Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 112

Pomiędzy morzem a niebem. Biegiem.

0

Nie mogłam się za ten artykuł zabrać. Temat wdzięczny, temat na czasie. Mam pisać o moim ukochanym włoskim regionie, albo nawet o dwóch najbliższych sercu regionach, a jednocześnie dwóch regionach najbliższych – geograficznie – Polsce. Mam pisać o jednej z moich pasji. Serce pełne emocji, głowa pełna informacji, natchnienia brak. I podświadomie robię wszystko, aby tylko nie usiąść za biurkiem, bo nie chcę napisać „gniota”. A więc zrobiłam powidła śliwkowe i konfiturę malinową, upiekłam chleb i drożdżowe ciasto wegańskie… A później poszłam pobiegać. Pobiegać. No właśnie.

Prawdopodobnie nie ma lepszego sposobu na uporządkowanie myśli, znalezienie inspiracji. Prawdopodobnie nie ma piękniejszych miejsc do biegania, niż te we Włoszech.

Wenecja. Stolica regionu Veneto. 0 m n.p.m., często nawet poniżej zero. Marmolada. Najwyższy szczyt Dolomitów. 3343 m n.p.m. Ośnieżone Dolomity doskonale widać z dzwonnicy przy Placu Świętego Marka na lagunie. Pomiędzy, rozciąga się nizina poszatkowana korytami rzek płynących ku Adriatykowi i dalej wzgórza Valdobbiadene porośnięte szczepem winogron prosecco. Pobiec z Wenecji na szczyt Marmolady? Tak. Dokonali tego kilka tygodni temu dwaj ultramaratończycy z Veneto. Wystartowali z Placu Świętego Marka o zachodzie słońca, na szczycie królowej Dolomitów stanęli o zachodzie słońca dwa dni później. 46 godzin biegu non stop. Ponad 200 km na nogach, biegiem, walcząc ze snem, ze zmęczeniem. Wszystko po to, aby zrealizować marzenie z dzieciństwa. Połączyć dwa bieguny jednego z najbogatszych kulturowo i geograficznie regionów Włoch. Zarazić innych pasją biegania. Poruszyć. Wzruszyć. Zainspirować. Pomysłodawca tego wyczynu, William Da Roit z małej górskiej miejscowości La Valle Agordina, mówi, że ta przygoda zmodyfikowała jego DNA. Wielki wyczyn, nieludzkie zmęczenie, nieoceniona próba przyjaźni dwóch biegaczy, nieziemskie wzruszenie, gdy z wierzchołka Punta Rocca na horyzoncie dostrzegli lagunę i maleńkie z tej perspektywy miasto na niej.

William Da Roit i Elvis Secco jako pierwsi pokonali tę trasę biegiem. Ich wyczyn zapisuje się w historii sportu. Ale zapisuje się także w sercach wielu osób, które wspierały ich na trasie, podziwiały, dopingowały.

Tak, bo Włosi dopingować potrafią najlepiej. Na co dzień i od święta. Nigdzie na świecie nie spotkałam się z takim dopingiem, gdy samotnie biegłam po górskich ścieżkach, „wypluwając płuca”. Nie było osoby, która, gdy ją mijałam, nie powiedziałaby kilku miłych słów, nie wyraziła podziwu, nie dodała otuchy. Takie wsparcie uskrzydla. Na co dzień. A od święta? Można śmiało powiedzieć, że w sezonie biegowym w Dolomitach i okolicach nieprzerwanie trwa biegowe święto. Właściwie w każdy weekend organizowane są zawody. Niejedne. Jedyna trudność to wybrać te, w których wystartować.

Czym różnią się zawody biegowe w Polsce od tych we Włoszech? Przede wszystkim atmosferą. My Polacy zawzięcie ze sobą rywalizujemy, dla Włochów bieganie to głównie zabawa i sposób na spędzanie czasu w dobrym towarzystwie. I również podczas zawodów przekonałam się, że prawdopodobnie nie ma lepszych kibiców niż ci we Włoszech.

Najtrudniejszy w zaplanowaniu sezonu biegowego jest wybór imprezy, w której chcielibyśmy wziąć udział. Poza tym wszystko tu zależy od nas. W bieganiu nie potrzebujemy drogiego sprzętu. Wystarczy para butów i chęć. Silna wola. Charakter. A ten szlifujemy i umacniamy z każdym przebiegniętym kilometrem. Jak mówi mój Przyjaciel ultramaratończyk: Masz w głowie mózg. Masz stopy w butach. Możesz pobiec w którymkolwiek kierunku chcesz.

W tym roku w Cortinie d’Ampezzo, podczas The North Face Lavaredo Ultra Trail zameldowało się około setki biegaczy z Polski. W Cortinie można pobiec ultra na dystansie 119 km, Cortina Trail – 47 km lub Sky Race – 20 km. A wszystko w jeden czerwcowy weekend.

Wielu moich znajomych rokrocznie wybiera bieg Transcivetta. Civetta to obok Pelmo i Marmolady  najbardziej charakterystyczny masyw w Dolomitach. Transcivetta wyróżnia się właśnie zapierającymi dech w piersiach krajobrazami, przez które prowadzi panoramiczna trasa zawodów, u podnóży Monte Civetta. A same zawody biegnie się w parach, co sprzyja dobrej zabawie, ale też zacieśnianiu więzów przyjaźni i sprawdzania się w koleżeństwie. Bo tu już nie jesteś odpowiedzialny tylko za siebie, ale również za partnera, z którym spędzasz ten dzień w górach. W Transcivetta startują wszyscy, niezależnie od wieku, poziomu wytrenowania, doświadczenia. Na starcie w 2015 roku stawiło się 2000 uczestników. Klasyfikowane są pary męskie, kobiece, mieszane. Najlepsi pokonują 23 km trasę z 2000 metrów przewyższenia w niewiele ponad 2 godziny, ale wiele par przekracza linię mety po 6 godzinach – bo najważniejsze jest upajanie się wspaniałymi widokami i niesamowitym przyjęciem w kolejnych schroniskach na trasie, w których uczestnicy zawodów dostają wsparcie logistyczne. Tak, w Rifugio Tissi mogłabym zostać na zawsze!

„Szlak horyzontów”: taką nazwę nosi trasa, przez którą prowadzi Sky Race Monte Cavallo. To jedne z pierwszych górskich zawodów, w których startowałam, ale też takie, które na zawsze zostają w sercu. Monte Cavallo wyrasta bezpośrednio z niziny wenecko-friulańskiej. To pierwsza górska ściana w drodze z Wenecji na północ. Wspinając się autem do miejscowości Piancavallo, w której zawody mają start i metę, doskonale widać całą nizinę, lagunę, i dwie stolice północnych prowincji Włoch: Wenecję i Udine. Nic dziwnego, że trasa biegu została ochrzczona mianem szlaku horyzontów. Z wielu punktów na trasie rozciąga się panorama na cały łańcuch Dolomitów, dominujących krajobraz na północy i statki na redzie oraz adriatyckie wybrzeże na południu.

