiej ścieżce rowerowej od molo w porcie aż do dwóch pobliskich miejscowości: Camaiore i Forte dei Marmi, często wybieranych przez gwiazdy sportu i telewizji. Aleja Passeggiata oferuje miłośnikom sztuki również rozrywkę kulturalną. Oprócz dwóch kin i teatru, często organizowane tam są wystawy obrazów i fotografii. Ponadto, w odległości zaledwie kilku kroków od deptaka wzdłuż morza nie brakuje małych muzeów poświęconych wielkim pisarzom i malarzom, którzy tworzyli historię Viareggio i całych Włoch. Po szalonym poranku spędzonym na plaży, rodziny z dziećmi i wszyscy ci, którzy szukają schronienia przed letnim skwarem i momentu ciszy i spokoju, udają się do Pineta di Ponente („zachodniego lasu sosnowego”). Miejsce to oferuje duże przestrzenie zieleni. Można tam urządzić piknik z przyjaciółmi, a także wybrać się na przechadzkę na piechotę, na rowerze lub konno. Oprócz tego jest tam też minigolf, miejsce do gry w kule („bocce”), obszary przeznaczone do użytku publicznego, bary kawowe i liczne restauracje, gdzie można skosztować lokalnej kuchni. Poza morzem i białymi plażami, ciągnącymi się kilometrami, Viareggio jest znane na całym świecie również ze swojego karnawału: cztery szalone tygodnie, podczas których turyści z Włoch i z zagranicy zjeżdżają się, by podziwiać kolorowe platformy z symbolicznymi postaciami z masy papierowej. Tradycja ta zrodziła się w 1873 roku, gdy grupka młodych mieszczan, którzy spotykali się w lokalu Caffè del Casinò („kawiarnia kasyna”), wyszła z inicjatywą przeprowadzenia orszaku z powozami i maskami ulicą wzdłuż morza. Od tamtej pory, z okazji karnawału, przez cztery niedziele z rzędu, wozy paradują wzdłuż alei Passeggiata: ogromne karykatury z masy papierowej naśmiewają się ze świata polityki i sztuki. Prosta tradycja, która łączy się z satyrą i co roku porusza istotne kwestie bieżące, obracając je w żart. Od 2009 roku Viareggio, będące od 142 lat stolicą karnawału, świętuje też pełnią lata. Podczas trzech wyjątkowych nocy letniego karnawału, wśród konfetti, tekturowych figur, wielkich platform, masek i muzyki, Viareggio wystawia, także w lecie, swój najpiękniejszy spektakl. 14, 15 i 16 sierpnia od godziny 21 do 24 plac Pucciniego i plac Marii Luizy, na deptaku wzdłuż morza, stają się włoskim odpowiednikiem stadionu sambodromo z Rio. Symboliczne konstrukcje, wykorzystane podczas karnawału zimowego, powracają ożywione maskami, muzyką i tańcem. Morze, szerokie plaże wyposażone w sprzęt i leżaki, niekończące się atrakcje kulturalne i rozrywkowe sprawiają, że Viareggio jest jednym z najczęściej wybieranych celów podróży w Toskanii.
Pino Daniele
Pino Daniele, neapolitański bluesman, zmarł w wieku 59 lat w wyniku zawału wieczorem 4 stycznia, jednak jego muzyka pozostanie wiecznie żywa. Autor piosenek, wokalista i gitarzysta był jednym z ostatnich wielkich innowatorów włoskiej muzyki rozrywkowej, dzięki swojej oryginalnej formule, która w niezwykły sposób łączyła w sobie tradycyjną piosenkę neapolitańską z bluesem, jazzem i rockiem. Daniele będzie zapamiętany za innowacyjność swojej muzyki, lecz także ze względu na wartość poetycką tekstów w dialekcie neapolitańskim, którymi opisywał swoje miasto w sposób jednocześnie realistyczny i poetycki.
Wśród jego klasyków są takie utwory jak ,,Napule è”, ,,’Na tazzulella ‘e cafè”, ,,Terra mia”, ,,Je so’ pazzo”, ,,Quanno chiove”, ,,A me me piace ‘o blues”, ,,Yes, I know my way”, ,,Tutta n’ata storia” czy ,,Quando”. Jego ostry głos, zdolny naturalnie lawirować między skomplikowanymi melodiami oraz ciekawe gitarowe akordy uczyniły z niego jednego z niewielu włoskich artystów będących w stanie współpracować z międzynarodowymi gwiazdami muzyki. Pino Daniele miał okazję grać z prawdziwymi legendami jazzu, takimi jak Wayne Shorter, Alphonso Johnson, Chick Corea, Steve Gadd, Pat Metheny, Al Di Meola, Gato Barbieri, Ralph Towner, Steps Ahead czy Yellow Jackets.
