Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 110

Pałac Królewski w Venaria Reale

0

Kompleks Venaria Reale, znajdujący się na obrzeżach Turynu, to przyrodniczo-architektoniczna perełka o nadzwyczajnym uroku. Jest to ogromna i różnorodna przestrzeń, gdzie odwiedzającemu nie pozostaje nic innego, jak tylko zanurzyć się w tym magicznym świecie, opowiedzianym w kontekście licznych atrakcji kulturalnych, takich jak: spektakle, koncerty, wyjątkowe wystawy odbywające się na zmianę z eventami rozrywkowymi, kontakt z  naturą, możliwość relaksu, zabawy sportowe i turystyka enogastronomiczna.

Venaria Reale to dawna osada miejska, miejsce naznaczone wydarzeniami historycznymi, pamiętające burzliwe dzieje. Obejmuje barokowy pałac królewski, który wraz ze swymi ogrodami jest jednym z najważniejszych przykładów wspaniałej architektury i sztuki XVII oraz XVIII wieku.

Splendor i doskonała jakość odrestaurowanej architektury pałacu królewskiego oraz piękno ogrodów i naturalnych przestrzeni parku pozwalają miło spędzić czas, zanurzyć się w świat nowych wrażeń, przeżyć różnorodne doświadczenia. Wszystko – zgodnie z nowoczesnymi koncepcjami – zadowoli gusta każdego. Venaria Reale – wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO – mieści się w centrum trasy biegnącej między królewskimi rezydencjami w Piemoncie i połączona jest z systemem muzealnym Turynu.

Venaria Reale to nie „muzeum”, lecz „pałac królewski dla współczesnych” – ogromna przestrzeń przeznaczona do odpoczynku i kontemplacji życia. Miejsce, którego nie można przegapić. Prawie każdego dnia odbywają się tu koncerty, spektakle, wystawy, eventy kulturalne i rozrywkowe, które zainteresują każdy typ publiczności, a wszystko to we wspaniałym otoczeniu i przy udziale licznych niespodzianek. Należy poświęcić co najmniej jeden dzień, aby poznać całe bogactwo oferowane przez to miejsce.

Pałac Królewski i ogrody

Pałac królewski, któremu barokową świetność – na której był wzorowany – przywrócił w połowie XVII wieku Karol Emanuel II, książę Sabaudii, to monumentalny kompleks, znów będący symbolem nowoczesności i kultury. Jego otwarcie po dwóch wiekach zapomnienia i ośmiu latach intensywnych prac renowacyjnych było największym tego typu przedsięwzięciem w Europie w dziedzinie kultury. Nad końcowym etapem projektu pieczę sprawowały Unia Europejska i włoskie Ministerstwo Kultury i Dóbr Kulturalnych. Od chwili otwarcia Venaria Reale plasuje się wśród trzech najczęściej odwiedzanych miejsc kulturalnych we Włoszech.

Monumentalny budynek o powierzchni 80 000 metrów kwadratowych wyróżnia się jednymi z najdoskonalszych barokowych osiągnięć, wśród których można wymienić chociażby zachwycający Salon Diany projektu Amadeo di Castellamonte, podniosłą Galeria Grande (Wielką Galerię) i Kaplicę św. Humberta z ogromnym kompleksem stajni, XVIII-wieczne dzieła Filippo Juvarry, dekoracje pełne przepychu, słynną łódź Peota Savoia, stworzoną w Wenecji, i spektakularną Fontana del Cervo (Fontannę Jelenia) znajdującą się w Corte d’onore (Dwór Honorowy). Wszystko to stanowi idealną oprawę dla Teatro di Storia e Magnificenza – ekspozycji poświęconej dynastii sabaudzkiej, która towarzyszy zwiedzającemu przez odcinek 2 000 metrów, prowadzący pomiędzy podziemiami a pomieszczeniami piano nobile (reprezentacyjnej kondygnacji) pałacu królewskiego.

Widziany z lotu ptaka pałac królewski, który wraz ze swoimi ogrodami zajmuje przestrzeń 950 000 metrów kwadratowych, na które składają się architektura i parki, tworzące punkt odniesienia, z którego rozchodzą się ogromne kompleksy wystawiennicze: Scuderie Juvarriane (Stajnie Juvarry), Sale delle Arti, Centro Conservazione e Restauro (trzecie we Włoszech, znajdujące się na 8 000 metrów kwadratowych byłe Scuderie alferiane), Centro Storico, Borgo Castello oraz Cascina Rubbianetta (obecnie siedziba Centro Internazionale del Cavallo) w otoczeniu lasów i zamków, które nikną z kolei w 6500 hektarach zieleni pobliskiego parku La Mandria. Ogrody przedstawiają nierozerwalne połączenie antyku i nowoczesności, dialog pomiędzy  pozostałościami archeologicznymi a współczesnymi osiągnięciami. Wszystko ukazane w wizji nieskończoności, uzyskanej przy pomocy XVI-wiecznych grot, Fontanny Herkulesa i Świątyni Diany, Peschiera, Gran Parterre, le Allee, il Giardino a Fiori e delle Rose oraz Fantacasino.

Stan 80-hektarowej powierzchni jeszcze u progu 2000 roku nie pozwalał na zachwycanie się  fragmentami oryginalnych struktur i wyglądem siedemnasto- i osiemnastowiecznych ogrodów. Bezprecedensowy projekt renowacji umożliwił przywrócenie w ciągu ośmiu lat właściwej konstrukcji dawnych ogrodów z zachowaniem śladów historycznych, uwzględniając współczesne wymogi estetyki oraz nowoczesne formy użytkowania; posadzono 148 tysięcy nowych roślin oraz ważnych, a w zieleń wkomponowano dzieła sztuki takich mistrzów jak Giuseppe Penone (Il Giardino delle Sculture Fluide – Ogród Płynnych Rzeźb) oraz Giovanni Anselmo (Dove le stelle si avvicinano di una spanna in più).

Historia

Korzenie Venaria Reale sięgają końca XVII wieku, kiedy książę Karol Emanuel II z dynastii sabaudzkiej postanowił wznieść nową rezydencję myśliwską dla dworu: wybór miejsca był zdeterminowany tym, że już od 1580 roku było to miejsce przeznaczone do książęcych polowań. Ponadto był to kompleks rezydencji dworskich (Corona di Delizie), który jego poprzednicy stopniowo budowali na obrzeżach Turynu.

Z tych decyzji zrodziło się imponujące przedsięwzięcie urbanistyczne, które miało na celu całkowitą przebudowę istniejącej wcześniej  miejscowości – Altessano Superiore – która miała zniknąć, aby zrobić tym samym miejsce dla nowego miasta. Projekty realizacji zostały zlecone nadwornemu architektowi Amedeo di Castellamonte, który zaprojektował osadę, pałac, ogrody i lasy myśliwskie (obecnie park La Mandria), tak aby tworzyły spójną całość architektoniczno-przyrodniczą oraz monumentalny kompleks podporządkowany osi symetrii, którą stanowi Via Maestra (obecnie Andrea Mensa).

Pałac Venaria Reale nie powstał jako oddzielna rezydencja, lecz jako dobrze przemyślany kompleks, w którym cześć mieszczańska łączy się z dworską, tworząc nierozerwalną całość z częścią naturalną. Centralnym punktem był tak zwany Pałac Diany, wybudowany w latach 1660-1671. Jego przeznaczeniem przez kolejne dwa stulecia było podleganie ciągłym zmianom, modyfikacjom oraz wydarzeniom, które z kolei miały istotny wpływ na społeczne i ekonomiczne życie miasta. Już w 1693 oddziały francuskie marszałka Catinata ograbiły część kompleksu. Architekt Michelangelo Garove zaprojektował jego odbudowę (od 1699 roku), odpowiadając jednocześnie na zmienione gusta architektoniczne epoki.

Ponadto po wstąpieniu na tron księcia i przyszłego króla sabaudzkiego Wiktora Amadeusza II, dynastia realizowała ambicje królewskie, które miały się przejawiać również w okazałości należących do niej rezydencji. Garove zaprojektował jeszcze bardziej imponujący pałac, inspirowany ówczesną architekturą francuską (duże pawilony połączone galeriami oraz poddasza).

Prac powiększenia kompleksu podjął się ponownie w 1716 roku Filippo Juvarra (to jemu zawdzięczamy Galleria Grande, obecnie określaną mianem „Galerii Diany”, oraz stworzenie Kaplicy św. Humberta, poświęconej patronowi myśliwych, Citronierę i Scuderia Grande [Wielką Stajnię]). Prace te kontynuowano do około drugiej połowy XVIII wieku, brali w nich udział również i inni architekci, między innymi Benedetto Alfieri. W połowie XVIII wieku francuscy podróżnicy mówili o pałacu Venaria Reale jako o „największej i najważniejszej letniej rezydencji króla”.

Narodziny ekspresu do kawy

0

Trzeba mieć trochę wyobraźni, żeby patrząc na parowóz, stworzyć ekspres do kawy. Niemniej jednak właśnie tego dokonał turyńczyk Pier Teresio Arduino, który po odbyciu służby wojskowej w genio ferrovieri (pułku kolejowym), w 1910 roku opatentował ekspres do kawy Victoria Arduino. Był to pierwszy globalny sukces w historii espresso. Ekspres ten został wystawiony wśród dwustu innych w muzeum ekspresów do kawy Mumac w Binasco, nieopodal Mediolanu. Większość z nich jest własnością Enrica Maltoniego, najważniejszego kolekcjonera i eksperta sektora kawowego.

