Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 53

Mediolański flaneuring*

0

Doskonale pamiętam, jak dawno temu ktoś, kogo poznałem opowiadał mi o swoich zawodowych wizytach w Mediolanie. Wydawało mi się wtedy, że nigdy tam nie pojadę, bo w sumie po co? Słyszałem, że to miasto kariery, biznesu. Coś o nim wiem, ale nie za dużo. Myślałem chyba też, że ci, którzy kochają Kampanię, cyprysy w okolicach Sieny, nie mają czego szukać w stolicy Lombardii. Chciałem uwierzyć, że tak nie jest. Uwierzyłem i do dzisiaj wierzę.

Mediolan można pokochać albo znienawidzić. Socjologicznie i historycznie ustaloną opozycję między Północą a Południem najlepiej wyraża postrzeganie tego miasta jako symbolu zamożności Włoch – luksusu, wielkich obrotów finansowych, przemysłu, mody, telewizyjnych karier, zanieczyszczonego powietrza, o czym pisał choćby w kontraście do intelektualnego charakteru miasta Umberto Eco (na marginesie tekst ten powstaje, kiedy w zanieczyszczeniu powietrza Warszawa przeskakuje Mediolan o jedno oczko, za to włoskie miasto jest jedno wyżej od Krakowa). Można przypuszczać, że bogata Północ boryka się z kompleksem braku atrakcji turystycznych na miarę Rzymu i Florencji, ale jeśli brać pod uwagę stopę życiową prędzej widziałbym exodus znudzonych Rzymian do Lombardii niż odwrotnie. Joanna Ugniewska pisała w swoim eseju „Sycylijczycy w Mediolanie” tak: „tę samą drogę przebyli w XX wieku między innymi Elio Vittorini, Vincenzo Consolo, Mattero Collura, stając się mediolańczykami z wyboru; powracają oni jednak nieustannie w swoim pisarstwie na Sycylię […]”, tłumacząc próbę wyrwania się z marazmu Południa. Mediolan jest po pierwsze miastem, które w mniejszym stopniu, niż inne, żyje przeszłością, a po drugie każdy, kto tu przyjeżdża, na dłużej lub krócej, musi odnaleźć własne ścieżki, którymi będzie podążał. Mnie najbardziej interesował „duch” tego „cielesnego” finansowo- biznesowego tworu urbanistycznego i jego kultura. Najczęściej okazuje się, że najciekawsze rzeczy powstają na styku tych dwóch sfer, a szukanie wspólnych przestrzeni jest bardzo pociągające.

Bosco Verticale

Jednym z dobitniejszych przykładów pogodzenia życia prozaicznego z poetyckim jest budynek przy via Mozart 14. Przekraczanie bramy tego małego azylu w środku głośnej metropolii działa kojąco. Villa Necchi Campiglio to dawny dom bogatych mediolańskich przemysłowców zaprojektowany w latach 30. XX wieku przez Piera Portaluppiego – architekta, który może być symbolem kreacji modernistycznego Mediolanu. By pojąć jak wielkie to były ambicje, wystarczy spojrzeć na budynek innego pałacu jego projektu, Buonarroti-Carpaccio-Giotto. Wracając do Villi, rodzina Necchi Campiglio nie szczędziła funduszy na wyposażenie wnętrz – piękna prosta modernistyczna struktura i wysokiej jakości materiały, zróżnicowane pokoje w amfiladzie, niekiedy wykraczające swym klasycznym gustem poza modernistyczną tradycję. Piękne orzechowe forniry, biblioteka, bardzo oryginalne masywne geometryczne drzwi, na ścianach obrazy m. in. Giorgia de Chirico (na marginesie, pod koniec 2019 roku można było oglądać wspaniałą, bogatą i różnorodną retrospektywę jego prac w tutejszym Palazzo Reale). Villa Necchi Campiglio to miejsce otoczone legendą już za życia tej rodziny, czyli Angelo Campiglio, jego żony Giginy Necchi oraz jej siostry Neddy. Do międzynarodowej świadomości budynek przebił się jako miejsce akcji albo nawet swoisty bohater filmu Luki Guadagnina „Jestem miłością” z 2009 roku, w którym główną rolę wcieliła się Tilda Swinton, a historia przedstawiona w tym obrazie była w dużej mierze inspirowana właśnie rodziną mediolańskich przemysłowców. Na pewno warto zobaczyć zarówno te wnętrza, jak i pozostawione w garderobach ubrania oraz codzienne wyposażenie. Taki bowiem był warunek zmarłej bezdzietnie w 2001 roku Giginy, by otworzyć tutaj muzeum.

Santa Maria delle Grazie

W Mediolanie można swobodnie przemieszczać się pieszo między miejscami, o których piszę, choć rozbudowana sieć metra może potęgować poczucie wielkich odległości. Zaledwie kilkaset metrów od wspomnianej Villi Necchi Campiglio znajduje się Museo Bagatti Valsecchi. W 2019 obchodzono rocznicę ćwierćwiecza jego otwarcia i wtedy właśnie tam byłem. Jakże inny od opisywanej willi jest to budynek. Powstał w latach 80. XIX wieku i za nim także stoi historia rodzinna. Dwaj bracia – baroni Fausto i Giuseppe Bagatti Valsecchi postanowili własnym sumptem, a o fundusze nie musieli się martwić, odtworzyć wnętrza mieszkalne z ery, najogólniej mówiąc nowożytnej (XV, XVI wiek), służące także do celów mieszkalnych w latach im współczesnych. Z tego co wiem, ich potomkowie nadal mieszkają w stolicy Lombardii. Wnętrza są porażające, to także przykład perfekcyjnej aranżacji stylu historycznego, dowód na designerski gust, wielkie wyzwanie zakończone sukcesem, zrodzone z miłości do dawnych wieków. Bracia kolekcjonowali dzieła sztuki z epoki, wyposażenia wnętrz (np. kominek), przedmioty codziennego użytku, jest tam także zbrojownia. Wydaje nam się, że jesteśmy w prawdziwym renesansowym palazzo, choć nie jesteśmy. Muzeum nie ma sobie równych. Wychodzimy przekonani, że znaleźliśmy się w domostwie z czasów XVI wieku.

Za rogiem, zmierzając w stronę La Scali, znajduje się otwarte dla publiczności w 1881 roku Muzeum Poldi Pezzoli, a w nim wytworna kolekcja malarstwa, do której obejrzenia zachęca profilowy kobiecy portret pędzla Antonio del Pollaiuolo. Znajdują się tam również dzieła Pier della Franceski, Andrei Mantegni, Botticelliego, Moroniego, Hayeza. Gian Giacomo Poldi Pezzoli zaczął gromadzić swoją kolekcję w bardzo młodym wieku, jej struktura nadana przez spadkobierców wciąż się rozrasta, a placówka stanowi dzisiaj część sieci tzw. „case museo di Milano”. Należy do niej także znajdujący się dość niedaleko od centralnego dworca – Casa Boschi di Stefano, gdzie zgromadzone są z kolei dzieła sztuki nowoczesnej.

W Mediolanie zawsze warto zajrzeć do Brery, znajdującej się w dzielnicy o tej samej nazwie, światowej klasy kolekcji dzieł sztuki, do której z Bagatti Valsecchi i Poldi Pezzoli łatwo można dotrzeć przez via Borgonuovo i następnie via Oscuri. Byłem w tym muzeum kilka razy i przyznaję, że nigdy nie mogę wyjść ze zdumienia, ile cennych arcydzieł i wspaniałych nazwisk udało się tu zgromadzić – Bellini, Tintoretto, Mantegna, „Zaślubiny” Rafaela (to najwspanialsza sala – są w niej jeszcze tylko dwa dzieła – „Madonna z Dzieciątkiem w otoczeniu świętych” Piero della Francesca oraz „Chrystus przy kolumnie” Donato Bramantego). Zbiory obejmują także sztukę XIX wieku i współczesną. Bardzo ciekawym zakątkiem jest „otwarta” pracownia konserwatorska. W budynku muzeum pierwotnie mieściła się Akademia Sztuk Pięknych założona w 1776 roku. Pinakoteka została udostępniona dla zwiedzających w czasach napoleońskich. Rozdzielenie jej od szkoły sztuk pięknych i systematyzacja zbiorów nastąpiła pod koniec XIX wieku. Nie byłbym sobą, gdybym nie zajrzał na parterze na korytarze uczelni. Akurat był październik, między świeżutkimi bozzettami studentów odnalazłem drogę do sali, gdzie odbywał się wykład o sztuce Giotta, choć przyznaję, że nie powinienem, nie są to otwarte wykłady…

Parco Biblioteca degli Alberi

By nie zaprzeczać własnej tezie, że Mediolan nie żyje przeszłością, muszę napisać, że warto udać się do Parco Biblioteca degli Alberi, gdzie można zobaczyć m.in. cudne i odważne Bosco Verticale, opierzone gęsto zielenią dwa słynne wieżowce. Jeśli mamy więcej czasu, wypijmy kawę w Bar Luce i zobaczmy Fondazione Prada (rzut beretem od Porta Romana), a wieczorem przespacerujmy się po Navigli, choć przyznam mało tu uroku i nie przepadam za tym miejscem. Może dlatego, że Mediolan w ogóle nie jest ładnym miastem, a może jest? Niełatwo też odnaleźć się w mediolańskim chaosie komunikacji miejskiej, a mimo to, czy jest coś ładniejszego niż trasa tramwaju nr 1 przy Castello, przebijającego się w starym drewnianym wagonie przez szpalery drzew? Sprawdzone chwyty stolicy Lombardii, prosto w serce.

foto: Dawid Dziedziczak

* Flaneuring wywodzi się od francuskiego terminu flâneur, wprowadzonego przez poetę Charlesa Baudelaire’a, określenie to opisuje dżentelmena, który włóczy się po ulicach miasta bez pośpiechu, przeżywając i doświadczając emocji podczas obserwacji krajobrazu.

