reżyseria: James D’Arcy scenariusz: James D’Arcy obsada: Liam Neeson, Micheál Richardson, Valeria Bilello, Lindsay Duncan gatunek: komedia czas trwania: 1h 34 min.
premiera PL: 7.08.2020 dystrybucja: M2 Films
Liam Neeson, tym razem w cudownej, komediowej odsłonie, w rozgrzewającej serce opowieści o tym, że w malowniczej Toskanii… wszystko można zacząć od nowa!
Robert i jego syn Jack przyjeżdżają do Włoch, by jak najszybciej sprzedać rodzinną willę. Okazuje się jednak, że dom wymaga gruntownego remontu, ich przymusowe wakacją potrwają dłużej niż zakładali, a w malowniczej Toskanii… wszystko można zacząć od nowa.
Malownicza wioska w Toskanii, lokalne wino, najlepsze risotto i włoskie słońce, które zmienia wszystko. Czy można wyobrazić sobie lepsze miejsce? Robert i jego syn Jack od lat utrzymują kontakt raczej sporadycznie, a jedną z niewielu łączących ich rzeczy jest rodzinna willa w Toskanii. Kiedy Jack wpada w finansowe tarapaty, postanawia odezwać się do ojca i namówić go do sprzedaży domu. Obaj chcą jak najszybciej załatwić sprawę, podpisać odpowiednie papiery i wrócić do swojego londyńskiego życia.
Wszystko jednak komplikuje się, gdy na miejscu zamiast pięknego domu, który zapamiętali, zastają kompletną ruinę. Robert i Jack będą musieli spędzić razem więcej czasu niż zakładali i przeprowadzić gruntowny remont, aby sprzedać posiadłość. Wspólne prace idą naprawdę źle, ale zagubionym mężczyznom z pomocą przychodzą mieszkańcy pobliskiego miasteczka, w tym Natalia, właścicielka lokalnej restauracji. Z każdym kolejnym dniem Robert i Jack przekonują się, że tu czas płynie inaczej, to co wydawało się ważne, może poczekać, a Toskania to miejsce, w którym być może warto spróbować wszystkiego od nowa.
Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019-styczeń 2020)
Elisabetta Franchi to z pewnością jedno z najgłośniejszych nazwisk włoskiej mody w mijającym roku. Historia projektantki i właścicielki marki modowej o tej samej nazwie to najlepszy dowód na to, że „amerykański sen” może się ziścić również we Włoszech. Blisko 2 miliony obserwujących na Instagramie, ponad 100 milionów euro przychodu i około 90 butików monobrandowych na całym świecie to liczby, które mówią same za siebie. Jednak sukces ten nie byłby możliwy bez pasji, poświęcenia i ciężkiej pracy, które projektantka wkłada w tworzenie swoje marki już od ponad dwudziestu lat.
Historia Elisabetty Franchi rozpoczęła się w Bolonii, mieście, w którym urodziła się i mieszka do dziś, tam też znajduje się główna siedziba jej firmy. Elisabetta odziedziczyła determinację w dążeniu do celu po swojej matce, która samotnie wychowywała ją i jej czwórkę rodzeństwa. Franchi już jako mała dziewczynka stworzyła zarys własnej marki, a jej ukochana lalka Betty była jej pierwszą modelką. Zresztą to właśnie jej imieniem nazwała swoją pierwszą firmę. Jeszcze na studiach pracowała jako asystentka w sklepie z ubraniami, ten okres nauczył ją słuchać swoich klientek i zwracać uwagę na ich potrzeby. Sama Elisabetta twierdzi, że to właśnie ten czas był dla niej kluczowy i stanowi podstawę jej sukcesu zawodowego. Tworząc modę, nie myślę wyłącznie o jej kreatywnej stronie i spełnianiu swoich artystycznych aspiracji. Nadal zależy mi na tym, by błyskawicznie reagować na potrzeby i zachcianki moich klientek. – mówi projektantka.
Franchi swoje pierwsze atelier otworzyła w 1996 r., współtworzyła je wtedy tylko z pięcioma osobami. Zaledwie dwa lata później powstała spółka Betty Blue S.p.a, gdzie zaprojektowała kolekcję CELYN b, która nawiązywała do paryskiego stylu. W 2012 roku projektantka zdecydowała się na zmianę nazwy firmy, od tego czasu jej marka firmowana jest jej imieniem i nazwiskiem. Obecnie firma liczy aż 300 pracowników, a sklepy Elisabetta Franchi znajdziemy niemal na całym świecie w takich miastach jak: Paryż, Mediolan, Madryt, Moskwa, Warszawa, Hongkong czy Dubaj. Ubrania marki Elisbatta Franchi jak i styl samej projektantki są niezwykle kobiece. Podkreślają walory kobiecej sylwetki, a przy tym ukrywają jej mankamenty. Mimo że marka ma już 20 lat, to podstawą każdej kolekcji są te same kroje, czyli dopasowane, wydłużające sylwetkę spodnie, skórzana kurtka i podkreślająca kształty sukienka.
Najnowsza kolekcja Elisabetta Franchi na sezon wiosna-lato 2020 została zaprezentowana w trakcie Milan Fashion Week, a zaledwie miesiąc później w Warszawie na uroczystej gali zorganizowanej w ramach obchodów stulecia polsko-włoskich relacji dyplomatycznych. Organizatorem wydarzenia było GPoland. Wśród głównych sponsorów tej niezwykłej gali znalazła się Ambasada Włoch w Polsce, Generali, ENIT, Inalca, GPoland oraz Cisowianka Perlage. Główną inspiracją zaprezentowanej w Warszawie kolekcji było morze. Marynistyczny styl został zdefiniowany na nowo, a błyszczące i prześwitujące tkaniny sprawiły, że ubrania są niezwykle kobiece. Tworząc tę kolekcję, chciałam oddać beztroską atmosferę wakacji, ale przede wszystkim zreinterpretować charakterystyczne dla mody marynarskiej kolory i motywy. Intensywna czerwień i niebieski nie są odcieniami, które chętnie nosimy na co dzień. Jednak uwielbiamy myśleć o nich w kontekście wakacji. – tłumaczy projektantka.
