Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 69

Krewetki gotowane na parze z pesto z rukoli

0

Przepis dla 1 osoby:

Składniki:

  • krewetki black tiger 16/20 – 4 szt
  • sałata karbowana do dekoracji

Pesto:

  • rukola- 20 g
  • orzechy włoskie – 20 g
  • oliwa z oliwek extra vergine – 20 ml
  • kilka kostek lodu

Przygotowanie:

Krewetki obieramy z pancerza, pozostawiając tylko głowę i ogon. Usuwamy delikatnie jelito i dokładnie całość myjemy. Oczyszczone krewetki układamy w naczyniu do gotowania na parze i gotujemy przez ok. 6 minut.

W tym czasie do blendera wkładamy rukolę i kilka kostek lodu i wszystko blendujemy. Następnie dodajemy orzechy włoskie i dolewamy oliwę z oliwek . Miksujemy składniki do uzyskania gęstawej konsystencji.

Na talerzu układamy liście sałaty, a na wierzch wykładamy krewetki. W sosjerce podajemy przygotowane pesto z rukoli o smaku orzechowym.

Smacznego!

Dolabella – wenecki malarz, który wybrał Polskę

0
Tomasz Dolabella, Św. Stanisław Biskup i św. Walery adorujący Matkę Boską z Dzieciątkiem, ok. 1614, olej, płótno. Kraków, kościół par. pw. Wniebowzięcia NMP – Mariacki / fot. Janusz Kozina

O logistycznych cudach dokonywanych przez konserwatorów i o tym, jak wenecki malarz trafił do Polski, rozmawiamy z dr Magdaleną Białonowską, kurator wystawy „Dolabella. Wenecki malarz Wazów”, którą będzie można podziwiać na Zamku Królewskim.

Czy trudno było przygotować tę wystawę? Czy wymagało to dużo wysiłku?

Tak, rzeczywiście to jest duże wyzwanie – z kilku względów. Pokażemy obiekty, które na co dzień są trudno dostępne – w kościołach, klasztorach, w ołtarzach, ich zwieńczeniach. A bywają to bardzo wysokie konstrukcje, np. obraz z kościoła Bożego Ciała zdejmowany był z wysokości ok. 20 m. Z kolei z kamienicy Arcybractwa Miłosierdzia w Krakowie przywieziemy wykonany przez Dolabellę strop ramowy – składa się on z 4 obrazów o nietypowych formatach i mierzy aż 4 m długości. Ze względu na umiejscowienie obrazów wystawa jest logistycznie bardzo skomplikowana, dlatego chylę czoła przed moimi kolegami konserwatorami, którzy będą przeprowadzali te demontaże.

Tomasz Dolabella (dotychczas przypisywany), Anioł z lilią, wieńcem, koroną i palmą oraz herbem Odrowąż, 1619–1625 lub 4. ćwierć XVII w., olej, płótno. Kraków

A skąd w ogóle pomysł na wystawę?

Autorem koncepcji i scenariusza wystawy jest pan Jerzy Żmudziński, historyk sztuki z Krakowa. Dzięki własnym kwerendom oraz wynikom badań technicznych przeprowadzonych podczas konserwacji, dokonał zmiany atrybucji wielu obrazów – przypisał Dolabelli nowe dzieła, inne zaś wykluczył z ouvre malarza. Np. poddany konserwacji Anioł z lilią, wieńcem, koroną i palmą i herbem Odrowąż z Kaplicy św. Jacka u krakowskich dominikanów okazał się być obrazem późniejszym, który niemal na pewno nie wyszedł spod pędzla Tomasza Dolabelli. Pan Żmudziński zwrócił się do nas kilka lat temu z pomysłem wystawy. Dlaczego do nas? Dolabella pracował na dworze królów polskich z dynastii Wazów, których siedzibą był Zamek Królewski. W 2019 świętowaliśmy Rok Wazowski, więc wystawa poświęcona nadwornemu malarzowi dynastii bardzo dobrze ten czas podsumowuje.

Choć do samej Warszawy Dolabella nie za bardzo chciał przyjechać…

Tak, dwór Zygmunta III opuścił Kraków, jednak Dolabella tam pozostał – w Krakowie dobrze się czuł, miał żonę, funkcjonował w środowisku malarzy cechowych. Wolał Kraków także dlatego, że tam po prostu miał bardzo intratne zamówienia – od opatów klasztorów krakowskich i podkrakowskich; były to zazwyczaj bardzo duże cykle religijne. Tutaj największym zleceniodawcą byli krakowscy dominikanie – przez blisko 30 lat Dolabella zapełniał kościół i klasztor swoimi obrazami, stał się on pomnikiem jego twórczości, swoistym „muzeum”. Tam też Dolabella został pochowany w 1650 roku. 

Jak to się stało, że Dolabella przyjechał do Polski? 

To dość prosta historia. Przed Dolabellą dla Zygmunta III zlecenia wykonywał Alessandro Vassilacchi, zwany Aliense, nauczyciel Dolabelli. Razem pracowali przy ozdabianiu Pałacu Dożów w Wenecji. Vassillachi wykonując zlecenie dla Zygmunta III polecił swojego młodego, zdolnego ucznia, jednocześnie już wykształconego i doświadczonego. Dolabella przyjeżdża więc do Krakowa i rozpoczyna pracę jako artysta nadworny. Jest to w zasadzie najwyższa ranga, jaką artysta może wówczas osiągnąć.

Jak wpłynęła działalność Dolabelli na polskie malarstwo?

Jan Feliks Piwarski, Portret Tomasza Dolabelli, przed 1850, cynkografia. Warszawa, Biblioteka Narodowa. Fot. Polona

Przywiózł ze sobą zdobycze malarstwa weneckiego, jego najświetniejszego okresu. Stosował piękne kolory weneckie, czerwień, błękit, róże, żółcienie, kładzione na płótno za pomocą  grubych, impastowych pociągnięć pędzla. Nie na każdym obrazie widać weneckie wpływy, wiele z nich jest utrzymana w ciemnej tonacji – często zależało to od zamawiającego, ale i od realizowanego tematu. Z drugiej strony Dolabella działał bardzo długo w Polsce, przyjechał w 1598, a zmarł w 1650 – to jest ponad 50 lat działalności, więc i jego styl się zmieniał.