24 czerwca 2011 w Cava de’ Tirreni był ponadto gwiazdą niezwykłego koncertu wraz ze swoim odwiecznym idolem, jednym z najważniejszych gitarzystów bluesowych i rockowych w historii: Erikiem Claptonem. Liczne były także jego współprace z innymi wielkimi włoskiej muzyki, w tym Lucio Dallą, Francesco De Gregorim, Ronem, Fiorellą Mannoią, Claudiem Baglionim i Mią Martini. Daniele miał ponadto okazję grać z prawdziwymi filarami tradycyjnej piosenki neapoletańskiej, np. z Roberto Murolo. Pino Daniele stworzył prawdziwie neapolitański artystyczny duet z wielkim Massimo Troisim, który odszedł przedwcześnie w 1994 roku. Daniele napisał dla niego wspaniałe ścieżki dźwiękowe, w szczególności do filmu ,,Pensavo fosse amore…. invece, era un calesse”, do którego powstał jeden z najpiękniejszych i najdelikatniejszych utworów o miłości: ,,Quando”.
Pino Daniele urodził się w Neapolu 19 marca 1955 w biednej rodzinie, jako pierwsze z sześciorga dzieci. Jego ojciec był pracownikiem portowym w stolicy Kampanii. Z początku pracował w studiu nagraniowym i podczas tournée innych artystów (Jenny Sorrenti, Gianni Nazzaro i Bobby Solo) w roku 1976 zostaje basistą Napoli Centrale, prowadzonych przez saksofonistę Jamesa Senese. Była to jedna z pierwszych formacji łączących jazz i rock, idąc ścieżką wytyczoną przez znane grupy amerykańskie, takie jak Weather Report, z tradycją neapolitańską.
W roku 1977 Pino Daniele publikuje swój pierwszy znaczący album ,,Terra mia”, na którym znalazła się jego być może najpiękniejsza piosenka „Napule è”, gorzko-poetycki fresk przedstawiający jego miasto. Na płycie obecne są wszystkie elementy stylu muzycznego artysty, który bardzo harmonijnie połączył tradycyjną muzykę neapolitańską z bluesem i jazzem. Ta niebanalna mieszanka pokaże się w pełnej krasie w kolejnych dziełach: ,,Pino Daniele” (1979), ,,Nero a metà” (1980), ,,Vai mò” (1981) oraz ,,Bella ‘mbriana” (1982).
W tamtym okresie muzyk odbył wiele fantastycznych tournée, w których potwierdził swoją klasę w występach na żywo, pokazując zdolność do reinterpretowania swoich własnych utworów poprzez improwizację i nowe aranżacje. Obok niego na scenie znaleźli się najbardziej znaczący wówczas instrumentaliści, tacy jak Tullio De Piscopo (perkusja), Tony Esposito (perkusja), Karl Potter (bongosy), Joe Amoruso (klawisze), Rino Zurzolo (bas i kontrabas) i James Senese (saksofon). W nagraniach do ,,Bella ‘mbriana” uczestniczył także saksofonista Wayne Shorter, jeden z muzyków elektrycznego przewrotu Milesa Davisa oraz jeden z liderów Weather Report, obok Joe Zavinula.
Na tym samym albumie zagrał basista Weather Report, Alphonso Johnson, który również pojechał w tournée z neapolitańskim artystą. Po tych decydujących latach kariery, Pino Daniele nadal wydawał świetne płyty i grał ważne koncerty, m.in. z Patem Methenym. Warto wspomnieć o jego tournée z Francesco De Gregorim, Ronem i Fiorellą Mannoią, po którym powstał ciekawy album live. Neapolitański bluesman odszedł, ale jego muzyka przeszła do historii dzięki wspaniałemu dziedzictwu, jakie po sobie pozostawił.
tłumaczenie pl. Katarzyna Kurkowska
Rzym: drobne szczegóły, wielkie zdumienie
Czy byłeś kiedykolwiek w Rzymie? Jest w nim Koloseum, fora cesarskie, Bazylika Św. Piotra… – ale to wiedzą wszyscy! Ja wyjawię Wam jedną z wielu ciekawostek, którą to bogate w historię miasto, zazdrosne o emocje, zachowuje w tajemnicy.
Na Awentynie, jednym z siedmiu wzgórz Rzymu, w odległym roku 1765 został zbudowany piękny plac ozdobiony obeliskami i trofeami wojskowym, otoczony zielonymi cyprysami i potężnym murem. Ów plac został wzniesiony przez Giovanniego Battistę Piranesiego na zlecenie przeora Rycerzy Maltańskich, bratanka papieża Klemensa XIII, Giovanniego Battistę Rezzonica. Nic dziwnego, że centralną pozycję na placu zajmuje brama, wiodąca do włości Zakonu. Ale kim są kawalerowie maltańscy? Zakon Maltański utworzony w średniowieczu, jest jedynym zakonem rycerskim, który przetrwał do dnia dzisiejszego, przede wszystkim dzięki swojej działalności szpitalnej.