W stronę wybrzeża prowadzi też trasa maratonu weneckiego. Maraton startuje ok. 20 km w głębi lądu, nad rzeką Brenta. Unikalność riwiery Brenty, miejsca, gdzie historia, kultura, sztuka i przyroda uzupełniają się wzajemnie, doceniona została już przez weneckich dożów i arystokratów, którzy wzdłuż rzeki budowali swoje imponujące rozmachem letnie rezydencje. Po przebiegnięciu wzdłuż rzeki, maratończycy przekraczają długi na 4 km Most Wolności i dalej kierują się przez Zattere, most pontonowy na Wielkim Kanale (zbudowany specjalnie na potrzeby maratonu i demontowany chwilę po przebiegnięciu ostatniego zawodnika), Plac Świętego Marka na metę w okolicy Arsenału. „To jeden z najpiękniejszych maratonów świata”, mówi Alex Zanardi, jeden z najlepszych włoskich sportowców, ambasador weneckiego maratonu. Zapisy na tę imprezę jeszcze trwają. Kto więc czuje się na siłach, może jeszcze tej jesieni zasmakować atmosfery włoskiego święta biegania. Do zobaczenia w Wenecji 25 października!

PRESTIGE – włoska doskonałość

0

Prestige: nazwa, która w coraz większym stopniu staje się w Polsce synonimem włoskich produktów enogastronomicznych najwyższej jakości. Prestige to marka, której misja ma dwa wymiary. Z jednej strony, obsługa sieci Ho.Re.Ca. na bazie katalogu wysoce wyselekcjonowanych produktów food & beverage, zarówno świeżych, jak i pakowanych – prawdziwych doskonałości Made in Italy oferowanych restauracjom, hotelom i innych podmiotom. Z drugiej strony, dotarcie z tymi samymi produktami do klienta końcowego, poprzez sieć detaliczną sklepów, już obecnych w Warszawie i w Bielsku-Białej, a niedalekiej przyszłości również we Wrocławiu i Katowicach.

Wśród wielu projektów i działań prowadzonych przez Prestige, istnieje możliwość udostępnienia restauratorom, w formie “komisu”, wyboru prestiżowych win włoskich, utrzymujących jednakże doskonały stosunek jakości do ceny. Rozmawiamy o tym z Kierownikiem Handlowym Filippo Tognin i Kierownikiem ds. Marketingu Lindą Severino.

Jaki pomysł leży u podstaw tej waszej inicjatywy?

FT: “Pomysł jest bardzo prosty: chcemy umożliwić sieci restauratorów przystępującym do projektu, by na stołach ich restauracji znalazła się wyjątkowa karta win zawierająca produkty wysokiej klasy i wyselekcjonowane etykiety, a wszystko to bez inwestowania przez restaurację dużych środków. W formule “komis” restaurator “kupuje” od Prestige butelkę dopiero wtedy, gdy klient ją zamówi.

LS: “Misją Prestige jest popularyzowanie kultury dobrej włoskiej enogastronomii. Wszystkie nasze projekty idą w tym kierunku, dlatego staramy się dotrzeć do klienta końcowego możliwie szybko i bezpośrednio. Z tego też powodu, również ta inicjatywa związana z winem ma stanowić szansę dla restauratora, a nie inwestycję z potencjalnymi niewiadomymi. Tak naprawdę, to restauratorzy są głównymi „promotorami” naszej jakości, a dla nas są partnerami.

Jaka jest specyfika waszej karty win?

LS: “Chcemy umożliwić odkrycie skarbów naszej ziemi, zarówno tych, które są już znane, jak i tych niszowych. Karta win Prestige nazywa się “Special Guest”, ponieważ każda edycja karty będzie zawierać wino “wyjątkowe wśród wyjątkowych”. A wszystko to, z gwarancją wysokiej jakości produktów za przystępną cenę.

FT: “W tej pierwszej edycji karty wybraliśmy “InNno”, wino z Toskanii z winnicy Certosa di Belriguardo, uczestniczącej w projekcie “Vino Libero” [Wolne Wino]. Do projektu zgłaszane są produkty otrzymywane dzięki selekcji gron i całkowicie naturalnym metodom produkcji, co umożliwia uzyskanie o wiele niższej zawartości siarczanów, niż w innych winach. Mówimy o produkcie naprawdę szczególnym i wyjątkowym”.

Rozpoczęliście już projekt “Special Guest”?

LS: “Nie tylko. Zrobiliśmy to w wielkim stylu, w czasie eventu, w którym uczestniczyła osoba niezwykle droga nam Włochom, będąca jednocześnie miłośniczką wina, jako że sama zajmuje się jego produkcją: Gianna Nannini. Była ona prawdziwym “Special Guest”, zgodnie z nazwą naszej karty, która aktywnie uczestniczyła w projekcie, umożliwiając nam włączenie dwóch win produkowanych przez nią: jedno z nich to właśnie, “Special Guest” – “InNno”, wspomniane przed chwilą przez mojego kolegę Filippo Tognina, drugą etykietą jest “Baccano”, czerwone wino, w smaku pełne i bogate w aromaty. Gianna Nannini wystąpiła przed restauratorami i autorytetami, podczas wieczoru poświęconego prezentacji, który miał miejsce 4 grudnia w Warszawie.

FT: “Projekt został już doceniony przez wielu restauratorów. Naszym celem jest tworzenie coraz więcej okazji utwierdzających nasze partnerstwo ze światem Ho.Re.Ca. Wkrótce zaprezentujemy inne inicjatywy, mam nadzieję, że również na stronach tego czasopisma, które jest punktem odniesienia dla Włochów i każdej innej osoby żyjącej w Polsce, ceniącej włoski „styl życia i kulturę.”.

Więcej informacji:

www.prestigeimportexport.pl

przedstawiciel handlowy: Filippo Tognin +48 602104361

FB: https://www.facebook.com/prestigeitalianfood/

 

