Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 95

Bolonia pieszo: Sanktuarium Madonny św. Łukasza

0

Jeśli choć raz mieliście okazję odwiedzić Bolonię, to z pewnością zwróciliście uwagę na górującą nad miastem piękną budowlę o charakterystycznej pomarańczowej fasadzie. I nie ma znaczenia, czy podróżujemy samochodem, pociągiem czy samolotem – Sanktuarium Madonny św. Łukasza jest pierwszym obiektem, który wita nas zaraz po przyjeździe do stolicy Emilii-Romanii. 

Długi spacer ponad bolońskimi dachami

Sanktuarium, do którego prowadzi ciąg 666 (sic!) arkad, zostało wybudowane na jednym z okalających Bolonię wzgórz, przez co ponad 3-kilometrowy spacer do świątyni jest krótką „pielgrzymką”, którą każdy odwiedzający Bolonię przyjezdny powinien przynajmniej raz odbyć. Budowę najdłuższego w mieście ciągu arkad oraz 15 kaplic rozpoczęto w latach 70-tych XVII wieku. Projekt konstrukcji przechodził z rąk do rąk różnych architektów i wykonawców, aż w końcu został ukończony w I poł. XVIII wieku. Sanktuarium od wieków stanowiło cel dla wielu pielgrzymów, chcących ujrzeć znajdującą się w świątyni sławną ikonę Madonny z dzieciątkiem. Obecnie do świątyni można dojechać także samochodem, choć nasuwa się pytanie „po co?”, skoro można cieszyć się długim spacerem, obserwując jak za naszymi plecami miasto oddala się i staje coraz mniejsze i bardziej przejrzyste, aż do momentu, w którym będziemy mogli podziwiać całą jego panoramę. 

Zielona oaza spokoju

W pogodny dzień promienie słońca wpadają pod łuki portyków, ogrzewając zmierzających na wzgórze przechodniów, a z kolei przyjemny chłód bijący od murów przynosi orzeźwienie mieszkańcom uprawiającym jogging. Jesienią długi ciąg arkad osłania przed wiatrem i ciepłym bolońskim deszczem, a dotarłszy na szczyt wzgórza cały trud spaceru wynagradza widok – z jednej strony na soczystą zieleń Emilii-Romanii, a z drugiej – na czerwone dachy bolońskiej grubaski. Mały ogród przed sanktuarium, gdzie na kocach przesiadują mieszkańcy miasta, wydaje się miejscem spotkań, małym salonem na łonie natury, cichą oazą spokoju wyniesioną ponad duszne mury nagrzanego ludzkim zapałem miasta. 

Przed świątynią panuje magiczna, kojąca cisza. Spacer pod arkadami sprzyja pogodnej zadumie, która udziela się przechodniom, gdy podczas przerwy w marszu przysiadają, opierając się o kamienne łuki i spoglądają w stronę ukrytej za koronami drzew panoramy miasta. Z góry Bolonia wydaje się cicha i ceglana, tylko w oddali słychać stłumiony szum lądującego samolotu.

Bolonia pieszo – praktyczne wskazówki: 

  •  spacer do sanktuarium najlepiej rozpocząć od bramy Porta Saragozza, skąd rozpoczyna się najdłuższy ciąg arkad prowadzący do świątyni, lub od ulicy Meloncello (gdzie znajduje się przystanek autobusowy o tej samej nazwie; polecam połączenie autobusowe z via dei Mille znajdującej się w centrum miasta, skąd autobusem nr 94 dojedziemy prosto na ulicę Meloncello).

Słówka, których lepiej unikać (część pierwsza)

0

Każdy z nas ma wyrażenia, za którymi z jakiegoś powodu nie przepada, których woli nie słyszeć lub też wprost ich nie cierpi. Czasem są to jeszcze niezarejestrowane przez słowniki neologizmy, modne w danym sezonie wtrącenia lub językowe przyzwyczajenia (czy też raczej przywary), które poprzez media masowego przekazu ulegają rozpowszechnieniu.

Tak czy owak, według niektórych sondaży istnieją pewne słówka, których żaden Włoch w mniejszym lub większym stopniu nie toleruje. 

  1. E QUANT’ALTRO

Wyrażenie e quant’altro, pojawiające się od lat 80-tych (od roku 1994 rejestrowane przez słownik Zingarelli, a od roku 2004 przez słownik DISC), lecz spopularyzowane dopiero w ciągu ostatnich kilku lat, jest używane na końcu zdania w znaczeniu „i tak dalej, et cetera” (używając języka kolokwialnego, można by wyrazić to zwrotem e compagnia bella). Prawdopodobnie jest to uproszczona, pozbawiona elementu czasownikowego postać formuły końcowej e/o quant’altro ritenuto utile/necessario, typowej dla języka urzędowego. Eliptyczne zastosowanie tego wyrażenia może drażnić, ponieważ stwarza wrażenie zawieszenia wypowiedzi, pozostawienia jej w niedokończonej postaci.

