Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 52

Helena Janeczek – życie między trzema kulturami

0

Helena Janeczek była gościem festiwalu „Literacki Sopot” poświęconego włoskiej kulturze, który odbył się w dniach 19-22 sierpnia (www.literackisoport.pl)
Pisarka opublikowała do tej pory sześć książek, dwie z nich zostały przetłumaczone na język polski: „Ins Freie: Gedichte” (1989), „Lezioni di tenebra” (1997), „Cibo” (2002), „Jaskółki z Monte Cassino” (2010), „Bloody Cow” (2012) oraz „Fotografka” (2017), za którą w 2018 roku otrzymała prestiżową nagrodę Premio Strega.

Roberto M. Polce: Urodziłaś się w Monachium, twoimi rodzicami byli Polacy pochodzenia żydowskiego. Dorastałaś słuchając języka niemieckiego i włoskiego, ale nigdy nie nauczyłaś się mówić po polsku. Jak to możliwe? Mówiłaś, że rodzice rozmawiali po polsku tylko miedzy sobą, nigdy w twojej obecności…

Helena Janeczek: Nigdy nie mówili do mnie w tym języku, używali go, kiedy nie chcieli, aby rozumieli ich Niemcy. Był to język sekretny, a to sprawiało, że stawał się w moich oczach jeszcze bardzie interesujący i dlatego, bardzo uważnie, przyswajam go w sposób bierny. Moja mama była polonofilką, słuchała i śpiewała wszystko, co było po polsku, od Chopina po przyśpiewki biesiadne i kołysanki, które nuciła mi jak byłam dzieckiem. Dlatego, mimo że nie mówię po polsku, w mojej pamięci zostały liczne słowa czy zdania z języka codziennego, które czasem im się „wymykały”, zarówno matce jak i ojcu. Na przykład „chodź do domu bo jest zimno”.

RMP: Jak to się stało, że rodzice znaleźli się w Niemczech? Dlaczego i kiedy wyjechali z Polski?

HJ: Moi rodzice zaręczyli się podczas drugiej wojny światowej. Po wojnie trafili do Sosnowca na Śląsku, razem z dwoma siostrzeńcami, jedynymi członkami rodziny, którzy przeżyli Holokaust. Jeden z nich przetrwał, ponieważ ukrywała go wiejska rodzina. Jednak po pogromie kieleckim* zdecydowali, że lepiej uciekać z Polski i udać się na Zachód, gdzie trafili do obozu dla przesiedleńców w Bawarii. I tak zaczęli organizować sobie życie w Monachium, mieście najbliżej położonym od obozu. Dzięki ich staraniom siostrzeńcy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Sami również chcieli wyjechać, ale u ojca wykryto gruźlicę, która uniemożliwiała mu wyjazd. Musieli odłożyć podróż. ”Spotkamy się w Ameryce, jak ojciec wyzdrowieje” – myśleli, ale potem wszystko potoczyło się inaczej.

RMP: I w końcu zamieszkali na stałe w Niemczech…. Czy znali trochę język niemiecki?

HJ: Moja mama nigdy nie nauczyła się dobrze mówić po niemiecku, ponieważ pochodziła z zasymilowanej rodziny żydowskiej, uczyła się w szkole polskiej, zatem w domu nie używało się języka jidysz. Mój ojciec również uczęszczał do polskiej szkoły, ale pochodził z rodziny bardziej tradycyjnej, kupieckiej i w jego domu rozmawiano w jidysz, wiec on miał mniej trudności z językiem niemieckim. Poza tym podczas wojny, w Polsce pod okupacją nazistowską, wszyscy, z oczywistych powodów, musieli chociaż trochę nauczyć się niemieckiego.

RMP: Urodziłaś się w Monachium, jak długo mieszkałaś w Niemczech?

HJ: Skończyłam tam wszystkie szkoły aż do liceum. Jednak muszę dodać, że moi rodzice, z różnych powodów, zawodowo i prywatnie byli związani z Włochami jeszcze zanim się urodziłam. Spędzałam więc w Italii dużo czasu jako dziecko, na długo zanim zaczęłam mówić. I możliwe, że również dlatego moi rodzice zdecydowali, że nie muszę uczyć się polskiego, skoro dorastałam ucząc się dwóch języków. Włoskiego nauczyłam się już jako dziecko, podczas naszych długich pobytów, dłuższych niż te turystyczne. Moja dwujęzyczność choć nietypowa, była pewną formą dwujęzyczności. Po skończeniu szkoły średniej zdecydowałam się na studia w Mediolanie.

RMP: Dlaczego wybrałaś Italię? Nie podobało Ci się w Niemczech?

HJ: Dla mnie Niemcy były miejscem zbyt skomplikowanym. Ciążyła mi przeszłość Holokaustu, zarówno wtedy, kiedy się o niej nie mówiło, jak wówczas, gdy zaczęto mówić o niej otwarcie. Z czasem ta bolesna dla społeczeństwa niemieckiego Kwestia zmieniła się poprzez zbiorową dyskusję. Jednak informacje, które do mnie docierały, także poprzez rodziców, sprawiały, że od małego czułam się przytłoczona rolą dziecka rodziny, która przeżyła zagładę… Ciążyło mi to. Z drugiej strony, od małego miałam w Italii przyjaciół moich rodziców, którzy częściowo zastępowali mi rodzinę, bo z naszej faktycznej rodziny przeżyli tylko nieliczni, którzy mieszkali w Stanach Zjednoczonych i Izraelu. We Włoszech czułam się mile widziana i myśl, żeby zamieszkać tam na stałe kiełkowała w mojej głowie odkąd byłam nastolatką.

RMP: W jednym z wywiadów powiedziałaś, że włoski masz tylko paszport, numer identyfikacji podatkowej i syna….Czyli nie czujesz się Włoszką, chociaż wybrałaś Włochy i piszesz po włosku?

HJ: W tym momencie nie pamiętam, żebym tak powiedziała i w jakim to było kontekście, ale oczywiście jest to stwierdzenie paradoksalne, nie wydaje ci się? Często powtarzam też, co może lepiej wyjaśnia temat tożsamości, że nie znając mojego rodzimego języka, którym byłby polski, zdecydowałam się używać języka… mojego syna – zanim się jeszcze urodził. Mówiąc to mam na myśli, że zdecydowałam się pisać językiem uczuć, które sama wykreowałam i rodziny, którą sama stworzyłam – a to jest ważniejsze niż czuć się przynależnym do jakiegoś narodu. W rzeczywistości czuję się…

RMP: …Europejką?

HJ: …tak, mogę powiedzieć, że jestem Europejka, ale to dość abstrakcyjne określenie. Czuję przynależność do wszystkiego, co odziedziczyłam i co tworzy moją osobistą historię, być może ze względu na mój sposób myślenia czy zainteresowanie pozornie błahymi historiami. Jakiś czas temu miałam większą trudność w zaakceptowaniu niemieckiej części mojej osobowości, która przecież jest gdzieś wewnątrz mnie. To skomplikowany obszar mojego dziedzictwa, ale nadal jest kawałkiem mojego życia i mojej historii.

RMP: Czy swoją wielokulturowość i fakt, że masz w sobie ducha różnych ważnych narodów europejskich, traktujesz jako zaletę czy ciężar?

