Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 129

Rzymskie koty

0

Rzym. Moje ukochane włoskie miasto, moje miejsce na ziemi. Tak jak zapewne milionów innych osób na świecie…Pełen zabytków ze wszystkich możliwych epok, wypełniony charakterystycznym dla całych Włoch dźwiękiem skuterów, z powietrzem wilgotnym od pobliskiego Tybru i Morza Śródziemnego, gęstym od smogu i żaru. Kiedy przyjechałam tu po raz któryś z kolei w 2010 roku po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że istotnie, nie jest to może najlepiej pachnące miejsce na świecie. Dzieje się tu tyle, codziennie miasto deptane jest przez miliony mieszkańców i turystów, panuje pozornie tylko kontrolowany chaos, no i ten Tyber – szybko znalazłam mnóstwo usprawiedliwień. Mało przyjemny zapach Rzymu (do którego szybko się przyzwyczaiłam) nie znaczy nic wobec jego nieprzebranego kulturowego i historycznego bogactwa, w którym każdy odwiedzający może brodzić do woli. Tydzień tutaj to zdecydowanie za mało na zobaczenie wszystkich nawet najbardziej oklepanych „widokówek” z miasta. Ja na szczęście miałam tamtym razem nieco więcej czasu, bo „aż” 2 tygodnie. Był to sierpień, 50 stopni w słońcu. Nad morze do Ostii pojechałam dosłownie trzy razy, tak bardzo chciałam poświęcić się poznaniu mojego ukochanego Rzymu jak najlepiej mogłam. Tak, tu mnie macie. Tym razem też trzymałam się głównie turystycznych perełek (to po prostu grzech nie odwiedzić Fontanny di Trevi, nawet przy setnym pobycie w Wiecznym Mieście). Do swoich sukcesów zaliczyłam m.in. pierwszą wizytę w Muzeach Watykańskich (mieliśmy niebywały fart, kolejka wychodziła jedyne 20 metrów poza budynek! nie do wiary) oraz na Isola Tiberina, gdzie nigdy wcześniej nie udało mi się zajść.

Włócząc się w tych właśnie okolicach niespodziewanie znalazłam się w dzielnicy żydowskiej. Było to tuż przed rozpoczęciem moich studiów na wydziale orientalistycznym, więc tego typu rzeczy bardzo mnie interesowały. Ale to temat na oddzielny artykuł. Wychodzimy zatem z dzielnicy żydowskiej, mijając coś w rodzaju klubu Hare Kriszny. Idąc dalej w stronę majaczącego w oddali largo di Torre Argentina dochodzimy do zwyczajowego włoskiego widoku, tj. wykopaliska w środku miasta. Jako że ze wszystkich epok antyk interesuje mnie najmniej, mało brakowało, a nawet nie sięgnęłabym po aparat. Wtem, na skraju balustrady pojawił się kotek! Kto mnie zna, ten wie, że w tym momencie oszalałam i pobiegłam go pogłaskać i się nim pozachwycać… :3 Nietrudno zauważyć, że jedną ze wspomnianych „widokówek” Rzymu są także koty, tzw. gatti di Roma, pozujące wdzięcznie na tle wszelakich zabytków. Nie ma chyba innych istot, które odkąd się tam pojawiły nigdy, nawet na moment nie opuściły Rzymu, są częścią jego krajobrazu, wybrały go sobie na dom. I tak jak Rzymianie założyli wieki temu miasto Kolonia w obecnych zachodnich Niemczech, tak koty założyły sobie coś, co teraz przez ludzi określane jest jako „colonia felina” – kocia kolonia. Koty dostały się na teren Włoch z Egiptu, gdzie były ubóstwiane – po dziś dzień, na tamtych terenach, w kulturze muzułmańskiej koty uważane są za bardzo czyste stworzenia. Prorok Mahomet w jednym z hadisów mówił, że wodą z miski, z której pił kot można bez problemu dokonać ablucji przed modlitwą, a kiedy jego własna kotka Muezza zasnęła na rękawie jego ubrania modlitewnego – odciął go, aby nie przeszkadzać jej we śnie. Także w Imperium Rzymskim kult świętego kota był bardzo silny, w tzw. serapeach oddawano cześć boginii Bastet. Do dziś na rogu Palazzo Grazioli na Via della Gatta można zobaczyć niewielki koci posąg. W początkach XX wieku przez pewien czas rzymskie koty żywione były z pieniędzy gminy. Przysługiwała im dzienna racja podrobów. Jednakże z powodu niewystarczających środków i cięć w budżecie nie trwało to długo, a cała sytuacja zaowocowała przysłowiem „non c’è trippa per gatti” (“nie ma podrobów dla kotów”, coś w stylu polskiego „nie dla psa kiełbasa”).

Obecnie o rzymskie koty troszczą się głównie pobliskie kociary (gattare), które karmią swoich podopiecznych regularnie i z własnych środków. Najbardziej znaną kocią rezydencją jest właśnie wspomniana Colonia Felina Torre Argentina. Jej podopieczni są naprawdę rozpieszczani, sami spójrzcie! Czyż nie są urocze? Już dawno nie miałam tak fotogenicznych modeli. Kotki szybko stały się ulubieńcami turystów i miejscowych, aż trudno się oprzeć pokusie ich nakarmienia, mimo kartki z zakazem. Wszyscy podopieczni tego schroniska pod chmurką są wysterylizowani, a w arkadach widocznych po zejściu „pod ziemię” mieści się niewielki sklepik z pamiątkami, z których dochód przeznaczany jest na kolejne sterylizacje i karmę. Tam również te nieco młodsze kotki czekają na sterylizację lub adopcję, żywo reagując na nowych odwiedzających. Rozdzierający widok. Tyle pyszczków do wykarmienia! Tłumaczę sobie, że są przecież pod dobrą opieką… Co mogłam, to zrobiłam: dokonałam zakupu płóciennej torby z logo schroniska oraz kalendarza z fotografiami miejscowych gatti di Roma. I Was też do tego namawiam. Następnym razem podczas Waszego pobytu w Rzymie: Torre Argentina punktem obowiązkowym! Do tego czasu odwiedzajcie chociaż stronę www.gattidiroma.com i trzymajcie rękę na pulsie.