Toskania pełna magii

0

Agata Budny-Ciszewska uzyskała stopień doktora w dziedzinie sztuk plastycznych, absolwentka studiów doktoranckich na Wydziale Sztuki Mediów w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i magisterskich w Europejskiej Akademii Sztuk na Wydziale Grafiki. Zajmuje się grafiką artystyczną i malarstwem. Właścicielka szkoły artystycznej i galerii sztuki „Wytwórnia“ w Ostrołęce. Członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Grafików SMTG w Krakowie. Uczestniczyła w licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Belgii, Bułgarii, Hiszpanii, Polsce, Wielkiej Brytanii i we Francji.

Skąd pomysł na przeprowadzkę do Toskanii?

Często tu przyjeżdżałam. Zakochałam się w tym kraju: w zapachu kawy, smaku Chianti, muzykalności języka, kościelnych dzwonach, słońcu, jaszczurkach przebiegających mi drogę, graficznych liniach winnic, starszych paniach, popijających prosecco, w tym że na nekrologach widziałam tylko liczby od 80 wzwyż, w cmentarzach jak apartamentowce, w miłości Włochów do dzieci, cotygodniowych targach, dobrym guście, modnych mundurach carabinierów, ceramice, sąsiadach, w słowie allora… Mogłabym jeszcze długo wymieniać. Decyzja o przeniesieniu się do Włoch na dłużej zapadła znienacka. Przyjechaliśmy w odwiedziny do naszych przyjaciół, do Toskanii i zakochaliśmy się w pewnym miejscu.

Co to za miejsce?

Mała wioska Lucignano, położona niedaleko toskańskiego miasteczka Montespertoli. Mieszkamy tu całą rodziną: ja, mój partner i dwie córki, w wynajętej willi, która ma 500 lat. Oswajamy ten dom, bo jest pełen starych mebli i obrazów, a myślę że może i duchów? Bardzo nam się tu podoba. Mamy przestrzeń, piękny ogród różany, w którym można organizować plenery malarskie. Jako artysta grafik organizuję też swoją pracownię graficzną, by móc tworzyć przy pomocy różnych tradycyjnych metod druku.

Co zostawiliście w Polsce?

Ja pracę na uczelni i własną galerię, która mieści się w Ostrołęce. Obecnie prowadzi ją moja siostra, ale oczywiście zdalnie z nią współpracuję. Współtworzymy razem to miejsce, wciąż sprzedaję tam swoje grafiki i obrazy. Mój partner, Amerykanin, był dyrektorem międzynarodowej szkoły w Warszawie. Udziela lekcji angielskiego online, więc nie ma znaczenia, gdzie mieszkamy. Aktualnie jesteśmy w trakcie realizacji naszego wspólnego autorskiego projektu, który nazwaliśmy „Be more bored“.

Co to za projekt?

Będą to warsztaty off-line dla dzieci, młodzieży i dorosłych, oparte na sztuce wizualnej, pisaniu krótkich historii i medytacji. Założeniem „Be more bored“, czyli „Bycia bardziej znudzonym“, jest obcowanie z naturą, skupienie się na przyrodzie, zrobienie kroku w tył, bez telefonów i internetu. W ten sposób nasz projekt ma pomóc uczestnikom zrozumieć, jak bardzo gubimy sami siebie, oddając się całkiem cyfrowemu światu.

Skąd taki pomysł?

Naszą inspiracją, po latach pracy dydaktycznej z młodzieżą, jest wieloletnia obserwacja i doświadczenie. Mój partner, jako nauczyciel zaobserwował, że dzieci są coraz bardziej „nieobecne“, że są myślami poza klasą i nie potrafią się skupić, rozmawiać, opowiadać historii. Ja przez kilka lat pracowałam w Polsce na uczelni artystycznej, gdzie wykładałam grafikę. Zwróciłam uwagę, że moi studenci, aby cokolwiek stworzyć na zajęciach, wykonać szkice do grafik, potrzebowali internetu. Osoby bez internetu w telefonie, miały z tym wielki problem. Moim pomysłem na wymuszenie kreatywności było zabranie telefonów na początku zajęć po to, by studenci tworzyli samodzielnie. Niech to będzie najprostszy pomysł na świecie, ale niech go sami wymyślą bez pomocy urządzeń, od których wszyscy jesteśmy coraz bardziej uzależnieni. Chcemy wykorzystać to, że mieszkamy w miejscu, gdzie wszystko czego się dotknie jest rodzajem sztuki. Bo w takiej włoskiej wsi tkwi coś tajemniczego. Zawsze interesowałam się historią, lubiłam odkrywać tajemnice, pisałam o tym w pracy doktorskiej. Naszym projektem chcemy sprawić, aby ludzie zaczęli dostrzegać, że będąc tutaj, idąc zwykłą wiejską ścieżką, mogą być kreatywni. Na przykład natrafić na stare kapliczki, pokryte przepięknymi freskami, nigdy nie odrestaurowane – nadaje im to tajemniczości, pobudza wyobraźnię, prowokuje do rozmyślań, co tam w rzeczywistości kiedyś było?

Do kogo skierowana jest taka oferta?

Na razie do międzynarodowych turystów, którzy przyjeżdżają do Włoch i chcieliby zająć czymś swoje dzieci. Wszystko będzie się odbywało w języku angielskim, polskim i włoskim. Ale myślimy o tym, żeby w przyszłości otworzyć szkołę, skupioną na naszej idei „bycia bardziej znudzonym“, czyli bycia bardziej skupionym, nie rozstrojonym przez nadmiar bodźców, które zewsząd atakują. Ja przygotowuję program, oparty na sztuce wizualnej, a mój partner, koncentruje się na zagadnieniach lingwistycznych i na sprawach organizacyjnych.

Czy wasze dzieci są fanami nowoczesnych technologii?

W rówieśnikach mojej 11-letniej córki dostrzegam uzależnienie od play station i od gier w telefonach. Dla nich to, co ja w ich wieku robiłam, zwykła gra w piłkę na podwórku, jest dzisiaj czymś zupełnie nienaturalnym. Między innymi dlatego zamieszkaliśmy na wsi. Mamy wspaniałych sąsiadów z dziećmi w wieku naszych córek. Cudownie jest obserwować jak wszystkie razem wybiegają na podwórko i bawią się w chowanego, a nie siedzą cały dzień przed komputerem. Moja 3-letnia córka codziennie przynosi z przedszkola nowe włoskie piosenki. To powrót do prawdziwego dzieciństwa. Włosi są niezwykle pogodni i uśmiechnięci. Już samo słuchanie ich rozmów, nawet dla kogoś, kto nie zna włoskiego, jest jak słuchanie muzyki. Ich sposób wyrażania się, ich ekspresja, gestykulacja, to że są głośni – to dla mnie energia, z której czerpię. Czujemy się częścią tej wspólnoty, która otworzyła przed nami drzwi, zaprosiła do swojego grona i nie traktuje jak obcych. Przyznam się, że we własnym kraju, wśród Polaków, nigdy nie czułam się tak swobodnie, jak tutaj.

Widzę, że naprawdę odnaleźliście swoje miejsce.

Tak. W Toskanii jest słonecznie, pięknie i ciepło, a cudowne widoki zachwycają na nowo każdego dnia, bo nigdy nie są takie same. Dzień po dniu, otwierając to samo okno, można zobaczyć zupełnie co innego, inne kolory, światło i zamglenia. Marzenie każdego artysty! Wszystko to składa się na pewną magię, która od lat przyciągała mnie do tego kraju. I chociaż nie zawsze jest nam łatwo, bo Italia nie jest łatwą kobietą, to nie mamy wątpliwości, że trzeba ją zdobyć. I może właśnie to jest takie atrakcyjne?

1473 – Rok risotta

0

„Rozpocząwszy wysiewanie ryżu w księstwie naszego miasta, a nie znalazłszy osoby, która zdolna by była zaprawić ziarna i je udoskonalić, sprowadzono z Savony dwóch biegłych w tej sztuce mistrzów”, napisał Galeazzo Maria Sforza, książę Mediolanu, 9 grudnia 1473. Dzięki tym zapiskom wiemy, że wokół miasta istniały już uprawy ryżu, ale wciąż brakowało wyspecjalizowanych rolników, którzy potrafi liby łuskać ziarna – a stąd można wysnuć wniosek, że uprawy rozpoczęto niedawno.

Niewiele wcześniej, bo w 1468 r., pola ryżowe otaczały Pizę, a niejaki Leonardo Colto de Colti w signorii Medyceuszy – we Florencji panował wówczas Wawrzyniec I Wspaniały – ubiegał się o pozwolenie na poszerzenie upraw nowego zboża o kolejne grunty w Toskanii. Na podstawie listu z 1548 roku wiemy, że ryż jadano też na dworze Kosmy I Medyceusza.

Pochodzenie ryżu nie pozostawia wątpliwości – to zboże rdzennie azjatyckie, w przeciwieństwie do pszenicy, która ma korzenie zachodnio-europejskie. Do dziś w Chinach je się ryż, a nie chleb. Rzymski lekarz Galen zalecał stosowanie ryżu jako lekarstwa, natomiast jemu współcześni, którzy znali już ryż (nazywany oryzą), traktowali go jako rarytas zarezerwowany tylko dla najbogatszych. Rzymianie handlowali ryżem importowanym ze wschodu, ale sami go nie uprawiali.

Do Europy, a konkretniej w rejony hiszpańskiej Walencji, ryż sprowadzili Arabowie, którzy stworzyli tam imponujący system kanałów. Hiszpanie zaczęli używać białego gotowanego ryżu jako dodatku do ryb, zamiast kaszy kuskus, zaś inne ludy zamieszkujące basen Morza Śródziemnego wolały dodawać ryż do zup.

Ryż i mąka ryżowa stanowiły podstawowe składniki zagęszczające jednej z najpopularniejszych zup średniowiecza – tzw. biancomangiare (dosł. „białe jedzenie”). Nazwa wywodzi się od białego koloru dania i to właśnie barwa sprawiała, że tak je ceniono – kolor liczył się bardziej niż smak. Tej elegancji potrawie dodawał właśnie ryż. Gotowano ją na rosole z mięsa koguta, ale istniała też wersja wielkopostna, którą przygotowywano z użyciem białego mięsa rybiego.