Na piechotę z Niemiec do Kaliningradu, odkrywając Polskę północną

0

Wiedza kształtuje się podczas całej podróży, a nie przy samym tylko osiąganiu jej celu. Dotyczy to właśnie VestAndPage, Vereny Stenke i Andrei Pagnes, niemiecko-włoskiej pary twórców, która w 70. rocznicę zakończenia II wojny światowej zdecydowała się przejść w odwrotnym kierunku trasę pokonaną przez wygnańców niemieckich, cywilów wypędzonych z dawnych Prus Wschodnich aż do dzisiejszych Niemiec. „Wróciliśmy na ścieżkę męki, którą szli również dziadkowie Vereny, niemieccy cywile zmuszeni do opuszczenia terenów Królewca. My jednak przeszliśmy trasę w przeciwnym kierunku, wyruszając 8 maja z Hemmingstedt położonego nad Morzem Północnym. W tym mieście urodził się ojciec Vereny i tam również zatrzymali się jej dziadkowie, uciekając z Czerniachowska, miasteczka za Kaliningradem, przed wojną nazywającego się Insterburg, gdzie dotarliśmy początkiem czerwca”, mówi pisarz i artysta Andrea Pagnes. W ten właśnie sposób prywatna historia rodziny Stenke przeradza się w pryzmat, przez który ponownie zwraca się uwagę na to zapomniane wydarzenie historyczne; epizod, który trwale naznaczył życie tysięcy bezbronnych cywilów. „To, co widzimy na mapie, to praktycznie ta sama trasa, którą pokonali dziadkowie Vereny. My nieco ją wydłużyliśmy po przekroczeniu granicy Polski. Gdy dotarliśmy do Koszalina, odbiliśmy na północ, żeby udać się na ruchome wydmy w Łebie, a później zeszliśmy w kierunku Gdańska i stamtąd wróciliśmy na właściwą trasę, przechodząc przez tereny dawnego obozu koncentracyjnego w Sztutowie aż do Krynicy Morskiej, wzdłuż wybrzeży Wisły, przez którą przeprawiliśmy się łódką do Fromborka, słynącego z katedry, gdzie odnalezione zostało ciało Mikołaja Kopernika i gdzie znajduje się jego obserwatorium. Podczas przeprawy przez rzekę starszy maszynista opowiedział nam, że zalew wiślański jest prawdopodobnie jednym z największych cmentarzy pod gołym niebem w całej Europie. Faktem jest, że podczas wygnania zostały zamordowane na lądzie, wodzie i w powietrzu dziesiątki tysięcy uchodźców pruskich złapanych przez Armię Czerwoną. Wygnanie miało miejsce w zimie 1945 roku, zalew był zamarznięty, wystarczyło zbombardować jego powierzchnię, by zatopić karawany uchodźców próbujących przedostać się na drugi brzeg. Utonęli oni w lodowatej wodzie Wisły, nie pozostawiwszy żadnego śladu. I to jest właśnie wiedza, którą zdobywa się podczas podróży. Wyrusza się w przekonaniu, że zrealizowany zostanie określony plan, ale przeżycie, jakim jest pokonanie ponad 1000 km na piechotę, sprawia, że zderza się z faktami, nawet sprzed 70 lat, które urzeczywistniają się za pośrednictwem naocznych świadków wydarzeń, a to zmusza do ponownego rozważenia tego, co wydawało się oczywiste na początku podróży. „Tak właśnie – choć wyruszyliśmy celem odkrycia na nowo zapomnianej, trudnej części niemiecko-rosyjskiej historii – odkryliśmy Polskę. Państwo przepięknych krajobrazów i narodu o ponadprzeciętnej humanitarności. Najpiękniejsze i najserdeczniejsze kontakty, jakie nawiązaliśmy, to właśnie te z Polakami, którzy wbrew swojej woli stali się zarówno bohaterami, jak i ofiarami tego konfliktu. Podróżowaliśmy po spartańsku, z torbami na plecach, ale wszędzie przyjmowano nas serdecznie. Nigdy tego nie zapomnę”. Podróż Vereny i Andrei z Fromborka podążyła w kierunku Kaliningradu, dawnego Królewca, gdzie po dziś dzień znajduje się grób Kanta. „Dotarliśmy tam po około miesiącu i udaliśmy się dalej, do Czerniachowska, dawnego Insterburga, skąd właśnie rozpoczęło się wygnanie dziadków mojej żony, Vereny, w styczniu 1945 roku. Znaczną część trasy w rosyjskiej enklawie, zwłaszcza tuż po przekroczeniu granicy, musieliśmy jednak przejechać autobusem, ponieważ droga na piechotę została nam odradzona ze względów ‘bezpieczeństwa i kontroli’, ale zaraz po dotarciu do Kaliningradu, w pobliżu Czerniachowska, poruszaliśmy się już bez większych problemów”. Z tej przygody narodził się film zatytułowany „Plantain” (pl. „Babka”, tj. dzika roślina spotykana często na poboczu ścieżek i dróg, która według legendy miała rosnąć w miejscu, którędy już ktoś przechodził, i była tym samym wskazówką dla wędrowców; w oryginalnym tytule niemieckim „Spitzwgerich”). „Podczas podróży wybieraliśmy miejsca najbardziej dla nas odpowiednie na przeanalizowanie odbytych spotkań, tego co przeżyliśmy i co usłyszeliśmy od innych, a wszystko to by przekształcić zdobyte doświadczenie w naszą sztukę (przy użyciu kamery), tak by na wielki ekran trafiły sceny wzbogacone o nasze doznania, które towarzyszyły nam przez całą podróż. Film będzie swego rodzaju odtworzeniem wydarzeń w konwencji typowo poetyckiej zawierającej fragmenty wspomnień zarówno utrwalonych, jak i zagubionych czy zapomnianych, dotyczących tej ludzkiej tragedii, która pochłonęła wiele narodów, zwycięzców i zwyciężonych, dlatego, że wierzymy, że zadaniem sztuki jest przede wszystkim odkrywanie poezji ukrytej w bólu i cierpieniu i za jej pośrednictwem stawianie pytań do rozważań historycznych i współczesnych. Całą jesień poświęcimy na montaż filmu. Douglas Quin (dźwiękowiec znany z „Parku Jurajskiego III” i z „Władcy Pierścieni II” oraz ze współpracy z Wernerem Herzogiem) towarzyszył nam przez kilka dni w podróży, zbierając materiał do ścieżki dźwiękowej, tzw. soundscape’u, która stanowić będzie komentarz do filmu. Muzyka skrzypka Stefana Kniesia i najniższy męski głos basowy, tj. basso profondo, Andreasa Bauera staną się muzycznym tematem przewodnim. Początkiem 2016 roku odbędzie się premiera „Plantain” w centrum kultury Kulturzentrum Ostpreußen w Ellingen, które mieści się w zamku w samym sercu Bawarii. Jest to organizacja, która jako pierwsza uwierzyła w nasz projekt i pomogła nam w zdobyciu wsparcia BKM-u (Bundesbeauftragte für Kultur und Medien; Federalna komisja ds. kultury i mediów), wraz z organizacją Heart of the City Bureau z Kaliningradu, Dom Samok Foundation z Czerniakowska i Georgenburg Association z rosyjskiej Majówki. Dostaliśmy już zaproszenia do wzięcia udziału w festiwalu kina eksperymentalnego w Wielkiej Brytanii, Indiach, Kanadzie i Hong Kongu. Po premierze w Niemczech film zaprezentowany zostanie również w Rosji w NCCA (Państwowe Centrum Sztuki Współczesnej) w Kaliningradzie, a później oczywiście z wielką przyjemnością w Polsce, tym bardziej, że większość scen została nakręcona na Pomorzu. Tego lata wystąpiliśmy na Performance Art Festival Konteksty w Sokołowsku, zapoznaliśmy się z dystyngowaną i wrażliwą dyrektor, Małgorzatą Sady, i poznaliśmy wysokie standardy pracy Sokołowskiego Laboratorium Kultury i Fundacji Situ, która zajmuje się odbudową monumentalnego Sanatorium z XIX wieku celem przekształcenia go w centrum kultury multimedialnej i artystycznej. Po tym wszystkim zaprezentowanie „Plantaina” w tym samym miejscu, gdzie latami mieszkał Kieślowski i gdzie stworzył on niektóre ze swoich najwspanialszych dzieł, byłoby niesamowitym wyróżnieniem. Może nawet właśnie w starym kinie „Zdrowie”, tak przez niego lubianym”.

(tłum. Bożena Gandor)

GROWING UP… NOT FOR KIDS, CZYLI “BABY BUMP” MADE IN POLAND

0

tekst: Justyna Głuszenkow
tłum. Małgorzata Tolko

 

3 września w ramach 72. Miedzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji odbyła się światowa premiera filmu “Baby Bump”w reżyserii Kuby Czekaja. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć;-).

