Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 111

Jeden dzień w Pizie

0

Mam wrażenie, że Krzywa Wieża i Piza są trochę jak papużki nierozłączki – przynajmniej w naszym przeciętnym systemie skojarzeń. Nie ukrywam, że sama również przez całe życie marzyłam o pamiątkowym zdjęciu typu „mistrz kung-fu podtrzymujący zagrożony zawaleniem się zabytek”, ale mój miejscowy przewodnik po mieście szybko wybił mi ten pomysł z głowy: „Vuoi fare la scema anche tu?”. Otóż to, mieszkańcy Pizy zdecydowanie woleliby, żeby przybywający do nich goście mieli nieco bardziej ambitne plany niż poprawne ustawienie się do zdjęcia z Krzywą Wieżą, zjedzenie margherity czy przespacerowanie się główną aleją pełną międzynarodowych sklepów z odzieżą.

Podczas specjalnej wycieczki organizowanej przez Urząd Gminy San Giuliano Terme miałam okazję przekonać się, że ta część Toskanii ma do zaoferowania dużo więcej. Wystarczy poświęcić chwilę dłużej na odnalezienie tych nieodkrytych jeszcze przez większość turystów miejsc. Chętnie Wam w tym pomogę!

Fondazione Cerratelli – chyba nikt na całym świecie nie może pochwalić się większą kolekcją strojów operowych, teatralnych i filmowych – to stowarzyszenie ma ich w sumie ponad 30 tysięcy! W siedzibie Villa Roncioni w San Giuliano Terme pod Pizą zobaczymy m.in. oryginalne kreacje z najbardziej znanych dzieł Pucciniego. Czemu służy ta zadziwiająca kolekcja? Poza tym, że naprawdę cieszy oko, stale wspomaga przyszłych mistrzów krawiectwa. Który początkujący projektant nie marzy, żeby uczyć się na takich przykładach? Miałam przyjemność wypożyczyć jeden ze strojów na uroczystą kolację w zapierającej dech w piersiach willi Villa Alta – jeśli planujecie wesele to polecam wziąć to miejsce pod uwagę!

Certosa di Calci – klasztor Kartuzów z połowy XIV wieku, który zachował się w bardzo dobrym stanie i dzięki temu pozwala doskonale wyobrazić sobie jak wyglądało życie zakonników za  zamkniętymi murami. Polecam spacer z przewodnikiem! Zdradzi Wam na przykład, że w klasztorze można było rozmawiać tylko podczas niedzielnej przechadzki i między innymi właśnie dlatego koty Kartuzów nigdy nie miauczały – zapewne wiedziały, że nie należy przeszkadzać w ciągłej medytacji.

Frantoio Toscano del Rio Grifone – bo czym byłaby wycieczka do Toskanii bez degustacji oliwy i wina z widokiem na słynne skąpane w słońcu wzgórza. Tutaj zobaczycie, jak tłoczyło się oliwę kiedyś, a jak robi się to teraz, spróbujecie tradycyjnych toskańskich potraw, wina i grappy domowej produkcji. Niezwykła rodzinna tradycja, którą gospodarze chętnie dzielą się z gośćmi.

Terme di San Giuliano – tu można poczuć się jak starożytni rzymianie, którzy udawali się do łaźni miejskiej i zapominali o bożym świecie. Baseny, groty z mikroklimatem, hydromasaże i to wrażenie, jakby hałas i pośpiech nigdy nie istniały. Do tego restauracja na światowym poziomie – wyobrażacie sobie lody z borowików, perliczkę i semifreddo z kremem z kasztanów? Chyba mogłabym tam zamieszkać…

A w samej Pizie? Oczywiście spacer po mieście sam w sobie jest przyjemnością, zwłaszcza jeśli po drodze do Krzywej Wieży zajrzymy do Museo Nazionale di San Matteo czy na wystawę Igora Mitoraja Angeli. Warto dokładnie obejść naokoło słynną Katedrę przy Piazza dei Miracoli – na jednej z jej bocznych ścian znajdziecie ułożone pionowo dziurki. Legenda głosi, że to ślad pazurów wbitych niegdyś przez diabła. Podobno nie da się ich policzyć, bo za każdym razem wynik jest inny. Nawet nie miałam odwagi spróbować!

Co zjeść?

Koniecznie należy spróbować Ceciny – to placek z mąki z ciecierzycy, często podawany w bułce z dodatkami lub jako przystawka. Polecam knajpkę Il Montino. Kolejka gwarantowana, ale warto odstać swoje. Poza tym oczywiście w walizce wraca z nami makaron Martelli oraz butelka pysznego toskańskiego wina – do wyboru, do koloru (ja wybrałam to z Cortony). A na uroczystą, wykwintną kolację (na którą absolutnie w Toskanii należy sobie pozwolić!) zaprasza przesympatyczny i niezwykle uzdolniony szef kuchni Luca Micheletti, którego dań możecie skosztować w Locanda Sant’Agata.

Gdzie się zatrzymać?

Jeśli zależy Wam na dobrej lokalizacji, to polecam Hotel La Pace, który znajduje się przy samej stacji kolejowej i zaledwie kilka kroków od najważniejszych muzeów i zabytków w mieście. Jeśli zaś wolicie spokój i urokliwe widoki o poranku to Airone Pisa Park Hotel na pewno przypadnie Wam do gustu. W obu przypadkach przemili właściciele, pyszne śniadania i obsługa mówiąca po angielsku, co we Włoszech naprawdę może okazać się niezwykle przydatne!

Skąd dolecieć?

Do Pizy bezpośrednio dolecimy tanimi liniami z portów lotniczych w Gdańsku, Krakowie i Warszawie-Modlin – niestety tylko w sezonie letnim (kwiecień – październik). Ja skorzystałam z usługi włoskiego przewoźnika Alitalia (lot z przesiadką w Rzymie).

Więcej zdjęć i szczegółowych informacji o wszystkich miejscach znajdziecie na moim blogu www.via-italiana.com.

Udanej podróży!

Trani, miasto z katedrą na morzu

0

Trani, jedno z malowniczych i urokliwych nadmorskich miasteczek regionu Apulia, położona około 50 km na północ od Bari, jest miejscowością niezwykle atrakcyjną i docenianą przez turystów zarówno ze względu na piękno krajobrazu, jak i na tamtejsze dziedzictwo historyczno-artystyczne. Miasto niewątpliwie zawdzięcza swoją sławę przepięknej Katedrze św. Mikołaja Pielgrzyma (Cattedrale di San Nicola Pellegrino), stanowiącej jeden z najważniejszych przykładów architektury romańskiej w Apulii. Wzniesiona w malowniczej okolicy, na pięknym, dużym placu, z którego widok rozpościera się bezpośrednio na morze, wciąż jest świadectwem świetności średniowiecznej Trani. Katedra jest zbudowana z charakterystycznego kamienia Trani, tufu o różnych barwach od białego do różowego, które o zachodzie słońca przybierają ciepłych i fascynujących odcieni. Równie znane są także XIII-wieczna dzwonnica o 59 metrach wysokości, która góruje nad całym wybrzeżem, a także bogato zdobiony portal okalający drzwi z brązu wykonane przez Barisana z Trani w 1179 roku. Obecne drzwi są kopią oryginału, który po zakończeniu prac restauratorskich został przeniesiony i jest dostępny dla zwiedzających wewnątrz budynku. Naprzeciwko katedry znajduje się zamek Castello Svevo,   którego historia sięga 1233 roku. Zbudowany został na skalistym wybrzeżu, aby chronić miasto przed ewentualnymi atakami od strony morza. Dawniej od lądu oddzielała go fosa, być może naturalna. Następnie za czasów panowania Andegawenów zamek przeszedł przebudowę, a w XIX wieku został przekształcony w więzienie.  

Port w Trani, gdzie krzyżowały się drogi handlowe między Wschodem i Zachodem,  był w przeszłości jednym z głównych i najważniejszych w Apulii. Każdego dnia wielu rybaków wraz z ich straganami tłoczą się na nadbrzeżu aż do wieczora, sprzedając świeżo złowione przez nich ryby. Latem przybycie wielu jachtów z całego świata przekształca port w prawdziwy hotel na wodzie, stanowiąc o tym, że naturalna zatoka, nad którą góruje majestatyczna dzwonnica „królowej katedr Apulii”, nadal przyciąga swoim historycznym i naturalnym czarem. Przyglądając się  nadbrzeżu, możemy podziwiać malownicze widoki, w których zakochali się turyści: po lewej widzimy paradę pięknych łodzi rybackich o intensywnych kolorach i wymyślnych nazwach, po prawej szereg łodzi rekreacyjnych. Obydwa stanowią symbol „zamieszkałej” części morza, symbol funkcjonalnego i dobrze wyposażonego portu. I w końcu symbol miasta, którego oczy wciąż zwrócone są w stronę morza, jednak już bez konieczności walki o utrzymanie swojej pozycji.