I prezzi della case a Varsavia

0
La media prezzi degli appartamenti messi in vendita sul mercato secondario a Varsavia nel febbraio 2014 è di 8.362 z?otych per m2. Questo dato rappresenta „solo” lo 0,1% in meno rispetto al mese precedente e lo 0,3% in meno rispetto allo scorso anno. Secondo l’ultima analisi del portale immobiliare Domy.pl, il più grande gruppo di clienti interessati all’acquisto nella capitale riguarda quelli alla ricerca di appartamenti al prezzo di mezzo milione di zlotych.
A Varsavia, il mercato immobiliare (il più grande in Polonia) è caratterizzato da una grande diversità di prezzi offerti per le unità di vendita. Il livello variabile dei tassi è influenzato dall’età e dagli standard dell’edificio, dotazioni standard e locali, dalla sua superficie. Tuttavia, il fattore determinante di ogni prezzo è rappresentato dall’ubicazione dell’immobile.
721ef7aed746a2ece0260a5228bef568 (2)

Luca Minatore

0

Z pochodzenia polski góral, od pięciu lat mieszka we włoskich Alpach. Niedawno dał o sobie znać teledyskiem do singla “Voglia di sparire”. Jego wszystkie teksty są w języku włoskim, a warstwa muzyczna jego piosenek przywodzi na myśl dokonania chociażby Tiziano Ferro, choć on sam się do tego nie przyznaje. Przedstawiamy Luca Minatore!

 

GI: Kim jest i skąd pochodzi Luca Minatore?

LM: Nazywam się Łukasz Górnik, urodziłem się i wychowałem w Polsce, mam 33 lata. Jestem szczęśliwym, wesołym chłopakiem, kochającym życie i jak wielu innych marzącym o karierze artysty. Dużo się uczę jako piosenkarz, ale mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Zacząłem pisać moje piosenki, by móc w ten sposób wyrazić siebie, swoje uczucia i emocje, nie myśląc nawet o tym , że mogą kiedyś zainteresować kogokolwiek. I tak oto właśnie w 2010 roku powstał „Luca Minatore”.

 

GI: Dlaczego wybrałeś akurat Włochy?

LM: Podsumowując, mój pomysł narodził się 5 lat temu. Postanowiłem przyjechać do Włoch, by lepiej nauczyć się języka włoskiego, gdyż na uczelni nie jest się w stanie dobrze go nauczyć. Trzeba rozmawiać z Włochami i poznać dobrze ich życie codzienne. Zawsze powtarzam, że trzeba ćwiczyć, mówić i rozmawiać po włosku. To jest najlepszy sposób, by nauczyć się obcego języka. Życie przez wiele lat w obcym kraju prowadzi do perfekcyjnej znajomości języka. Włochy podobały mi się od zawsze. Zdecydowałem przeprowadzić się tutaj 5 lat temu i odnalazłem się tu bardzo dobrze.

 

GI: Jakie miejsce w Twoim życiu zajmuje muzyka? Jaki artysta najbardziej Cię inspiruje i… czemu jest to akurat Natalia Kukulska? 😉

LM: Muzyka jest dla mnie bardzo ważna. Pomaga mi żyć i oddychać. Ma dla mnie głębokie znaczenie. Oznacza miłość, pozytywną energie, optymizm, ciepło, radość i nadzieję. Wypełnia i ubarwia całe moje życie. Lubię wielu artystów: Mariah Carey, Toni Braxton, Laurę Pausini, Edytę Górniak i Mietka Szcześniaka, ale tylko Natalia Kukulska (moja ukochana piosenkarka) potrafi wzbudzić we mnie prawdziwe emocje. Jest jedną z najlepszych polskich artystek. Jej muzyka jest od zawsze i, śmiem twierdzić, na zawsze w moim sercu.

GI: Czy sam piszesz swoje teksty i muzykę? Opowiedz nam o Twojej ulubionej piosence.

LM: Piszę muzykę odkąd pamiętam. Wszystkie kompozycje, których jestem autorem, powstają z myślą ekperymentowania i zabawy z językiem włoskim. Komponując je szukam już od pierwszego dźwięku tzw. równowagi pomiędzy harmonią, słowami i melodią, by rozjaśnić wszystkie zakątki duszy. Bardzo lubię śpiewać w języku włoskim. Język ten sam w sobie jest bardzo muzykalny. „Voglia di sparire” jest moją ulubioną piosenką. Powstał do niej również teledysk, który można zobaczyć już od 4 tygodni na moim kanale na youtubie. Piosenka ta jest bardzo smutną kompozycją. Słuchając jej zawsze myślę o przeszłości. Zainspirowana jest miłością, bólem, wszelkimi zmianami w życiu, nadzieją i utratą bliskiej osoby. Jest dedykowana wszystkim zranionym. Opowiada historię o chłopcu bardzo wrażliwym i nieszczęśliwie zakochanym w dziewczynie, z którą wkrótce się rozstaje. Na poczatku nie wie co ma począć, jest zdesperowany, nie wychodzi z domu i nie rozmawia z nikim. Przestaje wierzyć w prawdziwą miłość i uczucie. Myśli nieustannie o przeszłości i o tym, co było. Wciąż powracają wspomnienia: słowa, emocje, gesty i miejsca, które pielęgnuje w swojej świadomości. Na szczęście po pewnym czasie zdaje sobie sprawę, że nie można żyć w ten sposób z powodu nieszczęśliwej miłości.

 

GI: Czy Twoja płyta wyszła nakładem włoskim czy polskim? Gdzie można ją dostać?

LM: Mój album zatytułowany „Luca Minatore” nie jest w sprzedaży, gdyż zawiera cover Noemi: „L’amore si odia”, ale wkrótce będzie udostępniony niemal we wszystkich sklepach internetowych!

 

GI: Masz fanów zarówno we Włoszech, jak i w Polsce? Spotykasz się ze zrozumieniem czy raczej z krytyką?