Elisabettę Franchi śmiało można nazwać królową włoskiego Instagrama. Jej konto na tym, jakże popularnym, medium społecznościowym obserwuje blisko 2 miliony użytkowników. Niemal każdego dnia za jego pośrednictwem Elisabetta dzieli się ze swoimi fanami nie tylko najnowszymi projektami ale również życiem prywatnym. Zarówno na jej insta stories jak i w filmie dokumentalnym „Essere Elisabetta”, który został wyemitowany w tym roku we włoskiej telewizji, widać poświęcenie i ciężką pracę, jaką wkłada w rozwój firmy. Mimo wielu sukcesów jak i ponad 20 lat w branży mody, Franchi nie ma zamiaru spoczywać na laurach, praca to dla niej wielka pasja i bez niej nie wyobraża sobie życia.
fot: Podlewski / AKPA, Baranowski/AKPA
Andrea Simoncelli (prezes Generali Polska), Luigi Cremonini (założyciel Cremonini Group), Luca Bartali (prezes Inalca) , Walter Prati (założyciel GPoland Group), Aldo Amati (Ambasador Włoch w Polsce)
W tym odcinku Diana Dąbrowska opowiada o komediowej odsłonie Filmowej Toskanii. Na wstępnie wspomina o najnowszym filmie Jamesa D’Arcy’ego „Włoskie wakacje” (oryg. „Made in Italy” 2020). Następnie bardzo obszernie omawia filmowych twórców Toskanii, w tym takich ambasadorów komedii jak Francesco Nuti, Carlo Verdone, Roberto Benigni, Leonardo Pieraccioni, Paolo Virzì czy Massimo Ceccherini.
Po pierwsze, trzeba przygotować bezę: ubij białka z połową cukru w szerokiej misce. Kiedy mieszanka będzie gotowa (potrzeba ok. 5 minut) dodaj stopniowo resztę cukru i wymieszaj silikonową szpatułką.
Przełóż mieszankę do rękawa cukierniczego i całość wyciśnij do okrągłej formy pokrytej papierem do pieczenia. Piecz w piekarniku w 100 stopniach C przez ok. 3h.
Następnie przygotuj krem budyniowy: podgrzej mleko. W międzyczasie wymieszaj trzepaczką żółtka z cukrem, dodaj mąkę, skrobię kukurydzianą i wanilię. Dodaj ciepłe mleko i dokładnie wymieszaj. Z powrotem wlej całość do garnka i gotuj na średnim ogniu do zgęstnienia kremu.
Zdejmij z palnika, dodaj startą skórkę z cytryny, przełóż do niskiego pojemnika i przykryj folią spożywczą.
Schłodzony krem (możesz również przygotować go dzień wcześniej, tak jak bezę) wymieszaj delikatnie od dołu z ubitą dobrze schłodzoną śmietaną. Uszykuj szklane puchary deserowe.
Połam bezę i umieść w pucharach. Przełóż krem budyniowy do rękawa cukierniczego i wyciśnij warstwę na bezę. Udekoruj owocami leśnymi i powtórz czynność, aby powstały warstwy. Na koniec dodaj rozetę z kremu, maliny i jagody.
„Orsigna (…) pozostanie moim ukochanym miejscem i moją ostoją. Gdziekolwiek bym nie był na świecie, cokolwiek by mi się nie przydarzyło, oprócz spotkania z Damą w czarnym płaszczu, mogłem schronić się w Orsignii…” Tiziano Terzani
Miasteczko liczące mniej niż 100 mieszkańców, ukryte w ramionach Apenin Pistoiańskich, w rzeczy samej przypomina otuloną bujną zielenią lasów oazę, uroczą pozytywkę, której muzyka koi i uspokaja.
Na wysokości 800 metrów wznosi się zaledwie kilkanaście domów i niewielki placyk z kapliczką. Nie ma żywego ducha. Tam człowiek schodzi na drugi plan, a nieliczne spotykane osoby obdarowują nas uśmiechem, dobrym humorem i życzeniami miłego dnia. Wielka jest natomiast otaczająca je natura. Las wpuszcza nas w swoje ramiona jak dobrotliwa matka, oczekująca powrotu swoich pociech z podróży. Ukazuje nam udeptane ścieżki, które pną się jak gęsty labirynt wciąż wyżej i wyżej, ku szczytom przykrytym mgłą jak miękkim kocem. Wiatr niesie ze sobą zapach igliwia i żywicy, przywołując na myśl jesienne zbiory kasztanów. Zanosi się na burzę. Szumią o tym buki i brzozy, aby zaraz potem ucichnąć zupełnie, tak jak cichnie śpiew ptaków, a Orsigna na moment staje się ciszą.
W pełni rozumiem miłość jaką darzył to miejsce Tiziano Terzani. Ten włoski pisarz i dziennikarz („W Azji”, „Powiedział mi wróżbita”, „Dobranoc, panie Lenin!”, „Nic nie zdarza się przypadkiem”) ukochał miasteczko w sposób szczególny, tworząc zeń spokojną, stałą przystań, do której co roku wracał z rodziną i które, w końcu, wybrał na miejsce swojego odejścia.
Tiziano Terzani 1938-2004 Podróżnik
Tyle głosi napis na kamieniu złożonym u stóp drzewa przy domu rodziny Terzanich. Tiziano nie nazywał siebie dziennikarzem, a podróżnikiem; nieustannie poszukujący, zaciekawiony tym, co kryło się pod pozorami; zawsze w centrum wydarzeń, zawsze obecny tam, gdzie dokonywały się istotne zmiany.
Przypominam sobie słowa pisarza, które wypowiedział zwracając się do swojej córki Saskii: „Jeżeli kiedyś zechcesz ze mną porozmawiać, odejdź na bok, zamknij oczy i poszukaj mnie. Można tak ze sobą rozmawiać, ale nie w języku słów. Za pomocą ciszy”. Wzdycham i, korzystając z przywileju przebywania w tym magicznym miejscu, także postanawiam zamienić z nim kilka słów, a liście jakby w odpowiedzi znów zaczynają kołysać się na wietrze.
„A jeśli zaczniesz postrzegać las jako coś, co żyje, ma swoją historię, wszystko staje się piękniejsze.” T. Terzani, Koniec jest moim początkiem
Szlak, którym za życia wędrował często sam pisarz, dziś nazywany jest jego imieniem. „Il sentiero di Tiziano Terzani”, gdy go przemierzamy, jest pusty i cichy. Jedynie gdzieś w oddali przypomni o sobie kukułka. Już prawie nie ma śladu po ulewnym deszczu, który jeszcze chwilę wcześniej obserwowaliśmy, popijając herbatę w suchym salonie. Chlupie tylko pod naszymi stopami wilgotna ziemia, a wysoka trawa muska nasze łydki zostawiając na nich mokre ślady; zieleń lasów wydaje się natomiast jeszcze bardziej soczysta. Także niebo zeszło ku nam, na powitanie, zawieszając nisko nad górami gęste chmury, które nadały im dodatkowego majestatu. A gdy parę godzin później mgła opada, ukazuje się nam niezalesiony, najwyższy szczyt, który ma tle pochmurnego, lecz zarazem jasnego nieba jawi się w pełnej krasie jak skromna, acz świadoma swej wartości istota.
