Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Odrodzenie Matery

0

tekst i foto: Dominika Rafalska

 

Dziś klejnot południa i jedno z najpiękniejszych miast Italii. Kilkadziesiąt lat temu – miejsce zapomniane przez Boga i ludzi. Matera to żywy dowód na to, że metamorfoza i mądrze pomyślana rewitalizacja antycznego miasta, choć trudna, jest możliwa.

Na prowizorycznym przystanku w Polignano a Mare jestem jedyną pasażerką. Dochodzi 7.00 rano i mam wielką nadzieję, że mój autobus przyjedzie punktualnie. Jest! Jedziemy po włoskich bezdrożach, by po kilkudziesięciu minutach znaleźć się w Bari. Tu momentalnie pusty autobus zapełnia się do ostatniego miejsca. Wszyscy jadą do Matery.

Nic w tym dziwnego. Stolica regionu Basilicata jest w zasadzie obowiązkowym punktem podczas podróży na południe Włoch. Jedno z najstarszych miast nie tylko we Włoszech, ale i na świecie ma bardzo dużo do zaoferowania. Miasto wykute w skale, urocze kręte uliczki, piękne kamienne budowle. Matera inspiruje też artystów. Miasto posłużyło za plan filmowy do wielu filmów. Dość wymienić Ewangelię według św. Mateusza w reż. Piera Paolo Pasoliniego (1964), Pasję w reż. Mela Gibsona (2004) czy wreszcie Nie czas umierać z Danielem Craigiem w roli Jamesa Bonda (2021). Porównania Matery do Jerozolimy z czasów Chrystusa czy jordańskiej Petry są jak najbardziej uzasadnione. Patrząc na miasto dzisiaj, trudno uwierzyć, że jeszcze w latach 50. XX wieku nazywano je „hańbą narodu” z uwagi na panujące tam koszmarne warunki życia.

Na południu bez zmian

Trudno dokładnie określić, ile lat ma Matera. Naukowcy przyjmują, że powstała w okresie paleolitu. W miękkich tufowych skałach kanionu rzeki Graviny przez stulecia powstawały groty, kaplice, a nawet całe kościoły. Interesujące jest to, że taki tryb życia był tu znany aż do I połowy XX wieku. 

Ziemie, na których leży Matera przechodziły z rąk do rąk stając się własnością m.in. Rzymian, Greków, Arabów, czy Longobardów. Pierwsza wzmianka o mieście (znanym wówczas pod nazwą Matheolla) pochodzi z 251 r. p.n.e. Ciężkie warunki życia, szerzące się choroby i głód naznaczyły losy miasta i jego mieszkańców na całe stulecia.

Do dzisiaj w Materze zachował się dawny układ urbanistyczny. Historyczna część miasta – Sassi di Matera (wł. Kamienie Matery) składała się z dwóch części: Sasso Caveoso i Sasso Barisano. Ta pierwsza uważana jest za najstarszą dzielnicę Matery. Można tam zajrzeć do autentycznych jaskiń, które dzisiaj zaadaptowano m.in. na mini muzea. Niektóre „tradycyjne domy” Matery są współcześnie także hotelami (nie powinno budzić zdziwienia to, że w niektórych z nich nie ma okien w pokojach).

Smutne piękno 

Opowieść o Materze to jednak nie tylko romantyczna czy dająca natchnienie artystom historia. Przez całe stulecia ludzie żyli tu często w jednej izbie wraz ze zwierzętami, które stanowiły cały ich dobytek. W przeszłości w mieście szerzyły się epidemie i głód, a śmiertelność noworodków wynosiła nawet 44 proc. Dziś trudno sobie wyobrazić, że jeszcze w połowie XX stulecia aż 90 proc. (z 20 tys.) mieszkańców miasta było analfabetami. Ludzie funkcjonowali bez dostępu do wody, kanalizacji i elektryczności. 

„Każdy, kto zobaczy Materę, nie może nie przeżyć wstrząsu, tak pełne wyrazu i poruszające jest jej smutne piękno” – napisał Carlo Levi w książce Chrystus zatrzymał się w Eboli (1945). Levi był włoskim lekarzem, pisarzem i lewicowym działaczem politycznym i społecznym. Należał do antyfaszystowskiej organizacji Giustizia e libertà (wł. Sprawiedliwość i wolność). W latach 30. XX wieku został wygnany z przemysłowej, bogatej północy Włoch na ubogie południe. Przetrwał wojnę w Basilicacie w prowincji Matera. Zesłanie Leviego do Basilicaty i jego, wspomniana wyżej, książka w której opisał niewyobrażalną nędzę południa okazały się krokiem milowym na drodze poprawy warunków życia mieszkańców regionu i samej Matery. 

Publikacja zyskała popularność we Włoszech. W 1979 r. powstał film na jej podstawie w reż. Francesca Rosiego. Ważniejsze jednak wydaje się to, że już w trzy lata po wydaniu książki Materę odwiedził lider Komunistycznej Partii Włoch – Palmiro Togliatti. To on określił część Matery – Sassi „hańbą narodu”. W 1950 r. premier Alcide de Gasperi postanowił stworzyć plan ratunkowy dla miasta i zlecił opracowanie projektu ustawy dotyczącej renowacji i wysiedlenia jej mieszkańców. Już w 1951 r. przedstawiono go w parlamencie. 9 kwietnia 1951 r. na pierwszej stronie dziennika „La Gazzetta del Mezzogiorno” pojawiła się informacja „Sassi di Matera znikną – de Gasperi usuwa narodową hańbę”. 

Za tym stwierdzeniem kryła się jednak wielka odpowiedzialność i mnóstwo ciężkiej pracy. Zadanie było skomplikowane i polityk zadawał sobie sprawę z tego, że potrzebne są kompleksowe badania i zaangażowanie ekspertów różnych dziedzin. Doprowadziły one do stworzenia koncepcji, która przewidywała utworzenie trzech nowych dzielnic: La Martella, Venusio i Picciano. To tam przesiedlano mieszkańców Sassi. Każda rodzina otrzymała trzy hektary ziemi pod uprawę. 17 maja 1952 r. podpisano specjalną ustawę o rewitalizacji Sassi, która przewidywała budowę siedmiu nowych osiedli i renowację 859 domów w dzielnicy. Po 1953 r. wysiedlone centrum zostało oficjalnie zamknięte. Życie wróciło tam dopiero kilka dekad później. Niestety koszty społeczne tego projektu okazały się wysokie. W trakcie wysiedlenia ludności z dzielnicy, bardzo osłabły więzy społeczne a wiele osób, paradoksalnie, z trudem przystosowywała się do życia w nowych, o wiele lepszych, ale nieznanych im warunkach. Zrozumiano to po latach.

Odrodzenie

„Materę można potraktować jako miejsce kulturowe, które stanowi element tradycji, czyli zjawiska przekazywania z pokolenia na pokolenie dziedzictwa kulturowego. Ochrona dziedzictwa powinna polegać nie tylko na zachowaniu i polepszeniu fizycznego stanu architektury miasta, lecz także na ochronie wartości historycznych, na które składają się ważne wydarzenia społeczne, polityczne i kulturalne. Powyższe działania nie byłyby możliwe bez udziału lokalnej ludności ,która od pokoleń zasiedla miasto, stając się jego nierozerwalną częścią” – napisała arch. Marta Stachurska w artykule Dwa oblicza Matery. Problematyka ochrony dziedzictwa kulturowego Matery w procesie rewitalizacji antycznego miasta na łamach „Wiadomości konserwatorskich” (2020, nr 64). Autorka zwraca uwagę, że w pewnym momencie wprowadzając plany rewitalizacji miasta, jednocześnie zaprzestano praktyk siłowego wysiedlania ludności, a nowo podjęte działania zakładały włączenie mieszkańców w proces odbudowy Sassi. 

Zaproponowano im stuletnią, bezpłatną dzierżawę opuszczonych skalnych grot w zamian za pomoc w odrestaurowaniu obiektów. Wszelkie działania związane z rewaloryzacją zespołu urbanistycznego i architektury miały zostać wykonane zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju. „Priorytetem działań było poszanowanie pierwotnej tkanki, przeprowadzanie koniecznych zabiegów z zachowaniem oryginalnego charakteru i kształtu miejsca, bez możliwości wprowadzania trwałych zmian. Wszelkie prace mają podlegać ścisłym wytycznym konserwatora zabytków…” – czytamy w tekście Stachurskiej. 

Wyjątkowy charakter Matery dostrzeżono w 1993 r., gdy uhonorowano ją miejscem na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Znalazła się tam strefa Sassi (starożytne centrum miasta i górski płaskowyż po przeciwnej stronie wąwozu) oraz Park Kościołów Skalnych (wł. Parco delle Chiese Rupestri). Zwrócono uwagę na integralność i autentyczność miejsca, konieczność jego ochrony oraz wymóg odpowiedniego zarządzania nim. Marta Stachurska: „W uzasadnieniu wpisu na Listę UNESCO Sassi została przedstawiona przede wszystkim jako najwybitniejszy, nienaruszony przykład wzorowo zachowanego osadnictwa w regionie śródziemnomorskim, ilustrujący istotne etapy w historii ludzkości sięgające czasów paleolitu”. Udana rewitalizacja ponownie przyciągnęła do miasta mieszkańców, a także inwestorów i turystów. Część jaskiń zaadaptowano na hotele, galerie, kawiarnie, urocze galerie z rękodziełem. W 2019 r. miasto zostało Europejską Stolicą Kultury.

