Pierwszy raz w Polsce

0
1464

Gdy po raz pierwszy przyjechałem do Polski, 7 listopada 2008 roku, nie przypuszczałem, że cztery dni później znajdę się na Rynku w Krakowie, śpiewając hymn narodowy wśród tysięcy Polaków. Starym autem, chyba BMW, prowadzonym przez Barbarę, która wykłada architekturę na Akademii Sztuk Pięknych, przyjechałem z lotniska do centrum. Dwa miesiące wcześniej gościłem Barbarę w Wenecji, a teraz ona gościła mnie przy Starowiślnej 28. Ciężkie żelazne drzwi wychodziły na ruchliwą ulicę, następnie szło się przez korytarz na podwórko, naprzeciw były drzwi wejściowe do tej części budynku, w której znajduje się mieszkanie Barbary. Schody ciemne i zniszczone, w korytarzu rowery solidnie przypięte kłódkami. Mieszkanie było dość przestronne o układzie podobnym do wagonu kolejowego: korytarz z pokojami po prawej stronie i ścianą po lewej. Pierwsze pomieszczenie to pokój dzienny z aneksem kuchennym, drugie to gabinet, a trzecie – sypialnia. Prosto w głębi korytarza znajdowała się mała łazienka z krótką wanną, w której trzeba podkurczyć kolana. Ciepła woda z bojlera regulowanego zaworami. Czas zostawić walizkę w gabinecie zamienionym na pokój gościnny, z ładnym szerokim materacem na podłodze i udać się w drogę na odkrycie Krakowa. Wychodząc przez drzwi skręcamy w prawo i idziemy wzdłuż Starowiślnej, do przejścia przez pierścień zieleni wokół murów, zadbanego i czystego ogrodu publicznego. Z czasem przekonałem się, z jaką miłością co roku przemalowują ławki i ogrodzenia podjazdów. Idąc ze Starowiślnej wchodzę na piękny, mały, prostokątny skwer. „To jest Mały Rynek, tu regularnie organizowane są targi” – mówi Barbara, krocząc szybko po szerokich kamieniach ulicy, która prowadzi nas na Rynek.

„Ten duży kościół po prawej stronie to Kościół Mariacki, przed nami Sukiennice, a tam po lewej zaczyna się ulica Grodzka, która prowadzi do Włoskiego Instytutu Kultury”, opowiada dalej Barbara, która nie oczekuje ode mnie żadnej odpowiedzi ani reakcji, rozumie, że mój umysł jest zajęty przetwarzaniem tego, co widzę i czuję. Tak kontynuujemy nasz spacer po Rynku. W pewnym momencie skręcamy w lewo. „Chodźmy się rozgrzać”, mówi, zabierając mnie do kawiarni Nowa Prowincja. Siedzimy i rozmawiamy przez co najmniej godzinę, pijąc grzane wino. Długi stół dzielimy z czterema dziewczynami w wieku studenckim, pijącymi gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Czas przyjemnie mija. Wracamy na Rynek, idziemy na kolację do eleganckiej Restauracji Szara, Barbara jest przyjaciółką właściciela, który, aby pokazać swoją miłość do Włoch, od razu oferuje nam dwa kieliszki prosecco. Kolacja jest doskonała, odkrywam pierogi, a potem pieczonego łososia. Barbara jest osobą wyjątkową, głodną kultury i piękna, bardzo szczupłą, je tylko warzywa i to w minimalnej ilości, słucha Anny Marii Jopek i codziennie pływa. W Wenecji była bohaterką ratowników. Na wieczornym zamknięciu plaży czekali na nią przy tamie Des Bains. Zdążyli już się przyzwyczaić, że cudzoziemka, która świetnie mówi po włosku i rozumie dialekt wenecki, przychodzi nad brzeg codziennie o tej samej porze po godzinnej kąpieli wzdłuż szczotek wałów przeciwpowodziowych, które ciągną się od brzegu do morza. Po kilku tygodniach czekali na nią tam z butelką wina. Ratownicy opowiedzieli kilka anegdot, które wydarzyły się w zaciszu plaży Lido di Venezia, a ona zabawiała ich mówiąc o architekturze, malarstwie i muzyce. Kiedy wróciła do domu, skończyłem już kolację i nauczyłem się o nią nie martwić. Przygotowywanie dla niej posiłku było równoznaczne ze smutkiem i rozczarowaniem, ponieważ nie jadła prawie nic, a przede wszystkim nie jadła niczego, czego nie przygotowała sama. Potrafiła mieć specyficzne codzienne potrzeby nawet wśród nielicznych pokarmów, które spożywała. Ale kieliszek wina zawsze był w porządku.