Jak Polska wpłynęła na Dolabellę?

Ponoć się spolszczył i „zsarmatyzował”. Miał dwie polskie żony, pierwsza, Agnieszka, była córką wydawcy krakowskiego, druga to pochodząca z Krosna mieszczka. Czuł się w Polsce dobrze i nigdy nie chciał stąd wyjeżdżać. Swojemu nauczycielowi Vassillachiemu wystawił upoważnienie, by ten sprzedał cały jego dobytek we Włoszech. 

Co oprócz dzieł Dolabelli zobaczymy na wystawie?

Zanim zaprezentujemy obrazy Dolabelli, w prologu wystawy chcemy pokazać czym była dla Polaków Wenecja w drugiej połowie XVI w., czyli na chwilę przed tym jak Dolabella do nas przyjechał. Pokażemy pojedyncze przykłady malarstwa weneckiego – Jacopa Palmy Il Vecchio czy Domenica Tintoretta oraz wyroby artystycznego rzemiosła weneckiego – szkło z Murano, a także przykłady majoliki ozdabiane scenami figuralnymi tzw. istoriato, malowane intensywnymi kolorami.

Co jeszcze włoskiego znajduje się na Zamku?

Pucharek, Wenecja (Murano), ok. 1700, szkło chalcedonowe z elementami awenturynowego, wys. 8,5 cm, śr. górna 6,9; śr. stopy 3,6 cm. Kraków, Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Fot. Grzegorz Zygier / MUJ

Wieki po Dolabelli na dworze królewskim pojawił się inny wenecki artysta, Bernardo Bellotto zwany Canalettem, wybitny wedutysta, który pozostawił po sobie cykl widoków Warszawy, dziś prezentowane w Sali Canaletta. Bardzo zainteresowany Włochami był Stanisław August Poniatowski, który wspierał włoskich artystów. Na wystawie pokażemy ciekawy portret Stanisława Augusta pędzla Lampiego – w stroju wziętym z commedia dell’arte, z maską wenecką. Ponoć król nigdy nie dotarł do Wenecji, ale był nią zafascynowany. Stanisław August w takim weneckim wydaniu, jako mieszkaniec zamku w drugiej połowie XVIII w. będzie dla nas przewodnikiem po wystawie.

A Pani sama była we Włoszech, z racji studiów, podróży czy dla przyjemności?

Tak, tak, jeździłam do Włoch – w Wenecji byłam lata temu, i rzeczywiście to surrealistyczne miasto, wydaje się być snem na jawie, wywiera niezapomniane wrażenie. To bogactwo architektury, malarstwa, rzemiosła artystycznego, ale i świadomość znaczenia Wenecji już w bardzo wczesnym średniowieczu oraz fakt, iż Serenissima była tyglem kulturowym, łączyła Wschód z Zachodem – dopiero biorąc to wszystko pod uwagę można chyba zrozumieć, dlaczego to miasto przez wieki fascynowało królów, biskupów, czy w ogóle podróżników. I jeśli do Wenecji pojedziemy, choćby na krótko, wtedy dopiero to…

…widzimy?

Wtedy to czujemy.

Jacopo Palma il Vecchio, Madonna z Dzieciątkiem, św. Janem Chrzcicielem i św. Sebastianem, 1516–1518, tempera i olej, deska. Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, dep. Poznań, Muzeum Narodowe. Fot. © Pracownia Fotografii Cyfrowej MNP

Wenecja: miasto dla mieszkańców

0

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

Niedawne dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w Wenecji sprawiły, że myślami byłem znowu z moimi weneckimi przyjaciółmi. W ciągu blisko dwudziestu lat miałem możliwość przejść przez różne etapy doświadczania tego miasta, co umożliwiło mi ogląd Wenecji i jej mieszkańców z różnych perspektyw.

Mój pierwszy pobyt w Wenecji miał miejsce w momencie, kiedy jeszcze studiowałem architekturę. Byłem też po pierwszym roku równoległych studiów z historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Moment ten był szczególny, ponieważ wiedziałem już sporo o sztuce. Dogłębnie przestudiowałem zagadnienia historii architektury i budowy historycznych miast. Dlatego doświadczenie Wenecji miało dla mnie od samego początku istotny kontekst zawodowy. Cóż z tego, jeśli wszystkie te konotacje zanikały wobec masowej turystyki i nieprzebranych tłumów, które skutecznie niwelują doświadczenie autentyzmu w tym mieście. Po głębszym zastanowieniu można zaryzykować tezę, że tłum zalewający to miasto jest porównywalny do powodzi. Jest też prawie tak samo destrukcyjny dla miasta.

Będąc pierwszy raz w Wenecji, pomimo zdobytej wiedzy z dyscyplin, które w tym mieście istnieją przecież pełniej niż gdzie indziej, nie zdołałem dotrzeć do „Serca” miasta, poznać go w pełni, doświadczyć takim, jakie ono jest. Wenecja przez permanentną, temporalną bytność ludzi z całego świata w tym mieście, wytwarza barierę nie do przeniknięcia – nawet dla ludzi prawdziwie zainteresowanych Wenecją, jej kulturą i autentycznym życiem mieszkańców. Wszystko wokoło wydaje się wykreowane, nieprzyjazne i hermetyczne. Potrafię zatem zrozumieć po trosze relacje turystów przekonujących, że: „Miasto jest ładne, ale na ulicach tłumy, kelnerzy niemili, drogo, a woda w kanałach brzydko pachnie”. Rzecz w tym jednak, że mówią oni w gruncie rzeczy o sobie, o własnych interakcjach z miastem i swojej w nim roli. Poznając miasto tylko z perspektywy turysty, trudno go naprawdę doświadczyć.

W późniejszych latach, kiedy jako wykładowca prowadziłem wyjazdowe seminaria dla studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, dopiero dzięki kontaktom z lokalnym środowiskiem miałem możliwość poznać prawdziwą Wenecję. Wielokrotnie wówczas zadawaliśmy sobie w naszym gronie akademickim pytanie: dla kogo jest Wenecja i kto tu jest u siebie – lokalna wspólnota czy turyści. Dzięki nawiązanej współpracy z Universita IUAV di Venezia, przy osobistym wsparciu Sebastiano Giorgi i prof. Piotra Barbarewicza z IUAV, nasi studenci co roku realizują semestr studiów architektonicznych w Wenecji.

