tłumaczenie pl: Agata Pachucy
Pewnego styczniowego dnia 1996 roku wsiadłem do pociągu w Goa, katolickiej enklawie i portugalskiej kolonii do 1961 roku, a następnie, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kultowej destynacji dla alternatywnych europejskich podróżników. To mały indyjski stan z pięknymi plażami, które delikatnie wychodzą na Morze Arabskie.
To właśnie wtedy Bombaj, portugalska nazwa oznaczająca „dobrą zatokę”, stawał się Mumbajem. Zmiana dyktowana względami politycznymi, aby jeszcze bardziej zdystansować się od kolonialnej spuścizny. Podróż pociągiem, podzielonym na cztery klasy, z Goa do Bombaju trwała 22 godziny, dzisiaj trwa 11 godzin i 10 minut.
Po dwudziestu godzinach podróży, przeczytaniu wszystkich lektur, oczywiście na papierze i zaspokojeniu najskrytszych impulsów pisarskich w moim czarnym notatniku Moleskine, a także po wyczerpaniu niestrudzonej ciekawości, zarówno do obserwowania krajobrazów zmieniających się powoli za oknem, jak i do socjologicznej analizy nieustannie zmieniającej się fauny, która ze mną podróżowała, do mojego przedziału wchodzi bardzo szczupły chłopak w białej tunice i z niewielką walizką. Siada naprzeciwko mnie, pomimo wolnego miejsca pozostawionego przez znacznie bardziej interesującą młodą sikhijską parę, z którą podróżowałem przez poprzednie 20 godzin. On wysoki i silny, z pięknym turbanem w ciepłych odcieniach żółci i czerwieni, którym owinął włosy i kosmyki, które według sikhizmu nie powinny być ścinane, lecz akceptowane jako wyraz woli Stwórcy. Ona młoda, urocza, niebieskooka matka, która na przemian karmiła piersią swojego synka i okazywała czułe gesty delikatności swojemu mężowi, który je odwzajemniał. Mieszanka estetycznego piękna i siły natury, którą mógłbym oglądać non stop przez kolejne 20 godzin.
Chłopak, nie zważając na moją rażąco szorstką obojętność, częściowo usprawiedliwioną zmęczeniem, za wszelką cenę chce mnie poznać, snując niekończącą się sekwencję pytań, które świadczą o wyraźnym materialnym zainteresowaniu moją osobą. Pyta mnie o to, ile zarabiam, ile mam dzieci, ile pokoi ma mój dom i o inne ilościowe udogodnienia, które sprawiają, że zastanawiam się nad niektórymi banalnymi europejskimi dyskusjami na temat indyjskiej duchowości. Spośród wielu krajów, które odwiedziłem, Indie z pewnością wydawały mi się najbardziej materialne.
Żeby nie przedłużać, gdy pociąg powoli zatrzymuje się na torach imponującej stacji Chhatrapati Shivaji, niegdyś Victoria Terminus, która w 2004 roku została wpisana na listę dziedzictwa Unesco, wyciągam Lonely Planet, biblię podróżników sprzed ery internetowej, gdzie już wcześniej zaznaczyłem na mapie kilka tanich hoteli. Gest, który dla mojego pedantycznego towarzysza podróży jest zaproszeniem do interakcji, więc atakuje: „Zabrać cię do hotelu mojego przyjaciela?”
„Może polecę ci któryś z tych w przewodniku?”
„Nie!”
Chłopak nie traci ducha i kiedy pociąg całkowicie się zatrzymuje, podnosi mój plecak, uśmiechając się: „Zaniosę go za ciebie”.
„Absolutnie nie!” Odpowiadam, ładując go na ramię i próbując w szybkim tempie zgubić go najpierw na korytarzu wagonu, a potem na stacji.
Wychodzę na peron i szukam taksówki, chłopak z pociągu wyprzedza mnie, zatrzymuje jedną i pokazuje, żebym wsiadał.
„Nie! Znajdę inną!”, odpowiadam z całym doświadczeniem, które gromadzi się podróżując długimi tygodniami samotnie w Indiach, gdzie często porady dotyczące hoteli, restauracji, sklepów dyktowane są chęcią otrzymania napiwku za przyprowadzenie klienta.
Po znalezieniu taksówki odwracam się i żegnam się z nim oschle, a on ze smutnym spojrzeniem pyta:
„Czy mógłbym chociaż wsiąść z tobą do taksówki, a potem pojadę dalej?”
Wybuch empatii mimowolnie przebija się przez mój pancerz, który rozwinął się z powodu zmęczenia podróżą i relacjami: „Dobrze”.
