Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 128

Stałam się już mediolanką…

0

tłum. Konrad Gospodarowicz

Przyjechałam do Mediolanu 13 stycznia 2014 roku. W Polsce zostawiłam rodzinę: moich rodziców, którzy bez wątpienia są dla mnie punktem odniesienia oraz mojego brata, z którym widujemy się codziennie i rozmawiamy o wszystkim, choć jest już po ślubie i ma trójkę wspaniałych dzieci. W Warszawie została również moja suczka Coco, którą sprawiłam sobie za pieniądze z pierwszej wypłaty. To wszystko i jeszcze moich przyjaciół, którzy są dla mnie bardzo ważni, a z którymi ledwo co mogę teraz porozmawiać na Skypie lub na Facebooku, bo każdy z nas jest bardzo zajęty.

Porzuciłam także moją pracę w salonie samochodowym Lexus Warszawa Wola, gdzie spędziłam dwa lata i gdzie bardzo dobrze się odnajdywałam. Zawsze starałam się dawać z siebie wszystko w pracy, co bardzo doceniali moi przełożeni. Muszę przyznać, że decyzja o zwolnieniu była dla mnie bardzo trudna.

Teraz pewnie chcecie wiedzieć skąd wziął się ten pomysł i co teraz robię?

Przeprowadziłam się do Mediolanu, aby studiować Fashion Communication. Wcześniej ukończyłam italianistykę na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie uzyskałam tytuł magistra. W tym samym czasie przez trzy lata studiowałam również mass media na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie.

Zupełnie zmieniłam moje życie, aby podążać za marzeniami. W istocie, moda zawsze była moją największą pasją i mam nadzieję, że po studiach uda mi się znaleźć pracę w jednym z prestiżowych domów mody lub w jakimś branżowym czasopiśmie. Studia magisterskie są bardzo pracochłonne i pozwalają mi nauczyć się wielu rzeczy, które z pewnością pomogą mi w osiągnięciu mojego celu.

Poza tym, Mediolan to dla mnie nie tylko studia i praca… tak naprawdę mieszkam tu z moim narzeczonym, który wspiera mnie w tym, co robię i czyni moje życie szczęśliwym!

Pozdrawiam Was,

Magdalena Makowska

Jeśli macie jakieś pytania – piszcie! (na mail GI)

PS: Od kilku dni znajdziecie mnie także na Twitterze https://twitter.com/MaddalenaMakows, obserwujcie mnie! 😉

Ostuni – białe miasto

0

tłum. Aleksandra Gryko

Gmina Ostuni, charakterystyczna miejscowość w prowincji Brindisi, która liczy 33 tysiące mieszkańców, wznosi się na odnogach południowego płaskowyżu Murgia na wysokości 200 m.n.p.m. Stare miasto jest niepowtarzalne dzięki oślepiającemu, monochromatycznemu kolorytowi zabudowy, która jest zupełnie biała. Malowanie farbami wapiennymi, typowe dla każdego domu, i specyficzna topografia przywołały w czasie nazwy prawie baśniowe, takie jak „białe miasto”, „królowa oliwek”, „miasto szopka”, które są przywoływane i rozpoznawane częściej niż jej prawdziwa nazwa.

Najstarsza część rozpościera się na zboczach wzgórza, a na jego szczycie wznosi się katedra, będąca wspaniałym połączeniem elementów romańskich, gotyckich i wenecjańskich, z której, stojąc na tarasie widokowym, dostrzega się rozciągającą się aż do morza równinę, zwaną Piana degli Ulivi Secolari (tłum. Równina Wielowiekowych Drzew Oliwnych).

Ostuni jest zachwycającym splotem zaułków, placyków i krętych uliczek. Jedyną prawdziwą ulicą, która ze szczytu wzgórza schodzi do placu della Libertà, gdzie znajduje się Pałac Św. Franciszka, tj. siedziba Ratusza i kolumna Św. Orozjusza, który jest, razem ze świętym Błażejem, patronem miasta, jest ulica Cattedrale, która dzieli stare miasto na dwie części. Wszystkie pozostałe uliczki, które się krzyżują się często w ślepe zaułki bądź kończą wąskimi i stromymi schodkami. Przy tych uliczkach znajdziemy domy wykute ze skały, połączone łukami i półłukami, które stanowią dla nich podparcie.

Z uwagi na bliskość morza, w lecie Ostuni jest celem wczasowiczów i turystów. Jednym z najważniejszych folklorystycznych wydarzeń obszaru Altosalento jest Cavalcata, parada na cześć Świętego Orozjusza, która odbywa się co roku pod koniec sierpnia.

Srebrny posąg Świętego jest prowadzony w procesji przez orszak rycerzy w czerwonych strojach w białe wzory, jadących konno. Strój rycerzy to czerwony płaszcz (ku pamięci męczeństwa Świętego), białe spodnie, cylindryczny kapelusz ze szkarłatnym pióropuszem. Koń murgese oprócz tego, że ma ozdobną uprząż, jest cały okryty czerwonym płaszczem, zdobionym guzikami z masy perłowej, który sięga mu prawie do kopyt. Cała rodzina, często wspomagana przez krewnych i przyjaciół, oddaje się przygotowaniu tego okrycia.

W drugiej połowie 1600 roku, a dokładniej w 1657, Ostuni uniknęła zarazy dzięki cudowi, przypisywanemu Świętemu Orozjuszowi, i od 1793 roku mieszkańcy Ostuni z wielkim nabożeństwem organizują co roku Cavalcatę.

Nestor Grojewski: „Scorsese? Wyjątkowa i fenomenalna osoba”

0

tłum. Konrad Gospodarowicz

 

Kim jest Nestor? To polski kucharz zagranicznych gwiazd – tak opisuje go prasa i telewizja. Otwiera swój lokal Cru.dop w 2008 roku na via Tuscolana, niedaleko dzielnicy kina, tzw. Cinecittà w Rzymie. W ten sposób, można rzec, zostaje automatycznie „wciągnięty” w świat kina; pracując na planach amerykańskich filmów trafia przez żołądek do serca wielu hollywoodzkich gwiazd oraz samego Martina Scorsese. Jego przygoda z kuchnią trwa od zawsze, specjalizuje się w potrawach świeżych, surowych rybach i owocach morza przygotowywanych na oczach gości. Jest oryginalny w tym, co robi oraz doceniany przez włoskich klientów (jego lokal jest zawsze pełny). Dla mieszkanców Wrocławia mamy dobrą wiadomość, być może już za niedługo szef kuchni Grojewski przeniesie swój lokal Cru.dop właśnie tam, do swojego rodzinnego miasta, za którym tęskni coraz bardziej.

Jak długo prowadzisz swój lokal Cru.dop?

Ten lokal prowadzę już pięć lat. Tak, minęło już ponad pięć lat… Otworzyłem go w 2008 roku.

Skąd pomysł na otwarcie go w Rzymie na via Tuscolana?

W tym miejscu nie ma czegoś podobnego. Nie istnieje w Rzymie podobny lokal, gdzie serwowałoby się surowe dania, stąd stwierdziłem, że zacznę robić coś absolutnie innego od całej reszty. Chciałem się wyróżnić.

I to ci się udało. Jakie są twoje specjalności? Co najchętniej zamawiają Włosi?