Equilibrio, czyli harmonia
Liczne kopczyki z ułożonych jeden na drugim kamieni ustawione są w górach, na polanie przy Drzewie z oczami (Albero con gli occhi), skąd w dole można dojrzeć czerwone dachy Orsignii. Tam, na polanie w górach, gdzie pisarz chętnie odpoczywał i oddawał się refleksji, symbolizujące harmonię stożki z kamieni ustawili wędrowcy, którzy przybyli tam przed nami. Prawdopodobnie ci sami, którzy na pamiątkę zawiesili na drzewie różnobarwne chusty, szaliki, liściki i tak zwane lung-ta, czyli tybetańskie flagi modlitewne, rozwieszane zwykle w Himalajach.
„To moje Himalaje”, mówił o Orsignii Terzani i w zdaniu tym góry Azji nabierają zupełnie nowego znaczenia. Stają się synonimem przystani, do której wracamy, aby złapać oddech i nabrać dystansu. Z ilości listów, pamiątek i przedmiotów można wywnioskować, że miejsce to stało się ostoją także dla wielu innych osób, które dotarły tutaj po pisarzu.
Drzewo z oczami, do którego szlakiem Terzaniego zmierzają jego wierni czytelnicy, ale także miłośnicy górskich wędrówek, nie jest jedynym w górach Orsignii, do których Tiziano przykleił przywiezione z Indii porcelanowe oczy. Takie samo, piękne, błyszczące, jakby wzruszone oko czuwa przytwierdzone do pnia drzewa, u stóp którego spoczywa pamiątkowy kamień. W ten właśnie sposób Tiziano pragnął pokazać swojemu wnukowi, że wszystko, także przyroda, z pozoru nieruchoma, ma w sobie życie.
I w istocie, las i szumiący w nim strumyk żyją i otaczają nas swoimi odgłosami, a echo górskich przestrzeni rozbrzmiewa śpiewem ptaków i melodią lasu. Orsigna to Włochy inne niż zwykle. Podczas gdy w starych, włoskich miastach to wiekowe mury opowiadają historie i oprowadzają nas po tajemniczych zakątkach i tłocznych zaułkach, w których unosi się aromat kawy, w Orsignii pachnie las, a przewodniczką jest sama natura. Upływ czasu natomiast wyznaczają nie zegary, lecz śpiew kukułki, która przypomina o sobie nieśmiało, od czasu do czasu.
foto: Magda Karolina Romanow-Filim
Rozmowy o Orsignii, która w rzeczy samej okazała się być nie tylko miejscem, ale i stanem ducha. Na zdjęciu autorka z Folco Terzanim, synem Tiziano.
Język włoski kojarzony jest wszędzie na świecie z radością, jedzeniem, morzem i beztroskim życiem. Jest też powszechnie uważany za język łatwy do nauki, składający się ze słów prostych i niewymagających od rozmówcy dużego wysiłku czy doświadczenia. W rzeczywistości jest to jednak język o wiele bardziej złożony, niż się wydaje. Włoskie słownictwo wywodzi się bowiem z rozlicznych źródeł, które są związane z bogatą i skomplikowaną historią językową Półwyspu Apenińskiego. Wiele codziennie używanych słów ma o wiele starsze i bardziej zaskakujące pochodzenie, niż można by się spodziewać.
Tomasz Skocki, autor artykułu
Pomyślmy o słowie bardzo prostym i powszechnie znanym, chyba pierwszym słowie włoskim, które każdy na świecie poznaje: ciao. Jest to wyraz pochodzący z Wenecji, który w XIX wieku stał się powszechny w pozostałych regionach Italii, a później, w XX wieku, na świecie, od Niemiec po Amerykę Południową. Pochodzenie tego terminu może wydawać się zaskakujące: bierze się on bowiem z weneckiego sʼciao, czyli schiavo (wł. „niewolnik”). Pierwotnie było to bowiem pozdrowienie nad wyraz formalne i pełne respektu („jestem waszym sługą”, lub „do usług”). Co ciekawe, to samo zjawisko językowe wydarzyło się w przypadku wyrazu servus (łac. „sługa”), używanego jako nieformalne pozdrowienie w Polsce czy w Niemczech. Równie interesujące jest pochodzenie samego słowa schiavo, które wzięło się ze średniowiecznej formy łacińskiej sclavus lub slavus. Już we wczesnym średniowieczu skojarzono znaczeniowo określenie identyfikujące jeńców słowiańskiego pochodzenia jako „niewolników”. Zatem jak widać etymologia nawet tak „prostego” słowa jak ciao ma bardzo długą i złożoną historię.
To samo można powiedzieć o wyrazie ragazzo (wł. „chłopak”), pochodzącym z arabskiego (chociaż istnieją także hipotezy, że jest to termin zaczerpnięty z greki), który pojawił się w języku włoskim prawdopodobnie za pośrednictwem sycylijskiego. We włoskim i innych językach europejskich nie brakuje zresztą terminów mających swój źródłosłów w arabskim: wystarczy pomyśleć o licznych słowach związanych z kontekstem wojskowym, marynarskim czy handlowym, takich jak ammiraglio (wł. „admirał”), arsenale (wł. „arsenał”, po wenecku arzanà) czy magazzino (wł. „magazyn”). Należy także wspomnieć o matematyce (algebra, algoritmo i wiele innych).
Arabskie pochodzenie ma według niektórych badaczy również słowo mafia, chociaż inni doszukują się jego źródła nawet w imieniu św. Mateusza. Z kolei ghetto (wł. „getto”), słowo powszechnie używane na całym świecie, pochodzi z weneckiego. Pizza jest oczywiście neapolitańska, ale jej nazwa wywodzi się najprawdopodobniej z łacińskiego wyrazu pinsa (wł. “zagniatana”), chociaż niektórzy łączą zarówno pizzę, jak i pochodzącą z regionu Romania piadinę z popularną na Bałkanach i w krajach islamskich pitą. W kontekście kulinarnym oczywiście nie są rzadkością słowa pochodzące z dialektów, które przyjęły się na terytorium całego kraju: przykłady to piemonckie grissini, mediolańskie panettone czy sycylijskie arancino lub arancina.