HJ: Nie, z mojego subiektywnego punktu widzenia to nie jest żadne obciążenie. Czasami oczywiście sprawa się komplikuje, kiedy zadają ci to słynne pytanie: ”Kim się czujesz najbardziej?” A ty mówisz: „Nie wiem i nie chcę odpowiadać na to pytanie”. Kiedy czytasz na Wikipedii, że jesteś niemiecką pisarką, która przyjęła włoskie obywatelstwo, mówisz: „Czy ja wiem?” Jednak z drugiej strony, nie każdemu koniecznie i natychmiast możesz i chcesz opowiadać wszystko dokładnie od początku. Nawet jeśli nie zajęło by ci to dużo czasu. To może jest jedyna niedogodność, ale zdaję sobie sprawę, że to mały problem w porównaniu do koloru skóry, który naznacza osoby, jako nie tu urodzone. Ja w sumie mam tylko dziwne nazwisko, które zdradza, że jestem urodzona w innym kraju (chociaż dzisiaj wielu z tych, którzy mają „dziwne nazwiska” urodziło się tutaj, w przeciwieństwie do mnie). Czasem to jest trochę trudne, zwłaszcza w relacjach społecznych, w żadnym razie nie wewnątrz mnie.

RMP: Ta mieszanka kultur uwrażliwiła Cię, jeśli chodzi o temat tożsamości. Temat polityczny i popularny szczególnie w ostatnich czasach.

HJ: Tak, oczywiście, ale każdy powinien poradzić sobie sam z problemem tożsamości. Zupełnie inną kwestią jest, kiedy na ten temat tworzy się dyskusje polityczne, wykluczające i dyskryminujące, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Rozmawiamy dzień po wywiadzie, w którym prezes CONI [Włoski Narodowy Komitet Olimpijski, przyp. red.] poprosił o „ius soli”** dla sportowców. To jest absolutnie nie do zaakceptowania, ponieważ nie można dawać podstawowego prawa, jakim jest obywatelstwo, tylko za zasługi sportowe. Jednak niezadowolenie, jakie wyraził wobec dzieci obcokrajowców, uprawiające sport we Włoszech, którym powinna być dana możliwość walki pod włoską, a nie obcą, flagą, pokazuje, że pomimo prostactwa prezes CONI, jednak ma pewne doświadczenie w tej dziedzinie. Z pewnością doskonale zna okropną machinę biurokratyczną, która utrudnia drogę do obywatelstwa. Natomiast ci, którzy mówią: ”wystarczy doczekać do pełnoletności, by mieć obywatelstwo”, kłamią i wiedzą, że kłamią – a jednak ludzie im wierzą. Ograniczenia i przeszkody prawne stawiane osobom, które chcą otrzymać włoskie obywatelstwo pokazują jasno, że kwestia wieku nie ma tu żadnego znaczenia. Myślę, że my wszyscy – obywatele i nie-obywatele – żyjący w Italii i płacący podatki, przyczyniamy się do kształcenia migranckiej młodzieży, a oni później będą musieli nieźle się namęczyć, żeby stać się obywatelami Włoch.

RMP: Porozmawiajmy o kobietach – o lejtmotywie, który przebiega przez całe twoje pisarstwo, chociaż  jak powiedziałaś, wielka pisarka powinna umieć  wcielić się nie tylko w osobowość kobiety.

HJ: Oddzieliłabym refleksję i zaangażowanie na rzecz kobiet od kreacji w dziełach literackich. Według mnie literatura powinna robić to, co zawsze robiła: obalać stereotypy. Nie to jest najważniejsze by mówić o kobietach, tworzyć bohaterki, które staną się modelami do naśladowania, czy wręcz przykładami heroicznych postaci kobiecych. Nie takie wartości chcę propagować jako pisarka, chcę walczyć ze stereotypami, to jedna z tych rzeczy, które powinny tworzyć dobra literaturę.

RMP: Twoje podejście pasuje w szczególności do ponownego odkrycia historii Gerdy Taro – i tu przechodzimy do powieści ”Fotografka”, która w 2018 r. wygrała Premio Strega, po raz pierwszy od 15 lat przyznana kobiecie. To historia kobiety, która dokonała wielkich rzeczy, a potem została zapomniana, znalazła się w cieniu męskiego bohatera, który odniósł sukces.

HJ: To prawda, ale rzeczą interesującą w historii Gerdy Taro jest to, że proces od wczesnej sławy do całkowitego zapomnienia, to wina tylko i wyłącznie społeczeństwa i faktu, że przez przypadek jej partner Roberto Capa, stał się sławny. Ten sam los spotkał także ich innego wielkiego przyjaciela i towarzysza, a następnie założyciela wraz z Capą firmy Magnum: Chima, to znaczy Davida Seymoura, urodzonego jako David Szymin. On również zniknął w cieniu Capy. Wydarzyło się to, mimo że Capa mawiał, że ich przyjaciel był lepszy od nich obojga. A jednak Capa stał się tym najsławniejszym. Ta sama historia spotkała Gerdę Taro. Z tego co dzisiaj wiemy, pracowała tylko rok i potem tak młodo umarła.

RMP: A propos tego, wydaje mi się, że deklarowałaś, jakoby Greta Taro pracowała także wcześniej i że jej liczne fotografie były przypisywane Robertowi Capie. 

HJ: Wielką pracę rekonstrukcji życia i dzieł Gerdy Taro, na której bazowałam, wykonała niemiecka badaczka Irme Schaber, która poświęciła temu dekady swojego życia. To ona wyciągnęła z archiwów te fotografie, które często, według reguł epoki, nie były publikowane z podpisem. Ponadto oni sami: Gerda i Robert, jako para, często nie przejmowali się, czy zdjęcie jest publikowane pod nazwiskiem Taro czy Capa. W Hiszpanii mieli zasadniczo dwa istotne cele: robić oskarżające, jak najbardziej widoczne fotoreportaże; i drugi – przynieść do domu wysokie honoraria. Najnowsze badania wykazały jednak, że Gerda od początku swojej historii pracowała jako fotografka, publikowała zdjęcia w różnych czasopismach pod swoim nazwiskiem. Kiedy pojechała do Hiszpanii również publikowała od początku niektóre fotografie pod swoim nazwiskiem, ale później inne były publikowane pod nazwiskiem partnera, jeszcze inne podpisywano jako Taro i Capa. Jednym słowem wielkie zamieszanie. Po wojnie często zdarzało się, że agencje przybijały pieczątkę Capa nad pieczątką Taro. To zdarzało się także z fotografiami Chima. Jest to prawo sławy, które przyćmiewa wszystko inne, co jest obok.

RMP: Jakie relacje były miedzy nimi? On był dla niej mistrzem, który uczył ją fotografować. A ona? Została może jego muzą, inspiracją?

HJ: W rzeczywistości, dopóki byli razem, między nimi schemat mistrz-muza nie funkcjonował, w przeciwieństwie do innych par artystycznych, także fotografów. To prawda, że Capa zaczynał fotografować dużo wcześniej, a potem w Paryżu pracował, chociaż z trudem, jako fotograf, podczas gdy Gerda utrzymywała się jeszcze z pracy maszynistki. On był od niej trzy lata młodszy, od początku nawiązali współpracę, zanim zostali parą, parą w której dominująca rolę odgrywała bardziej ona niż on. Według świadectw wydaje się, że nazywał ją „mój kierownik”, „mój szef”, ponieważ ona była dobra w organizacji. Miała większy zmysł praktyczny, lepsze wyczucie możliwości. I to ona dawała mu rady typu: „Teraz kup sobie elegancki garnitur i zaprezentuj się godnie, ponieważ świat jest tak zrobiony, że jeśli wyglądasz bardziej reprezentacyjnie to więcej osiągniesz.”