Dzisiaj Matera zachwyca swoim unikalnym pięknem. Miasto wykute w skałach zdaje się opadać kaskadowo w głąb wielkiego kanionu, blask zachodzącego słońca barwi na złoto białe sylwetki domów i kościołów Sassi. Światło złotej godziny czyni bryłę katedry w Materze wręcz nieziemskim zjawiskiem. Uliczki zdają się wić bez końca. Oprócz jaskiń, autentycznych domów i punktów widokowych w mieście i jego okolicach można zobaczyć ponad 160 skalnych kościołów. Matera przyciąga dzisiaj nie tylko miłośników historii, pięknej architektury czy fotografii, ale też amatorów górskich wędrówek. Smutne piękno Matery i lata naznaczone cierpieniem mieszkańców należą już szczęśliwie do przeszłości.

Podróże są najlepszym uniwersytetem: wywiad z Elżbietą Dzikowską

0

Elżbieta Dzikowska zwiedziła niemal cały świat, od Azji po Amerykę Łacińską. Jako podróżniczka i historyczka sztuki odkrywała przed Polakami świat. A jednak to Włochy są jej ukochanym miejscem na ziemi.

Niemal zawsze zaczynam od tego samego pytania, od słów Federico Felliniego, który mówił, “że sny są jedyną rzeczywistością”. Czy śniła Pani kiedyś włoskim snem?

Proszę pamiętać, że w czasach mojej młodości nie wolno było ani marzyć, ani śnić. Całe życie też zmagałam się z bezsennością. Nawet szamani mi nie pomogli, ale przynajmniej, dzięki poszukiwaniu lekarstwa na moje dolegliwości, miałam okazję zrobić film i napisać książkę „Czarownicy”. Grunt to nie poddawać się. Także wolałam nie śnić o Italii tylko tam pojechać. To przedziwne, ale Włochy zaczęły mnie fascynować, zanim jeszcze tam poleciałam, nawet niewiele wiedziałam o tym kraju, a jednak coś mnie tam przyciągało. Może o nich śniłam zupełnie o tym nie wiedząc. Jak już wreszcie poleciałam do Włoch to sny były mi niepotrzebne. Wszystko stało się realne. Włochy to dla mnie najważniejsze państwo pod względem kultury i mimo wielu zmian, które tam zachodzą od wieków potrafią pozostać sobą i pielęgnować swoją tożsamość.

Czy Włochy są dla Pani czymś więcej niż efektowną scenerią? 

To teren, na którym naturalnie spotykają się moje dwie tożsamości: podróżniczki i badaczki sztuki. Jestem nie tylko sinolożką, ale i historyczką sztuki, a podróże traktuje jako warunek dostępu do dzieł, artystów i zjawisk. Włoski kontekst – od muzeów i kościołów po wystawy czasowe – daje nieograniczone możliwości. Sprawdza się jako „żywe archiwum” przeszłości i jako laboratorium teraźniejszości. 

W czasach PRL, kiedy nie można było marzyć i śnić musiała Pani pokonywać nie tylko tysiące kilometrów, lecz także bariery polityczne, finansowe i mentalne. Pani historia pokazuje jak ogromnej determinacji wymagało wówczas odkrywanie świata.

Pierwszą daleką podróżą była wyprawa do Chin w 1957 roku. Byłam wówczas młodą studentką sinologii na Uniwersytecie Warszawskim, a wyjazd do Państwa Środka stanowił niezwykłą okazję do bezpośredniego kontaktu z kulturą, którą dotąd poznawała tylko z książek. Trzeba pamiętać, że był to okres, gdy Polska znajdowała się w bloku państw socjalistycznych, a relacje z Chinami, choć napięte politycznie, wciąż umożliwiały wymianę akademicką. Podróż sama w sobie była trudnym przedsięwzięciem – wymagała wielu zezwoleń i dwudniowej podróży lotniczej. Po tej podróży marzyłam, żeby się już się nie powtórzyła z powodu turbulencji. Przyznaje, że na świecie boję się dwóch rzeczy: chamstwa i właśnie turbulencji.

Drugą wielką przygodą była pierwsza wyprawa do Ameryki Południowej, na początku lat sześćdziesiątych. W czasach, gdy paszport był luksusem, a bilet lotniczy niemal nieosiągalny. Zdecydowałam się na rejs statkiem towarowym do Meksyku. Podróż trwała trzy tygodnie – w ciasnej kajucie, w towarzystwie obcych osób, z ograniczonym dostępem do wygód. Budżet był minimalny, wystarczał na najtańsze noclegi i posiłki. To doświadczenie nauczyło mnie podróżowania w stylu uważnym, reporterskim.

Lista miejsc na świecie, do których Pani dotarła, które zobaczyła jest imponująca. A jednak, kiedy zapytano Panią w jakimś wywiadzie o ulubione miejsce na ziemi odpowiedziała Pani: Włochy.

Podróżowanie jest dla mnie uniwersytetem, a Włochy dają mi możliwość ukończenia najlepszych studiów, jakie są w ofercie. Właściwie to ich ukończenie jest niemożliwe, ponieważ cały czas jest tam coś do odkrycia. Podróżuje po Włoszech od kilku dekad, byłam tam niezliczoną ilość razy, a jednak wciąż są takie regiony jak Sardynia, które są jeszcze przede mną. Na tej wyspie jest ponad siedem tysięcy zabytków z epoki brązu. Jest tam wiele świadectw człowieka, jak chociażby w zachodnim miasteczku Iglesias są kopalnie z czasów nuragijskich. To wszystko jeszcze przede mną! 

A ta pierwsza podróż do Włoch?

To była chyba podróż z moją przyjaciółką Barbarą Weber do Perugii, gdzie pojechałyśmy tam na Uniwersytet nauczyć się języka włoskiego. Po skończonym kursie kupiłyśmy sobie bilet “tremila kilometri” i jeździliśmy pociągami od stacji do stacji, zwiedziłyśmy całą Florencję docierając aż na Sycylię. Do Florencji przez te wszystkie lata powracałam wielokrotnie, spędziłam tam nawet z moją inną przyjaciółką Barbarą Szubińską Wielkanoc. Nigdzie nie ma takich zbiorów jak we Florencji. To kolebka renesansu, od wieków zachwyca swoim dziedzictwem artystycznym i architektonicznym. Najważniejszym punktem jest oczywiście Galleria degli Uffizi, dawna siedziba urzędów Medyceuszy, przekształcona w muzeum już w XVI wieku. Ale lubię wracać też do Galleria dell’Accademia, słynąca przede wszystkim z monumentalnego „Dawida” Michała Anioła.

Czym jest dla Pani podróżowanie?

Podróżowanie uczy poznania świata, bywa, że uczy odwagi i pewności siebie. Podczas pobytu w Rzymie, wzięłam udział w międzynarodowym kongresie FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa). Bardzo chciałam przeprowadzić wywiad z szefem tej organizacji, ale… ambasador i inni dyplomaci nie potrafili mi pomóc. Co zrobiłam? Napisała maleńką karteczkę z pytaniem: „Panie Prezydencie, czy może mi pan udzielić wywiadu?” i podałam ją przy wejściu na sesję otwierającą kongres. Niedługo później do sali zaprosił mnie asystent szefa FAO z jego zgodą. 

Potem były podróże z Pani mężem Tonym Halikiem.

Z moim mężem przez dwadzieścia lat, niemal w rok w rok jeździliśmy samochodem z Warszawy do Genui. Tam zostawiliśmy samochód i przesiadaliśmy się do naszej łódki, którą pływaliśmy po morzu liguryjskim. Nic było w stanie nam przeszkodzić, nawet wszczepiony rozrusznik serca Tony’ego. Pięć dni po wyjściu ze szpitala pływaliśmy już po morzu odwiedzając Portofino czy ukrytą osadę San Fruttuoso. Morze wymusza dyscyplinę, pogoda bywa kapryśna, porty mają własne rytmy. Żeby wypłynąć, trzeba być przygotowaną, ale też ufną wobec własnych decyzji. To ta sama logika, którą stosuje w świecie sztuki: najpierw solidny rekonesans, potem odważne wnioski.

A czego nauczyły Panią liczne podróże na weneckie Biennale?

