Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 76

Miłość o smaku makaronu

0

Artykuł został opublikowany w numerze 79 Gazzetty Italia (luty-marzec 2020)

Mój tekst to subiektywny opis obserwacji, lista doświadczeń, zapamiętanych uczuć i obrazów. Esencja tego, co mam do powiedzenia na temat Włoch, tamtejszej kultury i ludzi. Coś w rodzaju kartki z pamiętnika, którą wyrywam, aby się nią podzielić.

Justyna Czerwonka

Miłość może narodzić się wszędzie, nieoczekiwanie, z impulsu. Ja swoją miłość od pierwszego wejrzenia, miłość do Włoch, pamiętam doskonale i pozostaję jej wierna. W czerwcu 2016 roku po raz pierwszy pojechałam do Włoch na miesięczny projekt EVS do Apulii, w uroczych okolicach Bari. Pamiętam do dziś ciepły powiew powietrza, który poczułam wysiadając z samolotu. Myślę, że to właśnie wtedy zrozumiałam, jak bardzo względnym pojęciem jest czas. Z jednej strony to był aż miesiąc pełen wrażeń. Z drugiej, minął tak szybko, że od razu zaczęłam myśleć o powrocie do Włoch. Właśnie podczas tego miesiąca zmieniłam swoje dotychczasowe plany i podjęłam decyzję o studiowaniu języka włoskiego. Zaczęłam namiętnie studiować język, kulturę, poznawać i rozumieć ludzi. Im więcej rozumiałam, tym więcej chciałam wiedzieć, tym bardziej się zakochiwałam.

Mój karnawał trwał rok

W międzyczasie odwiedziłam wiele miast i miasteczek. Wieczny Rzym, przepełniony smakami Neapol, czy ekskluzywny Mediolan. Ale na częściowe studia zagraniczne wybrałam Wenecję. Odkrywając to wyjątkowe miasto odkryłam siebie na nowo. Nigdy nie zapomnę tego, jak przytulona przez miasto czułam się od pierwszego dnia. Tego samego dnia wzrósł procent zagubionych ludzi w Wenecji. Jednak warto się tam zgubić, bo w Wenecji wszystko ma niepowtarzalny urok. Wąskie uliczki między starymi kamienicami, na których widać zapisaną historię. Kojący odgłos przycumowanych gondoli uderzających o taflę wody. Kawa w Caffè Florian z widokiem na bazylikę. Pobliskie wyspy Murano i Burano. Festiwal Filmowy. Rejs linią numer 1, żeby zobaczyć piękno Canal Grande – malowniczej trasy, której nie da się jej zapomnieć. W Wenecji trzeba zobaczyć zarówno najbardziej zatłoczone, znane turystom miejsca, jak i dać się zaprowadzić z dala od serca miasta i wsłuchać się w jego rytm. Oczywiście wspomnę też o weneckim karnawale, bo przecież plac św. Marka to najpiękniejsza sala balowa. Zamaskowane twarze, kolorowe kostiumy. Bez wątpienia jest to niesamowite przeżycie, moc wrażeń. Dla mnie jednak karnawał nie zaczął się w lutym i nie skończył po kilkunastu dniach. Mój wyjątkowy czas w Wenecji, kolorowy i niepowtarzalny, trwał rok. Najpiękniejszy jaki mogłam sobie wymarzyć.

Trinacria uśmiecha się do mnie

Zakochana w Wenecji poleciałam na Sycylię. Spektakularna. Gorąca. Zachwycająca. Ośmielę się nawet powiedzieć, że teraz trochę moja. Sentyment do La Serenissimy pozostanie na zawsze, jednak Sycylia bez wątpienia również skradła moje serce. Bogata historia, oryginalny charakter, pyszne jedzenie, widoki tak piękne, że czasami myślę, że mam zbyt ubogie słownictwo, żeby je opisać. I nie mam tu na myśli opisywania ich w dialekcie. Ten jest dla mnie po prostu obcym językiem. Wracając do tematu, tym co w moim odczuciu tworzy klimat i decyduje o chęci powrotu są ludzie. Głośni, uśmiechnięci, cieszący się sycylijskim stylem życia. To zaraźliwe. Jest to jeden z wielu powodów, dla których lubię na Sycylię wracać. Wszystko jest tam gorące, piękne, smakowite i słodko-leniwe. Jest jeszcze kilka regionów Włoch, których nie widziałam. Nadrobię to szybko, jednak Veneto i Sycylia, dzięki dotychczasowym doświadczeniom, znalazły sobie wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Kawa smakuje inaczej

Najwięcej pieniędzy wydałam na nietypowe smaki lodów, którym nie sposób się oprzeć. Od kiedy pamiętam fascynowała mnie włoska kultura jedzenia wraz z całym rytuałem, który towarzyszy spożywaniu posiłków. Nieważne, czy w domu, czy w restauracji – ważne, że razem. W powietrzu czuć zapach potraw, słychać śmiechy przyjaciół, dźwięk zastawianych stołów. Codziennie ta sama melodia – włoski rytm dnia. Wesoło, rodzinnie, przyjacielsko. Z godziny na godzinę przybywa ludzi i smak jest jeszcze bardziej intensywny. Do tego mocna kawa, która we Włoszech smakuje zupełnie inaczej.

Niczego tu nie brakuje

Włochy z pewnością można pokochać za kuchnię bazującą na świeżych produktach, czy zapierającą dech w piersiach architekturę. Można zachwycać się pięknem i różnorodnością krajobrazu, literaturą, melodyjnym językiem. Żaden kraj nie działa jednocześnie tak silnie na wszystkie zmysły. Jednak coś, co mnie najbardziej fascynuje i wzbudza bezgraniczną sympatię to ludzie. Każdy się uśmiecha, sprzedawca pyta o samopoczucie, kelner życzy miłego dnia, sąsiad zaprasza na kolację. Wszyscy Włosi są modnie ubrani, uśmiechnięci, wybuchowi, pewni siebie, przywiązani do rodziny i swojego miejsca pochodzenia. I te gesty! Włosi język ciała mają opanowany do perfekcji. Tu wszystko tętni życiem i nikt się nie spieszy (chyba, że jesteśmy w Mediolanie). Pisząc krótko- niczego tu nie brakuje.