RMP: Czyli w ich związku panowało równouprawnienie?

HJ: Tak, to był związek oparty na równouprawnieniu, w którym jego kluczową rolą było nauczenie jej posługiwania się aparatem fotograficznym, ale nie tylko on jeden ją uczył. Tworzyli równy związek, ponieważ byli częścią pokolenia, które eksperymentowało z nowymi formami relacji parytetowych w imieniu wspólnych ideałów uniwersalnych, socjalistycznych. To było wtedy dość powszechne. Oczywiście nie wszędzie, raczej wśród młodzieży miejskiej, ale nie tylko elitarnej. To był model, który oni chcieli wprowadzić do swojej relacji, chociaż Capa był bardzo zazdrosny o nią, a ona nie wahała się flirtować na prawo i lewo. Jednak był zazdrosny wiedząc, że nie ma prawa nim być, a to jest wielka różnica….

RMP: To znaczy?…    

HJ: Był zazdrosny, chociaż wiedział, że zazdrość, której doświadczał – jak to się zdarzy znowu w latach protestu młodzieży lat 60. i 70. – była przeciwna ideałom, jakie w teorii przyjął.

RMP: Jeśli chodzi o epokę, to wspaniale ją opisałaś, nieuniknione jest też porównanie z najnowszą historią. Nie są to tylko Twoje wyobrażenia, prawda? Te dwie epoki są naprawdę do siebie tak podobne?

HJ: Z pewnością jest to jeden z powodów, dla którego ta historia jest tak atrakcyjna,  mocne podobieństwo do czasów najnowszych: od kryzysu ekonomicznego po ksenofobię i prawa tworzone, aby ograniczać możliwości obcokrajowców do aklimatyzacji niezależnie od tego czy byli migrantami, czy uchodźcami, których wtedy określano terminem bardziej eleganckim – zesłaniec. Zesłańcy uciekali do Francji z powodów politycznych albo rasowych, ale wówczas, podobnie jak dzisiaj, istniało tam prawo nie pozwalające na zatrudnienie i legalną pracę… Starałam się skupić na podobieństwach i różnicach miedzy tymi dwiema epokami. Ogromne wrażenie w historiach tych młodych ludzi zrobiło na mnie to, że byli gotowi reagować, zarówno indywidualnie jak grupowo, na skomplikowane i niesprzyjające okoliczności epoki. Umiejętność, która być może istnieje również dzisiaj, ale trudno nam to dostrzec. Innym interesującym i atrakcyjnym aspektem historii Gerdy Taro i Roberta Capy, który dotyczy także ich przyjaciół i towarzyszy, jest to, że nigdy nie wybrali miedzy zaangażowaniem a indywidualnym spełnieniem, jak to się stało z nami na przełomie lat 60. 70. i 80. Oni wszyscy byli przedsiębiorczy i pracowali na własną rękę, lecz jako tacy udali się do Hiszpanii, żeby służyć Republice Hiszpańskiej….

RMP: A co przychodzi Ci do głowy, jeśli myślisz o podobieństwach? Patrzysz na nasze czasy pesymistycznie? Jak wiemy, wówczas koniec był tragiczny i  przerodził się w okrutny dramat.

HJ: Książka wyszła w 2017 roku, my rozmawiamy w 2021, wszystko szybko i płynnie się zmienia. Na podobieństwa pewnych tematów musimy dzisiaj spojrzeć z szerszej perspektywy, czego musieliśmy nauczyć się, niestety dosłownie, na naszej skórze w czasie pandemii. Nie mówiąc o kwestiach ochrony środowiska, które były całkowicie nieobecne dla osób z lat 30., podobnie jak w latach 60. i 70. To ciekawe i kuriozalne jak niektóre kraje, głownie te popierające zamykanie granic i zaangażowane w propagandę antyglobalistyczną, zarówno w Europie jak i poza nią, najbardziej odczuły skutki pandemii. W tych samych krajach odnotowano wyraźny brak działań lub brak chęci, aby odpowiednio zareagować w obliczu pandemii. Jeśli się nie mylę, to z ostatnich danych wynika, że Węgry miały najwyższy odsetek zmarłych na covid-19 w Unii Europejskiej, mimo że byli oszczędzeni przez pierwszą falę. Dopóki w Stanach Zjednoczonych był Trump zarządzanie pandemią było, jak wiemy, nieciekawe, dzisiaj również budzi niepokój wzrost przypadków na Florydzie, gdzie rządzą republikanie. Dodajmy Bolsonaro w Brazylii, Narendra Modi w Indiach, który nic nie zrobił, aby zahamować drugą falę. Przeciwnie, prowadził swoją kampanię wyborczą w środku monstrualnych hinduskich zgromadzeń religijnych, co przyniosło straszną katastrofę i kolejną falę zarażeń, tym razem w wariancie hinduskim, z którą zmagamy się do dzisiaj. Różnego rodzaju ideologie ekstremalnie nacjonalistyczne nie są w stanie chronić nawet swoich obywateli i to najbardziej przerażająca rzecz, jaką właśnie odkrywamy. Nie tylko nieodpowiednio chronią własnych obywateli, ale też są bardzo szkodliwe. Nawet jeśli możesz powstrzymać ludzi od przekraczania granic, to wirusa nie powstrzyma żadna bariera, dzięki globalizacji rozprzestrzenia się jeszcze szybciej. Ale tak naprawdę nawet w średniowieczu, kiedy globalizacji nie było, nie dało się powtrzymać krążących epidemii, mimo tego, że nie istniały takie sieci połączeń jak dzisiaj. Pomimo dystansu i mniej rozwiniętych środków komunikacji, przemieszczanie się już wtedy było istotne, a cóż dopiero dzisiaj.

RMP: Porozmawiajmy o Polsce. Czy tęsknisz – nie tyle za Polską, w której nigdy nie mieszkałaś, ile za swoimi polskimi korzeniami?

HJ: Tak, zdecydowanie, czuję to bardzo. Jestem szczęśliwa i trzymam kciuki, żeby udał się ten krótki pobyt w Polsce [z okazji Festiwalu Literacki Sopot, przyp. red.]. Zaraz po upadku Muru Berlińskiego przyjechałam z mamą do Polski, potem po raz drugi, parę  lat przed pandemią. Kiedy mój syn dowiedział się, że jego ulubiony piosenkarz ma koncert podczas festiwalu rockowego w Krakowie, kupił bilety. Zatem przyjechaliśmy i zostaliśmy przez tydzień. Pamiętam, że kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Krakowie, a potem jechaliśmy kolejką podmiejską do centrum, zrobiło to mnie ogromne wrażenie… no, po prostu wzruszyłam się [śmiech]…

RMP: Jakie zrobiła na Tobie wrażenie ta podróż?