Poznanie i zrozumienie tego miasta wymaga autentycznego zaangażowania w sprawy lokalne Wenecji. Każdy z odwiedzających powinien być po trosze wolontariuszem i zainteresować się sprawami mieszkańców. Wenecjanie z kolei powinni wytworzyć stosowną interakcję, uruchamiając na przykład punkty informujące o dzisiejszym mieście, jego mieszkańcach i ważnych sprawach, które tutaj się toczą.

Maciej Czarnecki, fot. K. Cichoń

Podczas zajęć plenerowych i warsztatowych studenci Politechniki Warszawskiej mogli w pełni doświadczyć zagadnień lokalnych, dlatego też aqua alta nie jest dziś dla nas atrakcją turystyczną, ale istotnym problemem wymagającym szybkiej interwencji.

Wenecja, jak nigdy dotąd, potrzebuje dziś wsparcia. Miasto znika, zalewane przez powódź obojętności i ignorancji dla ważnych problemów społecznych. Wenecja nie może być dłużej produktem na sprzedaż. Należy wspierać inicjatywy lokalne i budować sieć współpracy z innymi ośrodkami, podejmując działania w lokalnym kontekście.

tekst: dr inż. arch. Maciej Czarnecki – architekt, wykładowca Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, członek ICOMOS, DOCOMOMO International, Stowarzyszenia Historyków Sztuki i Stowarzyszenia Architektów Polskich

foto: Sebastiano Casellati

Wenecja: szukając serca Wenecji

0

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

Wychodzę z domu. Na Campo San Polo słońce przebija się przez chmury. Witam się z sąsiadami, którzy wyprowadzają psy, prowadzą dzieci do szkoły, lub siedzą na ławeczkach. Idę do pracy, ale wcześniej do kawiarni, gdzie wiedzą, że zaraz wypije cappuccino z mlekiem sojowym. Wewnątrz kilka twarzy wita mnie uśmiechem. Nie znamy się, ale czasami rozmawiamy. Po kawie, wychodzę na gwarną uliczkę. 

– Którędy do Placu Świetego Marka? – pyta przechodząca turystka.

– Najłatwiej jeśli Pani pójdzie prosto do Rialto, przekroczy Canal Grande i potem skręci w prawo za znakami. Proszę dla pewności zapytać po drodze. To tylko 15 minut. Trudno się zgubić… i bardzo łatwo. Hahaha! 

Śmiejemy się obie, życzymy sobie dobrego dnia i idziemy każda w swoim kierunku. Lubię pomagać turystom i wiem, że każdy kto przyjeżdża do Wenecji jest ciekawy jej zabytków. Wiele osób pyta o San Marco, żeby zwiedzanie zacząć od „serca Wenecji”. Chętnie pomagam tam trafić, bo wiem, że to wyjątkowe miejsce nie ma sobie równych. Ale dla mnie serce Wenecji bije gdzieś indziej i mapa miasta wyglada inaczej.

Dom, w którym mieszkam i ulubiona kawiarnia, gdzie pojawić się w domowych pantoflach to nic dziwnego. Mieszkanie przyjaciela, u którego przy stole śmiech gości miesza się z dźwiękiem talerzy pełnych pysznego jedzenia. Pięć kilometrów trasy biegowej z widokami motywującym bardziej niż medal olimpijski. Sklep z uszczelkami i wszystkim czego trzeba, żeby naprawić krzesło, żeby nie wyrzucać. Rynek warzywny i stoisko z kwiatami do wazonu. Restauracja stworzona przez uchodźców z Bliskiego Wschodu. Księgarnia w której mądre książki i mądrzy ludzie to nie rzadkość. Galeria sztuki. Bar, w którym przy kieliszku prosecco rozmawiałam z najlepszymi osobami, jakie znam. Miejsce spotkań stowarzyszenia działaczy społecznych.

Anna Poczobutt, fot. A. Tedesco

Po sześciu latach nadal poznaję historię miasta i uczę się o jego współczesności. Wenecja i jej bogata przeszłość to skarb, którego odkrywanie chętnie ułatwiam gościom. I polecam, aby w dniach wypełnionych turystycznymi wrażeniami znaleźli czas na wsłuchanie się w rytm prawdziwego serca Wenecji: na nabrzeżu o zachodzie słońca, na ławce pod drzewem, na targu i w kawiarni albo nad kanałem, gdzie wielki statek przepływa natrętnie lub na uliczce gdzie linia na ścianie wskazuje poziom wody w czasie ostatniej powodzi. Poszukiwaczom serca Wenecji życzę, aby w drodze po zabytki zatrzymali się i dali sobie szansę na zobaczenie tego, co najcenniejsze: ludzi, którzy tutaj mieszkają, bo to oni są żywymi fundamentami Wenecji.

foto: Sebastiano Casellati

Wenecja: interesy, które topią piękno

0

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

Wraz z wodą, która systematycznie w ciągu ostatnich tygodni zalewa miasto, z impetem wtargnęła gorzka refleksja. Do tej pory, w zasadzie od wielkiej wody z 1966 roku, wiele osób na świecie nie uważała przypływów w Wenecji za problem, więc może to jedyny pozytywny aspekt tych przykrych okoliczności.

Oczywiście nie mogę mieć pewności, iż refleksja ta znajdzie wszędzie swoich odbiorców. Patrząc na turystów, którzy z jakąś obrzydliwą radością na twarzach brodzą, skaczą w wodzie i trzaskają serie zdjęć, podczas gdy obok ktoś traci cały dorobek życia lub miejsce pracy, mam pewne wątpliwości.  Rzecz jasna znajdą się również turyści świadomi, dla których Wenecja to coś więcej niż miejsce na szybkie zakupy i dobry materiał na instagram. Zatrważające jest to, że  potencjał nauki, jak choćby nautyki, hydrotechniki i architektury, schodzi na manowce polityki, korupcji, turystyki. Priorytetem powinno być spójne i zrównoważone zarządzanie wszystkich instytucji zaangażowanych w ochronę zabytków i ich mieszkańców, mające na celu znalezienie idealnego rozwiązania, uwzględniającego fakt, że z otaczającą wodą należy żyć w idealnej symbiozie.