Obecne bitwy toczone przez rycerzy, którzy nie wywodzą się jak za dawnych lat wyłącznie z rodzin szlacheckich, nie są już potyczkami z użyciem miecza, ale walkami z chorobami, ubóstwem czy w obronie wiary katolickiej. Giovan Battista Piranesi, wielki wielbiciel Zakonu, wzniósł plac, aby przekazać przyszłym pokoleniom jedną z najbardziej fascynujących rzymskich legend, która głosi, że całe wzgórze Awentyn stanowiło ogromny statek, święty dla templariuszy, gotów wyruszyć do Ziemi Świętej. Wszyscy ci, którzy umieją dokonać prawidłowej interpretacji, mogą wciąż rozpoznać wiele symboli, odnośników, szczegółów architektonicznych nawiązujących do statku. I tak: część wzgórza zakończonego urwiskiem z widokiem na Tyber stanowi dziób statku; wejście na podniesioną część rufy (nadbudówka dla koneserów) stanowi bramę, za którą w labiryncie ogrodu można rozpoznać liny i wanty. Nadburciem statku mogą być balustrady parku, zaś maszty żaglowca to obeliski umieszczone w wewnętrznej części placu.
Co jest więc tym małym szczegółem, który wzbudza wielkie zdumienie? Chciałabym Wam zaproponować przyjazd tutaj i odkrycie go osobiście. Jednak aby uniknąć napięcia i zaoszczędzić podróży, pokażę Wam to piękne ujęcie.
Poznajecie? To jest to, co my „Rzymianie z Rzymu”, nazywamy „Il Cupolone”. Kopuła Świętego Piotra widziana przez dziurkę od klucza bramy! Mała niespodzianka dla tych, którzy nigdy nie udali się do Przeoratu w poszukiwaniu ciekawostek, ale znana i nadal fascynująca dla nas, rzymian zakochanych w Rzymie.
tłumaczenie pl: Amelia Cabaj
500-lecie getta weneckiego (1516-2016)
tłumaczenie: Katarzyna Kurkowska
Wenecki turysta przechadzając się ulicami Warszawy z łatwością napotyka na liczne echa swojego miasta, obecne w fascynującej polskiej stolicy. Czy będą to weduty Bellotta w muzeach, czy znajomo brzmiące nazwy Muranów czy Arsenał, wiele jest niuansów łączących te dwa miasta, aż po ten najbardziej aktualny, płaskorzeźbę Lwa św. Marka, która powróciła na mur kamienicy nr 31 przy Rynku Starego Miasta. Jednak najbardziej znamiennym powiązaniem jest tu prawdopodobnie to, co idealnie łączy ze sobą dwa miejsca o tej samej nazwie (weneckiego pochodzenia): Getto. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że to słowo, które w XX wieku oznaczało przede wszystkim segregację Żydów przez nazistów w wielu miastach Europy (takich jak chociażby Warszawa) oraz rozpowszechnianie się dzielnic mniejszości etnicznych w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, początkowo było nazwą opuszczonej odlewni (‘Getto’) na północnym krańcu miasta Wenecji.
To tutaj 29 marca 1516 roku doża Leonardo Loredan wydał dekret mówiący o tym, że wszyscy Żydzi powinni “mieszkać razem” (“abitar unidi”) w wyznaczonej i nadzorowanej strefie miasta. Z perspektywy czasu można nazwać to pewnego rodzaju kompromisem. Dla Wenecji oznaczało to zamknięcie w swojej tkance miejskiej wspólnoty, której usługi gospodarcze okazały się nader przydatne w okresie wojen i kryzysu. Żydzi jako społeczność mieli odtąd płacić daninę na rzecz Republiki, a także czynsz chrześcijańskim posiadaczom, którzy jako jedyni mogli posiadać w tej dzielnicy domy na własność. Płacili nawet stróżom nocnym, którzy czuwali nad przestrzeganiem godziny policyjnej. Dla Żydów oznaczało to niemożność wyjścia poza bramy dzielnicy, ale także niespotykane dotąd prawa i ochronę, nie do pomyślenia w tamtych czasach w innych państwach europejskich. Getto było w tym znaczeniu początkiem nowej, kosmopolitycznej cywilizacji, łączącej Żydów niemieckich, włoskich, hiszpańskich, portugalskich w nowe społeczeństwo, zdolne do interakcji z otaczającym światem chrześcijańskim poprzez dialog kulturowy, przynoszący obopólne korzyści. W ten sposób powstało pięć wspaniałych synagog, wybudowanych na zlecenie Żydów, a zaprojektowanych i wykonanych przez chrześcijan, a także niezwykła liczba hebrajskich ksiąg, w tym pierwsze pełne wydanie Talmudu, aktualne po dziś dzień. Getto zamieszkiwali wielcy intelektualiści, których wpływy powinniśmy brać pod uwagę mówiąc o