  1. ASSOLUTAMENTE SÌ/ASSOLUTAMENTE NO

Przysłówek assolutamente jest neutralny – może przyjąć znaczenie pozytywne lub negatywne w zależności od kontekstu i intonacji, z jaką się go wypowiada: “Sei d’accordo con me?” “Assolutamente!” („Zgadzasz się ze mną?” „Absolutnie!”; znaczenie pozytywne); “Non sei d’accordo con me?” “Assolutamente!” („Nie zgadzasz się ze mną?” „Absolutnie!”; znaczenie negatywne) i w tym przypadku do synonimów zalicza się del tutto, in assoluto, totalmente (GRADIT 1999-2000).

Luca Serianni, wybitny językoznawca, zauważa, że użycie assolutamente w znaczeniu pozytywnym (assolutamente sì) pobrzmiewa z angielska i kojarzy się z absolutely (stosowanym jako przysłówek twierdzący, którego bardziej naturalny odpowiednik w języku włoskim to certamente).

Ostatnimi czasy stosowanie przysłówka assolutamente staje się coraz częstsze. Jego używanie (i nadużywanie) było cechą charakterystyczną (na tyle, aby stać się tematem programów satyrycznych) idiolektu jednego z uczestników włoskiej edycji programu Big Brother, wyemitowanej w roku 2003 (È vero? Assolutamente; Sei d’accordo? Assolutamente; Ti piace? Assolutamente). W języku mówionym, gestykulacja oraz intonacja sprawiają, że nie dochodzi do nieporozumień (czy w następującej sytuacji Non ti piace? Assolutamente drugi rozmówca chciał wyrazić całkowitą zgodę, czy jej brak?). Także w mediach używa się (a wręcz nadużywa) przysłówka assolutamente w połączeniu z potwierdzeniem () lub zaprzeczeniem (no). Obrazuje to powszechną tendencję do wykorzystania języka w sposób hiperboliczny i agresywny, tak dobrze widoczną w dziennikach telewizyjnych.

  1. UN ATTIMINO

Attimo oznacza ułamek czasu i wywodzi się z greckiego atomos, oznaczającego coś niepodzielnego. Dlatego słówko attimino, które z morfologicznego punktu widzenia stanowi zdrobnienie utworzone za pomocą przyrostka –ino, w ujęciu logicznym nie ma racji bytu, ponieważ już samo attimo wyraża najmniejszy z możliwych, niepodzielny ułamek czasu. Począwszy od lat 80-tych, attimino zaczęło śmiało wkraczać do rozmów Włochów i weszło do użycia, dzisiaj zwłaszcza we włoskim kolokwialnym języku mówionym, jako zdrobnienie spieszczające, grzecznościowe (aspetti un momentino) lub pozwalające na pewne zdystansowanie się od obowiązku udzielenia odpowiedzi jednoznacznie twierdzącej (Berruto). Następnie attimino rozszerzyło swój zakres semantyczny – od płaszczyzny wyłącznie temporalnej do znaczenia wskazującego na jakość/modalność, podobnego w wyrazie do un po’ (sono un attimino stanca, aggiungiamo un attimino di sale…). To właśnie modalno-jakościowe stosowanie attimino budzi aktualnie zdecydowany sprzeciw językoznawców.

  1. PIUTTOSTO CHE

Nie można oczywiście zapomnieć o niesławnym piuttosto che, używanym w znaczeniu rozłącznym włączającym („albo jedno albo drugie, albo i jedno i drugie”), zamiast w znaczeniu rozłącznym wyłączającym, zgodnym z normą językową („albo jedno albo drugie, ale nie oba”).

Poprawne znaczenie piuttosto che można wyrazić za pomocą invece di = zamiast (Piuttosto che andare al cinema, faresti meglio a studiare = Invece di andare al cinema faresti meglio a studiare, a więc możesz wykonać tylko jedną czynność), ale w ostatnich latach rozpowszechniło się niepoprawne zastosowanie zwrotu piuttosto che w znaczeniu o, oppure = lub (Puoi andare al cinema piuttosto che guardare un film in tv piuttosto che leggere qualcosa = Puoi andare al cinema o guardare un film in tv o leggere qualcosa, a więc możesz wykonać albo jedną, albo drugą czynność). Piuttosto che można także (poprawnie) użyć jako synonim pur di non = oby tylko nie (Piuttosto che rivelare il segreto si farebbe ammazzare = Pur di non rivelare il segreto, si farebbe ammazzare). Zastosowanie piuttosto che w znaczeniu rozłącznym włączającym było przedmiotem badań językoznawców na przełomie XX i XXI wieku, w wyniku których zakwalifikowano wspomniane zastosowanie jako naleciałość północnowłoską, mediolańską, właściwą niektórym odmianom języka (jak np. ekonomiczno-finansowej) i przesyconą snobizmem. Używanie i nadużywanie w telewizji piuttosto che rozłącznego włączającego doprowadziło na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat do dopuszczenia jego stosowania nie tylko w języku mówionym, lecz także pisanym. Na szczęście powyższe zastosowanie wciąż stanowi przedmiot wzmożonej krytyki ze strony wielu użytkowników języka (nie tylko językoznawców). W obronie poprawnego użycia piuttosto che tworzone są materiały video, piosenki, strony na Facebooku (tu warto wspomnieć o „froncie wyzwolenia spod panowania piuttosto che”: FLPC – Fronte di Liberazione dal Piuttosto che).