Justyna Głuszenkow

Z uwagi na  miejsce Wenecji w światowym dziedzictwie kulturowym chcę wierzyć, że zaangażowanie w sprawę będzie na światowym poziomie. Chcę również wierzyć, że przyszłe pokolenia nie będą zmuszone do zaspokajania wspomnień o Wenecji w jej wybrakowanej pod wieloma względami podobiźnie, tudzież wydmuszce w Las Vegas. Tam nie znajdą zmurszałych i zniszczonych przez upływający czas starych palazzi, które były świadkami wielu wydarzeń historycznych. Tam ich nozdrza nie zostaną zmierzwione wonią z kanału, która z założenia jest nieprzyjemna, jednak niesie nieodzowny klimat laguny. Tam, w lokalnych trattoriach, nie spotkają prawdziwych Wenecjan, którzy między lampką wina a wyśmienitą pastą, czy świeżymi owocami morza, opowiedzą swoją historię, bo to od nich wszystko się zaczęło.

foto: Sebastiano Casellati

Wenecja: miasto symbolem kultury

0

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

Dane mi było spędzić w Wenecji prawie jedna trzecią z najlepszych lat mojego życia. Ponad osiem lat pierwszych poważnych zachwytów i zawodów mojego dorastania przeżyłem w tym dziwacznym, jedynym w swoim rodzaju mieście. Kamienno-ceglanym labiryncie starożytnych, lecz zawsze aktualnych pragnień, w jednej z kolebek ludzkiego geniuszu przezwyciężania przeciwności. Ambicji, poprzez którą chcemy zbliżyć się do stwórcy. 

Rodzice wypuścili mnie z domu jeszcze dzieckiem, La Serenissima natomiast wychowała mnie na dorosłego człowieka. Wykształciła we mnie uwielbienie dla odwagi stawiania na swoim, wytrwałości w dążeniu do twórczej zmiany. Dorastałem w otoczeniu przykładów przełomowych osiągnięć rzeźbionych siłą woli, takich jak pełne ekspresyjnej siły malarstwo Tintoretta, które o setki lat wyprzedzało swoją epokę (wystarczy spojrzeć na jego Ostatnią Wieczerzę z kościoła San Trovaso na Dorsoduro); pierwszych w świecie kobiet, które odważyły się otwarcie nie tylko śpiewać własne kompozycje, ale i prowadzić swoje własne assemblee jak Barbara Strozzi; czy samej idei Zjednoczonej Europy, której pluralistyczny aspekt wywodzi się z demokracji współtworzonych latami w moich dwóch ojczyznach, a która w efekcie dała mi możliwość nieskrępowanego przemieszczania się pomiędzy nimi, korzystania w pełni z tego, co mają do zaoferowania. 

A to zaledwie podstawy nauk, które pobierałem w tym efemerycznym mieście tak kochanym przez twórców z całego świata, którzy stawiali w nim kroki wysoko zadzierając głowy w poszukiwaniu nieoczywistego: Mozarta, Brodskiego, Miyazakiego. Ponieważ główną lekcją, której udzielił mi piękny sen zwany Wenecją to zawód. Rozczarowanie, tak typowe dla marzycieli. 

To uczucie, które następuje zaraz po kulminacji twórczej wizji, chwilę po tym jak wszystko staje się jasne i wyraziste. Uczucie wyobcowania związane z tym, że zdajemy sobie sprawę jak trudne będzie podzielenie się tą wizją z innymi.

Mateusz Lucjan Wojciechowski

Jak wielką będziemy musieli wykonać pracę, by odciągnąć uwagę większości z nas od zwykłej prozy życia. Prostej kalkulacji zysku i strat w bilansie szybko uciekających dni. 

Bilansie, który obecnie skłania się bardziej ku krótkowzrocznemu zyskowi tak typowemu dla końca czasów. Kiedy zamiast ratować piękny żaglowiec przed zatopieniem oficerowie napychają kufry w swoich szalupach pozostałościami przeszłych podbojów, podczas gdy kapitana już dawno nie ma na pokładzie. Kiedy hotele są ważniejsze niż szkoły, a umiejętność wiosłowania ceniona jest bardziej od wiedzy o nawigacji przy pomocy gwiazd. 

foto: Sebastiano Casellati

Wenecja: ryzyko Disneylandu

0
immagine: Beata Malinowska-Petelenz

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

Wenecję się opisuje, obrysowuje, trawi i nosi w sercu. Jest miastem zrodzonym z wody, to zwycięski efekt zmagań człowieka z naturą i wzór ścisłej, naturalnej symbiozy sieci wodnej z tkanką urbanistyczną. Tutaj woda dyktuje kształt i narzuca formę – pisał Lech Majewski w swej powieści „Metafizyka”: Jest metalem, ostrzem noża, nożycami krojczego, które ucinają domy i ulice w sposób bezwzględny i ostateczny.

Ale ta przemyślana i wypracowana przed wiekami równowaga jest krucha i delikatna. Wielkie wycieczkowce, turystyczne biało-błękitne kolosy, majestatycznie defilujące przed nabrzeżem placu św. Marka wywołują fale, przemieszczając setki tysięcy metrów sześciennych wody i naruszając delikatne fundamenty miasta. Pomimo wcześniejszych zapowiedzi, że we wrześniu 2019 roku zostanie wprowadzony zakaz wpływania do Laguny Weneckiej, tego zakazu ciągle nie ma. Szkody dla ekosystemu laguny są nieodwracalne. 

Dziś Wenecja, najpiękniejsze miasto świata, mekka romantyków i dekadentów, malarzy i poetów,  bohaterka symbolicznej noweli Tomasza Manna powoli umiera przepoczwarzając się w zmakdonaldyzowany park rozrywki. Ginie pod falami acqua alta na oczach całego świata: w świetle jupiterów, szumie newsów i kamer największych stacji telewizyjnych – tak jak paliła się katedra Notre Dame, jak płonęły amazońskie lasy. A przyczyną tego jest jeden z grzechów głównych współczesnej globalizacji: chciwość. Chciwość, która dziś przybrała twarz brutalnej, masowej turystyki.