LM: Mam bardzo dużo przyjaznych mi osób, czy to we Włoszech, czy w Polsce, które chcą dla mnie jak najlepiej, kibicują mi i gratulują każdego małego sukcesu. Wszystkim za to bardzo dziękuję, z całego serca. Niestety nie jestem w stanie odpisać każdemu z osobna. Jest naprawdę miło czytać wszystkie te komentarze, które dostaję na fanpage’u: „Gratulacje, piosenka jest naprawdę piękna, tak samo jak teledysk”, „Piękny utwór, aż mi przeszły ciarki”, „Luca, masz super głos i wiesz jak go używać”, itp. Jestem wzruszony. Te słowa są moją siłą!

 

GI: Ubierasz się bardzo modnie, wręcz metroseksualnie. Czy presja na dobry wygląd jest we Włoszech większa niż w Polsce?

LM: Włoska moda jest uważana za jedną z najważniejszych na świecie. Jest najbardziej żywa, kolorowa, śmiem twierdzić, najpiękniejsza. Dla mnie jest ona sposobem, by wyrazić siebie. Pomaga mi. Śledzę ją, ale tylko tę, która mi się podoba. Nie lubię być w centrum zainteresowania. Nie jestem z tych, którzy nie wyjdą z domu, jak nie założą firmowych spodni, czy apaszki. Mój sposób ubierania się, czy czesania może się podobać bądź nie. Mnie się on podoba. To ja decyduję.

 

GI: W innych wywiadach można przeczytać, że uważasz siebie za osobę raczej cichą i spokojną. Jakie masz rady dla Polaków takich jak Ty, chcących przetrwać i odnaleźć się w rozkrzyczanych, szalonych i głośnych włoskich realiach?

LM: Ważne, by pozostać zawze sobą. Trzeba zawsze w siebie wierzyć, w swoje zdolności i w siłę. Nie jest dobrze jeśli próbujesz udawać kogoś, kim nie jesteś. Trzeba pozostać wiernym sobie. Czasami kiedy wszystko się chrzani, kiedy nie czuję się dobrze i jestem zmęczony, zatrzymuję się na chwilę, biorę kilka głębokich oddechów i zaczynam widzieć rzeczywistość w innych barwach.

 

GI: Jakie masz plany na przyszłość? Jakieś koncerty, płyta po polsku?

LM: Wkrótce czeka mnie wizyta w studio nagrań. Napisałem 5 nowych piosenek i nie mogę się już doczekać, by je nagrać!

 

GI: Zatem życzymy powodzenia i dziękujemy za wywiad!

Diana Łapin

0

Prawdziwa artystka, jakością i talentem dorόwnuje światowej sławy fotografom. Tak jak jej dzieła, tak i ona sama ciągle się zmienia. Nowy kolor włosόw, nowa fryzura, zdjęcia fashion, artystyczne, z wydarzeń. Diana lubi zaskakiwać i jest jej pełno wszędzie: w księgarniach, na rozdaniu nagrόd we włoskiej MTV, w architekturze, czy na wybiegach londyńskiego tygodnia mody, a nawet w polityce. Związana na stałe z pόłnocą Włoch (Genuą, a obecnie Mediolanem) przygotowuje się do kolejnych ważnych projektόw: sesji fotograficznej dla włoskiego prestiżowego magazynu LUI, kilku wystaw oraz… to tajemnica. Bez tajemnicy nie byłoby niespodzianki, a na nią wszyscy, w przypadku Diany, czekają!

Jak trafiłaś do Genui?

Do Genui trafiłam poprzez projekt Erasmus, w 2006 roku, z Uniwersytetu Wrocławskiego (Filologia Klasyczna i Kultura Śrόdziemnomorska). Mieszkałam tam do 2013 roku i niedawno przeniosłam się do Mediolanu. Genua jest trudnym miastem. Pięknym, ale o niewielkim rozwoju. Wiele zawdzięczam, niestety zmarłemu niedawno, agentowi prasowemu, Cosimo De Mercurio, ktόry po obejrzeniu przez przypadek mojej wystawy zaproponował mi wspόłpracę. Dzięki niemu poznałam wielu moich pόźniejszych klientόw, wspόłpracownikόw i znajomych. Poznałam rόwnież cudownych ludzi i firmy, ale niestety ogόlnie rzecz biorąc rynek genueński jest bardzo trudny i zamknięty. We Włoszech na razie planuję rozwόj w Mediolanie. Moim planem jest poszerzanie znajomości, więc mam nadzieję z czasem pracować coraz więcej zagranicą: zdarzają się wspόłprace w Niemczech, w Londynie… Nie wykluczam, że pewnego dnia znajdę się w innym kraju, ale nie chcę zrywać kontaktόw z Włochami.

Jesteś cenioną artystką. Z kim wspόłpracujesz?

Dziekuję. Jestem ciągle bardzo “wolnym freelancerem” (pozwolę sobie na ten pleonazm), pracuje z agencjami reklamowymi, dla rόżnych firm, architektόw, profesjonalistόw w rόżnych dziedzinach. Niektόrych stałych i ważnych klientόw można znaleźć na mojej stronie: www.dianalapin.com. Dodam, że zaczynam wspόłpracę z agencją modelek w Mediolanie. Czasem wspόłpracuję w Polsce z agencją Pani Grabowskiej z Bielska-Białej, w lutym będę na London Fashion Week oraz zrobię dwie sesje z młodą stylistką z Hamburga oraz ze stylistą polskim Darien Mynarski. Mam na swoim koncie trochę publikacji w międzynarodowych magazynach modowych jak CHAOS Magazine (NY), Tantalum Magazine, Ellements Magazine i innych. Wkrόtce wyjdą też nowe sesje w LUI Magazine z Mediolanu.

Wiele polskich nazwisk. Co sądzisz o polskim rynku mody?

Polski rynek mody jest na dobrej drodze do rozwoju. Dotychczas miałam przyjemność wspόłpracować z Anną Drabczyńską i z wyżej wymienionym Darienem Mynarskim (ktόry mieszka i pracuje w Londynie), ale co do polskich projektantόw nie chciałabym teraz rzucać nazwiskami przypadkowo, ponieważ jestem na etapie ich poznawania i właśnie ze świetną specjalistką PR z Wrocławia, Joanną Gołębiewską, chcemy zbliżyć się do tego tematu w Polsce. W ostatnich latach jestem jednak skupiona bardziej na rynku włoskim.

U kogo brałaś lekcje z fotografii modowej?