W Trani warto zwiedzić również Palazzo Antonacci Telesio. Zbudowany w 1761 roku przez rodzinę Antonacci, następnie przekazywany w drodze dziedziczenia książętom Telesio, którzy nadal go zamieszkują. Palazzo, znajdujący się na Piazza Quercia, główną fasadą zwrócony jest w stronę portu. Po zburzeniu murów Fryderyka w 1845 roku, część wschodnia pałacu została rozbudowana według projektu architekta Luigiego Castellucci z Bitonto, który przebudował także fasadę pałacu w stylu neoklasycznym. Wewnątrz budynku znajduje się luksusowy hotel il Marè Resort, a także muzeum karocy, w którym można podziwiać kolekcję 33. XIX-wiecznych karet, należących w większości do rodziny Telesio, a także uprzęże i mundury woźnic. Ta niezwykle ważna kolekcja ukazuje kunszt rzemiosła tamtych czasów i pozwala dogłębnie poznać historię tejże klasy społecznej i wszystkich tych, którzy dla niej pracowali.

Po opuszczeniu portu, zmierzamy w kierunku starego miasta i mknąc wzdłuż alejek i wąskich uliczek docieramy do dzielnicy Giudecca, która przypomina o chwili, w której do Trani w roku 1000 przybyli przedstawiciele narodu żydowskiego.

„Po dwóch dniach w podróży dotarłem do Trani, położonego nad brzegiem morza; dzięki wygodzie oferowanej przez miejscowy port, Trani jest miejscem spotkań pielgrzymów udających się do Jerozolimy; to duże i piękne miasto, zamieszkane przez około 200 Żydów, prowadzonych przez rabina Eliaha, rabina komentatora Nathana oraz rabina Yaagova”. Te informacje zanotował w swoim dzienniku wielki Chacham (doktor prawa żydowskiego) Beniamin z Tudeli, przybyły do Trani w 1165 roku.

W Trani zbiegło się 6 diaspor. Żydzi z Izraela zniewoleni przez Tytusa, Żydzi z Venosy wypędzeni przez Saracenów w IX wieku, Żydzi uciekający z islamskiej Hiszpanii Almohadów, Żydzi, którzy uciekli przed antyżydowskim gniewem niemieckiej krucjaty w Worms i Moguncji w 1096 roku, a także ci uciekający z Bari zniszczonego w 1156 przez Wilhelma I Złego i ci wydaleni z Francji przez króla Filipa Augusta i przybyli do Trani około roku 1182. 

Dzięki zezwoleniu Hohenstaufów, w roku 1155 Żydzi zamieszkali w dzielnicy Giudecca, dwa kroki od portu i katedry. Port w Trani był w tamtym czasie znacznie bardziej “wdrążony” w miasto i z ulicy prowadzącej do kościoła Wszystkich Świętych dochodziło się do zapory miejskiej, wciąż znanej jako La Galera, wykorzystywanej przez żeglarzy jako miejsce stacjonowania galer. Giudecca to okolica uliczek i podwórek na różnych poziomach z przyległymi tarasami, praktycznie ze sobą połączonymi. Wydawać by się mogło, że właśnie dzięki połączonym tarasom, mieszkańcom Trani udało się uciec przed oblężeniem Saracenów. Żydzi z Trani celowali w barwieniu tkanin i wełny, w krawiectwie, a także w prawie morskim. Wystarczy pomyśleć, że właśnie w Trani w 1063 roku zostały napisane Statuty Morskie (obowiązujące nadal na całym świecie), a oprócz katolickiego konsula Nicoli de Roggero, dwaj kolejni konsulowie Simone de Brado i Angelo de Bramo byli Żydami.

Nawet dzisiaj Trani jest żydowską stolicą Apulii. Społeczność żydowska gromadzi się w synagodze Scolanova, praktykując starożytne obrzędy, takie jak Chanuka, Święto Świateł, które odbywa się co roku w grudniu na małym placu przed świątynią. Nie można opuścić Trani nie kosztując jej lokalnej kuchni, w której królują składniki typowe dla kulinarnej tradycji Apulii. Z pewnością nie może zabraknąć tradycyjnego dania „ziemniaki, ryż i pieczone małże”, z dodatkiem cebuli, czosnku, pietruszki i oczywiście oliwy z oliwek; ponadto omlet z dzikiej cebuli, małych bulw podobnych do cebuli zwyczajnej, często używanych w kuchni Włoch południowych, a także niezastąpione orecchiette z  łodygami rzepy, serwowane według przepisu z Trani z trzema anchois i dużą ilością pieprzu.

Wypad do Turynu? Czemu nie!

0

W tym numerze, oprócz polityki, ekonomii i kultury, podsycimy Waszą ciekawość  i możemy Wam zagwarantować, że w listopadzie nie będziecie się nudzić. Nieznane wcześniej kwestie polityczne, kulturowe i społeczne pewnego miasta na północy Włoch, usytuowanego w regionie, o którym często się nie mówi (i nie jest to Molise), w listopadzie ujrzą światło dzienne, nawet jeśli słońca w listopadzie jest niewiele.

Przedstawiamy Wam 50 twarzy Turynu! W tym dziale znajdziecie ich tylko 49, ostatnią pozostawiamy Waszej wyobraźni.

W przeciągu kilku miesięcy, Turyn od miasta zapomnianego i niedocenianego, stał się miastem, w którym serce Włoch bije najgłośniej (tego stwierdzenia chyba żaden Wenecjanin mi nie wybaczy). Miejsce, którego historia miesza się z teraźniejszością i którego niezwykłości nie odkryjesz, dopóki nie zaczniesz w nim żyć. Miasto o wielu twarzach i odcieniach, których nie ma nawet w gamie systemu Windows. Stefano Benni w swojej powieści zatytułowanej „Bar pod morzem”, opowiada historię mężczyzny, który schodzi do baru znajdującego się pod wodą i spotyka tam 23 tajemnicze osobistości i każda z nich, zarówno kucharz, jak i pies, opowiada swoją własną, niezwykłą historię.  Także i my, drodzy czytelnicy, zanurkujemy do Turynu, tak samo jak główny bohater powieści, aby posłuchać głosów historii, które Turyn skrywa od wieków.

Ktoś kiedyś powiedział: „zamiast narzekać na ciemność, lepiej zapalić światło”. Tym kimś był Konfucjusz i trzeba przyznać, że miał rację. Jak prawdziwi turyści, pierwszą rzeczą, której szukamy po przyjeździe, jest plan miasta. W Turynie nie będzie wam potrzebny. Pierwszą rzeczą, jaką zauważycie po przybyciu do miasta jest niesamowita obsesja piemontczyków na punkcie porządku.  Wystarczą dwa kroki w stronę Starego Miasta lub widok z Mole Antonelliana, aby pojąć urok precyzji, tak nietypowy dla jakiegokolwiek miasta w trzecim tysiącleciu swojej świetności. Aby wzmocnić wyobrażenie ładu, jakie unosi się nad miastem, możemy łatwo dostrzec jednolitość architektoniczną budynków, zharmonizowanych pod względem rozmiaru, formy i koloru, umiejscowionych w sposób quasi maniakalny. Owa mania porządku to efekt żelaznej reguły, która w XVII wieku nakazywała, aby wszystkie budynki posiadałaby jednakową wysokość 21 metrów i ani centymetra więcej!

Jak każde miasto, także i Turyn posiada niezliczone legendy. Wspomniałam już o Mole Antonelliana? Otóż z tym zabytkiem związana jest pewna ciekawa historia. Ludzie bowiem szepczą między sobą, tak głośno jednak, że nie sposób nie usłyszeć i już wszyscy o tym prawdopodobnie wiedzą, że żaden student nie powinien wchodzić na szczyt Mole Antonelliana, w przeciwnym razie nigdy nie zdobędzie tytułu naukowego. Mówią też, ci co weszli i się nie obronili, iż widok zapiera dech w piersiach (spokojnie, miałam okazję podziwiać go osobiście i mogę Was  zapewnić, że jeszcze oddycham!). Równie imponujący widok możemy kontemplować z Kościoła Santa Maria al Monte. Oceńcie sami, który widok bardziej Wam imponuje!