Futurytyczny ekspres

Ekspres Arduino był pierwszym, który robił espresso. Wcześniej sztuki stworzenia podobnego urządzenia próbowali: turyńczyk Angelo Moriondo, który w 1884 roku zaprezentował ekspres do szybkiego przygotowywania kawy, oraz mediolańczyk Luigi Bezzera, który z kolei opatentował w 1901 roku ekspres, a rok później przekazał tę licencję Desiderio Pavoniemu, właścicielowi sklepu branżowego w Mediolanie przy ulicy Parini. To jednak Victoria Arduino (1910) i jej mechanizmy, odzwierciedlające mechanizmy kotła parowozu, wkroczyła triumfalnie do połowy włoskich barów.

Było to zabytkowe urządzenie wykonane z miedzi i mosiądzu ozdobione elementami dekoracyjnymi. Symbole zwycięstwa, lwy i całe zoo, które znajdowały się na wierzchołkach tych urządzeń, cyzelowano ręcznie. Były to autentyczne mini-arcydzieła sztuki. Arduino znany był z wyrazistego poczucia smaku. Opatentował on w swoim ekspresie przyrząd, który nazwał „zapłonem płynów alkoholowych”. W praktyce wyglądało to tak, że barista, przygotowawszy poncz, serwował go klientowi, włączając parę alkoholową. Opcja ta nie spełniała żadnej funkcji, ale dawała piękny efekt, który wywoływał okrzyki entuzjazmu.

Reklama Victorii Arduino została zaprojektowana przez jednego z bardziej znanych rysowników tamtych czasów – pochodzącego z Livorno Leonetto Cappiello, który w 1922 roku jako pierwszy połączył na jednym plakacie ekspres do kawy z pociągiem ekspresowym. Jesteśmy w epoce futuryzmu; okresie, w którym prędkość uznawana była za wartość, dlatego też plakat idealnie łączy się z duchem czasu. Przedstawia mężczyznę, który opiera się o pędzący pociąg i chwyta w biegu filiżankę dopiero co przygotowanej kawy.

Uwaga, gdybyśmy my dziś napili się kawy zrobionej w takim urządzeniu, uznalibyśmy ją za niesmaczną. W naszych czasach ekspresy działają na wodę pod ciśnieniem, zaś dawniej używano pary wodnej, w efekcie czego kawa była bardzo czarna i bardzo gorzka. Z trudem rozpoznalibyśmy w niej espresso.

Rozpoczyna się epoka espresso crema

Aby dotrzeć do espresso crema, czyli kawy z pianką, która bardzo smakuje Włochom i nie tylko im, trzeba poczekać jeszcze kilka ładnych lat. Mianowicie aż do 1948 roku, kiedy mediolański barista Achille Gaggia wstawia do swojego lokalu przy alei Premud pierwszy ekspres do kawy, który jest w stanie robić espresso crema, i tym samym rozpoczyna nową epokę.

W tym samym roku Pavoi poddaje się geniuszowi Giò Pontiego. Wznawia wymyślony wcześniej przez kogoś pomysł: odwraca kocioł parowy. W ten oto sposób ekspresy pionowe stały się poziomymi i takimi już pozostały. Po raz kolejny Pavoni prosi Bruna Munariego, żeby ten zaprojektował ekspres. W 1956 roku spod ołówka projektanta wychodzi model, który natychmiast ze względu na swój wygląd otrzymał nazwę „diament”. Składał się on z kolorowych blaszanych elementów, których odcienie i rozmiary mogły być zmieniane w zależności od wymagań klienta.

Po wspólnym debiucie z ekspresem Gaggia, ekspres do kawy Faem kontynuuje samotnie swoją karierę, a w 1961 roku wydany zostaje model, który zmienia losy espresso. Mówimy tu o E 61. Jego nazwa składa się z roku powstania i litery „e”, która pochodzi od słowa „elissi”, czyli „zaćmenie” (15 lutego doszło do całkowitego zaćmienia słońca). Był to pierwszy ekspres na pompę. Używał wody prosto z rur bez potrzeby przetrzymywania jej w zbiorniku. Ponadto oczyszczał wodę z pyłu kawowego, zanim ta przemieszczona była pod wysokim ciśnieniem przez wrzątek. W ten sposób wyciągano z mieszaniny większość aromatu. E 61 rozpowszechnił się do tego stopnia, że nawet w dzisiejszych czasach nietrudno jest odnaleźć go w niektórych barach jako pobożnie zachowany relikt.

Ręka architektów

Rok później (jesteśmy w 1962 roku) ekspres Cimbali Pitagora, zaprojektowany przez braci Achille i Pier Giacoma Castiglionich zdobywa Złoty cyrkiel (Compasso d’oro), największe wyróżnienie w dziedzinie designu (pozostając jednocześnie jedynym ekspresem przeznaczonym do używania w barach, który otrzymał to wyróżnienie, a które później – dopiero w 1979 roku – zostaje przyznane kawiarce Casalinga della Alessia, zaprojektowanej przez Niemca Richarda Sappera). Obecnie produkcja zmieniła się całkowicie z rzemieślniczej na przemysłową. Można zauważyć, że ekspresy są teraz prostsze i bardziej linearne, tak aby mogły być montowane modułowo. Coraz bardziej standaryzowana produkcja nieco wyjaławia innowacyjność projektowania, której wyraźnym wyjątkiem jest Faema, zaprojektowana w 1991 przez Giorgio Giugiaro – jeden z najrzadszych modeli wyeksponowany na wspaniałej wystawie ekspresów do kawy.

Liguryjskie cytryny

0
SAMSUNG CAMERA PICTURES

Przywitał nas szum górskiego strumyka i cytryny na drzewach. Chmury, które początkowo zwiastowały deszcz, rozwiały się bezpowrotnie. Podczas gdy maszerowaliśmy w dół jeszcze pustymi uliczkami, towarzyszyły nam ostre promienie słońca i szum wody, który nocą musi przyjmować kojące brzmienie. O ile plaże Adriatyku są raczej piaszczyste i często woda niesie ze sobą różnego rodzaju wodną florę, o tyle wybrzeża morza Liguryjskiego są raczej skaliste, poszarpane przez klify, na których trwale i prawie niemożliwie osadzone są miasta z kolorowymi fasadami domów, malowanymi jakby na pokaz. Nie wiem czy ich mieszkańcy zdają sobie sprawę z zamieszania, jakie wywołują ich domostwa, w gruncie rzeczy często zaniedbane, mieszczące niezbędne minimum, w których tli się jednak skromne piękno, w stronę którego zwrócone są oczy świata.  

Druga z pięciu krain

Cinque Terre (dosł. pięć ziem, pięć krain) to kraina położona w regionie Liguria w prowincji La Spezia, obejmująca pięć malowniczo położonych miasteczek: Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso. Miasta te położone są w niewielkich od siebie odległościach, dlatego można je wszystkie z powodzeniem zwiedzić w jeden dzień. W Manaroli 80% przechodniów to turyści, zderzający się ze sobą przy skrzyżowaniach uliczek, niezdecydowani do której restauracji się wybrać. Te znajdujące się przy wybrzeżu nastawione są głównie na przyjezdnych. Możemy przysiąść w jednej z nich jeśli mamy ochotę na posiłek z nadmorska panoramą. Jeśli nie, warto udać się w głąb miasta, aby odnaleźć ukryte trattorie, a w nich wgryźć się w lokalne specjały, czyli owoce morzaWzgórza otaczające miasto są równo podzielone przez plantacje winorośli, gdzieniegdzie odgrodzone przez dumnie je osłaniające drzewa oliwne. Przed jednym z domów dostrzegamy niewielki drewniany młyn wodny, pękate cytryny zwisają przez ogrodzenie z jednego z drzew, a mijających je przechodniów kuszą kwaśno-słodkim, niczym nieskażonym zapachem. Na placu pod kościołem przesiadują na ławce starsi miejscowi ogrzewając pełne zmarszczek, wciąż uśmiechnięte twarze. Do wybrzeża odprowadzają nas lokalne psy, po drodze brane w objęcia przez dzieci ich właścicieli. Skalisty szlak prowadzi wzdłuż linii wody ku małej zatoczce, przy której przesiadując na skałach przyjezdni Anglicy gwarantują sobie  przerwę w marszu.

Przyjeżdżając do Manaroli można śmiało pozwolić sobie na zwolnienie kroku, czas wydaje się dostosowywać swój bieg do naszego tempa, które zanurzone we włoskości zwalnia samoistnie. Prowadząca wzdłuż wybrzeża ścieżka staje się długim tarasem widokowym, który szybko zakorkowuje się z  uwagi na to, że każdy maszerujący przyjezdny co chwilę decyduje się przystanąć. Na ścieżce natykamy się na niewielkie miejsca postojowe ochrzczone w nieco dziwnym guście np. „placem martwych ptaków”. Martwych zwierząt na szczęście tam brak, można więc śmiało odetchnąć w cieniu.  

Wszystkie miasta Cinque Terre połączone są szlakiem trekkingowym, a dla mniej aktywnych zarówno z Genui, jak i z La Spezii kursuje pociąg, którym bez pośpiechu zwiedzimy wszystkie pięć miast. Najważniejszą i najbardziej romantyczną trasą Cinque Terre jest Via dell’Amore, łącząca miejscowości Riomaggiore i Manarola. Wraz z pięcioma miastami wchodzi w skład Parku Narodowego Cinque Terre i Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Co nas zachwyca?