Co do zdjęć fashion, pierwsze doświadczenie zdobyłam z Arturem Bieńkiem w Bielsku-Białej. Od zawsze wolałam obecność człowieka na fotografii. W fotografii fashion znajduję upust dla mojej potrzeby kultu sztuki, pomimo iż jest to bardzo konsumpcjonistyczny sektor. Połączenie sił stylisty, makijażystów i fryzjerów oraz modeli we wspόłpracy z fotografem to coś pięknego.

Bierzesz udział w mediolańskich lub londyńskich pokazach mody?

Byłam zaproszona przez Milk Tv z Berlina na Berlin Fashion Week parę lat temu, pόźniej brałam udział w pokazie hamburskiej szkoły mody JAK. W Mediolanie, pomimo iż mam już paru klientόw, to jeszcze nie pojawiam się często w tym środowisku, ale przyznam, iż zdecydowanie bardziej bawią mnie sesje zdjęciowe niż pokazy: tu potrzebna jest dobra baza techniczna i znajomość zasad, ale nie jest to fotografia kreatywna, ktόrą tak kocham. Czuję się wolna, kiedy mogę działać na osobiście ustalonym planie: czy to fashion, czy portret, czy zdjęcia reklamowe. Oczywiście nie pogardzam pokazami mody, jest to mimo wszystko cudowne doświadczenie.

Jesteś członkinią wielu fotograficznych stowarzyszeń, ale też założycielką tzw. PLITu. Co to takiego?

Od 2008 roku jestem członkinią ZPAF – Zrzeszenia Polskich Artystόw Fotografόw. To najważniejsze i największe zrzeszenie fotografόw w Polsce. Aby się do niego dostać należy przejść przez egzamin oraz zaprezentować swόj projekt w fotografii niekomercyjnej. Jestem rόwnież członkinią Art Commission z Genui, to takie stowarzyszenie artystyczne. Organizuje wydarzenia, wystawy, konkursy w rόżnych dziedzinach sztuki na terenie Genui, w innych miastach i czasem za granicą. PLIT to projekt polsko-włoski. Zorganizowaliśmy Festiwal dla Dzieci w kilku miastach w Polsce i we Włoszech, w którym brali udział fotografowie z Polski (między innymi ze ZPAF), Włoch, Holandii i Rosji. Podczas wystawy były zorganizowane rόżne atrakcje dla dzieci i rodzicόw. Obecnie mam nowy pomysł na projekt z ramienia PLIT, który powstał z chęci wspόłpracy międzynarodowej, oczywiście szczegόlnie pomiędzy krajami, ktόre bezpośrednio wpłynęły na moje życie.

Jakiego fotografa cenisz najbardziej?

W fotografii mody przykładem może być Ruven Afanador, Eugenio Recuenco, Annie Leibovitz czy Polak Szymon Brodziak. We współczesnej fotografii reportażowej według mnie niezmiernie postępowy jest Steve McCurry, ale proponuję zagłębić się w jego tworczość i pominąć sławne portrety, ktόre są oczywiście dobre, ale nie ukazują umiejętności reporterskich. Włoskim bardzo interesującym i sławnym autorem na pograniczu fotografii reklamowej, pejzażowej i fine art jest Franco Fontana.

Organizujesz również wystawy i wspόłpracowałaś z wieloma wybitnymi osobistościami. Czy będzie można zobaczyć cię w najbliższym czasie w Polsce?

Tak, organizuję i wspόłorganizuję eventy, między innymi z Art Commission. W tym momencie jestem bardzo skupiona na nowym środowisku Mediolanu. Wcześniej wspomniałam o projekcie z ramienia PLIT, ale niestety nie mogę na razie zdradzić o czym mowa, ponieważ jest w fazie powstawania. Poza tym mam ważny projekt, Lens on Wine, ktόry narodził się we Włoszech i jest skierowany do Polski i Rosji: proponujemy pobyty we Włoszech z atrakcjami i szkoleniami w sektorze turystyczno-żywieniowym. Kto jest zainteresowany może się z nami skontaktować. Oprόcz tego, ostatnio brałam udział w kilku wystawach i konkursach w Genui, w Polsce prawdopodobnie zrobimy artystyczną sesję fashion z Wicemiss Polski. Co do innych wydarzeń, planujemy z Art Commission kilka wystaw w Mediolanie we wspόłpracy z Galleria Porpora oraz moją osobistą wystawę z siecią ksiegarni Feltrinelli. Co do wspόłpracy z architektami to dotyczy ona publikacji książkowej z Università di Architettura di Genova pod okiem arch. Massimiliano Giberti. Realizuję rόwnież serię okładek do książek dla wydawnictwa Libero di scrivere, praca ta powinna zakonczyć się wystawą. Pomysłόw jest dużo, jestem otwarta na wspόłpracę między Włochami a Polską, także zachęcam do kontaktu, zawsze warto sprόbować!

Maski karnawałowe

0

Na kruche ciasto:

  • 500 gr mąki typu 00
  • 300 gr miękkiego masła
  • 200 gr cukru pudru
  • 3 żółtka
  • starta skórka z jednej małej cytryny
  • ziarna z jednej laski wanilii
  • mała łyżeczka soli

Na polewę:

  • 50 g białek w temperaturze pokojowej
  • 300 g przesianego cukru pudru
  • przefiltrowany sok z cytryny
  • barwniki spożywcze w żelu

Wedle uznania:

  • perełki z kolorowego cukru
  • malutkie kwiatki lub inne dekoracje z masy cukrowej, białej lub kolorowej

Przygotowanie:

Przygotowanie kruchego ciasta:

Do dużej miseczki włożyć mąkę, sól, miękkie masło pokrojone na kawałki, cukier puder oraz aromaty. Wyrabiać ciasto koniuszkami palców, dodając niewielkie ilości wody do czasu, aż powstaną grudki. Następnie dodać 3 żółtka i zagniatać tak długo, aż znikną wszystkie grudki, a ciasto będzie stanowić jednolitą masę. Zawinąć w folię spożywczą, uformować kulę i odłożyć do lodówki na co najmniej dwie godziny.
Wyjąć ciasto z lodówki przynajmniej 30 minut przed użyciem. Dzięki temu odzyska ono plastyczność i łatwiej będzie je formować. Nastawić piekarnik na 175 stopni z nadmuchem.
Rozwałkować ciasto na grubość 5-6 milimetrów, ewentualnie posypując mąką, jeśli ciasto będzie zbyt kleiste. Używając foremki albo samodzielnie zrobionego szablonu (w tym przypadku najlepiej posługiwać się ostrym nożem, przesuwając go dookoła szablonu) wyciąć kształt masek z ciasta.
Umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec przez 12 minut, do momentu kiedy się zarumienią. Dobrze ostudzić.