Moją specjalnością są surowe ryby, wszystkie delicje morza, surowe mięso, tatary, carpaccio. Robię wszystko, co mogę tylko wymyśleć z surowego mięsa z dodatkami. Co najchętniej zamawiają Włosi? Oczywiście surowe rzeczy: carpaccia, wszystkie formy surowych ryb…

A jeśli chodzi o wino?

To zależy od miejsca urodzenia danej osoby, od jej osobistych preferencji. Najchętniej zamawiane są wina verdicchio, sauvignon, itp.

Prywatnie, gdzie jesz? Jakie są włoskie lokale, miejsca, które poleciłbyś naszym czytelnikom?

Ciężkie pytanie. Jem głównie w restauracjach znajomych, którzy znają mnie i wiedzą, co preferuję, czyli świeże rzeczy. Mam alergię na niektóre konserwanty znajdujące się w wyrobach już gotowych, nie cierpię ich. Nazwy lokalów? Wszystko zależy od gustów. Poza Rzymem uwielbiam jeść na na Ischi, Sardynii i Sycylii.

Nie myślałeś, żeby otworzyć swoją restaurację w Polsce?

Ależ oczywiście, że myślałem i myślę o tym coraz częściej; staram się robić jak najwięcej w tym kierunku. Przypuszczam, że zrobię to we Wrocławiu.

Dlaczego Wrocław, a nie Warszawa?

Urodziłem się w Warszawie, ale mam rodzinę we Wrocławiu.

Czy to prawda, że gotowałeś dla Scorsese?

Prawda. Byłem jego osobistym kucharzem przez 9 miesięcy podczas kręcenia filmu „Gangi Nowego Jorku”.

Jak się poznaliście?

Pracowałem na planach poprzednich filmów, takich jak „Utalentowany Pan Ripley” (reż. Anthony Minghella), “Sogno di una notte di mezza estate” (reż. Gabriele Salvatore) itd. Znano mnie na planach i polecono mnie Scorsese. Poszedłem na miesięczną próbę do jego domu, gdzie poznałem jego żonę i 18-sto miesięczne dziecko, a po zaliczonym teście reżyser zaprosił mnie do studia filmowego.

Co mu gotowałeś?

Wszystkie specjalności niezawierające mąki, taką miał dietę.

Jaki jest prywatnie? Co byś o nim powiedzał jako o człowieku?

Wyjątkowa i fenomenalna osoba! Jest przemiły, chociaż jak większość wielkich reżyserów ma swoje wady i zalety.

Jakie inne osoby, znane lub mniej znane, miałeś okazję u siebie gościć?

Nie będe sobie robić reklamy, ale zdarzały się. Na planie filmów przygotowałem parę dań dla Daniela Day-Lewisa, Leonardo Di Caprio, Cameron Diaz, przy filmie „Utalentowany Pan Ripley” poznałem również Matta Damona. Gotowałem tez w wielu cateringach w Rzymie dla głów państwa.

Również dla papieża?

Nie, niestety nie.

Znasz całą elitę gwiazd. Dlaczego nie przeprowadzisz się do Hollywoodu?

Banalna odpowiedź: Holywood jest za daleko od domu, Europy, Polski. Żeby wrócić z Rzymu do kraju w tym momencie wystarczy mi samochód lub półtoragodzinny lot.

Tęsknisz za Polską?

Nie ukrywam, że tak. Za tą zimą, śniegiem (jak jest)…tęsknię…

Diana Tejera

0

tłum. Agata Kłodecka

Diana Tejera jest bardzo utalentowaną autorką i wykonawczynią włoskich piosenek. Pochodzi z Andaluzji. Dzisiaj opowiada nam o swojej przeszłości, o zespole I Plastico, o swoich piosenkach i współpracy z muzykami, szczególnie z Tiziano Ferro. Wychowała się na artystach takich jak Keith Jarrett, Joni Mitchell, Carole King. W albumie „Al cuore fa bene far le scale” śpiewa teksty wierszy autorstwa Patrizii Cavalli, przygotowuje również kolejną płytę: „Będzie to inny album, postaram się opowiedzieć, w świetle może nie całkiem optymistycznym, ale jednak pozytywnym, o różnych doświadczeniach życiowych. Alienacja, koniec miłości, samotność – są to doświadczenia, tworzące część szerszej historii, kawałek mozaiki, składającej się na obraz mojego życia, życia, z którego jestem zadowolona. Będzie to album, przy słuchaniu którego można będzie poczuć wdzięczność wobec wielu rzeczy, wobec świata i codzienności”. Zanim Diana wyruszy w podróż do Indii – idealnego do refleksji nad twórczością miejsca – posłuchajcie jej wiosennego przeboju „Amore semplicissimo”, którego pomysłodawcą i twórcą jest wspaniały fotograf i reżyser z Rzymu, Mario Parruccini. Nie będziecie rozczarowani!

Dzisiaj znamy cię jako solową artystkę, ale nie od zawsze grasz solo. Wcześniej byłaś częścią zespołu I Plastico. Jak wspominasz tamte czasy, wasze sukcesy?

Z I Plastico nabrałam obycia ze sceną, mieliśmy też razem dobrą zabawę. Byliśmy młodzi i wydawało nam się, że żyjemy w pięknym śnie. Wspaniale wspominam te lata, naszą niewinność i czystość, mimo że stanowiliśmy część bezwstydnego rynku fonograficznego. Wiele wydarzeń dostarczyło nam satysfakcji: wygrana na festiwalu w San Marino, udział w Sanremo w 2002 roku i koncerty na ambitnych scenach, takich jak Fila Forum w Assago.

Współpracowałaś z wieloma muzykami z Rzymu, takimi jak Marco Fabi, Barbara Eramo, Andrea Di Cesare, Alessandro Orlando Graziano, Nathalie i przede wszystkim Tiziano Ferro, z którym nagrałaś „E fuori è buio” (opublikowana w albumie „Nessuno è solo” w 2006 roku) oraz „Scivoli di nuovo” (piosenka znajdująca się na płycie „Alla mia età” z 2008 roku). Jak pracowało się z Tiziano – wielką, międzynarodową gwiazdą włoskiej muzyki? Jakie emocje ci przekazał?

Tiziano był moim znajomym, więc współpraca z nim wydała się czymś oczywistym. Z pewnością niesamowicie emocjonalną chwilą było słuchanie wspólnie napisanych piosenek śpiewanych jego magicznym głosem o wielu barwach. Czymś wspaniałym było również wykonywanie z nim „E fuori è buio” przed tysiącem osób na Palalottomatica w Rzymie.

Twoja najnowsza piosenka, „Amore semplicissimo”, jest naprawdę niesamowita. Magiczna. Także teledysk nakręcony przez Mario Parrucciniego jest dziełem sztuki. Możesz nam opowiedzieć jak to wszystko się odbywało, kto był pomysłodawcą? Może jest z tym związana jakaś anegdota?

„Amore semplicissimo” jest jedną z moich ulubionych piosenek z płyty „Al cuore fa bene far le scale”. Tekst jest napisany przez wspaniałą poetkę, Patrizię Cavalli, z którą miałam przyjemność współpracować. Teledysk został wyreżyserowany i nakręcony przez Mario Parrucciniego. Zdjęcia zrobione przez niego są symboliczne i oniryczne. Anegdota? Mogę powiedzieć, że pogoda podczas nagrywania nie była zbyt dobra, temperatura była niska i stanie na zewnątrz w cienkim ubraniu było naprawdę trudne. Zamarzały mi ręce kiedy grałam, a pod koniec każdego ujęcia musiałam być natychmiast przykrywana płaszczami, swetrami, a nawet kołdrami!