O ile przepych wzbudza zachwyt, o tyle prostota z kolei pochwałę. Dlatego też tłumy wstrzymują oddech w bazylice lub podziwiając pałac, ale odetchną pełną piersią dotykając starych murów kamiennego domu ukrytego w ostatniej uliczce lub pokrytego twardą trawą klifu, z którego kamienie pod naszymi nogami zsuwają się i spadają w morską otchłań. Budzą się w nas pierwotne instynkty współgrania z przyrodą i tworzenia z nią jedności i na jej cześć piękna, na widok którego inni wstrzymują oddech.

Turkus wody mieni się w słońcu, a oświetlona tafla rzuca jasne promienie na naskalne domostwa, których kolory ożywają w pełnej krasie. Jak niegdyś Grecy budowali przed posągiem Zeusa brodzik wypełniony oliwą, która oświetlona przez promienie słońca miała rzucać na boga złocisty blask, aby każdy kto wątpił, uwierzył, tak dziś w Manaroli rolę oliwy spełnia tafla wody morza Liguryjskiego. Odbijając światło słoneczne woda oświetla całe miasto ukazując jego skrywane piękno współistnienia architektury z naturą, aby ktoś, kto kiedykolwiek miał zwątpić,  uwierzył. 

Muzeum Ferrari – kiedy samochód staje się dziełem sztuki

0

„Najpiękniejsze zwycięstwo jest tym, które dopiero ma nadejść”, powiedział Enzo Ferrari wierząc w sukces i zwycięstwo marki, którą stworzył. Te niezwykłe słowa wprowadzają nas do pierwszej sali muzeum i towarzyszą nam przez całą wizytę, podczas której odbywamy podróż w czasie, od roku 1950, kiedy młode jeszcze przedsiębiorstwo założone przez Enza Ferrari stawiało pierwsze kroki, aż do dnia dzisiejszego, kiedy jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych firm świata. Pięć sal wystawowych podzielonych jest na 8 części przedstawiających historię powstania projektu,  historię produkcji, a także etapy doskonalenia maszyny wyścigowej, aby stała się niezwyciężoną. Każdej części towarzyszy krótki, niemalże poetycki opis wizji inżynierów, projektantów, którzy przyczynili się do sukcesu marki; opis marzenia i w końcu miłości do samochodu, który staje się czymś więcej niż tylko pojazdem.

Marka, która zachwyca

Wszyscy w sposób wyuczony, ale życzliwy życzą mi miłej wizyty, którą rozpoczyna spotkanie z modelem 290 MM. Ustawiony jest on w centralnej części muzeum, przy samym wejściu do sali wystawowej, tak że przechodząc obok ma się ochotę zajrzeć co skrywa się za nim. Wśród zwiedzających byłam jedyną kobietą, nie licząc partnerki Hiszpana, który jeszcze w Modenie pytał mnie o drogę. Ekspozycja w muzeum zmieniana jest kilka razy w roku. Osobna część poświęcona jest Formule 1,  gdzie możemy podziwiać egzemplarze, które dzięki swoim zwycięstwom przyczyniły się do sukcesu wierzgającego konia. Ze zdjęć na ścianach spoglądają na nas kierowcy, niegdyś zasiadający w miękkich fotelach samochodów, które dziś zdobią sale muzeum. Na półpiętrze, wchodząc po wąskich schodach można natknąć się na model 166 MM, produkowany na początku lat 50, za którym skrywa się część poświęcona modelom osobowym, począwszy od  Innocenti F128, poprzez 250 GT Berlinetta i Dino 246 – pierwszy samochód marki Ferrari z silnikiem umieszczonym centralnie, aż po Ferrari 360 Modena. Idealnie wypolerowana karoseria samochodów lśni i błyszczy się w sztucznym, białym świetle, odbijając i zniekształcając nieco w zaokrąglonych kształtach lusterek i masek zachwycone twarze zwiedzających i obiektywy ich aparatów. Eksponatów oczywiście dotykać nie można, ale z trudem przychodzi nam oprzeć się chęci choćby muśnięcia opuszkami placów falistych kształtów  lśniącej karoserii  czy wystawionej na pokaz tapicerki.

Serce maszyny i unikatowe modele

Muzeum daje możliwość poznania wszelkich tajników pojazdów Ferrari, a także zajrzenia do ich wnętrza, prezentując to, co w nich najcenniejsze, czyli samo serce maszyny. Obok potężnego silnika stoi rozebrany z karoserii prototyp modelu Ferrari 408 4RM z roku 1988 (nigdy nie wprowadzonego do produkcji), przy którym zwiedzający pochylają się i wyciągają szyję, aby nie umknął im żaden szczegół. Z kolei w części „Uniche e segrete” („Unikatowe i sekretne”) zostajemy wprowadzeni do świata zarezerwowanego tylko dla wybranych, gdyż w sekcji tej możemy podziwiać unikatowe modele samochodów, jak na przykład F60 America z 2014 roku, wyprodukowane w zaledwie kilkunastu egzemplarzach.

Wizyta w muzeum Ferrari jest nie tylko podróżą, podczas której poznajemy historię samej firmy, ale i po części włoskiej motoryzacji. To także prawdziwe przeżycie estetyczne i możliwość uświadomienia sobie jak różne oblicza może mieć sztuka.

„Podobało się pani?”, pyta się mnie ten sam mężczyzna, który przy wejściu sprawdzał mój bilet. „Tak, szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że wizyta ta wywrze na mnie tak pozytywne wrażenie”, dopowiadam zgodnie z prawdą, „Samochody te, to w gruncie rzeczy…„ – „…dzieła sztuki”, kończymy jednogłośnie. Trudno o inną opinię, gdy opuszcza się muzeum.

Dodatkowe atrakcje

Dla tych, którzy chcieliby spełnić marzenie o tym, aby zasiąść za kółkiem Ferrari, fabryka firmy znajdująca się nieopodal muzeum oferuję możliwość 10 minutowej przejażdżki wybranym modelem, za którą zapłacimy od 50 do 80 euro. Dla młodszych miłośników Ferrari istnieje możliwość wirtualnej przejażdżki w symulatorze Formuły 1 – za tę przyjemność przyjdzie nam zapłacić 25 euro. Jeśli natomiast pragniemy przywieźć ze sobą pamiątkę z logo Ferrari, w muzeum mieści się także niewielki sklep, w którym znajdziemy niemalże wszystko: od koszulek, czapek, futerałów na telefon po…. smoczki dla dzieci.

Jak dojechać?

Muzeum znajduje się w Maranello niedaleko Modeny. Jeśli nie podróżujemy samochodem, najlepiej udać się do Modeny pociągiem, skąd ze stacji autobusowej kursuje autobus numer 800, którym dojedziemy w pobliże muzeum. Bilet wstępu do muzeum kosztuje 15 euro, dzieci i młodzież do 18 roku życia (w towarzystwie rodziców) 5 euro.

Polska Konstytucja 3 maja 1791: pierwsza spisana Konstytucja w Europie

0

“Konstytucja 3 maja jest prawdopodobnie najszlachetniejszym dobrem publicznym podarowanym kiedykolwiek ludzkości”Edmund Burke

W historii polskiego prawodawstwa Stanisław Smolka pisał: „W historii prawodawstwa nie ma drugiego aktu tak znikomego jak Konstytucja 3 maja. Rok jeden trwała. (…) I znów nie ma pewno w historii drugiego aktu, którego pamięć byłaby równie drogą całemu narodowi; pogrzebana w kolebce, przez wiek cały żyje i nie przestaje żyć w pamięci, w wyobraźni, w sercu i w sumieniu milionów.” Są to ważne słowa, a jednak znajomość polskich doświadczeń konstytucjonalnych ze strony europejskich doktryn prawnych jest raczej ograniczona. To było, i dalej jest, wielkim błędem. W rzeczywistości, w Polsce  nastąpiło wiele istotnych etapów w dziejach prawa i historii.

Wystarczy przypomnieć sobie rok 1505, kiedy to podczas panowania Jagiellonów został wydany akt „Nihil Novi”, uważany za „dokument, który dał początek ustrojowi parlamentarnemu w Polsce i który uregulował podstawę do sformułowania choćby nawet pierwotnego konstytucjonalizmu.” Według takiej regulacji ustawa nie mogła być przyjęta przez króla bez zgody Izby Poselskiej i Senatu. W roku 1574 z kolei, potwierdza się kolejny ważny krok wraz z podpisaniem „Artykułów henrykowskich” (od imienia Henryka Walezego, nowowybranego króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów). Ten dokument, sankcjonujący nowe zasady funkcjonowanie rządu, wyraźnie określił nową regułę wyboru władcy, którą była od tamtej pory wolna elekcja viritim, zrywając jednocześnie z wielowiekową zasadą dziedziczności tronu. Artykuły wprowadziły także obowiązek powołania przez króla przynajmniej raz na dwa lata Sejmu trwającego 6 tygodni. A więc zmiany dosyć istotne z punktu widzenia konstytucjonalisty.