Powyższe przykłady świadczą o tym, że choć język włoski, jaki dziś znamy, ma swoje korzenie w czternastowiecznym volgare florenckim, to źródła pochodzenia poszczególnych słów są o wiele liczniejsze, gdyż wywodzą się z wielu regionów Włoch. Niejednokrotnie bywało, że wyrazy toskańskie wypierane były przez te pochodzące z innych dialektów: dobrym tego przykładem jest słowo giocattolo (wł. „zabawka”), pochodzące z dialektu weneckiego, które w XX wieku zastąpiło toskański wyraz balocco (termin postrzegany dziś jako zdecydowanie archaiczny). Innym słowem związanym z dzieciństwem jest zdrobnienie wyrazu padre (wł. „ojciec”): w znaczącej części terytorium Włoch przeważa pochodzący z francuskiego wyraz papà, podczas gdy w Toskanii do dziś powszechnie korzysta się ze słowa babbo. Istotnym wyjątkiem jest Babbo Natale, czyliśw. Mikołaj, nazywany tak w całych Włoszech.
Inne słowa powszechnie używane w Toskanii, a postrzegane obecnie jako przestarzałe w innych regionach, to np. uscio zamiast porta (wł. „drzwi”) czy potoczne i obraźliwe wyrazy takie jak bischero lub grullo (wł. „głupek, palant”). Ciekawym przypadkiem są słowa kończące się na -aio i –aro: z jednej strony mamy słowo marinaio (wł. „marynarz”), z drugiej pizzę alla marinara (wł. „po marynarsku”), tak samo jak w przypadku salvadanaio (wł. „skarbonka” – wyraz jest połączeniem czasownika salvare oraz danaio), pojemnika w którym trzymamy denaro albo danaro (wł. „pieniądze”). Słowa na -aio, pochodzące z łacińskiej formy -arius, są typowo toskańskie. Często określają one nazwy zawodów: oprócz wspomnianego już marinaio, innymi przykładami są fornaio (wł. „piekarz”), notaio (wł. „notariusz”) czy libraio (wł. „księgarz”).
W pozostałych częściach Półwyspu, zarówno na Południu jak i na Północy, jest natomiast powszechna końcówka -aro lub -ero. Dość często jednak, tak jak w przypadku wymienionych już denaro i marinaro/a, standardowy obecnie język włoski przyjął, w pojedynczych przypadkach, formę neapolitańską, rzymską itp. W Rzymie są zresztą bardzo powszechne słowa kończące się na -aro, od notaro zamiast notaio po gelataro w miejscu gelataio (wł. „sprzedawca lodów”), aż po liczne kolokwialne i wulgarne wyrażenia w dialekcie rzymskim. Często słowa zakończone na -aro określają konkretne grupy czy subkultury młodzieżowe: fan muzyki heavymetalowej nazywa się po włosku metallaro, a osoba uprawiająca street art to graffitaro…
Tak złożone i wielowarstwowe pochodzenie słownictwa włoskiego świadczy – o ile istniałaby taka potrzeba – o wielkim bogactwie i pięknie języka, który naprawdę nie ma sobie równych.
Riva degli Schiavoni
Słynny punkt panoramiczny z widokiem na basen św. Marka. Jest to długie wybrzeże, które ciągnie się od Ponte della Paglia aż do Rio della Ca’ di Dio w samym sercu dzielnicy Castello. Wybrzeże to swoją nazwę zawdzięcza ludom z Dalmacji, która w czasach Republiki Weneckiej nazywana była także Slavonią lub Schiavonią. Dalmacja, tak jak wiele innych miast i wysp leżących na wschodnim brzegu Adriatyku przez wieki była częścią Republiki Weneckiej; Adriatyk przez wieki był zresztą oznaczany na mapach jako Zatoka Wenecka. Riva degli Schiavoni stanowiła integralną część ówczesnego weneckiego portu handlowego, o znaczeniu nie do przecenienia ze względu na bliskość placu św. Marka oraz centrum władzy politycznej w Wenecji. Do wybrzeża tego przybijały przez dziewięć stuleci statki dalmatyńskich kupców posiadających tu banki, w których sprzedawali swoje towary.
Artykuł został opublikowany w numerze 70 Gazzetty Italia (sierpień-wrzesień 2018)
Ferzan Özpetek, Turek z pochodzenia i Włoch z wyboru. Po kilku doświadczeniach teatralnych zaczyna pracować jako asystent znanych reżyserów. Debiutuje w 1997 roku filmem „Hamam. Łaźnia turecka”, który spotyka się z pozytywną reakcją wśród krytyków i publiczności. Od tego momentu zaczyna karierę naznaczoną kolejnymi sukcesami. W sierpniu do polskich kin wejdzie jego dwunasty film „Neapol spowity tajemnicą”.
Ferzan Özpetek, fot. Gerald Bruno
Nie wszyscy wiedzą, że miał Pan studiować w Stanach, ale zupełnie niespodziewanie trafił Pan do Rzymu…
Miałem jechać do Ameryki, nagle zmieniłem zdanie i przyjechałem do Rzymu. Bardzo lubiłem kino włoskie, ale lubiłem też kino francuskie, angielskie i amerykańskie, więc to nie był główny powód przyjazdu. To było dość dziwne. To jedna z tych decyzji, których nie potrafisz wytłumaczyć. Podejmujemy w życiu wiele instynktownych decyzji, bez żadnego konkretnego powodu.
Jest Pan bardzo przywiązany do swoich korzeni?
Definiuję siebie jako włoskiego reżysera to na pewno, z punktu widzenia zawodowego dojrzewałem we Włoszech. Jeśli natomiast chodzi o narodowość… Już czterdzieści dwa lata mieszkam we Włoszech i, być może, zdążyłem znacznie oddalić się od Turcji. Ale tak właściwie, gdy padło to pytanie, to sobie uświadomiłem, że nie czuję się związany tylko z jednym krajem. Myślę, że przede wszystkim trzeba być człowiekiem.
I widać to dokładnie w pańskich filmach, które koncentrują się właśnie na osobach, relacjach i emocjach. Wielokrotnie w pana pracy z aktorem widać odwołania do wielkich Mistrzów kina…
Jest mnóstwo reżyserów, których uwielbiam, ale moim ulubionym pozostaje Vittorio De Sica i jego podejście do aktorów. Zawsze podziwiałem jego kunszt kierowania aktorem w taki sposób, żeby wyciągnąć z niego esencję. To jest dla mnie najważniejsze. Są też inni reżyserzy jak: Michael Powell, Stanley Kubrick czy Antonio Pietrangeli. Mógłbym wymieniać w nieskończoność, bo jest wielu reżyserów, których podziwiam.