W jednym z największych zagłębi ryżowych włoskiego sektora spożywczego, tj. w lądowej części Wenecji, rozróżniano gęste zupy ryżowe (najsłynniejszą jest risi e bisi) i risotto (np. risotto rybne). Różniły się one sposobem gotowania – w przypadku gęstych zup ryż gotowano od razu na rosole (lub na wodzie), a w przypadku risotto rosół dodawano do ryżu stopniowo. Przygotowanie zupy ryżowej wymaga znacznie większych umiejętności, ponieważ należy wiedzieć, ile dokładnie rosołu potrzeba, żeby przy danej ilości ryżu uzyskać pożądaną konsystencję. Jeśli stosunek rosołu do ryżu jest nieodpowiedni, powstanie mdła papka. Risotto natomiast wybacza błędy – żeby uzyskać odpowiednią gęstość wystarczy dodać albo trochę mniej albo trochę więcej rosołu. To właśnie z tego powodu dziś już prawie nikt nie przyrządza zup ryżowych.

Począwszy od ostatnich dekad XIX w. aż do połowy XX w., a więc do czasów, kiedy zaczęto stosować środki ochrony roślin i maszyny rolnicze, na czterdzieści dni, od początku czerwca do połowy lipca, na tereny upraw ryżowych zjeżdżały się dziesiątki tysięcy kobiet (nawet 100 000). Ubogich, w różnym wieku – od dziewczynek po pięćdziesięciolatki, przede wszystkim z Piemontu, Lombardii i Veneto, ale też z innych regionów Włoch, w tym z regionów południowych. Najpierw musiały przesadzić sadzonki ryżu (w tamtym okresie ryżu nie wysiewało się bezpośrednio na polach jak dziś), a następnie oczyścić pola z chwastów (od tej czynności – mondire – kobiety te nazywano po włosku mondine). Było to praca niezwykle żmudna, wycieńczająca. Los pracujących przy uprawach kobiet w 1949 r. uwiecznił w swoim niezwykle popularnym wówczas filmie „Gorzki ryż” Giuseppe de Santis, jeden z najznamienitszych przedstawicieli włoskiego neorealizmu. W główną rolę żeńską wcieliła się nikomu wówczas nieznana dziewiętnastoletnia Silvana Mangano. Role męskie przypadły dwóm amantom ówczesnego kina, Rafowi Vallone i Vittorio Gassmanowi. Film odniósł niespotykany sukces, a Mangano wykreował na jedną z ówczesnych seksbomb o wydatnym biuście, stawiając ją obok Sophii Loren czy Giny Lollobrigidy, ikon włoskiego kobiecego piękna.

Lombardia spopularyzowała w północnych Włoszech zarówno ryż jak i risotto. Risotto alla certosina w dniach postu jadali zakonnicy w klasztorze Certosa w Pavii. Ci surowi mnisi dopuszczali spożywanie schwytanych przypadkiem drobnych zwierząt – a więc nie w trakcie polowań, ani nie hodowlanych. Risotto przyrządzano zatem z krewetkami rzecznymi, żabami czy ślimakami.

Z kolei risotto alla milanese ma korzenie arystokratyczne. Wskazuje na to fakt, że podaje się je z giczą cielęcą; sugerują to też składniki, takie jak szpik wołowy, a zwłaszcza szafran. Przyprawa ta, która nadaje potrawom żółtą barwę, symbolizuje złoto; niektórzy twierdzą też, że cieszy się większą popularnością ze względu na kolor niż na smak. Między okresem średniowiecza a epoką nowożytną, kiedy sztuka gotowania była mocno pompatyczna, nie dziwiło wcale ozdabianie potraw płatkami złota. Ale ci, których nie stać było na złoty kruszec, zastępowali go złotą przyprawą. Koło historii symbolicznie zamknęło się, gdy Gualtiero Marchesi, słynny mediolański szef kuchni zaczął podawać w swojej restauracji risotto z płatkiem złota.

Wenecjanin Carlo Goldoni pisał o ryżu w niektórych swoich komediach – w I morbinosi pojawiają się np. nie do końca sprecyzowane gran risi, a w Chi la fa, l’aspetta karczmarz proponuje cento risi con la quagietta. Mowa tu o risotto myśliwskim, jednym z wielu ryżowych dań weneckich. Sposób przygotowania jest typowy dla tego rodzaju dań –charakterystyczne dla pierwszej warstwy było mięso przepiórcze, które przygotowywano podpiekając te niewielkie ptaki z plasterkami boczku, szałwią i rozmarynem – następnie na dole układano tylko mięsną masę bez kości, potem dodawano ryż i doprowadzano całość do wrzenia, następnie rozdzielano porcje na talerze, a na wierzchu kładziono całą przepiórkę z sosem powstałym przy gotowaniu. W Sior Todaro Brontolon nadzwyczaj skąpy tytułowy bohater każe rozgotowywać ryż, żeby porcji było więcej.

Przepis na risotto alla milanese bardzo przypominający wersję, którą znamy dziś, znajdziemy w książce wydanej przez Giovanniego Felice Luraschiego z 1853 r. W przepisie nazywa się je „żółtym risottem po mediolańsku”, a żeby je przygotować, należy najpierw podsmażyć cebulę, masło i szpik, a następnie dodać ryż, szafran i gałkę muszkatołową. W połowie gotowania dodaje się też kiełbasę, a na samym końcu tarty ser. W kolejnym przepisie z książki Luraschiego, tzw. risotto alla italiana, (ryż po włosku), czytamy, by „postępować jak wcześniej, ale bez dodawania szafranu, żeby risotto pozostało białe”.

Tradycja na długo związała groszek z wyższymi sferami – od czasów kiedy Colombano, irlandzki święty, opat Bobbio (Piacenza), zaczął uprawiać groszek na spalonych słońcem skałach Apeninów. Mastro Martino z rejonu Como pisał o przepisie na groszek smażony w solonym mięsie, prototypie dzisiejszego groszku z szynką. Później moda zawędrowała do Francji, gdzie groszek cieszył się coraz większym prestiżem – do tego stopnia, że za zielonym warzywem wprost szalał dwór Króla Słońce. „Po kolacji z królem niektóre damy w domu każą sobie jeszcze przyrządzić groszek, który jedzą przed snem nie zważając na ryzyko niestrawności. To moda, wręcz obłęd.” Nic dziwnego zatem, że groszek trafi na stół weneckiego doży w postaci risi e bisi, (dosł. groszek z ryżem), tradycyjnie jadanego w święto św. Marka.

***

Alessandro Marzo Magno

Pigułki kulinarne to rubryka poświęcona historii kuchni włoskiej, prowadzona przez dziennikarza i pisarza Alessandro Marzo Magno. Po tym jak przez prawie dekadę pełnił funkcję kierownika spraw zagranicznych w jednym z włoskich tygodników, poświęcił się pisaniu książek. W sumie wydał ich 17, a jedna z nich „Il genio del gusto. Come il mangiare italiano ha conquistato il mondo” (wł. „Geniusz smaku. Jak włoskie jedzenie zdobyło świat”) przypomina historię najważniejszych włoskich specjałów kulinarnych.

tłumaczenie pl: Marcelina Oniszczuk

Krzysztof Zanussi – w poszukiwaniu trwałych wartości w wizualnym chaosie

0
Wenecja 1978, Krzysztof Zanussi, Cezary Morawski, fot. Graziano Arici

Właśnie (w 2018 – przyp. red) wchodzi do kin najnowszy film ikony polskiego kina Krzysztofa Zanussiego zatytułowany „Eter”, który jest próbą reinterpretacji mitu Fausta. Akcja toczy się przed wybuchem I wojny światowej na terenach monarchii austro-węgierskiej i cesarstwa rosyjskiego. Opowiada historię wojskowego lekarza, który prowadzi eksperymenty medyczne, aby zdobyć władzę nad światem. Premiera filmu odbyła się podczas Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni.

Zanussi, który w tym roku odebrał nagrodę Gazzetta Italia w kategorii sztuka filmowa, zaprosił nas do siedziby Studia filmowego Tor przy ulicy Puławskiej, do biura, w którym przez lata pracował ramię w ramię z Krzysztofem Kieślowskim.

Często deklarował Pan, że aspekt wizualny kina nie do końca Pana przekonuje, co w takim razie przekonało Pana do reżyserii?

Wizualność jest przede wszystkim ciężarem kina reklamowego: videoclipy, reklama, telewizje muzyczne. To są dziedziny asemantyczne, które nie przekazują żadnych treści, koncentrują się raczej na szokowaniu odbiorcy poprzez kontrowersyjny dobór obrazów, grę kolorów i rytmów. Ale to nie jest sól ziemi, film wyrasta z teatru i jest sztuką słowa. W filmie głównie mówimy, logika narracji, która jest typowa dla teatru, nie może bazować tylko na obrazie. Więc ja, tym moim stwierdzeniem, chcę przypomnieć o literackości kina, bo o tym ostatnio się zapomina. Ale może też świadomie przesadzam w swoich przekonaniach, żeby trochę prowokować.

Reżyseria była Pana ostatnim wyborem, wcześniej studiował Pan fizykę i filozofię. Skąd pomysł na tak oryginalną ścieżkę edukacyjną? 

Jerzy Skolimowski, Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Zanussi

Te wybory wynikały poniekąd jeden z drugiego. Fizyka zawsze mnie fascynowała, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że nie zostanę naukowcem. Pamiętam jak kiedyś jeden z profesorów po egzaminie powiedział mi: „Czy Pan aby nie interesuje się bardziej człowiekiem, który operuje przyrządem, niż tym, co przez ten przyrząd widać?”. Filozofia była niejako konsekwencją tego, co usłyszałem. Przez lata komuny „prawdziwa” filozofia była tylko na Uniwersytecie Jagiellońskim, który za panowania Romana Ingardena po ’56 roku odzyskał autonomię i mógł prowadzić studia według światowego curriculum, a nie zgodnie z bardziej marksistowskimi odłamami. To zresztą jest jeden z motywów, które w kontaktach z Italią zawsze gdzieś mi doskwierają. Mając za sobą okres, gdy marksizm był religią państwową, mam ogromną trudność ze zrozumieniem, dlaczego środowisko włoskie tak bezkrytycznie ten marksizm w swoje mury przyjmowało i, w niektórych przypadkach, nadal przyjmuje. Z kolei reżyserię zacząłem jeszcze w trakcie studiów filozoficznych i starałem się łączyć oba kierunki. Kiedy Ingardena wysłano na emeryturę, nie widziałem sensu, żeby kontynuować filozofię i, szczerze mówiąc, poczułem ulgę, że dylemat między dwoma dziedzinami sam się rozwiązał.