Spacerując ulicami dzielnicy Vanchiglia, zauważycie z pewnością budowlę tak dziwną, iż można pomyśleć, że to żart ze strony architekta. Chodzi o piętrowiec o wysokości 16 metrów, długi na 5, a szeroki na, uwaga… 57 centymetrów! Od kiedy się pojawił, a było to 170 lat temu, mieszkańcy Turynu nazywają go „plasterkiem polenty”. Dlaczego dostał takie imię? Dlatego, że kształt budynku przypomina właśnie plasterek tego typowego dania włoskiego. Obecnie w środku znajduje się Galeria Sztuki Współczesnej.

Jesteście jeszcze głodni przygód i macie ochotę kontynuować naszą podróż w poszukiwaniu innych dziwnych miejsc lub potraw? Plasterek polenty to wcale nie taki zły pomysł, jeśli jednak o niego poprosicie w październiku, włosi krzywo będą się na Was patrzeć. Zamiast rozsmakowywania się w polencie, odwiedźcie slow fastfood, M**Bun, który pomimo swojej burzliwej historii osiągnął sukces w mieście. To taki Mc Donald w wersji turyńskiej. Znajdziecie tu wszystko to, czego tylko zapragnie Wasz żołądek, najciekawsze jest jednak, że nazwy kanapek i dań są w dialekcie piemonckim. Dlatego nie proście tu o hot-dog’a, w M**Bun możecie rozkoszować swoje podniebienie „Can Caud”(gorący pies=hot dog).

W listopadzie, kiedy mróz zacznie Was szczypać w policzki, spróbujcie specjalności kuchni piemonckiej: la bagna cauda (gorący sos) przygotowana na bazie sardeli, czosnku i oliwy, serwowana z gotowanymi i surowymi warzywami. Z wyglądu niezbyt zachęcające, ale w rzeczywistości to niezwykle wyborne danie.

Piemont nie byłby Piemontem, gdyby nie słodycze. Czekoladki i cukierki turyńskie cieszą podniebienia Włochów i nie tylko. Wyprawy od jednej cukierni do drugiej to jedna z najprzyjemniejszych części dnia w trakcie przerwy w nauce. Tu, w Turynie wszystkie czekoladki i ciasteczka są mikroskopijnych rozmiarów (nie oczekujcie cukierni, które znajdują się na Sycylii i gdzie ciastka są wielkości kanapek). Oprócz słynnej marki cukierków Leone, której siedziba mieści się właśnie w Turynie, powstała także czekoladka w kształcie wywróconej łódki: witamy w ojczyźnie Gianduiotti i Bicerin i innych wyśmienitości na bazie cukru!

Czy pingwiny są na wyginięciu? Nie w Turynie! Będąc we Włoszech nie należy opuszczać kraju bez spróbowania dwóch lodów: Cucciolone(w formie ciastka) i Pinguino(na patyku). Pinguino narodził się w głowie pewnego neapolitańczyka Domenico Pepino, który w 1884 przyjechał do Turynu. Naprzeciwko Museo del Risorgimento, kiedy nasze głowy parują od nadmiaru informacji, możemy się ochłodzić lodem na patyku, Pinguino.

Co do tego, że Turyn to tajemnicze miasto, nie mamy wątpliwości. W mieście nie tylko mury mają uszy. Mury mają także oczy, usta, nos a czasami nawet i rogi. Są to bowiem wielkie maski, które przypominają istotę ludzką, diabła, figury groteskowe. Jak już napotkacie je na swojej drodze, będą się wpatrywać w Was kamiennym wzrokiem. Znajdują się przy wejściu do bram, pod balkonami, nad oknami. Jeśli już jesteśmy w temacie masek i figur, wyjaśnię Wam krótko kult Byka w Turynie. Może nie wszyscy wiecie jak zatłoczone jest miasto przez te istoty. W całym mieście możemy znaleźć setki wizerunków Byka (nawet na stadionie). Toret ( małe byki, byczki) to fontanny z wodą pitną w kształcie byka, z których każdy może skorzystać i ugasić pragnienie po długim spacerze.

Teraz zadam Wam pytanie: jaka jest najsłynniejsza para, która mieszka na Via delle Scienze 6? Są bardzo szczęśliwi i postanowili pozostać w Turynie na zawsze. Nawet jeśli czasami doskwiera im tęsknota i myślą o rozległych piaszczystych pustyniach, o dzieciach, które zostały w Egipcie… Tak, to małżonkowie Kha i Merit, pochodzą z Deir El-Medina i czasami zdarza im się opowiedzieć swoją historię tysiącu podróżnikom i turystom z całego świata, którzy specjalnie dla nich przyjeżdżają do Turynu, w celu odwiedzenia Muzeum Egipskiego, drugiego w kolejności po Kairze.

A historia miłosna? Jest ukryta między wierszami artykułu. Jakaś historia miłosna rodzi się na podniebieniu każdego Włocha czy też nowego przybysza, który próbuje słodyczy turyńskich, i w sercu każdej osoby, która przyjeżdża do Turynu w celu poznania miasta. Turyn to miasto do tego stopnia tajemnicze, iż wywołuje emocje takie, jakbyśmy uczestniczyli w przedstawieniu. Jesteś tylko Ty i Turyn. W tym mieście każdy kamień ma swoją historię, która chciałaby zostać odkryta i wysłuchana, tak samo jak wsłuchujemy się w dźwięk akordeonu dobiegającego z Via delle Scienze 6. Są teatry, życie kulturowe tryska bogactwem i różnorodnością spektakli, są wspaniałe kościoły, są kina. Przyjeżdżasz do Turynu i już od pierwszego kontaktu z miastem chciałbyś je odkryć i poznać, tak samo kiedy chcesz poznać charakter nowo spotkanej osoby. To jest moja miłość: miłość do Turynu. Ulice miasta zabierają Cię w podróż, towarzyszą Ci w czasie Twojej wędrówki. Turyn to miasto, które posiada duszę. Wyobraź sobie teraz, że spacerujesz sam ulicami Turynu. Ulice towarzyszą Ci do miejsca, które nazywa się Chiesa al Monte. Spoglądasz na góry i kontemplując ten niesamowity widok słyszysz szept: “Podobają Ci się?” I zakochujesz się w kimś, kto ma więcej niż tysiąc lat. Wiek w tym momencie się nie liczy! Turyn już skradł Ci serce, a myśl, iż za kilka miesięcy opuścisz miasto, wywołuje głęboki smutek.

Pozostawię Turyn tak, jak zostawia się osobę, którą się kocha, ze świadomością jednak, że będzie tu zawsze na mnie czekać, za każdym razem, kiedy zechcę wrócić i żeby zabrał mnie w nieznane mi dotąd miejsca i opowiadał nieznane mi dotąd historie. Oczy pełne zachwytu, serce pełne wdzięczności.

Wszystko zaczynało się z rozmachem

0

Te słowa pasowałyby do wielu dzieł architektonicznych stworzonych przez człowieka, a z pewnością do dwóch wież, Asinelli i Garisenda, które wciąż ukazują wielkość dawnych rodzin arystokratycznych. Zwycięstwo było w rękach tych, którzy płacili więcej, by zbliżyć się do nieba. Bogate rodziny arystokratyczne konkurowały ze sobą w średniowieczu w takim stopniu, że w Bolonii zbudowano ponad setkę takich wież, z czego przetrwało dwadzieścia. Asinelli (97m) i Garisenda (47m) są najwyższe, a ich lokalizacja uczyniła z nich symbol miasta, nazywany zarówno przez mieszkańców, jak i przez przyjezdnych: la turrita.