Poza posiadaniem prymatu w postaci pierwszej spisanej konstytucji w Europie, a także drugiej na świecie, zaraz po konstytucji Stanów Zjednoczonych z 1788 – od której zapożycza część swoich zasad liberalnych, Konstytucja polska z 1791 roku urealnia się w sposób szczególny, a w porównaniu do doświadczeń prawnych z innych krajów europejskich moglibyśmy określić ją łacińskim terminem sui generis; nie rozpatruje się jej jako element rozłamu, w odróżnieniu od konstytucji francuskiej z września 1791, ale sprawdza  się ona w warunkach pokojowych, chociaż została uchwalona w trakcie najważniejszych wydarzeń osiemnastowiecznej fazy transformacji Państwa (ze starych rządów w Państwo nowoczesne), nie jest ona owocem wojny domowej lecz ewolucji systemu politycznego, nie powstała w wyniku rewolucyjnego rozłamu lecz postępu kulturowego. Konstytucja 3 maja zawierała zarówno treści tradycyjne, jak i nowe elementy: droga od Unii do monarchii konstytucyjnej zyskała nazwę „pokojowej rewolucji”. Francuz Louis Bonafous podkreślał, że polska konstytucja została stworzona „bez wojowników, bez broni, bez żadnej przemocy”. Podobne rozważania wysunął Antoine-Joseph Gorsas, który napisał: „Polska jest wolna. I bez rozlewu krwi, dała życie najpiękniejszej rewolucji”. Także angielski filozof z irlandzkimi korzeniami Edmund Burke, krytykując pewne poczynania ruchu rewolucyjnego we Francji, zauważa: „Jeżeli w tym wieku miały miejsce jakieś cuda, to jeden z nich wydarzył się w Polsce”.

Swoistość tej drogi jest dostrzegalna przede wszystkim wśród klasy szlacheckiej – głównego gracza na scenie politycznej i obywatelskiej. Specyfika tej warstwy społecznej jest faktycznie niezwykła porównując z resztą Europy. Jedna z badaczek tej kwestii, Beata Maria Pałka pisze, że „szlachta liczyła 10% Polaków, wobec na przykład liczącej 1% społeczeństwa szlachty francuskiej”. Pozycja społeczna szlachciców polskich była w rzeczywistości tak szczególnie znacząca, że została zdefiniowana przez wielu autorów jako „demokracja szlachecka”, a jej ideologia aurea libertatis wpłynęła w sposób decydujący na proces konstytucyjny, opierający się w pierwszej kolejności na ochronie przywilejów szlacheckich. Można by parafrazować stare, słynne motto francuskiego króla Ludwika XIV „Państwo to ja” (L’Etat c’est moi), które w polskich warunkach brzmiałoby „Państwo to my”. Lecz szlachta nie była jedynym podmiotem, który naciskał na proces reform. Był to także nowo wybrany król-illuminista Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Stanisław August Poniatowski, który otworzył nowy rozdział historii i przede wszystkim nowy rozdział w poszukiwaniu tożsamości Państwa Polskiego – lata, które zostały mianowane przez historiografię jako „okres reform”, który to przerwał tak zwany etap zastoju intelektualnego tytułowany jako „noc saska”.

Wielcy ideologowie, którzy mieli duży udział w opracowaniu konstytucji to dwóch biskupów Stanisław Staszic i Hugo Kołłątaj, pierwszy to monarchista, drugi – republikanin. To oni steoretyzowali „republikę” polską, już nie w formie zwykłej obrony liberum veto i przywilejów szlacheckich, ale jako zarys nowego rządu, opierającego się na realnym ograniczeniu władzy i na pierwszych zasadach ochrony praw obywatelskich; postęp kulturowy, który był dziełem historii, początkiem procesów i wcześniejszych reform, następstw kulturowych, które przyczyniły się do zrodzenia okresu zmian, którego Konstytucja 3 maja była ostatnim i największym produktem, i która zapoczątkowała swoją drogę 17 listopada 1789, kiedy to sejm nominował delegację mającą za zadanie przygotować szkic Konstytucji.

Kluczowa rola wewnątrz tego nowego organu była odgrywana przez Ignacego Potockiego. Przy omawianiu takiego projektu fundamentalna była mediacja pewnego Włocha – Scipione Piattoliego, który był głównym pośrednikiem w dialogu politycznym między dwoma stronnictwami; wybitny historyk Aleksander Gieysztor zdefiniował go tak: „idealny rozjemca pomiędzy pozycja republikańską a monarchistyczną, współpracował z obiema przy tworzeniu projektu konstytucji”. Wokół Dokumentu uformował się prawdziwy pakt trwałej wiary patriotycznej z mottem przewodnim: „Król z narodem, naród z Królem”. Zresztą już w rozważaniach Jeana-Jacquesa Rousseau na temat polskiego rządu  z 1771 roku wyłania się koncepcja bardziej romantyczna niż oświeceniowa. W tym świetle naród ukazuje się jako jednostka  historyczno-kulturowa, znajdująca się przed zbiorem różnych klas, i to także tchnęło życie w prawie „religijną” wiarę w tekst konstytucji. Również przez to Konstytucja z 1791 roku wykreowała w historii współczesnej „znaczącą rolę dla myśli o niepodległej Polsce, która usunięta z map na 123 lata, pozostawała trwała i żywa w umysłach i sercach Polaków”, na co dowodem jest fakt, że po odzyskaniu utraconej niepodległości, w preambule konstytucji z 1921 roku zostało zawarte odniesienie do Konstytucji Majowej.

Ta jednak obowiązywała, jak wiemy, przez bardzo krótki czas. W 1792 roku, jedynie rok później, król został zmuszony do przystapienia do konfederacji targowickiej magnatów polskich pod egidą carycy Rosji, Katarzyny II. Rosja i Prusy zarządziły powrót do starego systemu prawa i zwyczajów po to, żeby kontynuować dalsze rozbiory. Lecz istota polskiego konstytucjonalizmu, który zdobył aprobatę społeczeństwa, ostaje się jeszcze dziś w historii Europy. Symboliczne są, w odniesieniu do tej kwestii, słowa Włocha – Giovannino Guareschiego: „głos Polski jest pełnym godności bólem ludzi nie oszczędzanych przez historię, tłamszonych i powstających po każdym takim doświadczeniu. Ludzi, którzy od zawsze byli zabijani lecz nigdy nie umarli. (…) Każda rzecz w Polsce, każdy gest, każdy akcent mówi o polskim cierpieniu”. Zwłaszcza Konstytucja.

Niccolò Paganini, diabelski wirtuos

0

Niccolò Paganini (ur. 27 października 1782 w Genui, zm. 27 maja 1840 w Nicei). Przychodzi na świat jako trzecie dziecko Antoniego Paganiniego i Teresy Bocchiardi. Ma dwóch braci, Karola – również i on zostanie skrzypkiem – i rocznego Błażeja, obydwaj urodzeni wcześniej oraz dwie siostry, Anielę i Nikolę, obie od niego młodsze. Niccolò uczy się podstaw muzycznych od swojego ojca, robotnika pracującego w porcie w Genui, ale również utalentowanego gitarzysty i mandolinisty-amatora. Pasjonuje się gitarą, instrumentem, którego nie porzuci już nigdy, a przeciwnie, zgłębi jego tajniki, pracując nad techniką gry i zapisem nutowym. Młodziutki Paganini zostaje powierzony muzykowi Giovanniemu Servetto, a jeszcze później sprawować nad nim pieczę będzie Giacomo Costa, światowej sławy skrzypek. To w Genui ma swój debiut, występując pierwszy raz przed publicznością, wraz ze swoim bratem Karolem, podczas obchodów karnawałowych w 1793 roku. Rok później – jak także i w kolejnym roku – pod przewodnictwem Costy, dnia 26 maja, zabrzmi ponownie ku uciesze widowni w trakcie uroczystości poświęconych celebracji świętego patrona w kościele św. Filipa Neri. Kolejny występ publiczny urzeczywistni tym razem z okazji festynu ku czci św. Eligiusza, w kościele Santa Maria delle Vigne 1 grudnia 1794 r.  Jego pierwszy debiut w koncercie organizowanym przez akademię muzyczną przypada na Teatr św. Augustyna, 25 lipca 1795 r.

W tym okresie Paganini przede wszystkim doskonali się w harmonii i kompozycji wraz z kompozytorem operowym i Genueńczykiem, Francesco Gnecco. Dwa lata później Niccolò przeprowadza się do Parmy, by dalej umacniać swoją formację w harmonii i komponowaniu, najpierw jego kompanem jest skrzypek Alessandro Rolla, którego poźniej zastąpią Ferdinando Paer i Gasparo Ghiretti. Wkrótce tuż po powrocie do Genui, udaje się on do Toskanii: najpierw mieszka w Livorno, później jego domem staję się Lukka, gdzie 22 stycznia 1805 roku zostaje nazwany Pierwszymi Skrzypcami Kapeli Narodowej Republiki Włoskiej. Osiadając na dworze Elizy Baciocchi, siostry Napoleona, Paganini udziela lekcji gry na skrzypcach. Między 1810 i 1813 rokiem pracuje zaś w Lombardii i w regionie Emilia-Romagna. W Mediolanie udaje mu się pozyskać kontakt do wydawcy Giovanniego Ricordiego, tam też zapozna Gioacchinego Rossiniego, z którym połączy go wieloletnia i trwała przyjaźń. 29 października 1813 roku wykonuje po raz pierwszy swój utwór „Czarownice” w Teatro alla Scala, by następnie przez  ponad 20 lat przemierzać Włochy i całą Europę, zatrzymując się po drodze w Rzymie, Berlinie, Londynie, Paryżu, pomimo wyczerpania i bardzo wątłego zdrowia z powodu zetknięcia się z gruźlicą. Popada w konflikt z prawem z powodu bankructwa, zostając skazanym na spłatę długów karcianych, a także musi on wypłacić odszkodowanie za uprzednie uwiedzenie, jak i – w pewnym sensie – porwanie zamężnej, a na dodatek nieletniej dziewczyny. W 1817 roku umiera jego ojciec. W 1824 roku, w Como, Paganini nawiązuje relację z Antonią Bianchi, śpiewaczką, z którą  współżyje przez cztery lata. 22 lipca 1825 roku rodzi się jego jedyny syn, Achille Ciro, ale zaledwie trzy lata poźniej muzyk oddziela się od swojej partnerki, otrzymując jednocześnie orzeczenie sądowe, przyznające mu prawo do opieki nad dzieckiem.  W 1827 roku, w Rzymie, zostaje mu przyznany tytuł Kawalera Orderu Złotej Ostrogi. W 1831 roku umiera matka Paganiniego.