Biennale uczy czujności. Z edycji na edycję zmieniają się tematy, języki, a nawet sposoby oprowadzania widza. Od lat używam Wenecji jak barometru: sprawdzam, gdzie przesunęły się akcenty – ku polityce, ekologii, ciału, technologii i czy polskie opowieści harmonizują z nurtem, czy idą pod prąd. Pierwszy raz poleciałam na Biennale w latach 90. na zaproszenie Romana Opałki. Lata 90. przyniosły tu ważne momenty, które pozwoliły polskiej sztuce przebić się do świadomości światowej publiczności. W 1993 roku Roman Opałka  zaprezentował swoje malarskie „liczenie do nieskończoności”, tworząc przejmującą medytację nad czasem i przemijaniem. Jego prace, stopniowo rozjaśniane aż do całkowitej bieli, stały się jednym z najmocniejszych symboli sztuki konceptualnej XX wieku i w Wenecji spotkały się z ogromnym uznaniem. Cztery lata później, w 1997 roku, Katarzyna Kozyra pokazała „Łaźnie” – instalację wideo, która otworzyła nowy rozdział w myśleniu o ciele i tożsamości. Praca nagrodzona przez jury wzbudziła międzynarodową dyskusję. Zaś w 1999 roku Mirosław Bałka zaprezentował minimalistyczne instalacje dotykające pamięci, cielesności i historii, często odnoszące się do doświadczenia Holokaustu i przemijania.

A jakim miastem jest sama Wenecja?

To największe muzeum pod gołym niebem. Plac św. Marka z majestatyczną bazyliką, której złocone mozaiki opowiadają historię miasta. Pałac Dożów, dawna siedziba władców i symbol politycznej potęgi. Moim obowiązkowym punktem jest też Gallerie dell’Accademia. To tu podziwiać można arcydzieła Belliniego, Carpaccia czy Tycjana. A także Museo Peggy Guggenheim, ulokowane w pałacu nad Canal Grande z pracami Picassa, Pollocka, Kandinsky’ego czy Miró. Kontrastuje ono z dawną sztuką Wenecji, pokazując, jak miasto stało się przestrzenią dialogu między epokami. Wenecja to dla mnie najpiękniejsze miasto na świecie, chociaż nigdy nie zaznałam jej pustej, zawsze jest przeludniona. Coraz trudniej jest mieć kontakt osobisty z tym miastem. Znajduje tam jednak swoje miejsca. Mam nawet na Burano swój zaprzyjaźniony sklep, w którym dostaję zniżkę i kupuje ubrania.

W odkrywaniu Włoch ważne były także Pani spotkania z Igorem Mitorajem.

Mitoraja poznałam pod koniec lat 80. w Pietrasanta, gdzie miał swoją pracownię. Zrobiliśmy tam film z moim mężem prezentowany w programie telewizyjnym “Pieprz i wanilia”. Parę lat później wraz z Wiesławą Wierzchowską zorganizowałam w warszawskiej Zachęcie wystawę z jego pracami, na której pokazano prace artystów polskich tworzących za granicą. Zapamiętałam Mitoraja jako niezwykle skromnego, miłego i spokojnego człowieka, który tworzył monumentalne rzeźby.

Poznała Pani wiele kultur, stąd łatwiej o wnioski. Jacy są więc Włosi?

Włosi są najbardziej otwarci na świecie — to nie tylko ogólne stwierdzenie, ale fakt budowany z codziennych gestów: uśmiechy do rozmówców, przyjazne podejście, spontaniczne zaproszenia. Włochy wspominam jako kraj, w którym bariera między mną a lokalnymi ludźmi znika, podobnie jak w Tybecie, gdzie widziałam ludzi o najpiękniejszych uśmiechach.

„Ciao Varsavia”: intymna podróż między ciałem, tożsamością i miejską melancholią

0

„Ciao Varsavia”, nowy krótkometrażowy film Diletty di Nicolantonio, to intymna i delikatna opowieść o tożsamości i ciele. Poznajemy historię Diany, młodej kobiety zmagającej się z zaburzeniami odżywiania oraz oczekiwaniami społeczeństwa. Wszystko dzieje się na tle melancholijnej i dekadenckiej Warszawy, w której samotność nabiera nowego wymiaru.

W 2025 roku film zdobył Nagrodę Andromeda na Festiwalu Filmowym w Rzymie i został określony przez jury jako „intymna i cicha podróż w głąb kruchości i siły młodej kobiety, która próbuje naprawić swoją relację z ciałem i ze światem”. W Polsce został pokazany 6 grudnia 2025 roku w Kinie Kultura w Warszawie w ramach przeglądu filmów krótkometrażowych „Shardana’s Reel”, organizowanego przez Stowarzyszenie Shardana.

O kulisach powstawania filmu opowiedziały nam Diletta di Nicolantonio, reżyserka i scenarzystka, oraz Sara Serraiocco, koproducentka wykonawcza.

Na zdjęciu: Carlotta Gamba, Diletta di Nicolantonio, Sara Serraiocco

„Film zrodził się z potrzeby mówienia więcej o zaburzeniach odżywiania we włoskich szkołach” – opowiada Diletta di Nicolantonio. – „Postanowiłam rozwinąć ten temat, opowiadając historię dziewczyny, która znajduje się w bardzo trudnym momencie swojego życia. Jej problemy w dużej mierze związane są z obrazem własnego ciała, które w naszym społeczeństwie ma ogromne znaczenie i jest nieustannie oceniane. Moja bohaterka jest w połowie Włoszką, w połowie Polką. Nie ma jednej, wyraźnej tożsamości, znajduje się pomiędzy dwiema kulturami. Będąc bardzo wrażliwą osobą, w niektórych sytuacjach idzie też na kompromisy i traci przy tym siebie”.

Miasto odgrywa w tej historii ważną rolę, odzwierciedlając samotność bohaterki. Przenosimy się do szarej i melancholijnej Warszawy, która wydaje się niemal wyjęta z lat 90.

„Wybrałam Warszawę jako miejsce zdjęć, ponieważ estetyka i pewna melancholia tego miasta bardzo przypominały mi to, co przeżywa bohaterka. Warszawa jest bardzo piękna, ale ma też mocne dekadenckie tony. Widzimy również klinikę w Konstancinie, której piękno z dawnych lat nadaje szczególny charakter scenom kręconym w jej wnętrzach. Dialogów jest niewiele, to miejsca i obrazy opowiadają najwięcej” – wyjaśnia Nicolantonio.

„Od razu zakochałam się w tym projekcie, w bardzo dojrzałym spojrzeniu Diletty i jej ogromnym talencie wizualnym” – mówi Sara Serraiocco, aktorka, dla której film był pierwszym doświadczeniem w roli producentki. – „Razem z operatorem Matteo Cocco bardzo zadbali o warstwę wizualną filmu, na przykład używając obiektywów rosyjskich i anamorficznych. Strona wizualna odzwierciedla to, co przeżywa bohaterka, pokazując między innymi jej dysmorfię ciała”.

Po realizacji krótkometrażowego filmu „Lukiskes”, nakręconego w więzieniu na Litwie, reżyserka skupia się na Polsce, gdzie mieszka od dwóch lat.

„Jestem pochodzenia włosko-chorwackiego. Mam więc w sobie trochę bałtyckiej krwi, która przyciąga mnie do takich miejsc, bardzo bliskich mojej kulturze. Uwielbiam także polskie kino za sposób opowiadania historii. Moimi ulubionymi reżyserami są Zanussi i Kieślowski. Bardzo interesuje mnie też architektura sowiecka”.

W przeważająco polskiej obsadzie zobaczymy dwoje znanych włoskich aktorów: Carlottę Gambę i Fortunato Cerlino.

„Carlotta Gamba była moim pierwszym wyborem do roli głównej bohaterki. Dzięki swojej szczerości i delikatności świetnie pokazała kruchość postaci. W jej spojrzeniu są ból i wrażliwość, których szukałam” – opowiada reżyserka.

„Ciao Varsavia” porusza złożone i aktualne tematy z niezwykłą subtelnością i autentycznością.

Jak wyjaśnia Nicolantonio: „Uważam, że ten film jest ważny, ponieważ pokazuje, jak bardzo chore jest nasze społeczeństwo. Wszyscy, zwłaszcza młodzi ludzie, jesteśmy silnie przywiązani do wyglądu zewnętrznego, narzuconego przez fałszywy i zdeformowany świat mediów społecznościowych. Wiele osób cierpi na zaburzenia odżywiania, nie akceptuje samych siebie. Wszystkim nam przydałby się powrót do rzeczywistości”.

„Jeśli nasz krótki metraż zdoła dotrzeć do wrażliwości młodych ludzi, zwłaszcza dziewczyn, które mogłyby utożsamić się z historią bohaterki, to znaczy, że osiągnęliśmy cel. Mamy nadzieję, że nasz przekaz dotrze do odbiorców” – dodaje Serraiocco.

