Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 111

Polka potrafi, czyli Klub Polki na Obczyźnie

0

autor: Karolina Romanow

Wyjazd na stałe do innego kraju wiąże się z całą masą przemyśleń. Już od pierwszego dnia dostrzegamy różnice kulturowe i obyczajowe, dziwią nas pewne zachowania i sposób wyrażania myśli. Zderzamy się z zupełnie innym światopoglądem ludzi, wśród których przychodzi nam żyć. I w końcu poznajemy nowy kraj nie tylko z punktu widzenia turysty, ale i miejscowych, a później pragniemy podzielić się tymi spostrzeżeniami z innymi i…. zakładamy bloga.

Wszystko zaczęło się w Danii i… we Włoszech

Styczeń 2013 roku. Świeżo upieczone blogerki – Magda mieszkająca we Włoszech i Żaneta z Danii – postanawiają zjednoczyć inne blogujące Polki na emigracji w jednym miejscu, do którego dostęp z każdego krańca świata jest taki sam: w sieci. Klub Polki na Obczyźnie to klub zrzeszający blogujące Polki mieszkające poza granicami kraju, wśród których znajduje się także klubowicz honorowy – Piotr, jedyny mężczyzna zaproszony do udziału przez założycielki. Obecnie do Klubu należy 270 Polek z 50 różnych, nawet bardzo odległych krajów (z Włoch bloguje 17 dziewczyn z 12 regionów, w tym jedna z założycielek).

Polki tworzą

Cel był prosty: dodawanie sobie otuchy i dzielenie się spostrzeżeniami z życia na emigracji. Jak się okazało, mimo że historia każdej z blogerek jest inna, członkinie więcej łączy niż dzieli. Dlaczego wyjechały? Z przyczyn finansowych, za miłością, za pracą, z ciekawości, porywu serca, z chęci odkrywania. Tak samo jak różnią się między sobą klubowiczki, tak różne treści odnajdziemy na ich blogach: przewodniki, pamiętniki, blogi fotograficzne i językowe. Jednak przede wszystkim łączy je jedna, w zasadzie najważniejsza cecha: radość z życia. Polki na obczyźnie organizują rocznie wiele projektów mających na celu ukazanie dobrej strony emigracji, przywiązania do ojczyzny i dumy z bycia Polką. Po co? Po to, aby w końcu słowo „Poland” jak najrzadziej mylone było z „Holland” i aby pokazać, że bolesne decyzje związane z opuszczeniem ojczyzny, często okazują się sposobnością do rozwoju i szczęśliwym „zbiegiem okoliczności”.

Z przymrużeniem oka i nieraz całkiem na poważnie opisują życie w obcym kraju oraz radości i smutki Polaków na obczyźnie. Z tych opowiadań powstają cudowne, do poczucia wszystkimi zmysłami opisy miejsc i ludzi, do których można dotrzeć, wyłącznie dzieląc z nimi codzienność. W ten sposób narodził się pomysł stworzenia wyjątkowego przewodnika po świecie widzianego oczami Polek emigrantek. Czas pokazać (i opowiedzieć) świat w zupełnie innej odsłonie!

Polki pomagają

Żyjąc aktywnie, można też aktywnie pomagać, dlatego oprócz projektów, których owoce można podziwiać na blogach członkiń, Klub Polek angażuje się także w akcje charytatywne. Między innymi Polki promują twórczość artysty i animatora polskich bajek, pana Zbigniewa Stanisławskiego, a także pomagają ośmioletniej dziewczynce chorej na chorobę genetyczną FOP-a. To z inicjatywy Polek na obczyźnie stworzono lalki dwóch postaci z autorskiego filmu pana Zbyszka „Planeta Wyobraźni”. Polki przesyłają je sobie, każdą podróż dokumentując zdjęciami, i w ten prosty sposób lalki podróżują po całym świecie.

Przestrzeń nie jest żadną przeszkodą. Do tej pory udało się zorganizować aż 16 klubowych spotkań w różnych miastach Europy. Oczywiście nie mogły zjawić się na nich wszystkie Polki (i Polak), ale niech będzie to – wraz z wydaniem niezwykłego przewodnika – celem na przyszłe lata, bo przecież Polka potrafi!

Oficjalny blog Klubu Polek na Obczyźnie: http://klubpolek.pl/

Oficjalna facebookowa strona Klubu: https://www.facebook.com/pages/Klub-Polki-na-Obczy%C5%BAnie/324950360948381?fref=ts

Emigracja oczami Polek i Polaka w formie krótkiego filmiku opublikowanego także w TVP Polonia: https://www.youtube.com/watch?v=nCwN60mFsC8

 

DRWAL NASZYCH CZASÓW

0

autor: Katya Czarnecka

Delikatni i wymuskani mężczyźni, czyli najmocniej komentowane zjawisko ostatnich lat, przechodzi do lamusa. Termin mężczyzna metroseksualny wprowadzony przez Marka Simpsona wywołał wielkie poruszenie i nikogo nie pozostawił obojętnym. Po jednej stronie barykady ustawił zwolenników mężczyzn dbających o siebie, zawsze starannie i modnie ubranych, niestroniących od kosmetyków, czyli – krótko mówiąc – pozostających w ścisłym kontakcie z kobiecą stroną swej natury. Po przeciwnej natomiast umieścił tych, którzy podobne zjawiska definiują jako patologię i kompletne zaprzeczenie męskości.

Od kilku dni mówią i piszą o tym wszyscy. Został zdefiniowany nowy trend, który zaskoczy niejednego. Mówię o lumberseksualnych facetach. Będzie to spore zaskoczenie dla wszystkich tych, którzy podchodzili do brodatych panów jako chwilowej nowinki. Do naszego społeczeństwa wkrada się zupełnie nowy i raczej nie-metroseksualny typ faceta. Drwal, bo o nim mowa, to powrót do korzeni i połączenie się z dziką i pierwotną stroną męskiej natury. Nosi brodę, tatuaże, kraciaste koszule i wygodne ciężkie buty. Jest kompletnie nieskrępowany swoją cielesnością. To mężczyzna z krwi i kości, któremu tylko nieliczne niewiasty potrafią się oprzeć.