Jesteś Włoszką, ale twój tata pochodzi z Andaluzji. Czy te hiszpańskie korzenie miały na ciebie wpływ? Często jeździsz do Andaluzji? Śpiewasz również po hiszpańsku?

Tak, śpiewam też po hiszpańsku i bardzo to lubię, choć ostatnio zawsze piszę po włosku. Moje korzenie miały przede wszystkim wpływ na styl mojego grania na gitarze: zdecydowane, intensywne i ciepłe bicie. Niestety rzadko jeżdżę do Andaluzji, ale zawsze noszę w sercu kolory, siłę i radość tamtych ziem.

Śpiewasz i grasz od dziecka. Kto był twoim idolem? Kogo brałaś za przykład, kto miał na ciebie jako piosenkarkę największy wpływ?

Było wiele takich osób, choć zmieniało się to z biegiem czasu. Jako mała dziewczynka słuchałam Keitha Jarretta, ale później zafascynowały mnie piosenkarki: najpierw Joni Mitchell, Carole King, a później, w największym stopniu, Ani di Franco. Moim wielkim mistrzem był także Antonio Sardi De Letto, z którym zaczęłam moją muzyczną podróż i który niestety odszedł w młodym wieku w 2011 roku.

Który album, piosenka lub współpraca są dla ciebie najbardziej znaczące?

Myślę, że poznanie Patrizii Cavalli, wielkiej poetki, było dla mnie niezwykle istotne. Dała mi ona wiele inspiracji, a nasza współpraca jest źródłem rozwoju mojej ścieżki artystycznej i mnie jako człowieka.

Często mówi się, że najpiękniejsze wiersze rodzą się z cierpienia. Czy tak jest w twoim przypadku? W którym momencie dnia lub w jakiej sytuacji tworzysz swoje teksty? Co cię inspiruje w szczególności? O czym piszesz?

Kiedy byłam młodsza, pisałam z „potrzeby terapeutycznej”: przenosiłam do moich tekstów ból, starałam się obrócić go w coś kreatywnego. Tak dzieje się też dzisiaj, ale jest to nieco bardziej złożone. Do opowieści o mojej przeszłości, doświadczeniach, rzeczywistości, dodałam spojrzenie ironiczne, trochę lżejsze, coś jakby „levità” u Calvino. Pomogła mi w tym młoda i bardzo utalentowana Sara De Simone, razem z którą piszę teksty do mojego nowego albumu.

Według Wergiliusza dusza jest oddechem, który wydostaje się z ciała tuż po śmierci; według Platona i Sokratesa dusza jest symbolem czystości i duchowności świata idei; a dla ciebie – osoby, która porusza dusze ludzkie za pomocą piosenek – czym ona jest?

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, szczególnie jeśli wcześniej przytoczeni zostali najwięksi filozofowie i myśliciele w historii. Od siebie mogę powiedzieć tyle: dla mnie dusza jest oddzielna od „ciała”. Niestety nie wierzę w inny świat, ale myślę, że powinniśmy cieszyć się pełnią życia w tym czasie, który jest nam dany, spełniając marzenia, rozwijając zainteresowania i żyjąc w prawdzie.

Telewizja: korzystać czy dać się wykorzystać?

0

tłum. Katarzyna Liaci

Ręka do góry, kto chciałby skrytykować włoską telewizję! Jest Was zbyt dużo, dla wszystkich nie starczy czasu, zatem głos zabiorę ja. Cała Europa – i nie tylko – śmieje się z nas za naszymi plecami, myśląc o tym, co przetacza się przez nasze rodzime kanały telewizyjne. Prawdę mówiąc, w większości przypadków moglibyśmy sięgnąć po broń werbalną i rzec „przyganiał kocioł garnkowi…”, ale spróbujmy odłożyć dumę na bok, wznieśmy się ponad polemiki i postarajmy się przeanalizować sytuację w sposób obiektywny.

Bardzo często nachodzi mnie ochota, by wziąć telewizor i cisnąć nim przez okno – nasze programy telewizyjne są naprawdę nędznej jakości. Oglądamy np. wiadomości rozpoczynające się od tragicznych doniesień ze świata. Przedstawia je z wielkim zaangażowaniem i grobową miną dziennikarka, która nanosekundę później jest w stanie założyć maskę słodkiej idiotki i rozpocząć przekazywanie plotkarskich newsów z komercyjną muzyczką w tle i tancerką topless na pierwszym planie. Tak – dobrze zrozumieliście: w tym samym wydaniu, które stara się zajmować wojnami, gospodarką, polityką, doniesieniami ze świata, itd… (W celu otrzymania bardziej szczegółowych informacji, przykładów, linków i konkretnych nazwisk tych „dżinów z lampy”, możecie się zawsze ze mną skontaktować, pisząc na: lingua@gazzettaitalia.pl). Nie mówiąc już o reality i talent show, oglądając które ma się wrażenie, że Włochy przez ostatnie 20 lat obywały się bez etatowych Di Caprio czy Pavarottich, lub o programach, gdzie jakiś piękniś z siłowni nieumiejący się wysłowić zasiada na tronie, gotów wybierać młode gąski albo sfrustrowane panie w średnim wieku, które ślinią się na sam jego widok. Horror! Dlaczego do tego doszło? Jest to kwestia politycznie delikatna, na którą spróbuję udzielić Wam odpowiedzi w jednym z kolejnych artykułów.

Jednak mimo istnienia otaczającej nas śmieciowej telewizji nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, jakoby lepiej było nie mieć w ogóle w domu telewizora. Wielu utrzymuje, że telewizja jest przestarzałym środkiem przekazu, że obecnie powinno się korzystać wyłącznie z Internetu – jedynego prawdziwie wolnego i demokratycznego medium. Czy aby na pewno? A nie jest przypadkiem prawdą, że to właśnie w Internecie w każdej chwili możemy się natknąć na kaczkę dziennikarską? Pomijając już fakt, że roi się w nim od oszustów szukających łatwych, naiwnych ofiar. Sieć jest delikatnym narzędziem, z którym należy się obchodzić bardzo ostrożnie. Uważam zatem, że nie powinniśmy – mimo wszystko – rezygnować z włączania odbiornika telewizyjnego, żeby się trochę zrelaksować lub zasięgnąć informacji na temat wydarzeń w otaczającym nas świecie. Prawdziwa zdolność polega na umiejętnym dokonywaniu wyboru tego, co warto obejrzeć, przy zachowaniu własnych opinii, wolnych od wpływu przedstawianych nam faktów.

Zacznijmy od stwierdzenia, że nie można – przynajmniej raz w tygodniu – nie oglądać programów poświęconych polityce. Wszystkie te „Ballarò”, „Servizio Pubblico”, „Piazza Pulita”, itp. (które to audycje można spokojnie obejrzeć też w Internecie) informują o tym, co z punktu widzenia polityki, społeczeństwa, gospodarki i kultury dzieje się w naszym kraju. Być może ci z Was, którzy śledzą te programy, zauważą, że ich goście to dyżurni politycy, od dwudziestu lat powtarzają tę samą śpiewkę. To prawda, macie rację. Jednakże to nie tłumaczy ignorowania różnych punktów widzenia, czy to słusznych, czy błędnych. Obecnie we Włoszech panuje moda – zwłaszcza wśród osób młodych – na twierdzenie, że polityka ich nie interesuje. Według mnie jest to jedynie próba usprawiedliwienia własnej niewiedzy w tym zakresie. A to właśnie młodzi powinni rozumieć aktualne podziały polityczne, by próbować na nowo rozruszać sytuację w kraju. Ponadto wielu z nich jest produktem podkultury telewizyjnej. I to właśnie to – uśpienie rozumu – jest celem części śmieciowych programów. Patrząc na przeciętny poziom kultury w naszym kraju, telewizji udaje się go osiągnąć.