Pożegnanie Giorgio Armaniego, ikony Made in Italy

0
Giorgio Armani na festiwalu filmowym w Wenecji / fot. Gianfraco Tagliapietra

Rozmowa Sebastiano Giorgi z Walterem Prati

tłumaczenie pl: Wiktoria Baryga

 

W dniu 4 września odszedł Giorgio Armani, jeden z najbardziej wpływowych projektantów XX i XXI wieku, symbol Made in Italy, który od legendarnych lat osiemdziesiątych dyktował kanon nowej, nieformalnej elegancji miejskiej, tej z Richardem Gerem w ,,American Gigolo”, ale także kobiety-menadżer, która zdobywa uznanie w świecie biznesu, dotychczas zdominowanym przez mężczyzn. O tym ikonicznym projektancie, przedsiębiorcy i mecenasie, który zaczynał jako sprzedawca w Rinascente, a dziś pozostawia imperium warte 2,3 miliarda euro, rozmawiamy z Walterem Pratim, właścicielem GPoland, największego importera i dystrybutora włoskiej mody w Polsce, kraju, gdzie reprezentuje również linie Emporio Armani i Armani Exchange.  

„Straciliśmy nie tylko symbol włoskiej mody, ale także wielkiego przedsiębiorcę dbającego o dobrobyt pracowników oraz mecenasa sztuki i sportu, które śledził z pasją” wyjaśnia Prati, przypominając następnie innowacyjność, która charakteryzowała gust Armaniego. ,,Zrewolucjonizował modę podejściem, które kładło nacisk na dyskretną elegancję, funkcjonalność i płynność tkanin. Krótko mówiąc: uwolnił ciało od ograniczeń, pokazując, że jeśli rozmiar jest odpowiedni, a tkanina wysokiej jakości, nie potrzeba żadnych dodatkowych ozdób”.  

Armani był bez wątpienia jednym z głównych bohaterów lat osiemdziesiątych we Włoszech, który wyniósł Made in Italy na szczyt światowej popularności, podczas gdy tzw. ,,Milano da bere” pozytywistyczna i optymistyczna, wyparła Paryż i Londyn z tronu mody. 

Magiczny okres w modzie z kolorami i tkaninami Versace, doskonałymi kreacjami inżyniera Ferre, genialnością artystyczną Moschino i niezwykłą ponadczasową prostotą i spójnością ubrań Armani. Lata, w których Włochy dyktowały nie tylko trendy w modzie, ale także w sposobie życia, tak jak Armani wyraził później swój gust w projektach Armani Casa, Armani/Nobu, zegarkach, okularach, perfumach, a nawet w sporcie, projektując stroje olimpijskie dla włoskich sportowców na Igrzyska w Londynie w 2012 roku, Rio de Janeiro w 2016 roku, Tokio w 2020 roku i Paryżu w 2024 roku. Chcę jednak dodać, że nawet dziś Włochy odgrywa wiodącą rolę w luksusie, słynna dzielnica obuwnicza Riviera del Brenta nadal utrzymuje światowy prymat w jakości, podobnie jak obszar na południe od Florencji, który nadal przedstawia szczyt produktów skórzanych. Nie wspominając o tym, że w wielu francuskich domach mody są projektanci włoscy, którzy przede wszystkim produkują swoje luksusowe kolekcje we Włoszech.  

Poznałeś Giorgio Armaniego? 

,,Tak, w bardzo zabawny sposób. Poszedłem odwiedzić znajomego, który pracował dla Armaniego, gdy siedziba firmy znajdowała się niedaleko Piazza San Babila. Kiedy byłem z nim, przechodziła osoba, którą wydawało mi się dobrze znać, więc zapytałem, jak się miewa i poklepałem po ramieniu, a on mi uprzejmie odpowiedział. Kiedy się oddalił, mój znajomy zapytał, czy wiem kto to jest. Spojrzałem na niego zdziwiony. Powiedział: ,,To Giorgio Armani!”. Później miałem okazję zobaczyć go kilka razy w Saint Tropez, gdy biegał z ochroniarzem. Ostatni raz widziałem go, bardzo zmęczonego, na jego pokazie w 2024 roku”. 

Od studenta medycyny do sprzedawcy w Rinascente, od mężczyzny na okładce magazynu Time do stylisty gwiazd Hollywood, w tym Diane Keaton z filmu ,,Annie Hall”, Jodie Foster podczas rozdania Oskarów, Richarda Gere’a, a następnie w sklepach koncepcyjnych w takich miastach jak Nowy Jork, Tokio, Paryż, współpracę z architektami, takimi jak Tadao Ando i Massimiliano Fuksas, suknie ślubne dla Nicole Kidman, Katie Holmes, Penélope Cruz, a także niezliczone nagrody i wyróżnienia, Wielki Oficer Orderu Zasługi Republiki Włoskiej i  Order Francuskiej Legii Honorowej, a następnie wspomnijmy o nagrodzie Rodeo Drive Walk of Style w Beverly Hills za wkład w świat mody, wręczony w obecności takich gwiazd jak Sophia Loren, Jodie Foster, Michelle Pfeiffer, Steve Martin i Mira Sorvino. Armani jednak wniósł swoje dotknięcie klasy do każdego aspektu życia i pasji, inwestując w renowację dzieł sztuki (witraże opactwa Saint-Germain-des-Prés w Paryżu), inicjatywy kulturalne, w tym produkcję albumu prezentowanego przez Giorgio Armaniego ,,Ennio Morricone – Muzyka do filmów”, kompilację najsłynniejszych ścieżek dźwiękowych włoskiego kompozytora, zrealizowaną we współpracy z Filharmonią La Scali i Chórem Teatru La Scala, nie zapominając o inicjatywach charytatywnych i promowaniu zrównoważonego rozwoju środowiska, był jednym z pierwszych, którzy zrezygnowali z używania futer zwierzęcych, czy o jego pasji do drużyny koszykarskiej Olimpia Milano, odnoszącej największe sukcesy we Włoszech.  

Sophia Loren, Giorgio Armani / fot. Gianfranco Tagliapietra

,,Był wszechstronnym geniuszem, zdolnym do wniesienia swojego gustu i dbałości o szczegóły we wszystko, co robił, wystarczy spojrzeć na to, jak pracują i ubierają się jego pracownicy. Perfekcjonista, którego styl przetrwa próbę czasu i który z drobiazgowością przewidział przyszłość swoich marek po nim, które jeszcze przez lata muszą pozostać włoskie. Chcę podkreślić jego hojność i troskę o osoby znajdujące się w trudnej sytuacji. Dowiedziałem się prywatnie o wielu gestach wsparcia i dobroczynności, które były wykonane z dala od blasku fleszy, co mnie poruszyło”. 

Nie ma możliwości, aby w jednym artykule zawrzeć życie i to, co Giorgio Armani reprezentował nie tylko w modzie, dlatego zakończę tę rozmowę z Walterem Pratim, przypominając, że w 2000 roku Muzeum Solomona R. Guggenheima w Nowym Jorku poświęciło retrospektywę na cześć 25-lecia kariery Armaniego. Wystawa, zaprojektowana przez reżysera teatralnego Roberta Wilsona i przygotowana przez Germano Celanta i Harolda Koda, oferowała tematyczny przegląd ewolucji i kulturowego wpływu Armaniego, prezentując ponad 400 eksponatów, w tym ubrania, oryginalne szkice, nagrania audio i wideo. Następnie retrospektywa stała się wędrowna, robiąc postoje w różnych miastach na całym świecie i kończąc się w 2007 roku na Triennale w Mediolanie.

Walter Prati / fot. Filip Okopny

Andrea Camilleri – opowiadacz z Sycylii

0
Andrea Camilleri, fot. Marco Tambara (Creative Commons Attribution 3.0 Unported)

Piszę ten tekst, żeby zaprosić do świata Andrei Camilleriego i tych, którzy nigdy nie mieli w ręku żadnej jego książki, i tego, kto zna wyłącznie komisarza Montalbano. Ale też tych, którzy na słowo „kryminał” od razu kręcą nosem i z tego powodu omijają jego twórczość szerokim łukiem. To błąd – bo Camilleri to dużo więcej niż autor policyjnych zagadek. To pisarz, który potrafił z równą swadą opowiadać o sycylijskiej codzienności i kulinarnych obsesjach, jak i o wielkiej historii, polityce czy ludzkich namiętnościach. Jego książki są – wybaczcie banał – zwierciadłem życia: odbijają zwyczajne dni i niezwykłe chwile, raz podane z ironią, raz z humorem, a innym razem z czułością i melancholią.

Camilleri pisarz. Tak – ale to dopiero kolejny, choć najbardziej spektakularny etap jego artystycznej drogi. To także reżyser, także aktor, wykładowca.  Co ciekawe, pisarzem w pełnym znaczeniu tego słowa, słynnym pisarzem, stał się najpóźniej: dopiero po siedemdziesiątce zaczął odnosić sukcesy literackie. Warto spróbować uchwycić wielość jego twarzy i ról. Bo Andrea Camilleri to ktoś, kogo można widzieć jako:

Twórcę niezwykłego świata – bo tworzył w otoczeniu tak bogatym i fascynującym, że chwilami wydającym się nierzeczywistym. Jego literatura wyrastała z pamięci i doświadczenia Sycylii, z jej języka, kuchni, obyczajów, ale też z historii. Najczęściej sięgał do czasów zjednoczenia Włoch – momentu burzliwego i niejednoznacznego, który ukształtował zarówno tożsamość Sycylijczyków, jak i ich poczucie obcości wobec nowego państwa. Camilleri zamieniał te realia w literackie majstersztyki na styku dialektu i włoskiej klasyki, historii i współczesności, codzienności i groteski. Jego proza lśniła barwami – kulinariami, ironią, humorem i melancholią – jak mozaika, której nie da się pomylić z żadną inną.