Cathy Nhung, redaktorka mody w Guardianes del Tiempo komentuje to następująco (cytat za natemat.pl):Dla mnie wysportowany facet z brodą (ale nie za długą) i we flanelowej koszuli jest o wiele bardziej pociągający, niż ogolony na gładko w obcisłym T-shircie i rurkach. Prawda też jest taka, że przez te prawie dziesięć lat zdążyliśmy się znudzić – a nawet zmęczyć – typem ‘metro’. Było do przewidzenia, że pojawi się jakiś inny, alternatywny model. To już nawet nie jest bunt, tylko potrzeba zmiany. Widać to nawet na wybiegach – Bottega Veneta, Dior czy Hermès zaczęło właśnie w tym sezonie promować nowy trend – ‘na robotnika’. Już dawno nie było tak świeżego trendu, który by nie nawiązywał do tego całego szumu na retro, metro czy sado-maso. Obawiam się tylko, że faceci zaczną ten trend rozumieć jako przyzwolenie nie tylko na brodę czy zarost (to jest super), ale przede wszystkim na to, żeby przestać zupełnie o siebie dbać. Brr!

Idąc za Nhung, podzielam zarówno jej entuzjazm, jak i obawy związane z tematem. Pamiętam, kiedy to wielokrotnie tematem kobiecych dyskusji był owoc męskiej ewolucji i związane z nim niepokoje. Obserwując ideał męskości na przestrzeni ostatniej dekady, niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że jesteśmy cywilizacją śmierci, a nasz gatunek skazany jest na zagładę. Popadam w błogostan na myśl o nowym ideale męskości. Z drugiej strony zastanawiam się, czy nowy trend nie jest zdradliwym przebraniem narcyza lub wymówką dla leniwych. Jakby jednak nie patrzeć, daję mu wielką szansę. Myślę, że zadbany drwal będzie przyjemną odmianą na scenie współczesnej popkultury.

Wchodząc w głębsze warstwy zjawiska, zastanawiającą jest potrzeba owego powrotu do korzeni i natury w jej pełnym wydaniu. Czy drwale wychodzą na ulice miasta jako nowy trend czy też jako przejaw wewnętrznych potrzeb? Czy lumberseksualizm to krzyk męskiego ego? Warto zatrzymać się nad podobnymi pytaniami w czasach, w których kobiety coraz bardziej przypominają mężczyzn. Mam tu na myśli kwestie związane z szeroko pojętą samodzielnością, która stała się główną wartością dla kobiet funkcjonujących w społeczeństwach masowych. Stopniowo zanikające zapotrzebowanie na siłę fizyczną, które jest charakterystyczne dla męskiej roli, doprowadziło do braku naturalnej współzależności pomiędzy kobietami i mężczyznami. Jeśli przyjmiemy taką perspektywę, sytuacja może zostać oceniona jako kryzysowa, a nowy trend – jako rozpaczliwa próba przywrócenia dawnego porządku. Mężczyźni zapuszczają  brody, bo to jedyny sposób, który pozwoli im na podkreślenie swojej obyczajowej roli społecznej. Obecnie zaczynamy dostrzegać wartości płynące z powrotu do tradycji oraz natury, jednak głównie w sferze związanej ze zdrowym odżywianiem się oraz ekologią. Być może współcześni drwale stanowią zapowiedź renesansu męskości.

Kosmiczne podróże do kuźni Hefajstosa

0
SONY DSC

„Wszystko to, co w naturze jest wielkie, przyjemne czy przerażające można porównać do Etny, jednak samej Etny nie można porównać do niczego”.
Dominique Vivand Denon ,“Voyage en Sicilie”

Podróżowanie to nie tylko przemieszczanie się w przestrzeni. To także pewnego rodzaju przejście z jednych fal na drugie. Podróżując, przestawiamy się z naszych na nowe, nieraz silniejsze fale odwiedzanego miejsca. Niezwykle zapadające w pamięć są te, w których natura ujawnia swoją przewagę nad człowiekiem, odsuniętym na drugi plan i zdającym się godzić na to podporządkowanie. Jedno z takich miejsc znajduje się na Sycylii. Mowa o Etnie, aktywnym  sycylijskim wulkanie, który już widziany z lotu ptaka nieco straszy i zachwyca, a nieraz ponoć słychać nawet jego ciche pomrukiwanie.

Boska i urokliwa

Etna położona jest w północno-wschodniej części wyspy i wznosi się na wysokość ponad 3340 metrów nad poziomem morza.  Gdy zdecydujecie się na samolotową podróż na Sycylię, wulkan zauważycie już podczas lądowania. Jego majestatyczność inspirowała od wieków i do dziś nie jest obojętna ludzkiemu oku. Nadawano mu wiele form i  nawet mitologia grecka wydaje się niezdecydowana w tej sprawie. Według jednego z mitów, Etna miała być siedzibą kuźni jednego z bogów, Hefajstosa; inny z kolei głosi, że pod wyspą spoczywa gigant Enkelados, a jego usta znajdują się tuż pod wulkanem.  Natomiast nazwa ognistej góry miała pochodzić od imienia jednej z sycylijskich nimf. W rzeczy samej, iście boska, nieco przerażająca i urokliwa Etna sprawia, że gdy na nią spoglądamy, przechodzi nas delikatny dreszczyk.  