“Baby Bump” to historia opowiedziana z perspektywy chłopca. Micky House porywa nas do krainy dojrzewania, gdzie rzeczywistość miesza się ze światem snu i fantazji. Zmieniające się ciało to zaskakująca, nieoczekiwana i drastyczna transformacja dla 11-letniego bohatera.  Rzecz jasna budzi to wiele frustracji, a na domiar złego całą sprawę komplikuje niepotrafiąca zaakceptow[cml_media_alt id='113662']20358-Baby_Bump_2 (1)[/cml_media_alt]ać zmieniającego się syna matka. Dorastanie nie jest dla dzieci. Dla niektórych rodziców rownież.

Kuba Czekaj stworzył absurdalno-surrealistyczny obraz cielesności i seksualności w świeżym wydaniu. Wrażenie to buduje m.in. warstwa formalna, jak sam autor mówi film jest czymś w rodzaju komiksu filmowego, a jedyna formalna inspiracja to rodzaj ikonografii wykonywanej przy kadrowaniu.

Micky House to debiutowa rola 14-letniego Kacpra Olszewskiego. W rolę Mamuśki wcieliła się Agnieszka Podsiadlik, aktorka Teatru Rozmaitości w Warszawie.

“Baby Bump” to jeden z trójki zwycięzców 3. edycji Biennale Collage – Cinema, warsztatów poświęconych rozwojowi i produkcji niskobudżetowych projektów filmowych.
Zwycięski projekt to pierwsza część dyptyku o dorastaniu. Kolejna – “Królowie Olch”, będąca na etapie postprodukcji traktuje o rozwoju emocjonalnym. Polscy widzowie będą mieli okazję zobaczyć “Baby Bump” na Festiwalu Filmowym w Gdyni już 14-19 września w sekcji Inne Spojrzenia.

 

[cml_media_alt id='113663']20366-Baby_Bump_4[/cml_media_alt]

“11 minut” Jerzego Skolimowskiego

0

tłum. Małgorzata Tolko

“11 minut” Jerzego Skolimowskiego nagrodzono gromkimi brawami podczas projekcji dla dziennikarzy, która odbyła się dziś rano (9 września) w ramach Festiwalu Filmowego w Wenecji. Akcja filmu rozgrywa się w Warszawie, w której życie zdaje się pędzić szybko, jest ciężkie, niemalże bezlitosne, gdzie czas jest wyznaczany przez samoloty, które bez przerwy wylatują i lądują, a ludzki los zależy od zbiegu okoliczności. Znakomite zdjęcia i montaż. Teraz czekamy na konferencję prasową z reżyserem zaplanowaną na godz. 14.

 

trailer: https://www.gazzettaitalia.pl/files/11_minutes.mov

[cml_media_alt id='113647']11992313_10153724410524218_1906186128_n[/cml_media_alt]

[cml_media_alt id='113646']11992049_10153724406399218_2134024687_n[/cml_media_alt]

[cml_media_alt id='113648']11994400_10153724409839218_1629146686_n[/cml_media_alt]

EVEREST, dramatyczna historia wspinaczki z 1996 r., otwiera 72. Festiwal Filmowy w Wenecji

0

tekst: Justyna Głuszenkow
tłumaczenie: Małgorzata Tolko

Pierwszy dzień 72. Festiwalu Filmowego w Wenecji rozpoczęliśmy pełną wrażeń wspinaczką na najwyższy szczyt świata. “Everest” w reżyserii Baltasara Kormákura to uderzający film akcji inspirowany prawdziwą historią z maja 1996 roku, kiedy podczas ekspedycji na Mount Everest zginęło 15 himalaistów. Film dokumentuje trzy rożne wyprawy, której uczestnicy stają przed obliczem jednej z najgroźniejszych burz śnieżnych znanych ludzkości. Niezależnie od motywacji z jakimi wyruszyliśmy w tę podróż, kiedy na szlaku spotykają się ambicja, ludzka słabość i okrutna burza jedynym i niekwestionowanym jest tutaj brak odwrotu…

Mimo że u Kormákura można odnaleźć wiele wspólnego z typową amerykańską produkcją, głównie dzięki użytym efektom 3D, to wiarygodność ukazanych wydarzeń sprawia, że chcemy uczestniczyć w tej wyprawie aż do ostatnich minut.

W brytyjsko-amerykańskiej produkcji możemy zobaczyć szereg miedzynarodowych talentów. Wśród nich Jason Clark, John Hawkes, Josh Brolin oraz Keira Knightley i Jake Gyllenhaal.

Głodnym wrażeń polecamy książkę Jona Krakauera „Wszystko za Everest”. Autorowi udało się przeżyć eskapadę na Mount Everest w 1996 roku, a opisane w książce wspomnienia stały się źródłem inspiracji dla wielu himalaistycznych  filmów, w tym  „Everest”.

Michał Borecki: polski talent młodzieżowej drużyny piłkarskiej Lazio Primavera

0

tłumaczenie: Zuzanna Maksajda

Ma dopiero 18 lat, a już może się pochwalić wielkim międzynarodowym osiągnięciem. Michał Borecki, bo o nim mowa, od pόłtora roku przebywa we Włoszech, gdzie w roli pomocnika gra razem z Lazio Primavera, rzymskim młodzieżowym klubem prowadzonym przez Simone Inzaghiego, brata słynnego Filippo. Na treningach wspomagany przez gwiazdę Lazio i wielką sławę światowego futbolu, Miroslava Klose, wyznaje, iż prywatnie śni o karierze Cristiana Ronaldo, swojego idola. Spotykam go w samym centrum Wiecznego Miasta, na Piazza del Popolo, gdzie z sympatią i młodzieńczym urokiem (w towarzystwie kamerzysty Lazio, autora naszego serwisu fotograficznego, Łukasza Siedleckiego) opowiada Gazzetta Italia o swoich piłkarskich perypetiach.

Dopiero co ukończyłeś 18 lat. Urodziny obchodziłeś we Włoszech. Jak je świętowałeś? Nie brakowało ci kraju i polskich przyjaciόł?

Tak, spędziłem je we Włoszech. Byłem ze znajomymi na kolacji. Brakowało mi rodziny. Szkoda, że nie mogła być tu ze mną.

Jesteś wielkim talentem drużyny piłkarskiej Lazio Primavera prowadzonej przez Simone Inzaghiego, brata znanego[cml_media_alt id='113695']Longawa - Michał Borecki (1)[/cml_media_alt] Filippo. Jak się tam dostałeś?

Dostałem się do Lazio przez turniej na Ukrainie, gdzie pojechałem z reprezentacją Polski. Tam wypatrzył mnie scout Romy. Przyjechałem do Rzymu na test prόbny, spędziłem tydzień w Trigorii, ale nie za bardzo chciałem przejść do tej drużyny. Jako że trenowałem często z drużyną Lazio Primavera i dobrze nam się razem grało, ostatecznie wybrałem ich.

To twoje pierwsze doświadczenie za granicą. Twoja drużyna jest wielonarodościowa. Nie ma między wami zgrzytόw?

Nie ma zgrzytόw, w klubie nikt nikomu nie dokucza. Nie ma problemu z dogadaniem się. Rozmawiamy wszyscy po włosku.