Opowiadacza historii – jak staruszek na placu w Porto Empedocle, który zaczyna od anegdoty i kończy opowieścią o całej wiosce.

Czy wreszcie uważnego obserwatora – bo nawet w późnym wieku, już niewidomy, potrafił z niezwykłą przenikliwością komentować rzeczywistość. Dyktował kolejne książki, wplatając w nie codzienne absurdy, ironię i czułość wobec świata. Nie przemawiał z piedestału, raczej siedział obok czytelnika, opowiadając mu historię tak, jakby znał go od zawsze.

Dla mnie był tym, który nauczył mnie rozumieć Sycylię. Nie kochać – bo to uczucie towarzyszyło mi od dawna – ale oswajać i lepiej rozumieć jej egzotyczną codzienność. Z natury przekorny, cieszę się, że opisywana przez niego część wyspy oglądałem zanim powstał serial, który rozsławił ten rejon. Nie przypominałem sobie planów filmowych, chłonąc jedynie klimat tych miejsc i starając się samemu umieszczać w nich nie tylko postaci z komisarza Montalbana, ale i aptekarza Alfonsa „Fofò” La Matina,  Antoniettę „Ntontò” Peluso z „Sezonu łowieckiego”, czy Michelina, tragicznego bohatera „Zdobycia Macallè”.

We wrześniu obchodziliśmy setną rocznicę urodzin Andrei Camilleriego – to świetna okazja do refleksji nad jego dorobkiem (czym zajęliśmy się podczas spotkania we Włoskim Instytucie Kultury w Warszawie) i przypomnienia postaci, która zajmuje wyjątkowe miejsce w literaturze włoskiej, a zwłaszcza sycylijskiej. 

Mord und Pasta

Termin „Mord und Pasta”, użyty po raz pierwszy na festiwalu kryminału w Monachium w 2003 roku, trafnie oddaje klimat serii z komisarzem Salvem Montalbano – kryminału splecionego z sycylijskim życiem i kuchnią. Camilleri wymyślił bohatera, który ściga morderców i oszustów, ale z równą pasją tropi najlepsze makarony, sardynki czy mule, nie mówiąc o krabie spotykanym podczas spacerów, którego traktuje chyba bardziej jako obiekt do zjedzenia niż słuchacza monologów. Śledztwo nie ma tu sensu bez dobrego obiadu, a obiad bez śledztwa nie ma smaku. Właśnie ta mieszanka – zbrodni i kluchów, ironii i melancholii – sprawia, że książki Camilleriego są jedyne w swoim rodzaju.

Camilleri napisał aż 28 powieści kryminalnych,  z Montalbanem. Nie trzeba jednak zaczynać od pierwszego tomu – każda jest zamkniętą całością. Ja polecałbym, na pierwszy rzut moje ulubione: La gita a Tindari (Wycieczka do Tindari), Il sorriso di Angelica (Uśmiech Andżeliki), Le arance dell’ispettore Montalbano (Pomarańczki komisarza Montalbano), La forma dell’acqua (Kształt wody).

Wszystkie łączy postać komisarza, galeria bohaterów i klimat Vigàty – fikcyjnego miasteczka wzorowanego na Porto Empedocle. Twórcy serialu rozwiązali problem topografii w sposób mistrzowski: „zbudowali” Vigàtę z kilku miasteczek południowo-wschodniej Sycylii – Ragusy, Modiki i Scicli – a dom komisarza umieścili w nadmorskiej Punta Secca. Dziś działa tam pensjonat „La casa di Montalbano”, gdzie można poczuć się jak bohater powieści.

Świat Montalbana tworzą nie tylko kryminalne zagadki, lecz także wyraziste postaci: Livia – jego wieloletnia narzeczona z Genui, lojalny Mimì Augello, poczciwy Fazio, nieoceniony Catarella – mistrz językowych gaf, zgryźliwy doktor Pasquano i Enzo – właściciel trattorii, w której komisarz celebruje swoje ulubione potrawy.

Pozostawmy Montalbana na tarasie jego domu nad morzem i przenieśmy się w przeszłość.

Od polowania do piwowara

Andrea Camilleri poza cyklem o Montalbano, a może właśnie przede wszystkim (jestem wielkim fanem tej właśnie części jego twórczości) ,  pozostawił bogatą kolekcję powieści historycznych, w których z niezwykłą swobodą łączył literacką fikcję z faktami i dokumentami. 

Jedną z pierwszych była La stagione della caccia (Sezon łowiecki) – pełna ironii i groteski opowieść rozgrywająca się na początku XIX wieku w, a jakże,  Vigàcie. Do miasteczka przybywa młody aptekarz Fois, a wraz z nim zaczyna się seria tajemniczych zgonów. To książka na pograniczu kryminału, powieści przygodowej i komedii obyczajowej – lekka, zabawna, a zarazem otwierająca cały nurt historyczny Camilleriego.

W podobnym tonie utrzymana jest La regina di Pomerania e altre storie di Vigàta (Królowa Pomorza i inne historie z Vigàty) – zbiór opowiadań osadzonych na końcu XIX i połowy XX wieku. Camilleri z humorem i czułością portretuje prowincjonalną Sycylię – od handlarzy lodów, przez seanse spirytystyczne, po anonimowe listy zatruwające życie miasteczka.

Kolejnym przykładem jest Il nipote del Negus (Siostrzeniec Negusa) powieść-pseudoreportaż, mieszający oficjalne pisma, listy, wycinki prasowe (ten sam zabieg Camilleri zastosuje w Zniknięciu Pato’)  z pozornie absurdalną historią. Całość wydaje się nam wytworem czystej fantazji. Tak jednak nie jest. O ile autorem cytowanych w książce dokumentów jest niejaki Camilleri, to sama historia jest prawdziwa – to sycylijskie losy księcia Brhané Sillassié, siostrzeńca cesarza Hajle Syllasje I, który w latach 1929–1932 uczęszczał do Królewskiej Szkoły Górniczej w Caltanissetcie, gdzie uzyskał dyplom technika górnictwa.

Inny ton mają Owce i pasterz (Le pecore e il pastore) niezwykła książka, w której autor sięga do wydarzeń z Sycylii roku 1945. Jej centralną postacią jest biskup Giovanni Battista Peruzzo, zwany „pasterzem”, który odważnie stanął po stronie ubogich chłopów, stając się przez to celem zamachu. Kiedy walczy o życie po odniesionych ranach, dziesięć benedyktynek z Palma di Montechiaro składa dramatyczną ofiarę — umierają z głodu i pragnienia, wierząc, że ich śmierć ocali biskupa. Camilleri, natrafiwszy na tę historię przypadkiem, rekonstruuje tworząc przejmującą opowieść o wierze, ofierze i dramatycznych realiach powojennej Sycylii.

Jedną z najbardziej osobistych i gorzkich książek pozostaje La presa di Macallè (Zdobycie Macallè) – powieść o włoskiej wojnie w Abisynii, widziana oczami dziecka. Camilleri pokazuje, jak faszystowska propaganda formowała wyobraźnię najmłodszych i jak szybko dziecięcy entuzjazm przeradzał się w rozczarowanie i gorycz.

Macallè to jedna z moich ulubionych książek historycznych Camillerego, druga – to niezmiennie od lat La rivoluzione della luna (Rewolucja księżyca), osadzona najdalej w przeszłości, w XVII-wiecznym Palermo. To sugestywna opowieść o krótkotrwałych, acz spektakularnych  kobiecych rządach. Camilleri, opierając się na prawdziwym epizodzie, kreśli portret Eleonory di Mora – kobiety, która przez 27 dni rządziła Sycylią, próbując wprowadzić sprawiedliwe reformy.

Czy tu się mówi po camilleryjsku?

Jednym z najbardziej oryginalnych utworów historycznych Camilleriego jest Il birraio di Preston (Piwowar z Preston). Punktem wyjścia stało się rzeczywiste wydarzenie z 1874 roku: decyzja prefekta Sycylii o wystawieniu w teatrze prowincjonalnym opery Nicola de Giosa Il birraio di Preston. Camilleri zamienił je w farsę o absurdach biurokracji młodego państwa włoskiego. Największym eksperymentem jest jednak język – autor nie tylko posługuje się charakterystyczną mieszaniną włoskiego i sycylijskiego, ale wprowadza też inne dialekty półwyspu, tworząc swoisty „teatr języków” nowo zjednoczonych Włoch.