włoskim renesansie. Należy wspomnieć przynajmniej o Leonie Modena, naukowcu i autorze, który do swych licznych dzieł napisanych po hebrajsku i po włosku może zaliczyć “Historia dei Riti Hebraici” (“Historia obrzędów żydowskich”), pierwszą książkę, w której wyjaśniono tradycje religijne Żydów chrześcijańskim odbiorcom. Warto wspomnieć także o jego uczennicy, Sarze Coppio Sullam, która w początkach XVII wieku prowadziła salon literacki i która publikowała liczne dzieła poetyckie i filozoficzne, niebywałe jak na kobietę w tamtych czasach. Bramy getta sforsował w roku 1797 Napoleon, który przetarł szlaki dla idei równości wszystkich obywateli. Od tej chwili wielu Żydów oddaliło się z dzielnicy i stało się prominentnymi postaciami tworzącymi nowożytną Wenecję, z początku pod panowaniem Austrii, a następnie zjednoczonych Włoch. Iluzja idealnej integracji trwała tylko do roku 1938, kiedy to faszystowskie Prawa Rasowe przyczyniły się do wyrzucenia Żydów z instytucji publicznych i utorowały drogę deportacji 246 z nich do Oświęcimia. Nawet w tych dramatycznych chwilach, Getto nie wróciło do swojej funkcji segregacyjnej i, chociaż wielu mniej zamożnych Żydów nadal mieszkało w dzielnicy, co czyniło ich najbardziej podatnymi na represje, było to także miejsce wielkiej solidarności sąsiedzkiej. Większość Żydów weneckich, tak jak i Włochów w ogóle, przeżyła wojnę i odbudowała społeczność żydowską, żywą i aktywną po dziś dzień, która postanowiła upamiętnić 500-lecie Getta.
Jest to rocznica niełatwa; należy powiedzieć jasno, że nie świętujemy smutnego pierwszeństwa w stworzeniu czegoś, co w wielu językach stało się swoistym emblematem segregacji i dyskryminacji. Dlatego staraliśmy się nie wzdragać przed ukazywaniem złożonych przekazów, które niesie w sobie długa historia tego miejsca. Pięćset lat historii mniejszości, która potrafiła zintegrować się i brać aktywny i kreatywny udział w życiu Wenecji, co mówi także o zdolności do reakcji na nakazy w celu osiągnięcia wolności pomimo istniejących barier: jest to szczególnie ważne dziś, w sytuacji rosnących napięć w zetknięciu z “obcymi”, kiedy to powinniśmy oddać się refleksji nad nami samymi i nad wieloma innymi składowymi naszej cywilizacji i historii.
Na to 500-lecie przygotowujemy kalendarium wydarzeń, które da okazję do lepszego zapoznania się z wielkim dorobkiem historycznym i z historiami nt. Getta. Wydarzenie promowane jest przez Komitet “I 500 anni del Ghetto di Venezia”, reprezentujący Wspólnotę Żydowską Wenecji i Miasto Wenecję. Oto główne wydarzenia w programie: 29 marca 2016 – ceremonia w teatrze La Fenice oficjalnie otworzy serię inicjatyw, przewidziane jest m.in. przemówienie inauguracyjne historyka Simona Schamy, a także koncert orkiestry Teatru. Od 19 czerwca do 13 listopada w Palazzo Ducale można będzie obejrzeć wystawę historyczno-dokumentacyjną pt. “Venezia, gli Ebrei e l’Europa. 1516-2016” (“Wenecja, Żydzi i Europa. 1516-2016), pod kuratelą Donatelli Calabi. Wystawa ta będzie miała szczególne znaczenie, gdyż przedstawione na niej weneckiej i międzynarodowej publiczności zostaną mapy i dokumenty archiwalne, ważne dzieła sztuki oraz liczne materiały multimedialne. Najbardziej ambitnym projektem jest zbiórka funduszy przez fundację Venetian Heritage, które przeznaczone zostaną na radykalną przemianę Muzeum Żydowskiego w Wenecji i synagog; do projektu włączyło się już nowe Muzeum Polin z Warszawy. Nie zabraknie konferencji i spotkań dedykowanych miłośnikom teatru i muzyki. W ostatnim tygodniu lipca (26-31) na Campo del Ghetto zobaczymy “Kupca weneckiego” Williama Szekspira, wystawionego po raz pierwszy w swojej oryginalnej scenerii. Kalendarium na pewno jeszcze się wzbogaci, jego aktualną wersję znajdziecie na stronie www.veniceghetto500.org.
500-lecie Getta to okazja, przy której Wenecja opowiada o ważnej części swojej historii i pokazuje jej wpływ na kulturę żydowską i włoską, a bardziej ogólnie (i jest to nagląco aktualna kwestia) pokazuje to, jak mniejszości i większości mogą żyć razem i wzajemnie się wzbogacać.