Część druga: kliknij tutaj

Inspirujący Leonardo

0

W piękny, lekko „polukrowany” pierwszym śniegiem wieczór, w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie przy ul. Rajskiej 1 odbył się wernisaż wystawy prac dzieci, które inspirowały się życiem i twórczością Leonarda da Vinci. Przez cały rok 2019 dzieci oglądały różnego rodzaju filmy i albumy poświęcone twórczości Leonarda, słuchały wykładów, a nawet muzyki wykonywanej na instrumentach zaprojektowanych przez Leonarda! Odbyła się także wycieczka do Muzeum Narodowego do „Damy z łasiczką”.

Owocem tych wszystkich działań były prace plastyczne, wykonane na warsztatach artystycznych Lidii Muchy w Domu Kultury im. K.I. Gałczyńskiego oraz na dwóch spotkaniach prowadzonych przez Dorotę Pietrzyk w krakowskiej księgarni „Italicus”.

Powstały piękne, graficzne prace tworzone według ilustracji z kodeksów Leonarda. Zupełnie niezwykłe i fantastyczne „dzieła” stworzyły kilkuletnie maluchy! Są to portrety „Damy z łasiczką”, na których łasiczka jest mniejsza od myszki! Kopie Mona Lisy zostały wspaniale namalowane przez nastolatków. Dzieci z warsztatów w „Italicusie”, zainspirowane legendą o tworzeniu przez Leonarda potworów i dziwadeł, z organicznych elementów i szkiełek wyrzuconych przez morze skonstruowały swoje potworki oraz zwierzaki, nadając im imiona!

Organizatorów wernisażu zainspirował tytuł książki Tessy Capponi-Borawskiej i Agnieszki Drotkiewicz „Zapach kwiatów pomarańczy”. Upiekliśmy dla dzieci ciasteczka z wodą o smaku kwiatów pomarańczy, a księgarnia „Italicus” zafundowała włoskie cukierki o smaku róży i fiołków! Bo przecież Leonardo rzeźbił w aromatyzowanym cukrze! Przemiłe panie z biblioteki przygotowały na ten wieczór nastrojową dekorację oraz wystawę książek o Leonardzie  gotowych do wypożyczenia.

Uroczym akcentem, rozpoczynającym wernisaż był taniec renesansowy dziewczynek z grupy tanecznej TaW, kierowanym przez Justynę Dmytrzak także z Domu Kultury im. K.I. Gałczyńskiego. Młodość, powab, wdzięk, piękne stroje z epoki, bose stopy i tańczące wraz z dziewczętami ich długie, rozpuszczone włosy – niezapomniane wrażenie…

To nic, że rok Leonarda dobiega końca. Jego dzieło jest tak niesamowicie różnorodne i nośne, że nie przestanie nigdy nas inspirować i zachwycać…

Wino i literatura (cz. II)

0

Część I: kliknij tutaj 

Na potwierdzenie miłości, którą starożytni żywili wobec wina, wystarczy pomyśleć o tym, że wielu deklarowało swoją pewność dotyczącą faktu, że właśnie odkrycie tego trunku uczyniło z człowieka istotę świadomą i zdolną do kontaktów społecznych. 

Krótko mówiąc, wino od zawsze było postrzegane jako cenne dobro, do tego stopnia, że wśród pewnych narodów tylko i wyłącznie arystokraci (bogaci) mieli przywilej smakowania tego trunku. Potwierdzeniem jego „materialnego” znaczenia jest jeden z najstarszych znanych dokumentów: kodeks Hammurabiego, w którym znajdowały się precyzyjne zarządzenia dotyczące handlu i sprzedaży wina. Przyznano mu taką wartość, iż wino stanowiło element podstawowy ceremonii ku chwale bogów lub miejsc przyjętych za ich siedzibę. 

“Destylat słońca”, “radosny owoc głębokiej ziemi” – wino czyni lekkim i szczęśliwym ciężkie życie rolnika. Z tego powodu są powtarzane modlitwy do bogów, aby chronili cenne grona; w rzymskim “Lustrum ambarvale” przywołuje się Marsa tą formułą: „Boże, Tyś zbożami i owocami, winnicami i pędami był tymi, które dobrze wyrosły”. Uważane za przyjaciela, który przezwycięża zmartwienia, wino jest w stanie uczynić nieprzychylną naturę mniej wrogą i rozpogodzić wizję życia. 