Wenecjanie walczą zalewani przez wodę i turystów. Ale pytania o kierunek rozwoju miasta wybrzmiewają coraz głośniej, pytania o przyszłość Wenecji. Wszak La Serenissima jest zjawiskiem ponadnarodowym i ponadkulturowym – to przestrzeń szczególnie wyróżniona i odznaczająca się charakterystyczną „nadwartością”. To miasto-indywidualność, z duszą, miasto będące aktywną, kreatywną siłą i miejscem światowych festiwali. Wenecja to niepodważalny kanon miejskiego piękna i ukoronowanie formy architektonicznej. To też wielki mit, który stał się pożywką dla rozwoju europejskiej kultury. 

Beata Malinowska-Petelenz

Ale to również tłumy turystów, głównych aktorów niekończącego się karnawału, windujących ceny nie do przyjęcia dla większości Wenecjan. Most Rialto, sesja zdjęciowa na placu św. Marka, gadżet made in China, selfie z prosecco nad Canal Grande i powrót do domu. Turystyczna monokultura i monogospodarka. Niekończąca się nadkonsumpcja wrażeń. I odpływ rdzennych mieszkańców. Czy Wenecja zawróci ze ścieżki Disneylandu? 

***

Niedziela, 3 listopada 2019 roku. Woda zaczyna wzbierać. Apokalipsa powoli nadciąga. Stojąc na kamiennych płytach Piazzetty, patrzę na płynącego kolosa. Show must go on.  Quo vadis Wenecjo?

tekst: Beata Malinowska-Petelenz (architektka, malarka, autorka książek. Członek Stowarzyszenia Architektów Polskich)
rys: Beata Malinowska-Petelenz

Kocham wenecjan

0

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. No prawie. Moja pierwsza podróż do Włoch, ponad ćwierć wieku temu. Miałam 17 lat. Niewiele wiedziałam o Włoszech. Czułam tylko, że bardzo chcę je zwiedzić. Po ponad 30 godzinach jazdy autokarem, życie wypluło mnie na Piazzale Roma. Tak właśnie się czułam. Wypluta. 15 sierpnia. Nie wiedziałam, co to za dzień w kulturze Włoch. Nie wiedziałam, że trudno mi będzie spotkać w sierpniu we włoskich miastach ich mieszkańców. Na weneckim parkingu tłum turystów.

Pierwsza myśl, jaką miałam, gdy zostałam z plecakiem na Piazzale Roma w tamten upalny poranek, to: “Chcę wrócić do domu!” Usiadłam na krawężniku i rozpłakałam się. Autokar powrotny miał przejeżdżać przez Wenecję dopiero 24 godziny później, postanowiłam więc zobaczyć chociaż morze. Nigdy wcześniej nie byłam nad innym morzem niż Bałtyk, a stamtąd miałam cudne wspomnienia. Miałam nadzieję, że morze ukoi moją tęsknotę a drzemka na plaży sprawi, że ciut odpocznę po podróży.

Pamiętam jak tramwaj wodny linii 1 płynął przez Canale Grande, jak byłam coraz bardziej oszołomiona tym, na co patrzyłam i jak zupełnie zaparło mi dech, gdy przepłynęliśmy przed San Marco. W tramwaju pełnym Japończyków, dostrzegłam kobietę o europejskich rysach i poprosiłam ją o zdjęcie. Zaczęłyśmy rozmawiać. Okazało się, że była chyba ostatnią wenecjanką, pozostałą jeszcze w mieście i właśnie jechała na plażę. I tak wylądowałam na Lido w grupie wenecjan świętujących Ferragosto. Bezcenne.

Bo w Wenecji, bezcenni są przede wszystkim jej rdzenni mieszkańcy. Odkąd ich poznałam, nie chcę wracać do domu. Nauczyłam się żyć, jak żyją wenecjanie. Bo jak mieszkasz w Wenecji, to w wąskich uliczkach o świcie, we mgle, spotykasz tylko znajomych. Bo jak mieszkasz w Wenecji, to na targu czekają na ciebie najpyszniejsze ryby świata a sprzedający pamięta twoje preferencje.

Magdalena Zbrzeska

W barze, po południu, jesteś witany jak w domu. A właściciel księgarni pamięta, czy książkę, którą trzymasz w ręku, kupiłeś koledze na urodziny kilka lat wcześniej, czy nie.

Jak mieszkasz w Wenecji, to musisz mieć wygodne buty, gdyż codziennie przemierzasz miasto wzdłuż i wszerz nie tylko łódką. Wenecja bez wenecjan przestanie istnieć, bo to przede wszystkim ludzie, którzy naprawdę kochają swoje miasto. Tak jak Alessia, która podczas acqua alta stoi w wodzie po pas starając się ocalić co się da z pracowni męża i cieszy się, że kolejnego dnia będzie padać deszcz, który zmyje morską sól z weneckich kamieni, pełnych historii.

foto: Sebastiano Casellati

Vademecum sytuacji w Wenecji

0

Artykuł został opublikowany w numerze 78 Gazzetty Italia (grudzień 2019 – styczeń 2020)

PŁYWY MORSKIE

12. listopada w Wenecji miał miejsce drugi największy przypływ w historii miasta. Woda osiągnęła poziom 1,87 cm, czyli tylko o 7 cm mniej niż owego fatalnego 4. listopada 1966 roku, który wszyscy wenecjanie wspominają jako „acqua granda”. Po tym dramatycznym 4. listopada cały świat zdał sobie sprawę z tego, jak delikatnym miejscem jest Wenecja i jej zatoka. Ekosystem, który wenecjanie z Serenissimy ocalają od wieków przed procesem zapiaszczenia, który rozwijałby się, gdyby nie pomysłowe rozwiązania inżynierii wodnej, przekierowujące wody rzeczne poza teren zatoki tak, aby osady płynące z nurtem rzek wpadały do morza, a nie do laguny.