Jak sobie poradziłeś z nauką języka włoskiego? Znałeś go już przed przyjazdem tutaj?

Jestem tutaj już pόłtora roku, jakoś muszę sobie w tym języku radzić. Nie znalem włoskiego, kiedy tu przyjechałem. Na początku było mi bardzo trudno, z nikim nie rozmawiałem, to było najgorsze. Dopiero po sześciu miesiącach zacząłem mόwić i rozumieć i w końcu poczułem się tu swobodnie.

Jesteś środkowo rozgrywającym pomocnikiem. Z jakiego swojego meczu jesteś do tej pory najbardziej dumny?

Jak do tej pory jestem zadowolony z mojego udziału w Super Coppa w Weronie, gdzie wygraliśmy 1:0. Było to w październiku 2014.

Rzymska drużyna Lazio jest w czołόwce najlepszych włoskich drużyn. Jej nowym zawodnikiem jest słynny Miroslav Klose. Znacie się dobrze?

Mamy kontakt, rozmawiamy po polsku. Trenowaliśmy razem. Udzielił mi wielu rad. Pomaga bardzo mnie i całej drużynie. Bardzo dużo mόwi na boisku i nas wspiera. Klose – jak dla mnie – jest liderem drużyny, bardzo dużo podpowiada. Lazio stało się jedną wielką rodziną, częściowo też dzięki niemu; nowi trenerzy również bardzo dużo wnieśli.

Jakie są twoje relacje z innymi polskimi piłkarzami Pόłwyspu Apenińskiego, np. ze Skorupskim z AS Roma czy Glikiem z Turynu?

Nie znam ich, nigdy z nimi nie rozmawiałem, ale za to znam innych Polakόw z Primavery, Damiana Raska (Cebaria) oraz Bartka Wolskiego (chodziłem z nim do  gimnazjum w Polsce, teraz gra w Latinie).

[cml_media_alt id='113696']Longawa - Michał Borecki (3)[/cml_media_alt]

Twoja kariera zaczyna si? obiecuj?co, jeste? jednym z najlepszych graczy w swojej kategorii. Jakich rad udziela ci trener i co b?dzie dalej?

Jak każdy piłkarz chciałbym grać jak najlepiej i dojść jak najwyżej. Trener bardzo dużo mi podpowiada na meczach, jak mam się ustawić, jak mam mecz rozegrać. Na razie kontrakt z klubem jest ważny do czerwca 2016 roku, a co będzie potem, nie wiem.

Osobiście jakiej drużynie kibicujesz? Czyim jesteś oddanym fanem?

Kibicuję od lat Realowi Madryt. To rodzinna tradycja. Mόj ojciec był ich wielkim fanem. Moimi ulubionymi piłkarzami są środkowi rozgrywający jak Modrić. Moim idolem natomiast jest Cristiano Ronaldo.

Kto według ciebie wygra najbliższe Mistrzostwa Europy? Na kogo w tym roku stawiasz?

Nadal silni pozostają Niemcy. Mają najlepszych zawodnikόw. Zaraz po nich typuję Holandię, Hiszpanię i Francję.

 

Erotyzm Irene Cao

0

Z okazji Warszawskich Targów Książki spotykamy się z Irene Cao promującą w Polsce swą trylogię erotyczną: „Widzę cię”, „Słyszę cię”, „Pragnę cię” – wielki sukces wydawniczy, opublikowany po polsku przez Sonię Dragę.

 

Co sprawia, że młoda kobieta decyduje się napisać powieść?

Piszę od zawsze, od kiedy byłam mała. Wydaje mi się, że pisarstwo nie jest czymś, co sami wybieramy, ale czymś, czemu dajemy się wybrać; to nie my decydujemy o wszystkim. Ten rodzaj „powołania” odczułam najbardziej na przełomie 2006 i 2007 roku. Właśnie skończyłam pisać doktorat na uniwersytecie, kiedy poczułam coś w środku. Trzeba umieć się dokładnie wsłuchać w siebie. Powiedziałam sobie: OK, chcę spróbować, w przeciwnym razie będę żałować przez całe życie. I tak w 2007 roku zaczęłam pisać powieść, która przeszła mnóstwo rewizji. Wysłałam ją do wielu włoskich wydawnictw, aż w końcu pewnego dnia po długim czasie (w grudniu 2011) nadeszła odpowiedź od mojego obecnego wydawcy. Odpowiedź nie będąca ani na tak, ani na nie. Pomyślałam, że nie mogę się poddać, zrezygnować, że muszę zacząć od nowa. Skasowałam wszystko, gdyż wydawca poradził mi dopracowanie historii. W 2012 roku ponownie przedstawiłam swą powieść, zachowawszy jedynie niewielką część oryginalnego pomysłu. W styczniu 2012 roku doszło wręcz do tego, że cały rękopis wrzuciłam do ognia. Był to bardzo ważny moment, bolesny, jednak decyzja okazała się słuszna, zwłaszcza że latem 2012 roku mój dom wydawniczy powiedział: mamy to!

A co w takim razie sprawia, że kobieta, filolog, specjalistka z zakresu historii antycznej pisze powieść erotyczną?

 

Kiedy sko?czy?am pi[cml_media_alt id='113673']Liaci - Irene Cao (1)[/cml_media_alt]sa? doktorat, by?am zanurzona w ?wiecie akademickim i poczu?am, ?e by? mo?e ?rodowisko to przesta?o by? dla mnie odpowiednie. Wyjecha?am z Wenecji, gdzie mieszka?am przez wszystkie lata studiów i pracy. Zrozumia?am, ?e musz? poszuka? w ?yciu czego? innego. ?atka „trylogii erotycznej” pojawi?a si? pó?niej, to prasa mi j? przypi??a. Moim celem by?o opowiedzenie historii mi?osnej. I faktycznie sercem pierwszej powie?ci by?a w?a?nie mi?o?? i uzdrowienie. Nie wiem, czy naprawd? mo?na moje ksi??ki zdefiniowa? jako powie?ci erotyczne, mnie rodzaje nie bardzo interesuj?. Zale?y mi na prawdziwym opowiedzeniu historii i nieodrywaniu si? od rzeczywisto?ci, by trafi? do serc czytelników, a zw?aszcza kobiet (pisa?am t? opowie??, my?l?c g?ównie o nich). Dlatego te? chcia?abym, by – zanim zacznie si? mówi? o erotyzmie – najpierw skoncentrowano si? na g??bi uczu?.

Z pewnością kolejne pytanie się Pani nie spodoba, ale muszę je zadać: często można przeczytać, że Pani trylogia jest „włoską odpowiedzią na 50 twarzy Greya”. Czy to porównanie jest dla Pani ciężarem, czy raczej pomaga w promocji książek?

Na samym początku (trylogia ukazała się w 2013 roku) prasa odmalowała mnie jako odpowiedź na „50 twarzy Greya”. Najpierw trochę mnie to denerwowało, ale później się z tym pogodziłam. Chciałabym jednak podkreślić, że zaczęłam pisać swoją powieść, zanim wyszły książki E.L.James (lato 2012). Zatem dla mnie ten problem w ogóle nie istniał! Oczywiście po sukcesie Greya mój wydawca poprosił, bym rozwinęła opowieść na trzy książki. Nie, już się nie denerwuję; myślę, że „50 twarzy Greya” – odnosząc międzynarodowy sukces – otworzyło pewną drogę, sprawiło, że istniejący trend literacki stał się bardziej dostępny dla kobiet. Być może to porównanie kogoś zaciekawi. Jednak to, co opowiadam w swoich książkach, to zupełnie inny świat w porównaniu z tym przedstawionym przez E.L.James i mam nadzieję, że czytelniczki to docenią. Od pierwszych stron można zauważyć moje klasyczne wykształcenie.