Sycylijska wycieczka na Marsa

Wyprawa na wulkan przypomina wycieczkę w góry, która kończy się na innej planecie. U stóp wulkanu znajduje się Park Narodowy, pokryty lasami, których górna granica kończy się na wysokości 2200 metrów n.p.m. Krajobraz parku wydaje się zupełnie „niesycylijski”, ale za to idealny na leśny piknik. Chwilę później bujną zieleń lasów zostawiamy za plecami, a  kręta droga prowadzi nas coraz wyżej. Zaczyna być nieco mgliściej i chłodniej (różnica temperatur może wynosić nawet 10 stopni), aż w końcu zaczynamy zauważać, że ziemia przy drodze przemienia się w zastygłą lawę. Gdy mknęłam tak asfaltowymi zawijasami, na myśl przychodziły mi tylko liczby: zastanawiałam się, ile ton lawy znajduje się pod nami i sprzed ilu erupcji.  Jedną z najbardziej znanych  i tragicznych w historii wulkanu była ta z 1669 roku, kiedy to lawa dotarła do samej Katanii i wbijając się w morze, utworzyła ponad kilometr nowego wybrzeża, które dziś, poszarpane i pofałdowane, przypomina krzywo zastygnięty asfalt.  Przeraża i jednocześnie zachwyca na tle morskiego błękitu.

Nieco inny krajobraz czeka na nas u podnóża szczytu. Znajduje się tam bowiem ogromny parking, przy którym nie brak restauracji i sklepów z pamiątkami. Można w nich, oprócz pocztówek, zakupić także figurki i statuetki wykonane ze skały lawowej. Tak oto turystyka kwitnie zawsze i wszędzie. Na parking zjeżdżają się autokary z których wysiadają turyści z różnych krańców Europy. Wszyscy jak jeden mąż ogrzewają dłońmi ramiona, w które uderzają chłodne powiewy wiatru. Letnie buty zastępują adidasami, pod którymi wulkaniczny popiół chrupie jak świeży śnieg.

Na sam szczyt wulkanu można dostać się za pomocą kolejki, pieszo natomiast mamy możliwość zajrzenia do kilku bocznych kraterów, którymi Etna wydaje się być usiana. Krajobraz, jaki maluje się przed oczami, jest iście nieziemski. Ziemia pokryta jest czerwono-czarnym popiołem niczym kurzem, który z łatwością przenika do butów. Wiejący groźnie wiatr wydaje się przybierać na sile, a wdrapując się na kolejne kratery matki Etny, można poczuć się jak przemierzający odległe światy odkrywcy. Wiatr zagłusza wszelkie odgłosy rozmów, które zniekształcone jego siłą wydają się dudniącym pomrukiwaniem samego wulkanu, jakby zniecierpliwionego naszą obecnością. Według Dominique’a  Vivand Denona, Etny nie można porównać do niczego. Natomiast moim zdaniem swoją surowością przypomina ona powierzchnię Marsa. Przed oczami maluje się nam bezkres ciemno-czerwonych wydm otulonych widmem chmur na horyzoncie: mitologiczna rządzona przez naturę kraina, w której człowiek jest tylko gościem.

Tomasz Orłowski:

0
C

tłumaczenie: Katarzyna Kurkowska

“Każdy Polak w głębi duszy czuje się trochę Włochem” – tymi słowami Tomasz Orłowski, ambasador Polski w Rzymie, rozpoczął naszą rozmowę, podkreślając wagę Bel Paese dla kultury polskiej. “Łacina, historia starożytnego Rzymu, a dalej także Renesans są tematami studiowanymi w Polsce. Włochy przez wieki docierały do naszego państwa w różnych odsłonach i głęboko na nie wpływały. W tej kulturowej osmozie, poza Boną Sforzą, kluczową rolę odegrali wielcy Polacy, tacy jak chociażby Kopernik, Kochanowski, Zamoyski, którzy w różnych stuleciach studiowali w Bolonii, Padwie, Rzymie i wracali do ojczyzny przywożąc ze sobą włoskie zwyczaje, które z czasem weszły do wspólnego repertuaru kulturowego Polaków. Włochy miały na nas wpływ także w dziedzinie religii czy architektury. Weźmy na przykład Wawel w Krakowie, narodowe sanktuarium Polski. Patrząc na kaplicę Zygmuntowską widzimy najpiękniejszy przykład toskańskiego renesansu w Europie północnej, autorstwa Bartolomeo Berrecciego.”

Dziś to Pan jest ambasadorem we Włoszech państwa, które już od jakiegoś czasu ma się czym pochwalić dzięki świetnej kondycji gospodarki.

Tak, możemy być dumny z ewolucji, jaką przeszła Polska. Mamy silną gospodarkę, która utrzymała się na plusie nawet w czasie dotkliwej recesji panującej w innych państwach europejskich. Jest to rozwój, dzięki któremu wielu włoskim specjalistom możemy zaoferować w Polsce pracę, a polskim firmom umożliwić eksport wysokiej jakości produktów do Włoch. Można powiedzieć, że nasze stosunki handlowe są nieco bardziej wyrównane niż jakiś czas temu i rzeczywiście, tak jak my kupujemy Pendolino, tak Wy kupujecie wiele pociągów Pesy.

Polska, Włochy, Europa. Wiele wzajemnych powiązań, ale równie wiele sprzeczności.

Paradoksalnie, Włochy i Polska lepiej się dogadywały przed wejściem tej ostatniej do Unii Europejskiej. Od wieków stosunki kulturalne i społeczne między naszymi dwoma państwami były intensywne i przyjazne. Świetnie przyjęliście Karola Wojtyłę, pierwszego papieża nie Włocha po 450 latach. Stosunki między naszymi państwami były bliskie nawet w czasach komunizmu, zarówno z punktu widzenia kulturalno-artystycznego, jak i gospodarczego, dzięki Fiatowi. Wejście Polski do Unii nas od siebie oddaliło.

W jednym z wywiadów kardynał Dziwisz stwierdził, że Europa do dobrego funkcjonowania potrzebuje większych wpływów Polski i Włoch. Zgadza się Pan?