Geneza Bolonii nie leży tylko w średniowieczu. Była zamieszkana już od 3. tysiąclecia .p.n.e., a pierwsze osiedla o znaczącej wielkości datuje się na IX w.p.n.e. Duży wpływ na ukształtowanie się prawdziwej społeczności mieli Etruskowie, którzy nazwali te tereny Felsina, czyli ziemia urodzajna. Następnie znalazła się na krótko pod władzą Galów, a od 196 r.p.n.e. – Imperium Rzymskiego, które założyło tam kolonię wg prawa rzymskiego i ochrzciło ją Bononia –  miejsce umocnione fortyfikacjami. Wieki później została zdobyta przez Teodoryka Wielkiego, dalej przez Longobardów, a kiedy została odbita przez wojska Karola Wielkiego w roku 774, imperator oddał ją Kościołowi Katolickiemu, który stracił nad nią panowanie jedynie na kilka lat wiele wieków później po przybyciu Napoleona. Ciekawostka: co roku narodowe święto flagi włoskiej obchodzone jest w położonym niedaleko Bolonii mieście Reggio Emilia. Uważa się, że właśnie tu została zaprojektowana flaga włoska w październiku 1796. Miasto to zostało wybrane jako ojczyzna trójkolorowej flagi, ponieważ w jego archiwach znaleziono odpowiednie dokumenty potwierdzające jej zaprojektowanie. Jednakże niektórzy uważają, że tytuł ten powinien zostać oddany Bolonii. Zanim jeszcze Napoleon wkroczył do miasta, zostały utworzone grupki rewolucjonistów przeciwnych władzy papieskiej. Wśród nich było dwóch studentów: Luigi Zamboni i Giovanni De Rolandis. Przepełnieni duchem rewolucji francuskiej, przygotowywali bunt jeszcze zanim Napoleon dostał się do miasta, jednakże zostali aresztowani zanim udało im się wprowadzić plan w życie. W protokole z rozprawy można przeczytać, że zdecydowali się oni stworzyć flagę dla nowego państwa włoskiego. Wybrali oni kolory: zielony, biały i czerwony, naśladując flagę francuską i zamieniając tylko jeden z nich (niebieski na zieleń, kolor nadziei) tak aby nie była ona całkowitą kopią. Dwóch anarchistów zostało skazanych i straconych. Kiedy Napoleon zdobył Bolonię, rozkazał, aby ich prochy zostały umieszczone na dwóch wysokich kolumnach, aby oddać cześć ich odwadze.

Tak jak wiele włoskich miast, Bolonia była świadkiem serii podbojów oraz przewrotów, przerwanych dopiero po II wojnie światowej. I właśnie dokładnie w czasie wyzwolenia spod reżimu nazi-faszystowskiego Polska i stolica regionu Emilia Romania zetknęły się ze sobą. Polscy żołnierze byli pierwszymi, którzy pomagali ją uwolnić pomiędzy rokiem 1944 i 1945. Dowodził nimi generał Władysław Anders, któremu miasto postawiło potem pomnik. W 1982 roku Papież Wojtyła przyjechał pomodlić się na cmentarzu, oddając cześć pamięci 1432 żołnierzy, którzy oddali życie przy wyzwalaniu Bolonii. Nie było to jedyne włoskie miasto, które otrzymało pomoc od Polski. Należy także pamiętać o poświęceniu żołnierzy polskich pod Montecassino, Casamassima i Loreto.  

Bolonia jest sławna z wielu powodów: z najstarszego uniwersytetu cywilizacji łacińskiej, gdzie studiował Dante; z tytułu “miasta muzyki”, nadanego w roku 2006 przez UNESCO, a także z pewnych osobliwości – mniej poważnych niż rzeczy wymienione powyżej, ale nie mniej znaczących – jak na przykład sławny sos, który jest sprzedawany na całym świecie. Ale Bolonia jest także mniej znana z wielkiego “portu lądowego” jakim zawsze była, gdzie z różnych powodów spotykali się kobiety i mężczyźni z całego świata. Jest to cecha, która niezaprzeczalnie wzbogaciła miasto znane z wież i portyków.

Venzone: Wśród średniowiecznych murów, mumii i dyń

0

Kiedy jedzie się do Włoch przez Klagenfurt, pierwszą miejscowością, jaką napotykamy wjeżdżając do Bel Paese jest Tarvisio, miasto słynne jako ośrodek narciarski, geograficzny i etniczny punkt spotkań trzech wielkich światów europejskich: łacińskiego, germańskiego i słowiańskiego.  Minąwszy Tarvisio można wyjechać z autostrady i aż do Udine poruszać się zwykłą szosą w kierunku Pontebbana, długą widokową drogą, rozciągającą się pomiędzy Alpami Julijskimi a Dolomitami. Trasa ta usiana jest malowniczymi wioskami, alpejskimi pastwiskami, rzekami o krystalicznych wodach, ale również starymi trasami kolejowymi, fortyfikacjami z pierwszej wojny światowej i opuszczonymi po upadku żelaznej kurtyny koszarami wojskowymi. Mniej więcej po godzinie jazdy pośród malowniczo pięknego krajobrazu dojeżdża się do miasteczka Venzone, w którym naprawdę warto zrobić postój. O uroku tego miejsca zapewnia nas znak informacyjny z napisem „zabytek narodowy”. Venzone, zaludnione przez około dwa tysiące mieszkańców, to gmina należąca do rejonu Carnia, niedaleko nieco większej  miejscowości  Gemona. Już na samy wjeździe zwiedzający zostaje przywitany wspaniałym pasem murów obronnych, które obejmują całe miasteczko, otoczone także fosą, dziś wypoczynkowym obszarem zieleni. Na antycznej, głównej bramie wejściowej, powiewa flaga Friuli, na niebieskim tle rzymski orzeł, upamiętniający ślady pozostawione przez Imperium w tym regionie: nazwa Friuli pochodzi z łacińskiego Forum Iulii.  Uważny obserwator z pewnością zauważy, że miasteczko jest bardzo zadbane, nawet w najmniejszych szczegółach. By zrozumieć ten fakt należy cofnąć się do roku 1976, który dla Venzone był swoistym początkiem, startem od zera. Wieczorem, 6 maja około godziny 9, silny wstrząs ziemi zniszczył około dziesięciu miasteczek Friuli; wśród nich ucierpiało także Venzone. Miasteczko, nazwane w 1965 roku narodowym zabytkiem, przetrwało dwie wojny światowe bez zniszczeń, pozostając przy starej, słabej strukturze zabudowy domów. Venzone podczas trzęsienia zostało praktycznie zrównane z ziemią, a to, co pozostało po pierwszym wstrząsie, runęło doszczętnie po dwóch kolejnych, które miały miejsce dwa miesiące później, we wrześniu. Dzięki wytrwałości i upartości friulijskiej ludności, ale także dzięki międzynarodowemu wsparciu, zaledwie w kilka lat, stare miasteczko odrodziło się  praktycznie  w  takie, jakie było wcześniej; wrócił blask przepięknego średniowiecznego centrum stając się ponadto jednym z najsłynniejszych przykładów odbudowy na polu architektonicznym i artystycznym na świecie. „Odrodziło się tam, gdzie było”, mówią jego dumni mieszkańcy. Dzisiaj Venzone jest jedynym w  Friuli-Wenecji Julijskiej miastem mającym mury obronne z XIII wieku. Można zwiedzić go i zakochać się od pierwszego wejrzenia. Zaraz za wieżą, która znajduje się w głównej bramie po lewej stronie można zauważyć pozostałości kościoła, nigdy nie odbudowanego. Jego fasada, cudem utrzymująca się jeszcze, mieści w sobie pustą rozetę, bez witraży, razem z marmurowymi podłogami, bez pokrycia dachowego: jest lakonicznym „memento”, które nawołuje nas do przemyśleń nad zaistniałą tragedią. Życie jednak idzie naprzód, stąd kilkadziesiąt metrów dalej mieści się główny plac, pulsujące serce miasteczka. Na prawo możemy podziwiać wspaniały budynek Urzędu Miasta, wykonany w stylu weneckim. Budowla mocno ucierpiała podczas trzęsienia, dlatego też została całkowicie rozebrana i wiernie odbudowana kawałek po kawałku. Mamy tu do czynienia ze wspaniałą konstrukcją w stylu późnego gotyku, z wpływami toskańsko–weneckimi. Na wieżyczce można dostrzec lwa Św. Marka, antyczny symbol dominacji weneckiej. Obowiązkowa przerwa w kawiarni Caffé Vecchio, gdzie w miłej friulijskiej atmosferze można zjeść obiad (zimą przy pięknym kominku) lub po prostu napić się dobrej kawy albo cappuccino przy barze, w towarzystwie życzliwej, pełnej ciepła friulijskiego, kelnerskiej obsługi.