Pozostając przy programach wartych zachowania – istnieją bardzo interesujące transmisje, przedstawiające obiektywnie fakty historyczne i wydarzenia sprzed lat, którym obecnie można przyjrzeć się w sposób chłodny i pozbawiony emocji. Mamy formaty telewizyjne traktujące o podróżach, programy dokumentalne, dzięki którym poznajemy różne kultury, geografię, zwyczaje zwierząt (które narażamy na niebezpieczeństwo, często wyłącznie przez własną próżność), jak działają Ziemia i Wszechświat; transmisje, które możemy uznać za pozytywne i które nie zagrażają naszej inteligencji.

Z pewnością wielu z Was zna termin Velina, używany w odniesieniu do obecnej w programie ładnej dziewczyny, która nie musi robić nic, tylko tańczyć i pokazywać własne ciało, stanowiąc tym samym pożywkę dla gniewu feministek. A jednak postać ta narodziła się w jednym z – moim zdaniem – najciekawszych programów w naszej ramówce – „Striscia la notizia”. Jest to szczególny rodzaj wiadomości telewizyjnych, trwający zaledwie dwadzieścia minut, który przedstawia najważniejsze informacje opatrzone satyrycznym komentarzem. Często reporterzy „Striscii…” prezentują materiał, gdzie demaskują mało uczciwe osoby, które próbują oszukać obywateli. Tym samym zajmuje się zresztą mój ulubiony program, którego za nic nie opuszczam (też dlatego, że można go spokojnie obejrzeć ponownie w Internecie). Chodzi o „Le iene”. Można by go zdefiniować jako rodzaj kabaretu: programu, w którym mówi się o wszystkim w sposób bardzo inteligentny. To dlatego właśnie jest taki fajny: w szybkim, wciągającym rytmie przedstawia reportaże poświęcone ważkim zagadnieniom społecznym, przeplatane lżejszymi momentami, na granicy plotkarstwa, ale zawsze traktowanymi z odpowiednią dozą ironii. Dziennikarze „Le iene” przygotowują reportaże na często bardzo niebezpieczne tematy, za pośrednictwem których ostrzegają przed wszelkim złem, dostarczając jednocześnie informacji najwyższych lotów. Krótko mówiąc, jest to jeden z programów, dla których można zapomnieć, gdzie się położyło pilota.

Reasumując, sądzę, że ewentualna kampania, której celem byłoby całkowite zniszczenie środka przekazu, jakim jest telewizja, bez cienia wątpliwości poniosłaby klęskę. Telewizja to zbyt ważne narzędzie dla rządzących, którzy za jej pośrednictwem manipulują umysłami, tworzą tendencje, mody do naśladowania, przekonania. Telewizja nas hołubi, sprawiając, że zaczynamy być posłuszni reklamom, robi z nas niewolników konsumpcji. Rola, którą w naszym społeczeństwie odgrywa ta magiczna skrzynka, jest zbyt głęboko zakorzeniona, by nawet pomyśleć o możliwości jej wyeliminowania. A zatem, skoro już musimy z nią żyć, jedynym sposobem na wyjście zwycięsko z tej potyczki jest używanie inteligentnie i dla własnej korzyści tych kilku pozytywnych aspektów, które możemy z niej wydobyć.

Florencja miastem elegancji

0

Ulice wypełnione tłumem artystów, malarzy oraz odwiedzających przybyłych z całego świata, siedzących na schodach kościołów, obowiązkowo z mapą w ręku i gotowych do przebycia całego miasta. W wąskich ulicach i zaułkach, dla odmiany, nieprzerwanie toczący się strumień samochodów, motocykli, skuterów. Odgłos typowy i charakterystyczny, spotęgowany dobiegającymi ze wszystkich stron tonami dzwonów kościelnych, z kościołów kryjących w swoich wnętrzach dzieła sztuki godne obejrzenia. Katedra z kopułą zaprojektowaną przez Brunelleschiego i Battistero, Santa Maria del Fiore, Orsanmichele z Madonną Bernarda Daddi, Santa Maria Novella, Santo Spirito oraz wiele innych klejnotów sztuki Florencji. Nietrudno o zgubienie się w zawiłym mieście, tak okazałym i cudownym, jakim jest Florencja, przy nieustannym strumieniu przechadzających się eleganckich mieszkańcow, niewątpliwie kojarzących się z tym miastem. Rozciagające sie wokół miasta wzniesienia i wijąca sie wzdłuż Florencji rzeka Arno tym bardziej ubogacają malowniczy pejzaż miasta. Ponad pagórkami nietrudno nie zauważyć wyłaniających się średniowiecznych domów z pięknym widokiem z San Miniato, skąd można podziwiać panoramę całego miasta.

Niezliczone pracownie, laboratoria, z których dobiega miły i charakterystyczny dla ucha odgłos: narzędzia , którymi zręcznie posługują się prawdziwi rzemieślnicy urzekają nas dźwiękiem, a rzemieślnik rzeźbiący w marmurze bądź drewnie, lub wykonujący ręcznie skórzane buty troszczy się o każdy najmniejszy szczegół. Zachęcam do wstąpienia w przerwie do włoskich lokali trattorie schodkami w dół, gdzie nie można nie spróbować zupy „ribollita”, bądź befsztyku po florencku (zwanego potocznie chianina), a może farinaty z gorgonzolą, popijając sławne wino Chianti. Splendor miasta, ktorego historia sięga czasów starożytnych, przeżywał swój najowocniejszy rozkwit w wieku Odrodzenia, w czasie panowania rodu Medyceuszy. Florencja ukszałtowała się w oparciu o handel i operacje bankowe, na bazie przemysłu złotych nici i jedwabnych tkanin, była upiększana w ciągu wieków przez artystów znanych na calym świecie. Pochwała i honor należą się Leonard da Vinci, Botticelliemu, Michelangelo, Brunelleschi, Masaccio, Giotto, Donatello i wielu innym. Zamknijcie oczy i dajcie sie ponieść Waszej fantazji. Zamiast masy turystów, spośród tłumu wyłonią się wielcy „artyści ubrani w długą szatę, przewiązaną pasem i obleczeni plaszczem siegającym do kolan, pilnujący burzliwej nierzadko historii Florencji”, jak pisał Dubreton..