Tak, zwłaszcza jeśli pomyślimy o wartości rodziny jako komórki, na której możnaby zbudować bardziej spójne społeczeństwo. Fundamentalne jest także znaczenie rodziny dla gospodarki, co nie jest do tej pory w pełni przez wszystkich rozumiane. Drobni przedsiębiorcy to przede wszystkim firmy rodzinne, będące motorem innowacji i rozwoju, stanowiące ważną część społeczeństwa polskiego i włoskiego, które Europa powinna bardziej chronić i promować.

Polska wydaje się mieć złożone relacje z Europą – z jednej strony to właśnie ona najbardziej korzysta z funduszy unijnych, z drugiej strony jest dość nieufna wobec Brukseli.

Europa nie daje nic za darmo. Jeśli Polska jest krajem cieszącym się jednymi z największych dopłat, oznacza to, że zdołała przedstawić wiarygodne biznes plany, które następnie potrafiła także zrealizować, co świadczy o jej zdolności do projektowania z rozmachem, o jej sile przemysłowej i wysokiej jakości usług. Weszliśmy do UE z ogromnymi opóźnieniami infrastrukturalnymi względem większości państw. Polska była praktycznie pozbawiona autostrad, a teraz mamy sieć prawie dorównującą tej brytyjskiej, a do 2020 planujemy dorównać Hiszpanii. Jesteśmy bardzo szczęśliwi z bycia częścią Unii Europejskiej i nie optujemy za powrotem do państw narodowych w rozumieniu sprzed wielu lat. Jednak gołym okiem widać, że obecnie Europa płaci wysoką cenę za swoje zbyt miękkie przywództwo, co objawia się niezdolnością do zaradzenia konkretnym problemom. Jeśli chodzi o gospodarkę, waluta euro jest w kryzysie od 8 lat i nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy z niego wyjdzie. Ponadto na ołtarzu wolnej konkurencji poświęciliśmy wiele firm przemysłowych opartych na kapitale państwowym; w Polsce straciliśmy w ten sposób stocznię w Gdańsku, a z nią tysiące miejsc pracy. W kwestii polityki, Europa pokazuje niemożność odpowiedzenia jednym głosem i w czasie rzeczywistym na problemy polityki zagranicznej, podczas gdy należy zaradzić także potężnej fali migracyjnej. W tym przypadku samo przyjęcie uchodźców nie wystarczy, należy strzec naszych granic, i mówię tu o granicach europejskich, nie tylko polskich. Jednakże jeśli Europa nadal chce się jawić jako olbrzymia machina biurokratyczna niebędąca w stanie reagować w sytuacjach kryzysowych, nieuniknionym jest, że obywatele będę chcieli uzyskać coraz większą gwarancję bezpieczeństwa od swoich państw narodowych.

Mimo wszystko Polska, także dzięki Europie, stała się bardzo atrakcyjnym państwem nie tylko do inwestowania, ale po prostu do życia. Jakość życia w największych polskich miastach jest doskonała.

To prawda, w wielu miastach, takich jak Wrocław, Gdańsk czy Poznań, żyje się nawet lepiej niż w Warszawie. Nasz kraj szybko się zmienia, jesteśmy w trakcie budowy infrastruktury potrzebnej do bycia gospodarzem wielkich imprez, których organizacja nie stanowi dla nas problemu, co pokazało Euro 2012. W roku 2016 kalendarz wydarzeń również obfituje eventy międzynarodowe, m.in. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, szczyt NATO w Warszawie czy Wrocław jako Europejska Stolica Kultury.

Był Pan ambasadorem w Paryżu i w Rzymie, gdzie mieszka się lepiej?

Co za pytanie! Są to dwie niezrównane stolice w kulturze zachodniej. Paryż to Ville Lumière, miasto świateł, ale został zbudowany na kształt Rzymu, który z kolei jest wieczny miastem. Ja osobiście czuję się dobrze w obu tych miastach, z tym że we Włoszech dochodzi jeszcze lepsza i bardziej otwarta interakcja naszych dwóch nacji.

Piękne słowa, dziękujemy! Dziękuję także za wywiad.

To ja Wam dziękuję. Na koniec dodam, że w Gazzetta Italia robicie świetną robotę w kwestii komunikacji między naszymi krajami. Skorzystam z okazji i pozdrowię stąd piękną i liczną społeczność włoską mieszkającą w Polsce.

Lew św. Marka wrócił do Warszawy!

0

Od dnia 7 grudnia 2015 na warszawskim Rynku Starego Miasta ponownie zagościło dzieło sztuki przypominające o wielowiekowych stosunkach kulturalno-gospodarczych, które łączyły polską stolicę z Wenecją. Na rogu między Rynkiem Starego Miasta a ulicą Dunaj znajduje się piękna kamienica, obecnie siedziba Instytutu Historii PAN, na fasadzie której ponownie umieszczono płaskorzeźbę (85 cm grubości, 65 wysokości i ok. 100 kg wagi) przedstawiającą Lwa św. Marka. Jest to prezent od Wenecji dla Warszawy, którego pomysłodawcami i organizatorami są członkowie Komitetu Ambasadorów św. Marka. 7 grudnia z rana w Ambasadzie Włoch odbyła się z tej okazji konferencja prasowa, a wieczorem dokonano odsłonięcia Lwa. Wydarzenie zostało uczczone ceremonią, którą uświetniła grupa aktorów przywołujących historię, w strojach w stylu weneckim i polskim z XVII i XVIII wieku. Symbolicznego odsłonięcia płaskorzeźby dokonał ambasador Włoch Alessandro De Pedys przy akompaniamencie dawnej warszawskiej i weneckiej muzyki ludowej, w obecności setek osób, dziennikarzy i przedstawicieli władz, które wzięły udział w inicjatywie, a wśród nich członkowie Instytutu Historii PAN i SARP (Stowarzyszenie Architektów Polskich), COMITES Polska, CERS (Europejskie Konsorcjum Przywoływania Historii), senator Mario Dalla Tor, prof. Robert Kunkel, polityk Anna Maria Anders, dziennikarz Jacek Moskwa, producent Bogusław Job oraz, naturalnie, twórca nowej płaskorzeźby, mistrz Giovanni Giusto, prezes organizacji “Tajapiera Veneziani” i miejski radny, oddelegowany przez burmistrza Wenecji w celu reprezentowania władz miasta.