Sartiglia Oristano
Karnawał w Oristano, średniowiecznym mieście na zachodnim wybrzeżu Sardynii, oznacza tylko jedno: Sartiglię.
Sartiglia to konny turniej o odległych korzeniach. Pierwsze wzmianki w dokumentach, które potwierdzają, że odbywał się on w Oristano, pochodzą z lat 1547-48 i odnoszą się do „Sortilli” zorganizowanej na cześć cesarza Karola V, najprawdopodobniej w 1546 roku.
Podczas zabawy jeździec na galopującym koniu musi nadziać na miecz lub włócznię pierścień zawieszony w połowie wyznaczonej trasy.
Nazwa „Sartiglia” wywodzi się od kastylijskiego Sortija, które z kolei pochodzi od łacińskiego sorticola, pierścienia. Korzenie tego wyrazu można odnaleźć w terminie sors, oznaczającym szczęście.
To właśnie szczęście mają symbolizować te zawody. W rzeczywistości, w nawiązaniu do dawnych obrzędów rolniczych nadal uważa się, że im więcej przebitych pierścieni, tym większa nadzieja na bogate zbiory wiosną.
Dzisiejsze święto różni się od tego z przeszłości – zmienił się „cel”; dzisiaj jest to nie pierścień, a gwiazda zawieszona na zielonej satynowej wstążce w pobliżu miejsca, gdzie mieści się kuria miejscowego arcybiskupa.
Uważa się, że to krzyżowcy sprowadzili święto na Zachód między rokiem 1118 i 1200, po tym jak przejęli je od Saracenów. Wyścigi konne były bardzo popularne w Hiszpanii i jako że potomkowie arystokracji sardyńskiej byli wysyłani na studia na dwór aragoński, możliwe jest, że to właśnie tam spotkali się z Sartiglią, którą później przenieśli do Oristano.
Nie znamy dokładnej daty pierwszej edycji turnieju, jednak pierwotnie udział w Sartigli zarezerwowany był jedynie dla arystokracji. Według tradycji, w czasach dominacji aragońskiej, podczas karnawału, miejscowa ludność, żywiąca głęboką nienawiść do zdobywców, korzystała z zamieszania i anonimowości, którą gwarantowały maski, aby wdawać się w bójki z żołnierzami korony hiszpańskiej.
Aby zakończyć te krwawe bijatyki, kanonik z Oristano – Giovanni Dessì, zdecydował się powierzyć cechom rzemieślniczym (nazywanym Gremi) organizację Sartigli, uważając za konieczne położenie kresu przejawom przemocy. I tak zgodnie z ludową tradycją, w niedzielę i wtorek karnawału roku 1543 miała miejsce pierwsza Sartiglia, w której wziął udział również lud.
Prawdziwy oristańczyk wyczekuje Sartigli z niemal religijnym uniesieniem. Faktycznie, dla prawdziwego pasjonata chwila zakończenia jednej edycji wyścigu to moment, w którym myśli się już o następnej. Do cechów rolników i stolarzy należy wybór głównych jeźdźców nazywanych „Componidoris”.
Bycie wybranym na Componidori jest najwyższym zaszczytem i są tacy, którzy czekają na tę nominację całe życie. Ale, niestety, nie każdy może cieszyć się tym przywilejem. Należy posiadać cechy przypisywane rycerzom, a także cieszyć się poważaniem i szacunkiem w świecie jeźdźców i przedstawicieli poszczególnych Gremi.
Imiona głównych jeźdźców podawane są oficjalnie w dzień Ofiarowania Pańskiego. Z tej okazji przedstawiciele cechów udają się do kościołów swoich patronów, gdzie podczas mszy błogosławione są gromnice udekorowane barwami cechów: czerwoną dla cechu rolników i różową oraz niebieską dla cechu stolarzy.
Następnie najwyższe władze obu cechów udają się do domów wybranych Componidoris, aby wręczyć im pobłogosławione gromnice. Następnie Componidoris wybierają pomocników, którzy będą im towarzyszyć przy wykonywaniu prestiżowego zadania: Su Segundu (drugi) i Su Terzu (trzeci). Utworzone w ten sposób tria stworzą następnie dwójki biorące udział w turnieju w niedzielę i wtorek.
Na kilka dni przed Sartiglią atmosfera w Oristano jest już napięta. Wielka machina organizacyjna zaczyna przygotowywać ulice, na których będzie się odbywać historyczny turniej. Montuje się trybuny, następnie na trasie rozsypywany jest piasek… W mieście na parę dni czas staje w miejscu. Panującego entuzjazmu nie da się opisać.
Wczesnym rankiem w niedzielę po ulicach centrum miasta przy akompaniamencie tamburynów i trąbek niesie się odczytywana przez herolda wiadomość o zbliżającym się turnieju.