Przygotowanie polewy:

Do dużego pojemnika wlać białka i mikserem ubić na pianę. Dodać cały cukier puder i dalej miksować na średnich obrotach. Następnie zwiększyć obroty do maksimum i ubijać przez 5 lub 6 minut, aż piana stanie się sztywna i biała.

Rozłożyć pianę do kilku miseczek. W szklance wymieszać sok z cytryny z niewielką ilością ciepłej wody: łyżeczką po trochu dolewać tę mieszankę do piany, aż masa uzyska płynną konsystencję. Do poszczególnych miseczek dodawać po kilka kropli barwników spożywczych wedle uznania – możecie puścić wodze fantazji. Jest już karnawał!
Przełożyć masę do jednorazowego foliowego woreczka do dekoracji i za pomocą ostrych nożyczek zrobić malutką dziurkę na węższym końcu: należy pamiętać o tym, że dziurka powinna być naprawdę mała.

Jesteście już gotowi do dekorowania ciastek!

Wyciskajcie polewę wzdłuż krawędzi ciastka i wokół oczu maski. Następnie wypełnijcie kolorową masą całą powierzchnię wyznaczoną przez kontury, a później białą polewą zróbcie na niej kropki, kwiatki lub fantazyjne ozdoby. Aby uatrakcyjnić Wasze maski, możecie również użyć kwiatków i innych dekoracji z masy cukrowej lub perełek z kolorowego cukru.

Odłóżcie na kilka godzin, aż do wyschnięcia polewy.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Agata Kłodecka

Trening funkcjonalny interwałowy na przyspieszenie metabolizmu

0

Czy jest możliwe połączenie w sposób w miarę płynny i “łagodny” potencjału treningu aerobowego i anaerobowego przy pełnym wykorzystaniu synergii obu typów ćwiczeń?

Trening interwałowy polega na dodawaniu do programu ćwiczeń elementów o wysokim stopniu spalania kalorii na podstawie metody przerywanej, i na podziale pracy na określone części. Cały trening składa sie z jednostek czasowych przeplatających wysiłek z odpoczynkiem, a przerwy wypoczynkowe skracane są z każdym kolejnym cyklem. Ściśle określany jest czas trwania cyklu, intensywność ćwiczeń i ilość powtórzeń. Zmienne natężenie treningu różnicuje nam tętno w poszczególnych jego fazach, co może dać niezwykłe efekty w spalaniu tkanki tłuszczowej. Wysoka intensywność ćwiczeń interwałowych ma dodatkowe zalety. Aby wykonać duży wysiłek, po przerwie na odpoczynek organizm potrzebuje sporej ilości energii, co oznacza, że spala więcej kalorii niż podczas zwkłych ćwiczeń aerobowych

Wyjaśnijmy to lepiej. Na przykład w sytuacji, gdy uprawiamy powiedzmy 20 minutowy jogging, podczas biegu nasze serce pracuje ze wzmożoną siłą, poprawiając krążenie. To oczywiście stymuluje metabolizm, a zatem zużycie kalorii. Możemy jednak dodać do biegu okresowy 30 sekundowy sprint (bardzo szybki bieg), spalając jeszcze więcej, ponieważ dajemy organizmowi szok, stymulując go na krótki czas do bardzo silnej pracy. Korzyści w postaci zwiększonego metabolizmu w treningu interwałowym wynikają przede wszystkim z tego, że ciało nagle zmuszane jest do włożenia w jednym krótkim momencie dodatkowej energii w pracę, a aby do tego doszło musi uaktywnić się mechanizm uwalniania “ekstra energii”, tak, że zaczynamy automatycznie spalać więcej.

To właśnie ten element – niespodziewany bodziec intensyfikujący wysiłek po fazie odpoczynku – ma zasadnicze znaczenie w tego rodzaju treningu. Na tym też polega skuteczność interwałów: kluczowy jest cykl energetyczny ludzkiego organizmu podczas wysiłku fizycznego. Otóż po osiągnięciu pewnego poziomu treningu, dla nas funkcjonalnego, ciało ma tendencję do stabilizacji na tym poziomie. Dlatego należy przeplatać „normalny” wysiłek z gwałtownymi przyspieszeniami, krótkimi, acz bardzo intensywnymi i nagłymi ruchami. Celem nie jest przedłużanie np. sprintu z 1 minuty do 20 (to można uzyskać poprzez ciągłe i stałe treningi), ale zwiększanie szybkości i natężenia sporadycznych i nieprzewidywalnych zrywów. Organizm posiada bowiem swego rodzaju pamięć metaboliczną, która w praktyce przekłada się na tendencję do wytwarzania pewnych nawyków spożytkowania energii przy jednostajnym i regularnym treningu, nawet o wysokiej intensywności, co wbrew pozorom może w rzeczywistości niweczyć wszystkie nasze wysiłki dążące do spalania jak największej ilości kalorii. Na przykład, kiedy zaczynasz bieganie po raz pierwszy, powiedzmy przez 5-10 minut, następnie 15, itp., organizm potrzebuje dużej dawki energii. Po jakimś czasie ciało przyzwyczai się do tego wysiłku i będzie w stanie spełniać potrzeby energetyczne bez zbędnego uwalniania dodatkowej energii. Najbardziej klasyczną wersją treningu interwałowego jest HIIT (high intensity interval training), czyli naprzemienne stosowanie truchtu ze sprintem, choć tak naprawdę można go wykonać przy wielu rodzajach treningów aerobowych. Czy jesteś na siłowni, czy w parku, w swoim domu, czy w ogrodzie, można z powodzeniem wykonać tam mini trening HIIT. Każda bowiem czynność może być jego częścią: chodzi o to, aby w określonym czasie intensywnie wykonywać jakąś czynność i potem robić przerwę. Sztuką podczas zajęć zorganizowanych jest zachowanie różnorodności w treningu, tak żeby ciało nigdy nie miało czasu na nudę, na przemian aktywnie odpoczywając i pracując na określonych poziomach energetycznych. W programie treningu musi być miejsce na niespodzianki i nagłe zwroty, co poza podniesieniem poziomu metabolizmu zwyczajnie poprawia nastrój, bo jednostajny, przewidywalny i nudny trening efektywny pozostaje tylko rozpisany na papierze.