W tym samym czasie pod wpływem działania wina wzrasta ludzkie usposobienie do refleksji nad egzystencją, gdzie wolni od ograniczeń psychologicznych, które społeczeństwo narzuca na nasze myślenie, możemy wreszcie kontemplować nowymi oczami wewnętrzny świat, śledząc chociaż przez chwilę ślady Fausta zaczerpnięte z Baudelaire’owskiej „Duszy wina”.

Narodziny wina  

Powrócić dokładnie do daty narodzin wina jest praktycznie niemożliwe, ponieważ historia napojów fermentowanych rozpoczyna się w czasach, które nie zostały udokumentowane ani nie zostawiły żadnych pewnych śladów. Pierwsze dokumenty, które potwierdzają obecność wina jako takiego sięgają końca IV tysiąclecia p.n.e. w mieście Sumer w południowej Mezopotamii. To właśnie Sumerowie zostawili pierwsze poszlaki istnienia tego napoju. 

Wino po raz pierwszy było mianowane jednym z symboli pisma klinowego, z których składała się „Epopeja Gilgamesza”, dzieło literackie opowiadające wydarzenia Gilgamesza z Uruk, pierwszego bohatera spisanej literatury z III tysiąclecia p.n.e.. 

Bardziej precyzyjny obraz wina można uzyskać, jeśli idąc do przodu z czasem, a dokładniej między X a VIII wiekiem p.n.e., zatrzymamy się przy analizie słów dwóch osobistości, dwóch wielkich poetów, a dokładniej dwóch pierwszych wielkich poetów: Homera i Hezjoda z Askry. Dzięki Homerowi posiadamy ważne informacje dotyczące użytkowania i wagi wina w antycznej Grecji, co opisał na kartach Odysei. Możemy z całą pewnością odtworzyć zwyczaje żywieniowe Greków z tej epoki. Mieli oni dokładny podział posiłków w ciągu dnia, a były one trzy: ariston konsumowany jako pierwszy rano, gdzie na stole były obecne chleb i wino. “Eumajos wraz im przyniósł mięsa misę całą pieczonego, co wczoraj z wieczerzy zostało. Zwinnie kosz pełny chlebów postawił wśród stołu, w kruż bluszczowy lał wino i wodę pospołu” (Odyseja XVI, 48-50). Kolejne dwa posiłki, deiphon i dorpon, odpowiadały obiadowi i kolacji, i oczywiście podczas nich najważniejsza była konsumpcja wina.

Część III: kliknij tutaj

Lino Ieluzzi

0

Jego sklep Al Bazar przy via Scarpa 9 w Mediolanie funkcjonuje od początku lat 70-tych. Początkowo był to butik z modnymi ubraniami, jednak po trzech latach Lino Ieluzzi zadecydował przebranżowić się w tym kierunku, w którym znany jest do dziś – garnitury, płaszcze, krawaty, muchy, buty… czyli wszystko to, czego serce mężczyzny z klasą zapragnie! Dziś Al Bazar znany jest wśród wszystkich dandysów na świecie. Profil Lino na Instagramie śledzi ponad 74 tys. użytkowników, a gdy tylko pojawi się na targach Pitti Uomo, wszyscy fotografowie biegną w jego kierunku, żeby zrobić zdjęcie jego stylizacji. Inspiruje tysiące mężczyzn w różnym wieku, pokazując jak poprawić swój wizerunek i jak wyglądać dobrze nie stroniąc przed lekką nonszalancją. Postanowiłem odwiedzić go w sklepie i porozmawiać przy aromatycznej kawie i papierosie.

Jak interpretuje Pan słowo sprezzatura?

Ubierać się ze szczyptą sprezzatura to znaczy ubierać się na każdą okazję elegancko, ale z nonszalancją. Nie czuć presji i przymusu co do tego, jak się nosimy. Bawić się ubiorem i wyrażać przezeń swoją osobowość!

W ciągu ostatnich lat zauważalne jest zainteresowanie klasyczną modą wśród młodych mężczyzn. Jako legenda tego środowiska, co Pan o tym sądzi?

Młodzi, mimo braku doświadczenia, które przyjdzie z czasem, a także dzięki popełnianym błędom i odnoszonym sukcesom, mają jedną zaletę: dzisiaj bardziej niż kiedyś wykazują chęć zdobywania wiedzy!

Niedawno odbyły się targi Pitti Uomo. Jak widzi Pan przyszłość targów, a zarazem mody męskiej?

Nie umiem powiedzieć jak będą wyglądały targi Pitti za 10 lat. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości nadal pielęgnowany będzie florencki rodowód tego wydarzenia, odbywającego się w wyjątkowych podwojach Fortezza da Basso. To absolutnie unikalne miejsce, które dodatkowo wyróżnia te targi mody na arenie międzynarodowej. Mówimy o targach znanych i uczęszczanych przez znawców branży pochodzących z całego świata. Poza tym wiadomo, że Pitti to już nie tylko ważny pokaz mody, ale staje się też coraz bardziej wyjątkową okazją do poznawania ludzi, dbania o PR, a niekiedy nawet do nawiązywania współpracy z innymi wytwórcami.