To prowadzi nas do jego znaku rozpoznawczego: języka. Camilleri stworzył coś własnego – hybrydę, która nie była ani klasycznym włoskim, ani czystym sycylijskim. Był to idiom „camilleryjski”, pełen lokalnych słów, rytmu i melodii mowy, który krytycy nazywali wręcz „językiem Camilleriego”. Dla czytelników spoza Sycylii bywał on trudny, dla tłumaczy, coś o tym wiem, początkowo zabójczy, ale jednocześnie nadawał tekstom (w oryginale)  niepowtarzalny smak i autentyczność. Jego proza brzmi niczym opowieści, gawędy snute na placu, gdzie ważne jest zarówno znaczenie słów, jak i ich brzmienie i mimika opowiadacza.

Camilleri w Polsce

Andrea Camilleri obecny jest w Polsce już od ponad dwóch dekad. Jego droga do polskiego czytelnika rozpoczęła się w 2001 roku, kiedy w wydawnictwie Noir sur Blanc ukazał się „Kształt wody” – pierwszy tom serii o komisarzu Montalbano. Od tego momentu to właśnie Noir sur Blanc pozostaje głównym wydawcą Camilleriego w naszym kraju. 

Jak podkreślają Joanna Górecka i Jan Elbanowski z wydawnictwa:

„Obecnie jesteśmy jedynym polskim wydawcą Camilleriego. Wcześniej kilka jego książek ukazało się również w bratnim Wydawnictwie Literackim –  spoza serii o Montalbano, m.in. Kryjówka, Owce i pasterz oraz Z chłopa król. Rebis około dziesięciu lat temu wydał Kobiety. Ale dziś tylko Noir sur Blanc konsekwentnie publikuje jego dzieła”.

Łącznie na polskim rynku dostępnych jest już 39 tytułów Camilleriego: 27 powieści z serii o Montalbano i  8 innych w Noir sur Blanc ( między innymi opowiadania  Królowa Pomorza, Prywatna wojna Samuelego, i powieści  Piwowar z Preston,  Sezon łowiecki, Zniknięcie Patò), 3 w Wydawnictwie Literackim i 1 w Rebisie.

Sprzedaż książek Camilleriego jest dobra, a liczba czytelników zapewne wzrosła po emisji w TVP serialu o przygodach komisarza Montalbano.

„Dla nas wartością jest to, że kryminały Camilleriego są zupełnie inne niż większość literatury tego rodzaju w Polsce – to zarówno wielka zaleta, jak i wyzwanie promocyjne. Przez lata udało się zbudować wierną grupę czytelników i wciąż ją powiększamy. Nakłady i sprzedaż rosną stopniowo” – mówi Jan Elbanowski.

Interesującym przykładem lokalnej pasji jest księgarnia Orbita w Rybniku, która od lat z powodzeniem promuje przygody komisarza Montalbana. Wierną ambasadorką Camilleriego w Polsce jest także także Anna Świtajska, współzałożycielka wydawnictwa i sopockiej księgarni Smak Słowa, która podkreśla, że pisarz od dawna zajmuje w jej życiu szczególne miejsce. Jak mówi, stała się jego całkowitą miłośniczką od pierwszych lektur i zawsze sięgała po kolejne tomy zaraz po ich ukazaniu się – zarówno kryminały o Montalbano, jak i powieści historyczne. „Na Montalbana trafiłam dzięki przyjacielowi, profesorowi psychologii, który uwielbiał kryminały i polecił mi Camilleriego. Od tej pory czytałam wszystko, co się ukazywało, a później z niecierpliwością czekałam na kolejne tomy. 

Podczas podróży na Sycylię odwiedziłam miejsca związane z Montalbanem i wtedy w pełni zrozumiałam włoskie szaleństwo na punkcie jego książek i serialu. Sama także pokochałam ekranizację – powolną, nastrojową, bardzo ‘montalbanowską’.

W Smaku Słowa spotykam wielu podobnych zapaleńców – czytelników, którzy co roku wypatrują nowego tomu, niektórzy oglądają serial, inni jeżdżą na Sycylię w poszukiwaniu knajpy u Enza.”

I co dalej?

Plany wydawnicze Noir sur Blanc obejmują zarówno kolejne tomy Montalbano, aż do zakończenia serii, jak i książki spoza cyklu. W przygotowaniu znajdują się m.in. „Noli me tangere” oraz „Rivoluzione della luna”. 

Pirandello pisał o tym, że każdy z nas ma sto tysięcy twarzy. Camilleri pokazał, że Sycylię też można opowiedzieć na sto tysięcy sposobów – raz serio, raz żartem, raz przez pryzmat kuchni, innym razem przez zbrodnię.

Camilleri, ukochany pisarze, którego, jak mawiał, demokratycznie wybrali czytelnicy. Zawsze będzie z nami, in pirsona, choć nie, jak mawiał sierżant Catarella, pirsonalmente.

 

Maciej A. Brzozowski, italianista (absolwent Filologii Włoskiej UW), tłumacz literatury pięknej, publicysta („Twój STYL”, „Pani”), autor książek „Włosi, życie to teatr” (Muza), „Boskie. Włoszki, które uwiodły świat” oraz najnowszej: „Rajskie ptaki. Włosi, którzy podbili świat” (obie książki wydał Znak Horyzont).

Casa Polonia 2026: Mobilny Dom Polski rusza na Zimowe Igrzyska w Mediolanie i Cortinie

0

Podczas przyszłorocznych zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie Polski Komitet Olimpijski zorganizuje we Włoszech Dom Polski (Casa Polonia), na wzór tego, który sprawdził się na igrzyskach letnich 2024 roku w Paryżu.

Do współpracy przy organizacji i promocji wydarzeń towarzyszących w ramach projektu „Casa Polonia 2026”, PKOL zaprosił Polską Izbę Biznesową we Włoszech CAPI. Wspólne działania mają między innymi wzmocnić pozytywny wizerunek Polski wśród uczestników i gości Igrzysk Olimpijskich, rozwinąć relację pomiędzy polskimi i włoskimi środowiskami biznesowymi oraz Polonią.

– To jest coś innowacyjnego, nasz Polski Dom na ziemi włoskiej będzie miał zupełnie inny wymiar. Będziemy w trzech miejscach: w Mediolanie, Predazzo i Livigno. Do Livigno jest bardzo trudny dojazd, ale mamy nadzieję, że wszystko się uda. Będą atrakcje dla kibiców na zewnątrz, będą fanzony i strefy przeznaczone dla mediów. Będziemy starali się ten Dom wypełnić czymś niepowtarzalnym: medalami, strojami naszych wspaniałych olimpijczyków – powiedział prezes PKOl Radosław Piesiewicz na konferencji w Centrum Olimpijskim w Warszawie.

Mobilny dom przewożony będzie ciężarówką ważącą ponad 35 ton. Pokona ponad 3000 km. Będzie pierwszym Domem Polskim na zimowych igrzyskach, na których też takiej placówki nie miała żadna inna reprezentacja.

Dni działalności Mobilnego Domu Polskiego:

07-08.02 – Livigno, gdzie przewidywana jest obecność Katarzyny Bachledy-Curuś

10-12.02 – Mediolan, obecny ma być Zbigniew Bródka, Konrad Niedźwiedzki, Czesław Lang

14-18.02 – Predazzo, z obecnością Wojciecha Fortuny

link do strony Domu Polskiego: https://dompolski.pkol.pl/

-Współpraca z Polskim Komitetem Olimpijskim przy projekcie Casa Polonia 2026 to dla nas zaszczyt i naturalne przedłużenie misji CAPI, którą jest budowanie mostów między Polską a Włochami. Zimowe Igrzyska to wydarzenie o ogromnym znaczeniu nie tylko sportowym, ale także gospodarczym i wizerunkowym. Obecność Mobilnego Domu Polskiego w trzech kluczowych lokalizacjach daje wyjątkową możliwość pokazania nowoczesnej, dynamicznej Polski w samym sercu największego sportowego wydarzenia dekady – powiedziała Ewa Trzcińska, prezes PIBW CAPI i dodała:

CAPI będzie wspierać PKOl w organizacji i promocji wydarzeń towarzyszących, a także włączaniu polskich i włoskich środowisk biznesowych oraz Polonii w działania Casa Polonia. Widzimy w tym projekcie ogromny potencjał: od promocji polskich firm i regionów, przez networking gospodarczy, po budowanie pozytywnego wizerunku Polski wśród tysięcy gości Igrzysk.

Igrzyska zimowe zaczną się 6 lutego otwarciem na mediolańskim stadionie San Siro i potrwają do 22 lutego,  a miejscem zamknięcia będzie starożytny amfiteatr w Weronie.

Zgodnie z tym, co powiedział szef Misji Olimpijskiej Mediolan-Cortina 2026 Konrad Niedźwiedzki – trwa walka o kwalifikacje olimpijskie a ostateczny skład zostanie zatwierdzony po 18 stycznia. Zakładany jest udział do 70 sportowców z Polski.

Podczas przyszłorocznej zimowej olimpiady blisko 3 tys. sportowców będzie walczyć o 116 kompletów medali w 16 dyscyplinach sportowych.