Wskazówka: np. zamiast poświęcić 1 godzinę dziennie na jednostajny trening można podzielić ten czas na krótsze ćwiczenia i wykonywać ich więcej w krótszym czasie. Dodatkowo do rutynowych ćwiczeń na siłowni warto dodać parę krótkich wysiłków w ciągu dnia, przy normalnych czynnościach: szybko wejść po schodach, a nie czekać na windę, zacząć dzień od krótkiego szybkiego marszu na przystanek lub przed zapaleniem silnika samochodu. Można też zaparkować parę przecznic od biura, albo sklepu, i przebiec kawałeczek drogi. Funkcjonalność treningu interwałowego polega na tym, że wydajność, a co za tym idzie zdrowie poprawia się, stajemy się silniejsi, a więc i organizm mniej męczy się przy codziennych czynnościach, wymagających dużej dawki energii.

Kamil Koszak

Trener osobisty i grupowy specjalizujący się w treningach funkcjonalnych i m.in. sportach walki. Współzałożyciel i prowadzący zajęcia w ramach projektu StrefaTreninguFunkcjonalnego #STF 69.

Mosty zakochanych: włoski zwyczaj?

0

W wielu europejskich miastach wśród par coraz bardziej rozwija się zjawisko mostów zakochanych i tzw. „kłódkomanii”. W Polsce swoich mostów doczekały się już m.in. Wrocław, Warszawa, Kraków, Poznań, Łódź, Bydgoszcz czy Szczecin.Moda na przypinanie kłódek zaczęła się w 2006 roku od jednej, w dodatku fikcyjnej kłódki, pochodzącej z książki Federico Moccii „Tylko ciebie chcę” (na podstawie której nakręcono również film). Znajdziemy tam scenę, w której główni bohaterowie, na znak miłości, przypinają kłódkę na rzymskim moście Ponte Milvio, a kluczyk wrzucają do Tybru. Czytelnicy (głównie włoskie nastolatki) podchwycili tę ideę, a wkrótce na Ponte Milvio kłódki zaczeły się pojawiać naprawdę! Poza Włochami pomysł ten szybko rozprzestrzenił się na całą Europę, a w Polsce także na… internet (polecam osobliwą stronę: www.padlockoflove.com). W tym miesiącu, z okazji Walentynek, przedstawiam Wam moje trzy ulubione mosty zakochanych!

1. Kolonia | Most Hohenzollernów

Jeden z głównych elementów krajobrazu stolicy Nadrenii Północnej-Westfalii w zachodnich Niemczech. To tutaj, w styczniu 2009, fenomen mostów zakochanych trafił po raz pierwszy do mojej świadomości. Niemcy nie byliby sobą, gdyby nie wykorzystali tego miejsca do walki o jakąś ważną społecznie kwestię, i tak np. w kwietniu zeszłego roku na moście zawieszone zostały tysiące kłódek układające się w napis: „FREE THE FORCED” (ang. uwolnić zmuszane/zmuszone), zwracający uwagę na losy kobiet zmuszanych do małżeństwa. Co prawda nigdy nie udało mi się zawiesić tam własnej kłódki, ale jest to z pewnością przez swoją wartość sentymentalną jeden z moich ulubionych mostów. Kto nigdy nie był w Kolonii: polecam z całego serca! Rozmiary i piękno katedry Kölner Dom zapierają dech w piersiach.

 

2. Wrocław | Most Tumski

Najsłynniejszy most zakochanych w Polsce. Mieszkańcy i turyści przypinają do jego niebieskich barierek kłódki, a kluczyk wyrzucają do Odry. Nazywany jest Mostem Zakochanych także ze względu na miejską legendę, mówiącą jakoby czekali na nim poszukujący swojej miłości. Podobno należy najpierw udać się do pobliskiej katedry i pomodlić w tej intencji. Potem należy pogłaskać po głowie posąg lwa, który strzeże wejścia do świątyni, a następnie pójść na Most Tumski i czekać na nim na swoją miłość. Ja miałam okazję zobaczyć most na własne oczy około rok temu i zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie (zresztą jak cały Wrocław)!

 

3. Warszawa | Mostek Zakochanych w Wilanowie

Chyba najbardziej uroczy, mały mostek jaki można sobie wyobrazić! Jest to w zasadzie nieco solidniejsza kładka nad Potokiem Służewieckim, nazywanym potocznie… Smródką (latem etymologia tej nazwy staje się nader jasna). Mostek zyskał nową funkcję w odpowiedzi na potrzeby mieszkańców stolicy i odciążył nieco Most Świętokrzyski, który jeszcze do niedawna był głównym miejscem kultu dla warszawskich „kłódkomaniaków”. Niezwykłego wdzięku dodają mostkowi podświetlane serca, tworzące swego rodzaju tunel nad głowami zakochanych. Cudeńko!

Fascynujący Piemont, z trasami narciarskimi, truflami, winem i … Turynem.