Na czym się Pani wzorowała?

Jak już mówiłam, starałam się „przemycić” w książkach moje wykształcenie, koncentrować się głównie na tekstach klasycznych. Ale tak naprawdę moim wzorem była literatura kobieca końca XIX wieku. Bo to są przecież prawdziwe historie miłosne, fabuły, w których dawne pisarki musiały zatrzymać się na progu sypialni, pewnych granic nie można było przekroczyć. Kiedy jednak opowiada się historię miłosną, nie można pominąć tego, co zbliża do siebie bohaterów. Innym moim wzorem była dwudziestowieczna literatura włoska – D’Annunzio, który – mimo iż nie przepadał za kobietami – napisał kilka bardzo zmysłowych powieści, jak na przykład „Rozkosz” czy „Ogień”. Nie czerpałam z literatury erotycznej.

Kim są bohaterowie?

Mamy trzech głównych bohaterów. Jedną z nich jest Elena, restauratorka pracująca w Wenecji. Ma 29 lat, ale jeszcze nie jest kobietą, jej życie znajduje się w fazie przejścia (przedłużone bycie nastolatkiem zdarza się we Włoszech dość często), nie jest zbyt pewna siebie, ma trudny stosunek do własnego ciała, niezbyt kocha samą siebie. Ma za sobą jakieś doświadczenia, ale nigdy nie żyła tak naprawdę, pełnią życia. Czegos jej brakuje i by? mo?e zrozumia?a, ?e oto nadszed? moment zmiany, do?wiadczenia czego? nowego, spróbowania nowych dozna?. Pomaga jej w tym Leonardo, szef kuchni pochodz?cy z Sycylii, który zrz?dzeniem losu trafia do Wenecji i zamieszkuje w pa?acu, gdzie Elena restauruj[cml_media_alt id='113674']Liaci - Irene Cao (5)[/cml_media_alt]e fresk. Pocz?tkowo Leonardo nie przypada jej do gustu, ?eby nie powiedzie?, ?e bohaterka go wr?cz nie znosi. To w?a?nie Leonardo stanie si? po?rednikiem, dzi?ki któremu Elena rozpocznie podró? do ?wiata zmys?ów i rozkoszy. Jednak nie mo?emy wszystkich zas?ug – je?li chodzi o zmian? w bohaterce – przypisa? Sycylijczykowi. Nie chcia?abym, ?eby tak to zosta?o odczytane. Elena decyduje si? mu zaufa? i uda? si? w t? podró?, poniewa? sama tego pragnie. Z drugiej strony mamy kolejn? posta? m?sk? – Filippa, przyjaciela Eleny. Znaj? si? od czasów liceum. Niedawno równie? i on wróci? do Wenecji. Filippo i Leonardo s? dwoma biegunami m?skiego uniwersum. Wracaj?c do koncepcji klasycznych: Filippo to przedstawiciel ?ywio?u apolli?skiego, Leonardo – dionizyjskiego. Zatem Filippo to racjonalizm, wytrwa?o??, obecno??, niezawodno??, a Leonardo – istota demoniczna, rodzaj z?ego greckiego boga, który pojawia si? w ?yciu Eleny i przewraca je do góry nogami, to instynkt, nami?tno??, ale równie? osoba niegodna zaufania; mo?na si? po nim spodziewa? wszystkiego. W pewnym momencie bohaterka b?dzie musia?a dokona? wyboru, w którym kierunku pod??y?, ale pozwólmy to odkry? czytelniczkom. Przywi?za?am si? do obu bohaterów m?skich, nie trzymam strony ?adnego z nich.

Akcja powieści toczy się w Wenecji, Rzymie oraz na wyspie Stromboli. Czy te miejsca mają w książkach do odegrania jakąś rolę, czy też stanowią jedynie tło wydarzeń?

Są to miejsca bardzo ważne również w moim życiu. Chciałam przedstawić Włochy w ujęciu całościowym, a także zależało mi na tym, by czytelniczka mogła odbyć podróż nie tylko w świat zmysłów, ale również tę prawdziwą – z Północy na Południe. Są to miejsca, dzięki którym mogłam przedstawić piękno swej ziemi, głęboko kocham swój kraj. Zaczęłam od Wenecji, ponieważ znam to miasto bardzo dobrze, mieszkałam tam wiele lat. Pokazuję prawdziwą Wenecję, a nie tylko tę turystyczną. W drugim tomie udajemy się do Rzymu, kolejnego miejsca, z którym jestem mocno związana. Zbyt oczywistym wydało mi się kazać zamieszkać Elenie w centrum, w związku z czym zdecydowałam się na EUR. Jest to dzielnica przyszłości i nowoczesności. Chciałam przedstawić Rzym jako miasto wielu warstw dziejowych – od starożytności po renesans, od baroku aż po zabudowania dwudziestowieczne. No i w końcu docieramy na Stromboli, wyspę, gdzie urodził się Leonardo, co pozwoliło mi wydobyć z bohatera całą jego sycylijskość. To miejsce niezwykle ważne pod względem energetycznym – znajduje się tam wulkan. Ponadto jest to doprawdy wyjątkowa wyspa – nie ma na niej samochodów, w nocy nie świecą uliczne lampy. Jest to miejsce, które nie zmieniło się przez ostatnie pół wieku.

Trylogia jest już zakończona. Jakie są Pani najbliższe plany?

We Włoszech po trylogii ukazały się moje kolejne dwie książki. Dyptyk również wpisujący się w trend erotyczny. Akcja pierwszej części, „Per tutti gli sbagli”, toczy się w Wenecji Euganejskiej, regionie, który dobrze znam, natomiast w drugiej książce, „Per tutto l’amore”, przenosimy się do Lizbony, mamy tu zatem szerszą – europejską – perspektywę. Myślę, że teraz zacznę pisać kolejną powieść, o ile starczy mi czasu – ostatnie trzy miesiące spędziłam, pracując nad własnym programem w telewizji, dokumentem poświęconym zmieniającym się związkom damsko-męskim w epoce Internetu i portali społecznościowych.

Życzymy powodzenia i czekamy na ukazanie się Pani kolejnych książek w języku polskim.

Irene Cao urodziła się w Pordenone w 1979 roku. Studiowała filologię klasyczną w Wenecji, tam także uzyskała stopień doktora z historii antycznej. Obecnie żyje między Mediolanem a małym miasteczkiem w Wenecji Euganejskiej. W Polsce ukazała się jej trylogia erotyczna, składająca się z tomów „Widzę cię”, „Słyszę cię” i „Pragnę cię” (Sonia Draga, 2015). We Włoszech wydano również dyptyk „Per tutto l’amore” i „Per tutti gli sbagli”, plasujący się na szczytach list bestsellerów. Irene Cao jest również autorką i prowadzącą programów telewizyjnych.