HJ: Wprawdzie śledzę sprawy polskie pośrednio, ale osobiście wiem o Polsce bardzo mało. Drugim i ostatnim doświadczeniem była podróż z moim synem do Krakowa. Duże cudowne miasto i oczywiście w porównaniu do podróży, którą zrobiłam z moją matką, w pięć lat po upadku żelaznej kurtyny, znalazłam tu wszystko nazbyt odnowione, wypolerowane. Tak się dzieje, gdy miejsce staje się zbyt turystyczne. Idąc na Kazimierz w 1993 roku widziało się początek renowacji, podczas gdy dzisiaj ta dzielnica przypomina trochę Disneyland. Jednak jest tam małe Żydowskie Muzeum Galicja z niewieloma eksponatami, ale według mnie przepiękne, ponieważ pomysł na zrealizowanie wystawy przede wszystkim poprzez zdjęcia miejsc zniszczonych jest piękny i prawdziwy. To wywarło na mnie pozytywne wrażenie, ale byłam również zdumiona jak wiele jest miejsc zrobionych w przemyślany sposób. Dla mnie, bardzo interesujący był także ów festiwal muzyczny, gdzie wszystko funkcjonowało doskonale, młodzież dorodna i sympatyczna, a po koncercie nie było na ziemi żadnych śmieci, jak mogłoby się zdarzyć w innych krajach. Z Krakowa pojechaliśmy odwiedzić znajomą koło Częstochowy, a z Częstochowy pojechaliśmy do Katowic, gdzie wsiedliśmy w pociąg do Wiednia. Zatem widzieliśmy miejsca nie tylko turystyczne, także pociągi, tramwaje i młodzież spacerująca po Katowicach. To wszystko sprawiało wrażenie, że ten kraj się odrodził i jest bardzo żywy, są tu wielkie możliwości dla młodych. A to mnie zaskakuje, bo ja pochodzę z Włoch, który jest starym krajem. Ta podróż sprawiła, że poczułam wielką ochotę, żeby tu wrócić, może nawet na trochę dłużej niż teraz. Uderzyła mnie jeszcze uprzejmość i ciepło ludzi.

RMP: Faktycznie mówi się, że Polacy są narodem północy z duszą śródziemnomorską. Potrafią pracować i organizować się jak kraje nordyckie, ale w środku mają ciepło, takie jak w krajach Europy południowej.

HJ: Opowiem ci coś, o czym pisałam też w mojej książce „Lezioni di tenebre”. Poza problemem związanym z faktem życia w Niemczech, na ziemi oprawców (w naszej rodzinie nalegało się na podkreślanie: „my nie jesteśmy Niemcami”), jedną z najważniejszych kwestii w rodzinie była gościnność i to był jeden z powodów, dla których rodzice czuli się dużo lepiej we Włoszech niż w Niemczech. Dla nas na przykład było skandalem, kiedy niemiecka rodzina zapraszała nas na grilla i na każdego gościa przypadał jeden kotlet i sałatka! Ale jak to?… [śmiech]. To nie do pomyślenia, jak sądzisz? W krajach słowiańskich i śródziemnomorskich ludzie mają inny model gościnności, dlatego bardzo z tego powodu cierpieliśmy. Wydawało nam się nienaturalne płacenie tylko za siebie, typu: „ja wypiłem tylko jedno piwo”…dziwne. Jest to rzecz, której Włosi raczej nie robią. Wyszłam za mąż za mężczyznę z południa Włoch i kiedy spędzamy czas z jego rodziną zawsze mnie pytają: „Jak to możliwe, że masz duszę południowca?” A ja odpowiadam: „To jest duch mojej rodzimej kultury”.

Przypisy:

* 4 lipca 1946 r. w Kielcach doszło do pogromu, w którym zginęło 40 polskich Żydów, a 80 zostało rannych. Choć nie był to pod względem liczby ofiar jeden z najpoważniejszych pogromów w historii, jest to fakt bardzo istotny, gdyż wydarzył się ponad rok po zakończeniu II wojny światowej i po klęsce nazizmu. W tej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce mieszkało wtedy około 200 ocalałych z Holokaustu Żydów. Tego dnia rozeszła się pogłoska, że niektórzy Żydzi porwali dziecko, aby użyć jego krwi do swoich rytuałów. Ludność miasta zgromadziła się w pobliżu budynków, w których mieszkali Żydzi i w obojętności miejscowej policji zlinczowała ich mieszkańców [przyp. Red.].

** ‘Ius soli’ (łac. dosłownie: prawo ziemi) – sposób nabycia obywatelstwa, w którym dziecko uzyskuje obywatelstwo państwa, na terenie którego się urodziło.

tłumaczenie pl: Halina Kasjaniuk

Moja ziemia – między Morzem Jońskim a Etną

0

Mam 36 lat, jestem inżynierem na stanowisku kierownika, a moim hobby jest fotografowanie mojego regionu dronem. Mieszkam na Sycylii, największej wyspie na Morzu Śródziemnym i w największym regionie Włoch, gdzie aż 7 zabytków wpisanych jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wyspa od zawsze była celem podbojów ze względu na swoje strategiczne położenie w sercu Morza Śródziemnego oraz niezwykłą jakość środowiska i klimatu. Specyfika ta sprawiła, że od wieków była łakomym kąskiem, powodem sporów i celem podbojów za wszelką cenę.

Codzienność na Sycylii jest bardzo piękna, klimat jest bajeczny, prawie 365 słonecznych dni w roku, mówię prawie, bo czasami u nas też pada… Czas spędzony na Sycylii wykorzystasz w pełni, rozkoszując się każdym momentem i zapachem. Kuchnia jest wysublimowana, pełna smakołyków: zwykły makaron, parmezan, makaron z miecznikiem i migdałami, cassata, cannoli, granita…itd. U nas się mówi, że trzeba zrozumieć i dotrzeć do sycylijskiego stylu życia, to znaczy myśleć, że życie jest jedno i należy się nim cieszyć, a troski i problemy rozwiążą się same w ten lub inny sposób, ważne jest tylko to, by być zdrowym!

Mieszkam w Acireale, w idealnym punkcie – za plecami Etna, przede mną Morze Jońskie, na północ Taormina a na południe Katania. Acireale to barokowe miasto z pięcioma przystaniami do odkrycia: Capomulini, Santa Maria La Scala, Santa Tecla, Stazzo i Pozzillo, a w lutym odbywa się tu najpiękniejszy karnawał na Sycylii.

Mieszkać obok Etny (wpisanej na listę UNESCO) jest absolutnie bajecznie, to tak jakby mieć naturalną busolę, gdziekolwiek się obrócisz, szukając drogi, wiesz w którym kierunku iść. Przepiękne miejsce, to dla nas matka-natura, do podziwiania o każdej porze roku, bo w każdej ma do zaoferowania coś innego. Jako że moją pasją jest jazda na rowerze, uwielbiam wjeżdżać na jej szczyt, zarówno na rowerze miejskim, jak i górskim. Etna ma swój park rowerowy i wielu pasjonatów przyjeżdża tu właśnie po to, by pojeździć na dwóch kółkach.

Piękno mojego regionu kryje się także w tym, że w niektórych porach roku, rano idziesz wykąpać się w morzu, a niecałe pół godziny później, możesz szusować po stokach Etny. Żyjemy w naprawdę wyjątkowym klimacie!