Pierwsze kontakty związane ze światem polskim pojawiają się w życiorysie muzyka w roku 1810, kiedy komponuje on zachwycającego „Poloneza z wariacjami” i gdy w 1818 r. w Piacenzy spotyka skrzypka Karola Lipińskiego. W 1829 roku wreszcie udaje się on do Warszawy, by 24 maja uczestniczyć w  ceremonii koronacyjnej Mikołaja I, króla Polski. Tam w 1830 r. komponuje nadzwyczajną sonatę o tytule „Warszawa”. Wiele osobistości ze świata muzyki, między innymi sam Fryderyk Chopin, będzie towarzyszyć włoskiemu muzykowi w tym koncercie odbywającym się w stolicy, gdzie też Paganini zdecyduje się zatrzymać na ponad dwa miesiące, odnosząc, przez cały ten czas, niekończące się sukcesy. Na tyle wielkie, że przedłuży swój pobyt o kolejny miesiąc, by pokazać się potem we Wrocławiu, jeszcze przed osiągnięciem w sierpniu swojej następnej destynacji – Berlina. Niccolò Paganini, mocno już podupadający na zdrowiu, spędza ostatnie lata swojego życia, dzieląc czas między medyków a adwokatów. W styczniu 1839 roku wybiera się do Genui, skąd przeniesie się do Nicei, by zażywać kuracji, jednak bez jakichkolwiek większych nadziei na odzyskanie zdrowia. Istotnie, 27 maja kolejnego roku kończy swój żywot.

Jednakże, nota biograficzna na temat Paganiniego nie kończy się wraz z jego zniknięciem. Bowiem władze kościelne, prawdopodobnie z powodu nieporozumienia między Paganinim a księdzem, który towarzyszył mu w ekstremalnych momentach życia, zabronią wszelkich uroczystości pogrzebowych, jak również pochówku w poświęconej ziemi, jako że wielki skrzypek jest uważany za bezbożnika! Po rozlicznych i bezustannych perypetiach, dopiero w 1876 roku jego zwłoki znajdą  wreszcie stałe i ostateczne położenie na Cimitero della Villetta w Parmie.

Spośród wszystkich jego dzieł do tych, które wielu utkwiły w pamięci należą „I Capricci per violino solo”, skomponowane w 1817, „Karnawał w Wenecji”, sonat „Napoleon”, pięć „Koncertów”, utworzonych między 1816 a 1830 rokiem, „Czarownice” z 1813,  prace: „Z twojego gwiezdnego tronu” z 1818-19 roku, „Non piu’ mesta” oraz „I Palpiti” z 1819,  sonata z wariacjami „ Pria ch’io l’impegno” z 1819 roku oraz hymny narodowy, w tym „ Majestatyczna soneta uczuciowa” z 1828 roku, ponadto również obfita muzyka kameralna, na przykład „15 kwartetów na skrzypce, altówkę, wiolonczelę i gitarę”, „37 sonat na skrzypce i gitarę” z 1829 roku, jak i „43 fanaberie jedynie na gitarę” z 1820.

Ciekawostka! Oto jak wygląda sylwetka Niccolò Paganiniego, według malarza Ludwiga Emila Grimma w liście do brata Wilhelma, przywołana przez Roberta Grisley’a: „Osoba blada i wychudzona, 'zmęczona i syta życiem’, z czarnymi puklami włosów i szalikiem okrywającym szyję, z szerokim czołem, stojącym w opozycji do dolnej części twarzy, zaskakująco krótkiej, ale odznaczającej się pewną asymetrią dwóch policzków, które jakby potwierdzały brak uzębienia”. I później: „Z nosem 'nie mniejpopularnym od jego talentu’”, stwierdzenie zaczerpnięte z francuskiej prasy z tamtejszych czasów.

Dante, od wieży Babel do volgare illustre

0

W latach 1303 i 1304 Dante Alighieri, wówczas już wygnany z Florencji, czuje potrzebę napisania traktatu poświęconego „vulgari eloquentia”, czyli retoryce w języku ludowym. Traktat miał być skierowany do czytelników zaznajomionych z tematem, zawodowych literatów, czyli do kleru. Jako przedmiot dyskusji o języku ludowym Dante wybiera łacinę, która – jak później uzasadnia – postrzegana jest nie jako naturalny język ojczysty, ale jako gramatyka w pełnym tego słowa znaczeniu; jako niezmienne, powszechnie przyjęte narzędzie, sztuczne stworzone w swej doskonałości i za pomocą którego ludzie są w stanie porozumieć się poza określonymi idiomami; jako produkt wysokiej jakości logicznego opracowania, ściśle określony i przeznaczony do komunikowania najbardziej złożonych i trudnych do pojęcia poglądów. 

Swoją drogą, dla Dantego postrzeganie łaciny jako języka nienaturalnego oznacza zgadzanie się z teorią, wówczas powszechnie przyjętą, o wspólnocie pochodzenia wszystkich języków świata, które miałyby wykształcić się z języka Adama, z języka Pisma Świętego, który z kolei miałby zostać podzielony na wiele różnych lokalnych odmian mowy ludowej jako następstwo biblijnej legendy o Wieży Babel. Albowiem Bóg, chcąc ukarać grzech zarozumialstwa, którego dopuścił się człowiek próbując dosięgnąć nieba wspinając się po schodach wieży, sprawił, że ludzkość zapomniała pierwotnego, stabilnego i nie podlegającego zmianom języka Edenu. Następnie rozdzielił rodzaj ludzki, mieszając języki i tworząc grupy etniczne, które nie były już w stanie się między sobą porozumieć.

Dante, opierając się na świętym micie, podzielił ludzkość na trzy różne rodziny językowe: pierwsza ulokowana od Dunaju aż po Anglię to ludność mówiąca językiem charakteryzującym się formą twierdzącą „ja”; druga powstała w regionach wschodnich i w części Azji, gdzie mówi się w języku greckim; ostatnia grupa ukształtowała się w regionach południowych i zachodnich, z czasem rozpowszechniająca się także w innych miejscach i z których narodzić się miały języki takie jak Oc, Oui i Sì, czyli prowansalski, francuski i włoski.

Wówczas Dante, patrząc na Półwysep Apeniński z góry, czyli od północy i używając łańcucha górskiego Apenin jako punktu podziału, wyodrębnia czternaście dialektów języka Sì, oznaczając je na mapie w ten oto sposób: siedem po prawej stronie półwyspu (dialekty tyrreńskie) i siedem po lewej (dialekty adriatyckie). Tak oto Dante nieco przymusza nas do spojrzenia na odwrócony do góry nogami włoski but, gdzie, wbrew naszym przyzwyczajeniom, wschód nie znajduje się po prawej lecz lewej stronie, a zachód po prawej. Jednak według wielkiego poety ​​żaden z istniejących dialektów nie może ubiegać się o miano języka wybranego, wspólnego dla wszystkich pisarzy włoskich. Żaden, nawet dialekt toskański, który według Dantego, w obiektywnej ocenie nie był niczym inny jak „turpiloquium” (mową nieskromną), do tego stopnia, że nazywał mianem bezmyślnych i głupich tych, którzy choćby dlatego, że się nim posługiwali, oceniali mowę toskańską jako najlepszy z dialektów.

Wykazując się dalekowzrocznością i racjonalnym myśleniem Dante zakładał, że język narodowy mógłby z łatwością narodzić się we Włoszech, gdyby tylko najpierw na Półwyspie Apenińskim miało miejsce zjednoczenie narodowe. W ten sposób na dworze jedynego władcy, zebrałyby się największe włoskie umysły, a z ich codziennych spotkań zrodziłby się język, który, nie identyfikując się z żadnym konkretnym dialektem, byłby uważany za najlepszy ze wszystkich. Ale w związku z tym, że w tamtej epoce zjednoczenie narodowe wydawało się niemożliwe ze względów politycznych, koniecznym było artystyczne opracowanie wspólnego języka, nazwanego później przez Dantego „językiem ludowym znamienitym” („il volgare illustre”). Język ten nie mógł być wytworem czynników historycznych i naturalnych, ale jedynie sztucznym dziełem pisarzy, poetów i literatów: język jedynie pisany, nie mówiony lub mówiony tylko w wąskim środowisku osób o wysokiej randze.