Czas kontynuować, bo czekają na Was stragany, jak w przypadku Mercato Nuovo, obfitujący w różnorodne i wielobarwne tkaniny, które swoim kolorem czarują nas i otulają. Niepowtarzalne tkaniny o wysokiej klasie, arrasy odzwierciedlające krajobrazy i zabytki toskańskie. To wszysto przydaje jeszcze bardziej eleganckiego wdzięku temu miastu, z jego “łakomymi” mieszkańcami, jak przystalo na toskańczyków, zamieszkującymi ten sympatyczny region i posługującymi się dialektem o zabarwieniu typowym dla tej części Włoch: “h” przydechowa, która wymowie włoskiej nadaje tym bardziej miły ton dla ucha. To właśnie Florencja jako pierwsza przyswoiła łacinę i jako pierwsze miasto włoskie przeszła na język włoski, tzw. volgare. Przykuwają nasze spojrzenie elegancka forma arabesek ze szkła, przeróżne wyroby ze szkła, wełna czesankowa oraz terracotta, którą mieszkańcy miasta Pizy, po zdobyciu Majorki, przywieźli do Włoch i gdzie Luca della Robbia (1400-82 ) wpadł na pomysł, aby wprowadzić glinianą glazurę w celu wzmocnienia terracotty, tworząc w ten sposób nową sztukę, z nową dekoracją. Rzemieślnik toskański wykonuje własną pracę tradycyjnie, z oddaniem godnym skrupulatnego pracownika, bo pragnie zaopatrzyć i zadowolić własnymi produktami klientów nie tylko z Florencji, ale i z całego świata. Rzemieślnik, zanim stał się zawodowym pracownikiem, przechodził solidne przygotowanie i tak też do dzisiaj zdobycie uprawnień rzemieślnika poprzedzone jest nauką. Wpatrując się w kolorowe i czarujące tkaniny, zostajemy przeniknięci cudownym zapachem skóry, wykorzystywanej do wyrobu butów, rękawiczek, portfeli, torebek, torebeczek oraz wielu innych akcesoriów, łącznie z ubraniami praktycznymi w codziennym użyciu. Ręce naszych florenckich artystów nieustanie doszukują się coraz to nowych pomysłów i potrafią wciąż tworzyć nowe formy, nacechowane ich poczuciem artyzmu.

Sklepiki z witrynami z haftem rzucają sie w oczy i stanowią cenny punkt odniesienia dla znawców tego delikatnego rzemiosla, które ma swój daleki rodowód, a które po dzień dzisiejszy urzeka przechodniów swoim niezwykłym pięknem i przydatnością.

Bez uprzedniego wytyczenia sobie trasy turystycznej, na każdym kroku we Florencji natrafiamy to na sławny budynek, to na rzeźbę, godne przeanalizowania i przestudiowania. Miejsc uroczych, gdzie łatwo zatracamy glowę, galerii, muzeów, pałaców, placów, klasztorów we Florencji nie brak. Nasza elegancka i wykwintna podróż dobiega końca i zostaje przypieczętowana wizytą na Moście Złotników, z licznymi sklepikami oraz z wyeksponowanymi klejnotami ze złota i srebra. Natomiast via Tornabuoni, znana ze swoich najlepszych butików projektantów wysokiej mody, uwiedzie nas swoją niepowtarzalną elegancją.

Za wolność naszą i waszą

0

tłum. Aleksandra Gryko

Kiedy byłam studentką Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w czasach komunizmu, w latach 1987-1988, słyszałam różne opowieści o Montecassino. Byłam rozpieszczoną, włoską 18-latką, która jak większa część mojego pokolenia nieszczególnie interesowała się historią, ale pewnego razu w Polsce zaczęłam śledzić z dużym zainteresowaniem wydarzenia związane z ruchem Solidarność. Po powrocie do Włoch zdałam różne egzaminy z historii na włoskim uniwersytecie, ale żadna książka nie opisywała kalwarii armii 2. Korpusu Polskiego, który uwolnił Włochy, otwierając drogę do Rzymu. zdobywając Montecassino, bastion uważany przez Anglików za nie do zdobycia. Armia utworzona w przeważającej części z niedożywionych i źle traktowanych byłych więźniów łagrów rosyjskich, których udało się przenieść do Persji dzięki serii zręcznych porozumień między gen. Sikorskim, gen. Andersem a Stalinem, dotyczących przeszkolenia ich przez Anglików, po napaści na Związek Radziecki ze strony Niemiec, ich niegdysiejszego sprzymierzeńca.

Ponad rok temu pewna Polka, Gabriela, która pracowała w bibliotece w Mediolanie, opowiedziała mi o swoim ojcu, oficerze armii Andersa, który walczył pod Montecassino, a który później powrócił do Polski, żeby dołączyć do swojej rodziny, był wielokrotnie prześladowany przez rząd komunistyczny, który uważał byłych żołnierzy armii Andersa za „wrogów ojczyzny”.

Było zabronione mówienie o Andersie. W ten sposób również we Włoszech, gdzie partia komunistyczna miała znaczne wpływy, ta historia nie była chętnie rozpowszechniana. Nawet teraz nie udało mi się znaleźć w żadnej bibliotece mediolańskiej książki Andersa „Armia na wygnaniu”, opublikowanej w roku 1947, która właściwie przepadła (lub postarano się o to, by ślad po niej zaginął?).

Zaczęłam zbierać dokumenty i wywiady przeprowadzone z ostatnimi weteranami 2. Korpusu Polskiego prowadzonego przez Andersa i to, co nie przestaje mnie zaskakiwać, to nie tylko ich bezwarunkowa miłość do Polski, za którą walczyli nie dostając nic w zamian, ale ich miłość do Włoch, które nie mogły za wiele dla nich zrobić, chociaż we Włoszech zginęło 17.131 Polaków, niektórzy z nich pochowani zostali na 4 cmentarzach wojennych w Casamassima (Bari, 450 poległych), Montecassino (1070 poległych), Loreto (1070), San Lazzaro di Savena (Bolonia, 1450).

Tylko 3 000 z 115 000 otrzymało obywatelstwo włoskie, dzięki małżeństwom zawartym przed rokiem 1945. Pozostali byli zmuszeniu do migracji. Bez ojczyzny, bez domu, stracili wszystko, ponieważ większość z nich pochodziła z Polski wschodniej, zajmowanej przez Sowietów. Ci, którzy wzięli ślub po 1945, spowodowali niejako odebranie obywatelstwa nawet ich włoskim żonom, które z miłości do swoich mężów stały się bezpaństwowcami, postanowiły towarzyszyć im nawet w najodleglejszych zakątkach świata, w Argentynie, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Anglii, itd.

I tak, podczas gdy ja, nie znając nawet głębszych przyczyn, mogłam korzystać z otrzymanej wolności urodziwszy się we Włoszech, moi polscy rówieśnicy z Akademii narzekali na komunizm, kolejki w sklepach, niemożność wyjazdu za granicę, jeżeli nie zostało się oficjalnie zaproszonym przez jakiegoś obcokrajowca, na biedę swoich rodzin, które były zmuszone do kupowania większości rzeczy na czarnym rynku (mydło, szampon, mięso, kawa, sprzęty gospodarstwa domowego, itd.). A jednak Włosi i Polacy walczyli razem, za tę samą wolność. Za te same ideały.

W ten sposób z wielkim zaangażowaniem prowadziłam dalej moje badania w archiwach porozrzucanych po całej Europie, poszukując bezpośrednich świadectw ostatnich ocalałych tego ważnego okresu, dotyczące wyzwolenia Włoch, Montecassino, dzięki udziałowi Polaków. Pomimo wielu trudności czułam się w obowiązku kontynuować ten film i skończyć go na czas, żeby zaprezentować chociaż jego większą część z okazji obchodów rocznicy Montecassino, podczas której obecne były instytucje polskie i włoskie, polscy weterani pochodzący z całego świata, którym towarzyszyły ich rodziny, międzynarodowi sportowcy, którzy przyjechali pod Montecassino, żeby wziąć udział w maratonie zorganizowanym przez powiat w miejscu bitwy.