 

Sycylia

0

tekst: Małgorzata Dudek

tłum. Bożena Gandor

Już od dawna Sycylia była na mojej prywatnej liście miejsc do odwiedzenia. Powodów fascynacji było wiele.Wiosna jest idealną porą na wizytę w tamtych stronach, ponieważ w lecie klimat subtropikalny wydaje się nie do zniesienia. Miejscem docelowym miała być stolica regionu – Palermo. Lotnisko w Trapani – małym mieście na samym czubku zachodniej strony wyspy – zaskoczyło mnie nieco. Wylądowałyśmy wraz z koleżanką, jak wtedy mi się wydawało, w szczerym polu. Piękne lazurowe niebo, bez ani jednej chmurki. Dookoła same trawy i ciepłe, suche powietrze. Czas rozpocząć naszą przygodę!

Do Palermo dotarłyśmy pod sam wieczór. Z dworca odebrał nas Stefano – nasz gospodarz, u którego znalazłam nocleg za pośrednictwem strony internetowej couchsurfing.org. Na kolację miałam okazję skosztować regionalnego przysmaku – aranciny, w której zakochałam się od pierwszego ugryzienia. Jest to ryż otoczony przepyszną, chrupiącą panierką. W środku może znajdować się mięso albo – ku mojemu zaskoczeniu – masło.

Następnego ranka obudziły mnie ostre promienie słońca. Z szóstego piętra naszego mieszkania roztaczał się nietypowy widok. Z jednej strony katedra Duomo, Pałac Normanów, urokliwe kamieniczki, z drugiej – Teatro Massimo, port i malownicze wybrzeże Morza Tyrreńskiego. Kwiecień, a tu pełnia lata. Tłum ludzi usiłujących przedrzeć się przez uliczny korek, krzyki i wołania handlarzy z pobliskiego targu. Wspaniały klimat.

Wybrałyśmy się na wycieczkę do Monreale. Jest to niewielka miejscowość w gminie Palermo. Bez problemu można dostać się do niej komunikacją miejską. Znajduje się tam m.in. katedra z okresu panowania normańskiego. Budynki klasztoru benedyktynów oraz pałac arcybiskupi tworzą wraz z nią zabytkowy kompleks wart zobaczenia. Sama katedra zachwyca swym bogatym wnętrzem. Ściany zdobione są mozaikami, z których zresztą słynie cała Sycylia. Za niewielką opłatą można podziwiać zapierający dech w piersiach widok roztaczający się ze szczytu wieżyczek.

W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o katakumby kapucynów, mieszczące się pod klasztorem. Pierwotnie miejsce to miało służyć chowaniu zmarłych duchownych, z czasem jednak zaczęli trafiać tu również świeccy. Jedn? z ostatnich pochowanych tu osób jest Rosalia Lombard[cml_media_alt id='113639']palermo2[/cml_media_alt]o, dwuletnia dziewczynka, której ciało – specjalnie wyeksponowane – znajduje się na końcu korytarza. Inne postaci podzielone są ze względu na płeć czy też pełnioną za życia rolę społeczną. Największe przerażenie budzą zwłoki małych dzieci ubrane w przeróżne stroje – malutkie sukienki czy kapelusiki.

Wracając z katakumb do miasta, z pewnością warto przejść przez jedną z bram o nazwie Porta Nuova. Znajduje się ona przy via Vittorio Emanuele, jednej z głównych ulic, których nie da się przeoczyć. Usytuowana tuż obok Pałacu Normanów, przez wieki broniła dostępu do miasta. Cechuje się ona oryginalną architekturą; wieńczy ją charakterystyczny dach o kształcie piramidy.

Wieczorem wybrałyśmy się na uliczną imprezę organizowaną przez jedną z restauracji. Za dnia kwitnie tam handel. Później jednak miejsce to przekształca się w istny festyn dobrego jedzenia, wina i muzyki. Drobne restauracyjki co tydzień toczą ze sobą zaciekłą walkę o klientów. Ta, która zdobędzie największe uznanie, w ramach nagrody organizuje przyjęcie dla wszystkich chętnych. Rzecz jasna – nie obyło się bez tańców!

 

Katedra Naj?wi?tszej Maryi Panny Wniebowzi?tej (w skrócie Duomo) znajduje si? przy ulicy Corso Vittorio Emanuele, na rogu via Matteo Bonello. Zosta?a zbudowana na zlecenie arcybiskupa miasta na prze?omie XI i XII wieku. Dzi?ki mieszance ró?norodnych stylów architektonicznych, ju? na pierwszy rzut oka wydaje si? bardzo ciekawym zabytkiem. Zachwyca tak?e sw? monumentalno?ci?. Wewn?trz mo?na naby? karnet na zwiedzanie katedry, krypty, skarbów królewskich oraz wej?cie na dach. W kaplicy mieszcz? si? groby królów, m.in. Rogera II, najs?ynniejszego norma?skiego w?adcy.

W drodze do Fontana della Vergogna, czyli Fontanny Wstydu, przystan??y?my na moment, aby przyjrze? si? Quattro Canti. Jest to nietypowe skrzy?owanie ruchliwych ulic, gdy? z czterech stron (jak sama nazwa wskazuje) otoczone jest ono barokowymi pa?acykami charakteryzuj?cymi si? ?ci?tymi naro?nikami. Ozdobione s? one rze?bami i malutkimi fontannami. Widniej? na nich postaci królów hiszpa?skich, na samym szczycie ka?dej za? – cztery patronki Sycylii: Ninfy, Agaty, Oliwii i Rozalii, tej ostatniej tak bardzo czczonej w samym Palermo. Sama Fontanna Wstydu mie?ci si? na placu Pretoria. XVI-wieczna budowla przedstawia 48 rze?b u?o?onych w ró?noraki sposób. Sw? nazw? zawdzi?cza nago?ci pos?gów.

B?d?c w okolicy, grzechem by?oby nie wst?pi? do ?redniowiecznego ko?cio?a San Cataldo na Piazza Bellini. Wyró?nia si? on przede wszystkim czerwonymi kopu?ami – pozosta?o?ciami po kulturze arabskiej, wewn?trz z kolei dostrzec mo?na wyra?nie zaznaczaj?ce si? cechy stylu gotyckiego. Warto zajrze? te? do ko?cio?a Santa Maria dell’Ammiraglio (równie? przy placu Bellini) – skrajnej mieszanki stylów, które wbrew pozorom, zupe?nie nie gryz? si? ze sob?. Przez kolejne stulecia zosta? on wzbogacany o co rusz inne smaki obcych kultur, teraz natomiast stanowi cenny zabytek dziejowy.

Mijany wielokrotnie w czasie naszych poprzednich wycieczek Pa?ac Normanów to standardowo mieszanka stylów norma?sko-arabskich. Nad budynkiem wznosi si? wie?a Torre Pisana, a ju? w samym ?rodku godna polecenia jest bez w?tpienia Cappella Palatina – prywatna kaplica Rogera I. Zwiedzi? mo?na równie? apartamenty królewskie.

B?d?c ju? na trasie do domu, postanowi?y?my przej?? obok Teatru Wielkiego, inaczej Teatro Massimo wybudowanego pod koniec XIX wieku. Warto wspomnie?, ?e jest to trzeci co do wielko?ci teatr-opera w Europie oraz ?e w?a?nie na jego schodach zosta?a nakr?cona s?ynna scena z trzeciej cz??ci „Ojca Chrzestnego”, podczas której ginie córka Michaela Corleone (Al Pacino).