Język znamienity musiał zatem stać się wytworem procesu oczyszczania z surowych form dialektalnych, którego każdy poeta i pisarz musiał podjąć się w stosunku do własnego dialektu, do momentu uzyskania w różnych regionach półwyspu wystarczająco podobnych efektów. Istotnie, we Włoszech Dante wyróżnił istnienie „języka znamienitego, głównego, dworskiego i wzniosłego, takiego, który jest obecny w każdym mieście włoskim i takiego, który w żadnym się nie pojawia, za sprawą którego wszystkie języki ludowe są zmierzone i przyrównane”. Język, za którym sam Dante nakazał podążać i szukać jak „pantera”, która skrada się „przez góry lesiste i pastwiska Włoch”, rozsiewając wszędzie swój zapach, lecz nie pojawiając się w żadnym miejscu. Dantemu wyraźnie nie brakowało domniemanej świadomości o wyższości swojego języka volgare, z uwagi na to, że jedynym językiem znamienitym, który miał zamiar naprawdę ocalić dla poezji, był język poetów dolce stil novo(takich jak Guido Cavalcanti, Lapo Gianni, Cino da Pistoia i on sam), określonego jako „doskonały, przejrzysty, idealny, miejski”.

I tak oto, według Dantego, nowy wspólny język miał posiadać cztery cechy. Miał być znamienity, czyli dawać cześć i chwałę tym, którzy się nim posługują; główny, wychodząc poza ramy, wokół których obracają się mniejsze dialekty lokalne; dworski, będąc godnym wysłuchania na dworze królewskim i rzecz jasna w „auli”; i w końcu wzniosły, nadający się do użycia podczas zgromadzenia ustawodawczego lub w senacie. Jedynego dla całego kraju dworu królewskiego i senatu Włochy jeszcze nie posiadały, jednak według Dantego, siły intelektualne stanowiły potencjalną kurię cesarsko-kulturową Włoch. Ale to nie wszystko: także w zakresie języka literackiego znaczenia nabrały zasady retoryki tamtych czasów, co przyczyniło się do wyodrębnienia się wysokiego stylu tragicznego (typowego dla piosenki), za pomocą którego można było poruszać najbardziej znaczące tematy (takie jak żołnierskie męstwo i brawura, miłość i uczciwość), od stylu średniego, komicznego (typowego dla ballady i sonetu), a także od stylu niskiego, alegorycznego. A kolejno najpierw w „Biesiadzie”, a następnie w „Boskiej Komedii” wielki poeta przedstawi konkretne dowody swojej teorii, opisanej w dziele „De vulgari eloquentia”.

Ale może Dante przewidział historię ze zbyt wielkim wyprzedzeniem? W rzeczy samej, w kolejnych latach XV wieku zaginęła pamięć o jego nowatorskim traktacie, który przetrwał w nielicznych egzemplarzach, i kiedy w 1529 roku Gian Giorgio Trissino ponownie przedstawił opinii publicznej wykonane przez niego tłumaczenie dokumentu, wielu stwierdziło, że Dante nie mógłby napisać dzieła takiego jak „De vulgari eloquentia”, wręcz oskarżając Trissino o mistyfikację.

tłumaczenie pl: Magda Karolina Romanow-Filim

Rośliny strączkowe: nie tylko fasola

0

Rośliny strączkowe są wielkim nieobecnym we współczesnej diecie.  Jednak gdy mówię o tych roślinach zawsze znajdzie się ktoś kto powie: „Pewnie, jadam fasolę, szczególnie smakuje mi w sałatkach!”

Ale częścią rodziny roślin strączkowych jest nie tylko fasola i wszystkie te rośliny mogą być spożywane w innej postaci, a nie tylko w sałatkach (które, szczerze mówiąc, smakują mi najmniej). Oczywiście możemy je jadać w postaci zupy, ale także w formie burgerów, klopsów czy kanapek, a nawet, czemu nie, w słodyczach!

Ich spożycie powinno być częstsze i bardziej fantazyjne. W ostatnich latach stały się symbolem kuchni ubogiej i tradycyjnej, a szkoda, biorąc pod uwagę ich właściwości odżywcze. Mają one nadzwyczajne korzyści dla zdrowia (dieta bogata w rośliny strączkowe pomaga obniżać poziom cholesterolu i redukuje ryzyko zachorowania na raka), dużą zawartość białka o wysokiej wartości biologicznej (ponieważ składa się z niezbędnych aminokwasów), niski indeks glikemiczny oraz minimalną zawartość tłuszczu (zawartego głównie w soi lub orzechach arachidowych).

Oto powód, dla którego FAO ustanowiło rok 2016 Międzynarodowym Rokiem roślin strączkowych, określonych jako „półprodukty dla zrównoważonej przyszłości”. Z tej okazji organizowany będzie szereg pożytecznych zajęć i projektów, które mają na celu zwiększenie świadomości oraz spożywania tych produktów, które w końcu cieszą się takim zainteresowaniem, na jakie zasługują!

Jest wiele rodzajów roślin strączkowych, ale te najczęściej spożywane to zdecydowanie fasola borlotti i biała, zaraz za nimi jest fasola czarna, czerwona i fasolnik chiński. Następnie soczewica, ciecierzyca zwykła i czarna, groszek, bób, soja. Mało kto zna łubin, groszek siewny czy roveję. Do roślin strączkowych należą również orzechy arachidowe, mimo że zaliczane są do owoców suchych!

Dlaczego są tak cenne? Mają one potężne działanie przeciwutleniające, są bogate w białko, sole mineralne, błonnik i witaminy. Zawierają też żelazo, potas, magnez, fosfor i witaminy grupy B, dostarczają ważnej dla organizmu energii oraz są dobrym źródłem kwasu foliowego.

Ciecierzyca jest szczególnie polecana dla anemików oraz w czasie ciąży, by uzupełnić poziom żelaza czy wapnia. Bób i soczewica mają właściwości mineralizujące. Soczewica stymuluje produkcję mleka, natomiast soja ma wysoką zawartość białka i niezbędnych aminokwasów.

Rozsądnym jest zawsze łączyć rośliny strączkowe ze zbożem, by dostarczyć odpowiednie wartości odżywcze dla organizmu, gdyż te dwa produkty spożywcze uzupełniają się nawzajem. Zaufajmy więc daniom tradycyjnym, takim jak makaron z fasolą czy ciecierzycą i ryż z groszkiem!

Suszone, mrożone czy w puszcze? W sklepach znajdziemy wiele form: świeże (tylko w sezonie), głęboko mrożone, gotowe w puszce lub słoiku (zakonserwowane w wodzie z solą i cukrem) albo suszone.

Z punktu widzenia zachowania właściwości organoleptycznych i walorów odżywczych, najlepsze rośliny strączkowe to te świeże, następnie te mrożone, suche i na końcu te w puszce, które są niesamowicie przydatne w „nagłych wypadkach” lub gdy trzeba na szybko zrobić kolację!

Świeże rośliny strączkowe potrzebują trochę czasu, by nasiąknąć, aby były miękkie i nawodniły się. Te świeże nie muszą leżeć w wodzie, a te mrożone nie muszą być rozmrażane przed gotowaniem.

Mycie: jeśli używacie suszonych roślin strączkowych, należy przede wszystkim umyć je pod bieżącą wodą, by wyeliminować ewentualne odpadki z przerobu (fragmenty strączków, szypułek itd.), zabrudzenia lub wady (kurz,  ciemne ziarna, kawałki kamienia, itd.).  

Jeśli chodzi o rośliny suszone, namaczanie jest bardzo ważne, gdy chcemy, aby były dobrze przygotowane. Zawarte w nich skrobia i błonnik rozpuszczalny, jeśli wystawione bezpośrednio na działanie ciepła, stają się jeszcze twardsze, a zatem ciężkie do zjedzenia.

Czas przygotowania różni się w zależności od wielkości i rodzaju ziarna: od kilku godzin dla soczewicy po aż nawet dzień dla fasoli. W razie wątpliwości, zawsze lepiej gotować je dłużej, a dłuższy czas namaczania też im nie zaszkodzi.

Woda użyta do namaczania powinna być w temperaturze pokojowej, w ilości do 3cm powyżej poziomu zanurzonych ziaren. Co ważne, nie możemy jej zastosować do późniejszego gotowania.

Świetnie byłoby dodać łyżkę sody, by stały się one jeszcze bardziej miękkie i lekkostrawne.

Rośliny strączkowe należy wsypać do dużej ilości zimnej wody (co najmniej dwa razy więcej niż ziaren) i gotować wolno i długo na małym ogniu. Podczas gotowania można dodać liść laurowy czy szałwii, by nadać smak i zapach, i dzięki czemu nasiona będą jeszcze lepiej strawne i unikniemy dokuczliwych wzdęć czy obrzęków.

Co do „efektów niepożądanych” jeśli nie jesteście przyzwyczajeni do częstego jadania roślin strączkowych, dobrze jest zwiększać ich spożycie stopniowo, zaczynając od tych najmniejszych. Jedząc je za często, organizm przyzwyczai się do trawienia ich w krótkim czasie i pojawi się problem obrzęku!

Aby zachować ważne składniki odżywcze podczas przygotowania, gotowanie powinniśmy zastąpić parowaniem poprzez zdjęcie pokrywki z garnka, aby woda mogła wyparować.  Bardziej praktyczną metodą jest użycie szybkowaru, który skróci czas przygotowania o połowę.

Pamiętajcie, że sól zawsze dodajemy na końcu, aby skórka nie zrobiła się twarda.

A teraz na stół… Tylko jak je podać?