Z biegiem czasu powstał inny problem. Prawie od wieku istnieje obawa, że laguna zmieni się z zatoki o płytkich wodach w pewnego rodzaju zatokę morską. Od końca drugiej wojny światowej poziom przypływów jest dużo wyższy. Pływy morskie to powtarzające się cyklicznie zmiany poziomu morza, które mają miejsce na całym świecie, a ich wielkość zależy od położenia geograficznego, kształtu wybrzeża i głębokości morza. Morze Adriatyckie, ze względu na położenie ukośne i rozciągające się od północnego – zachodu na południowy – wschód oraz ze względu na swoją wydłużoną formę, to rodzaj zamkniętego kanału, co powoduje że amplitudy pływów są znaczne. Najsilniejsze przypływy, tzw. syzygijne, występują podczas pełni i nowiu Księżyca.

Oprócz czynników astronomicznych, istnieją również inne, które mają znaczenie podczas przypływów, np. wiatr. Przypływy w Wenecji nie są spowodowane żadną falą, jak często słyszę w relacjach mediów, ale wzrostem poziomu wody w basenie laguny. Wysokość wody zależy od tego jak szybko i jak długo jej poziom wzrasta. Cykl pływów powtarza się mniej więcej dwa razy dziennie: przerwa między dwoma wysokimi (lub dwoma niskimi) kolejnymi pływami to średnio dwanaście godzin. Przy założeniu, że niektóre części Placu św. Marka są zalewane przy wzroście poziomu wody do 80 cm oznacza to, że średnio 100-150 razy w roku na tym najpiękniejszym placu na świecie jest wysoka woda wraz ze wszystkimi konsekwencjami, o których wiemy; słona woda pozostawia po sobie sól morską, która kruszy mury budynków.

Żeby zrozumieć związek między miastem a pływami, trzeba zaznaczyć, że przy poziomie wody większym niż 110 cm 12% miasta jest zalane, natomiast przy 140 cm zalane jest 59% miasta. Podczas ostatniego przypływu, 12 listopada, zalane zostało około 85% miasta. Powódź, jak wiadomo, ma wpływ na wszystkie aspekty życia, od przemieszczania się na piechotę po żeglugę, od obsługi towarów po turystykę. Obliczanie pływów zaczyna się od zera tuż przy Punta della Salute, obok dawnego morskiego urzędu celnego i niedaleko Bazyliki Santa Maria della Salute. Wysokość terenu jest tam niższa niż w mieście o kilkanaście centymetrów i zbliżona jest do średniego poziomu morza, co zostało ustalone jeszcze w czasach Republiki Weneckiej. 

KWESTIE SPORNE

Oczywistym jest, że nie należy zwiększać tempa wzrostu wody z przypływu, która dostaje się do laguny przez trzy wejścia portowe. W ostatnich latach natomiast wykopano kanał zwany Canale dei Petroli, prosty i głęboki, przez który statki handlowe wpływają przez Port Malamocco do Portu Marghera. To korytarz wody, przez który wysoki przypływ biegnie bez przeszkód, przyspieszając znacznie podnoszenie się poziomu wody. Poza tym, wewnątrz laguny, w Porcie Marghera, niektóre tereny zostały oczyszczone na użytek przemysłowy, co jeszcze bardziej ułatwiło rozprzestrzenianie się wody w zatoce.

Sytuację pogarsza też globalne ocieplenie, które powoduje podnoszenie się poziomu wód i sprawia, że coraz częściej rejestruje się nadzwyczaj wysokie przypływy. Natomiast zjawisko osiadania gruntów zostało przyspieszone przez człowieka, kiedy od lat trzydziestych do osiemdziesiątych zeszłego wieku, przedsiębiorstwa w Porcie Marghera zaczęły wypompowywać wodę z powierzchni gruntowych, powodując tym samym opadanie terenu. Aby zrozumieć o ile obniżył się poziom miasta wystarczy zaobserwować podczas odpływu jak bardzo schody do budynków zanurzają się w wodzie, obecnie znajdują się cały czas pod wodą.

MOSE

Po wielkim przypływie z 1966 roku zaczęto myśleć o sposobie ochrony miasta, który z jednej strony wzmacniałby linię brzegową Lido i Pellestriny, a z drugiej zamykałby wejście do portu. Po długich dyskusjach w 1992 roku wybrano projekt o nazwie MOSE (Elektromechaniczny Moduł Eksperymentalny), system śluz powstałych w 1981, aby skutecznie chronić Wenecję. Pomysł stworzono w odpowiedzi na różnego rodzaju ograniczenia wprowadzone zarówno przez Ochronę dóbr kultury – tama musiała być jak najmniej widoczna –  jak i władze portów, które zastrzegły sobie, że system musi działać bez zarzutu. Ten ostatni warunek spowodował, że kanały wejściowe do portu musiały zostać pogłębione, co w rezultacie zwiększyło ilość wody wpływającej do laguny.

System Mose składa się z 78 śluz przymocowanych do dna przy wejściu do portu. Określa się je jako ruchome, ponieważ przy normalnych pływach są pełne wody i pozostają schowane na dnie w odpowiednich osłonach. W momencie, kiedy wylewa się z nich wodę pod ciśnieniem skompresowanego powietrza, śluza się podnosi obracając się wokół osi dwóch zawiasów, które łączą ją z osłoną. Wykorzystując prawo siły wyporu, mimo że śluzy pływają wolno na wodzie ze względu na fale, są w stanie utrzymać różnicę w wysokości wody między laguną a morzem. Od prezentacji projektu do rozpoczęcia budowy minęło jedenaście lat, pozwolenie na budowę wydał ówczesny premier Włoch, Silvio Berlusconi 14 maja 2003 roku.