Kim są Mistrzowie Zanussiego?

Zachwyciłem się przede wszystkim Bergmanem, to właśnie jego filmy przekonały mnie, że można szukać miejsca w tym zawodzie. Z dawniejszych twórców, których znałem zanim zdecydowałem się zostać filmowcem, byli również Robert Bresson, Luis Buñuel i René Clair, którego dzisiaj dobrze byłoby przypomnieć młodemu pokoleniu. Kiedy byłem już reżyserem odkrywałem Felliniego, Antonioniego, Viscontiego, Pasoliniego. Wpływ włoskich twórców był na mnie ogromny, większy niż wychwalanego przez wszystkich neorealizmu, który znałem, ale który nigdy specjalnie mnie nie porywał. Wielkie dzieła tego nurtu wydawały mi się trochę paternalistyczne i przekłamane. Lata największego rozwoju we Włoszech neorealizm przedstawił jako ruinę. A przecież to był okres, kiedy Italia urbanizowała się, zmieniała i do tej pory czerpie korzyści z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w których podniosła się z nędzy wojennej. Analizując dokładnie przekaz neorealizmu, może się wydawać, że poprzez swoje dzieła nurt ten zdawał się mówić, że byłoby lepiej dla państwa włoskiego, gdyby poszedł drogą socjalizmu.

W obecnym pokoleniu włoskich i polskich filmowców są kontynuatorzy wielkich mistrzów kinematografii?

Spóźniła się Pani o parę tygodni, bo wykrzyknąłbym Ermanno Olmi, ale on właśnie odszedł. Był mi bardzo bliskim człowiekiem jako reżyser. Innym twórcą, którego cenię, a który przekonał mnie do siebie dopiero podczas osobistego spotkania na jego włościach w Apulii, jest Edoardo Winspeare. Nanni Moretti też jest jednym z tych reżyserów, których z uwagą śledzę, choć często się z nim nie zgadzam. Pozostali wielcy, których znałem już niestety nie żyją. Jest jeszcze Franco Zeffirelli i Paolo Taviani, z którymi czasem się spotykamy i których ogromnie szanuję. Wśród młodego pokolenia niestety nie widzę kogoś, kto miałby konsekwentną linię narracyjną. Często rodzą się dzieła ciekawe i później zapada cisza. Chyba jest to związane z brakiem zapotrzebowania na kreowanie własnego, wyjątkowego stylu wśród młodych twórców. Włochy są chyba w stanie przemiany, podczas której tożsamość kulturowa zrobiła się bardzo rozmyta. Kiedyś wiadomo było, że Włochy to Fellini, Verdi, Puccini. Istnieli ludzie, którzy wyznaczali kanony. Podobnie sytuacja wygląda u polskich twórców młodego pokolenia. Martwi mnie, że robią często jeden, dwa dobre filmy po czym gubią się, tworząc filmy komercyjne lub anonimowe seriale. Jest kilka osób wybitnych, nie chciałbym stawiać cenzurek i wymieniać ich z nazwiska. Najważniejsze, że istnieje w Polsce ciągłość kreatywna i jakościowa.

Kiedyś filmy były również krzykiem o wolność, tworzono je w geście buntu wobec systemu, być może młodzi twórcy nie mają przeciw czemu się buntować?

Mają i to bardziej niż kiedykolwiek! Dzisiejsze społeczeństwo, które popadło w kult konsumpcji, moim zdaniem, zmierza do samozagłady. Zadaniem artysty jest głośny krzyk, żeby temu zapobiec. Nie ma takiej sytuacji w historii ludzkości, w której moglibyśmy być zadowoleni, że nastał raj na ziemi. To właśnie przekonanie, że istnieje jakiś ideał i marzenie o lepszym świecie sprawia, że nie ustajemy w poszukiwaniach i w dążeniach do jego poszukiwania.

A jak Pan się odnajduje w tej dzisiejszej rzeczywistości?

Przez całe moje życie tworzę w zmieniającym się świecie. Urodziłem się przed wojną, spędziłem dzieciństwo w stalinizmie i w końcu, od kilkudziesięciu lat, żyję w wolnym kraju z wolną gospodarką. To są wszystko wielkie przemiany. Dodatkowo jeszcze cały czas wchodzę w rzeczywistość tych krajów, w których kręcę moje filmy. W dzisiejszej rzeczywistości natomiast odnajduje się, jak zawsze, ze spojrzeniem krytycznym i z poczuciem pewnego rozczarowania, ponieważ razem z moim pokoleniem przeżyłem niesamowity wzlot, zwycięstwo Solidarności, pokojową przemianę, która pozwoliła zmienić cały system społeczny bez aktów zemsty, gwałtów, przemocy. To był ogromny zryw tłumów, w którym Polska wypadła chyba w najlepszy z możliwych sposobów. Mimo wszystko było tu najmniej strat i najwięcej zysków. Ale w tej chwili zaprzepaszczamy wszystko to, co osiągnęliśmy i stąd moje rozczarowanie, bo nie jesteśmy tak pięknym narodem, jakim się wydawaliśmy.

Jak w takim razie ukierunkować młode pokolenie, żeby potrafiło zmieniać sytuację kraju na lepsze?

Z pewnością w tak szalenie zmiennej dziś postaci świata, warto szukać tego, co wspólne i tego, co trwałe, bo to przynosi pewne otrzeźwienie. Często jestem zapraszany na spotkania z młodymi ludźmi biznesu, którym zawsze przypominam, że jeśli będą pamiętali o tym, czego uczyła ich babcia, skorzystają więcej niż na szkoleniach, gdzie coach wmawia im różne rzeczy, zawsze trochę stronnicze i powierzchowne, zwykle nieukorzenione i niewynikające z żadnego systemu prawdziwych wartości. Widzę tych biednych, zagubionych ludzi, których nagły awans społeczny wprowadził do wyższej, rozwiniętej cywilizacji, ale którzy kulturowo trochę się gubią. Wartości są stałe, niezmienne, zmienia się jedynie ich implementacja. Dobrem, prawdą i pięknem jest dziś coś innego niż kiedyś, ale to są zawsze te same arystotelesowskie wyznaczniki, których bym nie podważał.

foto: Maciej Szczesniak (kadry z filmu), Graziano Arici

Lamborghini Aventador – Cars N’ Roses

0

Nie bez powodu ten model pojawia się właśnie teraz, kolor jego lakieru jednoznacznie kojarzy się z ukwieconą krokusami doliną Chochołowską, choć zakładam, że właściciel oryginału katarski szejk Nasser Al-Thani nigdy w te strony nie zawitał. Fanom muzyki rockowej dzisiejszy tytuł zapewne skojarzy się grupą Guns N’ Roses i słusznie, bo to lamborghini jest pełne energii, podobnie jak ich utwory i sprzedaje się równie dobrze jak płyta „Appetite for distruction”, czyli najlepszy debiutancki album wszechczasów [tylko w USA 18 mln. kopii].

Zawsze zwrócimy uwagę na osobę z naręczem róż i nie inaczej się dzieje, gdy widzimy auta Lamborghini. Dzięki swojej dynamice i olbrzymiej mocy są to auta bardzo wymagające dla kierowcy, którego przy braku rozwagi, łatwo mogą skrzywdzić, tak jak kolce pięknej, lecz uchwyconej nieuważnie róży. Kolejną analogię znajdziemy patrząc na mnogość odmian tych kwiatów, podobnie jak produkowany od 2011 model Aventador z niekończącą się listą kolejnych wersji. Oto niektóre z nich: LP700-4, LP700-4 Roadster, LP750-4 Superveloce, S Coupé, SVJ i SVJ Roadster. Oprócz tego są również limitowane serie bazujące na Aventadorze, czyli Veneo (oczywiście także w wersji Roadster), LP720-4 50 Anniversario, rocznicowa wersja LP700-4 Pirelli Edition i najnowszy hybrydowy Sia’n. Aventadora uwielbiają tuningować z różnym powodzeniem takie firmy jak DMC, Mansory, Oakley Design, Novitec, LB-Works i wiele innych. Aventador jest samochodem drogim, ale zważywszy na ilość wyprodukowanych modeli, traci nieco na swojej wyjątkowości i chyba stąd wynika ta chęć dodania mu bardziej unikatowego sznytu. O co chodzi z tą wyjątkowością? Na przykład Kadupul, to nie supercar, ale kwiat kwitnący na Sri Lance tylko jedną noc w roku, jego piękno znika wraz z nastaniem świtu, bądź gdy próbuje się go ściąć. Kolejny przykład to legendarny tulipan Semper Augustus, który w XVII wieku doprowadził do ruiny większość zamożnych Holendrów, a dzisiaj można go zobaczyć tylko na starych rycinach. Orchidea Shenzhen Nongke, delikatna hybryda stworzona od podstaw przez chińskich naukowców, kwitnąca raz na 4-5 lat, którą na aukcji w 2005 sprzedano za około 230 tys. USD.

Wróćmy do róż, za skromny bukiet odmiany Juliet, powstałej w 2006 roku, trzeba zapłacić około 90 funtów brytyjskich przy wcześniej padających sumach pomyślicie, że to nic takiego, ale pomyślcie David Austin poświęcił aż 15 lat i 3 mln. funtów by ją wyhodować! Róże zaczynają kwitnąć w maju, warto wtedy wybrać się do największego w Polsce rozarium w chorzowskim Parku Śląskim – 7ha nieprawdopodobnych doznań dla naszego zmysłu węchu. A jeśli ktoś szuka ekstremalnych doznań w tym temacie zapraszam do Sangerhausen w Niemczech, największego ogrodu różanego na świecie [15 ha z 8300 odmianami pośród 75 tys. krzewów różanych]. We Włoszech pośród tysięcy przepięknych ogrodów w Cavriglia, niedaleko Arezzo, znajdziecie największą prywatną kolekcję róż na świecie, Roseto Botanico di Cavriglia „Carla Fineschi”, gdzie na przełomie maja i czerwca możecie stanąć pośród 7000 unikatowych kwiatów.