Jeźdźcy razem z rodzinami i przyjaciółmi udają się do stajni, które kilka dni wcześniej zostały przyzdobione kolorowymi flagami i gałązkami laurowymi. Zaczynają pojawiać się goście. Atmosfera jest radosna i wszyscy pomagają przy organizacji święta. Jedni pieką mięso i ryby, drudzy nalewają nieodzowne przy tej okazji wino – vernaccię, jeszcze inni oferują gościom słodycze typowe dla tradycji Oristano. Konie są obowiązkowo szczotkowane, a uprzęże przyozdabia się pięknymi kokardami.
Z pomocą rodziny i przyjaciół trzej jeźdźcy nakładają kostiumy i po opuszczeniu na twarz masek wspinają się na grzbiety koni. Cała trójka pośród pozdrowień i aplauzu obecnych udaje się do miejsca, w którym będą ubierani Componidori.
Ubieranie jest jednym z bardziej sugestywnych momentów Sartigli. Rytuał odbywa się na stole, na którym ustawione jest krzesło. Jeździec, raz usadzony na krześle, nie może dotknąć ziemi aż do momentu zakończenia wszystkich uroczystości. W rzeczywistości jest to chwila, w której staje się onpół-bogiem, a kontakt z ziemią pozbawiłby go świętości i przyniósł poważne nieszczęście. Componidori ubierany jest przez młode dziewczęta w stroju sardyńskim – Massaieddas, pod nadzorem Massaia Manna, doświadczonej kobiety. Twarz przykrywana jest maską, która zostaje przyszyta do opaski wokół jego twarzy. Następnie zostają przymocowane welon i cylinder. Tak ubrany Componidori wstaje z krzesła. Nad obecnymi góruje jako bezpłciowa postać o twarzy bez wyrazu; istota niedostępna; bóstwo, które zeszło na ziemię i do którego kierowane są prośby o dobrobyt w nadchodzącym roku. W tym momencie zapada surrealistyczna cisza. Wprowadza się konia należącego do bóstwa i Componidori dosiada jego grzbietu wprost ze stołu. Półbóg, po otrzymaniu od przewodniczącego cechu bukietu z barwinków i fiołków, błogosławi obecnych. Na zewnątrz czeka świętujący tłum i wszyscy jeźdźcy. Po pobłogosławieniu publiczności Componidori i jeźdźcy udają się w procesji do centrum miasta.
Kiedy docierają na plac katedralny, potrójne skrzyżowanie mieczy pomiędzy Componidori i Su Segundu daje początek turniejowi.
Componidori – jako ten uprzywilejowany – próbuje jako pierwszy. Na dźwięk trąb skłania do galopu swojego konia, wyciągając ramię w kierunku gwiazdy. Jeśli gwiazda zostaje nabita, publiczność wybucha potężnym okrzykiem, w innym przypadku słychać jęk rozczarowania. Następnie galopują jego pomocnicy, a później wszyscy jeźdźcy, którym Componidori przekaże miecz. Ci, którym uda się przebić gwiazdę, otrzymają w nagrodę gwiazdkę ze srebra, a złotą, jeśli powtórzą sukces również we wtorek. Componidori i jego drugi pomocnik powinni dostąpić tego zaszczytu już w niedzielę, jako że na koniec gonitwy z mieczami zmierzą się w gonitwie z su stoccu – włócznią z litego drewna.
Pod koniec turnieju Componidori sprawdza się w trudnej próbie nazywanej Remada; jeździec odchyla się do tyłu, kładzie się na plecach na galopującym koniu i pozdrawia zgromadzonych bukietem fiołków i barwinków – sa pippia e maju.
Po zakończeniu zawodów Componidori i jego jeźdźcy udają się poza zabytkowe mury miasta, aby – galopując obok siebie – wykonywać różnego rodzaju spektakularne ewolucje.
Componidori nie wolno ryzykować upadku i może pokonać przejazd jedynie w pozycji siedzącej, opierając dłonie na ramionach swoich pomocników. Natomiast pozostali jeźdźcy, by dać upust swoim umiejętnościom, wykonują niebezpieczne akrobacje, stojąc na grzbietach galopujących koni.
Zaszczyt wykonania ostatniego przejazdu przysługuje Componidori, który ponawia błogosławieństwo z Remady, tym razem wspierany przez swoich towarzyszy.
Gdy jest już po wszystkim, procesja zmierza w kierunku siedziby cechu, gdzie Componidori wraca do postaci człowieka. Ponownie staje na stole, na którym był ubierany, Massaieddas zdejmują maskę pół-boga. Przy akompaniamencie trombek i tamburynów kieliszki wypełniają się vernaccią i rozpoczyna się święto na cześć tego, który przez jeden dzień był Królem Oristano.
We wtorek ponownie obchodzona jest Sartiglia, tym razem przez cech stolarzy. Spektakl trwa jeszcze jeden dzień, a w momencie, gdy zostanie zdjęta maska drugiego Componidori, Sartiglię można uznać za zakończoną.