Społeczność naukowa i gmina Wenecji w międzyczasie przedstawiły inne projekty, zgłaszając zastrzeżenia odnośnie projektu Mose, systemu który będąc aktualnie cały czas pod wodą ulega korozji. Żeby uniknąć przetargów, do wykonania projektu zatrudniono jednego wykonawcę, Consorzio Venezia Nuova, który z biegiem lat przyjmował coraz większe kwoty dofinansowania, dzięki słynnej specjalnej ustawie, zatwierdzonej na kompleksową ochronę Wenecji, która przewidywała również czyszczenie kanałów i dofinansowanie na renowację budynków. Projekt miał kosztować 3,4 miliardy euro, a do dzisiaj pochłonął już 5,49 miliardów i to jeszcze nie koniec. Zgodnie z tym, co mówią technicy zaawansowanie prac jest na poziomie 94% i zakłada się, że do ich zakończenia potrzebne będzie kolejne 400 milionów euro. Mose miał być wykonany do 2016 roku, w tym momencie zakończenie prac i wprowadzenie do użytku przewidziane jest na 2021 rok. Poza tym, szacuje się, że koszty utrzymania Mose wyniosą około 100 milionów euro rocznie. Całe przedsięwzięcie naznaczone jest poważnymi przypadkami korupcji, na które wydano prawomocne wyroki sądowe.

KONKLUZJE

Dyskusje na temat fizycznej ochrony Wenecji mogłaby jeszcze długo trwać, ograniczymy się tutaj do przypomnienia, że poza fizycznym ratowaniem miasta pojawia się dzisiaj jeszcze jeden naglący problem, a mianowicie ratowanie warstwy społeczno-ekonomicznej Wenecji, która przez ostatnie 40 lat straciła 70 tysięcy mieszkańców, czyli dokładnie połowę z wcześniej zameldowanych, zniknęło także wiele zawodów i usług. Miastu grozi dzisiaj to, że stanie się sztucznym parkiem rozrywki na niskim poziomie i przeznaczonym dla masowej turystyki. Wobec błędów popełnionych do tej pory, próbując chronić lagunę, kończę cytatem jednego z dekretów Republiki Weneckiej, który pokazuje z jak ogromną uwagą i mądrością Wenecja była zarządzana przez tysiąclecie:

„Z woli Opatrzności Wenecja powstała na wodzie, jest otoczona wodą i, w miejsce murów, przez wodę chroniona: ktokolwiek odważy się wyrządzić jakąkolwiek szkodę wodom publicznym, będzie skazany jako wróg państwowy i ukarany równie srogo jak ktoś, kto naruszył mury Państwa. Prawo tego edyktu jest niezmienne i wieczyste.”

tłumaczenie pl: Agata Pachucy
fot: Sebastiano Casellati

Powiązane artykuły:

Giovanni Antonio Sacco

0

GIOVANNI ANTONIO SACCO (ur. w Wiedniu 3 lipca 1708 r. – zm. na statku z Genui do Marsylii 19 marca 1788 r.). 

Tancerz, choreograf, największy w dziejach odtwórca ról Harlekina i Truffaldina w commedii dell’arte. Syn Gaetana Sacco, stojącego na czele trupy weneckich tancerzy i komików, oraz Libery, także tancerki i komiczki. Urodzony w Wiedniu podczas tournée rodziców po Europie. Miał trzy siostry: Adrianę, Annę Caterinę i Franceskę. Ożenił się z Antonią Franchi, również komiczką i tancerką, z którą miał syna Giovanniego oraz dwie córki, Angelę i Giovannę. Podczas Karnawału w  1730 r., w wieku zaledwie 22 lat, Giovanni Antonio Sacco tańczy jako „drugi Zanni” w Teatro della Pergola we Florencji. Wielki książę Gian Gastone de’ Medici, obecny na spektaklu, jest zachwycony jego występem wokalnym, gestami i mimiką; zaprasza go na powtórny występ, już kolejnego wieczora, razem z całą rodziną, do Teatro del Cocomero.

Poza nim, znanym już z roli Harlekina w „Słudze dwóch panów” Carla Goldoniego, w trupie prowadzonej przez jego ojca przez lata występować będą trzy Innamorate: jego matka, Libera Sacco, jego żona Antonia Franchi, zwana Beatrice, oraz jedna z jego sióstr, Anna Caterina Sacco; w roli Servetty: kolejna z jego sióstr – Adriana Sacco Lombardi, zwana Smeraldiną; w roli Clarice: Francesca Dima; jako trzej Innamorati: Pietro Pertici, Francesco Ermano lub Hermano oraz Ieronimo Ferrari, znani pod pseudonimem Silvio; w roli Pantalonego: Antonio Fioretti oraz André lub Andrea Bertholdi lub Bertoldi; w roli Brighelli: Domenico Zanardi; w roli Tartaglii: Agostino Fiorilli; jako Dottore: Rodrigo Lombardi, Carlo Malucelli i Ferdinando Colombo; jako Cantatore: Pietro Mira; jako Cantatrice: Alessandra Stabili; wiolonczelista: Gasparo Janeschi lub Taneschi; do tego komicy: Carlo Gibelli, Giovanni Porazisi, Camillo Ganzaga, Giovanni Antonio Guerra, Giovanni Piantanida wraz ze swoją żoną Costanzą Piantanidą, Luigi Madonis, Antonio Madonis, oraz niejaki, bliżej niezidentyfikowany, Kandake. W kwietniu 1733 r., nadal występując w trupie swojego ojca, która wówczas otrzymywała roczne wynagrodzenie w wysokości 12 500 rubli, dociera do Sankt Petersburga, gdzie gości go na swym dworze caryca Anna Iwanowna. Tam, przez półtora roku, trupa wystawia aż 26 przedstawień. W listopadzie 1734 r. z powodu choroby ojca, Giovanni przejmuje przewodnictwo w trupie. 

Gdy w styczniu następnego roku ojciec umiera w Sankt Petersburgu, Giovanni decyduje się wyjechać z Rosji. Razem ze swoją rodziną i większością członków trupy udaje się więc w drogę powrotną do Włoch. Przejeżdza przez Polskę, rządzoną przez Augusta III Saskiego; bawi zapewne jakiś czas w Warszawie, wystawiając część repertuaru wcześniej prezentowanego w Rosji. W polskiej stolicy jeszcze trzy lata przedtem występowała trupa Tommasa Ristoriego, odtwórcy roli Coviella; nadal działa tam jednak muzyk Giovanni Alberto Ristori. W tym mieście, w przeszłości, rolę Coviella odgrywał, z wielkim powodzeniem, jego stryj, komik Gennaro Sacco, brat jego ojca, dyrektor trupy z Théàtre Italien w Paryżu, finansowanej przez Ludwika XIV, będący także autorem monografii „La commedia smascherata, ovvero i comici esaminati” („Commedia bez masek, czyli studium komików”) z 1699 r.