0

tłum. Konrad Pustułka

„Piemont to piękne i urocze miejsce, które potrafi zdobyć serce każdego turysty. Życzymy sobie, aby polskich turystów ciągle u nas przybywało, dlatego czekamy na Was tutaj!” – takie oto zaproszenie kieruje do obywateli Polski, którzy zamierzają spędzić wakacje we Włoszech, przewodniczący odpowiedzialny za turystkę regionu Piemont, Alberto Cirio. W rzeczy samej, każdego roku do Piemontu przybywa z Polski około 20 tys. turystów. Okazji do odwiedzenia Piemontu nie brakuje, podkreśla Cirio, poczynając od ważnych wydarzeń religijnych, które odbędą się w tutejszym regionie w latach 2014/2015, a które mogą stanowić atrakcje dla turystki pielgrzymkowej. „Od wyczekiwanych uroczystości związanych z dwusetną rocznicą urodzin księdza Bosco, z której to okazji w przyszłym roku, w okresie wiosenno-letnim zostanie po raz kolejny wystawiony dla zwiedzających Całun Turyński, po Misterium Męki Pańskiej wykonywanej w miejscowości Sordevole. Aby zobaczyć Misterium wykonywane od 200 lat przez teatr ludowy, w którym bierze udział niemalże cała miejscowość, ponad 400 osób, aktorów i statystów, przybywają do Sordevole liczni turyści, nawet ze Stanów Zjednoczonych.”

Przewidziane są też liczne imprezy sportowe, jak choćby „dla pasjonatów kolarstwa zawita tutaj Giro d’Italia, w czasie którego zostanie rozegrana „czasówka win” pomiędzy miejscowościami Barbaresco-Barolo, znanymi z produkcji wina. Wyścig odbędzie się 22 maja 2014 pośród pięknych dolin i miejscowości Langhe, Roero i Monferrato, które ze swoimi winnicami kandydują do miana Światowego Dziedzictwa UNESCO”, dodaje przewodniczący Cirio.

Nie wspominając już o „perle” Piemontu, wyjątkowej i największej atrakcji turystycznej, „o białej trufli w Alba, w której każdego roku jesienią odbywa się największy na świecie targ tego cennego i wonnego grzyba. 84 Międzynarodowe Targi Trufli odbędą się w mieście Alba w weekendy, w soboty i niedziele, pomiędzy 11 października a 16 listopada.

“Wino i gastronomia to jedna z okazałości Piemontu,” tłumaczy Cirio. “Produkty rolne jedyne w swoim rodzaju, renomowani szefowie kuchni i krajobrazy zapierające dech w piersiach, rozciągające się od jezior aż po góry, ze szczytami Piemontu, służącymi za siłownię do ćwiczeń na otwartym powietrzu zarówno w lecie, jak i w zimie. Ponad 1300 km olimpijskich tras narciarskich świetnie przygotowanych do szusowania.”

53 stacji narciarskich, 14 snowparków, 300 wyciągów: w sumie 1300 km tras na światowym poziomie, na których można uprawiać nie tylko narciarstwo alpejskie, lecz także biegi narciarskie, snowboard i saneczkarstwo. Do miejscowości znanych z XX Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Turynie w 2006 roku należą m.in. Sestiere (miasteczko wznoszące się na wysokości 2035 m w dolinie o takiej samej nazwie, pomiędzy Val Chisone e Valle di Susa niedaleko granicy francuskiej).

Sauze d’Oulox i Bardonecchia są wybierane przez miłośników snowboardu. Niedaleko od tych miejscowości w rejonie cuneese znajdują się Limone Piemonte i kompleks narciarski Mondole Ski (Artesina, Prato Nevoso, Frabosa Soprana).

“Piemont”, kontynuuje Cirio “to stolica włoskiego golfa z 50 prestiżowymi klubami rozsianymi po całym terytorium, a także stolica shoppingu z największymi w Europie outletami, proponującymi znane marki ze świata mody po okazyjnych cenach. Na przykład Serravalle Designer Outlet Village angielskiej marki McArthurGlen, znajdujący się w Alessandrii, jest jednym z pierwszych outletów otwartych we Włoszech i uważany jest dzisiaj za jeden z największych Outlet Village w Europie.

„No i oczywiście”, dodaje przewodniczący Cirio „jest do zobaczenia Turyn ze swoimi eleganckimi portykami, z pałacami królewskimi, Pałacem Venaria, historycznymi kawiarniami, Muzeum Egiptu, Muzeum Kina i jeszcze wiele innych rzeczy. Polska jest przepięknym krajem z monumentalnymi i wspaniałymi miastami, a także z doskonałą tradycją kulinarną. Kraj, z którym mam silną osobistą więź za sprawą Ojca Świętego, którego kochałem najbardziej z papieży. Dla naszego regionu Polska to bardzo interesujący rynek rozwoju.”

Pappardelle z sosem ragù z dzika

0

Pappardelle z sosem ragù z dzika to treściwe pierwsze danie wywodzące się z Toskanii, a dokładniej z okoli Grosseto. Ten specjał znaleźć możemy jednak również w kuchni Umbrii i Górnego Lacjum. Potrawę przygotowuje się z drobno posiekanej marynowanej dziczyzny, która następnie podsmażana jest ze zmieloną cebulą, marchewką, selerem i przyprawami. Następnie dodaje się czerwone wino oraz przecier pomidorowy i całość gotuje się przez co najmniej 1,5 godziny. Pappardelle w sosie z dziczyzny najlepiej podawać z kieliszkiem dobrego, mocnego czerwonego wina.

Składniki dla 4 osób:

  • 150g białej cebuli
  • 150g selera naciowego
  • 150g marchwi
  • Szczypta suszonego, tartego rozmarynu
  • Szczypta suszonej, tartej szałwii
  • Szczypta suszonego, tartego liścia laurowego
  • 1l przecieru pomidorowego
  • 1 papryka chili
  • Sól wedle uznania
  • Pół szklanki oliwy z oliwek
  • Czerwone pełne wino
  • Szklanka mleka
  • 2 ząbki czosnku
  • Sól i pieprz czarny mielony do smaku
  • 500g chudego mięsa z dzika
  • 500g makaronu pappardelle

Przygotowanie:

Pozostaw mięso na 24 godziny w marynacie z czerwonego wina czosnku, selera i liści laurowych. Po upływie doby obierz i zetrzyj cebulę oraz czosnek i podsmaż je na oliwie z oliwek w dość dużym rondlu. Dodaj pokrojone w drobną kostkę seler oraz marchew i smaż wszystko razem z przyprawami.