Na olimpijskiej mapie są takie miejsca, jak Livigno i Bormio w Lombardii, Anterselva, Predazzo i Val di Fiemme w Trydencie-Górnej Adydze. Jak obliczono, łączna odległość między nimi wynosi około tysiąca kilometrów, najwięcej w historii. Jest to duże wyzwanie logistyczne tak dla samych organizatorów, ale i poszczególnych państw biorących udział. Łączny koszt całego wydarzenia Włosi oszacowali na 5,4 mld euro, z czego 1,9 mld euro to wydatki organizacyjne, a 3,5 mld euro to inwestycje w infrastrukturę, czyli remont i modernizację już istniejących obiektów oraz budowę nowych.

Dom Polski na Igrzyskach Olimpijskich Mediolan-Cortina 2026

0
Radosław Piesiewicz

Wywiad z Radosławem Piesiewiczem, Prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego

 

tłumaczenie pl: Zuzanna Miniszewska
foto: Szymon Sikora/PKOl

 

Od 6 do 22 lutego 2026 roku Mediolan, stolica włoskiej innowacji, oraz Cortina, perła Dolomitów, zmienią się w tętniące serca XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Będzie to trzecia zimowa edycja igrzysk organizowana we Włoszech (po Cortinie w 1956 r. i Turynie w 2006 r.) oraz czwarta ogółem, wliczając letnie igrzyska w Rzymie w 1960 r. Będzie to także pierwsza edycja oficjalnie goszczona przez dwa miasta, przy czym zawody odbędą się również innych miejscowościach w Lombardii (Rho, Assago, Bormio, Livigno) i Trydencie-Górnej Adydze (Predazzo, Rasun-Anterselva i Tesero). Zimowe Igrzyska będą dla Polskiego Komitetu Olimpijskiego okazją do stworzenia gościnnego Domu Polskiego, miejsca spotkań polskich sportowców, kibiców i dziennikarzy, a także do promocji kraju Chopina wśród publiczności włoskiej i międzynarodowej. O tej inicjatywie rozmawiamy z Prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosławem Piesiewiczem.

„Mimo że wśród komitetów olimpijskich panuje zrozumiałe zaniepokojenie faktem, że igrzyska odbędą się w siedmiu oddalonych od siebie lokalizacjach, liczymy na efektywne zarządzanie ze strony organizatorów. Jestem pewien, że warunki dla sportowców i trenerów będą na najwyższym poziomie – Włochy są dobrze przygotowane i nie po raz pierwszy goszczą Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Jako Polski Komitet Olimpijski mamy już plan dotyczący zarządzania sportowcami i zaangażowanego w nie zespołu. Chcę podkreślić, że podczas przygotowań do wydarzenia spotykamy się z wielką życzliwością ze strony Włochów, zwłaszcza w Cortinie. Dla nas to ważne, bo po raz drugi w historii i pierwszy podczas Zimowych Igrzysk zorganizujemy Dom Polski. Będzie to okazja, by pokazać polską gościnność i smaki naszej kuchni. Dom Polski pojawi się w różnych miejscach, gdzie będą startować polscy zawodnicy, tak aby czuli nasze wsparcie. Inicjatywa jest skierowana nie tylko do sportowców, ale także do polskich, włoskich i zagranicznych kibiców, którzy znajdą tam – podobnie jak podczas Igrzysk w Paryżu – tzw. mix zone, czyli strefę, w której kibice i dziennikarze, także ci bez akredytacji, będą mogli spotkać się z naszymi sportowcami i porozmawiać o ich zmaganiach przy kawie lub kieliszku wina”.

Czy Dom Polski będzie okazją do promocji turystycznej kraju?

 „Nie ukrywam, że chcemy zachęcić Włochów do odwiedzenia Polski, bo to przepiękny kraj. Mamy wiele powodów do dumy: bogatą przyrodę, liczne perełki architektury i niezwykle bogatą historię. Chcemy zaciekawić Włochów naszą kuchnią, a także – pozwólcie, że to powiem – naszymi winami, które, choć nie dorównują jeszcze tym włoskim, stają się coraz lepsze”.

Tymczasem Polacy od lat każdej zimy radośnie „zalewają” Dolomity.

 „Polacy planując wyjazd na narty za granicę wybierają Włochy. Oprócz świetnej infrastruktury narciarskiej Włochy oferują coś bezcennego – słońce! Włoskie góry cenione są również dlatego, że sezon narciarski nie kończy się w styczniu czy lutym, ale trwa aż do kwietnia. Sam kocham narty, swoje pierwsze dostałem na komunię. Muszę jednak przyznać, że w kwestii sportów zimowych mamy w Polsce jeszcze dużo do nadrobienia i nie posiadamy tak wysokich szczytów jak we Włoszech”.

Jakie są oczekiwania wobec polskich sportowców?

 „Przede wszystkim lubię przypominać, że pierwszy z 23 polskich medali olimpijskich w sportach zimowych został zdobyty właśnie w Cortinie w 1956 roku przez Franciszka Gąsienicę Gronia. To daje nam dodatkowy powód, by cieszyć się z obecności w tym wspaniałym miejscu – tak jak podczas ostatnich Igrzysk w Paryżu, kiedy świętowaliśmy stulecie pierwszego olimpijskiego medalu dla Polski. Mam dużą wiarę wobec naszych sportowców. Jestem optymistą i lubię mierzyć wysoko, zresztą prezes PKOl musi wierzyć w swoich zawodników. Powiem jednak szczerze – zdobycie medali nie będzie łatwe, bo Ministerstwo Sportu i Turystyki nie sfinansowało na czas federacji. Mimo to wierzę, że zaprezentujemy się dobrze w łyżwiarstwie szybkim, biathlonie, łyżwiarstwie figurowym, snowboardzie i short-tracku”.

Justyna Kowalczyk
Kamil Stoch

Nie możemy nie wspomnieć o trudnych czasach, w jakich żyjemy. Przypomnijmy, że w starożytności na czas igrzysk obowiązywała „Ekecheiria” (776 p.n.e.), czyli „święty rozejm”, zawieszenie wojen mające umożliwić bezpieczne podróże i uczestnictwo w zawodach. Czego Pan sobie życzy w tym kontekście?

 „Marzę, by wszystkie konflikty na świecie się zakończyły, ale trzeba być realistą. To niemożliwe, bo światem rządzą pieniądze, a wojny przynoszą niektórym ogromne zyski. Dziś mamy wojny otwarte, jak ta między Rosją a Ukrainą czy między Izraelem a Palestyną oraz wojny hybrydowe, jak ta, której doświadczamy na wschodniej granicy Unii Europejskiej. Najbardziej dotknięte są najsłabsze grupy społeczeństwa. Osobiście nie podejmowałbym pospiesznych decyzji o wykluczaniu konkretnych narodów z igrzysk, bo w ten sposób karzemy sportowców, którzy nie mają żadnej odpowiedzialności ani wpływu na rząd swojego kraju. Być może oni sami pragną zmian, ale się boją. Łatwo powiedzieć, że można protestować. My, Polacy, wiemy, ile to kosztuje: ile osób zginęło w czasie Powstania Warszawskiego czy innych naszych zrywów? Czy było to konieczne? Być może tak, w końcu dziś żyjemy w wolnym kraju. Ale czuję ból, myśląc o tych życiach poświęconych dla niepodległości, dla wolności”.

Trieste Coffee Experts 2025

0

Trieste Coffee Experts 2025: Przyszłość kawy w centrum uwagi w Savoia Excelsior Palace w Trieście (Włochy)

Skupienie na AI, zrównoważonym rozwoju, Made in Italy oraz nowej cenie filiżanki kawy

Ósma edycja Trieste Coffee Experts – „Coffee Megatrends”, szczytu B2B organizowanego przez firmę Bazzara, zakończyła się w Trieście, gromadząc czołowe postacie włoskiego łańcucha dostaw kawy w hotelu Savoia Excelsior Palace. Wydarzenie to było czymś więcej niż konferencją – stało się wspólnym forum strategicznym w czasie, który wielu określa mianem „idealnej burzy” dla branży: zmienności rynków, nowych regulacji, transformacji cyfrowej oraz redefinicji Made in Italy. W ciągu dwóch dni debat – transmitowanych w języku włoskim i angielskim oraz moderowanych przez dyrektora wydarzenia Andreę Bazzarę – producenci, palarnie, stowarzyszenia i instytucje mierzyli się z najpilniejszymi wyzwaniami sektora. Szczyt, przeznaczony wyłącznie dla profesjonalistów i certyfikowany jako Neutral Event, potwierdził rolę Triestu jako Miasta Kawy oraz kluczowego ośrodka dialogu na temat kawy jako siły kulturowej i gospodarczej.

Otwierając szczyt, Franco Bazzara (Bazzara Caffè) podkreślił dynamiczny rozwój wydarzenia: podwojenie liczby uczestników w porównaniu z poprzednią edycją, większą liczbę partnerów oraz widzów łączących się z ponad 23 krajów. Podziękował sponsorom i powitał Kubę jako kraj partnerski edycji 2025, zaznaczając, że nowe Generalne Stany Kawy (General States of Coffee) oraz Roasters Think Tank pomogą wzmocnić spójność całego łańcucha dostaw w okresie głębokich przemian.