Historia warszawskiego Lwa

Od roku 1674 do lat 20-tych XX wieku na fasadzie kamienicy przy Rynku Starego Miasta 31, będącej obecnie siedzibą Instytutu Historii PAN, znajdowała się kamienna płaskorzeźba przedstawiająca lwa św. Marka, godło  miasta Wenecja.

Właścicielem wspomnianej kamienicy w roku 1674 został kupiec włoski, Davide Zappio, który przez pewien czas był nawet burmistrzem Warszawy, i to właśnie on umieścił na fasadzie budynku płaskorzeźbę. Jak podają źródła, zarówno polskie, jak i weneckie, wśród nich książki prof. Alberto Rizzi, istnieją dokumenty potwierdzające obecność płaskorzeźby na fasadzie kamienicy w latach 1912-1928. Później ślad po niej znów zaginął, w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

Dzięki inicjatywie Komitetu Ambasadorów Św. Marka, a szczególnie dziennikarzowi Sebastiano Giorgi – przewodniczącemu, który zainteresował opinię publiczną historią warszawskiego Lwa, dzięki merytoryczno-organizacyjnemu wsparciu Stowarzyszenia Architektów Polskich SARP w Warszawie, w osobie Marii Sołtys – członka Zarządu, oraz przychylności Instytutu Historii PAN, a przede wszystkim dzięki rzeźbiarzowi – artyście Giovanni Giusto, prezesowi stowarzyszenia rzeźbiarzy weneckich „Tajapiera Veneziani” w latach 2013-2015 powstała nowa tablica z płaskorzeźbą lwa św. Marka. Celem Komitetu Ambasadorów Św. Marka było podarowanie Warszawie płaskorzeźby oraz przywrócenie pamiątki historycznej na elewacji kamienicy zwanej niegdyś Pod św. Markiem. Inicjatywa jest wspierana finansowo przez region Wenecji Euganejskiej oraz Wenecję, pod patronatem Ambasady Włoch, miasta Wenecji i Warszawy, a także Comites Polska i Międzynarodowego Instytutu Kultury Polskiej w Padwie. Partnerami projektu są także CERS, Europejski Komitet Przywoływania Historii, którego przedstawiciele przybyli na odsłonięcie płaskorzeźby w strojach z XVII wieku, Konsorcjum Promovetro Vetro Artistico z Murano oraz PartnersPol Group.

Uroczysta ceremonia odsłonięcia płaskorzeźby odbyła się w poniedziałek, 7 grudnia 2015 roku, o godz. 17:00. Po zamontowaniu, płaskorzeźba do momentu odsłonięcia była przykryta jedwabną, ręcznie malowaną tkaniną z Atelier Pietro Longhi z Wenecji.

Dla upamiętnienia wysiłku, jaki wenecjanie oraz warszawiacy włożyli w przywrócenie płaskorzeźby lwa św. Marka na fasadę kamienicy, u dołu tablicy wykuto napis: VENETIARUM VARSOVIAEQUE CIVES HIC LEONEM RESTITUUNT AD MMXV.

Malvasia (Małmazja): winogrona i wino, które wszędzie dobrze smakują

0

Nazwa Malvasia odnosi się do wielu szczepów aromatycznych, głównie białych, we Włoszech występujących w różnych regionach, na całym Półwyspie Apenińskim. Choć mają różne pochodzenie, szczepy te mają pewne cechy wspólne – wszystkie, choć w różnym stopniu, wyróżniają się pikantnym aromatem piżma i moreli, a także dość wysoką zawartością cukrów. Cechy te powodują, że winogrona z tej grupy szczepów nadają się szczególnie do produkcji win musujących oraz win słomkowych (produkowanych z podsuszonych owoców). Nazwa „Małmazja”, czy też „Malvasia”, jest skrótowym przekształceniem nazwy miasta Monembasia (Monemwasia), bizantyjskiej twierdzy przytulonej do skalistego przylądka w południowej części greckiego Peloponezu, w której produkowano słodkie wina eksportowane na całą Europę przez Wenecjan właśnie jako Malvasia. Wenecjanie szybko docenili małmazję, rozpoczęli intensywny handel tym winem i wprowadzili winorośl Malvasia na należącą wówczas do nich Kretę oraz na inne wyspy Morza Egejskiego. Małmazja stała się bardzo sławna i doceniana w basenie Morza Śródziemnego, tak iż jej nazwy używały w XVII w. gospody (Malvasie), w których sprzedawano i pito aromatyczne „wino przywiezione z Grecji”. Jeszcze współcześnie w Wenecji znaleźć można Calle della Malvasia (Ulicę Małmazji) oraz Ponte della Malvasia (Most Małmazji). Winorośle, z których produkowano małmazję, rozpowszechniły się wkrótce także w innych winnych regionach obszaru środziemnomorskiego, gdzie czasem otrzymywały lokalne nazwy lub też były generycznie nazywane winami greckimi, przyczyniając się tym samym do współczesnych problemów z rozróżnieniem szczepów. Nazwa Malvasia używana jest w zasadzie w odniesieniu zarówno do białych winogron niearomatycznych, jak i aromatycznych, a nawet do winogron czerwonych.

Malvasia, w co najmniej dziesięciu różnych odmianach (białych i czerwonych, słodkich i wytrawnych), to jeden z najpopularniejszych szczepów Włoch, uprawiany od Piemontu po Basilicatę. Jedną z najważniejszych odmian jest Malvasia Bianca di Chianti, znana także jako Malvasia Toscana, poza Toskanią występująca także w Lacjum i Umbrii. Z innych, czerwonych odmian Malvasii, uprawianych w Piemoncie, jak np. Malvasia di Casorzo czy Malvasia di Schierano, otrzymuje się słodkie wina o ciemnym kolorze.