No i mam jeszcze jedna wielką pasję: dron! Pasja, która zrodziła się kilka lat temu i dzięki której odkryłem niezapomniane widoki. Dron pozwala mi robić zdjęcia z lotu ptaka z niezwykłych odległości. Etnę lubię fotografować zwłaszcza rano i o zachodzie słońca, wtedy wygląda najlepiej, widać kolory różnych pór roku i erupcje.

W 2021 roku było już 15 epizodów paroksyzmów* i erupcji, zapowiedzianych w komunikatach INGV, Instytutu Geofizyki i Wulkanologii. Krótko mówiąc, życie na Sycylii jest ekscytujące dla duszy, ciała i humoru. Pozdrawiam czytelników Gazzetta Italia zdaniem cesarza Fryderyka II: ”Nie zazdroszczę Bogu nieba, bo jestem szczęśliwy, że mieszkam na Sycylii”.

*Paroksyzm wulkaniczny: zjawisko erupcji, które często występuje w szczytowych kraterach wulkanu, z utworzeniem fontann i strumieni lawy oraz wysokich kolumn popiołu. Typowe napadowe zdarzenie na Etnie składa się z trzech głównych faz: preludium i wzrostu, kulminacji i redukcji oraz ustania. Na Etnie zjawiska te stały się częstsze od lat 80-tych ubiegłego wieku i każdy z nich zawsze ma pewne cechy odróżniające je od innych, czy to intensywność, czas trwania czy powstawanie pęknięć erupcyjnych na stronie danego stożka.

tłumaczenie pl: Justyna Włodarczyk
foto: Giuseppe Giglio G-Fly

Instagram: https://www.instagram.com/gigliopeppe/
FB Giuseppe Giglio: https://www.facebook.com/giuseppe.giglio22
FB G-FLY DRONE: https://www.facebook.com/GFlyDrone/
YOUTUBE: https://youtube.com/user/giuseppegiglio22

Stek wołowy bez kości

0

Zbliża się czas pięknej pogody i mamy ochotę na dobre mięso z grilla, jednak nie każdy ma do dyspozycji ogródek! Oto jak wygodnie zrobić w domu doskonały stek z żeberek wołowych.

Steki otrzymywane z boku wołowego mają grubość 2/3 cm i ważą około 200 gramów. Mięso jest bogate w tłuszcz, smaczne i delikatne. Są one znane na całym świecie jako (ribeye).

Składniki dla 2 osób:

2 steki z żeberka bez kości 200g każdy
1⁄2 łyżeczki soli morskiej gruboziarnistej
czarny pieprz
2 gałązki rozmarynu
1 łyżeczka oliwy z oliwek

Narzędzia:

piekarnik
patelnia do grillowania
chwytak do mięsa
folia aluminiowa

Przygotowanie:

Kup 2 steki wołowe dzień wcześniej od zaufanego dostawcy, muszą być dojrzałe. Jeśli są zapakowane, należy je wyjąć z opakowania, wysuszyć bardzo dobrze papierem chłonnym.

Steki wyjmujemy i układamy na chłonnym papierze i zostawiamy w lodówce bez przykrycia na 10-12 godzin, aby osuszyć powierzchnię mięsa. Przed przygotowaniem wyjmij je z lodówki 30-40 minut wcześniej, musi mieć temperaturę pokojową. Włącz piekarnik z termoobiegiem na maksymalnie 50°, jeśli nie masz termoobiegu, zostaw lekko uchylone drzwiczki, piecz przez 30 min. 5 minut przed pierwszym etapem gotowania rozgrzej patelnię grillową. Weź steki i wmasuj dłońmi sól i grubo zmielony pieprz. Umieść je na patelni grillowej i smaż przez 2 1⁄2 / 3 minuty z każdej strony, jeśli mają 2 cm grubości, jeśli mają 3 cm, 1 minutę więcej z każdej strony. Nie ruszaj mięsa podczas grillowania, gdy obrócisz steki, połóż na nich gałązkę rozmarynu. Zdejmij z patelni i natychmiast zawiń mięso w folię aluminiową i odstaw na 4-5 minut. Twoje steki będą bardzo delikatne i smaczne, podawaj z odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

„Trouble in Paradise”– Polski Pawilon na Biennale Architektury w Wenecji

0

W świetle wydarzeń ostatniego roku temat 17. Międzynarodowej Wystawy Architektury nie mógł zabrzmieć bardziej aktualnie. 63 reprezentacje narodowe z całego świata musiały zmierzyć się z pytaniem „Jak będziemy żyć razem?”. Przesunięte o rok Biennale Architektury w Wenecji, zostało otwarte 22 maja.

Organizatorem Pawilonu Polskiego jest Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki. Autorzy projektu Trouble in Paradise z kolektywu PROLOG +1, we współpracy z międzynarodowym gronem architektów i artystów pokazują, że w czasach narastających lokalnych i światowych kryzysów obszary wiejskie są istotnym obszarem budowania wspólnoty. Prezentowana w Pawilonie Polskim wystawa Trouble in Paradise to wielowątkowa opowieść o przyszłości wspólnotowego życia na wsi, której towarzyszy pogłębiona analiza form pracy i zamieszkiwania na tych terenach. Projekt zwraca uwagę m.in. na kwestię marginalizacji wsi, wskazuje problemy, z jakimi zmagają się dzisiaj mieszkańcy prowincji i pokazuje jej ogromny, niewykorzystany potencjał.

Autorem projektu jest wyłoniony w konkursie zespół młodych architektów PROLOG +1. Wystawa składa się z dwóch części: analitycznej i projektowej. Pierwsza z nich, zrealizowana we współpracy z polskimi artystami, opowiada o współczesnych problemach wsi i została przedstawiona w formie ogromnej, 70-metrowej fotorealistycznej panoramy wypełniającej przestrzeń pawilonu. Stworzona przez fotografów Michała Sierakowskiego i Pawła Starca oraz artystę Jana Domicza, we współpracy z zespołem PROLOG +1, panorama przedstawia charakterystyczne elementy krajobrazu wiejskiego będące efektem procesów zachodzących tam w ciągu ostatnich stu lat. „Zależy nam na tym, żeby pokazać wieś nie jako przestrzeń zamkniętą, podzieloną, sprywatyzowaną, ale jako przestrzeń idei – wspólnotowości, na której kształt ma wpływ każdy z mieszkańców”, mówi Robert Witczak z zespołu kuratorskiego.

Wystawie towarzyszy książka Trouble in Paradise, w której znalazły się eseje m.in. Platona Issaiasa & Hameda Khosraviego, Piera Vittoria Aureliego, Andrei Alberto Dutto, Katarzyny Kajdanek, Łukasza Molla, fotoesej Jacentego Dędka, a także teksty zespołu PROLOG +1, fotograficzna Panorama polskiej wsi oraz wizualizacje projektów. Książka dostępna będzie w sprzedaży od 22 maja w księgarni Zachęty, na Biennale w Wenecji, a także w formie cyfrowej do pobrania ze strony labiennale.art.pl.

Wystawę w Pawilonie Polskim będzie mogła zobaczyć publiczność z każdego miejsca na świecie. W dniu jej inauguracji została uruchomiona specjalnie przygotowana cyfrowa wersja projektu pod adresem labiennale.art.pl.