Pierwszy dzień, zatytułowany „Beans of Change”, rozpoczął się refleksjami na temat sztucznej inteligencji i przemysłu przyszłości. Ojciec Paolo Benanti przedstawił koncepcję „algoretyki” (Algorethics), wzywając do zarządzania algorytmami skoncentrowanego na człowieku. Paolo Andrigo (Accenture Song) wyjaśnił, jak generatywna sztuczna inteligencja (GenAI) przekształca procesy handlowe, natomiast Cristian Sartori (Siemens) nakreślił wizję Przemysłu 5.0 oraz korzyści płynące z integracji „sztucznych mózgów” w produkcji. W ramach Flash Talk Anna Garneri (Matchplat) zwróciła uwagę na wartość mikro-danych w strategicznym podejmowaniu decyzji.

Zrównoważony rozwój znalazł się w centrum popołudniowej sesji. Ambasador Kuby Mirta Granda Averhoff zaprezentowała imponujące postępy wyspy w zakresie ponownego zalesiania, a Michele Curto (BioCubaCafé / Fundacja Lavazza) przedstawił projekt identyfikowalności oparty na technologii blockchain. Claudia Carroccia (Olam Italia) podkreśliła, że zrównoważony rozwój stał się obecnie warunkiem wejścia na rynek, natomiast Sara Corallo (HostMilano) powiązała te zagadnienia z nowymi trendami konsumpcyjnymi obserwowanymi na największych targach branżowych. Innowacja i odpowiedzialność ponownie się spotkały w wystąpieniach Enrica Mettiego (Brita) na temat zarządzania wodą, Andrei Gilliego (IMA Petroncini) o maszynach do palenia kawy sterowanych przez AI, Marco Schiavona (Caffè Borbone) o kompostowalnych systemach jednoporcjowych oraz Andrei Comety (Apulia Software) o integracji cyfrowej jako „układzie nerwowym” nowoczesnych palarni.

Debiut Generalnych Stanów Kawy zgromadził główne włoskie stowarzyszenia branżowe w celu omówienia kosztów, dynamiki rynku, ewolucji espresso oraz nowego paktu na rzecz zrównoważonego wzrostu. W dyskusji udział wzięli m.in. Francesca De Feo (Italian Coffee Committee – Italian Food Union), Massimiliano Fabian (European Coffee Federation), Paolo Ghidotti (European Vending & Coffee Service Association), Omar Zidarich (Italian Coffee Roasters Group), Alessandro Borea (Italian Espresso Institute), Giorgio Caballini (Konsorcjum Ochrony Tradycyjnego Włoskiego Espresso), Arianna Mingardi (Trieste Coffee Association), Roberto Nocera (UCIMAC), Eleonora Pirovano (IWCA – Women in Coffee Italy), Alberto Polojac (SCA Italia) oraz Petra Zambelli (Fairtrade Italia).

Drugi dzień, zatytułowany „Italian Coffee Excellence”, koncentrował się na tożsamości, rynkach i storytellingu. Domenico Sturabotti (Fundacja Symbola) ponownie podkreślił ideę, że „spójność to konkurencyjność”, pokazując, jak firmy inwestujące w relacje, innowacje i zrównoważony rozwój przewyższają konkurencję – co stanowi kluczowe przesłanie dla sektora kawowego. Maurizio Giuli (Simonelli Group) zwrócił uwagę na potrzebę nowych modeli biznesowych na dojrzałym rynku globalnym, a Mario Rubino (Kimbo) wyjaśnił, w jaki sposób firma przekształciła neapolitańskie dziedzictwo w nowoczesną, międzynarodową narrację. Flash Talk Laury Tentoni (Sigep) połączył te wątki z konsumpcją poza domem oraz jej rosnącymi związkami z cukiernictwem i lodziarstwem.

Następnie dyskusja skupiła się na przejrzystości i rzemiośle. Rudi Albert (Alkaff) omówił wpływ nowego unijnego rozporządzenia dotyczącego wylesiania na import zielonej kawy; Alessandro Garbin (IMF) zwrócił uwagę na „inteligencję rzemieślniczą”, w której ludzka wiedza spotyka się z zaawansowaną technologią; Michele Cannone (Lavazza Group) opisał „nową normalność” po pandemii, charakteryzującą się bardziej premium i doświadczeniową konsumpcją; natomiast Alessandro Chelli (Trusty) pokazał, jak certyfikacja i dane mogą potwierdzać deklaracje dotyczące zrównoważonego rozwoju.

Szczyt zakończył się inauguracją Roasters Think Tank, który zgromadził dziewięciu włoskich palaczy kawy — Franco Bazzarę (Bazzara), Alessandro Boreę (La Genovese), Michele Cannone (Lavazza Group), Ariannę Mingardi (Amigos Caffè), Andreę Antonellego (Andrea Antonelli Roastery), Arturo Morettino (Morettino), Antonio Quartę (Quarta Caffè), Massimiliano Scalę (Kimbo) oraz Stefanię Trombettę (Caffè Trombetta) — aby omówić kwestie cen, postrzeganej wartości, szkoleń oraz nowej wizji Made in Italy.

Zgodnie z tradycją, pierwszego dnia wręczono Coffee Personality Award. Tegorocznym laureatem został Michele Cannone (Lavazza Group), doceniony za umiejętne łączenie międzynarodowego marketingu, zrównoważonego rozwoju oraz wzmacniania tożsamości włoskiej kawy. W słowach podsumowania Andrea Bazzara zauważył, że szczyt po raz okazał się nie tylko miejscem, gdzie członkowie branży się spotykają, ale też wspólnie projektują przyszłość kawy. Zebrane wnioski zostaną opracowane w formie White Paper promującego kulturę kawy wysokiej jakości. Na zakończenie podziękował partnerom, prelegentom, mediom, uczestnikom, hotelowi Savoia Excelsior Palace oraz całemu zespołowi Bazzara za umożliwienie realizacji ósmej edycji wydarzenia.

Zmiana właściciela Gazzetta Italia

0
Franco Aprile, Walter Prati

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

 

Luca Franchetti Pardo, Ambasador Włoch w Polsce, przemawiając podczas ostatniej edycji nagrody Gazzetta Italia (26.02.25), powiedział: „Po 15 latach Gazzetta Italia osiągnęła poziom, który jak na magazyn dwujęzyczny jest nie tylko bardzo wysoki, ale, o ile mi wiadomo, nie sądzę, aby wiele innych krajów i ambasad mogło korzystać z tego rodzaju narzędzia”.

Te kilka bardzo miłych słów najlepiej podsumowuje drogę, jaką przebyła Gazzetta od czerwca 2010 roku do dziś. Krótka historia firmy, wydająca również codzienny biuletyn informacyjny Polonia Oggi, oparta na pasji i wytrwałym zaangażowaniu, które przekształciły pomysł stworzenia włosko-polskiego medium w magazyn, który zyskał uznanie i wyróżnia się na tle dzisiejszej komunikacyjnej wieży Babel, zdobywając stale rosnącą rzeszę czytelników. Wzrost ten był możliwy dzięki wsparciu firm, które w nas wierzą, autorów, z którymi współpracujemy oraz instytucji, które są nam bliskie. Decydujący zwrot na tej drodze nastąpił dzięki Giorgio Pezzolato, włoskiemu przedsiębiorcy, który po osiągnięciu wielkich sukcesów w branży spożywczej, w styczniu 2017 roku dołączył do Gazzetty, wzmacniając fundamenty spółki i pozwalając nam pracować w spokoju. Mówię to szczerze: bez jego wkładu nie bylibyśmy tym magazynem, o którym mówi ambasador.

Historia Comunicazione Polska (wydawcy Gazzetta Italia i Polonia Oggi) wzbogaca się teraz o nowy rozdział wraz z przekazaniem pałeczki między przyjaciółmi. Giorgio Pezzolato zastąpi dwóch przedsiębiorców, którzy dostrzegli w Gazzetta Italia kluczowe narzędzie dla systemu włoskiego w Polsce, a także ugruntowane dziedzictwo stosunków włosko-polskich: Walter Prati, właściciel GPoland, niekwestionowany lider importu włoskiej mody do Polski, przedsiębiorca o wielkich wizjach i doświadczeniu, dobrze znany we Włoszech i w Polsce, oraz Franco Aprile, ceniony przedsiębiorca i menadżer, działający w Polsce od ponad dziesięciu lat, mający za sobą liczne stanowiska instytucjonalne, a także między innymi ważne doświadczenia w mediach, telewizji i prasie, które z pewnością będą przydatne w rozwoju projektu Gazzetta Italia.

Ja, jako dyrektor, ponownie dziękuję Giorgio i z wielkim entuzjazmem witam Waltera i Franco, osoby, które szanuję i które z pewnością zapewnią redakcji najlepszy kierunek działania, aby osiągnąć nowe cele.

Giorgio Pezzolato