Jakie krawiectwo Pan preferuje: brytyjskie czy włoskie?

Z pewnością włoskie, bo wkładamy w nie dużo pasji, która do dziś nas wyróżnia. Krawiectwo to całe nasze życie, a to robi różnicę.

Mało wiadomo o Pana prywatnym życiu. Jakie są Pana zainteresowania? Oczywiście poza modą męską i pupilem…

Moje zainteresowania zawsze stanowiły ważną część mojego życia. W młodości to te same pasje, które pielęgnuję do tej pory, popchnęły mnie do podjęcia pracy; niekiedy wykonywałem kilka prac jednocześnie, aby je wszystkie realizować. Poza moim wspaniałym kompanem Tommym oraz ubiorem, pasjonują mnie także zegarki, pióra, zapalniczki czy samochody.

Czego mogą się nauczyć Polacy i reszta świata od Włochów pod względem ubioru?

Zdecydowanie pewności siebie i zabawy ubiorem, dobieraniem kolorów, co jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Powinni też zrozumieć, że nie istnieją zasady: istnieje tylko dobry gust.

Jakie porady ma Pan dla początkujących dandysów?

Hasło przewodnie to: bawić się! Jeśli chcemy dobrze się ubierać, powinniśmy czuć wolność wyboru tego, w czym czujemy się najlepiej i co sprawia nam największą frajdę. Nigdy nie ubierajmy się pod przymusem. Ubiór ma być zabawą, grą; nie bójmy się ryzykować, bawić kolorami!

Jaka jest Pana ulubiona restauracja w Mediolanie?

Mediolan obfituje w dobre restauracje, tak więc odpowiedzieć nie będzie łatwo. M.in. Cacio e Pepe serwuje znakomite dania kuchni rzymskiej (karczochy alla romana i szeroki wybór pierwszych dań to coś, co sam najczęściej wybieram), w Sale Grosso natomiast zjemy dobrej jakości potrawy na bazie ryb, a Langosteria oferuje bardzo wyszukane potrawy.

Skarby z kamienia, twierdze z tufu i zaczarowane lasy dawnej Tuscii

0

„Żaden hałas nie zakłócał panującej wokół uroczystej ciszy, podkreślanej dodatkowo przez wyraźny śpiew cykad. Dookoła żadnych oznak ludzkiej obecności. Jedynie gdzieś w oddali kłęby białego dymu unosiły się nad lasem”. 

George Dennis, Miasta i cmentarze Etrurii, Londyn 1848.

George Dennis, znany angielski ambasador i archeolog, jako jeden z pierwszych zagranicznych podróżników przemierzył południową Etrurię, poświęcając terenom tym wiele uwagi i zaangażowania. Przytoczonymi powyżej słowami poetycko opisuje on panoramę okolic Viterbo – ziem położonych zaledwie pół godziny drogi na północ od Rzymu. 

I w rzeczy samej, właśnie tam przed przybyszem rozpościera się zaskakujący krajobraz, widocznie kontrastujący z chaosem wielkiej metropolii jaką, mimo swych niezaprzeczalnych historycznych walorów, stał się Rzym. Oczywiście, nie jest to już ten sam niezwykły XIX-wieczny krajobraz – jakże jeszcze podobny pod różnymi względami do tego starożytnego czy średniowiecznego – jaki jawił się przed oczami Dennisa. Dziś jednak wciąż pozostaje on w dużej mierze nieskażony, dzięki czemu może zaskoczyć podróżnika, pragnącego zanurzyć się w autentycznym i zróżnicowanym terenie. Zatem wszystkim, którzy marzą o doświadczeniu włoskiej podróży innej od tradycyjnych wycieczek z głównym przystankiem w Rzymie, nie pozostaje nic innego jak uciec daleko od miast i poddać się różnorodnemu i ujmującemu krajobrazowi o niezwykłym, starożytnym uroku, który przetrwał przez stulecia. 

Między XVII a XIX wiekiem w Europie, wśród szlachty i klas wyższych narodził się zwyczaj odbywania „poszerzających horyzonty podróży edukacyjnych”, których docelowym kierunkiem były głównie Włochy, słynące z zabytków starożytności, a zwłaszcza Wieczne Miasto. Przetrwały liczne pamiętniki, pisane przez młodych intelektualistów, w których opisują oni tę niezwykłą podróż. Było wśród nich także wielu wybitnych Polaków. Niektórzy osiedlili się później na stałe w środkowych Włoszech, jak chociażby poszczególni członkowie rodziny Sobieskich i Poniatowskich, lub artyści tacy jak Tadeusz Kuntze, który wykonał freski w kościołach, m.in. w Soriano nel Cimino. 