W regionie Friuli uprawia się szczep Malvasia Istriana, z którego produkuje się jedne z najlepszych możliwych win białych, podczas gdy w w regionie Colli Piacentini (Wzgórz Piacenzy) oraz na niektórych obszarach Emilii z Malvasii powstają cenione wina musujące. Z wersji słodkich najważniejsza jest Malvasia delle Lipari, ceniona na całym świecie odmiana sycylijska. Niezwykle smaczna jest także Malvasia di Bosa, która przyciąga na Sardynię ekspertów i amatorów poszukujących win wyprodukowanych z tej wysokojakościowej odmiany. Ponadto wielu korsykańskich hodowców winorośli twierdzi, że ich szczep Malvoisie jest identyczny ze szczepem Vermentino, uprawianym w Ligurii, Toskanii i Sardynii, który może być zaliczony do dużej grupy odmian Malvasii.

Malvasia jest coraz rzadziej uprawiana w północnej Hiszpanii, ale obecna jest także w regionie Walencji oraz na Wyspach Kanaryjskich. Wiele odmian należących do tej grupy można spotkać w Portugalii – szczep Malvasia Rei wchodzi w skład win białych typu porto. W Kalifornii obszar upraw białych odmian Malvasii wynosi około 800 hektarów, głównie na samym południu rejonu Central Valley. Wina tam produkowane są umiarkowanie słodkie, o ostrym aromacie i wyraziste.

Przekroczyć Rubikon

0

Kiedy w 49 roku p.n.e. Juliusz Cezar przekroczył rzekę Rubikon razem ze swoimi legionami, rozpoczynając w ten sposób wojnę ze swoim największym konkurentem politycznym, wprowadził pojęcie przekraczania Rubikonu. Z jego ust padły wówczas słynne słowa „kości zostały rzucone”, co oznaczało, że nie ma już odwrotu od podjętej decyzji. Podobnie jest z każdym z nas, kiedy podejmujemy kolejne wyzwania. Czas weryfikuje, komu uda się przekroczyć magiczną granicę i osiągnąć zamierzone cele. Jak to się dzieje, że jednym się udaje, a innym nie?

W nauce funkcjonuje obszerny dział poświęcony badaniom nad motywacją i sukcesem. Okazuje się, że podstawowym czynnikiem, który może zaważyć na wyniku naszych wysiłków, jest nastawienie. Prof. Carol Dweck od kilkudziesięciu lat prowadzi badania, które ukazują, w jaki sposób własne wyobrażenia wpływają na kształt życia. Mogą decydować o tym, czy nasze marzenia i plany zmaterializują się lub zamienią w pył. Czy to możliwe? Jak jedno przekonanie może wpłynąć na naszą psychikę, na nasz sposób funkcjonowania i w efekcie na całe nasze życie? Koncepcja, iż każdy z nas rodzi się z pewnym stałym oprogramowaniem, jest nastawieniem na trwałość. W konsekwencji sprawia to, że koncentrujemy się na obronie naszych zasobów i udowadnianiu, że posiadamy odpowiednie cechy w określonym stopniu. Zapewne każdy z nas ma w swoim otoczeniu ludzi, dla których głównym celem w życiu jest ochrona poczucia własnej wartości – w pracy, na studiach czy w relacjach międzyludzkich. Wygląda to tak, że większość ich interakcji sprowadza się do potwierdzenia własnej sprawności, umiejętności oraz moralności. Każde wydarzenie zostaje poddane ocenie. Czy udało mi się pokazać z jak najlepszej strony czy też nie? Czy udało się mi poczuć lepiej czy też nie? Może wydawać się, że w takim sposobie widzenia pozornie nie ma nic negatywnego, jednak jest jeszcze inny aspekt. Istnieje druga ewentualność –  nastawienie na rozwój. Nie zaprzecza ono istnieniu pewnej stałej i wrodzonej puli cech, lecz wychodzi z założenia, że jest to punkt wyjścia do dalszego rozwoju poprzez pracę nad sobą. To, co zostało nam dane, nie przesądza o naszej przyszłości raz na zawsze, bo w miarę potrzeb może podlegać zmianie i doskonaleniu. Czy warto poświęcać czas na udowadnianie, że jest się dobrym, kiedy można być lepszym? Czy jest sens ukrywać swoje braki, skoro można nad nimi pracować? Po co zamykać się w kręgu rzeczy sprawdzonych i pewnych zamiast otwierać się na nowe i ciekawe doświadczenia?

Chcąc podsumować, możemy założyć, że wierząc w niezmienność cech, narażamy się na krytyczne położenie, gdzie jedna porażka może w sposób jednoznaczny zdefiniować i ostatecznie określić nasze możliwości. Owe nastawienie odbiera zdolność radzenia sobie w trudnych sytuacjach mimo posiadanych zasobów inteligencji oraz umiejętności. Natomiast wiara w to, że nasze cechy i zdolności można rozwijać, sprawia, że owszem wszelkie niepomyślne zdarzenia są bolesne, ale – co najważniejsze – nie określają one i nie definiują naszej wartości. Osoby nastawione na rozwój dzięki ponoszonym porażkom stają się bardziej zmotywowane i te porażki są dla nich przede wszystkim źródłem wiedzy na przyszłość.