Od tej chwili nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na kolejne święto Sartigli.
Polka potrafi, czyli Klub Polki na Obczyźnie
autor: Karolina Romanow
Wyjazd na stałe do innego kraju wiąże się z całą masą przemyśleń. Już od pierwszego dnia dostrzegamy różnice kulturowe i obyczajowe, dziwią nas pewne zachowania i sposób wyrażania myśli. Zderzamy się z zupełnie innym światopoglądem ludzi, wśród których przychodzi nam żyć. I w końcu poznajemy nowy kraj nie tylko z punktu widzenia turysty, ale i miejscowych, a później pragniemy podzielić się tymi spostrzeżeniami z innymi i…. zakładamy bloga.
Wszystko zaczęło się w Danii i… we Włoszech
Styczeń 2013 roku. Świeżo upieczone blogerki – Magda mieszkająca we Włoszech i Żaneta z Danii – postanawiają zjednoczyć inne blogujące Polki na emigracji w jednym miejscu, do którego dostęp z każdego krańca świata jest taki sam: w sieci. Klub Polki na Obczyźnie to klub zrzeszający blogujące Polki mieszkające poza granicami kraju, wśród których znajduje się także klubowicz honorowy – Piotr, jedyny mężczyzna zaproszony do udziału przez założycielki. Obecnie do Klubu należy 270 Polek z 50 różnych, nawet bardzo odległych krajów (z Włoch bloguje 17 dziewczyn z 12 regionów, w tym jedna z założycielek).
Polki tworzą
Cel był prosty: dodawanie sobie otuchy i dzielenie się spostrzeżeniami z życia na emigracji. Jak się okazało, mimo że historia każdej z blogerek jest inna, członkinie więcej łączy niż dzieli. Dlaczego wyjechały? Z przyczyn finansowych, za miłością, za pracą, z ciekawości, porywu serca, z chęci odkrywania. Tak samo jak różnią się między sobą klubowiczki, tak różne treści odnajdziemy na ich blogach: przewodniki, pamiętniki, blogi fotograficzne i językowe. Jednak przede wszystkim łączy je jedna, w zasadzie najważniejsza cecha: radość z życia. Polki na obczyźnie organizują rocznie wiele projektów mających na celu ukazanie dobrej strony emigracji, przywiązania do ojczyzny i dumy z bycia Polką. Po co? Po to, aby w końcu słowo „Poland” jak najrzadziej mylone było z „Holland” i aby pokazać, że bolesne decyzje związane z opuszczeniem ojczyzny, często okazują się sposobnością do rozwoju i szczęśliwym „zbiegiem okoliczności”.
Z przymrużeniem oka i nieraz całkiem na poważnie opisują życie w obcym kraju oraz radości i smutki Polaków na obczyźnie. Z tych opowiadań powstają cudowne, do poczucia wszystkimi zmysłami opisy miejsc i ludzi, do których można dotrzeć, wyłącznie dzieląc z nimi codzienność. W ten sposób narodził się pomysł stworzenia wyjątkowego przewodnika po świecie widzianego oczami Polek emigrantek. Czas pokazać (i opowiedzieć) świat w zupełnie innej odsłonie!
Polki pomagają
Żyjąc aktywnie, można też aktywnie pomagać, dlatego oprócz projektów, których owoce można podziwiać na blogach członkiń, Klub Polek angażuje się także w akcje charytatywne. Między innymi Polki promują twórczość artysty i animatora polskich bajek, pana Zbigniewa Stanisławskiego, a także pomagają ośmioletniej dziewczynce chorej na chorobę genetyczną FOP-a. To z inicjatywy Polek na obczyźnie stworzono lalki dwóch postaci z autorskiego filmu pana Zbyszka „Planeta Wyobraźni”. Polki przesyłają je sobie, każdą podróż dokumentując zdjęciami, i w ten prosty sposób lalki podróżują po całym świecie.
Przestrzeń nie jest żadną przeszkodą. Do tej pory udało się zorganizować aż 16 klubowych spotkań w różnych miastach Europy. Oczywiście nie mogły zjawić się na nich wszystkie Polki (i Polak), ale niech będzie to – wraz z wydaniem niezwykłego przewodnika – celem na przyszłe lata, bo przecież Polka potrafi!