Człowiek cywilizowany

Wróciłam na trochę do Polski, ale nie ma dnia, żebym nie myślała o dolce vita. Tradycje i charakter Włochów to zarówno wielki czar jak i despotyczna siła, której niezmiennie ulegam. Włochy na zawsze pozostaną dla mnie piękne i jednocześnie tak bardzo różne. To kraj, który mnie fascynuje, rozpieszcza, czasami wręcz onieśmiela. I choć podróżuję dużo, nie tylko po Italii to, wracając do początku, w miłości ważna jest wierność. Ja Włochom pozostanę wierna na zawsze. Stąd też sama o sobie mówię „fake italiana”, ponieważ piosenkę Toto Cutugno „Un italiano vero” mogę tylko nucić. Tu jednak na pocieszenie przychodzi mi aforyzm Henryka Sienkiewicza: „Każdy człowiek cywilizowany ma dwie ojczyzny: własną i Włochy”. I ja jako oddana czytelniczka literatury bardzo się tego trzymam.

foto: Justyna Czerwonka

Karczoch czy słonecznik? Nie, to topinambur!

0

Artykuł został opublikowany w numerze 79 Gazzetty Italia (luty-marzec 2020)

Niemiecka rzepa, karczoch jerozolimski, słonecznik kanadyjski lub po prostu topinambur! Ile nazw dla warzywa tak prostego, ale jakże wszechstronnego w kuchni! 

Jego nazwa naukowa to Helianthus Tuberosus. Nazwa ogólna (Helianthus) pochodzi od dwóch greckich słów: „helios” (słońce) i „anthos” (kwiat) w nawiązaniu do tendencji niektórych roślin z tego rodzaju do odwracania kwiatostanu w stronę słońca, reakcja zwana heliotropizmem. Nazwa gatunkowa (tuberosus) oznacza bylinę, której organem przetrwania z roku na rok jest bulwa.

Roślina pochodzi z Ameryki Północnej, ale jej uprawa rozprzestrzeniła się na cały kontynent. Początkowo była doceniana przez Europejczyków wyłącznie z uwagi na jej walory estetyczne, ze względu na żółte kwiaty podobne do słoneczników. Kulinarne zastosowanie odkrył dopiero na początku XVI wieku Francuz Samuel Champlain, który skosztował bulw tubylczych populacji i zafascynowanował się smakiem przypominającym smak karczocha.

Kilka lat później topinambur pojawił się na francuskim rynku i wkrótce stał się bardzo popularny wśród ludu, szczególnie wśród klas mniej zamożnych, które mogły liczyć na tę łatwą w uprawie i ogólnie dostępną chwastową roślinę.

Przez dziesięciolecia topinambur odszedł w zapomnienie, teraz jego powrót na nasze stoły jest więcej niż zasłużony, ponieważ ta bulwa gwarantuje liczne korzyści z kulinarnego i odżywczego punktu widzenia.

Po pierwsze, obniża poziom cholesterolu. Dzięki inulinie, jest to rodzaj błonnika, który jest w stanie zmniejszyć wchłanianie jelitowe złego cholesterolu (LDL) i cukrów. Dlatego topinambur przydatny jest zarówno w zapobieganiu chorobom sercowo-naczyniowym, jak i dla osób cierpiących na wysoki poziom cukru we krwi lub cukrzycę. 

To właśnie dzięki inulinie bulwa daje poczucie sytości, utrzymujące się przez dłuższy czas. Niezastąpiony sojusznik podczas odchudzania i kontroli masy ciała. W szczególności, jeśli jest przyjmowany wraz z dużą ilością wody, pomaga regulować przemianę materii i utrzymać płaski brzuch. Działa również moczopędnie i przeciwdziała zatrzymywaniu wody i cellulitowi, dzięki niskiej zawartości sodu.

Zawiera także argininę, aminokwas stymulujący układ odpornościowy.

Kiedy jeść? Topinambur jest warzywem typowo zimowym. Można go uprawiać w doniczkach, wystarczy umieścić bulwę pod ziemią (można ją pokroić na kilka kawałków) w okresie od stycznia do marca, dobrze jest przykryć ją dodatkowo słomą lub suchymi liśćmi. Bulwy zbiera się późnym latem przy białej odmianie lub od października do kwietnia przy odmianie bordeaux. Można je przechowywać w lodówce przez okres 4-5 dni.

Przygotowanie topinamburu jest proste, można go jeść na surowo i po ugotowaniu. Trzeba pamiętać o założeniu rękawiczek, aby zapobiec poczernieniu dłoni na skutek utlenienia miazgi w kontakcie z powietrzem.

Bulwę należy energicznie i szybko szczotkować pod świeżą bieżącą wodą: nie trzeba usuwać całej skórki, ponieważ jest ona zwykle cienka i łatwo przyswajalna. Po oczyszczeniu karczoch jerozolimski należy zanurzyć w misce zawierającej wodę i sok z cytryny, aby zapobiec jego czernieniu.

Aby użyć go na surowo, należy go bardzo cienko pokroić, doprawić oliwą z oliwek, cytryną i natką pietruszki.

Jeśli wolisz gotowany topinambur, to preferowane jest pieczenie lub gotowanie na parze, aby zachować składniki odżywcze. Można go również usmażyć, użyć jako bazę do zup kremowych lub szybko podpiec na patelni lub woku.

W przypadku problemów z trawieniem (wzdęcia i nadmiar gazów) zaleca się gotować je z ziemniakiem, którego skrobia ogranicza działanie inuliny odpowiedzialnej za tego rodzaju dolegliwości lub przez dodanie odrobiny sody oczyszczonej podczas gotowania ( ½ łyżeczki na dwa litry wody).

Moja rada? Spróbuj pokroić na małe kawałki lub zetrzyj do sałatki z kopru włoskiego i pomarańczy, idealne jeśli towarzyszy im sos remoulade (sos na bazie majonezu, wzbogacony korniszonami, kaparami, musztardą i pietruszką)!