Przychodzi mi na myśl historia Michaela Jordana. Z dzisiejszej perspektywy, kiedy rozpoznajemy w nim sportowca wszechczasów, mamy wrażenie, że było to oczywiste dla wszystkich od samego początku. Fakty mówią inaczej. Nie przyjęto go do uczelnianej drużyny koszykarskiej, w której chciał grać, odmówiono mu wejścia do dwóch pierwszych zespołów ligi NBA. Po tym, jak nie został przyjęty do szkolnej drużyny, czuł się kompletnie załamany. Jego matka powiedziała mu wówczas, żeby wrócił na boisko i zabrał się do roboty. Nabrał zwyczaju wychodzenia z domu o szóstej rano, aby móc sobie potrenować przed zajęciami. Nieustępliwie pracował nad swoimi słabymi punktami – kozłowaniem, rzutami do kosza i grą defensywną. Jordan za źródło swoich sukcesów uważał przekonanie, że „odporność umysłowa i psychiczna są znacznie ważniejsze niż niektóre przewagi fizyczne, jakie zawodnik może posiadać”. Oczywiście są ludzie, którzy nigdy nie skłonią się ku takiemu myśleniu i będą patrzeć na sukces Jordana poprzez pryzmat jego fizycznej doskonałości lub po prostu jak na  faceta, który musiał bardzo ciężko pracować.

Jackson Pollock to jeden z najważniejszych amerykańskich malarzy, który przeformułował sztukę nowoczesną XX wieku. Eksperci, analizując jego początkowe prace, stwierdzili, iż nie wykazywał on wybitnych i wrodzonych zdolności malarskich. Sekretem sukcesu Pollocka jest poświęcenie oraz miłość ku idei bycia artystą. Poprzez swój upór poszukiwał osób, dzięki którym mógł się uczyć i zdobywać nowe umiejętności, aby docelowo ukształtować swój wyjątkowy i emanujący oryginalnością warsztat.

Przykłady ze świata sportu i sztuki można mnożyć w nieskończoność. Teraz rodzi się pytanie o to, czy łatwo jest się zmienić. Oto kilka rad, które mogą być pomocne przy stawianiu pierwszych kroków na nowej ścieżce. Po pierwsze: staraj się myśleć o celu, który sobie założyłeś i o tym, co możesz zrobić, aby go osiągnąć. Pomyśl, jakie kroki możesz podjąć i jakie informacje powinieneś zdobyć. Kiedy po raz kolejny postanowisz się na przykład odchudzać, zacznij od opracowania konkretnego i realnego planu. Odpowiedz sobie na pytania: Ilu kilogramów i w jakim czasie chcesz się pozbyć? Jak i kiedy będziesz ćwiczył? Plany, które są opracowane w sposób szczegółowy, zwiększają prawdopodobieństwo realizacji założonego celu.

Umberto Eco otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego

0

24 maja 2015 słynny włoski pisarz i profesor Umberto Eco otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego. Senat Akademicki w Łodzi zdecydował, że ceremonia nadania tytułu odbędzie się podczas obchodów 70. rocznicy powstania Uniwersytetu Łódzkiego, a rolę promotora pełnić będzie profesor Artur Gałkowski, kierownik Zakładu Italianistyki. W 2011 roku na Wydziale Filologii przy Katedrze Filologii Romańskiej powstał Zakład Italianistyki. Pracownicy tej jednostki prowadzą badania nad współczesną literaturą włoską, włoskimi zjawiskami medialnymi i problemami przekładu. Wydział Filologii planował również organizację międzynarodowego kongresu semiotycznego, który w dużej mierze poświęcony byłby teoriom opracowanym przez Umberto Eco. „Nadanie tytułu doktora honoris causa postaci, która posiada już kilkadziesiąt takich wyróżnień, jest niewątpliwie zaszczytem dla Uniwersytetu Łódzkiego”, powiedział Jarosław Płuciennik.

Zamość

0

„Padwa północy” i „Miasto idealne” – tak określa się Zamość, dziś niewielkie miasto na lubelszczyźnie,  o dumnej przeszłości i planie idealnego miasta renesansowego opisywanego przez włoskich teoretyków: Antonio Filarete i Vincenzo Scamozziego. Niektórzy mówią, że detale kamienic i podcienia przypominają Padwę. Nic w tym dziwnego, bo twórcami ich byli: Bernardo Morando – trzydziestoletni architekt z okolic Padwy, i kanclerz polski Jan Zamoyski – bogaty arystokrata i wychowanek Akademii w Padwie. Obu łączyło uwielbienie dla nowych idei renesansu, jeden dysponował ziemią i pieniędzmi, drugi talentem i wiedzą o architekturze. Po dziś dzień rękopis kontraktu na budowę miasta pomiędzy Morando a Janem Zamoyskim znajduje się w Bibliotece Ossolińskich. Bernardo Morando rozpoczął budowę w 1578 r. Do pomocy sprowadził włoskich budowniczych z Moraw i… dwadzieścia lat później prywatne miasto Zamoyskiego było gotowe!

Swoim kształtem przypomina płatek śniegu z szachownicą ulic, dzielącą miasto na kwartały dla kupców ormiańskich, ruskich, polskich i żydowskich z ich świątyniami i domami, z dużym rynkiem centralnym i dwoma mniejszymi (Rynek Solny i Rynek Wodny). Morando zaprojektował też pałac Zamoyskich, arsenał, kamienice wzorcowe, kościoły i bramy miejskie. Całość ujął w obronne fortyfikacje. Zespół ten powstał  w oparciu o symetrię i perspektywę – dwie główne zasady kompozycji renesansu.

Niektórzy porównują Zamość do człowieka witruwiańskiego Leonarda da Vinci: głowa to pałac, płuca  to Akademia Zamojska i Katedra, ratusz jest sercem, a bastiony to ręce i nogi.

Ale włoscy turyści mówią: to nasza Sabbioneta Scamozziego!