Na ulicy prowadzącej do Katedry znajduje się wiele pięknych, rzemieślniczych sklepów, ale także sklep lokalnej mleczarni, gdzie można zakupić pyszne regionalne sery, wśród nich najdoskonalszy Montasio. Z głównego placu widać dzwonnicę Katedry, która zachwyca nas bielą swoich kamieni i uwodzi wdziękiem. Kościół w połowie został zniszczony przez majowe trzęsienie ziemi, natomiast dzwonnica cudownie ocalała pozostając nienaruszona, by kolejno we wrześniu rozsypać się w piach. Budynek ten na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych został szczegółowo zrekonstruowany poprzez anastylozę, czyli odbudowę przy użyciu oryginalnych fragmentów. Dzisiaj powrócił do swojej poprzedniej chwały, stał się symbolem odbudowy Venzone. Już z paru zewnętrznych szczegółów można odczytać pewne wpływy szkoły wenecko–bizantyjskiej. W jego wnętrzu zachował się cykl fresków z XIV wieku, podczas gdy te kolejne z późniejszych lat zostały utracone na zawsze. Również we wnętrzu kościoła mieści się kamień nagrobny księcia Bolesława Bytomskiego z dynastii Piastów z Bytomia, który to wyjechał razem z imperatorem Karolem IV na koronację, lecz nigdy z niej nie powrócił. Bogato zdobiona płyta nagrobna została zniszczona przez trzęsienie ziemi; dzisiaj po kompetentnie odbytej konserwacji na nowo można ją podziwiać w całej okazałości. W 1647 roku, podczas prac konserwatorskich kościoła, odnaleziono w jego podziemiach mumie. Okazało się, że za zaistniałe zjawisko odpowiedzialny jest grzyb, który wegetuje w grobach Katedry: powoduje on szybkie wysuszanie skóry martwych, zmieniając ją w jakby pergamin. Mumie stały się tak znane, że sam Napoleon podczas przejazdu swojej kampanii w tej okolicy chciał je zobaczyć. Początkowo było ich około 40, niektóre z nich zostały przewiezione do Padwy, Paryża i Wiednia w celu poddania badaniom naukowym. Dzisiaj pięć z nich jest udostępnionych dla zwiedzających: znajdują się w podziemiach byłej kaplicy św. Michała, mieszczącej się obok Katedry. Ciekawy jest sposób, w jaki należy zakupić bilety, by obejrzeć mumie: przy wejściu do kaplicy nie ma żadnej kasy z biletami, ponieważ przestrzeń, na jakiej są eksponowane jest zbyt mała, dlatego też pomyślano o drzwiach obrotowych na żetony, które można zakupić w różnych sklepach i kawiarniach w mieście. To sposób na oszczędność, ale również na przyciągniecie turystów do lokalnych działalności oraz poczucie się jak w domu dzięki życzliwości i przyjaźni miejscowej ludności. Oprócz spacerów pośród kamiennych uliczek, które wiją się wzdłuż średniowiecznych murów, można wyjść poza granice miasteczka i wspiąć się po górach starym, celtyckim szlakiem, łączącym piętnastowieczne kościółki znajdujące się w okolicy.  Atmosfera staje się jeszcze bardziej średniowieczna, kiedy przyjeżdża się do Venzone pod koniec października, podczas Święta Dyni. Wtedy to miasteczko wypełnia się wojownikami, szlachciankami i rycerzami, wszyscy bawią się wesoło, ale przede wszystkim uroczyście świętuje się dynię, przygotowując i gustując wytworne z niej potrawy. To cudowne miasteczko, jak wiele innych, jakie oferują nam Włochy, godne odwiedzenia, niepowtarzalne w swojej opowieści, którą przekazują nam jego stare kamienie…

Biella i okolice, między architekturą a tradycją

0

Biella to miejscowość położona w Piemoncie, należąca do metropolii Turynu i znana na całym świecie jako „miasto wełny”. Tradycja produkcji tkanin sięga okresu średniowiecza, a od rewolucji przemysłowej na początku XIX wieku zaczęła się prawdziwa ekspansja w tej dziedzinie, dzięki działaniom firm takich jak Cerruti, Piacenza, Piana, Sella i Zegna. Wśród przędzy z Bielli możemy wymienić choćby kaszmir i rodzaj wełny świeżej tzw. fresco lana.

Tradycja włókiennicza jest głęboko zakorzeniona na terytorium Piemontu, zdominowanym przez niezliczoną ilość fabryk, które zaczynają dominować w całej okolicy już od 50-kilometrowej trasy znanej jako „La strada della lana” (wełniany szlak), „drogi biegnącej przez doliny i położone w niej miejscowości, która zbudowana została przez DocBI-Centro Studi Biellesi i przez Politechnikę w Turynie, z myślą o promowaniu dziedzictwa architektonicznego manufaktur, pochodzących z XIX i XX wieku w rejonie Bielskim”. Trasa pokazuje antyczne i nowoczesne przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją i przetwarzaniem wełny oraz systemy terytorialne i społeczne z nimi powiązane, takie jak wydeptane przez robotników ścieżki w dolinach między wzgórzami porośniętymi lasami, które prowadzą do miejsc pracy, konstrukcje hydrauliczne związane ze strumieniami, które zasilały fabryki, łącznice elektryczne oraz typowe zabudowania mieszkalne, takie jak domy robotników, szkoły, żłobki czy miejsca rekreacyjne, do których można udać się po pracy. Od końca lat 90tych w sektorze tekstyliów zaczęła się powolna recesja, jednakże odnotowano wzrost zainteresowania dystrybucją dóbr luksusowych. Obecnie wiele fabryk przemysłowych zostało zamkniętych, a część z nich została wykorzystana i przekształcona w muzea, centra kultury lub ośrodki sportowe.

Ważnym elementem życia lokalnej społeczności jest woda, która dzięki swoim właściwościom  chemiczno-fizycznymi oprócz spełniania swej podstawowej funkcji odgrywa ważną rolę w przemyśle tekstylnym. Dzięki strumieniom Elvo i Cervo, tutejsza woda przez wieki przyciągała poszukiwaczy złota nie tylko z Włoch, ale i z całego świata. Woda bielska jest bez wątpienia źródłem lokalnych tradycji żywieniowych, wśród których prym wiodą te nabiałowe. Wśród marek, które przyniosły światową sławę produktom regionalnym są przede wszystkim dziennik Il Biellese, siedziba slow food, masło z doliny Valle Elvo, tradycyjny ser Maccagno oraz Paletta di Coggiola (prosciutto z części grzbietowej wieprza). Innymi typowymi produktami są ser Toma biellese i ryż Baraggia – oba chronione certyfikatem DOP. Produktem, który rozsławił Biellę na całym świecie jest piwo Menabrea z wody Lauretańskiej.

Na talerzu odwiedzającego Biellę nie może zabraknąć oryginalnej polenty concia, czyli potrawy z dodatkiem sera oraz bagna cauda, czyli rodzaju sosu typowego dla tego regionu. Oczywiście mało prawdopodobne, że znajdą się one w tej samej potrawie, biorąc pod uwagę konsystencję obu dań!

Miasto Biella swoje początki bierze już z czasów wczesnochrześcijańskich. Dawniej miasto leżało w obszarze Biella Piazzo, doliny stanowiącej dzielnicę Biella Piano. Właściwa miejscowość narodziła się w 882 roku za panowania biskupa Uguccione di Vercelli, który prawdopodobnie nadawał przywileje osobom chcącym zamieszkać w tamtym miejscu tak, aby ułatwić założenie Gminy (co rzeczywiście miało miejsce w 1245 roku). Pod koniec tworzenia diecezji, stała się ona schronieniem podczas wojny gwelfów bielskich z gibelinami z Vercelli. Wykorzystano tutaj naturalne położenie w dolinie i ochronę przez mury Piazzo – jednej z dzielnic miasta, która rozwinęła się bardzo szybko i zyskała popularność oraz stała się centrum życia kulturalnego i administracyjnego Bielli. W 1370 Biella poddała się dominacji dynastii Sabaudzkiej, a w 1722 okupacji francuskiej, następnie została podniesiona do rangi siedziby biskupstwa, tym samym kładąc kres zależności duchowej od Vercelli. Zostało zniesionych wiele przywilejów feudalnych, dzięki którym Piazzo mogło rozwijać własne instytucje miejskie i zwiększać swój obszar aż do granic Biella Piano – drugiej znaczącej dzielnicy, która odnotowuje swój rozwój przemysłowy od XVIII wieku aż do dzisiaj. Od końca XVI wieku udokumentowana jest obecność społeczności żydowskich na terenie Piazzo, a na początku XVII wieku, podobnie jak w wielu innych miejscowościach Piemontu, zostało założone getto. Dzisiaj Piazzo wraz ze swoją średniowieczną zabudową tworzy fascynujący element historycznej części miasta, także dzięki charakterystycznym restauracjom, serwującym typowe przysmaki z Bielli oraz poprzez liczne wydarzenia artystyczne i teatralne, które nadały nowego tchnienia życiu kulturalnemu dzielnicy. Wszystko jest tutaj połączone licznymi szlakami i ścieżkami, a oprócz tego kursuje mała kolejka, która jest w stanie przewieźć na raz 25 osób. Od momentu jej uruchomienia w 1885 roku została jednym z symboli Piazzo.