Pomiędzy Florencją a Rzymem, głównie uczęszczaną drogą była i jest po dziś dzień, via Cassia. Prowadziła ona, wraz z via Aurelia i via Flaminia prosto do serca krainy Etrurii, czyli obszaru zamieszkałego między X i I w. p.n.e. przez jeden z najważniejszych i najbardziej fascynujących włoskich ludów, Etrusków. Ta wspaniała cywilizacja, która obecnie w powszechnym wyobrażeniu nie kryje już przed nami żadnych tajemnic, pozostawiła na tym obszarze wiele niezwykłych kamiennych zabytków, głównie grobowców mających strzec wiecznego snu ówczesnych książąt i postaci wysoko urodzonych. Mowa nie tylko o słynnych, pokrytych malowidłami grobowcach w Tarquini i Cerveteri, wpisanych na listę UNESCO, ale także o wspaniałych kryptach wykutych w tufie na podobieństwo budowanych w tamtym czasie domostw. Ukryte są one częściowo w lasach i na dziewiczych obszarach, a zwiedzać je można po dziś dzień. 

Docierając w te miejsca, zaciekawiony podróżnik wyciągnie mapę (zamiast GPSa) i wyruszy odkrywać starożytne cmentarzyska San Giovenale i San Giuliano, położone wśród malowniczych wiosek Blera, Barbaro Romano i Civitella Cesi, w górzystej i zalesionej okolicy, gdzie pasą się dzikie osły i krowy, a wysoko na niebie krążą drapieżne ptaki; kontynuować będzie swoją wędrówkę w kierunku Viterbo. Tam, będzie miał okazję odbyć swego rodzaju podróż w czasie i zanurzyć w ciszy majestatycznych nekropolii Norchia i Castel d’Asso, wchodząc do wnętrz grobowych krypt wykutych w skale tufu. Prawie wszystkie uszkodzone są przez czas i ludzką obecność. Niektóre natomiast, wciąż nienaruszone, zostają ponownie wystawione na światło dzienne dzięki pracy archeologów, przywracających im dawną dostojność.

Na terytorium Viterbo odnajdziemy nie tylko pozostałości po Etruskach, ale także ważne ślady obecności Rzymian: starożytne brukowane ulice i zabytki-symbole świetności Rzymu. Tak oto można spacerować po wiekowych kamieniach ulic Cassia, Clodia, Flaminia, Amerina, otoczonych przez grobowce pamiętające czasy rzymskie – także te wykute w skale, naśladujące styl już pokonanych i zromanizowanych Etrusków. W Sutri, oprócz pięknych nekropolii, nie można przegapić wizyty w amfiteatrze całkowicie wykutym w skale tufu, stanowiącym symbol rzymskiej pasji do okrutnych i krwawych „rozrywek”. Nieopodal, jakby w celu odkupienia win za okrucieństwa jakie miały miejsce w amfiteatrze, znajduje się przepiękny skalny kościółek Santa Maria del Parto, którego wnętrze pokryte jest zachwycającymi średniowiecznymi freskami. Wybudowany on został prawdopodobnie na miejscu świątyni wschodniego boga Mitry, a wcześniej, być może, nawet grobowca.

Pozostając w klimatach rzymskich, w Ferento, nieopodal Viterbo, można wybrać się na spacer po mieście. Odnajdziemy tam także starożytny teatr, gdzie wciąż, zupełnie jak przed wiekami, wystawiane są przedstawienia. Do niedawna to wspaniałe miejsce było zamknięte, ale dzięki pracy wolontariuszy z organizacji non-profit Archeotuscia, obecnie można podziwiać go w całej okazałości. Nieco odizolowane, ale równie imponujące jest etrusko-rzymskie miasto Vulci, położone w malowniczej scenerii kanionu wyżłobionego przez rzekę Fiorę, nad którą biegnie kamienny łuk „Diabelskiego Mostu”, łączącego miejscowość z obronnym opactwem, później przekształconym w zamek, a obecnie stanowiącym siedzibę Muzeum Archeologicznego.

W tamtych rejonach znajdziecie jeszcze wiele ukrytych miejsc i zabytków, które ponownie ujrzały światło dnia zaledwie kilka lat temu i wciąż pozostają mało znane podróżnym. Czasem aby do nich dotrzeć trzeba się naprawdę sporo natrudzić, ale późniejsze poczucie satysfakcji i oczarowanie wynagradzają wszystko. Mowa o szeregu ołtarzy etrusko-rzymskich, wśród których wyróżnia się Piramida Bomarzo, zawdzięczająca swoją nazwę formie i szerokim, prowadzącym na sam jej szczyt schodom. Tam wciąż obecna jest aura świętości, która towarzyszyła i otaczała starożytnych pielgrzymów przybywających do tego miejsca kultu, utworzonego w jedności z naturą. 