W następnych dniach zapoznała mnie z innymi lokalami, do których przez lata wracałem w różnym towarzystwie, między innymi Camelot z jego wspaniałymi ciastami i meblami w dziwnych kombinacjach. Alchemia na Kazimierzu, zawsze zatłoczona ludźmi z każdego zakątka świata, której wnętrze spowite jest półcieniem od światła świec, a zapach dymu wsiąka beznadziejnie w to, co masz na sobie. Stalowe Magnolie to miejsce, które bardzo kochałem. Mowa tu o dawnym pubie przy ul. Świętego Jana. Jakiś czas po jego zamknięciu otwarto go ponownie przy ul. Szpitalnej, ale jego atmosfera była już inna. W starym pubie Stalowe Magnolie wchodziło się do hali, w której tłoczyła się masa ludzi, należało wspiąć się po kilku stopniach by znaleźć się pośród zużytych stołów i krzeseł, a w głębi była mała scena, na której występowały lokalne zespoły i kilku zagranicznych gości, którzy nie wiadomo skąd się tam wzięli. To właśnie dzięki kilku wieczorom w Stalowej poznałem piosenki grupy Republika, grane przez żywiołowe zespoły coverowe. Po prawej stronie była szczelina, która prowadziła do bardziej podejrzanego pomieszczenia zdominowanego przez długą ladę baru, zza której obsługiwały młode, nierzadko piękne dziewczyny. W rogu sali znajdowały się niewielkie drzwi, które prowadziły do małego korytarza, w którym były łazienki, ale idąc dalej, można było trafić do dużo bardziej dwuznacznego miejsca. Miało się wrażenie, że wchodzi się do czegoś w rodzaju prywatnych, kameralnych pokoi z łóżkami z baldachimem, których bywalcy nie mieli żadnych zahamowań.

I to właśnie tam, zaraz obok starego pubu Stalowego Magnolie, w tych pierwszych dniach mojego polskiego życia doznałem niezwykłych emocji podczas spotkania tête-à-tête z Damą z Łasiczką. W listopadzie 2008 roku Muzeum Czartoryskich było prawdziwą skarbnicą dzieł, pogrążoną w sennej atmosferze, słyszałem jednak, że dziś, po dziesięciu latach renowacji wygląda zupełnie inaczej. Wciąż pamiętam to dziwne uczucie: gdy kupowałem bilet od korpulentnej kasjerki w średnim wieku, czułem się jakbym wchodził do klubu bilardowego czy czegoś takiego. Chodząc po pokojach tego budynku w całkowitej samotności, zdałem sobie sprawę, że nieświadomie starałem się robić jak najmniej hałasu. Chodziłem po starym parkiecie, balansując ciężarem tak, by nie skrzypiał i nie przeszkadzał już z lekka przysypiającym pracownikom muzeum. Nagle znalazłem się przed arcydziełem Leonarda, byłem tylko ja i on, nie dzieliła nas żadna bariera. Prawdziwe, jedyne w swoim rodzaju przeżycie, jakże różne od tego kulturowego fast foodu, którego można doświadczyć w Luwrze przed Moną Lisą.

Z tej pierwszej krakowskiej wizyty pamiętam też aperitif w Domu Norymberskim, który był kulturowym bliźniakiem Domu Krakowskiego w Norymberdze. Być może właśnie dzięki stypendium w pięknym bawarskim mieście – znanym z Albrechta Dürera i z uprzywilejowanej sceny parady narodowosocjalistycznej – moja przygoda z Polską mogła się narodzić. W tych dniach w Krakowie spotkałem się z moim przyjacielem, dziennikarzem Radia Kraków oraz kilkoma przyjaciół, poznanych podczas Stypendium Norymberskiego, poświęconego niemieckiemu pisarzowi Hermannowi Kestenowi, i właśnie z nimi, wieczorem 11 listopada, cztery dni po wylądowaniu w Krakowie, znalazłem się na Rynku, śpiewając Marsza Dąbrowskiego. Nie rozumiałem wtedy jeszcze co oznaczają słowa refrenu polskiego hymnu „Z ziemi Włoskiej do Polski”, jednak nieświadomie utkwiły mi w pamięci.