Po 5-10 minutach dodaj odsączone z marynaty i drobno posiekane (lub zmielone maszynką) mięso z dzika. Podsmaż to jeszcze przez chwilę, a następnie dodaj sól i czerwone wino. Kiedy sos już się całkowicie zredukuje, dodaj przecier pomidorowy i gotuj wszystko razem na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu i uważając, aby sos nie zrobił się zbyt gęsty. Jeśli jednak tak się stanie dodaj odrobinę ciepłej wody i kontynuuj gotowanie, które trwać powinno jeszcze około godzinę (całe gotowanie powinno trwać około 1,5 do 2 godzin zależnie od miękkości mięsa). Na kwadrans przed końcem gotowania dodaj mleko i wszystko dobrze wymieszaj.

Pappardelle ugotuj w dużej ilości osolonej wody i dodaj je do sosu. Podawaj z dodatkiem parmezanu.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Konrad Gospodarowicz

KANELI: Tajemniczy przybysze z Południa

0

Na Cmentarzu Ewangelicko–Augsburskim w Warszawie, w zabytkowej części cmentarza znajduje się skromny nagrobek rodziny Kaneli, warszawskiej rodziny włoskich winiarzy, który można obejrzeć również wirtualnie na stronie Cmetarza. Pochowane są w nim dwa pokolenia jednej rodziny: Krystian i Anna Kaneli, ich synowie: Antoni i Władysław, bracia mojej prababci Emilii. A więc gdzie kryje się tajemnica?

Otóż rodzina ta pochodzi z miejscowości Canelli pod Turynem, w Piemoncie, „zagłębia winorośli”, ale pisownia jej nazwiska wskazuje, że albo uległo spolonizowaniu, albo jest to rodzina pochodzenia greckiego (co zgadzało by się z faktem, iż w czasie II WŚ Niemcy mówili o mojej mamie, wnuczce Emilii Kaneli, że posiada grecki typ urody).

W miejscowym archiwum Canelli przy parafii świętego Tomasza nie udało się odnaleźć danych tej rodziny. W 1994 roku miasto nawiedziła powódź i część zasobów archiwalnych uległa zniszczeniu, o czym poinformował mnie konsulat polski w Mediolanie zanim zdecydowałam się na podróż.

Pierwsza informacja o pojawieniu się jej w Polsce sięga siedemnastego wieku i wskazuje na Kraków, kiedy to Kazimierz Bonifacy Kaneli stał się właścicielem jednej z krakowskich kamienic. Potem za udział w Powstaniu Listopadowym 1831 roku Mikołaj Kaneli otrzymał za bitwę pod Ostrołęką order Virtuti Militari V klasy. Jakie łączyły ich więzy pokrewieństwa? Trudno to w tej chwili ustalić.

Natomiast w Warszawie po raz pierwszy nazwisko to pojawia się w TARYFACH WARSZAWSKICH z 1787 roku, można się z nich dowiedzieć, że jeden z Kanelich dzierżawił dom drewniany na ulicy Śliskiej.

Włoska firma Canelli rozwijała się na przestrzeni wielu lat, począwszy od XVII/XVIII wieku i nadal funkcjonuje na zasadzie podziału wypracowanych zysków. Ponieważ moi przodkowie do tradycji rodzinnej sięgnęli po kilku nieudanych próbach kupieckich, takich jak fabryka sukna czy handel mięsem, ich włoscy kuzyni obawiali się, że sobie nie poradzą. Jednak ta próba okazała się pomyślna i firma zaczęła szybko się rozwijać. Jej założycielami byli Władysław i Jan Kaneli, przyrodni bracia. Kiedy szukałam śladów potwierdzających istnienie firmy na warszawskim rynku, dowiedziałam się kilku interesujących szczegółów.

W okresie rozbiorów w Polsce nie istniał obowiązek rejestrowania firm, gdyż nie było państwowości polskiej. Dlatego też trudno jest ustalić dokładną datę zaistnienia tej firmy.

Jedynym śladem jej istnienia jest wpis do książki telefonicznej z okresu okupacji. Nie żył już wtedy jej założyciel, Władysław Kaneli, ale w niemieckiej książce teleadresowej widniało nadal jego nazwisko. Natomiast w okresie powojennym, kiedy prowadzeniem firmy zajął się jego brat Jan, nie udało mi się odnaleźć żadnych danych potwierdzających istnienie tego składu win importowanych: być może zmienił nazwę.

W Archiwum Akt Nowych, przy pl. Hankiewicza w Warszawie, natrafiłam jedynie na lakoniczną informację, że w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku teczka z aktami dotyczącymi przedwojennych, cudzoziemskich firm zaginęła w czasie skontrum.

Jana Kaneli, swojego stryjecznego pradziadka, widziałam tylko raz w życiu. Był typowym Włochem. Niewysoki, kędzierzawy, o śniadej cerze. Wino stanowiło sens jego życia. Kochał muzykę, poezję, a lata pięćdziesiąte nie sprzyjały takim ludziom, źle się czuł w powojennej Polsce, w której następowała brutalizacja życia społecznego. Tak jak wielu innym właścicielom, odebrano mu jego własność.

Nowy zarząd firmy zaproponował mu co prawda kierownicze stanowisko, gdyż nosił nazwisko liczące się w świecie szlachetnych trunków, a oni znali się przede wszystkim na alkoholach pośledniejszego gatunku, takich jak wódka. Ich współpraca nie miała jednak szans, zresztą niedługo potem Jan zmarł.

Byłam na jego pogrzebie. Miałam wtedy dziewięć lat, ale zapamiętałam smętne tony skrzypiec, wyrażające tęsknotę za minioną epoką.

Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się uzyskać odpowiedź na kilka pytań, które na razie muszą pozostać retoryczne. Kiedy moi przodkowie przybyli do Polski? Czy byli to pra-pra-pra–dziadkowie, czy jeszcze wcześniejsze pokolenia?

W czasie swoich poszukiwań natrafiłam na informacje dotyczące na przykład Władysława Kaneli, związanego z dziewiętnastowiecznym Polsko–Bułgarskim Towarzystwem. Nie udało mi się jednak ustalić, czy chodzi o mojego stryjecznego pradziadka, czy też jest to tylko zbieżność nazwisk… ale in vino veritas!

Jest to jedynie fragment przygotowywanej przeze mnie historii rodzinnej. Jeżeli ktokolwiek natrafi na informacje dotyczące osób noszących to nazwisko, będę wdzięczna za informacje na adres mariadybowska@interia.pl.