Od 1911 do 1958 roku istniało połączenie tramwajowe między Oropą, miejscowością, która w drugiej połowie XIX wieku posiadała jeden z pierwszych ośrodków hydroterapeutycznych we Włoszech, będących celem podróży wielu znamienitych postaci takich jak Carducci, D’Annunzio, Marconi, Duse czy książęta Sabaudzcy. Wśród wielu atrakcji, jakie ma do zaoferowania Oropa, najsłynniejsze jest sanktuarium, które jest najważniejszym sanktuarium maryjnym w Alpach, usytuowanym na wysokości 1200 metrów. Zyskało sławę w IV wieku dzięki działaniom świętego Euzebiusza. W tamtym czasie dla wędrowców przemieszczających się ze wschodu w kierunku Valle d’Aosta najważniejsze były kościoły św. Marii i św. Bartłomieja. Z biegiem lat miejsce przeszło wiele zmian i stało się najważniejszym celem pielgrzymek dziękczynnych i wotywnych, w jednej z nich w 1989 roku brał udział papież Jan Paweł II. Serce sanktuarium mieści się w Basilica Antica, zbudowanej w 1600 roku w ramach powiększenia daru wotywnego, jaki złożyło miasto Biella po wybuchu epidemii w 1599 roku. Bazylika wznosi się na miejscu, gdzie wcześniej stał kościół Santa Maria i zachowuje swoje wnętrze Sacello eusebiano, w którym mieści się statua Czarnej Madonny – symbol Sanktuarium w Oropie. Według opowieści, św. Euzebiusz przyniósł posąg z Palestyny w IV wieku, gdy uciekał przed prześladowaniami ariańskimi i ukrył ją między skałami, gdzie obecnie wznosi się Cappella del Roc.

Na koniec warto wspomnieć o innym miejscu, wzbudzającym zainteresowanie kulturalne w prowincji, czyli osadzie Ricetto di Candelo, która ostatnimi czasy została wyróżnione przez ANCI, czyli krajowe stowarzyszenie samorządów włoskich, dzięki któremu miasteczko od 2002 roku wchodzi w skład Club dei Borghi piu’ belli d’Italia, czyli zostało wpisane na listę najpiękniejszych grodów we Włoszech, a następnie w 2007 roku zostało odznaczone przez Touring Club Italiano marką jakości Bandiera Arancione.

Struktura miasteczka złożona jest z późnośredniowiecznych fortyfikacji (sięgają XIII-XIV wieku), stworzonych przez społeczność chłopską. Główną funkcją murów była obrona dóbr wspólnoty takich jak plony, zboża i wino; tylko w skrajnych przypadkach zagrożenia schronienia szukał tam lud. Schron swym kształtem przypomina pięciokąt, zajmuje powierzchnię około 13 000 m.kw., jest otoczony murami obronnymi zbudowanymi z kamieni rzecznych, których ułożenie w sposób jodełkowy  gwarantował skuteczną obronę czterech okrągłych wież. Wykorzystanie tego miejsca tylko przez rolników doskonale zakonserwowało budowlę, dzisiaj jedną z najlepiej zachowanych w Europie. Osada stała się obiektem wnikliwych badań wielu uczonych z całego świata. W ciągu roku ma tu miejsce wiele wydarzeń artystycznych oraz różnorodnych targów, takich jak np. Candelo in fiore lub wydarzeń enogastronomicznych Vinincontro al Ricetto.

Co ma do roboty Polak w Padwie?

0

Wielu Polaków utożsamia region Wenecja Euganejska z Wenecją – miastem. Jednak również Padwa, jak jej słynniejsza siostra, jest miastem usytuowanym nad wodą, z eleganckimi budynkami odziedziczonymi po Republice Weneckiej. Na każdym rogu, ba, na każdej tablicy pamiątkowej, można napotkać bogatą historię, która właśnie w tym miejscu się wydarzyła. Sacrum i profanum splatają się w tym mieście od zawsze: z jednej strony cudotwórca św. Antoni, z drugiej – Galileusz, prekursor metody eksperymentalnej w nauce, czynią miasto zarówno ostatnim przystankiem pielgrzymek do słynnej Bazyliki, jak i atrakcją dla tysięcy studentów, przybywających zewsząd każdego roku, jednak najliczniej z Polski. Dzisiaj zajmiemy się przedalpejskim obliczem Padwy, gdyż wiele jest w mieście śladów pozostawionych przez wielkich Polaków, którzy je odwiedzili. Padwa była istotnym miejscem dla znaczącej części elit intelektualnych, literackich i politycznych XVI-wiecznej Polski. Właśnie dlatego będziecie bardzo szczęśliwi na wieść, że w odległości 1400 km, w Polsce, istnieje bliźniacza miejscowość – Padew Narodowa. Wśród wielu znamienitości pamiętamy Mikołaja Kopernika, Jana Kochanowskiego (polskiego Petrarkę) i ostatniego według kolejności, ale nie wagi, Jana Zamoyskiego (którego pomnik wyróżnia się na Placu Prato della Valle, a popiersie w Sali Czterdziestu Pałacu Bo). Właśnie temu ostatniemu warto poświęcić kilka zdań, gdyż zakochał się on w Padwie tak szalenie, że zechciał zrekonstruować właściwie takie samo miasto na swojej ojczystej ziemi.

Jan Zamoyski pochodził ze szlacheckiej rodziny. Późną wiosną 1561, po pobycie na studiach w Paryżu i Strasburgu przybył do Padwy. Przyjechał tutaj, żeby doskonalić wiedzę w dziedzinie prawa, mając w planach świetlaną karierę polityczną. Mieszkał w contradzie (dzielnica) Pozzo della Vacca, która znajduje się przy dzisiejszej ulicy Ospedale Civile, prawdopodobnie w budynku z numerem między 12 a 22. Szczyt swojej błyskotliwej kariery akademickiej osiągnął broniąc doktorat i zostając w konsekwencji dziekanem Wydziału Prawa. Po powrocie do ojczyzny jego tęsknota za Padwą, miejscem, które uczyniło go mężem („Patavium virum me fecit”), była tak silna i bolesna, że zdecydował się założyć Zamość, miasto ufortyfikowane w taki sam sposób jak Padwa. Zamość został wybudowany od zera na obszarze posiadłości ziemskiej Zamoyskiego, z zamiarem zaprezentowania koncepcji miasta idealnego. Został zaprojektowany przez architekta padewskiego Bernardo Morando, po śmierci zastąpionego przez weneckiego inżyniera Andrea Dell’Acqua. Do jego wybudowania zostali zatrudnieni włoscy murarze. Miasto ma bardzo padewską duszę, czego dowodzą liczne arkady, szczególnie dominujące na placu rynkowym, a także system fortyfikacyjny z bastionami bardzo podobnymi do tych padewskich. Zachwyt Zamoyskiego nad Padwą przeniósł się także na warstwę językową, do tego stopnia, że w języku polskim „padewczyk’ nie oznacza jedynie miszkańca Padwy, ale ma także znaczenie historyczne, a mianowicie odnosi się do człowieka znamienitego, który zawdzięcza miastu, w którym się wykształcił swoją wysoką kulturę intelektualną, artystyczną i polityczną. Dzisiaj Zamość jest znany jako miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a wszystkie przewodniki rozpoczynają wycieczki od kilku słów o Padwie. Kto wie czy jakiś padewczyk, nieświadomy tej historii, natknął się na Zamość, może odnajdując w nim coś znajomego, a może nasunęło mu się jakieś podejrzenie, podsycone licznymi motywami, których nazwy pochodzą właśnie od Padwy. Proponowanym szlakiem śladami Jana Zamoyskiego jest wizyta w Pałacu Bo – historycznej siedzibie uniwersytetu założonego w 1222 roku – i spacer po Prato della Valle, w celu odnalezienia między dziesiątkami pomników tych dwóch wyjątkowych, które przedstawiają dwie polskie znamienitości obecne niegdyś w Padwie, czyli Stefana Batorego i Jana Zamoyskiego właśnie. Kontynuując spacer ulicami centrum historycznego możemy udać się w kierunku Świętej Bazyliki, gdzie ważna wystawa sprzed kilku lat, zatytułowana wymownie „Urbis memoriae Polonorum degnissima – Relacje między Padwą i Polską w mowach Jana Pawła II” zilustrowała polską obecność w Bazylice, obecność, która zatapia korzenie w historii włoskiej i europejskiej, z kulminacją w momencie przekazania Bazylice relikwiarza zawierającego kroplę krwi św. Karola Wojtyły i fragmentu kości św. Faustyny Kowalskiej. Jednak ślady Polaków w historii Bazyliki pojawiały się już wcześniej, zaczynając od podarownia przez króla Jana III Sobieskiego srebrnej, pozłacanej buławy tureckiej, poprzez płytę nagrobkową upamiętniającą wojowniczego Krzysztofa Sapiehę i Kaplicę Polską (świętego Stanisława) odnowioną w XIX wieku przez malarza Tadeusza Popiela, a kończąc na ołtarzu zadedykowanym świętemu Maksymilianowi Kolbe, udekorowanym między końcem lat siedemdziesiątych i początkiem osiemdziesiątych XX wieku przez Pietro Annigoniego.