Daję wskazówki kierowcy. Kiedy dojeżdżamy pod mały hotel, żegnam się z moim towarzyszem w samochodzie, powstrzymując chęć odprowadzenia mnie do środka, aby, jak twierdził, pomóc mi negocjować cenę.
Pytanie mnie zaskakuje, w ciągu kilku sekund zdaję sobie sprawę, że po 22 godzinach podróży jestem wściekle głodny.
„Spotkajmy się tam za godzinę”, wskazuję ręką mały sklep z bibelotami.
„Do zobaczenia później!”, odpowiada radośnie chłopak w tunice.
Po wzięciu prysznica i odzyskaniu sił, schodzę na dół 15 minut przed umówionym spotkaniem i ustawiam się na rogu ulicy, skąd mogę śledzić przybycie chłopaka z ukrycia. Może się to wydawać przesadną ostrożnością, ale – jak pokazano w doskonałym serialu „The Serpent” opartym na zbrodniach Charlesa Sobhraja przeciwko nieświadomym podróżnikom – w takich przypadkach lepiej jest kontrolować sytuację i upewnić się, że chłopak jest sam.
Wybieram pierwszą napotkaną restaurację, oczywiście wegetariańską. Przy stole chłopak, który zamówił tylko herbatę, przez całą kolację kontynuuje rozmowę, przeplatając pytania – na które nie odpowiadam, ponieważ zamierzam pochłonąć jak najwięcej tego pysznego, pikantnego i kolorowego jedzenia – z opowieściami o swojej rodzinie, których słucham z roztargnieniem.
W końcu najedzony, mówię mu: „dziękuję za towarzystwo, ale teraz jestem naprawdę zmęczony i wracam do hotelu”, uśmiecha się radośnie, wymieniamy dane kontaktowe i proszę kelnera o rachunek, a on odpowiada: „twój przyjaciel już zapłacił”.
„Jak to?”
„Dla mnie to wielka przyjemność rozmawiać i uczyć się rzeczy od człowieka z Zachodu”.
„Ale ty nic nie zjadłeś! Nie, pozwól, że oddam ci pieniądze za kolację”.
„Nie, absolutnie, należę do klasy, którą nazywamy tutaj braminami, jesteśmy na szczycie indyjskiego społeczeństwa i zależy nam, aby uczyć się od obcokrajowców”.
Jestem oszołomiony i przytłoczony poczuciem winy za to, że najadłem się jak lew na koszt tego chłopaka, wstydzę się tego, że traktowałem go najpierw ozięble, a potem z powściągliwą wyższością i myślę, że byłem złym przykładem obcokrajowca, od którego nie można było niczego się nauczyć. Moje uprzedzenia były błędne, otrzymałem życiową lekcję, którą dziś, 28 lat później, nadal odczuwam z palącą aktualnością.
Jest to jedna z anegdot z lat samotnego podróżowania, kiedy wyjeżdżałem z biletem lotniczym w jedną stronę, plecakiem, śpiworem na wypadek sytuacji awaryjnych, notatnikiem Moleskine i przewodnikiem Lonely Planet. Wyrwanie się z codziennej rutyny na co najmniej kilka tygodni, w miarę możliwości na miesiąc, by odkryć kraje i kultury, które odwiedziłem i odwiedzam, wyobrażając sobie za każdym razem, jak by to było tam mieszkać, próbując lokalnej kuchni, unikając globalnych ofert kulinarnych i otwierając się na nowe przyjaźnie z mieszkańcami lub innymi podróżnikami. Filozofia podróżowania oparta na chęci uczenia się, aby powrócić wzbogaconym nie tylko o egzotyczne przedmioty, ale przede wszystkim o doświadczenia i wspomnienia, które pozostają na zawsze.
Często podczas podróży oddaję koszulki, które przywiozłem z domu, aby zrobić miejsce na nowe zakupy – gwatemalskie obrusy, nepalskie szale z kaszmiru, indyjskie podpórki do książek, bransoletki Masajów – z przyjemnością myśląc, że te moje ubrania są następnie używane przez kogoś nad jeziorem Titicaca lub na wyspie Sulawesi.
Nie zawsze ma się tyle szczęścia, by mieć czas i środki na podróżowanie do odległych krajów, ale zawsze – nawet spędzając weekend w jakimś europejskim mieście, wracając do miejsca, które już się widziało, a nawet odwiedzając miejsca niedaleko od domu – ma się możliwość wyboru, jakiego rodzaju podejście chcemy mieć do świata.