Trudno jednak dojechać tam którąkolwiek z wersji Aventadora ze względu na jego niski prześwit. Nadwozie Aventadora zaprojektował Filippo Perini, nawiązując do „firmowej” linii aut z Sant’Agata Bolognese, zapoczątkowanej w 1971 roku rewolucyjnym modelem Countach pomysłu Marcello Gandini. Tutaj jednak mocno zarysowane linie i napięte powierzchnie tworzą fascynującą grę światła i cienia, nadając samochodowi bardziej agresywną sylwetkę przypominającą bombowiec F-117 Nighthawk – pierwszy seryjnie produkowany samolot o obniżonej wykrywalności przez radary. Faktycznie, kierowca może się poczuć jak pilot US Air Force, gdyż auto 100 km/h osiąga w 2,9 s, 200 km/h pojawia się w 9 sekundzie i 300 km/h po 24 sekundach od startu. Wyobraźcie sobie przeciążenie, gdy przy takiej prędkości postanawiamy się zatrzymać wciskając z całych sił pedał hamulca, zajmie to zaledwie 7 sekund. Takie przyspieszenia auto zawdzięcza oprócz mocy silnika także ultra lekkiej [70 kg] i kompaktowej skrzyni biegów systemu ISR, niektórym jednak przeszkadzają szarpnięcia, jakie towarzyszą wrzucaniu kolejnych biegów. Silnik generujący aż 690 Nm momentu obrotowego, potrafi także ogłuszyć, gdy stojące auto wkręcimy na 6,5 tys. obrotów uderzy nas ponad 120 decybeli, za co londyńska policja już wielokrotnie karała mandatami popisujących się tym szejków [pamiętajmy, że poziom szkodliwości dla zdrowia to ok. 85 dB]. Budowa Aventadora oparta jest na innowacyjnym monocoque wykonanym z włókna węglowego, który łączy wyjątkową lekką [148 kg] konstrukcję z najwyższym poziomem sztywności i bezpieczeństwa.

W dniu premiery 28.02.2011 ówczesny prezes Automobili Lamborghini Stephan Winkelmann powiedział „Aventador to skok dwóch pokoleń pod względem wzornictwa i technologii, jest wynikiem zupełnie nowego projektu, ale jednocześnie jest bezpośrednią i konsekwentną kontynuacją wartości marki Lamborghini. Jest ekstremalny w swoim designie i wydajności, bezkompromisowy w swoich standardach i technologii oraz niewątpliwie włoski w swoim stylu i perfekcji”. Również nazwa nawiązuje do tradycji firmy, tym razem jest ona hołdem dla byka, który w 1993 podczas korridy w Saragossie wykazał się niesamowitą odwagą za co otrzymał nagrodę Trofeo de la Peña La Madroñera. Natomiast LP700-4 oznacza „longitudinale posteriori”, czyli silnik umieszczony wzdłużnie i centralnie o mocy 700 KM z napędem na 4 koła. Do dyspozycji mamy trzy tryby jazdy Strada, Sport i Corsa, a od modelu S z 2016 dodatkowo Ego – czyli możliwość ustawienia własnych preferencji.

To, jak kwiaty mogą wspaniale łączyć się z super samochodami, pokazała obecnie najbardziej popularna motoryzacyjna youtuberka, Australijka występująca jako „Supercar Blondie”, która swoje lamborghini Gallardo zleciła pokryć granatowym lakierem z kwiatowym motywem.

Model wykonany przez FX Models, profesjonalny oddział zabawkarskiej firmy Welly, za rozsądną cenę oferuje całkiem dobrą jakość wykonania i precyzji. Odbiega jednak od katarskiego oryginału brakiem tylnego spojlera oraz monogramów NA na drzwiach. Kolor to oczywiście kwestia gustu, mnie urzekła „wisienka na torci” jaką jest jedno z bocznych lusterek.

W. Shakespeare napisał: „Pośród wszystkich kwiatów, wydaje mi się, że róża jest najlepsza”, dodam że ta w kolorze fioletowym, oznacza zauroczenie od pierwszego wejrzenia.

Lata produkcji: 2011-2021
Ilość wyprodukowana: ok. 12 000 szt.
Silnik: V 12
Pojemność skokowa: 6498 cm3
Moc/obroty: 691 KM / 8250
Prędkość max: 350 km/h
Liczba biegów: 7
Masa własna: 1831 kg
Długość: 4780 mm
Szerokość: 2030 mm
Wysokość: 1136 mm
Rozstaw osi: 2700 mm

foto: Piotr Bieniek

 

Technologie, bez których trudno byłoby dzisiaj żyć

0

Przemysł obronny, lotniczy, kosmiczny i elektroniczny są szybko rozwijającymi się sektorami, które przyczyniają się do bezpieczeństwa i dobrobytu narodów. Technologie znajdują zastosowanie nie tylko w sektorze obronnym, ale także cywilnym, a Leonardo jest światowym liderem w tych obszarach.

Wszyscy to wiemy, ale rzadko o tym myślimy; dzisiaj większość naszego codziennego życia zależy od usług satelitarnych umieszczonych na niebie: usługi multimedialne, programy telewizyjne, udostępnianie lub archiwizacja danych, systemy nawigacyjne dla transportu lądowego, morskiego i powietrznego to platformy, które osiągnęły standardy doskonałości, do których już przywykliśmy. Każde zawieszenie działalności satelitarnej, nawet jeśli tylko częściowe, miałoby poważne konsekwencje dla bezpieczeństwa narodowego, obiektów użyteczności publicznej i ogólnie dla życia wszystkich obywateli.

Z kolei nowoczesne technologie obronne poprawiają nasze poczucie bezpieczeństwa. Sprzęt wojskowy służący na lądzie, morzu i w powietrzu nieustannie zapewnia nam bezpieczeństwo poprzez kontrolę, nadzór i monitoring. Gotowość tego ogromnego potencjału militarnego, choćby nawet nie użytego do bezpośredniej walki na terenie naszego kraju, odstrasza potencjalne siły przeciwnika.

Włochy, należące do siedmiu najbardziej uprzemysłowionych i bogatych państw świata – G7, mają potencjał do pełnienia kluczowej roli w zakresie zwiększania odpowiedzialności na poziomie międzynarodowym oraz do przyczyniania się do wzrostu gospodarczego, pokoju i rozwoju wielu obszarów świata, a także wspierania strategicznych priorytetów krajów partnerskich.

Rzut oka na historię Leonardo

We Włoszech znajduje się główna siedziba firmy Leonardo, której produkty i rozwiązania wykorzystywane są w ponad 150 krajach na całym świecie. Firma obecna jest na czterech rynkach krajowych: we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Polsce. Leonardo ma już ponad 70 lat, ale historia firmy zaczęła się dużo wcześniej niż w 1948 roku, kiedy powstała Finmeccanica. Wiele firm, które z biegiem czasu połączyły się z Grupą, czasem zmieniając swoje nazwy i specjalizacje, powstały na początku XX wieku, a historia niektórych podmiotów gospodarczych sięga nawet XIX wieku.

Finmeccanica to włoski holding państwowy, działający wcześniej w przemyśle mechanicznym, któremu powierzono przyszłość przedsiębiorstw inżynieryjnych, które musiały odnaleźć się w nowym ładzie europejskim końca lat 40. Finmeccanica stała się szybko kluczowym graczem na scenie dynamicznej industrializacji, która miała miejsce na początku lat 60. W drugiej połowie tamtej dekady, Grupa zaczęła koncentrować się coraz bardziej na sektorach zaawansowanych technologii, takich jak motoryzacja, termo-elektromechanika i lotnictwo.

Z kolei na początku lat 90. XX w., wraz z zakończeniem zimnej wojny i zwiększeniem tempa globalizacji, nastąpiły zmiany, które całkowicie odmieniły zasady działania przedsiębiorstw. Reorganizacja europejskiego przemysłu lotniczego nabierała tempa, a zmiany te ujawniły strategiczną potrzebę tworzenia sojuszy, aby przeciwdziałać rosnącej konkurencji.

Na początku nowego tysiąclecia Finmeccanica, pozostając zaangażowana w główne sojusze, dążyła jednocześnie do dalszych przejęć. Celem było wzmocnienie obecności firmy w jej głównych sektorach biznesowych: lotnictwie, kosmosie, elektronice obronnej i w systemach bezpieczeństwa. Te strategiczne decyzje zmieniły skład Grupy, która stawała się coraz bardziej międzynarodowa, zarówno poprzez bezpośrednią obecność w przemysłach, jak i udział w dużych projektach rozwojowych oraz partnerstwa na wschodzących rynkach o wysokim potencjale.

Kulminacją procesu zmiany była „Jedna Firma” i nowa nazwa. Finmeccanica stała się Leonardo. Proces zmiany zakończył się na początku 2016 r. Zmiana ta była podyktowana potrzebą stworzenia bardziej elastycznej, zintegrowanej struktury zdolnej do komunikowania się z rynkami światowymi jednym głosem i wykorzystującej synergię między różnymi liniami biznesowymi. Nazwa została wybrana na cześć Leonarda da Vinci, uniwersalnego symbolu kreatywności i innowacyjności oraz idealnego pomostu między historyczną, kulturową i naukową tradycją, z której wywodzi się firma, a przemysłową przyszłością, dla której jest projektowana.

Leonardo generuje dzisiaj około 20% krajowego eksportu zaawansowanych technologii. Zajmuje również 4. miejsce w międzynarodowym sektorze lotnictwa, obrony i bezpieczeństwa pod względem wydatków na badania i rozwój oraz 1. miejsce wśród włoskich firm produkcyjnych. Leonardo zatrudnia ponad 49 000 osób na świecie.

Zrównoważony rozwój według Leonardo

Leonardo jest partnerem wielu krajowych resortów obrony i lokalnego przemysłu, będąc jednocześnie technologicznym atutem krajów, w których prowadzi działalność przemysłową. Pielęgnując suwerenność przemysłową na tych rynkach, Leonardo ostatecznie wspiera innowacje, które przynoszą korzyści lokalnym rynkom i społecznościom, działając w partnerstwie.