“Zmarnowana młodość” według Pasoliniego i Hłaski

0

„To nie jest kraj dla młodych” – w ostatnich latach, latach kryzysu, zdanie to stało się sloganem, myślą przewodnią, którą dzisiejsza młodzież lubi wykrzykiwać na wszystkie strony. Kryzys ten nie dotyczy już tylko aspektu ekonomicznego, lecz także skaził wnętrze młodych ludzi, będących w gorączkowym poszukiwaniu samych siebie i przede wszystkim w poszukiwaniu pracy. Praca jest tym czymś, co określa i definiuje człowieka, uzupełniając go, nadając mu cel, punkt, do którego pragnie dotrzeć podczas swej wędrówki. I właśnie tego brakuje, pogrążając w kryzysie młodych ludzi, którzy jeszcze parę lat temu mogliby wybrać pracę, która im odpowiadała, którą mogli polubić; teraz pozostaje im jedynie dostosować się do tego, co oferuje rynek, właściwie bez możliwości wyboru. Młodzi ludzie są coraz bardziej przygnębieni, coraz bardziej krusi, coraz bardziej samotni, bez ideałów, z dala od rodziców,  „bez nadziei”. Próbują się dostosować, ale bezskutecznie. Nie udaje się to nawet starszym, którzy wciąż określają dzisiejszą młodzież mianem “zmarnowanej”. Wróciliśmy do lat ‘50, kiedy to mityczny James Dean wcielił się w doskonałe ucieleśnienie buntownika w filmie „Buntownik bez powodu” w reżyserii Nicholasa Raya, filmie, który naznaczył to pokolenie i nie tylko.

Zadałam sobie więc pytanie: dlaczego starsze pokolenie wciąż odwołuje się do lat 50-tych, a nigdy do 70-tych lub do roku 2000? Moje badania od samego początku wskazały lata 50-te jako początek swego rodzaju niepewności, wahań, upadku autorytetów, szczególnie wśród młodzieży, które to we wzłotach i upadkach dotarły do naszych czasów. Socjologowie oraz media masowe analizowały ten fenomen, upatrując głównej przyczyny zmian w zachowaniu we wzroście dobrobytu, a przede wszystkim, w głębokiej dezorientacji w sferze moralnej i społecznej, spowodowanej brakiem wzorców. Jak wiemy, historia lubi się powtarzać, zmieniając tylko nazwę i miejsce; tak też ta amerykańska zmarnowana młodzież z lat 50-tych rozprzestrzeniła się po całej Europie, przyciągając uwagę badaczy i stając się ulubionym motywem dla kinematografów i myślicieli.

Zafascynowały mnie w szczególny sposób dwie ważne osobowości z tych lat, które uosabiały ten model młodych, ukazując i opisując zmiany w moralności spoleczeństwa oraz w nich samych: Pier Paolo Pasolini (1922-1975) pisarz, poeta i reżyser; oraz Marek Hłasko (1934-1969) pisarz i scenarzysta. Dwaj pionierzy pokolenia lat 50-tych, dwa mity mające ze sobą wiele wspólnego, nie tylko dlatego, że byli anarchistami i prowokatorami, ale przede wszystkim z powodu swojego sprzeciwu wobec bigoteryjnej mentalności tamtych czasów, walki z przesądami oraz hipokryzją w stosunku do młodzieży, która w tych latach zaczynała upadać, czy raczej gwałtownie się zmieniać, przystosowując się do nowego społeczeństwa. Obu pociągał mit poety przeklętego, z którym często się identyfikowali, pisząc o nim w swych utworach, w których jedynym bohaterem jest właśnie młodość, spalona przez ogień dwóch wojen światowych, przez reżim, który przewalił się przez ich dusze, zmuszone w ten sposób do buntu spływającego krwią. Pokolenie, które rozpoczeło tę moralną przemianę, kosztując smaku nowych kultur, nowych preferencji seksualnych oraz nowych ideologii, które do tej pory były przedmiotem tabu i groziły skandalem.

Pasolini mówi o tym w “Ragazzi di vita” (1956), oddałając typowy wstyd tamtych lat i ukazując w cyniczny sposób tę cichą i tragiczną przemoc w stosunku do młodzieży dwudziestoletniej, w której on sam się uosabiał. Ci piękni dwudziestoletni, których odnajdujemy w “Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski (1966), których esencją jest człowiek młody, kochający wolność, nietolerujący układów, konwencji i reguł, poruszony głębokim poczuciem sprawiedliwości, tak samo jak Pasolini.
Hłasko w swoich Opowiadaniach, powstałych w latach 50-tych i 60-tych, ukazuje ten wyczerpujący niepokój, który odczuwa patrząc na materialne i moralne gruzy zdegradowanej Warszawy. Taki sam niepokój odczuwał Pasolini widząc obskurny Rzym, opisując głód i przestępczość panujące na rzymskich przedmieściach w “Una vita violenta” (1959).

Na kanwie ich utworów powstało potem wiele filmów, które w tamtych latach były obiektem cenzury, budząc zgorszenie, by zostać na koniec określonymi mianem „zbyt wymownych”. Warto bliżej przyjrzeć się tym filmom, ponieważ ich analiza ukazałaby naszym oczom rzeczywistość, w której żyła młodzież tamtych lat. SkonfrontujmyÓsmy dzień tygodnia” Hłaski zrealizowany przez Aleksandra Forda (1957) z “Accattone” wyreżyserowanym przez Pasoliniego w roku 1961. Filmy te ukazują całościowy obraz Polski i Włoch na przełomie lat 50-tych i 60-tych, który daje możliwość porównania i zilustrowania dwóch narodów tak rożnych od siebie, lecz mających tego samego bohatera: niewinną ofiarę błędów społeczeństwa.

Warto dokonać porównania obu narodów pod względem historycznym, politycznym i ekonomicznym, w taki sposób, żeby móc wykreślić jak najszerszy i jak najgłębszy profil, który pomoże unieść tę niewidzialną zasłonę, pod którą ukrywają się rzeczywiste przyczyny odpowiedzialne za “spalenie” młodości, której popioły docierają do nas po dziś dzień.

Być może ta nieposkromiona fascynacja kinem oraz mitami lat 50-tych były dla mnie inspiracją do napisania pracy magisterskiej “Mity Andrzeja Wajdy”, i popycha mnie do dalszego przeżywania atmosfery tych lat. W moich badaniach wyłania się zaiteresowanie młodością, tą zwykłą i przeciętną, pozostawionej jakby w zapomnieniu, z której jednak narodziły się mity. Według ministra oświaty w rządzie Matteo Renziego, Dario Franceschiniego, powinny być one wzięte za przykład, do którego odwoływałaby się dzisiejsza młodzież. Ministerstwo oświaty wydało niedawno dekret o wspomaganiu inicjatyw kulturalnych, odwołując się bezpośrednio do postaci Pier Paolo Pasoliniego, o którym włoski dziennikarz Aldo Grasso mówi: „Włosi mają obowiązek pamiętania Pasoliniego oraz przekazywania nowym pokoleniom aktualności jego przesłania, w zakresie poszukiwań i skargi.”