Pytania i ciekawostki żywnościowe? Piszcie na info@tizianacremesini.it  postaram się odpowiedzieć w tej sekcji!

www.tizianacremesini.it

tłumaczenie pl: Barbara Perłowska

Joanna Ugniewska o sztuce tłumaczenia

0

Artykuł został opublikowany w numerze 79 Gazzetty Italia (luty-marzec 2020)

Joanna Ugniewska, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, autorka książek poświęconych literaturze włoskiej XIX i XX wieku, m.in. monografii „Giacomo Leopardi”, zbioru szkiców „Scritture del Novecento” (2008), zbioru esejów „Podróżować, pisać” (2011) i „Miejsca utracone” (2014), współautorka „Historii literatury włoskiej XX wieku”, za którą w 2002 roku otrzymała prestiżową nagrodę Premio Flaiano. Przetłumaczyła na język polski kilkadziesiąt dzieł literatury włoskiej, przede wszystkim Antonia Tabucchiego i Claudia Magrisa oraz takich klasyków literatury jak Umberto Eco, Alberto Moravię czy Luigi Pirandella. Polskim czytelnikom przybliżyła także takich twórców jak: Piero Camporesi, Pietro Citati, Matteo Collura, Gianrico Carofiglio, Benedetta Craveri, Oriana Fallaci, Massimo Gramellini, Riccardo Orizio, Tiziano Terzani czy Ornela Vorpsi. Za swoje przekłady otrzymała nagrodę ZAiKS-u oraz nagrodę „Zeszytów Literackiech” im. Pawła Hertza za wybitne osiągnięcia w dziedzinie przekładu literatury z języków obcych

Profesor Ugniewska ukończyła romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim, ale szybko przekierowała swoje zainteresowania w stronę Włoch i kultury włoskiej i nigdy nie żałowała tej decyzji. Wdzięczni są też z pewnością wszyscy miłośnicy literatury włoskiej nieznający języka, ponieważ daje głos autorom, których w przeciwnym razie nigdy nie mogliby przeczytać. Jak jednak zaczęła się jej przygoda z tłumaczeniami?

„Wszystko, co ważne, dzieje się przypadkiem. Moja przygoda z tłumaczeniami zbiegła się z okresem transformacji systemowej w Polsce pod koniec lat osiemdziesiątych. Był to jednocześnie czas, kiedy pojawiło się mnóstwo prywatnych wydawnictw i na rynku tłumaczeniowym zrobił się wielki ruch zrobiło się niezwykle gwarno. Zaczęłam od książek dla dzieci, ale krótko przy tym wytrwałam. To wcale nie było łatwe zadanie. Do dziś pamiętam jakąś książkę o zamkach, do której musiałam przestudiować zasadę konstrukcji zamków włoskich, japońskich i innych. Jak się okazało, potem było już tylko trudniej.”

Od literatury dziecięcej do Oriany Fallaci to nie lada wyzwanie…

 „Iszallah” Fallaci miał ponad tysiąc stron, a wtedy nie było komputerów, więc można sobie tylko wyobrazić, jak ogromna była to praca. Sama nie wierzę, że tak to wyglądało, ale prawda jest taka, że pisałam ręcznie, a potem wszystko przepisywałam na maszynie Łucznik, która robiła taki hałas, że sąsiedzi nie mogli tego znieść. 

Pierwsze poważne tłumaczenie i trudny, wnikliwie opisany temat, dotyczący okresu wojny libańskiej. Wyobrażam sobie, że oprócz trudności technicznych, podczas przekładu mogły pojawić się też jakieś trudności językowe?

Nie było łatwo, bo książka pełna jest militarnych terminów i wyliczeń, które Fallaci uwielbiała. Jest taki fragment, w którym autorka opowiada o stołówce żołnierzy i, wyliczając co było w magazynach, podaje jedenaście typów kiełbas. Ogromnie mnie to przeraziło. Wymyśliłam, co prawda nie jedenaście, ale  kilka uniwersalnych nazw kiełbasianych i myślałam, że udało mi się wybrnąć z opresji. Po jakimś czasie, kiedy Fallaci sprawdziła z czyjąś pomocą polskie tłumaczenie, odesłała mi tekst z notatką na marginesie: „A gdzie reszta kiełbas?”.

Mój popisowy numer, który na szczęście został wychwycony przez redaktorkę, również miał miejsce przy tłumaczeniu Fallaci, tym razem były to reportaże z Wietnamu. Pojawiło się tam zdanie elementarnie proste: „La foresta era piena di liane e di bambù” (pl. Las pełen był lian i bambusów). Popatrzyłam na to zdanie i zamiast „bambù” zobaczyłam „bambini”. Pomyślałam sobie, że ludność uciekała ze wsi do lasu przed nalotami, więc bardzo prawdopodobne, że były tam również dzieci. Podczas nanoszenia poprawek, za każdym razem jak docierałam do tych „lian i dzieci” coś mi się nie podobało, ale zajrzałam do oryginału i cały czas widziałam tam „dzieci”, a nie „bambusy”. Nie umiem tego wytłumaczyć. Redaktorka mi opowiadała, że jak dotarła do tego momentu, to od razu się zorientowała i mało nie umarła ze śmiechu. 

Po Fallaci trafiła Pani na autora swojego życia? 

Zawsze żartuję, że dwaj mężczyźni mojego życia to Magris i Tabucchi i jako tacy, rzecz jasna, mnie utrzymują. Trafiłam nie na byle co, bo na „Dunaj” Claudia Magrisa. Książka, której narratorem jest podróżnik-erudyta snujący swoją opowieść nie tylko o pięknych naddunajskich krajobrazach, ale przede wszystkim o skomplikowanej historii i bogactwie kulturowego dziedzictwa położonych nad Dunajem regionów. Podzieliłam się z Anią Osmólską-Mętrak, bo okropnie mnie to przeraziło. To rzeczywiście było pasowanie na tłumacza, bo on jest nie tyle trudnym autorem, co bogatym jeśli chodzi o odniesienia kulturowe, historyczne, literackie. To naprawdę był wyczyn.