Dla Polaków Montecassino reprezentuje ich własne, bezwarunkowe poświęcenie, miłość do Polski, jak zostało wyryte na nagrobku na cmentarzu: „my, żołnierze polscy, oddaliśmy Bogu ducha, ziemi włoskiej nasze ciała, a nasze serca Polsce”.

Zarówno hymn narodowy włoski, jak i polski mówią o przyjaźni pomiędzy tymi dwoma bratnimi narodami. Polski hymn powstał w 1797 roku w Reggio Emilia, w tym samym roku i miejscu, gdzie powstała włoska flaga:

– „Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski” – „Gia’ l’aquila d’Austria/le penne ha perdute/ il sangue d’Italia/ e il sangue polacco/ beve’ col Cosacco/ ma il cor le brucio’” („Orzeł austriacki/ stracił swe pióra/ i krew włoską/ wraz z polską/ żłopie z Kozakami/ lecz duch jego ginie”). Kolejny, ciekawy zbieg okoliczności, który potwierdza przyjaźń pomiędzy narodami.

My, Włosi, mamy dług w stosunku do Polski, nie możemy o tym zapomnieć.

W filmie nie traktuje się tylko o wojnie, ale też o miłości, braterstwie i wierności dla swoich ideałów, nawet gdy wszystko wydawało się utracone. Po otrzymaniu wiadomości, nie dodających odwagi, które krążyły po zawarciu umów w Teheranie, Polacy dalej kontynuowali swoją walkę o wyzwolenie Włoch, żeby dać przykład. A jak tu nie wspomnieć o maskotce wojska, Wojtku, misiu, który podążał za nimi od Iranu, przez Palestynę, aż do Włoch, gdzie pod spadającymi bombami pomagał żołnierzom w przenoszeniu amunicji?

Po tym jak został maskotką armii, również miś Wojtek, tak jak i jego koledzy żołnierze, nie otrzymał zasłużonej wolności i został zamknięty w ZOO w Edynburgu, gdzie się zasmucił, a ożywiał się tylko, gdy słyszał język polski lub gdy jakiś żołnierz przechodził przez kraty, żeby się z nim pobawić, jak za dawnych czasów.

Uroki przywoływania historii

0

tlum. Agata Klodecka

W Europie żyje wiele osób, które z zainteresowaniem czytają książki historyczne, oglądają historyczne filmy lub zwiedzają średniowieczne zamki i osady, zastanawiając się, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Niektórym wystarcza wyobraźnia, jednak inni nie są w stanie powstrzymać się od dotknięcia przeszłości własnymi rękami. Są to osoby, które przez długie miesiące szyją stroje na wzór tych z minionych epok, zgłębiają tajniki używania broni, narzędzi, przyglądają się zachowaniom ludzi żyjących w tamtych czasach, a wszystko po to, by móc wziąć udział w rekonstrukcji wydarzeń historycznych. Najbardziej znana organizacja europejska zajmująca się tego typu wydarzeniami to CERS (Consortium of European Re-enactment Societies), której przewodniczącym jest Wenecjanin Massimo Andreoli.

„CERS powstała w 1997 roku w wyniku połączenia zgromadzeń, grup zajmujących się historią i zwykłych pasjonatów rekonstrukcji historycznych ”, wyjaśnia Massimo Andreoli. „Jest to działalność, która może przyciągnąć tysiące osób, ale która cały czas czeka na pełne docenienie. Dzięki organizacji Living History powstaje wiele akcji popularyzujących CERS w całej Europie. Chodzi tu między innymi o wycieczki z przewodnikiem po miejscach związanych z historią, naukę sztuk walki, muzyki i tańca tradycyjnego oraz rzemieślnictwa. Często łączy się to z akcją promocyjną, która w waloryzacji dziedzictwa materialnego i niematerialnego widzi wartość dodaną.”

Ile jest filii organizacji CERS?

„Na dzień dzisiejszy jest ich około 130 w całej Europie. Łączą pasjonatów strojów historycznych, antycznych bitew, kuchni z dawnych epok oraz różnych form teatru. Ale najważniejszy pozostaje sektor tradycyjnego rzemieślnictwa, które przeżywa ponowny rozkwit wśród młodszych pokoleń, szczególnie we wschodniej Europie. Na zorganizowanej w Piacenzy akcji „Armi & Bagagli” – być może największym targu europejskim poświęconym produktom związanym z rekonstrukcją historyczną – pojawia się ponad 250 rzemieślników z różnych krajów zajmujących się żelazem i antyczną biżuterią, między innymi z Polski. Dzięki umiejętności zrzeszania ludzi z różnych kręgów kulturowych – historyków, naukowców, rzemieślników, artystów – CERS zwiększyła zakres działań. Stała się doradcą twórców filmów dokumentalnych i historycznych, zaopatrzeniowcem wystaw oraz usługodawcą na różnych galach.”

Które narody przykładają największą wagę do rekonstrukcji wydarzeń historycznych?

„Fenomen rekonstrukcji jest już rozpowszechniony w całej Europie. Państwa takie jak Wielka Brytania, Francja czy Grecja są najbardziej zaangażowane, jednak w połowie lat 90., właśnie dzięki założeniu CERS, Włochy zaczęły coraz bardziej interesować się rekonstrukcjami, stając się tym samym punktem odniesienia dla innych narodów. Przecież nie mogło być inaczej, zważywszy na ogromne bogactwo historyczne naszego kraju. Od dawna istnieją regiony, takie jak Wenecja, Lombardia, Piemont, Umbria czy Toskania, które wydały specjalne ustawy uznające rekonstrukcje wydarzeń historycznych. Teraz także Liguria i Apulia podążają tą drogą. Ale najciekawszy fenomen przybył ze wschodu Europy, gdzie wreszcie można z dumą cieszyć się i promować poza granicami pamięć o historii własnego kraju. Republika Czeska, Węgry, Ukraina i Polska idą, moim zdaniem, w pierwszym rzędzie tego pochodu. Organizują rekonstrukcje przyciągające tysiące osób, na przykład rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem, właśnie w Polsce, w której powstaje coraz więcej inicjatyw związanych przede wszystkim z historycznymi bitwami. A wszystko to zaczęło się od chęci wspominania zwycięstwa nad Zakonem Krzyżackim w 1410 roku.”

Jak to się dzieje, że pasja do rekonstrukcji wydarzeń historycznych dzieli ludzi?

„Jest to dosyć oryginalne i kosztowne hobby, które bierze się przede wszystkim z zamiłowania do historii. Wydaje mi się jednak, że zacznie się ono stawać coraz bardziej popularne; po pierwsze ze względu na coraz większe zainteresowanie kinematografów wydarzeniami i postaciami z naszej historii, a po drugie ze względu na działalność Living History w miejscach o znaczeniu historycznym, które stały się również wakacyjnymi destynacjami. Jeszcze ciekawsze jest dla mnie pytanie: którą epokę historyczną rekonstruować? Dlaczego antyk jest ważniejszy od renesansu, a XVII wiek od średniowiecza? To już zapewne pytanie do antropologa. Ja zawsze powtarzam, że to nie ty wybierasz epokę, ale epoka wybiera ciebie. Nigdy nie ma racjonalnego wyjaśnienia, często najważniejszy jest wygląd – piękno danego stroju liczy się bardziej niż rola osoby, która go nosiła. Jednak kiedy przychodzi do „ubrania się” we własną przeszłość, rekonstrukcje stają się zdecydowanie głębszym i pełniejszym przeżyciem.