Polecam równie? wybra? si? do oddalonej o nieca?? godzin? drogi poci?giem miejscowo?ci Cefalù, po?o?onej u stóp ska?y Rocca. Znajduje si? tam m.in. katedra ufundowana przez Rogera II wzorowana na francuskich stylach, z domieszk? wp?ywów anglosaskich, arabskich oraz bizantyjskich. Od samego progu rzuca si? w oczy posta? Chrystusa Pantokratora widniej?ca nad o?tarzem, tak bardzo charakterystyczna dla ca?ej wyspy.

Warto równie? odwiedzi? Orto Botanico. Ogród znajduje si? praktycznie tu? przy porcie, przy via Lincoln. Dzia?a on z ramienia Uniwersytetu w Palermo, a pocz?tki jego dzia?alno?ci si?gaj? ko?ca XVIII wieku. Olbrzymie figowce, bananowce, pi?knie kwitn?ce kaktusy i wiele innych ciesz?cych wzrok okazów zmieniaj?cych si? wraz z naszym przemieszczaniem si? wzd?u? licznych alejek ogrodu. Tych wra?e? nie mo?na przegapi?!

Tydzie? up?yn?? w szalonym tempie. Nazajutrz, niestety, czeka?a nas szybka pobudka i brutalny powrót do rzeczywisto?ci. Chwilk? po szóstej rano dotar?y?my na przystanek nieopodal Teatro Politeama, sk?d odje?d?a? nasz transfer na lotnisko. 90 minut drogi i jeste?my u celu. Zm?czone, spalone s?o?cem, ale i ogromnie zadowolone wsiad?y?my na podk?ad samolotu, wiedz?c, ?e to tylko nasze tymczasowe rozstanie z Sycyli?.

Biżuteria Alessandra Barelliniego

0

Jakie jest twoje przygotowanie do wykonywanego zawodu?

Przez trzy lata studiowałem architekturę we Florencji. Ogólnie lubię sztukę; w czasie studiów zacząłem tworzyć różne przedmioty, głównie błyszczące rzeźby: oryginalne lampy, czy ogólnie rzeźby nieco większe od biżuterii. Bardzo lubiłem pracować z różnymi materiałami, a w szczególności z metalami, więc musiałem pogłębić wiedzę na temat ich obróbki. Czułem, że znajomość technik produkcji biżuterii może stać się użyteczna w mojej pracy: biżuteria to bardzo drobne przedmioty, do wykonania harmonijnego modelu używa się wyrafinowanych technik, które pozostawiają minimalny margines błędu. Postanowiłem więc nauczyć się modelować biżuterię, aby później móc używać poznanych metod i technik do produkcji przedmiotów własnego pomysłu. Zapisałem się do szkoły jubilerskiej we Florencji, do której uczęszczałem przez dwa lata. Po zakończeniu nauki dostałem dobrą ofertę pracy. Mój mistrz zaproponował mi pracę modelarza w dużej firmie: tak zacząłem projektować i konstruować biżuterię. W roku 1999 zwolniłem się z firmy i otworzyłem własną działalność, tworząc linię biżuterii Idrus.

Ile czasu potrzeba na stworzenie przedmiotu od zera?

Niekiedy wykonuję w tym celu 5-10 prób. Lubię dążyć do perfekcji. Niektóre przedmioty udają się już za pierwszym razem. Należy przestudiować proporcje, a potem myśli się o konstrukcji i o ewentualnych poprawkach. Jednak zawsze trzeba na to dużo czasu. Każdy przedmiot zaczyna się od pomysłu. Potem rozwija się tę koncepcję, wykonując szkice i projektując w trójwymiarze na komputerze. Potem realizuję metalowy prototyp, który konstruuję w całości ręcznie, aby odmierzyć proporcje i ocenić efekt estetyczny. Kiedy prototyp jest gotowy i jestem z niego zadowolony, kontynuuję produkcję przedmiotu z użyciem wybranych materiałów (zazwyczaj 18-karatowego złota, diamentów i kamieni szlachetnych). Czasami są to pojedyncze przedmioty, ale niekiedy produkuję całe serie tego samego modelu. W każdym razie z pomocą nowoczesnych technologii, każdy przedmiot wykonywany jest ręcznie według wiekowej tradycji złotniczej.

Kto dostarcza ci [cml_media_alt id='113633']I[/cml_media_alt]materialy?

Złoto kupuje się w banku metali. Jeśli chodzi o diamenty i inne kamienie szlachetne, mam wielu dostawców; jednego z Ameryki, jednego z Antwerpii (Belgia)… Kamienie te pochodzą z miejsc ich występowania: diamenty z Afryki, szafiry i szmaragdy z Ameryki Południowej.

Opowiedz nam o swoich ulubionych modelach.

Tak naprawdę nie mam „ulubionych modeli”, ale na pewno jestem bardziej przywiązany do niektórych z powodu ich znaczenia, a także popularności. Taką kolekcją jest np. Magia. Z początku była to tylko seria pierścionków, ale potem doszedł jeszcze wisior i kolczyki, a w przyszłości być może wzbogaci się ona o jeszcze inne przedmioty. Bardzo podoba mi się wszechstronność wykonywanych przeze mnie przedmiotów. Podoba mi się, kiedy biżuteria zmienia się i przybiera nowe formy czy nowe kolory pod wpływem chwilowej zachcianki. Uważam, że kolekcja Magia właśnie tym się charakteryzuje. Wystarczy wymienić środkową część, wybierając inny kolor złota, kamieni czy emalii, a przedmiot zupełnie zmienia swój wymiar estetyczny, tak jakby był czymś innym, nowym. Lubię, kiedy wykonanym przeze mnie modelem można się bawić, tak jak w przypadku Magii. Inna moja ulubiona kolekcja to Onda (Fala), na którą składają się pierścienie przegubowe, bardzo wygodne. Wygoda mojej biżuterii jest dla mnie priorytetem. Również kolekcja Forma ze swoimi czystymi liniami jest mi bliska. Była jedną z pierwszych, które zaprojektowałem dla Idrusa.

Kim są twoi klienci?

Są to osoby z okolicy, ale i z całego świata. Stany Zjednoczone, Japonia… Nie mam jeszcze klientów z państw arabskich. Obecnie staram się wejść na ten rynek, ale do tego potrzeba odpowiednich kontaktów. Zdobyłem jeden do Dubaju, zobaczymy, czy uda się nawiązać współpracę. Biżuteria to skomplikowana sprawa, ponieważ przedmioty te mają określoną wartość, nie można ich wysłać za granicę w celach pokazowych – to ty musisz pojechać do klienta. Tak więc państwa arabskie, ale też Rosja czy Chiny to dla mnie ciągle jeszcze rynki do odkrycia. Większość moich klientów to Japończycy, Koreańczycy, Niemcy, Francuzi i Włosi. Małym firmom zawsze trudniej jest wejść na nowy rynek; zazwyczaj trzeba trochę zainwestować, a nie zawsze są na to środki. Jednak jeśli znajdzie się odpowiedniego sponsora-pasjonata, można wiele zdziałać!