Kontynuując podróż w czasie, w okolicy można odwiedzić także katakumby Santa Savinilla w Nepi, a także emanujące niezwykłą atmosferą duchowości katakumby Santa Cristina w miejscowości Bolsena, położonej nad jeziorem o tej samej nazwie, z górującym nad miastem zamkiem. 

Okolice Viterbo to także kraina jezior: Monterosi, Bracciano Martignano, Vico i Bolsena, z jej wysepkami Martana i Bisentina. Każde z nich stanowi naturalną enklawę, przy której wznoszą się malownicze miasteczka i których linia brzegowa nierzadko utrzymywana jest w pierwotnym stanie, zapewniając schronienie małemu i większemu ptactwu. Błękit jezior przechodzi w zieleń lasów Monte Gogliano i Monte Cimino – zielone płuca okolic Viterbo, niedawno pisane na listę UNESCO. 

Czasy średniowieczne i wieki nowożytne odcisnęły swój ślad na panoramie wzniesionych na skałach tufu miasteczek oraz samego Viterbo. Miasto to na przełomie wieków XIII-XVII stanowiło siedzibę rezydencji papieskiej, papieskiej kurii oraz konklawe, nie tylko z uwagi na trudną sytuację polityczną w Rzymie w tamtym czasie, ale przede wszystkim ze względu na zdrowsze powietrze i obecność bogatych źródeł termalnych, których pozostałości można podziwiać po dziś dzień. Warto skierować swoje kroki także do pochodzącego z II połowy XIII wieku Pałacu Papieży, którego loggia wydaje się być wykonana z kamiennej koronki. 

Rzymska szlachta zajęła te terytoria ze względu na ich centralne, strategiczne położenie wzdłuż głównych dróg wiodących do Rzymu. Wzniesiono tam pałace (dla przykładu pałac Farnese w Capraroli), wieże i zamki. Niektóre z nich popadły częściowo w ruinę, jak wieża w Chia należąca do Pierpaolo Pasoliniego, inne wciąż wykorzystywane są przez właścicieli i otwarte dla zwiedzających (takie jak te z Vignanello, Vasanello, Montecalvello, Torre Alfina i wiele innych). Miejscowość Tuscania z kolei to prawdziwa perła z tufu, z kościołami wyróżniającymi się na tle błękitnego nieba oraz niedawno odrestaurowanym i otwartym dla zwiedzających opactwem cystersów San Giusto. 

Na koniec należy wspomnieć o dwóch miejscach odwiedzanych każdego roku przez miliony turystów: Civita di Bagnoregio, określane mianem miasta, które umiera. W rzeczywistości, miasteczko to, zbudowane na wzniesieniu pomiędzy dwiema bruzdami erozyjnymi, cieszy się niebywałą popularnością. Jest także słynny Park Potworów w Bomarzo, wyjątkowy kompleks magicznych, tajemniczych rzeźb i hermetyczno-filozoficznych symboli, wybudowany około 1552 roku przez księcia Pierfrancesco Orsiniego, zwanego Vicino. Warto wybrać się w tamte strony choćby tylko po to, aby odwiedzić ten niezwykły park.

Jeśli powyższa opisowa wycieczka po miejscach i obrazach obudzi w was chęć odwiedzenia okolic Viterbo, możecie być pewni, że wyprawa ta spełni wasze oczekiwania. Zatem, miłej podróży!

Wielki powrót Massimiliano Caldiego

0

MASSIMILIANO CALDI POWRACA DO FILHARMONII ŚLĄSKIEJ  W KATOWICACH DOKŁADNIE W 20 LAT  PO ZWYCIĘSTWIE KONKURSU IM. G. FITELBERGA

W piątek 6 grudnia, w Katowicach, Maestro Caldi stanie na czele Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej im.H.M.Góreckiego. W Concerto-Cantata H.M. Góreckiego będzie towarzyszyć przyjacielowi i fleciście Raffaele Trevisaniemu. W programie znajdzie się również Poemat Symfoniczny  Step Noskowskiego i  Suita z filmu “La strada” (reż. Fellini) Nina Roty. Massimiliano Caldi poprowadzi tę orkiestrę  w  20 rocznicę  odległego grudnia 1999 roku, kiedy to zdobył pierwszą nagrodę jury i złoty medal orkiestry podczas szóstej edycji Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. G. Fitelberga. Koncert odbędzie się także ramach inicjatyw obchodu stulecia polsko-włoskich stosunków dyplomatycznych, z okazji 40 rocznicy śmierci Nino Roty oraz obchodów Międzynarodowych Dni poświęconych H.M.Góreckiemu.