Wędrując po moim mieście, Wenecji – w którym z pewnością nie brakuje atrakcji kulturalnych i gastronomicznych – widzę turystów (nie podróżników), zatrzymujących się na ponad pół godziny, aby kupić dwie gałki lodów w konkretnej lodziarni, zastanawiam się, jaka jest ich skala priorytetów, ponieważ często mają tylko jeden dzień (!) na zwiedzanie Wenecji.
Wiem, wiem, w dobie Internetu każdy najpierw sprawdza w sieci, co warto zwiedzić w danym miejscu i czyta recenzje lokali, hoteli, sklepów. Ale dlaczego nie unikać tych „obowiązkowych” miejsc? Dlaczego, zamiast dołączać do mas, nie wyróżnić się, odkrywając coś nowego? A potem mieć nowe wspomnienia do opowiedzenia? A jeśli ma się mało czasu, to czy w ogóle można go marnować na stanie w kolejce do jakiegoś miejsca polecanego przez nie wiadomo jakiego samozwańczego eksperta, zamiast wykorzystać każdą minutę na autentyczne doświadczenie? We Włoszech nie brakuje dobrych lodziarni, ale brakuje czasu, aby zobaczyć nieskończone bogactwo, jakie oferuje ten kraj.
Przez wieki zamożne rodziny wysyłały swoje dzieci na Grand Tour do Włoch i innych krajów europejskich jako formę inwestycji kulturalnej i społecznej. Doświadczenie podróży było istotnym elementem edukacyjnym dla indywidualnego rozwoju. Fakt, że dziś możemy poruszać się łatwiej i oglądać świat online, nie powinien pozbawiać nas sensu i przyjemności z podróżowania, ani indywidualności naszego doświadczenia, które, jeśli nie jest osobiste i prawdziwe, nie jest doświadczeniem, ale zwykłą repliką doświadczeń innych.
Znaczenie słowa doświadczenie: praktyczna wiedza o życiu lub pewnej sferze rzeczywistości, nabyta przez czas i ćwiczenia; to dla nas wskazówka, co jest tak naprawdę ważne podczas naszej podróży: czas i praktyczne ćwiczenia.
Przed podróżą do Indii, jak zwykle, przeczytałem trochę o tym ogromnym, niesamowitym kraju i przestudiowałem Lonely Planet. Ale nigdy nie wyruszyłem w żadną podróż, aby znaleźć to, co wyobrażałem sobie siedząc w domu na kanapie. Jeśli podróż nas nie zaskakuje i nie wzbogaca, nie zmienia nas, to nie jest to podróż. Jeśli wyruszamy, aby potwierdzić nasze wyobrażenia i uprzedzenia, czyli to, co myślimy, że wiemy o danym kraju, nie jesteśmy podróżnikami, ale turystami, którzy podążają szlakami, które są równie wygodne, co banalne.
W roku dedykowanym Marco Polo pozwolę sobie stwierdzić, że wybór bycia turystą lub podróżnikiem ma jeszcze większe znaczenie!











































Ubiegłej wiosny byłem pochłonięty podróżami i obowiązkami, miałem też wyruszyć w nową pozaeuropejską przygodę życia. Jednak poczułem też potrzebę, by znaleźć czas na poznanie bogactwa naszej pięknej Italii, głównie na płaszczyźnie kulturalnej i gastronomicznej. Tak więc, w sprawdzonym wcześniej towarzystwie mojej kuzynki Ireny, zdecydowaliśmy się wyjechać na trzy dni do Abruzji i Molise. Nie ma sensu podkreślać (a robię to za każdym razem!), jak bardzo każdy region Włoch jest przesiąknięty historią, tradycjami i naturą oraz jak można spędzić w każdym z nich (o ile w ogóle można) mnóstwo czasu bez ryzyka na brak inspiracji: to jeden z niewielu pewników w życiu! Naszym pierwszym przystankiem na trasie była L’Aquila, stolica Abruzji. Malownicze miasto, nad którym góruje majestatyczny (i ośnieżony) Gran Sasso, którego rany, spowodowane niedawnym bolesnym doświadczeniem sejsmicznym, są wciąż zbyt dotkliwe. Mimo, że miasto pełne jest dzieł sztuki, architektury i życia, ta „szczególna” atmosfera jest niestety czymś równie odczuwalnym. Przy stole, wiemy, co wybrać. Na obiad królują ręcznie robione arrosticini z owczego mięsa, jest także bardzo smaczna wątróbka, a temu wszystkiemu towarzyszą bruschettoni z grzybami i kiełbasą. Późnym popołudniem ruszamy wzdłuż wybrzeża Adriatyku, w stronę urokliwego