Oficjalny blog Klubu Polek na Obczyźnie: http://klubpolek.pl/
Oficjalna facebookowa strona Klubu: https://www.facebook.com/pages/Klub-Polki-na-Obczy%C5%BAnie/324950360948381?fref=ts
Emigracja oczami Polek i Polaka w formie krótkiego filmiku opublikowanego także w TVP Polonia: https://www.youtube.com/watch?v=nCwN60mFsC8
DRWAL NASZYCH CZASÓW
autor: Katya Czarnecka
Delikatni i wymuskani mężczyźni, czyli najmocniej komentowane zjawisko ostatnich lat, przechodzi do lamusa. Termin mężczyzna metroseksualny wprowadzony przez Marka Simpsona wywołał wielkie poruszenie i nikogo nie pozostawił obojętnym. Po jednej stronie barykady ustawił zwolenników mężczyzn dbających o siebie, zawsze starannie i modnie ubranych, niestroniących od kosmetyków, czyli – krótko mówiąc – pozostających w ścisłym kontakcie z kobiecą stroną swej natury. Po przeciwnej natomiast umieścił tych, którzy podobne zjawiska definiują jako patologię i kompletne zaprzeczenie męskości.
Od kilku dni mówią i piszą o tym wszyscy. Został zdefiniowany nowy trend, który zaskoczy niejednego. Mówię o lumberseksualnych facetach. Będzie to spore zaskoczenie dla wszystkich tych, którzy podchodzili do brodatych panów jako chwilowej nowinki. Do naszego społeczeństwa wkrada się zupełnie nowy i raczej nie-metroseksualny typ faceta. Drwal, bo o nim mowa, to powrót do korzeni i połączenie się z dziką i pierwotną stroną męskiej natury. Nosi brodę, tatuaże, kraciaste koszule i wygodne ciężkie buty. Jest kompletnie nieskrępowany swoją cielesnością. To mężczyzna z krwi i kości, któremu tylko nieliczne niewiasty potrafią się oprzeć.
Cathy Nhung, redaktorka mody w Guardianes del Tiempo komentuje to następująco (cytat za natemat.pl): – Dla mnie wysportowany facet z brodą (ale nie za długą) i we flanelowej koszuli jest o wiele bardziej pociągający, niż ogolony na gładko w obcisłym T-shircie i rurkach. Prawda też jest taka, że przez te prawie dziesięć lat zdążyliśmy się znudzić – a nawet zmęczyć – typem ‘metro’. Było do przewidzenia, że pojawi się jakiś inny, alternatywny model. To już nawet nie jest bunt, tylko potrzeba zmiany. Widać to nawet na wybiegach – Bottega Veneta, Dior czy Hermès zaczęło właśnie w tym sezonie promować nowy trend – ‘na robotnika’. Już dawno nie było tak świeżego trendu, który by nie nawiązywał do tego całego szumu na retro, metro czy sado-maso. Obawiam się tylko, że faceci zaczną ten trend rozumieć jako przyzwolenie nie tylko na brodę czy zarost (to jest super), ale przede wszystkim na to, żeby przestać zupełnie o siebie dbać. Brr!
Idąc za Nhung, podzielam zarówno jej entuzjazm, jak i obawy związane z tematem. Pamiętam, kiedy to wielokrotnie tematem kobiecych dyskusji był owoc męskiej ewolucji i związane z nim niepokoje. Obserwując ideał męskości na przestrzeni ostatniej dekady, niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że jesteśmy cywilizacją śmierci, a nasz gatunek skazany jest na zagładę. Popadam w błogostan na myśl o nowym ideale męskości. Z drugiej strony zastanawiam się, czy nowy trend nie jest zdradliwym przebraniem narcyza lub wymówką dla leniwych. Jakby jednak nie patrzeć, daję mu wielką szansę. Myślę, że zadbany drwal będzie przyjemną odmianą na scenie współczesnej popkultury.
Wchodząc w głębsze warstwy zjawiska, zastanawiającą jest potrzeba owego powrotu do korzeni i natury w jej pełnym wydaniu. Czy drwale wychodzą na ulice miasta jako nowy trend czy też jako przejaw wewnętrznych potrzeb? Czy lumberseksualizm to krzyk męskiego ego? Warto zatrzymać się nad podobnymi pytaniami w czasach, w których kobiety coraz bardziej przypominają mężczyzn. Mam tu na myśli kwestie związane z szeroko pojętą samodzielnością, która stała się główną wartością dla kobiet funkcjonujących w społeczeństwach masowych. Stopniowo zanikające zapotrzebowanie na siłę fizyczną, które jest charakterystyczne dla męskiej roli, doprowadziło do braku naturalnej współzależności pomiędzy kobietami i mężczyznami. Jeśli przyjmiemy taką perspektywę, sytuacja może zostać oceniona jako kryzysowa, a nowy trend – jako rozpaczliwa próba przywrócenia dawnego porządku. Mężczyźni zapuszczają brody, bo to jedyny sposób, który pozwoli im na podkreślenie swojej obyczajowej roli społecznej. Obecnie zaczynamy dostrzegać wartości płynące z powrotu do tradycji oraz natury, jednak głównie w sferze związanej ze zdrowym odżywianiem się oraz ekologią. Być może współcześni drwale stanowią zapowiedź renesansu męskości.





