Być może racja leży pośrodku, bo Bernardo Morando przywiózł ze sobą wspomnienia z różnych części Włoch, ale przetworzył je harmonijnie w swojej nowej ojczyźnie. Wiemy, że poślubił Polkę – Katarzynę, która dała mu sześcioro dzieci: Michała, Andrzeja, Rafała, Gabriela, Kamila i Lidię. Jego syn Gabriel był wójtem i sędzią w Zamościu, uzyskał doktorat w Padwie i wykładał matematykę w Akademii Zamojskiej. Córka zaś poślubiła zamożnego ziemianina. Bernardo zmarł prawdopodobnie w 1600 roku i został pochowany w podziemiach zamojskiej Katedry. Nie zachował się jego nagrobek, ale wznosząc Zamość, Morando pozostawił po sobie coś więcej:  trwały pomnik swojego talentu i dowód na to, że architektura powinna być tworzona „na miarę człowieka” tak, jak chcieli tego włoscy mistrzowie renesansu.

Moja wielka włoska wycieczka

0
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

autorzy: Małgorzata Tolko, Jan Steinmetz

Z niecierpliwością odliczałam dni do moich pierwszych włoskich wakacji. Zanim jeszcze stopniał śnieg w Warszawie, a temperatury stały się nieco łaskawsze, byłam myślami w Bel Paese, znanym mi wówczas jedynie ze zdjęć i godnych pozazdroszczenia opowieści znajomych. Chciałam zorganizować niezapomniany wyjazd, podczas którego mogłabym zwiedzić w towarzystwie przyjaciół malownicze miejsca, urokliwe miasteczka i podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Z pomocą Janka, mojego kolegi ze studiów, który szczegółowo zaplanował całą wycieczkę, moje marzenie się ziściło. I tak oto rozpoczęła się moja wielka włoska przygoda.

Wraz ze wschodem słońca wyleciałam z przyjaciółmi z Warszawy do Bergamo, położonego niecałe 45 km od Mediolanu. To lombardzkie miasteczko jest podzielone na dwie części: wysoką (starszą) i niską. Po wjeździe kolejką szynową do Wysokiego Bergamo mogliśmy zobaczyć malowniczą panoramę dolnego miasta, przypominającą zdjęcie z pocztówki. Spacer po starówce uwieńczyliśmy solidną porcją lodów domowej roboty. Wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie drugiej części, zaczynając od średniowiecznej katedry św. Aleksandra przy Piazza del Duomo. Oprócz kaplic poświęconych różnym świętym, mogliśmy zobaczyć kryptę, w której pochowano biskupów Bergamo.

Drugi dzień wycieczki spędziliśmy w Pawii – niewielkim, ale jakże urokliwym miasteczku. Grzechem byłoby nie zajść do renesansowej katedry, będącej piątą największą świątynią we Włoszech. Co ciekawe, jednym ze współautorów jej projektu był sam Leonardo da Vinci. Pełne przepychu wnętrza ociekające złotem z ozdobami charakterystycznymi dla epoki, w której powstała katedra, zrobiły na nas ogromne wrażenie. Pod koniec intensywnego dnia zjedliśmy kolację w restauracji, w której wszyscy traktowali nas z niezwykłą serdecznością, gdy tylko usłyszeli, że mówimy po włosku. Jeden z kelnerów przyznał nawet, że ma znajomych w Polsce i chętnie by odwiedził nasz kraj! Następnego ranka udaliśmy się do Certosa di Pavia, gotyckiego klasztoru zbudowanego na terenie należącym niegdyś do rodziny Viscontich. W klasztorze, dawniej zamieszkiwanym przez członków zakonu kartuzów, dziś przebywają cystersi, którzy oprowadzają turystów po zabytkowych pomieszczeniach, opowiadając historię tego miejsca.

Kolejnym celem podróży były Cinque Terre, a dokładniej Riomaggiore. Klimat tego miejsca jest niezwykły: kolorowe domy, kamienista plaża, błękit Morza Liguryjskiego… Robiliśmy jednodniowe wypady do niektórych miejscowości wchodzących w skład tej części riwiery liguryjskiej. Najpierw pojechaliśmy zatłoczonym pociągiem do pełnej pastelowych kamieniczek Vernazzy. Główny deptak przy porcie był pełen turystów, którzy, tak jak i my, robili zdjęcia romantycznemu morskiemu krajobrazowi. Krystalicznie czysta woda przyciągała plażowiczów, którzy godzinami wystawiali swoje półnagie ciała na słońce. Druga na naszej liście była Manarola. Niestety okazało się, że słynna Via dell’Amore, czyli Ścieżka Miłości wiodąca do niej z Riomaggiore wzdłuż brzegu morza, jest… zamknięta od dwóch lat! Na szczęście dowiedzieliśmy się o tym nieco wcześniej i wybraliśmy trasę górską. Przeprawa po stromych i wąskich zboczach była dość wyczerpująca, jednak bajkowe widoki poprawiły nam humor.

Ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy, była Piza. Oczywiście główną atrakcję stanowiło Pole Cudów. Odwiedziliśmy baptysterium, łączące aż trzy style architektoniczne: romański, gotycki i renesansowy. Baptysterium to posiada niezwykłą akustykę. Weszliśmy też do katedry, która zachwyciła nas swoimi ogromnymi drzwiami z brązu. Można było na nich zobaczyć misternie wykonane scenki o charakterze religijnym, w których zadbano o każdy szczegół, nawet wyrazy twarzy postaci. Zobaczyliśmy również jeden z najsłynniejszych cmentarzy we Włoszech, Camposanto. Cmentarz otoczony jest krużgankami, a wnętrze budynku zdobią liczne freski. Spoczywają tu ważne osobistości, takie jak artyści czy profesorowie. Na koniec zrobiliśmy sobie zdjęcie z Krzywą Wieżą w tle, ale takie zwyczajne, bez udawania, że ją podtrzymujemy.

W sumie we Włoszech spędziliśmy dziesięć dni. Dziesięć cudownych, aktywnych dni, podczas których zobaczyłam wiele magicznych miejsc, doświadczyłam włoskiej gościnności i spędziłam niezapomniane chwile z moimi przyjaciółmi. Na pewno jeszcze nie raz odwiedzę ten piękny kraj, w którym nadal jest tyle do odkrycia.