Miejsce akcji również odgrywa w Pana filmach znaczącą rolę, staje się niemalże jednym z bohaterów, na równi z aktorami. Jest Pan ekspertem w pokazywaniu ukrytego piękna znanych miast…
Alessandro Borghi
Osoby odgrywają dużą rolę, ale miejsca również. Film „On, ona, ono” nakręciłem w okolicach Gazometru w Rzymie. Dzięki ogromnemu sukcesowi filmu we Włoszech, odnotowano znaczny wzrost sprzedaży mieszkań w tej dzielnicy, za co agenci nieruchomości byli mi bardzo wdzięczni. Po skończeniu mojego pierwszego filmu „Hamam. Łaźnia turecka” moi przyjaciele, nie rozpoznając filmowych plenerów, pytali mnie, gdzie właściwie kręciłem? Później okazywało się, że były to miejsca, które codziennie mijali. Często chodzi jedynie o odpowiednie ujęcie, kadr czy kąt nachylenia kamery. Ale to, co najbardziej się liczy, to ludzie i ich związek z danym miejscem. Kiedy piszę scenariusz i później zaczynam próby z aktorami w plenerze, początkowe pomysły mogą się zmienić.
Po szesnastu latach wrócił Pan do Stambułu, żeby zrobić film oparty na swojej książce „Rosso Istanbul”. Czy zmienia się sposób pracy w plenerze, kiedy kręci Pan w Turcji?
Szkoliłem się we Włoszech i nie można uwolnić się od pewnych wyuczonych mechanizmów. W Stambule czułem się doskonale, miałem znakomity, pełen pasji zespół. Kręcenie filmu w moim rodzinnym mieście miało dla mnie ogromne znaczenie. Patrzyłem na nie innymi oczami i byłem wzruszony tym, co widzę. Chciałem nagrywać w domu z mojego dzieciństwa, ale na jego miejscu stoi teraz wieżowiec. Udało mi się natomiast zrobić zdjęcia w Bosforze, gdzie spędzałem wakacje. W Rzymie miałem ostatnio duże problemy, bo to miasto, które cierpi z powodu nadmiaru planów zdjęciowych. Rzymianie nie znoszą utrudnień w ruchu, ale kolejny film na pewno zrobię w Rzymie.
Giovanna Mezzogiorno, „Neapol spowity tajemnicą”
Ma Pan już jakiś pomysł?
Już prawie skończyłem scenariusz, który opowiada o osobie, która nie jest w stanie usiedzieć w miejscu. Nie dlatego, że jest zbyt niespokojna, ale dlatego, że jej zainteresowania i kreatywność cały czas stawiają jej nowe wyzwania. Ja sam taki jestem: w kwietniu przyszłego roku wystawiam Madame Butterfly w Teatrze San Carlo w Neapolu, napisałem nowy film, być może zacznę pisać trzecią książkę. Moje życie to dzielenie się wszystkim co kocham, dlatego zajmuję się kinem i dlatego dzielę się zdjęciami i informacjami na portalach społecznościowych. Dzielenie się to piękna idea, dzięki niej uczestniczymy w czymś razem, oddajemy część siebie innym, widzimy razem tę samą rzecz, ale każdy na swój sposób. Podoba mi się bardzo zdanie reżysera Marco Ferreri, który mówi, że „filmy bez widzów nie istnieją, oni są razem z nami ich autorami”. Dzięki możliwości natychmiastowego dzielenia się, bardzo zbliżyłem się do moich widzów, sprawiam, że uczestniczą w akcie tworzenia i jeśli później mi mówią, że wiele razy widzieli moje filmy lub że jakiś detal szczególnie docenili, to jest to dla mnie największa nagroda.
W Neapolu nagrywał Pan po raz pierwszy, po Lecce i Rzymie przyszedł czas na opowieść o Neapolu?
Sześć lat temu, kiedy pracowałem nad wystawieniem opery La Traviata w Teatrze San Carlo, przez półtora miesiąca mieszkałem w Neapolu. Poznałem wówczas sporo ludzi, odwiedziłem wiele domów, dużo czytałem na temat historii miasta, zobaczyłem życie. Neapol całkowicie mnie pochłonął i wtedy narodził się pomysł, żeby zrobić tam film. Opowiadam o Neapolu, który pokochałem, gdy tylko tam przyjechałem, pokazuję więc Neapol historycznego centrum miasta, Neapol antyczny i mieszczański, Piazza del Gesù, Piazza dei Martiri, Piazza San Domenico Maggiore oraz Spaccanapoli. Wybór wnętrz również dokładnie przemyślałem. Do dwóch głównych lokacji jestem przywiązany emocjonalnie. Dom Adele (Anna Bonaiuto) to stare, szlacheckie wnętrze pełne dzieł sztuki, użyte w kinie tylko dwa razy: przez Rosselliniego w filmie Podróż do Włoch i przez Vittorio De Sica w filmie Złoto Neapolu. Z koleidom Adriany (Giovanna Mezzogiorno)to mieszkanie mojej drogiej przyjaciółki Flory.
Pana Neapol jest tajemniczy i pełen symboli…
Zgadza się, w filmie od samego początku pojawiają się symbole, wokół których kręci się fabuła. Początkowo myślałem, żeby zacząć od widoku na Neapol. Ale później podczas rozmowy ze scenarzystką, zaczęliśmy się zastanawiać, co tak naprawdę chcę opowiedzieć o tym mieście. Ponieważ bardzo lubię schody scenografka pokazała mi Palazzo Mannajuolo, które mnie zachwyciło. To było swego rodzaju przeznaczenie, bo cały film koncentruje się na oku i łonie, a ten budynek wydawał się być jednym i drugim. Na pierwsze ujęcia był idealny. Kolejnym symbolem, który powraca jest woal. Miałem okazję uczestniczyć w archaicznym rytuale „figliata dei femminielli” związanym z kulturą transwestytów neapolitańskich – to przedstawienie męskiego porodu. Aktorów i publiczność oddziela przezroczysty materiał, ponieważ prawda jest bardziej do słuchania niż do patrzenia. No i właśnie, nieustannie pytano mnie, dlaczego tytułowy Neapol okryty jest woalem. Ponieważ woal niczego nie ukrywa, a raczej odkrywa, dzięki niemu lepiej widać. Tak jak w rzeźbie Cristo velato – woal pokazuje rysy twarzy, jednocześnie je zakrywając. Spektakl porwał mnie tak bardzo, że postanowiłem częściowo użyć go na początku filmu, ale zmieniłem tam wiele rzeczy, zrobiłem to po swojemu.