Wszyscy lubią pizzę!

0

Wszyscy lubią pizzę!

Pizza, jedna z najbardziej popularnych potraw na świecie. Nie chcę tym artykułem rozzłościć fanatyków włoskiej kuchni, więc ograniczę się tylko do przytoczenia historii pizzy. „Pizza” to bez wątpienia słowo włoskie, jednak potrawy do niej podobne, czyli rozgniecione, przyprawione lub nadziewane ciasto upieczone w piekarniku lub na kamieniu, z różnymi składnikami na wierzchu, czy to gotowanymi, czy surowymi, istnieją co najmniej od 3000 lat. Ich ślady można odnaleźć już w starożytnej Grecji i Egipcie. Jeśli rozszerzymy nasze kulinarne horyzonty, rozejrzymy się dookoła, dostrzeżemy starożytny libański chleb „Ṣāj”, turecki chleb „Yufka” i znany już szerzej chleb arabski, które nie są niczym innym, jak tylko focacciami z rozgniecionego, a następnie przyprawionego i nadziewanego chleba. Dlatego pozwolę sobie powiedzieć, że pizza nie jest wynalazkiem czysto włoskim. Zanim jednak przejdziemy do meritum, warto cofnąć się w czasie do okresu sprzed 1000 roku, kiedy to jeszcze posługiwano się językiem wernakularnym. Właśnie z tamtych czasów pochodzi napis „Pizzas” na pergaminie ze skóry jagnięcej. Wiadomo na pewno, że między XVI a XIX wiekiem pizza ewoluowała, by w końcu pojawić się w formie znanej nam dzisiaj. To proste, uważane za ubogie danie „uliczne” pojawiło się w Ameryce w połowie XIX wieku razem z włoskimi emigrantami. Amerykanie, ludzie znający się na reklamie, przywłaszczyli ją sobie i rozpropagowali na całym świecie, oczywiście dostosowując ją do swoich wymogów kulinarnych. Tak oto pizza stała się kolejną tradycyjną włoską potrawą jadaną za granicą, także u nas, w Polsce. Nie oceniamy tego, czy polska pizza lub pizza produkowana w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, jest dobra czy zła. Jest jednak pewne, że nie jest to prawdziwa, tradycyjna pizza włoska.

Kiedy jakiś Włoch przyjeżdża do Polski i je tutaj pizzę po raz pierwszy, od razu zauważa pewne różnice w smaku i wyglądzie: pomidor to często po prostu rozwodniony koncentrat, sos jest zrobiony z mocno przyprawionych pomidorów, mozzarelli właściwie nie ma, używa się zamiast niej żółtego sera, na przykład Goudy, gama składników jest dużo szersza niż we Włoszech – kurczak, kabanos, ananas, banan, śliwka, itd. Te ostatnie składniki nie są używane do robienia tradycyjnej słodkiej pizzy, która jest jedną z najstarszych pizz neapolitańskich, ale do słonej, z serami i pomidorami. Wreszcie ciasto, składnik najważniejszy, podstawowy, który, niezrobiony ze specjalnej mąki i niepoddany specjalnemu zaczynianiu, staje się ciężkostrawny. Ten czynnik skłonił mnie do przeprowadzenia ankiety, której wyniki pokazały, że do pizzerii najczęściej chodzą ludzie młodzi i bardzo młodzi, rzadziej osoby po pięćdziesiątym roku życia, których procesy trawienne są nieco wolniejsze.

Dobry pizzaiolo (osoba robiąca pizzę) jest kucharzem, a umiejętność zrobienia dobrej pizzy to sztuka. Pizza powinna być lekkim i aromatycznym daniem odpowiednim dla wszystkich i o każdej porze. Zaczęło się od Raffaele Esposito, który w 1889 roku na cześć wizyty królowej Małgorzaty w Neapolu zrobił pizzę w kolorach flagi nowonarodzonych Włoch, pizzę składającą się z mozzarelli, pomidorów i świeżej bazylii. Pizza Margherita, według badań przeprowadzonych przez Istituto farmacologico Mario Negri w Mediolanie, pozwala zapobiegać zawałom, udarom, miażdżycy i nowotworom układu trawiennego. Oczywiście tylko jeśli jest zrobiona ze składników wysokiej jakości.

We Włoszech w około 52000 pizzeriach pracuje około 87000 osób, są również pizze produkowane w piekarniach. Duża część pizzerii to biznesy rodzinne. W Polsce natomiast jest około 4500 pizzerii, ale większość to restauracje sieciowe. Wiele z nich, oferujących jedzenie i pizzę włoską, przeżywa rozkwit od 2005 roku. Ciekawy wydaje się fakt, że większość z nich powstaje w okolicach Łodzi. Największy sukces odnoszą tradycyjne włoskie pizzerie. Niedawne badania potwierdziły, że pizza jest w czołówce rankingu dań kupowanych przez Polaków, szczególnie jeśli chodzi o dania jedzone poza domem. Od niedawna zaczęłam zauważać, że Polacy coraz chętniej podążają za nowym trendem: chcą jeść pizze produkowane z mąk, składników dokładnie takich samych, z jakich produkowane są pizze we Włoszech. Moja wielka miłość do kuchni włoskiej sprawiła, że poznałem profesjonalnych szefów zajmujących się pizzą: szefa Antonio Marollo, który dwa lata temu otworzył w Łodzi dobrze prosperującą pizzerię z piecami opalanymi drewnem oraz szefa Giuseppe Giovenco, który nie mieszka na stałe w Polsce, ale ma zamiar jak najszybciej się tu przeprowadzić, przywożąc ze sobą bardzo ambitny plan. Chce on założyć szkołę prawdziwej włoskiej pizzy, żeby kształcić certyfikowanych pizzaiolo. W 2014 roku w Parmie Szef Giuseppe Giovenco wziął udział w Mistrzostwach Świata w robieniu pizzy, prezentując na nich pizzę w kolorach polskiej flagi oraz pizzę przedstawiającą orła białego w koronie, symbol Polski.

Od 4 lutego 2010 roku pizza stała się tradycyjną potrawą o jakości gwarantowanej przez Unię Europejską.