Leonardo przyczynia się także do trwałego postępu na rzecz bezpieczniejszego świata. Ta ambicja leży u podstaw długoterminowego planu pod nazwą „Be Tomorrow-Leonardo 2030”, którego celem jest rozwijanie nowych możliwości biznesowych i praca na rzecz Celów Zrównoważonego Rozwoju, określonych przez ONZ, poprzez wykorzystanie innowacji technologicznych i kluczowych kompetencji. Zrównoważony rozwój gospodarczy, społeczny oraz związany ze środowiskiem naturalnym znajduje się także w centrum międzynarodowej debaty. Przekonanie, że zrównoważony rozwój tworzy wartość i mobilizuje różne zasoby, znajduje coraz szersze zrozumienie społeczne.

„W długoterminowym planie Be Tomorrow-Leonardo 2030 przedstawiliśmy jasną wizję naszej przyszłości i naszej strategicznej ścieżki: wzmocnienia i przekształcenia firmy dla jej dalszego rozwoju i przyspieszenia procesu innowacji, aby tym samym zwiększyć długoterminowo naszą zrównoważoną konkurencyjność. Taka jest rola dużej firmy, takiej jak nasza, która musi mieć wizję społeczno-gospodarczą”- powiedział Alessandro Profumo, CEO Leonardo, w jednym z wywiadów dla włoskiej gazety MF-Milano Finanza.

Sto, stai, sta…

0

Język włoski to język czasownika, chcę przez to powiedzieć, zresztą kto przeczytał poprzedni artykuł pewnie wie, że często wybiera on czasownik, kiedy po polsku mamy ochotę użyć rzeczownika.

Zawsze powtarzam moim uczniom, że jak nie wiecie jakiego czasownika użyć, to użyjcie czasownika fare – robić, ale jest jeszcze kilka czasowników podobnie przydatnych, jak właśnie czasownik stare.

Odmiana oczywiście jest nieregularna; dlaczego oczywiście? A nie zauważyliście, że wiele czasowników pierwszej potrzeby we włoskim odmienia się nieregularnie? I wygląda ona tak:

STARE

STO
STAI
STA

STIAMO
STATE
STANNO

  1. Stare na przywitanie

    Włoska rozmowa nie może obejść się bez zapytanie Come stai? Jak się masz? Come sta signora? Jak się pani miewa? Dlatego też jest to jeden z pierwszych czasowników jakie poznajemy ucząc się języka włoskiego.
  2. Stoje, leżę, siedzę czyli sto.

    W języku polskim jesteśmy niezwykle precyzyjni w wyrażaniu pozycji rzeczy czy osoby, bo przecież mówimy, że książka leży na stole, szklanka stoi, a my sami często siedzimy w domu. W tych wszystkich sytuacjach można oczywiście też użyć czasownika essere – być, jednak często używamy powyższych sformułowań. W przypadku przedmiotów nie możemy po włosku powiedzieć, że coś stoi czy leży, a i mówiąc o ludziach Włosi nie odczuwają takiej potrzeby.Mówi się i ragazzi che stanno davanti al cinema (chłopcy, którzy stoją przed kinem) i dziwnie zabrzmiałoby che stanno in piedi, co mogłoby być próbą przetłumaczenia polskiego stać.

    Zdanie: Le persone sono sedute vicino alla finestra. (Ludzie siedzą koło okna), jest do przyjęcia, ale można też powiedzieć: Le persone stanno vicino alla finestra. Tak, jakby essere seduto (siedzieć) i stare in piedi (stać), służyły jedynie do precyzyjnego wyrażenia pozycji ciała, co w życiu codziennym nie jest jakoś niezwykle potrzebne.Dlatego powiemy:
    Sto a letto. Leżę w łóżku.
    Stiamo in spiaggia. Leżymy na plaży.

    Chociaż to użycie czasownika stare jest typowe jedynie dla niektórych obszarów Włoch, na przykład Rzymu, podczas gdy najbardziej rozpowszechnione i prawidłowe w tego typu zdaniach jest użycie czasownika essere, powiemy więc: sono a letto, siamo in spiaggia.

    Ale wróćmy do naszego polskiego „Siedzę w domu”. Przecież tutaj czasownik siedzę nie jest tak naprawdę formą podkreślającą, czy ktoś siedzi czy stoi a raczej sposobem wyrażenia, że przebywa w domu. I także w tym przypadku po włosku użyjemy czasownika stare:
    Sto a casa. Sono stata a casa per tutto il giorno. Siedzę w domu. Siedziałam w domu cały dzień.

  3. STARE + GERUNDIO

    To bardzo przyjemna, bo prosta, konstrukcja pozwalająca nam wyrazić, że coś dzieje się w tym momencie. Po polsku, żeby podkreślić, że dana czynność dotyczy dokładnie tej chwili musimy dodać coś, co to podkreśli, często jest to wyraz właśnie, który po włosku nie ma takiej roli.
    Właśnie jem – Sto mangiando.
    Właśnie do ciebie dzwoniłam – Ti stavo chiamando.
  4. STARE + PER + BEZOKOLICZNIKJęzyk polski może się pochwalić fantastycznym słowem „zaraz”, które … nie istnieje w języku włoskim, ale za to pojawia się konstrukcji z czasownikiem stare, która oddaje jego znaczenie. Na dodatek po polsku słowa „zaraz” używamy w połączeniu z czasem przyszłym, a po włosku użyjemy w tym wypadku tylko czasu teraźniejszego.
    Sto per finire. Zaraz skończę.
    Stanno per arrivare. Zaraz przyjadą.Możemy też tłumacząc używać polskiego właśnie.
    Stavo per dirlo. Właśnie miałam to powiedzieć.
    Ti stavo per chiamare. Właśnie miałam do ciebie zadzwonić.

Jeśli myślicie, że zaraz podam kolejne przykłady to się mylicie, bo zaraz skończy się miejsce tak więc na tym zakończę.

***

Aleksandra Leoncewicz – lektorka języka włoskiego, tłumaczka, prowadzi własne studio językowe italdico.

Natalia Moskal: Sophia Loren symbolem silnych kobiet, które mnie inspirują

0
fot. Adam Romanowski, reż. Olga Czyżykiewicz

Wokalistka, tłumaczka, właścicielka wydawnictwa Fame Art, swoje życie dzieli między Włochy a Polskę. Jej mocne strony to z pewnością kreatywność i determinacja w realizacji celów. W swojej twórczości stara się przybliżać postaci wybitnych kobiet. W zeszłym roku ukazał się jej album „There is a star”, wydany na cześć Sophii Loren i włoskiej muzyki filmowej.

Po ilości Twoich dotychczasowych osiągnięć wnioskuję, że nie lubisz się nudzić?

Zdecydowanie nie, pomysły na projekty przychodzą mi często i są bardzo różnorodne, bo wiele rzeczy mnie interesuje. Mam wydawnictwo książkowe i tam wydaję też moją muzykę. Moja różnorodność wynika właśnie z mnogości zainteresowań i z tego, że nigdy nikt nie mówił mi, co mam robić. W konsekwencji mam bardzo różne grupy odbiorców. Zastanawiam się teraz nad tym, jak to uspójnić na przyszłość i jak połączyć moje aktualne projekty z tymi, które pojawią się później. Póki co ciężko mi zdecydować się na jeden konkretny kierunek, bo inspiruje mnie tak wiele różnych rzeczy.

Może jakimś rodzajem spójności są właśnie te kobiety, które starasz się przybliżać publiczności?

fot. Steve Petteway, adaptacja okładki:
Marek Popielnicki

Tak, bardzo ważne jest dla mnie to, żeby mówić o kobietach. Do tego stopnia, że z literatury feministycznej – książek o kobietach i dla kobiet – zrobiłam ważny kierunek rozwoju wydawnictwa, obok judaiki, w której również się specjalizujemy. W tym momencie przygotowujemy autobiografię niezwykle inspirującej Ruth Bader Ginsburg, która była jedną z dwóch kobiet w historii zasiadających w amerykańskim Sądzie Najwyższym. Bardzo motywują mnie do działania takie postaci kobiece i myślę, że ważne jest, aby o nich mówić. Co prawda mojej pierwszej płycie elektro-popowej nie patronowała żadna postać kobieca, ale jest na niej piosenka zatytułowana „Michelle”, która jest ukłonem dla Michelle Obamy. Kolejne projekty są już poświęcone jednej postaci: „Bunt młodości” wierszom Kazimiery Iłłakowiczówny, a album „There is a star” inspirowany jest twórczością Sophii Loren.

Jak to się stało, że wybrałaś właśnie te kobiety do projektów muzycznych?

Na wiersze Iłłakowiczówny trafiłam dzięki biografii napisanej przez Joannę Kuciel- Frydryszak. Pomyślałam wtedy, że fajnie byłoby przybliżyć tę postać szerszej publiczności. Pomysł na nagranie utworów, które śpiewała Loren, pojawił się z kolei po przeczytaniu jej autobiografii. Przeczytałam ją chyba w dwa dni, chociaż ma co najmniej 500 stron. Prawie na każdej stronie mam pozaznaczane cytaty warte uwagi. Oprócz tego, że to uzdolniona aktorka, to również niesamowicie mądra kobieta, dlatego tak bardzo mnie zafascynowała. Przeciętny widz zna jedynie piękną i seksowną Sophię, która zagrała w niezliczonej ilości filmów i zaśpiewała mnóstwo piosenek, ale nie wie o większości faktów z jej życia. Jej kariera naznaczona jest ogromnym wysiłkiem i wojną, którą do dziś wspomina w bardzo bolesny sposób. Brak ojca, przeróżne trudności życiowe, z których się wyrwała i osiągnęła niesamowity międzynarodowy sukces. To mnie bardzo zainspirowało i dlatego płyta została wydana w formie książki, zawierającej skrótową biografię aktorki. Pisałam oczywiście w oparciu o teksty źródłowe, bardzo zależało mi na tym, żeby czytelnicy poznali ją jako kobietę bardzo interesującą, silną i ciężko pracującą, bo to według mnie cechy najbardziej godne podziwu.

Z kobietą wiąże się również seria powieści, wydanych przez Twoje wydawnictwo?