W tłumaczeniu ważne jest również odpowiednie oddanie stylu danego pisarza, bo przecież każdy pisze inaczej?

Bardzo ważne, żeby nie tłumaczyć wszystkiego jednym stylem. Do każdego tłumaczenia trzeba podejść z innym zbiorem narzędzi. Magris jest ironiczny, wielowarstwowy i niezwykle erudycyjny, ale nie obciąża tym swoich tekstów. On zaczynał jako typowy akademik, pisał bardzo ciężkim stylem  o literaturze niemieckojęzycznej. Potem odkrył formę najpiękniejszą, która zagwarantowała mu największy sukces, czyli połączenie eseju, dziennika podróży i autobiografii esej, dziennik podróży i autobiografię. W takim stylu napisał „Mikrokosmosy” i „Dunaj” i to są rzeczywiście arcydzieła. Niestety, jak sam twierdzi, nie mógł kontynuować w nieskończoność, żeby się nie powtarzać, więc zaczął pisać grube, wielowątkowe i zawiłe powieści. Poza tym pisał też piękne, moim zdaniem, krótkie, przejrzyste powieści i opowiadania jak „Inne morze”. Z kolei Antonio Tabucchi jest szalenie literacki i melancholijny. Początkowo pisał taką pozornie prostą prozę, a potem ją skomplikował i naszpikował mnóstwem kryptocytatów krypto cytatów. Kwestie odwołań są zawsze najtrudniejsze dla tłumacza. Teraz każdy pisze postmodernistycznie, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, i umieszcza w swojej prozie odwołania, które są zaszyfrowane. Dlatego zawsze powtarzam, że tłumacze to niezwykle skromne osoby, bo tylko oni wiedzą jaki trud kryje się za ich pracą.

Ogromną przyjemnością w pracy tłumacza musi być też to, że poznaje się autorów?

To jest osobny rozdział. Zawsze twierdzę, że między pisarzem a tłumaczem nawiązuje się więź miłosna niezależnie od płci i wieku. Nawiązuje się bardzo głęboka relacja, bo nikt tak uważnie nie czyta autora jak tłumacz. Tabucchi mówił, że „tłumacz widzi autora w piżamie” i to jest bardzo trafne i urocze określenie, bo kto, jak nie tłumacz, poznaje wszystkie jego słabości.

W obu wypadkach poznałam autorów osobiście i mogę się pochwalić, że w wypadku Magrisa to jest wielka przyjaźń. Znamy się i widzieliśmy się wielokrotnie, bo on jest wielkim bywalcem Polski. Napisał mi też kiedyś piękną dedykację, która jest esencją pracy tłumacza, napisał tak: „Joannie, dzięki której stałem się polskim pisarzem”. Tabucchi z kolei był bardziej zdystansowany, widziałam go raz czy dwa i czasem do siebie pisaliśmy. Wzruszające było to, że kiedy był już może umierający, a ja o tym nie wiedziałam i pytałam go o jakieś rzeczy w tekście, to on jeszcze w takiej sytuacji pomyślał, żeby mnie odesłać do osoby, która się tym zajmowała.

Co poradziłaby Pani młodym tłumaczom, którzy chcą zaistnieć na rynku? W Pani przypadku najpierw pojawiły się propozycje z wydawnictw, a potem zaczęła Pani sama proponować autorów.

Powieść „Dunaj” została mi zaproponowana przez wydawnictwo PIW, które później nie chciało go wydać, ponieważ, jak twierdzili redaktorzy, autor zbyt łagodnie potraktował jeszcze wtedy socjalistyczną Jugosławię i Węgry. Musiałam sama szukać wydawcy i tak trafiłam do Czytelnika, który  wydało tę i inne książki Magrisa. Później zaproponowałam im mojego ukochanego Tabucchiego i Pietra Citatiego, którego również bardzo cenię. Młodym tłumaczom powiedziałabym, że najlepiej jest wysyłać próbki tekstów i skupić się na konkretnej dziedzinie. Włoska literatura jest peryferyjna na polskim rynku i często wydawnictwa nie znają autorów, dlatego najpierw trzeba pokazać, o jaki tekst chodzi.

A co czyta tłumacz?

Bardzo lubię tematykę pamięci, Proust jest moją świętą księgą i czytam go całe życie. Ale mam też innych ulubionych autorów, głównie hiszpańskich i węgierskich. Bardzo cenię Kastylijczyka Javiera Marìasa i Katalończyka Jaume Cabré i przeczytałam wszystkie ich książki. O Marìasie napisałam nawet tekst do „Zeszytów Literackich”. Jeśli chodzi o Węgrów, to moim ulubionym jest Péter Nádas, autor książki zatytułowanej „Pamięć”, która jest absolutnym arcydziełem. Poza tym lubię też czytać o podróżach do Włoch, bo to jest mój temat badawczy. Tutaj wymienię autorów takich jak Paweł Muratow, autor przecudnych „Obrazów Włoch”, czy Dariusz Czaja. Poza tym warto też wspomnieć o wielkim autorze i akademiku chorwackim autorze Predragu Matvejeviću, który napisał „Inną Wenecję”, najpiękniejszą książkę o Wenecji jaka istnieje.

Sztuka Anity Piłat

0

Artykuł został opublikowany w numerze 76 Gazzetty Italia (sierpień-wrzesień 2019)

„Każdy człowiek cywilizowany ma dwie ojczyzny: swoją własną i Włochy”
(Henryk Sienkiewicz)

Na moje pytanie, czy uważa Włochy za swoją drugą ojczyznę artystka Anita Piłat odpowiedziała właśnie tym cytatem. Absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, która w Rzymie mieszka od 1995 roku. Jak sama twierdzi do Włoch przywiodło ją przeznaczenie i nie wyobraża sobie życia w innym kraju. Niedawno, jako jedyna Polka, dołączyła do działającego w Rzymie kolektywu artystycznego „Collectivo Oxford”, zrzeszającego malarzy, rzeźbiarzy i grafików. Jej prace pokazywano na wystawach w ambasadzie w Watykanie oraz w polskiej i amerykańskiej ambasadzie w Rzymie. 

Co Cię tu urzeka?