Termoli. Mówimy o jednym z głównych miast Molise, jedynym porcie w regionie i strategicznym punkcie, z którego można zwiedzać okolicę. Z łatwością można stąd dotrzeć na wyspy Tremiti lub, udając się w głąb lądu, do oddalonego o około godzinę Campobasso. To właśnie stolica Molise będzie głównym celem kolejnego dnia, jednak nie wcześniej niż po spędzeniu przyjemnego wieczoru na spacerach między uliczkami Termoli i malowniczego Borgo Antico. Kolacja? Niezawodna pizza, a zaraz po niej taktyczny postój w cukierni. Jak już zostało wspomniane, następnego dnia udajemy się do Campobasso, trasą charakteryzującą się dużą ilością zieleni. Będąc w mieście, po przechadzce urokliwymi uliczkami, przechodzimy w stronę zamku Monforte, by podziwiać z góry otaczającą panoramę, której nieustannie towarzyszy niebo, które w połowie świeci błękitem, a w połowie wzburzoną wodą. Spacer wśród kościółków, domków i świętych sosen jest wart nawet ryzyka deszczu. Zejdźmy teraz z powrotem w dolną część miasta i udajmy się na lunch do miejsca, które lubię najbardziej, czyli do małych sklepików, gdzie zachwycają liczne wędliny, sery, regionalne desery i inne specjały. To właśnie te elementy składają się na „prostotę” (bo w sumie, co jest lepszego od dobrej kanapki?) i wykwintność posiłku w lokalu, który oferuje szeroki wybór produktów z całego Molise: nie chcesz zapełnić swojego plecaka odrobiną salsicci, soppressaty czy sera
caciocavallo, by zabrać je również do domu? Późnym popołudniem, po dalszym zwiedzaniu, wracamy do Termoli, gdzie przed kolacją wspaniałe światło i obowiązkowe gelato towarzyszą kolejnemu przyjemnemu spacerowi. Tym razem daniem głównym są cavatelli, ręcznie robione na naszych oczach przez starszą panią, niemal hipnotyzującą, gdy patrzy się jak ożywia świeży makaron. Typowe czerwone wina i inne lokalne specjały dopełniają obraz satysfakcjonującej kolacji. Trzeci i ostatni dzień: wczesnym rankiem wyruszamy w górę Abruzji, w stronę San Vito Chietino, skąd wybieramy się na spacer po Costa dei Trabocchi. Pogoda nie dopisuje, lepiej poczekać na możliwe rozpogodzenie popołudniem, więc nie mogę oprzeć się ciekawości, by postawić nogę w pobliskim Lanciano – mieście, które zawsze mi coś sugerowało, podobnie jak kilka innych miast w środkowych Włoszech. Tak jak wiele innych rzeczy, często te, które zdarzają się przez przypadek, są tymi najlepszymi. Chcę nadać absolutną wartość temu, czego tutaj doświadczyłem, bo tak naprawdę dzień mógłby się zakończyć dzisiaj rano. W kilku słowach opiszę popołudnie i wieczór, które również były niesamowite. Obfity rybny lunch (smażona ryba, paccheri z owocami morza, faszerowane kałamarnice…) w San Vito, długa malownicza ulica Costa dei Trabocchi i drewniane budynki wędkarskie, które oddają charakter tego fragmentu Adriatyku przed nocnym powrotem do Lombardii. Jesteśmy w Lanciano. Po chwili przechadzania się przez malownicze miasteczko, wchodzimy do miejsca (również po to, by schować się przed deszczem), które nas intryguje: „Sklep Wędrującego Podróżnika”.
Dużo podróżowałem w życiu, ale… naprawdę nigdy nie widziałem i nie doświadczyłem takiego miejsca jak to. Właściwie, zamiast opowiadać o miejscu, opowiedziałbym o faktycznym doświadczeniu, które ostatecznie zabrałem ze sobą do domu. Spotkaliśmy tu wspaniałych ludzi, którzy przyjęli nas jakbyśmy znali się od zawsze. Częstowali kawą, deserem, rozmawialiśmy wspólnie o wielu sprawach, przekazali nam miłość i pasję do swojej ziemi, a także sprezentowali nam księgę miasta. W środku czas się zatrzymał, więc nawet nie wiem, jak długo tam siedzieliśmy. Niestety, nadszedł czas powrotu, ale mam szczerą nadzieję, że pewnego dnia, będę mógł tam wrócić. 