Rozmawialiśmy o Włoszech i Turcji. Przenieśmy się na chwilę do Polski. W 2015 roku był Pan gościem Forum Kina Europejskiego Cinergia w Łodzi…
Pojechałem do Łodzi razem z Kasią Smutniak, która, poza tym, że zrobiliśmy jeden film razem, jest moją przyjaciółką. Byłem również w domu dziadków Kasi i widziałem polską wieś. Polska zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zauważyłem wiele podobieństw do innych krajów, ale z drugiej strony były też drobne szczegóły, które robią różnicę. Światło, potrawa, spojrzenie – to wszystko sprawia, że wiesz, że jesteś w Polsce.
Kiedy mówi Pan o tych drobnych szczegółach i zwracaniu uwagi na detale, przychodzą mi na myśl filmy Kieślowskiego albo poezje Szymborskiej…
Uwielbiam Kieślowskiego! Był niezwykle uważnym obserwatorem życia. Jego filmy skłaniają do refleksji i mimo prostych historii, są głębokie i poruszające. Z Szymborską natomiast się przyjaźniłem. Jestem zauroczony jej poezją. Spotkaliśmy się po raz pierwszy na Targach książki w Turynie i później widzieliśmy się jeszcze przy różnych okazjach. Zadedykowałem jej film „Magnifica Presenza” i nawiązałem do niej w „Świętym sercu” w momencie, kiedy spada na ziemię tomik jej poezji. Była dla mnie bardzo ważną osobą. Pośród moich polskich inspiracji jest również Pawlikowski i Polański. Ten ostatni jest ostatnio bardzo krytykowany, ale ja go bardzo cenię. To wielki artysta, ale nie ze wszystkimi można o tym otwarcie rozmawiać ze względu na panujący aktualnie napięty klimat i atmosferę wiecznego skandalu, jaka go otacza. Dla mnie Polański pozostaje wybitnym reżyserem.
foto: kadry z filmu „Neapol spowity tajemnica”
fotograf: Gianni Fiorito
Na zdjęciu Luisa Ranieri, Peppe Barra, Antonio Braucci, Antonio Grosso i Antonio Solito; „Neapol spowity tajemnicą”
Kiedy mówi się, że pietruszka jest wszędzie, jest to stwierdzenie faktu. Starożytni używali jej w celu leczenia wysokiego ciśnienia i innych problemów naszego ciała. Pomaga na cuchnący oddech, jest świetnym wybielaczem do zębów oraz ma właściwości moczopędne i napotne.
Także w kuchni daje przyjemne poczucie świeżości i uczucie czystości podniebienia. Oto powód, dla którego pochodząca z Ukrainy kucharka Larysa Shopina, posiadająca bogate doświadczenie w kuchni weneckiej, pod kierownictwem szefa kuchni Marco Bernardi wymyśliła i przygotowała to proste, acz pyszne danie.
Składniki na 4 porcje:
300 g makaronu tagliatelle
50 g pietruszki
1 cytryna
1 ząbek czosnku
20 łuskanych krewetek
oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia
50 g masła
odrobina białego wina
sól i pieprz
Przygotowanie:
Gotujcie makaron tagliatelle w słonej wodzie. W międzyczasie podsmażcie na patelni ząbek czosnku. Gdy się zarumieni, pokrójcie go i dorzućcie skropione odrobiną białego wina krewetki. Dolejcie trochę wody i wyciśnijcie cytrynę. Gdy makaron się ugotuje wlejcie go na patelnię i dodajcie pietruszkę. Polejcie wszystko rozpuszczonym masłem.
Odpowiem na pytanie czytelniczki, która poprosiła mnie o wyjaśnienie na temat tego jak należy uzupełniać witaminę D. Cały czas o niej słyszę. Czy to naprawdę jest tak ważne dla naszego organizmu? Jak można zaradzić ewentualnemu niedoborowi?
Powiedzmy szczerze, że witamina D jest nie tylko ważna dla naszego organizmu, a badanie parametrów krwi często jest zaniedbywane dlatego to dobrze, że tak dużo się o niej mówi.
Witamina D jest ważna dla metabolizmu wapnia i regulacji systemu odpornościowego oraz pozwala powstrzymywać i hamować rozwój licznych chorób począwszy od infekcji po te zwyrodnieniowe i autoimmunologiczne. Pomimo roli jaką pełni w organizmie okazuje się, że wiele osób cierpi na niedobór witaminy D. Szacuje się, że u co najmniej 80% populacji Włoch parametry sięgają poniżej normy (dane dostarczone przez Włoskie Towarzystwo Osteoporozy, Metabolizmu Mineralnego i Chorób układu kostnego).
Niski poziom we krwi powoduje mniej lub bardziej poważne konsekwencje między innymi: wady wrodzone (wywołane przez niedobór u matki), krzywicę, nadwagę, osteoporozę, choroby autoimmunologiczne (fibromialgię, Parkinsona, Alzheimera, stwardnienie rozsiane, chorobę Crohna, reumatoidalne zapalenie stawów), zespół chronicznego zmęczenia oraz większe ryzyko chorób zakaźnych. To są tylko niektóre z nich.
Niedobór witaminy D występuje tak często, że uważa się ją za cichą epidemię. Jako główną przyczynę wymienia się zmniejszoną ekspozycję na słońce co z kolei jest spowodowane współczesnym stylem życia, w którym coraz częściej przebywa się w pomieszczeniach oraz przez zanieczyszczenia wywołane przez gazy cieplarniane, które zmniejszają pochłanianie promieni słonecznych przez skórę.
Głównym źródłem tej cennej witaminy jest tak naprawdę ekspozycja słoneczna, poprzez którą zostaje uruchomiony proces syntezy endogennej (czyli wewnętrznej, zachodzącej w samym organizmie). Aby zapewnić wystarczającą wytwarzanie witaminy D powinniśmy przebywać na słońcu każdego dnia przez co najmniej 15-20 minut bez użycia kremów przeciwsłonecznych. W tym krótkim czasie zostaje wytworzona ilość równa 10.000-20.000 jednostkom międzynarodowym. Przebywanie na słońcu przez wiele godzin nie ma większego sensu ponieważ organizm nie jest w stanie wytworzyć więcej witaminy, krótko mówiąc następuje nadmiar witaminy D. Dlatego lepiej jest krócej przebywać na słońcu, ale częściej.
Natomiast ci którzy wiele czynności wykonują na zewnątrz mogą cierpieć na niedobór. Jak temu zaradzić? Niektóre produkty spożywcze są bogate w witaminę D jak na przykład ryby tłuste (tuńczyk, makrela), wątróbka, sery tłuste (masło), żółtko. Wszystkie produkty, których spożycie zaleca się ograniczyć do minimum. Jeśli ktoś chce zwiększyć ilość tej witaminy w diecie lepiej zacząć jeść produkty pochodzenia roślinnego przede wszystkim grzyby (grzyby shitake i borowiki).