Tutejsze światło! Ono czyni magię! Dopiero tu, w Italii, odkryłam, że właśnie światło jest podstawową wartością w malarstwie: wzmacnia kolory, buduje cienie. Tu się zaczyna cała gra malarska. Lubię też włoską spontaniczność i otwartość. Idzie się we dwoje do pizzerii na Trastevere, a po niedługim czasie wszyscy w knajpce ze sobą rozmawiają jak starzy znajomi. Włosi to też naród artystów, kiedy mówię że jestem malarką, ludzie różnych zawodów zwierzają się, że też malują. 

Kupują sztukę współczesną?

Rzym jest specyficzny. Tutejsze antykwariaty przyciągają kolekcjonerów sztuki dawnej. Sztuka nowoczesna o wiele lepiej sprzedaje się na północy, np. w Mediolanie. 

Mogłabyś tam mieszkać?

Rzym czy Mediolan są piękne i dużo się tam dzieje. Jednak ja wybrałabym Toskanię. Widać tam zmiany pór roku, a zimą pada śnieg, który w Rzymie jest rzadkością. Toskania jest też bardziej różnorodna widokowo. I ma wspaniałą roślinność. Kiedyś w listopadzie przyjechałam z wiecznie zielonego Rzymu na sympozjum malarskie do Cortony, ujrzałam mgły i  kolory polskiej jesieni. Zrozumiałam, że tego mi od lat brakowało. 

Nostalgia?

Mam taki obraz z roku 1997. Typowy włoski krajobraz, pinie, góra Tivoli. Namalowany  tu, w Rzymie, ale jego koloryt jest jeszcze polski. Z perspektywy czasu dostrzegam, jak bardzo brakowało mi wówczas Polski – w tym obrazie to wyszło. 

Co Cię inspiruje? 

Natura. Jednakże w sztuce chodzi o odnalezienie własnego klucza do jej przedstawiania. „Sztuka zaczyna się tam, gdzie się kończy naśladownictwo” – powiedział słusznie Oscar Wilde.

Twój cykl „Terra florata”? 

Podczas studiów malowałam olejną farbą na płótnie: takie plenerowe pejzaże i martwe natury studenckie na zaliczenie. Przy dyplomie poczułam potrzebę  eksperymentowania z fakturami, stworzenia cyklu abstrakcyjnego. Już sam proces przygotowań był ekscytujący. Poza wysiłkiem fizycznym, gdy sama składałam blejtramy i naciągałam ogromne płótna, była to niesamowita praca koncepcyjna, koncentracja,  myślenie czym to wypełnić. Sięgnęłam po kleje, różne rodzaje piasku, zaczęłam bawić się fakturą, zmieniać gęstość farby, rozpryskiwać ją. Wkrótce potem trafiłam do Włoch, gdzie zanurzyłam się już tylko w interpretowanie natury.

Wiem, że spieszysz się powoli…

Tak, mam raczej refleksyjna naturę. Wychowałam się na łąkach, w sadzie, w ogrodzie, gdzie kwiaty mojej babci były wyższe ode mnie, a życie toczyło się spokojnie, bez pośpiechu. Teraz mieszkam w Rzymie, co ma zalety, ale jest też dość męczące. Żyjemy w trudnych czasach. Wzrosła przestępczość, zagrożenie zamachami terrorystycznymi, problem imigrantów, strajki komunikacji i manifestacje często paraliżują miasto. To negatywnie działa na człowieka.  Natura jest więc dla mnie odskocznią. Blisko mojego domu rozciąga się duży park archeologiczny, ze starymi akweduktami, polami uprawnymi, drzewami oliwnymi. Tam często szukam inspiracji. Tam zapominam, że mieszkam w wielkiej, chaotycznej metropolii. Żyjąc tu i teraz, intuicyjnie staram się odreagować poprzez malowanie. W procesie tworzenia szukam przestrzeni, spokoju, harmonii i to chcę przekazać ludziom. Szuka nie lubi pośpiechu. Czasem, żeby coś dostrzec, nie wystarczy rzucić okiem. Sztuka nie mówi do nas wszystkich tym samym językiem; wręcz przeciwnie, każdemu krzyczy lub szepce do ucha w sposób, który tylko my sami jesteśmy w stanie zrozumieć. Nie zawsze da się to usłyszeć od razu.

Skąd w twoich obrazach tak częste nawiązanie do motywu drogi?

Droga – w sensie dosłownym – pojawia się wszędzie. Pewnego dnia – w Rzymie to żadne zaskoczenie – w parku, o którym wspomniałam, wykoszono trzciny, wybrano  ziemię, by odsłonić ogromne głazy. Tyle czasu tam spędziłam, nie wiedząc, że pode mną jest stary rzymski dukt, ze żłobieniami od ciężkich kół. I że 2 tysiące lat życia Rzymian jest wyciśnięte w kamieniach tej niezniszczalnej drogi. Motyw drogi jest wielowymiarowy. Podróż postrzegam jako oczyszczenie po trudnych chwilach. Podróż to nieplanowane odkrycia, olśnienia, to dreszcz emocji, to spotkania z napotkanymi ludźmi. 2 lata temu pojechałam do Pompejów, obejrzeć w scenerii antycznych ruin czasową ekspozycję rzeźby naszego Mitoraja. Padał deszcz, parasol, kaptur, torba utrudniały fotografowanie. Byłam niepocieszona. Potem przeczytałam w wywiadzie z Mitorajem, że on najbardziej lubi swoje rzeźby właśnie w deszczu, który zmywa pyły, kurze, nadając kamieniowi  lśnienie. I dostrzegłam to w moich zdjęciach. Zrozumiałam, jakie miałam szczęście, że akurat wtedy, podczas tej podróży, w samym środku upalnego sierpnia trafiłam na deszczową pogodę. Drogą jest też życie na emigracji. To przechodzenie przez lekcje pokory i kształtowania charakteru, gdzie na starcie zostawia się wszystko, co znajome by na mecie posiąść nowy język i kulturę. Jean Paul Sartre powiedział, że „Każdy musi odkryć swą własną drogę” – pragnienie wędrówki otwiera tę drogę.