Zdanie to w pełni odzwierciedla się w postaci Marka Hłaski, zasiadającego w panteonie polskich pisarzy powojennych, postaci, która zamyka w sobie trudność w odnalezieniu samego siebie, w tym świecie tak różnym od naszych oczekiwań.

GAZZETTA ITALIA 56 (kwiecień-maj 2016)

0

Nowa Gazzetta Italia to istny hymn na cześć wiosny! Okładka i kilka dobrych stron wewnątrz magazynu poświęcone zostało włoskiej modzie: reżyser eventów Marco Maccapani opowiada nam o roli Mediolanu i radzi gdzie należy studiować, aby odnieść sukces w świecie mody, a wielka projektantka Angela Missoni opowiada nam o historii swojej rodzinnej firmy, która z kolorów uczyniła swój znak firmowy. Dyrektor Włoskiego Instytutu Kultury w Krakowie, Ugo Rufino wprowadza nas w zakamarki duszy swojego wyjątkowego miasta – Neapolu! Proponuje nam trasę biegnącą poprzez historię, sprzeczności i niezrównane piękno. Pozostając w temacie podróży, odkryjecie także urok Bielli, miasta-symbolu w przemyśle tekstylnym i gastronomicznym, średniowieczne miasteczko Venzone, zatopione w regionie Carnia. Poznacie również dwa magiczne miejsca w Polsce: romantyczny Stary Młyn w sercu Warmii oraz miasto Toruń. Gazzetta zabierze Was na wirtualną wizytę do Muzeum Ferrari, goszczącego w swoich podwojach legendarne samochody, które napisały historię Konika. Posłuchacie też śródziemnomorskich dźwięków Francesco Buzzurro, włoskiego muzyka, który odniósł ostatnio wielki sukces w Krakowie. Znajdziecie tu też jak zwykle artykuły i przepisy kulinarne, teksty kulturalne („Zmarnowana młodość” wg Pasoliniego i Hłaski), a także rubrykę językową z przewodnikiem etymologicznym, poza, oczywiście, wszelkimi wydarzeniami łączącymi Polskę i Włochy. Miłej lektury!

„Cinema Italia Oggi 2016” 31 marca-7 kwietnia w Warszawie i we Wrocławiu

0

Przygotowanie takiego wydarzenia jak CINEMA ITALIA OGGI w Polska, kraju o solidnych tradycjach i wyrobionej publiczności, stanowi każdego roku ogromne wyzwanie, które wymaga wielkiej motywacji i chęci zaskoczenia widza. Pokazy współczesnego kina włoskiego, zapoczątkowane w 2012 roku przez ówczesną dyrektor Włoskiego Instytutu Kultury w Warszawie, Paolę Ciccolellę i organizowany we współpracy z Cinecittà Istituto Luce i kinem Muranów, wpisały się na stałe w kalendarz kulturalnych wydarzeń stolicy, umożliwiając polskim miłośnikom włoskiej kinematografii zapoznanie się z najnowszymi produkcjami, debiutami utalentowanych młodych filmowców, z twórcami poszukującymi nowych bodźców, z przekrojem zmian społecznych i artystycznych współczesnych Włoch, widziane przez obiektyw, który z różnych względów, ekonomicznych i dystrybucyjnych, jest trudno dostępny poza granicami Włoch.

To już piąta edycja przeglądu CINEMA ITALIA OGGI, który na przestrzeni lat niejednokrotnie zbiegł się z ważnymi momentami w historii włoskiej kinematografii. Wszyscy pamiętamy uroczyste obchody dwudziestej rocznicy śmierci Federica Felliniego w 2013, które ponownie rozbudziły zainteresowanie i uwielbienie dla tego tak typowo włoskiego sposobu myślenia o filmie i tworzenia filmu, szykując podwaliny pod zdobycie Oskara przez Paola Sorrentino. Ten triumf stał się inspiracją dla trzeciej edycji przeglądu, którego motywem przewodnim było “Wielkie Piękno” i Rzym Felliniego. Na fali tego sukcesu wypłynęły w Polsce inne włoskie tytuły, “Kapitał ludzki” Paola Virzì, “Cuda” Alice Rohrwacher czy “Moja matka” Nanniego Moretti, miał miejsce bezprecedensowy boom pokazów, retrospektyw, udziału włoskich filmów na festiwalach filmowych w wielu polskich miastach.

By również w tym roku sprostać oczekiwaniom widzów,  organizatorzy CINEMA ITALIA OGGI postawili sobie dwa główne cele: by jakość pokazywanych obrazów szła w parze z odzewem wśród publiczności (przekładając się tym samym na dystrybucję) i rozszerzyć maksymalnie zasięg oglądalności. Dostosowanie aspiracji artystycznych przeglądu filmowego do wymagań dystrybutorów jest zajęciem bardzo trudnym, ale mamy nadzieję, że także tym razem udało nam się je zrealizować.

W programie znalazło się siedem tytułów, należących do ścisłej czołówki filmów produkowanych w 2015 roku, niejednokrotnie nagradzanych przez krytyków, bijących jednocześnie rekordy oglądalności.  Projekcje odbędą się nie tylko w Warszawie. Filmy zostaną pokazane również we Wrocławiu, Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Propozycja ze strony Gutek Film, czołowego dystrybutora filmowego w Polsce, by gościć CINEMA ITALIA OGGI w swojej siedzibie, jest prestiżowym ukłonem w stronę włoskiego kina i samego przeglądu, który organizuje Włoski Instytut Kultury w Warszawie.

Osiągnięcie tego celu nie byłoby możliwe, gdyby nie współpraca i otwartość Cinecittà Istituto Luce oraz osobiste zaangażowanie odpowiedzialnej za całe przedsięwzięcie Moniki Moscato, która w tym roku musiała ze zdwojoną siłą starać się o pozyskanie najciekawszych tytułów i zgodę na ich projekcję en bloc, jednocześnie w dwóch ważnych ośrodkach na terenie tego samego kraju.

WARSZAWA: KINO MURANÓW

31.03.2016

INAUGURAZIONE/OTWARCIE

20.00 LO CHIAMAVANO JEEG ROBOT/  (114′) regia/reżyseria: Gabriele Mainetti (alla proiezione sarà presente il regista / na projekcj będzie obecny reżyser)

01.04

18.00      CLORO/CHLOR (94’) regia/reżyseria: Lamberto Sanfelice

20.30      LATIN LOVER (104’) regia/reżyseria: Cristina Comencini

02.04

18 00 IO E LEI/JA I ONA (97′) regia/reżyseria: Maria Sole Tognazzi

20.30 SE DIO VUOLE/DAJ BÓG (87′) regia/reżyseria: Edoardo Falcone

03.04

18.00 MERAVIGLIOSO BOCCACCIO /CUDOWNY BOCCACCIO (120′) regia/reżyseria: Paolo e Vittorio Taviani

20.00 NOI E LA GIULIA / MY I GIULIA 1300 (115′) regia/reżyseria: Edoardo Leo

04.04

(omaggio a Ettore Scola/ w hołdzie Ettore Scoli)

18.00  La famiglia (110′) reżyseria: Ettore Scola

[cml_media_alt id='114866']Plakat[/cml_media_alt]

WROCŁAW: KINO NOWE HORYZONTY

01.04. piątek 20:00 LO CHIAMAVANO JEEG ROBOT/ (114′) regia/reżyseria: Gabriele Mainetti

02.04 sobota 17.15 LA FAMIGLIA/RODZINA (110’) regia/reżyseria: Ettore Scola

02.04 sobota 20:00 LATIN LOVER (104’) regia/reżyseria: Cristina Comencini

03.04. niedziela 18:00 MERAVIGLIOSO BOCCACCIO /CUDOWNY BOCCACCIO (120′) regia/reżyseria: Paolo e Vittorio Taviani

04.04 20:00 CLORO/CHLOR (94’) regia/reżyseria: Lamberto Sanfelice

05.04 20:00 NOI E LA GIULIA / MY I GIULIA 1300 (115′) regia/reżyseria: Edoardo Leo

06.04. 20:00 SE DIO VUOLE/DAJ BÓG (87′) regia/reżyseria: Edoardo Falcone

07.04 20:00 IO E LEI/JA I ONA (97′) regia/reżyseria: Maria Sole Tognazzi