Przed powrotem do Włoch, 10 grudnia w Operze Bałtyckiej w Gdańsku, Massimiliano Caldi rozpocznie próby genialnej opery komicznej Don Bucefalo z roku 1847 kompozytora Antoniego Cagnoni, którą dyrygował i nagrał na CD (Dynamic), w pierwszym nowoczesnym wykonaniu, na Festiwalu “Valle d’Itria” w lipcu 2008 roku. Premiera jest przewidziana 31 stycznia  a następne spektakle  1, 2, 14, 15 e 16 lutego 2020.

Ricciarelli di Siena

0

Składniki:

  • 400 g łuskanych migdałów w całości
  • 380 g cukru
  • 100 g cukru pudru
  • 50 g mąki 00
  • 2 białka jaj
  • 20 g wody
  • opłatek w kształcie połowy prostokąta (21×30 cm)
  • 0,5 łyżeczki drożdży cukierniczych
  • 1 łyżeczka esencji z gorzkich migdałów

Przygotowanie:

Utrzyj w młynku migdały wraz z 330 g cukru, następnie przełóż je do pojemnej miski i wymieszaj. W garnuszku zagotuj wodę z pozostałymi 50 g cukru. Kiedy otrzymany syrop stanie się mętny i zakryje łyżkę, zdejmij go z ognia i wylej na starte migdały zmieszane z cukrem. Wymieszaj dobrze, dodaj 50 g cukru pudru, mąkę oraz przesiane drożdże. Ponownie wymieszaj. Zakryj masę wilgotną szmatką, umieść w temperaturze pokojowej i odstaw na co najmniej 12 godzin.

Ubij białka na sztywną pianę dodając stopniowo pozostałe 50 g cukru pudru oraz esencję z gorzkich migdałów. “Rozbij” masę dłońmi lub szpatułką, aż do osiągnięcia odpowiedniej urabialności ciasta. Dodaj do niej białka, mieszając delikatnie od dołu do góry.

Przełóż masę na blat oprószony przesianym cukrem pudrem i wyrabiaj ją dłońmi aż stanie się ciągliwa. Uformuj z niej sznureczki i nożem potnij na mniejsze kawałki. Nadaj im wydłużoną formę naciskając końce palcami. Wytnij opłatek w kształt ricciarello i ułóż na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Na każdym kawałku opłatka połóż po jednym ricciarello. Oprósz przesianym cukrem pudrem. Piecz w piekarniku bez termoobiegu w 110° przez ok. 10 minut: ricciarelli muszą pozostać miękkie i jasne.

Przed podaniem pozwól ciasteczkom ostygnąć. Przechowuj w blaszanym pojemniku: pozostaną miękkie i aromatyczne przez co najmniej 4-5 dni.

Smacznego!

GAZZETTA ITALIA 78 (grudzień 2019 – styczeń 2020)

0

Gazzetta Italia 78: Rysunek Beaty Malinowskiej-Petelenz zdobi najnowszą okładkę dedykowaną Wenecji, której problemy i perspektywy rozwoju są obszernie omówione przez siedmiu autorów w artykule specjalnym „Zrozumieć Wenecję”. Najnowszy numer jest też bogatszy o nową rubrykę „Dopóki jest kino, jest nadzieja”, autorstwa filmoznawczyni Diany Dąbrowskiej, która na jej łamach będzie analizowała największe dzieła włoskiego kina, począwszy od kultowego „Fanfarona”. Historia, mit i stereotypy o Machiavellim ukazuje natomiast profesor Campi, który proponuje nowatorskie spojrzenie na postać tego wielkiego florentczyka. Nie brakuje również podróży (Kalabria i Pompeje), mody (Elisabetta Franchi), sztuki, kuchni, języka włoskiego, czerwonego Ferrari oraz historii przepisu na panettone! 

Makrela gotowana na wolnym ogniu

0

Ta przepyszna, choć mało używana i niedoceniana ryba, jest pełna kwasów omega-3 i idealnie nadaje się na przystawkę czy lekkie drugie danie. 

Składniki:

2 makrele (ok. 250 g każda)
Prosecco 100/150 ml
ocet biały (1 łyżka)
imbir (wedle uznania)
5/6 liści laurowych
tymianek (wedle uznania)
czosnek (1 ząbek)
cukier (dwie łyżeczki)
sól (wedle uznania)
olej z pestek słonecznika 300 ml 

Sposób przygotowania:

Umyj dokładnie makrele. Odkrój głowy i wyfiletuj. Wyjmij ości za pomocą pęsety. Następnie wyłóż w pojemniku filety skórką do dołu; wlej prosecco połączone z octem i dodaj przyprawy. Pozostaw na 3 godziny w temperaturze pokojowej. 

Po 3 godzinach przepłucz delikatnie filety odrobiną wody. Wlej cały olej do małego garnka oraz rozgrzej go na możliwie najwolniejszym ogniu (jeśli masz możliwość, termometrem odmierz temperaturę ok. 65 stopni). Pokrój filety w romby i przełóż je do garnka, skórką do góry. Zanurz każdy kawałek całkowicie w oleju i nie mieszając gotuj przez 5/6 minut.

Smacznego!