Tak, zaczęło się właśnie od kobiety, o której przeczytałam przez przypadek gdzieś w Internecie. Ester Singer Kreitman to starsza siostra słynnych braci Singerów, która jako pierwsza w rodzinie zaczęła pisać, ale jej dzieła były zupełnie nieznane i nie doceniono jej za życia. Teraz istnieją już liczne przekłady jej powieści, ale w Polsce do niedawna były nieznane i niedostępne. A przecież Ester urodziła się w Biłgoraju, więc cała jej historia rozpoczęła się w Polsce. Dlatego też postanowiłam wyciągnąć ją z cienia sławnych braci i przybliżyć polskim czytelnikom. Fame Art jest właścicielem praw do polskich przekładów wszystkich powieści Kreitman. Do tej pory pojawiły się już książki: „Rodowód” i „Taniec demonów”, a w tym roku ukażą się „Brylanty”. Po wydaniu pierwszej powieści, odezwał się do nas Krzysztof Modelski, tłumacz, który dla przyjemności przełożył zbiór opowiadań Izraela Singera. Teksty bardzo nam się spodobały i w ten sposób wydaliśmy dwa tomiki jego opowiadań: „Perły i „Na obcej ziemi”. Teraz myślimy jeszcze o trzecim, najpopularniejszym z braci – Isaacu, sławnym nobliście, ponieważ jest jeszcze kilka jego dzieł, które nie zostały wydane w Polsce.

A czy te dwie drogi, literacka i muzyczna w jakiś sposób się uzupełniają, czy którąś czujesz bardziej?

Zaczęłam śpiewać bardzo wcześnie, sama pisałam piosenki. Moi rodzice zdecydowali jednak, że pójdę do zwykłej szkoły, a nie szkoły muzycznej, po której wybrałam studia filologiczne. Jestem więc magistrem filologii angielskiej, chociaż muzyka zawsze grała mi w duszy i była dla mnie tak naprawdę najważniejsza. Dopiero po przeprowadzce do Mediolanu poszłam do szkoły muzycznej CPM Music Institute, gdzie szkolę wokal ze wspaniałą Paolą Candeo. Muzyka to moja największa pasja. Fame Art powstało na potrzeby wydania pierwszego albumu, ale podpisanie umowy na wydanie książek Kreitman i wydanie płyty zbiegły się w czasie. Pierwsza powieść została wydana w 2015, a moja debiutancka płyta “Songs of Myself” w 2017 roku, więc tak naprawdę chciałam pogodzić obydwie pasje.

Album „There is a star” wydałaś również we Włoszech?

Tak, mieszkam w Mediolanie i postanowiłam spróbować swoich sił na tutejszym rynku muzycznym. Chciałam zobaczyć i porównać, jak funkcjonują te dwa rynki. Czy są w ogóle jakieś różnice, czy może gdzieś jest łatwiej. Okazało się że Włochy są dla mnie łaskawsze i łatwiej mi tutaj funkcjonować. Płyta „There is a star” została we Włoszech bardzo dobrze odebrana, a piosenki są regularnie emitowane w stacjach radiowych w całym kraju. Nieustannie pojawiają się jakieś wywiady i publikacje, po prostu Włosi bardzo ciepło przyjęli ten projekt. Być może stało się tak dlatego, ponieważ to ukłon w stronę ich kultury.

fot. Dawid Ziemba

Przy płycie pracowała z Tobą grupa wspaniałych muzyków. Jak to się stało że wasze drogi się skrzyżowały?

W nagraniach wzięła udział orkiestra Stokłosa Collective Orchestra, której przewodzi maestro Jan Stokłosa i to jemu zawdzięczam oprawę muzyczną. Janek jest młodym, wszechstronnie utalentowanym muzykiem, pochodzącym ze znanej muzycznej rodziny. Spotkałam się z nim już wcześniej, przy nagrywaniu płyty „Bunt młodości”, Janek napisał muzykę do wierszy i wyprodukował całość, więc później przy „There is a star” nie miałam wątpliwości, kogo wybrać. Wiedziałam też, że klasyczne, piękne utwory potrzebują naprawdę profesjonalnego zaaranżowania i nowego, świeżego spojrzenia. Razem odkryliśmy te utwory na nowo, choć nie zmienialiśmy w nich bardzo dużo. Na początku chciałam pójść w bardziej nowoczesną stronę, ale ostatecznie zachowaliśmy oryginalne brzmienie i dlatego wszystko zostało zaaranżowane na orkiestrę. Nie mogłam sobie lepiej wymarzyć efektu końcowego.

Masz już kolejne muzyczne pomysły?

Chciałabym zagrać koncerty z materiałem z tej płyty z orkiestrą. W projekcie wzięło udział około 40 osób, więc szkoda byłoby tego nie pokazać na żywo, ale oczywiście w tym momencie nie da się przewidzieć kiedy będzie to możliwe. Chciałabym nagrać swoje autorskie projekty muzyczne, zaczęłam już nawet pisać piosenki. Może na początku wydam jakieś single, a później zbiorę wszystko w jedną płytę. Na pewno będą to utwory po włosku.

Jesteś niezwykle zdeterminowaną osobą, śmiało walczącą o realizację swoich celów. Jakie rady dałabyś swoim rówieśnikom, aby z odwagą sięgali po swoje marzenia?

Zacznę od tego, że to na pewno nie jest łatwe. Rynek muzyczny jest bardzo trudny, a rynek literacki pewnie jeszcze trudniejszy. W dobie mediów społecznościowych niezwykle trudno jest dotrzeć do odbiorcy, który zostanie z nami na dłużej. Poza tym na realizację projektów potrzeba dużych budżetów. Kolejny element to teledyski i promocja, bez których tak naprawdę żaden produkt, choćby nie wiem jak dobry, się nie przebije. Ja też nie mam niesamowicie wielkich budżetów, które pozwoliłyby mi na bardzo dużą promocję, co sprawia, że pewnie moje produkty troszkę na tym cierpią, bo docierają do mniejszej liczby odbiorców. Trzeba po prostu mieć bardzo dużo determinacji. Ja od dziecka czułam taką presję w dążeniu do celów i sama ją sobie narzucałam. Już jako mała dziewczynka widziałam się, jak biegam w szpilkach po Nowym Jorku. Chciałam być ważną bizneswoman. Oczywiście tak się nie stało, ale i tak jestem dumna ze zrealizowanych projektów i planów na przyszłość. Myślę, że to głównie dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół udało mi się zrealizować tak wiele marzeń, bez tego pewnie nic by mi się nie udało. Mam też dużo samozaparcia i sama nad sobą stoję z batem powtarzając, że nie zatrzymam się dopóki nie wyląduję na okładce Forbesa. Może dlatego tak bardzo inspirują mnie inne kobiety, które dzięki ciężkiej pracy zrealizowały się w życiu. Ważne jest też to, aby mieć świadomość, że coś może się nie udać, mimo ogromnego wysiłku, jaki włożyliśmy w osiągnięcie celu. Wówczas dobrze jest mieć jakiś plan B.

W jaki sposób pandemia zmieniła twoje podejście do pracy i życia?

Myślę, że przed pandemią pracowałam za mało i byłam trochę źle zorganizowana. Kiedy byłam zamknięta przez 4 miesiące w Polsce, udało mi się zrobić rzeczy, na które nigdy nie miałam czasu. Poza tym pandemia nauczyła mnie tego, że nic w naszym życiu nie jest pewne i na zawsze, dlatego trzeba znaleźć czas dla osób, które są dla nas ważne i nie odkładać na później naszych pasji.

foto: Adam Romanowski, reż. Olga Czyżykiewicz

„Adoracja Dzieciątka” Lorenza Lotto. O czym mówią do nas święci?

0

Lorenzo Lotto (ok. 1480-1556) działał w środowisku malarzy weneckich, gdzie postacią dominującą był Tycjan, a cechą charakterystyczną malarstwa spotkanie dwóch plam barwnych. Wenecjanie zapisali się w historii jako znakomici koloryści. Próba rozstrzygnięcia odwiecznego sporu, tak popularnego wśród artystów i teoretyków sztuki: co jest ważniejsze: rysunek, czy kolor?, w odczuciu wielu musi pozostać jedynie jako pytanie bez odpowiedzi, a argumentacja każdej z hipotez tak interesująca, by dyskusję prowadzić z wielką przyjemnością.

Sama analiza cech formalnych malarstwa weneckiego, przeciwstawianego w tym sporze sztuce florenckiej, jest na tyle ciekawa, by stanowiła cel sam w sobie. Udowodnienie którejkolwiek z tez zależy od gustu i indywidualnej wrażliwości. Kolor jest czymś oczywistym, widzimy go i mamy w słowniku słowa, których używamy na określenie barw. Świadomość oddziaływania koloru na naszą psychikę jest znana od starożytności. W pismach średniowiecznych teologów i mistyków pojawiają się teorie na temat symboliki i magii pigmentów złota, błękitu, czerwieni, zieleni, purpury, bieli… Nowożytne traktaty o malarstwie częściej skupiają się na rysunku, perspektywie, kompozycji, niż poruszają kwestię barwy. Do określenia barwy brakuje nam słów. Kolor jest rzeczą najbardziej nieuchwytną i najmniej podatną na analizę. Jego wartość polega na wrażeniu, jakie wywołuje. Trudności w określeniu praw rządzących kolorem były znane od dawna, bo już Leonardo da Vinci w swoich rozważaniach o malarstwie pozostawiał pracę nad teorią barw do późniejszej realizacji. Dlatego dzisiaj łatwiej mówić o barwie jak o wrażeniu, niż o jej fizycznych właściwościach. Łatwiej operować pojęciami z zakresu estetyki niż optyki. Barwy ulegają zmianom na skutek upływu czasu i procesów fizykochemicznych. Kompozycję obrazu, kształty, nawet jeśli częściowo zniszczone, można rekonstruować. W przypadku koloru nie wiemy, czy obraz dociera do nas w takiej postaci, jaką nadał mu malarz. Czy w „Adoracji Dzieciątka” Lorenza Lotto możemy mówić o takim widzeniu obrazu, jakim widzieli go współcześni artyście? Nie. Ani w kwestii barwy, ani oddziaływania na naszą wrażliwość. Pozostajemy subiektywni w kwestii estetyki, która dla każdego z nas może mieć inne kryteria.