  • Jako przystawka – humus z ciecierzycy: ugotowaną cieciorkę miksujemy z czosnkiem, pietruszką, solą, papryką i oliwą z oliwek extravergine aż do otrzymania gładkiego kremu, podajemy z grzankami lub jako farsz do warzyw.
  • Zupa z mieszanych roślin strączkowych – ugotowane bezpośrednio w rosole z pokrojonymi drobno warzywami i zbożami.
  • Coś dla amatorów egzotycznych smaków – spróbujcie Cholay: ugotujcie ciecierzycę dodając do niej torebkę czarnej herbaty, po czym duście pod przykryciem z cebulą i pomidorami.
  • I coś, aby wprawić wszystkich w zdumienie – ugotujcie białą fasolę z dodatkiem orzechów laskowych, gorzkim kakao błyskawicznym, cukrem, odrobiną mleka roślinnego i dodatkiem zmielonych wiórków kokosowych. Uzyskacie delikatny krem do smarowania, który wcale nie ustępuje słynnemu kremowi czekoladowemu!

Sprawiedliwość i awangarda społeczna Wenecji

0

Przez cały okres renesansu, aż do późnego wieku XVII, Wenecja podtrzymywała mocno swój własny mit: symbolem miasta – dobrze widocznego na szczycie Pałacu Dożów – jest Sprawiedliwość. Republika Wenecka, upadła w 1797 po prawie tysiącu latach istnienia, głęboko identyfikuje się z ideą bezstronnej sprawiedliwości, dlatego też doża staje się w systemie wyobrażeń najwyższym zwierzchnikiem i stróżem tej Sprawiedliwości, jako że doża jest Wenecją.

Prawo obowiązujące w Wenecji było prawem „własnym”, czyli właściwym dla Wenecji, odróżniającym się od prawa powszechnego (pochodzenia rzymskiego), które, jako prawo Imperium, było uznawane za uniwersalne. Wykluczając formalnie prawo rzymskie ze swojego prawodawstwa (które w istocie w większej części się od niego wywodziło), Wenecjanie silnie podkreślali swoją niezależność. Sędziowie byli członkami klasy patrycjuszy, którym przyznane było prawo wydawania wyroków, o ile byli w stanie rozwiązywać sprawy bezstronnie (czyli według najwyższego dobra Republiki). Aby zrozumieć ducha, w jakim wymierzana była sprawiedliwość, wystarczy przetłumaczyć łacińską inskrypcję, która widnieje nad drzwiami prowadzącymi do Avogarii w Pałacu Dożów: „Przede wszystkim dochodźcie zawsze prawdy skrupulatnie, aby ustalić ją sprawiedliwie i z jasnością. Nie skazujcie nikogo, zanim nie podejmiecie szczerego i słusznego osądu. Nie osądzajcie nikogo na podstawie podejrzeń, ale szukajcie dowodów, i wreszcie, wydajcie łaskawy wyrok. Nie czyńcie innym tego, czego nie chcielibyście, aby wam uczyniono.”

Filozof francuski Saint Didier, odwiedzając Wenecję w XVII wieku, miał wykrzyknąć, zgorszony: Poddani są całkowicie zwolnieni z jakiegokolwiek szacunku względem ich panów! Zawtórował mu Monsieur Payen, inny Francuz, który pod koniec tamtego wieku wspominał ze zdumieniem w swoim pamiętniku ogromną wolność, jaką cieszyła się Wenecja i bezstronność, z jaką stosowano prawo: „W żadnej części Republiki pan nie miał prawa bić swojego sługi, czegokolwiek ten by się nie dopuścił; mógł go jedynie upomnieć, wyrzucić lub podać go do sądu. Gdyby się zdarzyło, że sługa uderzyłby pana, mógł zostać uniewinniony, jeśliby udowodnił, że zrobił to we własnej obronie.”

Podejmuje Saint-Didier: “Nie istnieją rozrywki, których lud by nie dzielił ze szlachtą… Może się do niej przyłączyć w jakimkolwiek miejscu, podczas świąt i hulanek, bez żadnych zobowiązań, a szlachta nie wymaga od poddanych żadnych zewnętrznych wyrazów szacunku, które by ich onieśmielały!”

Jeszcze jeden filozof francuski, Monteskiusz, pisze, że „trudno jest znaleźć w jakimkolwiek innym miejscu tyle szacunku i posłuszeństwa wobec Zwierzchności, co w Wenecji”. Rząd potrafił jednak wzbudzać nie tylko posłuszeństwo, lecz wręcz przywiązanie. I nic nie może lepiej opisać prawdziwego klimatu politycznego, który panował w Wenecji, niż ten okrzyk, wydany przez wielkiego księcia Pawła Pietrowicza, syna Katarzyny Wielkiej, który przybywa do Wenecji na słynną podróż w 1782r.: Ależ… ten lud to RODZINA!

Zakaz handlu niewolnikami

Pierwszym krajem, który zakazał handlu niewolnikami, była Republika Wenecka. Nastąpiło to w 960 r. wraz z objęciem urzędu przez dożę Piotra IV Candiano. Z kroniki Andrei Dandolo dowiadujemy się, że inny doża, Orso Partecipazio, już od 876r. ogłosił prawo, które zakazywało sprzedawania, kupowania i transportowania przez morze niewolników, a zwłaszcza pożyczania pieniędzy obcokrajowcom, którzy trudniliby się handlem ludźmi.

Zakaz handlu nie wykluczał posiadania niewolników lub niewolnictwa samego w sobie, oraz tego, że Wenecjanie często posiadali niewolników kupowanych gdzie indziej; ale zasadniczym faktem jest, że oficjalnie, pod karą sankcji takich jak okaleczenie, śmierć, konfiskata majątku czy ekskomunika, nikt nie mógł sprzedawać ani kupować niewolników. A mamy rok 960!

Trzeba będzie poczekać do roku 1750, aby Sebastião José de Carvalho e Melo zabronił niewolnictwa względem rdzennych mieszkańców kolonii portugalskich. W epoce nowożytnej punkt zwrotny o zasięgu światowym w procesie zniesienia niewolnictwa miał miejsce w Anglii między 1792 a 1807 r., kiedy parlament zatwierdził Slave Trade Act, zapoczątkowując w ten sposób proces, który doprowadzi do zniesienia niewolnictwa przez pozostałe potęgi kolonialne. W traktacie z 30 marca 1814 r., zawartego w Paryżu między Francją a Wielką Brytanią, strona francuska przyjęła na siebie zobowiązanie zniesienia handlu niewolnikami, po którym nastąpiło przyjęcie podobnych zobowiązań przez Holandię (15 czerwca 1815 r.).

Pod koniec XIX wieku, cała Afryka została podzielona na kolonie i praktycznie wszystkie władze kolonialne wprowadziły zniesienie niewolnictwa. Jednak na kontynencie afrykańskim handel nadal trwał w krajach takich jak Etiopia, która zabroniła go dopiero w 1932 r. Kolejnym kamieniem milowym była Powszechna deklaracja praw człowieka w 1948 r., której 4. artykuł zakazuje niewolnictwa w każdej jego formie. Jemen i Arabia Saudyjska robi to w 1962 r. Mauretania jest ostatnim krajem, które zakazuje jakiejkolwiek formy niewolnictwa.

Prawo weneckie w obronie małoletnich zmuszanych do pracy

10 marca 1396 r., deklaracja Rady Czterdziestu: „Coraz częściej do Urzędu Dawnego Sądu przychodzi wiele osób, by prosić o pozwolenie na umieszczenie chłopców i dziewczynek u rzemieślników różnych zawodów i rzemiosł. Często zdarza się, że mistrzowie obchodzą kontrolę prawną, obciążając dzieci pracami, wedle ich uznania, które bardzo często są wbrew Bogu i Sprawiedliwości. Sami rodzice tych dzieci często nie mają dla nich szacunku i nie biorą pod uwagę ich prawdziwej korzyści. Nasz wyżej wspomniany Urząd Dawnego Sądu jednomyślnie postuluje, aby Senat ustanowił ścisły zakaz notariuszom sporządzania takich aktów i umów, w obronie tych dzieci i przez wzgląd na umiłowanie Sprawiedliwości.”

Prawo to kilka lat później zostaje udoskonalone następującą deklaracją:

„I niech żaden inny notariusz, w jakikolwiek sposób mianowany, tak z woli cesarskiej, jak przez Wenecjan, nie ośmiela się lub nie myśli o czerpaniu w jakikolwiek sposób lub z użyciem jakiegokolwiek podstępu jakiejkolwiek korzyści z pracy lub usług dzieci (25 września 1402 r.).”

Sytuacja kobiet

(fragment artykułu Roberty de Rossi, Nowa Wenecja)

Kobiety weneckie miały prawa dotyczące dzieci i swoich osobistych dóbr, cieszyły się wolnością w życiu społecznym, w kierowaniu własną działalnością gospodarczą, w sztuce, w świecie intelektualnym: przestrzeń niezależności w działaniu i w myśli (o której kobiety innych państw europejskich nie mogły nawet mgliście marzyć), która doprowadziła między XVI a XVIII wiekiem do stworzenia – przez Arcangelę Tarabotti, Moderatę Fonte i Lucrezię Marinella – jednego z pierwszych zalążków myśli feministycznej we Włoszech.