Trouble in Paradise
kuratorzy: PROLOG +1 (Mirabela Jurczenko, Bartosz Kowal, Wojciech Mazan, Bartłomiej Poteralski, Rafał Śliwa i Robert Witczak)
uczestnicy
zespoły architektoniczne: Atelier Fanelsa, GUBAHÁMORI + Filip + László Demeter, KOSMOS Architects, Rural Office for Architecture, RZUT, Traumnovelle
autorzy Panoramy polskiej wsi: Jan Domicz, Michał Sierakowski, Paweł Starzec, PROLOG +1
autorzy Glosariusza (online): Michał Sierakowski, Paweł Starzec, Wiktoria Wojciechowska, Patrycja Wojtas, PROLOG +1
identyfikacja wizualna wystawy, projekt graficzny katalogu: zespół wespół
organizator: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki
komisarz Pawilonu Polskiego: Hanna Wróblewska, dyrektor Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki
biuro Pawilonu Polskiego: Ewa Mielczarek, Joanna Waśko

Satisfashion ROMA

0
autore: Emilio Bonadio

15 lipca w Palazzo Ferrajoli w Rzymie miłośnicy mody i designu zebrali się na pokazie Satisfashion ROMA – wydarzeniu, którego pomysłodawczynią i główną organizatorką jest Kasia Stefanów z MystyleEvents.

Imprezę otworzył pokaz najnowszej kolekcji Roberta Czerwika, jednego z czołowych polskich projektantów, tuż po nim odbyła się oficjalna inauguracja wydarzenia, której przewodniczyła Lorena Baricalli, gwiazda baletu, aktorka, piosenkarka, choreografka i ambasadorka Satisfashion ROMA. Drugim pokazem otwarcia była kolekcja brazylijskiego projektanta Emilio Bonadio.

Podczas Satisfashion ROMA swoje kolekcje zaprezentowało 12 projektantów: Silk Epoque, Klaudia Markiewicz we współpracy z Harmattan Leather Goods, Kovalowe, Magdalena Arłukiewicz we współpracy z Aleksandrem Gliwińskim, AynurPektas, Nadia Silk Couture, Angelika Józefczyk, Kamila Froelke, Mo.Ya Fashion we współpracy z Chilli Jewellery oraz Alwaysupportalent kolektyw projektantów pod przewodnictwem Flavii Cannaty.

Na wydarzeniu nie zabrakło znamienitych gości, wśród których Ambasador Polski we Włoszech Anna Maria Anders, przedstawiciele polskiej i włoskiej dyplomacji, a także świata biznesu i rozrywki. Kolejna impreza Satisfashion odbędzie się w sierpniu w Berlinie i we wrześniu w Mediolanie.

Więcej informacji na stronie: MystyleEvents – Fashionisaboutdreaming and making other peopledream (mystyle-events.com)

foto: Rafael Poshmann; Monika Mraczek

Tarta z kremem

0

Składniki:

Na kruche ciasto:
500 g mąki typu 00
300 g miękkiego masła
200 g cukru pudru
3 żółtka (ok. 60 g)
laska wanilii
starta skórka z połowy cytryny
płaska łyżeczka drobnej soli

Na nadzienie:
300 g serka mascarpone
120 g cukru pudru
200 g gęstej śmietany do ubijania
wanilia
świeże truskawki

Dekoracje:
świeże truskawki lub owoce leśne
świeże pąki kwiatów lub kwiaty
z masy cukrowej
gotowe makaroniki
czekoladowe dekoracje

Przygotowanie:

Aby przygotować kruche ciasto, łączymy mąkę z masłem i solą, i ugniatamy całość do momentu, aż uzyskamy kruszonkę. Potem dodajemy cukier puder i kontynuujemy ugniatanie. Dołączamy żółtka, laskę wanilii, skórkę cytrynową i wyrabiamy ciasto aż do otrzymania stałej i zwartej masy. Odkładamy je do lodówki na co najmniej 2 godziny.

Wyjmujemy ciasto i rozwałkowujemy je na posypanym mąką blacie do grubości 5 mm, możliwie jak najbardziej równomiernie. Formujemy z ciasta dowolne kształty tej samej wielkości – mogą być to na przykład dwa serca, dwa koła, dwa kwadraty lub cyfry. Tworzymy je za pomocą wcześniej przygotowanych z folii aluminiowej lub papieru do pieczenia szablonów, wykrawając ciasto prostym, naostrzonym nożykiem. Przekładamy ciasto na blachy do pieczenia jeszcze przed wykrojeniem wybranych kształtów, tak aby nie zdeformowały się podczas przenoszenia do piekarnika. Nagrzewamy piekarnik do 180°C z funkcją termoobiegu i pieczemy ciasto przez około 20-25 minut, aż nabierze złocistego koloru. Zostawiawiamy je do wystygnięcia.

Kroimy kilka truskawek na małe kawałki, a resztę (która posłuży do dekoracji) kroimy na cienkie, podłużne plasterki. Przygotowujemy krem ubijając za pomocą miksera dobrze schłodzony serek mascarpone, do którego dodajemy cukier puder, wanilię i opcjonalnie odrobinę startej skórki cytrynowej. Następnie dodajemy śmietanę, również schłodzoną, cały czas miksując. Jeśli uzyskana masa jest dość zwarta, krem jest gotowy. Przekładamy krem do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką o średnicy 1 cm lub też obcinamy końcówkę rękawa samodzielnie. Bierzemy pierwszą warstwę kruchego ciasta i nakładamy krem punktowo na jej spodnią część, tak aby ciasto przylegało do wybranego półmiska, a następnie rozprowadzamy krem po wierzchniej stronie warstwy.

Potem dekorujemy warstwę kleksami z kremu, wypełniając nimi wykrojony kształt. Dokładamy pokrojone w kostkę truskawki, a następnie delikatnie przykładamy kolejną warstwę ciasta. Dekorujemy ją kremem tak samo jak poprzednio. Na koniec możemy wzbogacić dekoracje o nasze ulubione dodatki: pokrojone w plasterki truskawki, kruche ciasteczka, świeże kwiaty, makaroniki i wszystko to, na co mamy ochotę.

Ciasto przechowujemy w lodówce do 20 minut przed podaniem.

Wszystkie koszmary Dylana Doga (II)

0

W długiej historii wydawniczej Detektywa Mroku, mimo braku prawdziwej ciągłości fabularnej pomiędzy poszczególnymi odcinkami, nie brakuje powracających postaci i wątków. Najważniejszy z tych elementów narracyjnych dotyczy pochodzenia i rodziny głównego bohatera.

Od pierwszego numeru z 1986 roku największym wrogiem Dylana był diabelski naukowiec i alchemik Xabaras, którego obsesją jest poszukiwanie nieśmiertelności. Dwa lata później, w numerze 25, pojawiła się inna ważna postać: jest to Morgana, kobieta związana w tajemniczy sposób zarówno z Xabarasem, jak i z samym Dylanem Dogiem. Tajemnica została częściowo rozwiązana dopiero w setnym tomie serii (zatytułowanym „La storia di Dylan Dog”, czyli „Historia Dylana Doga”, i wydanym w 1995 roku), w którym okazuje się, że te dwie postaci są prawdziwymi rodzicami Dylana (dokładniej Xabaras jest czymś w rodzaju złego alter ego jego ojca, który również miał na imię Dylan), a sam bohater urodził się w rzeczywistości pod koniec XVII wieku; więcej szczegółów na temat jego dzieciństwa ujawniono w numerze 300, wydrukowanym w roku 2011.