Czy malarstwo sztalugowe ma przyszłość?

Interesujące malarstwo sztalugowe zawsze będzie cenione. Ma swoją magię. W obrazie trzeba się zakochać, tak jak Leonardo da Vinci , który nigdy nie rozstawał się z portretem Giocondy. Leonardo zostawił po sobie niewielkie płótna, jednak ich moc i piękno są ponadczasowe.

Czym jest dla Ciebie sukces?

Za sukces twórcy uważam stały rozwój, pokonywanie własnych ograniczeń, odnalezienie siebie. Dla mnie każdy obraz jest jak zapis ekg artysty, rejestruje palpitacje, emocje, wrażenia. Cenię ludzi wrażliwych i kreatywnych, raczej nie postrzegam sukcesu jako rankingu czy wyniku rywalizacji z innymi artystami. 

Plany?

Aktualnie po raz pierwszy czuję potrzebę  malowania czegoś, co byłoby dialogiem z miastem, w którym mieszkam. Chcę podjąć kwestię Colosseum jako „areny”, Rzymu jako „Wieży Babel” – mieszanki kulturowej i językowej.

Winnica Leonarda

0

Artykuł został opublikowany w numerze 76 Gazzetty Italia (sierpień-wrzesień 2019)

Winnica Leonarda da Vinci to prezent dla artysty i naukowca od Ludovica il Moro, w momencie gdy pracował on jeszcze nad Ostatnia wieczerzą. To był gest uznania za „różne wspaniałe dzieła wykonane przez niego dla księcia”.

Winnica była położona za dzielnicą Porta Vercellina w Mediolanie, w pobliżu Borgo delle Grazie, na terenie wielkiej winnicy San Vittore. Darowizna przewidywała teren wielkości 16 pertyk bez konkretnego wskazania granic. W Kodeksie Atlantyckim i w I rękopisie francuskim znajdują się notatki Leonarda dotyczące terenu wielkości 100 łokci mediolańskich (około 59 metrów) na 294 łokci (około 175 metrów) co dawało łącznie powierzchnię około 15 i trzech czwartych pertyk mediolańskich, czyli około jednego hektara. Do niektórych z tych notatek dołączone są nawiązania do terenów sąsiadujących z winnicą. Darowizna od Ludovica il Moro została potwierdzona oficjalnym listem patentowym 26 kwietnia 1499. Luca Beltrami w 1920 roku opisał prawdopodobne, oryginalne położenie winnicy w miejscu mniej więcej równoległym do dzisiejszej ulicy de Grassi. Sfotografował też ówczesną, istniejącą jeszcze winnicę w momencie, gdy zaczynano karczowanie wszystkich upraw, po wcześniejszym podziale okolicznych terenów na części pod nowe konstrukcje.

Kiedy Francuzi napadli na Księstwo Mediolańskie zmuszając Ludovica il Moro do ucieczki, Leonardo również opuścił miasto i udał się w kierunku Mantui. Przed wyjazdem (zimą 1500 r.) wynajął winnicę Pietro di Giovanniemu da Oppreno, ojcu swojego ucznia Gian Giacomo Caprottiego, zwanego Salai. Władze francuskie, które zajęły miasto, zakwestionowały wszystkie ostatnie darowizny wykonane przez Moro i w 1502 roku skonfiskowały winnicę oddając ją niejakiemu Leonino Biglia, który był funkcjonariuszem Sforzów. Kiedy w 1507 roku Carlo II d’Ambroise poprosił Leonarda o powrót do Mediolanu z Florencji, w której wówczas przebywał, aby dokończył on niektóre rozpoczęte dzieła ten, z niemałą satysfakcją, wypomniał mu skonfiskowaną wcześniej ziemię. Winnica została mu oficjalnie oddana ze specjalną adnotacją, że artysta „nie musi płacić za nią ani grosza”. Leonardo pozostał w Mediolanie aż do 1513 roku. Stamtąd wyruszył do Rzymu, a później do Francji, gdzie zmarł. W swoim testamencie, zredagowanym przez Ambroise miesiąc wcześniej, rozkazał aby prostokątna winnica została podzielona na dwie równe części, z których jedna była przeznaczona dla Salaia, który zbudował tam swój dom, a druga dla Giovanbattisty Villaniego, służącego, który pojechał za artystą do Francji. W ostatnim akcie zapisanym jeszcze za życia, Leonardo przypomniał sobie o swojej winnicy.

Przy okazji Expo 2015, w pobliżu oryginalnego miejsca, została stworzona nowa „Vigna di Leonardo da Vinci”.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Mus kawowy

0

SKŁADNIKI:

  • 500 g pełnego świeżego mleka
  • 200 g cukru
  • 5 żółtek jaja
  • 50 g mąki 00
  • 10 g skrobii kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • 700 g świeżej śmietany do ubicia
  • 2 płatki karuku (kleju rybiego) – żelatyny
  • 12 g kawy rozpuszczalnej
  • 100 ml espresso

PRZYGOTOWANIE:

Na samym początku przygotujcie krem budyniowy. W naczyniu żaroodpornym połączcie trzepaczką żółtka jaj z cukrem dobrze mieszając. Następnie dodajcie mąkę i skrobię, i ponownie wymieszajcie. Doprowadźcie mleko do wrzenia i wlejcie do naczynia z otrzymaną masą z żółtek, połączcie trzepaczką i ponownie przelejcie do rondelka po mleku. Gotujcie krem na średnim ogniu, mieszając ciągle trzepaczką, aż masa zawrzeje. Wyłączcie ogień, przełóżcie krem do naczynia żaroodpornego i przykryjcie folią spożywczą. 

Po wystygnięciu kremu możecie przystąpić do przygotowania musu. Ubijcie śmietanę na sztywno, ale bez przesady. Namaczajcie klej rybi w zimnej wodzie przez ok. 5 minut. Przygotujcie espresso i, póki jeszcze wrzące, dodajcie do niego wyciśniętą i osuszoną żelatynę i kawę rozpuszczalną, dobrze mieszając. Wlejcie część kawowej mieszanki do kremu, wymieszajcie, itd. aż do wyczerpania się płynu. Dodawajcie po trochu bitej śmietany do kawowego kremu i delikatnie mieszajcie, od dołu do góry, tak, aby nie doprowadzić do zbicia masy; czynność powtarzajcie do wyczerpania bitej śmietany.