Kobiety weneckie miały możliwość wybierania opiekunów dla swoich dzieci, miały władzę rodzicielską, która nie istniała nigdzie indziej. Mogły dysponować własnym majątkiem i dyktować testament, do tego stopnia, że przepisy przewidywały wyraźnie, że mężowie nie mogli być obecni podczas dyktowania, żeby na nie nie wpływać, jak pokazały ostatnie badania (Anny Bellavitis). Mogły kierować kawiarniami, sklepami, prowadzić działalność ekonomiczną, bez konieczności bycia pod opieką mężczyzny. Było to możliwe, ponieważ Wenecja była Republiką, a nie monarchią i ponieważ była społecznością kupiecką: gospodarką, w której rola rodziny była kluczowa, jak również rola kobiety, począwszy właśnie od rodziny.

Pierwsza absolwentka studiów i pierwsza dziennikarka

Pałac Ca’ Loredan należał długo do gałęzi rodziny szlacheckiej Corner: w jego murach urodziła się i  żyła Elena Lucrezia Corner Piscopia, która obroniwszy doktorat z filozofii w 1678 (25 czerwca) stała się pierwszą kobietą na świecie, która zdobyła dyplom. Elena Corner zdobyła nominację w nieprawdopodobnie przepełnionej katedrze Padwie za rozprawę o Arystotelesie. Niewiele wcześniej skończyła 30 lat. Powściągliwa, skromna, nieśmiała Elena umiera młodo, w wieku 38 lat: oprócz włoskiego znała grecki, łaciński, hebrajski, francuski, hiszpański i arabski, zasługując tym na przydomek Oraculum Septilingue.

Wenecja może się poszczycić również pierwszą kobietą dziennikarką, dyrektorką dziennika: Elisabetta Caminer Turra,  urodzona w 1751 r. zaczęła pisać bardzo młodo, współpracując ze swoim ojcem Domenikiem w „Europie Literackiej”. Przeprowadziła się do Vicenzy w 1769 r., aby poślubić biologa Antonia Turrę, a 5 lat później założyła „Dziennik Encyklopedyczny”, jedno z głównych włoskich czasopism oświeceniowych. Jej salon stał się w tamtych latach punktem odniesienia dla uczonych i literatów włoskich.

W zakamarkach duszy Neapolu

0

Założony przez Greków w VII wieku p.n.e, Neapol zyskał miano jednego z najważniejszych miast Wielkiej Grecji, do czego przyczyniło się korzystne położenie wśród bujnych dolin chroniących port, oraz łagodny miejscowy klimat. Przemierzając niezliczone biegnące wąsko jedna obok drugiej uliczki, jesteśmy świadkami spotkania się akcentów architektonicznych typowych dla licznych kultur, które panowały w Neapolu na przestrzeni lat. W 1734 roku miasto za siedzibę obrała królewska dynastia Burbonów, która odtąd sprawowała pieczę nad ogromnymi zbiorami dzieł sztuki i zabytkami archeologii. Jest to uzasadnienie wpisu Neapolu na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Przemierzając ulice Neapolu, wpadamy w wir ludzi i gwar odgłosów miasta, które wkrótce zaczyna dzielić się z nami opowieściami. Usłyszy je ten, kto przystanie na chwilę i będzie potrafił z dyskrecją wsłuchać się w to spontaniczne skrzypienie szeptanych opowiadań z życia codziennego. To pierwszy obraz, który maluje przed nami “porowate” miasto, którego tkanka socjo-antropologiczna wypisana jest na twarzach mieszkańców, zbyt często postrzeganych w ramach nieaktualnych już stereotypów.     

Państwo-miasto opisywane przez licznych podróżników Grande Tour; miasto stworzone z biegnących według osi pionowej warstw, miasto “nieskąpane przez morze” i wielokrotnie “zranione niemal do śmierci”, w którym współistnieją ze sobą odwieczne przeciwieństwa, ale gdzie mieszka też nieporównywalne piękno, które wprawia w osłupienie widza podziwiającego krajobraz na zatokę. Zanim zanurzymy się w jego prawdziwe czeluście, stworzone przez place, kościoły i zabytki, radziłbym rozpocząć od wspięcia się na wyżyny San Martino i spojrzenia stamtąd na zatokę: stąd można podziwiać dwa symboliczne zabytki, które nic sobie nie robią z upływu czasu i czujnym okiem czuwają nad metamorfozą, którą przechodzi Neapol: zamek Sant’Elmo i klasztor San Martino.

Z wysokości wzgórza najlepiej można dostrzec gęsty układ lawiny ulic, rozciągających się od Posillipo w Pizzofalcone (gdzie początkowo biło serce greckiego Neapolis od V wieku p.n.e.) aż po skonstruowany na przestrzeni czasu układ stratyfikacji architektonicznej, która nadaje kształt dzisiejszej metropolii.

Stąd możemy zagłębić się już w splot ulic przemierzając cadri i decumani (tak nazywane są najstarsze miejskie ulice) docierając do ulicy Toledo, która przecina hiszpańską część miasta, a której charakterystyczny układ geometryczny tworzą ciasno splatające się i osnute tajemnicą dzielnice quartieri spagnoli. Rozwikłanie ich supła budzi ciekawość zwiedzającego, który odtąd nie może nie zatrzymać się na każdym rogu wobec miliona niespodzianek.

W ten sposób docieramy do podziemnej części miasta, gdzie na odkrycie czeka wiele tajemnic Napolu, by po chwili wrócić znów na powierzchnię i zobaczyć na własne oczy cuda rzeźbiarstwa, jak choćby Cristo velato autorstwa Sammartino w osnutej tajemnicą Kaplicy Księcia San Severo. Wyruszając w dalszą wędrówkę z placu San Domenico Maggiore, należy koniecznie zatrzymać się na pyszną kawę w zabytkowej cukierni Scaturchio, a wreszcie pobłądzić między zaułkami San Gregorio i San Lorenzo, gdzie kwitnie królestwo tradycji rzemieślniczej szopki bożonarodzeniowej.

Wybierając wśród przepychu niezliczonych tradycyjnych pizzerii i gospód, miejsc idealnych na przerwę obiadową, najlepiej zatrzymać się na moment w pizzerii Di Matteo. Wystarczy obserwować przez chwilę tłum oczekujących na stolik gości zgromadzonych już przed lokalem, by przekonać się, że jedyny rodzaj rezerwacji, jak tu działa, to krzyknięcie na głos swojego własnego imienia! Między uliczkami poruszamy się niczym bohaterowie opowiadania, którego wielowątkowa fabuła powoli znajduje swoje rozwiązanie u stóp ulicy Mezzacannone, gdzie siedzibę ma jeden z najstarszych uniwersytetów w Europie, założony w 1224 roku przed Federico II oraz pełna książkowych perełek sztuki i architektury biblioteka Casa del Salvadore, której wejścia chroni zabytkowy,  jedyny w swoim rodzaju renesansowy dziedziniec.

Podczas spaceru główną ulicą przecinającą miasto docieramy do Duomo oraz połączonej z nim kaplicy San Gennaro, poświęconej patronowi neapolitańczyków; symbolu kultu sacrum i profanum zastrzeżonego dla wiernych i laików. Podziwiać tam można również bogatą kolekcję sztuki rzeźbiarskiej (w złocie i brązie), wspaniały skarb zaklęty w czasie, zachowany dzięki datkom możnych i władców. Spacerujemy z tego miejsca w kierunku Maschio Angioino, który stanowi symboliczną reprezentację miejscowej władzy królewskiej, a którego zmieniająca się nazwa (np. na Castel Nuovo) podążała śladem losów kolejnych zasiadających na tronie Neapolu dynastii. Kilka kroków od zamku i już jesteśmy u stóp Palazzo Reale: radzę wejść do środka schodami Picchiatti, aby następnie zwiedzić pełne przepychu wnętrza i w końcu dotrzeć do Biblioteki Narodowej z widokiem na zatokę. I tak nie można zapomnieć o wizycie w znajdującym się naprzeciwko Gallerii Umberto I Teatro San Carlo, jednym z antycznych teatrów europejskich, osławionym dzięki swojej historii muzycznej i pięknie architektonicznym. W tej urokliwej enklawie, mijając malutki plac Trieste e Trento, docieramy do Piazza Plebiscito, skąd możemy podziwiać rzucającą się w oczy ramę portyku z kopułą kościelną poświęconą San Francesco di Paola.

Nieodłączny punkt wizyty to spacer wzdłuż morza ulicą Caracciolo. W końcu można poczuć zapach morskiej bryzy, podziwiać z oddali wyspę Capri, a następnie udać się do Borgo Marinari, wysepki, której strzeże potężny Castel dell’Ovo, w którym zmarł ostatni cesarz rzymski Romulus Augustus w 476 roku n.e, pozbawiony władzy przez Odoakra. To posępna data, wieszcząca upadek Imperium Rzymskiego. Przebywając w tamtej jakby zawieszonej na wodzie części miasta, można docenić w pełni miejscową sztukę kulinarną, przebierając wśród niezliczonych restauracji. Już sam zapach wydobywający się z kuchni zachęca do przyjęcia zaproszenia.

Poza zaproponowanym szlakiem turystycznym, istnieją jeszcze tysiące innych! Jakkolwiek ekscentryczna byłaby prawda, jaką opowiada nam o sobie miasto, zawiera się w niej wiele przekrzykujących się nawzajem wątków narracyjnych, które niestrudzenie odkrywają przed nami niezliczone odcienie tamtejszej rzeczywistości, zawsze zmiennej, utkanej z głosów i kolorów ciągle odznaczających się swoją specyfiką i których “ciągle jest się spragnionym”, jak śpiewa jeden z najbardziej trafnych i oryginalnych tłumaczy ich specyfiki, Pino Daniele.