W 2014 roku, po prawie trzech dekadach komiksowych opowieści, wydawnictwo Bonelli postanowiło tchnąć nowe życie w miesięcznik, odświeżając bohaterów i historie, które z upływem lat stawały się coraz bardziej zmurszałe i powtarzalne. Nowy redaktor miesięcznika, Roberto Recchioni, wprowadził serię dość radykalnych zmian, aby uczynić „Dylana Doga” bliższym problemom i wrażliwości XXI wieku. W numerze 338 inspektor Bloch przechodzi wreszcie na emeryturę; jego następca, Tyron Carpenter, nie znosi Detektywa Mroku, co doprowadzi do niejednej konfliktowej sytuacji. W ramach nowego kursu „Dylan Dog” stara się przedstawiać w sposób bardziej autentyczny multietniczne i wielokulturowe realia współczesnego Londynu – inspektor Carpenter jest czarnoskóry (jego wygląd wzorowany jest na Idrisie Elbie), a jego pomocniczka, sierżant Rania Rakim, jest muzułmanką. Nowy arcywróg Dylana, John Ghost, jest miliarderem z branży Big Tech, a sam główny bohater, znany ze swej awersji do technologii, w ostatnich latach zaczął korzystać ze smartfona.

Najbardziej rewolucyjne zmiany miały jednak miejsce w latach 2018-2019 podczas „Cyklu o Meteorze”, opublikowanego w numerach 387-400. Długą sagę, której pomysłodawcą był Recchioni, rozpoczyna odkrycie kierującego się ku ziemi asteroidu, a zamyka apokalipsa: wraz z numerem 400 uniwersum Dylana Doga, które czytelnicy znali od ponad trzydziestu lat, przestaje istnieć. W numerze 401 rozpoczęła się nowa, sześcioczęściowa saga, zatytułowana „Dylan Dog 666” (ma ona miejsce w innym świecie, a bohaterowie często mocno odbiegają od swych klasycznych pierwowzorów), po czym w sierpniu 2020 roku nastąpił powrót do bardziej tradycyjnych, zamkniętych opowieści.

Od lat Bonelli wydaje – obok głównego miesięcznika – wiele innych serii poświęconych przygodom Dylana. Ukazuje się wiele wznowień, z których niektóre trzymają się kolejności chronologicznej (jak „Granderistampa”, wydawana do 2019 roku), inne są antologiami opowieści dotyczących konkretnych postaci czy motywów (czarownice, anioły i demony, Xabaras itd.), a seria „Il Dylan Dog di Tiziano Sclavi” (2017-2019) jest przedrukiem klasycznych odcinków autorstwa twórcy Dylana Doga. Należy wspomnieć też o wydawanym raz w roku „Dylan Dog Magazine”, który oprócz komiksów zawiera również artykuły poświęcone tematyce horrorowej; o serii „Dylan Dog Color Fest”, która proponuje krótkie, w pełni kolorowane opowieści; a także o „Maxi Dylan Dogu” (obecnie „Dylan Dog OldBoy”), opartym na bardziej oldschoolowych przygodach, które nie uwzględniają zmian wprowadzonych w 2014 roku. Raz do roku ukazują się tomy składające się na sagę „Il Pianeta dei Morti” („Planeta Umarłych”), stworzoną przez Alessandra Bilottę, której akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej przyszłości, a głównym bohaterem jest zdecydowanie podstarzały Dylan.

W Polsce wydawnictwo Egmont wydało w latach 2001-2010 piętnaście klasycznych odcinków „Dylana Doga” z lat 80. i 90., prawie wszystkie ze scenariuszem Sclaviego. W latach 2015-2016 firma BUM Projekt przetłumaczyła kolejne sześć odcinków, w tym o wiele nowszą „Ludzką maszynę” (która ukazała się we Włoszech w maju 2016 roku). W roku 2020 oficyna wydawnicza Tore wydała jedną z najsłynniejszych historii Roberta Recchioniego, „Mater Morbi” (z 2009 roku), a następnie, w marcu 2021, klasyczną opowieść Tiziana Sclaviego – „Strefę mroku” („La zona del crepuscolo”, 1988).

foto: Tomasz Skocki, Sławomir Skocki

GAZZETTA ITALIA 88 (sierpień – wrzesień 2021)

0

Zdjęcie na okładce, czyli Alina Janowska tańcząca na stołach na przyjęciu w trakcie Festiwalu Filmowego w Wenecji wybraliśmy z okazji publikacji pierwszego z trzech artykułów poświęconych polskim wystąpieniom na festiwalu w Wenecji, które, ku uciesze kinofili, udokumentujemy bardzo skrupulatnie.

Gazzetta 88 przedstawi wam opowieść o Rzymie, mieście niezwykłym, takim, jakim je widzi pisarz Piotr Kępiński, a także wywiad z nową dyrektorką Instytutu Kultury Włoskiej w Warszawie Donatellą Baldini, polsko-włoską historię mistrza w pływaniu z Poznania Macieja Kundzicza oraz poznamy włoskie zakątki we Wrocławiu, pospacerujemy po Weronie, odkryjemy San Marino i zanurzymy się w odmętach historii, podążając śladami Benedykta Polaka w Mongolii.

Nowy numer Gazzetta Italia to jeszcze więcej stron niż zwykle i nowa rubryka “Nutruceutica”, poświęcona olejkom różnego rodzaju, która dołączy do naszych stałych rubryk o kuchni, języku, komiksach czy etymologii. A zatem – biegiem do Empiku po nowy numer! Gazzetta Italia 88 jest dostępna również na naszej stronie.

Morze to nasze matczyne łono

0

Morze produkuje ponad 50% tlenu, którym oddychamy i pochłania 30% produkowanego CO2. Z morza wywodzi się każda forma życia obecna na naszej planecie, którą nazywamy Ziemią, pomimo że pokryta jest w 71% przez wodę i jest jedyną planetą w układzie słonecznym, na której woda występuje w formie płynnej. Zmiany klimatyczne, topnienie lodowców, emisje zanieczyszczeń, wszechobecność mikroplastiku i nadmierne zużywanie zasobów naturalnych, to w tej chwili tak poważne problemy, że ostatecznie wyniosły temat ochrony naszego środowiska do rangi prawdziwego priorytetu współczesnego społeczeństwa. Temat został poruszony oddolnie, tj. przez mieszkańców i stowarzyszenia, które tworzą ruchy opiniotwórcze na tyle silne, że zmuszają polityków i instytucje do interwencji.

Ta historia to także historia Marevivo, włoskiego stowarzyszenia, które ciężko walczy o ochronę morza, zaczynając od tego, które obmywa 8 tysięcy kilometrów wybrzeża Bel Paese, aż do mórz bardziej odległych, jako że w wodzie nie ma granic.

Marevivo założyła, zaczynając przy tym zaciekłą walkę mającą na celu zwiększenie świadomości na temat morza, nieustraszona kobieta, córka armatorów, neapolitanka, nurek: Rosalba Laudiero Giugni, obecna prezes Marevivo, kobieta, w której żyłach płynie morze.