Przełóżcie mus do rękawa cukierniczego z gwiazdkową końcówką i napełnijcie szklane kubeczki (1 kubeczek = 1 porcja). Udekorujcie ziarenkami kawy, bitą śmietaną, płatkami gorzkiej czekolady lub malutkimi ciasteczkami, w zależności od preferencji.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Katarzyna Kurkowska

Marco Bellocchio i film „Zdrajca”

0

Odcinek 3. z cyklu „Dopóki jest kino jest nadzieja”

W tym odcinku Diana Dąbrowska opowiada o powojennej generacji twórców włoskich i ich nierzadkich artystycznych atakach na świętą instytucję rodziny. Wspomina współpracę z Marco Bellocchim na planie filmowym oraz jego osobisty stosunek zarówno do kinematografii w ogóle jak i do własnych dzieł. Opisuje przemiany w kinie włoskim w epoce kontestacji oraz twórczość Bernanda Bortolucciego.

Odcinek 2: „Il Mafioso” Alberta Lattuady: Sycylia mafia i dobre kino

Odcinek 4: „Cinema Paradiso” Giuseppe Tornatore i muzyka Ennio Morricone 

Smaki, aromaty i włoska gościnność w Sopocie

0

Artykuł został opublikowany w numerze 76 Gazzetty Italia (sierpień-wrzesień 2019)

Wśród setek barów i restauracji w Sopocie z pewnością jest jedno miejsce, w którym można poczuć autentyczną atmosferę Bel Paese: jest to „La Crema d’Italia”.

Prowadzącym ten uroczy lokal z ogrodem w samym centrum miasta, na ulicy Bohaterów Monte Casino, jest Marcello Mastroianni z Mediolanu, który nosi imię niezwykłego bohatera najlepszych filmów Felliniego. Marcello ma żonę Polkę i dzieci, które urodziły się i dorastały w Mediolanie do 2016 roku. „Później, ze względu na pracę, przybyliśmy do Sopotu. Od razu poczułem się tu dobrze. Jedyną rzeczą, której mi tutaj brakowało, było pójście do baru, tak jak we Włoszech, aby wypić dobrą kawę i pogawędzić z baristami lub innymi klientami”, opowiada Marcello, który w czerwcu 2016 roku, zmęczony piciem rozcieńczonej kawy all’americana, decyduje się przejąć wzorowany na francuskim bar „La Creme”, który stał się „La Crema d’Italia”, z prawdziwym ekspresem do kawy, mieszanką ziaren z Mediolanu, z włoskimi produktami i obsługą. „Postanowiłem całkowicie zmienić charakter restauracji, zaczynając od estetyki, odtwarzając atmosferę włoskich barów, w których można porozmawiać z właścicielem lub z innymi klientami, ciesząc się prawdziwym espresso lub cappuccino przygotowanymi we właściwy sposób, z ladą która oferuje sycylijskie cannoli, a także kanapki i piadiny idealne na przerwę na lunch. Włożyłem w nią wiele pasji i rodzinnej wiedzy, jako że mam krewnych, którzy prowadzą lokale w Mediolanie”.

Bar, który od razu przyciągnął uwagę mieszkańców okolicy, ale także wielu skandynawskich turystów wiernym wakacjom w Sopocie, którzy za każdym razem, kiedy wracają do polskiego Portofino wybierają „La Crema d’Italia”. „Najlepszymi klientami są jednak Polacy, którzy wyjeżdżają na wakacje do Włoch, w Dolomity zimą, do nadmorskich kurortów latem. W rzeczywistości, kiedy wracają potrzebują odnaleźć prawdziwe włoskie smaki i przychodzą do nas na kawę, aperitif, ale także na kanapki z szynką lub mortadelą”, opowiada Mastroianni, który stworzył w barze także kącik handlowy poświęcony najlepszym włoskim produktom, takim jak toskańska oliwa, wino, sery grana i pecorino.

„Wartość dodana to obsługa, przynosimy zamówienia do stolika bez dopłaty i robimy naszym pracownikom kursy, na których uczą się jaki sposób obsługiwać, a także próbują wszystkich naszych produktów, aby wiedzieli o czym mówią i potrafili naprawdę doradzać klientom” dodaje Marcello, który z czasem uczynił „La Crema d’Italia” prawdziwym zakątkiem Bel Paese w Sopocie. „W naszym lokalu często odbywają się spotkania poświęcone włoskim miastom lub zwyczajom, wydarzenia, które realizujemy we współpracy z Fundacją Ital-Gedania Roberta Polce. Zajmowaliśmy się wieloma tematami, w tym historią Fiata, Ferrari, z zabytkowymi samochodami zaparkowanymi przed restauracją, a także organizujemy oczywiście wieczorki we współpracy z Gazzetta Italia, która zawsze jest tutaj i można ją przeczytać!” Krótko mówiąc, kto szuka Włoch w Sopocie nie może nie spróbować odwiedzić tego miejsca, do którego zwykli klienci wchodzą wołając „Marcello, Marcello!” tak jak w scenie z „La Dolce Vita”, kiedy Anita Ekberg zanurzona w Fontannie di Trevi zwracała uwagę Mastroianniego.

tłumaczenie pl: Adrianna Gertych

Facebook: facebook.com/lacremaditalia

Teatr-klejnot na szlaku bursztynowym

0

Artykuł został opublikowany w numerze 76 Gazzetty Italia (sierpień-wrzesień 2019)

Na południowo-zachodnim krańcu starówki w Gdańsku dumnie wznosi się Teatr Szekspirowski wzbogacając piękno tego kosmopolitycznego i tysiącletniego miasta, które od wieków było bijącym sercem handlowym Bałtyku i szlaku bursztynowego.