Odżywianie okazuje się więc niewystarczające aby osiągnąć odpowiedni poziom witaminy D w krwi, dlatego też często zaleca się zażywanie suplementów. Ponieważ jeśli jest prawdą, że matka natura się nie myli to tak samo jest prawdą, że w dzisiejszych czasach nasz tryb życia jest zupełnie inny od tego co natura stworzyła dla nas.
Jak wyjaśnia doktor Paolo Giordo autor książki ”Witamina D królowa układu odpornościowego” (Terra Nuova Edizioni) właściwe zapewniłoby ochronę przed wieloma chorobami także przed tymi poważnymi. Ponadto należy zauważyć, że w przypadku chorób w pełni rozwiniętych/ w zaawansowanym stadium witamina D w wysokich dawkach ma terapeutyczne i znaczące rezultaty.
Zalecane dzienne spożycie tzw. rda zostało ustalone na podstawie określonych parametrów, które zatwierdzone w 1997 roku, aby zapewnić ochronę przed krzywicą i innymi chorobami układu kostnego i przewiduje 400-600 dziennych jednostek (jednostki międzynarodowe). Naukowcy z uniwersytetu z Kalifornii w San Diego i Creighton University w Nebrasce podważyli słuszność tych parametrów, twierdząc że zalecane dzienne spożycie jest obniżone o co najmniej dziesięć jednostek wielkości. Również bardzo konserwatywna i ostrożna w swoich opiniach instytucja jak Amerykański Instytut Medyczny mówi o 10.000 dziennych jednostkach jako bezpieczny dzienny limit zażycia witaminy D dawka, która stanowi średnią ilość jaką nasze ciało wytwarza podczas 20-minutowego przebywania na słońcu.
Aby uniknąć jakichkolwiek efektów ubocznych przyjmowanie większych dawek musi być kontrolowane przez lekarza specjalistę, które zazwyczaj są podawane tylko w przypadku chorób autoimmunologicznych związanych z tą witaminą. Najbardziej znany raport w tej dziedzinie został sporządzony przez brazylijskiego neurologa Cicero Galli Coimbrę obecnie rozpowszechniany i stosowany przez wielu dobrze wykształconych lekarzy na całym świecie.
Wiele osób szczególnie tych cierpiących na choroby autoimmunologiczne mają genetyczną odporność na witaminę D. W tych przypadkach należy ją osłabić zwiększając dawki. Raport dotyczący terapii sporządzony i stosowany przez doktora Coimbrę zakłada na podawaniu zwiększonych dawek witaminy D aby przywrócić balans w układzie odpornościowym i zahamować rozwój chorób autoimmunologicznych jak stwardnienie rozsiane, reumatoidalne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, zespół Sjögrena, toczeń rumieniowaty układowy, wrzodziejące zapalenie jelita grubego, choroba Crohna, łuszczyca, bielactwo nabyte i wiele innych, które odpowiadają za system obronny tzn. autoagresję ze strony komórek własnego układu odpornościowego względem innych komórek uznanych za obce.
Pytania i ciekawostki związane z odżywianiem? Piszcie na info@tizianacremesini.it, a ja spróbuję odpowiedzieć za pośrednictwem tej rubryki!
Paolo Gesumunno i Gennaro Canfora są weteranami relacji polsko-włoskich, z ponad 35-letnim okresem pracy i sentymentów związanych z życiem na ziemi Chopina. I to właśnie pociąg ochrzczony nazwiskiem wielkiego romantycznego kompozytora przywiózł ich, wówczas studentów polonistyki, w zimnym i śnieżnym lutym 1981 do Warszawy. Podróż, która miała odmienić ich życie, w momencie, gdy zmieniało się życie milionów Polaków.
P.G./G.C.: Gdy wreszcie wysiedliśmy na przystanku Warszawa Gdańska, na nieodśnieżonej, ale rozświetlonej słońcem stacji, zdawała się, że jesteśmy na planie „Doktora Żywago”. Kontrole były raczej łagodne wobec zagranicznych, w odróżnieniu od tej w Republice Czeskiej. Aby dojechać do Warszawy złapaliśmy pociąg z Wiednia. Austriacka stolica w latach 80-tych poprzedniego wieku była już zagłębiona w środkowoeuropejskiej atmosferze, słyszało się różne języki, policja była uzbrojona po zęby, a ludzie usiłowali przesyłać sobie listy i przedmioty na drugą stronę żelaznej kurtyny. Za każdym razem, gdy przyjeżdżaliśmy do Polski, woleliśmy przyjechać nad ranem do Wiednia, w ten sposób mieliśmy cały dzień na złożenie wniosku o wizę tranzytową do Czechosłowacji w miejscowym konsulacie. Wieczorem przesiadaliśmy się do gorszych wagonów, a gdy wjechały już na teren Czechosłowacji, pociąg zatrzymywał się na kilka godzin i odcinano elektryczność, a my zostawaliśmy w ciemności i na mrozie. Straż graniczna chodziła z latarką i sprawdzała dokładnie wszystkie wagony. Później wreszcie wysiadali Czechosłowacy i pociąg jechał do Polski.
Wasz przyjazd pokrył się z początkiem krytycznego okresu w historii tego kraju.
P.G.: Moje ukierunkowanie polityczne ukazywało mi komunizm jako ideał, a flaga rosyjska była tą z rewolucyjnych marzeń. Jednak z czasem, mieszkając tutaj zrozumiałem, że Polska była pod przytłaczającą dyktaturą, całkowicie poddana ZSRR. Prawdopodobnie pierwszym aktem, którym socjalistyczny rząd w Warszawie oddalił się od Moskwy był przypadek Czarnobylu, w kwietniu 1986. Rząd polski natychmiast opowiedział prawdę o tym wypadku, uwalniając się spod propagandy Moskwy, która próbowała ją zataić. Został powołany komitet zdrowia publicznego pod kierownictwem technika, a nie polityka, który postanowił, ze miliony Polaków wypiją jod, by uniknąć absorpcji promieniotwórczych cząsteczek obecnych w atmosferze. Wypił go też mój pięciomiesięczny syn. Dwa lata wcześniej zamordowano Popiełuszkę…
G.C.: Warszawa, do której przyjechaliśmy była miastem, gdzie strajki były coraz częstsze, również te w środkach transportu publicznego, do tego stopnia, że nauczyliśmy sie szybko chodzić na piechotę z akademika, znajdującego się na ulicy Zamenhofa, aż do uniwersytetu. Pamiętam pierwszy film, który obejrzałem w Kinie Kultura – „Robotnicy 80′”, film o proteście, o którym dowiedziałem się pocztą pantoflową. Po tej pierwszej wymianie studenckiej obaj wróciliśmy do Włoch, gdzie otrzymaliśmy kolejne stypendium. Tymczasem na kraj spadł stan wojenny i musieliśmy przełożyć nasz powrót na lato 1982 roku.