Lorenzo Lotto, Autoportret

Malarstwo Lorenza Lotto stanowiło odrębne zjawisko obok znakomitych, tonalnych i wielce zmysłowych przejść barwnych Giorgiona, czy pełnych rozmachu pędzla kolorów portretów papieży i arystokracji Tycjana. Lotto pochodził z Wenecji, ale tworzył głównie na prowincji. Postawił na dialog z przedstawianą postacią, a jego tematyka była bliska życiu i problemom religijnym. Jako żarliwy chrześcijanin (Chrześcijańska jest dusza moja i moja religia, 1526) także w sztuce pokazywał niepokój czasów reformacji. Starał się znaleźć moment, w którym nastąpiłoby zatrzymanie czasu między słowem, czynnością, gestem, spojrzeniem. Niemal każdy z jego obrazów to zaglądanie do duszy modela, jakiś niepokój, niepewność a jednocześnie subtelny urok osobowości. Obserwując obrazy z różnych okresów twórczości znajduję taką właśnie wspólną cechę – zapowiedź ruchu, wstrzymanie oddechu po to, żeby zobaczyć opadanie szat, przewrócenie strony w księdze, moment śmierci. Wreszcie łagodny gest uratowania dziecka przed upadkiem.

„Adoracja Dzieciątka” z około 1508 roku to jeden z cenniejszych obrazów renesansowych w polskich zbiorach. Na rewersie widnieje znak jednego z największych kolekcjonerów XVII wieku Don Gaspara de Haro y Guzmana, hiszpańskiego polityka, gubernatora Flandrii, ambasadora w Rzymie i, w ostatnich latach życia, wicekróla Neapolu. W jego kolekcji znajdowało się około trzech tysięcy dzieł, między innymi „Wenus przed lustrem” Velazqueza, czy „Maria Magdalena” Tycjana. Numer „1254”, zapisany obok inicjałów Gaspara, odpowiada pozycji w inwentarzu z roku jego śmierci w 1687 roku, choć bez wskazania na nazwisko Lorenza Lotto. W Polsce obraz pojawił się dwa wieki później.

Adoracja Dzieciątka

Dzieło przedstawia Madonnę ze śpiącym Dzieciątkiem na kolanach otoczonych przez świętych: małego Jana Chrzciciela, Franciszka z Asyżu, Katarzynę Aleksandryjską i Józefa. Adoracja Dzieciątka to motyw popularny w sztuce renesansu, jednak w tym obrazie artysta, oprócz modlitwy nad przyszłym Zbawicielem, opowiedział historię przyszłej Męki Chrystusa. Wskazuje na to kilka symbolicznych gestów, póz, mimiki, ale także barw. Przede wszystkim mały Jezus śpi na kolanach Madonny w pozie kojarzącej się z przedstawieniami Piety. Jego ciało jest bezwładne, osuwa się i zapada między nogami matki. Biała tkanina przywodzi na myśl całun. Stojący obok Jan Chrzciciel ze smutkiem spogląda w twarz Marii. Święty Franciszek został przedstawiony ze stygmatami, które znamionują przyszłą mękę Chrystusa. Świętą Katarzynę Lotto ukazał według tradycji ikonograficznej z atrybutami męczeństwa – kołem i palmą męczeńską. Ostatnia postać na obrazie jest identyfikowana z Józefem, ale także z Antonim Opatem lub Hieronimem. Ledwo widoczne koniuszki palców złożonych w geście modlitwy oraz wygląd wskazują na pustelnika. Jednak symbolicznie postać Józefa, jako uzupełniającego wizerunek Świętej Rodziny, jest najbardziej prawdopodobna. Józefa przedstawiano zwykle jako starca, stojącego, siedzącego lub drzemiącego z boku sceny. Nie był pomijany, raczej wskazywano na cichy i dyskretny udział w dziele Bożym. Do postaci św. Katarzyny w modnej, renesansowej sukni, wychylającej się  zza pleców Marii mogła pozować Katarzyna Cornaro, ostatnia królowa Cypru. Podczas, gdy  twarz Madonny jest wyraźnie idealizowana, św. Katarzyna ma zindywidualizowane rysy, a nawet drugi podbródek. Wskazuje to na cechy portretowe jej wizerunku. Badacze wskazują na podobieństwo fizjonomii z innymi portretami Katarzyny Cornaro pędzla Belliniego lub Tycjana. Cała scena, chociaż wielopostaciowa, nie wydaje się być zatłoczona. Lotto zbliżył postacie do siebie w niemym dialogu. Wszystko w obrazie toczy się wokół Dzieciątka zsuwającego się z kolan matki. Za chwilę trzeba będzie je uratować przed upadkiem, by ono uratowało później ludzkość.

Lotto w stylistyce i atmosferze „Adoracji Dzieciątka” bardziej niż z wielkimi Wenecjanami, kojarzy się z duchowością, refleksją religijną i minioną epoką. Jest to szczególnie widoczne w eteryczności postaci Madonny z jej bladą twarzą i niemal hieratyczną pozą. Barwy w swojej czystości, doskonałym światłocieniu, nie ustępują także rysunkowi, bo artysta zadbał o detale. Madonna jest subtelna, uduchowiona, myśląca. To także zindywidualizowana postać o psychologicznym rysie. Jej młodzieńcza, lekko idealizowana twarz to jednocześnie oblicze dojrzałej, świadomej kobiety. Z jednej strony mamy scenę Adoracji Dzieciątka, ale z drugiej to także intymny, rodzinny portret.

Wspomniane zatrzymanie w czasie w tym obrazie skupia nasz wzrok na postaci małego Jezusa i geście Madonny. Idealizowane, duże, smukłe dłonie za chwilę rozłączą się i łagodnym ruchem chwycą dziecko. Skupienie na modlitwie nie jest wszechogarniające. Matka kontroluje powolny proces opadania bezwładnego ciała i w tym momencie ich życia ma pełną siłę na to, by zatrzymać dziecko przy sobie. Świadomość przyszłości u wszystkich postaci otaczających Madonnę i Dzieciątko jest czytelna w ich gestach i spojrzeniach. Idealizowana Madonna jest zagadkowa. Nie wiem, czy w tym momencie posiada wiedzę o przyszłej męce Chrystusa. Lotto prowadzi dialog między postaciami w obrazie, a widzem. Pozostawia mnie w chwili formułowania się pytań o to, czy Maria wie, że urodziła Zbawiciela. Czy za chwilę zrozumie, że kiedyś będzie go opłakiwać? Czy jej zgoda na mękę jest łatwiejsza z powodu bezgranicznej wiary? W innych dziełach, jak „Madonna pod baldachimem” (1521, kościół San Bernardino w Bergamo), czy „Pieta” (1508, Pinacoteca Comunale w Recanati) Madonny skłaniają do innych pytań. W pierwszym obrazie Maria daje mi wybór. Gestem dłoni, pochyleniem głowy, wzrokiem skierowanym bezpośrednio w moją twarz. Mówi, że mogę robić, co chcę, ale będę musiała ponieść konsekwencje. Odpowiedzialność za jej syna, który, ona to wie, poświęci swoje życie dla mnie. W jej spojrzeniu i gestach nie ma oceny, ani potępienia. To łagodność w czystej postaci podkreślona wspaniałymi barwami i światłocieniem. W „Piecie” Madonna ukrywa twarz w błękitnym płaszczu. Stało się. Obraz jest pełen czułości i delikatnego dotyku. Lorenzo Lotto wierzył głęboko i był wybitnym obserwatorem. Z przyjemnością obracałam karty albumu z reprodukcjami arcydzieł Lotta. Pietro Aretino w liście do malarza pisał: Niebo wynagrodzi cię chwałą wyższą, niż podziw śmiertelnych. Jako śmiertelniczka mogę jedynie patrzeć na obrazy Lotta z podziwem. Intymność scen, nastrój i dialog ze świętymi podkreślił „prezent”, który otrzymałam w formie linku od kogoś bliskiego, niemal po zakończeniu pisania. To madrygał Crudele acerba z 1599 roku. Luca Marenzio skomponował utwór tak, że dla mnie stanowi uzupełnienie narracji Lorenza Lotto. Bo to był niezwykle czuły narrator.

Risotto z bakłażanem, pesto i migdałami

0

Składniki dla 4 osób:

360 g ryżu Carnaroli lub Arborio
2 średnie bakłażany
70 g czerwonej cebuli
60 g pesto genovese
50 g migdałów w płatkach
50 g białego wytrawnego wina

ok. 800 g bulionu warzywnego
10 listków bazylii
60 g masła
30 g Grana Padano
oliwa z oliwek
czosnek, sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:

Bakłażany pokroić w kostkę, posolić, odsączyć nadmiar wody, usmażyć na dużej ilości oliwy. Podgrzać bulion warzywny. Do dużego garnka włożyć cienko pokrojoną cebulę z odrobiną masła i oliwy, gotować na małym ogniu przez 10 minut, dodać ryż i podsmażać przez kilka minut na dużym ogniu, a następnie dodać białe wino i zredukować. Bulion dodawać stopniowo, ciągle mieszając. W połowie gotowania dodać część już usmażonych bakłażanów, a 5 minut przed końcem gotowania dodać pozostałe bakłażany i pesto. Płatki migdałów ułożyć na blasze do pieczenia i lekko zarumienić w wysokiej temperaturze.

Na sam koniec wyłączyć ogień i dodać trochę masła, Grana Padano, pieprzu i energicznie wymieszać, aby uzyskać kremową konsystencję. Udekorować płatkami migdałów i świeżymi liśćmi bazylii.

Pesto ok. 150 g:

25 g liści bazylii (świeżych, dobrej jakości i suchych)
1 mały ząbek czosnku
50 ml oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia

35 g Parmigiano Reggiano
15 g sera Pecorino
10 g orzeszków pinii (1 łyżka)
1 szczypta soli

Wrzucić wszystkie składniki do moździerza i ubijać do uzyskania pasty o jednolitej konsystencji.

tłumaczenie pl: Justyna Włodarczyk