Po wyjeździe z Polski, zostawiwszy w Warszawie dwóch artystów, Gaspara Janeschiego i Franceska Ermana, Giovanni przybywa do Czech i 8 października, wciąż wraz z rodziną i tą samą grupą artystów, drugi raz zatrzymuje się w Pradze, aby wystawić parę przedstawień we wspaniałej Sali Balowej Pałacu Lichtensteinów w dzielnicy Malá Strana. Wiosną 1738 r. Giovanni Antonio Sacco, wraz z całą rodziną, w tym synem Giovannim i siostrą Franceską, którzy obaj w młodym wieku zostali aktorami, zostaje członkiem trupy z Teatro San Samuele w Wenecji, gdzie impresariem jest Michele Grimani, szefem  trupy Giuseppe Imer, a autorem komedii Carlo Goldoni. W 1753 r. udaje się na występy do Lizbony, po drodze odwiedzając Genuę, a w 1764 r., na zaproszenie cesarza, udaje się do Innsbrucka. Po powrocie do Wenecji, powraca do pracy głównie w roli aktora-improwizatora w  teatrach San Samuele i San Giovanni Grisostomo, pod kierunkiem Onofria Paganiniego, ponownie wystawiając „Harlekina, sługę dwóch panów”, sztukę napisaną w 1745 r., w dialekcie weneckim, przez Carlo Goldoniego, z którą Giovanni Antonio debiutował już w Wenecji w 1746 r., w Teatro San Grisostomo – ponownie wystawioną w Mediolanie w 1749 r. Wystawił także wówczas swoją najbardziej udaną sztukę, „Truffaldino molinaro innocente” („Truffaldino niewinny młynarz”), głównym bohaterem której jest Truffaldino, będący wariacją na temat maski Harlekina. 

Niektórzy młodzi członkowie jego trupy, wówczas już wybitni komicy, tak jak ich mistrz, najwierniejsi jego wychowankowie i krewni,  decydują się powrócić do Polski – która, już pod rządami Stanisława Augusta, przyciąga najznaczniejszych artystów z całej Europy – aby przekazywać dalej sztukę Giovanniego Antonia, rozsławioną w występach jako Harlekin i Truffaldino, nauczając gestykulacji, mimiki pantomimy, charakterystycznych dla commedia dell’arte, jego własną metodą. Skorzysta z tego hrabia Jan Potocki, dramaturg, archeolog i historyk, pisząc “Parady”, prawdziwą commedię dell’arte, napisaną po francusku, wystawioną w teatrze dworskim na należącym do niego zamku w Łańcucie w 1792 r.

W 1771 r. Giovanni Antonio Sacco przyjmuje do swojej trupy w roli pierwszoplanowej aktorki, śpiewaczki i tancerki Teodorę Ricci, wraz z jej mężem, komikiem Franceskiem Saveriem Bartolim. Matka Teodory, Emilia Gambaciani Ricci, również występowała w trupie, gdy przewodniczył jej jeszcze ojciec Giovanniego Antonia, Gaetano Sacco. Autorem i poetą współpracującym z trupą jest teraz hrabia Carlo Gozzi. Wraz z Giovannim Antoniem Teodora Ricci występuje w komediach „Innamorata da vero” („Zakochana naprawdę”), będącej, niestety, jej pierwszym fiaskiem, oraz  „La Principessa filosofa” („Księżniczka filozofka”) Gozziego, która z kolei była jej pierwszym prawdziwym sukcesem, który pozwoli jej następnie zagrać główne role w sztukach „Gustavo Wasa” („Gustaw Waza”) Alessio Pirona oraz „Conte di Essex” („Hrabia Essexu”) François-Thomasa-Marie de Baculard d’Arnaud. Po przeminięciu mody na komedię masek Goldoniego i Pietra Chiariego, Sacco przerzuca się na baśnie komponowane dla niego przez Carla Gozziego; wenecka publikaprzyjmuje je bardzo przychylnie. W 1774 r. Giovanni Antonio Sacco znów jest w Polsce, gdzie, oprócz innych przedstawień, 30 kwietnia wraz ze swoją trupą uczestniczy w balecie w ramach przedstawienia „L’Amore Artigiano” („Miłości rzemieślniczej”) C. Goldoniego i F. L. Gassmanna, przygotowanego przez komika Józefa Feliksa Kurza, a w 1775 r. wykonuje balet „Pan und Sirinx” („Pan i Syrinks”), zaczerpnięty z „Metamorfoz” Owidiusza spektakl z choreografią przygotowaną przez samego Giovanniego Antonia, który debiutuje w Teatrze Publicznym w Warszawie. Giovanni Antonio Sacco, stypendysta króla, razem z Franceskiem Casellim, jest przedstawicielem nowego nurtu w sztuce baletowej. Jeszcze przez trzynaście lat, wraz ze swoją trupą teatralną, wystawia swoje balety w całej Europie.

Umiera w wieku osiemdziesięciu lat na pokładzie statku, którym płynął, w trakcie tournée, z Genui do Marsylii. Jego ciało wyrzucono do morza, niby nędznika, nie wznosząc mu godnego nagrobka. W trakcie panowania Stanisława Augusta, miłośnika teatru, nauki i sztuki, do Polski przybędą jeszcze kolejni artyści: architekci, kompozytorzy, aktorzy teatralni, poeci, naukowcy, w tym wielkie osobowości, takie jak: Giovanni Paisiello, Domenico Cimarosa, Cagliostro, Casanova, Francesco Maria Lanci, Sebastiano Ciampi; także malarze: Tommaso Dolabella, Martino Altomonte, Marcello Bacciarelli, Jan Chrzciciel Lampi, Giuseppe Grassi, Enrico Pilatti, Giacomo Contieri, Leonardo Gallo, Francesco Lazzarini, Tommaso Righi, Gioacchino Staggi, Giacomo Monaldi, i wreszcie Bernardo Bellotto, zwany, tak jak jego wuj Giovanni Antonio Canal, Canalettem. 

tłumaczenie pl: Jan Steinmetz