P.G.: Kiedy wróciliśmy w sierpniu 1982, atmosfera była surrealistyczna, ponieważ stan wojny był częściowo zawieszony, a kurs, w którym wcześniej uczestniczyłem był ekumeniczny, otwarty dla studentów pochodzących ze wszystkich krajów, a zwłaszcza wschodnich. Jednak było również kilku studentów z krajów niekomunistycznych, z czego wielu z nich było Włochami, przede wszystkim z Rzymu i Florencji, gdzie znajdowała się silna grupa polonistyki. Widziało się wiele krążących patroli militarnych, wyczuwało się ferment i studencki klimat opozycyjny, manifestacje, ale nigdy nie widziałem momentów napięcia i starć. Właściwie nie było atmosfery polowania na czarownice, wierzę, że sytuacja na Czechosłowacji i w Berlinie Wschodnim była gorsza, zwłaszcza jeśli chodzi o donosy polityczne sąsiadów.
G.C.: Kiedy za drugim razem wróciłem do Polski, za radą ówczesnego lektora języka polskiego na Wschodnim Instytucie Uniwersyteckim w Neapolu, pojechałem do Krakowa. Życie codzienne przebiegało spokojnie, ale w sklepach nic nie było, z jakąkolwiek potrzebą, która wykraczała poza zwykłe przetrwanie, musiałem chodzić do Pewexu, gdzie kupowało się wyłącznie za obcą walutę, a wszystko było dostępne w cenach dla Polaków zaporowych. Dwa lata później, po ślubie i narodzinach córki, pamiętam, że wieczory spędzałem na praniu pieluch tetrowych, ponieważ nie było „pampersów”. W Krakowie atmosfera studenckiego sprzeciwu systemowi była bardzo ożywiona; pamiętam manifestacje 3 maja, obchody uchwalenia pierwszej Konstytucji w nowoczesnej Europie z 1791 roku, którego władza oficjalnie nie pozwalała świętować, a później artystów krytycznych wobec reżimu występujących w sławnym kabarecie Piwnica Pod Baranami. Razem z nimi w listopadzie 1983 pojechałem z Krakowa do Arezzo, ponieważ zostali zaproszeni do uczestnictwa w festiwalu kabaretowym i miałem możliwość być ich tłumaczem.
Tymczasem życiowe wybory spowodowały, że zostaliście w Polsce.
P.G.: Tak, i jestem bardzo szczęśliwy i dumny z tej mojej polskiej części. To jest moja ziemia, tutaj mieszka moja rodzina, moje dzieci. Broniłbym tego kraju w obliczu jakiegokolwiek zagrożenia wolności i autonomii. W 1989 roku, kiedy upadł komunizm, pracowałem od kilku lat na Uniwersytecie i rozpocząłem moją karierę tłumacza. Wspaniałe doświadczenie! Miałem możliwość poznać i współpracować z najbardziej prestiżowymi instytucjami tego państwa. Ale w 1989 roku oczekiwany upadek muru pociągnął ogromne komplikacje gospodarcze i przez chwilę myślałem o powrocie do Włoch i nauczaniu polonistyki. Ale w 1990 roku zostałem zatrudniony we Włoskim Instytucie Kultury i dzisiaj świętuję 27-lecie mojej pracy nad rozwojem stosunków naszych dwóch państw.
G.C.: Ja, po kilku latach nauczania w Krakowie, gdzie poznałem moją żonę, w 1987 roku postanowiłem skorzystać z oferty pracy w Instytucie Kultury w Warszawie. W tamtym czasie Włochy, zarówno na poziomie kulturalnym, z organizacją wydarzeń w Polsce, jak i poziomie politycznym okazały się być bardzo zbliżone do Polski. 2 czerwca 1989 roku w Ambasadzie Włoskiej z okazji święta Rzeczypospolitej byli obecni Cossiga, Andreotti, Jaruzelski i Wałęsa. Włochy były pierwszym państwem, które uznało zmianę polityczną Polski i które po krótkim czasie było świadkiem wejścia Solidarności do rządu. Także ja czuję się Polakiem, a ten kraj, zarówno w ciężkich chwilach, jak i obecnie, zawsze wspaniale mnie przyjmował, zresztą tutaj urodziły się i wychowały moje dzieci. Jako neapolitańczyk mogę jedynie dodać, że z Włoch brakuje mi tylko słońca.
G.C./P.G.: Wśród wielu doświadczeń pełnych przygód przeżytych w tamtych czasach wspominamy tournee z największymi orkiestrami symfonicznymi i operami polskimi. Jako kompozytorzy i tłumacze, zjeździliśmy praktycznie wszystkie włoskie miasta razem z mitycznym mistrzem Silvano Frontalinim; przekroczyliśmy wszystkie granice i przeżyliśmy wszystkie te momenty z wybitnymi polskimi artystami zmuszonymi do zarabiania na chleb kręcąc się po starych autobusach Ikarus. Prowadziliśmy kursy włoskiego w radio i telewizji, Rino zagrał w „Komedii małżeńskiej”, kultowej komedii tamtych czasów… Krótko mówiąc, wszystko i jeszcze więcej!
Jak powstały włoskie instytuty kultury w Polsce?
P.G./G.C.: W 1965 roku została otwarta na ulicy Nowowiejskiej czytelnia z książkami po włosku, która w 1974 roku została przekształcona we Włoski Instytut Kultury. Siedzibą była wiekowa kamienica na ulicy Foksal, naprawdę piękne miejsce, w którym mieliśmy też salę kinową z dwoma prawdziwymi projektorami na filmy o szerokości 35mm. Jednak wynajmowaliśmy to pomieszczenie, a jego konserwacja była niedostateczna. Rząd włoski próbował zakupić ten budynek, jednak gdy upadł komunizm, okazało się niemożliwym zidentyfikowanie prawdziwego właściciela, aż do 2001 roku, gdy ambasador Biolato zmusił Włochy do zakupienia aktualnej siedziby na ulicy Marszałkowskiej. Tymczasem powstał też Włoski Instytut Kultury w Krakowie.
tłumaczenie pl: Aleksandra Olech foto: Agata Pachucy