Miasto, które zawsze walczyło o swoją wolność i niezależność i które w XVII wieku było tak awangardowe, że posiadało własny teatr elżbietański pokazujący sztuki Williama Szekspira na krótko po ich premierze w Londynie. Dokładnie na terenie tego dawnego teatru stoi dzisiaj nowy Teatr elżbietański, otworzony we wrześniu 2004 i zaprojektowany przez włoskiego architekta Renato Rizziego, wykładowcę Architektury na Uniwersytecie IUAV w Wenecji. Jurorzy konkursu na nowy teatr, wśród których byli Andrzej Wajda, Arata Isozaki i Gaetano Pesce, postanowili wówczas postawić na najodważniejszy projekt, łączący elżbietańskie ustawienie sceniczne – z możliwością wystawiania spektakli pod gołym niebem i widzami wokół sceny – z modelem włoskim o klasycznej formie prostokątnej i scenie ustawionej przed widownią. Wyjątkowość projektu Rizziego to właśnie pomysł na otwierany dach, który pozwala na autentyczne odtworzenie przestrzeni teatru elżbietańskiego. Dach, który otwiera się niczym ramiona uniesione do góry w geście zwycięstwa, przywołując symboliczny obraz Polski uwalniającej się od zwierzchnictwa sowieckiego: Wałęsa z uniesionymi ramionami na czele Solidarności, ruchu który doprowadził do jednego z największych przełomów politycznych w Europie XX w.

Teatr szekspirowski w Gdańsku sam w sobie jest teatralny, jeszcze zanim na jego deskach zostanie wystawione jakiekolwiek przedstawienie, sam budynek symbolicznie nawiązuje do historii kultury, architektury, a nawet do polityki. Teatr zbudowany jest z czarnej cegły, z żebrową strukturą na zewnątrz, która przywołuje na myśl majestat położonej niedaleko gdańskiej Bazyliki Mariackiej i kanon klasycyzmu grecko-rzymskiego, co sprawia że posiada on niemalże atmosferę sakralną, podkreśloną dodatkowo poprzez harmonię wnętrza i powtarzalność niektórych elementów konstrukcyjnych, co wyraźnie jest podkreśleniem jedności koncepcji.

Piękno, siła, odwaga połączone z funkcjonalnością, w zewnętrznej części teatru, otaczającej salę ze sceną, znajdują się schody, winda, korytarze, urządzenia techniczne i oczywiście podpora dla dachu otwierającego się niczym książka w zaledwie kilka minut. Funkcjonalna jest również główna część sali, dzięki wysuwanym platformom pozwalającym na organizację przestrzeni na różne sposoby zamieniając ją na scenę lub widownię w zależności od potrzeb. Projekt ma trzy piętra o łącznej powierzchni 4 tys. m2 z czego 650 m2 to przestrzeń teatralna, nad którą góruje otwierany dach (2 warstwy 18×12 m2) mierzący 400 m2. Teatr posiada 600 miejsc siedzących plus 1700 m2 przeznaczonych na toalety, biura i bar, jest też możliwość wykorzystania tarasu jako sceny do przedstawień. Uznanie dla teatru, które spokojnie można już określić jako światowe, przyniosło profesorowi Renato Rizziemu długą listę nagród, z których ostatnia to Premio di Architettura di San Luca odebrana z rąk prezydenta Włoch Sergia Mattarellego. W 2017 roku Renato Rizzi otrzymał w Warszawie Nagrodę Gazzetta Italia, która przyznawana jest przez nasz magazyn osobom, które w szczególny sposób przyczyniły się do wzbogacenia relacji między Polską a Włochami.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Carbonara ze szparagami

0
David Marchiori

Carbonara to jedna z potraw-symboli włoskiej kuchni, a jednocześnie jedna z tych najbardziej niezrozumianych. Wystarczy pomyśleć o różnych jej wariantach regionalnych. Podstawą jest guanciale, pecorino, żółtko i pieprz, czyli składniki używane bardzo często w kuchni rzymskiej. Jednak niekiedy guanciale zastępuje bekon, jajko używane jest wraz z białkiem, a w miejsce pecorino używa się parmezanu.

Otrzymujemy wówczas coś zupełnie innego i odległego od oryginalnej receptury. Tymczasem zasady są proste: guanciale należy podsmażyć, a jajko oraz pecorino stapiają się z potrawą przy wyłączonym ogniu.

Przepis, który razem odkryjemy, nie narusza tradycyjnej receptury, acz wprowadza oryginalną nowinkę: zamiast makaronu użyjemy zielonych szparagów.

SKŁADNIKI dla 4 osób:

  • 600 g zielonych szparagów
  • 8 żółtek
  • 10 łyżek sera pecorino
  • 120 g cienko pokrojonego guanciale
  • pieprz czarny do smaku

PRZYGOTOWANIE:

Na samym początku umyjcie szparagi i pokrójcie je w cieniutkie paseczki. Tak przygotowane “spaghetti ze szparagów” gotujemy przez minutę we wrzącej, nieosolonej wodzie. Bardzo ważne, aby potem natychmiast schłodzić szparagi w lodowatej wodzie, w celu przerwania procesu gotowania i zachowania soczystego koloru i chrupiącej konsystencji.

Po osuszeniu szparagów weźcie plastry guanciale i podsmażcie na teflonowej patelni z niewielką ilością oleju na wolnym ogniu, aby się nie spaliło, ale pozostało chrupiące. Po uzyskaniu tego efektu zdejmujemy guanciale z patelni, wyłączamy ogień, ale zostawiamy pozostały na patelni tłuszcz.

W stalowej miseczce wymieszać żółtka i pecorino, dodać świeżo zmielonego pieprzu do smaku: ta mikstura doprawi nasze danie.

Bierzemy szparagi i obsmażamy je w tłuszczu po guanciale dodając odrobiny nieosolonego wrzątku. Podgrzewamy aż do odparowania całego płynu. Gorące szparagi mieszamy z kremem z jajek i pecorino w stalowej miseczce, z dala od ognia, dodając odrobiny nieosolonego wrzątku dla otrzymania bardziej kremowej konsystencji, nie obniżając przy tym temperatury dania.

Ułożyć naszą carbonarę na talerzu i udekorować wcześniej usmażonym  na chrupko guanciale.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Katarzyna Kurkowska