Warszawa (i Polska) w obiektywie fotografa Federico Caponiego

0

FOTOGRAFIA

Federico Caponi, absolwent filozofii Università di Firenze, rozpoczynał karierę fotografa we włoskich teatrach (Politema w Cascina, Verdi i Flog we Florencji). Pracuje jako asystent i fotograf w różnych produkcjach telewizyjnych, dla MTV, Fox Family Channel i Dirty Poet Films. Jest autorem reportaży społecznych z Azji i Europy. W Polsce jego fotografie opublikowano w Przekroju, Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej i w wydawnictwach Teatru Narodowego w Warszawie. Posiada własne studio i tradycyjną ciemnię w Pracowni Wschodniej, na stałe współpracuje z warszawskim studiem graficznym Temperówka. Wraz z Magdaleną Stopą, jest współautorem dwóch książek o tematyce varsavianistycznej, „Chleb po warszawsku” i „My, rowerzyści z Warszawy”. W roku 2013 wystawił swoje prace na EASTREET w Lublinie. W Warszawie mieszka od 2006 roku. Fragment jego portfolio jest do obejrzenia na stronie www.federicocaponi.com. To właśnie tam Federico publikuje swoje nieco mniej przystępne w odbiorze zdjęcia, czyli te nieco „brzydsze”, smutniejsze. Wielu ludzi docenia jego fascynujące, odmienne zdjęcia, jednakże w gruncie rzeczy, według niego, w Polsce brakuje jeszcze odwagi do wyciągania na światło dzienne mniejszych czy większych tragedii zwykłego człowieka, i nawet te najbardziej postępowe czasopisma rzadko decydują się na ich opublikowanie. Caponi, poprzez swoje prace, opowiada nam między innymi historie kobiet uwikłanych w handel seksem, ale także o alkoholizmie czy chłopcach z Izby Dziecka. Robi to dla siebie samego, dla samorozwoju, ponieważ na takich zdjęciach i tak się nie zarabia. Niekiedy aby zrobić trzy zdjęcia do poważnego reportażu potrzeba 6 miesięcy! Najpierw trzeba przygotować sobie tło, zdobyć zaufanie fotografowanych ludzi. Federico jest na to zawsze przygotowany, stał się w tej dziedzinie ekspertem. Zawsze z aparatem fotograficznym u boku, gotowy na nowe wyzwania zawodowe. Jasne, zdarza mu się robić zdjęcia komercyjne, tak jak każdy profesjonalista jest skłonny robić wszystko po trochu, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie. Jednak jego własny styl najlepiej odzwierciedla się właśnie w reportażach o tematyce społecznej. Generalnie rzecz biorąc, nie podobają mu się pytania na ten temat. „Nie powinno się pytać malarza: dlaczego malujesz tymi kolorami?”, mówi Caponi. „Dla mnie to jest oczywisty wybór. Taki jest mój styl. Taka jest moja poetyka.”

WARSZAWA

Mimo że z początku polska stolica wydała mu się szara i przygnębiająca (wrażenie podzielane nawet przez niektórych warszawiaków), powoli zaakceptował, a później pokochał to miasto. To tutaj urodziła się jego córka, to tutaj mieszka od 8 lat. Na chwilę obecną Warszawa stała się jego drugim domem. Natomiast jego pierwszy dom, Toskania, a raczej Florencja, pozostała mu głęboko w sercu. Nie chciałabym, aby zabrzmiało to zbyt dramatycznie. Ale widząc jego gęsią skórkę (dosłownie), kiedy opowiadał mi o swoim dzieciństwie i o tym, jak Babcia pokazywała mu wszystkie ukryte florenckie zakamarki, przekonałam się o tym niezbicie. Ba! Podobnie reaguje mówiąc o Sienie, mieście od zawsze rywalizującym z Florencją! Jednak Warszawa również potrafi być, lub chociażby wydawać się, piękna jak Paryż – zależnie od punktu widzenia i obranej trasy turystycznej. Babcia, kobieta bardzo elegancka, po zobaczeniu z Warszawy jedynie Traktu Królewskiego, Łazienek i Żoliborza odniosła wrażenie, że jest to właśnie taki mały Paryż! Innym członkom rodziny Federico odważył się pokazać więcej obliczy stolicy, docierając tam, gdzie nawet niewielu “rdzennych” mieszkańców dociera, jeśli nie przypadkiem: Koło, odległa Praga… Federico lubi chłonąć to, co lokalne: język, kulturę, kuchnię. Włoska restauracja w Warszawie? Nigdy! Kiedy brakuje mu smaku prawdziwej włoskiej kuchni, wykonuje szybki telefon do Florencji: “Mamo, jutro przyjeżdżam.” – i gotowe! W Warszawie natomiast jego ulubiona jadłodajnia, gdzie wg niego można zjeść na światowym poziomie “z odrobiną miejscowej tradycji”, to Bufet Centralny przy ul. Żurawiej 32/34, lub też Słodki Słony na ul. Mokotowskiej 45. Z klubów wymienia Basen (ul. M. Konopnickiej 6) i Nie Zawsze Musi Być Chaos na ul. Marszałkowskiej 10 (wejście od Oleandrów) – fundację promującą dobry design i kulturę słuchania muzyki poważnej, jazzu, awangardowej i ludowej. Organizuje wydarzenia muzyczne i artystyczne, wspierając najbardziej wartościowe prace i rozwijając wrażliwość społeczną. Ostatnio stała się bardzo trendy i pojawiła się w sekcji “Zrób to w Warszawie” w “Co jest grane” (dodatek kulturalny do Gazety Wyborczej).

POLSKA

Federico poznał ją dobrze podczas stanu wojennego za pośrednictwem zdjęć polskiego fotografa Chrisa Niedenthala. Były to słynne zdjęcia, obecne w międzynarodowej prasie, takiej jak włoskie L’Espresso. Jak mówi Caponi, we Włoszech wszyscy znali ruch Solidarność, z uwagi na fakt, że.najbardziej szanowana postać włoskiej lewicy (za swoje umiarkowane poglądy), Enrico Berlinguer przyjaźnił się z Jackiem Kuroniem. Co sądzi Federico kiedy słyszy o obecnym cudzie gospodarczym Polski? Porównuje ją zawsze do Włoch, gdzie nadal żyje się lepiej niż nad Wisłą, ale które niestety znajdują się obecnie w fazie dekadencji. Polacy, poczynając od roku 1989, musieli zbudować swoje państwo prawie od zera. Tak więc, według niego nie ma mowy o cudzie, a raczej o imponującym wzroście gospodarczym spowodowanym stosunkowo szybkim rozwojem Polski. Nadal widoczne są ogromne różnice między Polską A (tą bogatą, jak Warszawa) a Polską B (biedniejsze miasta, takie jak np. Lublin). W Lublinie koszty wynajmu są bardzo niskie, jednak na każdym rogu widać biedę, nie trzeba długo szukać. Dla fotografa społecznego jest to “raj”. We Włoszech granica między bogatymi i biednymi dzieli kraj na Północ i Południe gdzieś na poziomie Rzymu. Niestety, Polska pozostaje państwem dość silnie scentralizowanym, co odróżnia ją od Włoch: złożonych ze stosunkowo niezależnych miasteczek, z których każde ma swoją piazzę (plac), gdzie zawsze znajdzie się jakaś praca. W Polsce natomiast istnieją miliony miejsc z trzema domami na krzyż. Nie mając tam wiele do roboty, ludzie popadają niekiedy w alkoholizm. Według Federico, również we Włoszech istnieje ten problem, jednak jest być może nieco mniej widoczny (w każdym miasteczku, na każdej piazzy znajdziemy: głupca, pijaka i księdza). W Polsce alkoholizm bywa niekiedy pełnoprawnym stylem życia. Kultura picia w tych dwóch krajach różni się, jednakże w ostatnich latach również w Polsce widoczne jest inne nastawienie. Zaczęto stawiać na produkty regionalne i słabsze gatunki alkoholu. Na prowincji otwierane są niewielkie browary, gdzie produkowane jest wysokiej jakości piwo, może odrobinę droższe, ale jednocześnie “prawdziwsze”. Takie piwowarnie dają zatrudnienie osobom pochodzącym z małych miasteczek bez innych perspektyw. Tak więc, kupując lokalne piwo (np. Ciechan czy Pinta) wspieramy produkty wysokiej jakości, ale też dobrobyt lokalnej społeczności!