Rosalba Laudiero Giugni

Rosalba Laudiero Giugni: „Wszystko zaczęło się, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy pianę i plastik w wodach przy Capri, oznaki zanieczyszczenia środowiska o wyjątkowym pięknie i z bogactwem fauny, z rowami oceanicznymi o głębokości 1000 metrów, miejsce przebywania wielorybów z niezwykłą bioróżnorodnością. Na początku, spontanicznie zaczęłam zbierać plastik wzdłuż plaż i trochę się ze mnie śmiano, mówiono: „oto gospodyni morza”. Szybko zdałam sobie sprawę, że potrzebne było przejście do masowego działania i zaangażowałam ważne osobistości, takie jak Fulco Pratesi, dziennikarz, ekolog i założyciel WWF Italia. Zachęcił mnie do stworzenia czegoś szczególnego w celu ochrony środowiska morskiego i tak, wraz z 27 przyjaciółmi idealistami, wśród których był także reżyser i pisarz Folco Quilici, założyliśmy w 1985 roku Marevivo”.

W ciągu zaledwie kilku lat zdołaliście zaangażować największe włoskie instytucje.

Tak, zdołaliśmy dotrzeć z naszym ekologicznym przekazem do Władz Portowych w całych Włoszech i do Marynarki Wojennej, która udostępniła nam Vespucci, niezwykły żaglowiec-szkołę, w celu wypromowania naszych kampanii zaczynając od tej, dotyczącej ochrony gatunku Posidonia Oceanica w 1990 roku, rośliny, która wchodzi w skład endemicznych traw morskich Morza Śródziemnego, a więc występuje tylko w naszym morzu. Posidonia tworzy zielone łąki podmorskie, w wodach niezbyt głębokich i przy obecności piaszczystego dna, które stają się idealnym środowiskiem dla wielu gatunków zwierząt, takich jak rozgwiazdy, ryby i koniki morskie. Kampania dla Posidonii była pierwszą z serii kampanii podnoszących świadomość, dotyczącą środowiska morskiego, które podczas 36 lat naszej działalności zwiększyły świadomość zarówno mieszkańców, jak i instytucji, które po wielu apelach wprowadzają, choć z opóźnieniem, regulacje mające na celu ochronę morza. Jednym z sukcesów Marevivo jest zakaz używania sieci typu spadara – tych okropnych ścian sieci zarzucanych na połów, które powodują śmierć żółwi, waleni, a nawet ptaków – oraz przepisy, które wprowadziły zakaz plastikowych i nieulegających biodegradacji patyczków do uszu, a także zatrzymanie od pierwszego stycznia 2020 roku sprzedaży produktów kosmetycznych do spłukiwania, o działaniu złuszczającym lub myjącym, zawierających mikroplastik.

Jak jest zorganizowane Marevivo?

Istotną częścią naszej działalności jest edukacja w szkołach, w szczególności zainwestowaliśmy bardzo dużo w młode osoby z małych włoskich wysp, z którymi wychodzimy na zewnątrz, żeby odkrywać wspaniały i delikatny ekosystem, w którym żyją. Po zakończeniu takiego kursu, otrzymują kwalifikacje „Delfinów Obrońców” (Delfini Guardiani), które pozwalają im na zwrócenie się bezpośrednio do burmistrza lub przewodniczącego Portu ich wyspy w celu zgłoszenia anomalii środowiskowych. Co więcej, Marevivo jest podzielone na cztery oddziały: podwodną, żeglarską, kajakarską oraz plaże i wybrzeża. Każda z nich monitoruje inne środowisko i interweniuje w przypadku konieczności jego ochrony lub konieczności ochrony zwierząt. Wśród najczęstszych działań, realizowanych poprzez nasze delegacje rozmieszczone w całych Włoszech, można wymienić odzyskanie porzuconych sieci, opon, zbiórka plastiku i niedopałków papierosów.

Przez włoskie wody i wybrzeża każdego roku przewijają się miliony turystów, wśród nich także wielu Polaków, jakie jest Pani przesłanie do osób, które mają zamiar przyjechać na wakacje do Włoch?

Przede wszystkim należy pamiętać, że włoskie morze ma 29 chronionych obszarów morskich, co stanowi rekord europejski, oraz 2 podmorskie parki narodowe: obszar nadmorski Parku Narodowego Arcipelago della Maddalena i Sanktuarium Waleni. Włoskie morze jest piątym z całego Morza Śródziemnego i stanowi świątynię bioróżnorodności, poza wytwarzaniem 3% włoskiego PKB, co jest liczbą nie pozostawiającą wątpliwości co do jego istotności. Moją radą dla osób przyjeżdżających na wakacje do Włoch jest to, aby szanować środowisko, zbierać odpady jeśli to możliwe, a jeśli zauważy się poważne zniszczenia w środowisku, można zadzwonić do władz portu. Zachęca się także, aby ograniczyć się do cieszenia się środowiskiem, na przykład odwiedzając morskie obszary chronione, jednocześnie unikając ingerowania w faunę i florę: podnoszenie rozgwiazdy czy kraba i pozwalanie, aby umarły tylko dla zabawy jest rzeczą absurdalną. Można także wnieść drobny wkład w nasze działania, biorąc udział w kampanii „zaadoptuj plażę”, której fundusze zostaną potem przeznaczone na ochronę wybranej wcześniej plaży.

Czy fakt, że obecnie zrównoważony rozwój środowiska wydaje się być tematem, który łączy narody z całego świata, może napawać optymizmem?

W istocie przeżywamy obecnie szczególny moment. Ludzie młodzi, z pewnością motywowani także bataliami Grety Thunberg, zrozumieli, że ich przyszłość zależy od zdrowia planety. Pandemia także pokazała, że zdrowa ludzkość w chorym środowisku nie istnieje, poza tym, istnieją także ważne programy zrównoważonego rozwoju Next Generation oraz Green Deal. Jest to moment magiczny, w którym to zainteresowanie przekłada się na radykalną zmianę naszych nawyków, musimy zmienić wszystko, aby móc nadal dobrze żyć: nie jest już możliwe wykorzystywanie zwierząt na dużą skalę, zmienia się intensywny chów zwierząt zarówno gospodarskich, jak i wodnych (obecnie ryby karmione są mączką rybną!); także transport i produkcja muszą wyeliminować emisje zanieczyszczeń, a źródła energii, w które się inwestuje muszą być tylko tymi zrównoważonymi, które pochodzą od słońca, morza i wiatru. Ponadto, odkrycie pozostałości plastiku w łożysku kobiet zobowiązuje nas do natychmiastowego i pilnego działania w celu eliminacji mikroplastiku. Ale uwaga, ta walka o ochronę środowiska nie zostaje oddelegowana do instytucji, ale jest prowadzona codziennie przez każdego mieszkańca: nie kupujcie plastikowych balonów, które potem i tak odlatują, pękają i opadają na ziemię lub do morza, nie kupujcie produktów z niepotrzebnym plastikiem, przede wszystkim unikajcie plastików jednorazowego użytku. Musimy dążyć do gospodarki o obiegu zamkniętym, w której odpady są redukowane do minimum. Jest to niezbędna transformacja naszego życia, która zrealizuje się w najszybszy i najbardziej spontaniczny sposób, jeśli zrozumiemy, że jakość środowiska, w którym żyjemy jest podstawowym źródłem naszego zdrowia, czyste powietrze jest naszym paliwem, a morze łonem, z którego się narodziliśmy.

tłumaczenie pl: Marta Nowak
foto: Marcello Di Francesco