Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 94

Grammelot Daria Fo

0

20W 1969 roku Dario Fo, przyszły laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, wystawiał na scenie spektakl „Mistero buffo”, odgrywany w języku łączącym dialekt lombardzki, wenecki i friuliański, mieszając je ze sobą i zanieczyszczając, wzorując się na języku średniowiecznych błaznów. Tekst opery, opublikowany po raz pierwszy w tym samym roku w mieście Cremona, z podtytułem „Błazenada popularna w języku padańskim XV wieku”, w rzeczywistości nie wprowadzał do historii teatru i do historii języka włoskiego wznowionego języka padańskiego z późnego średniowiecza. Wprowadzał natomiast coś, co Fo nazwał grammelot – kompletnie niegramatyczną i niepoprawną semantycznie, ale bardzo komunikatywną w swej inscenizacji wypowiedź. Aktor, wykorzystując mimikę twarzy i wokalne zdolności, naśladował rytm i dźwięczność danego języka lub dialektu, wygłaszał mowę nie wypowiadając pełnych zdań.

Był to język sceniczny, który nie opierał się na wypowiadaniu słów, ale odtwarzał niektóre właściwości fonetyczne danego języka lub jego odmiany, takie jak intonacja, rytm, dźwięczność, kadencja, obecność poszczególnych głosek, nieprzerwanie je scalając, co przypominało wypowiedź. Składał się jednak z szybkiej i przypadkowej sekwencji dźwięków i był wyposażony w silny ekspresyjny komponent mimiczno-niewerbalny, który aktor wykonywał jednocześnie z przekazem słownym. Przypisywanie sensu fragmentowi grammelot było zatem możliwe dzięki interakcji pomiędzy dwoma poziomami, które go tworzyły: dźwiękiem i gestem.

Oczywiście, przykłady tego, co dziś nazwalibyśmy grammelot można znaleźć wcześniej, w europejskim teatrze popularnym, ale także w kinie, choćby w niezwykłym monologu Adenoida Hynkela w filmie „Dyktator” Charliego Chaplina. We Włoszech natomiast słowo grammelot nabrało znaczenia dopiero po sukcesie spektaklu „Mistero buffo”, mimo że sam Fo uwielbiał tworzyć legendarne historie pochodzenia tej techniki recytacji, mówiąc, że była ona wykorzystywana przez błaznów, aktorów wędrownych oraz komików z commedii dell’arte już w późnym średniowieczu, kiedy to artyści byli skłonni do wypowiadania kwestii mieszając języki, dialekty, wymyślając nowe słowa, przy pomocy gestów i mimiki tak, aby być zrozumianymi, niezależnie od języka, jakim posługiwali się widzowie.

I rzeczywiście, planując swojego “Mistero buffo”, Fo miał w pamięci chłopskich gawędziarzy, których miał szczęście słuchać i oglądać w czasach swojego dzieciństwa, naginając oczywiście swój wybór językowo-teatralny w stronę ściśle określonego ideologicznego sensu, mającego na celu przywrócenie kultury masowej, która w tamtym czasie była zagrożona.

Fascynujący jest mit tych wyimaginowanych, wiecznie podróżujących trup teatralnych, które przemieszczając się po Europie, w komunikacji nie mogły polegać na lingua franca ani liczyć na znajomość języków obcych u publiczności – posługiwali się zatem językami określonymi przez stronę unaparolaalgiorno.it jako „chimeryczne sploty dialektów”, zakładając, że grammelot jest narzędziem będącym w stanie przezwyciężyć wszelkie bariery komunikacyjne; mimo to posiada on podstawę językową i wskazuje na geograficzne pochodzenie bohatera na scenie. Ale nawet sam termin grammelot, lub gramelot (wymowa słowa prawdopodobnie wywodzi się z francuskiego), w rzeczywistości odtwórczy lub pochodny od weneckiego, oznaczał styl językowy utworzony z serii dźwięków, onomatopei, słów i głosek pozbawionych znaczenia, który w zdolnościach niewerbalnych Daria Fo odnalazł idealną kwadraturę.

W “Mistero buffo”, zwłaszcza w części zatytułowanej “La fame dello Zanni”, Dario Fo prześciga mieszankę dialektów, by opowiadać w wymyślonym języku o wszystkożernym głodzie chłopa zurbanizowanego w szesnastowiecznej Wenecji. Zanni: biedak, który śpiąc śni o zjedzeniu czegokolwiek, wyobrażając sobie, że ma trzy kotły, w których może gotować polentę (potrawa z mąki lub kaszy kukurydzianej i wody – przyp. tłum.), dziczyznę i warzywa; ale potem, nie będąc nasyconym, zaczyna jeść części własnego ciała, zostawiając na końcu tylko usta, aby móc przeżuwać. Uświadomiwszy sobie dramatycznie, że to tylko sen, zgłodniały Zanni zadowala się smakiem muchy, która mu przeszkadzała.

Aby zrozumieć dobrze grammelot, potrzeba wielkiego interpretatora, jakim jest na przykład Dario Fo, potrafiący zaimprowizować grammelot, po którym widz uświadamia sobie, że wszystko zrozumiał, nawet jeśli nie zrozumiał nic. W ślad za nim, piosenkarz Adriano Celentano stworzył grammelot muzyczny, w którym naśladował dźwięki języka angielskiego w swojej piosence „Prisencolinensinainciusol” z 1972 roku.

Emocje, nasi sprzymierzeńcy

0

„Mamy dwa umysły, jeden myśli, drugi słyszy.
Te dwa sposoby poznania,
tak diametralnie różne,
współdziałają ze sobą, by budować naszą mentalność”

(Daniel Goleman)

Dott.ssa Virginia Patrizi

Emocje towarzyszą różnym momentom naszego istnienia. Czasami jednak są one doświadczane jako trudne, negatywne, ciężko stawić im czoła i nimi zarządzać. Życie stawia nas w obliczu prób, często złożonych, nieprzewidywalnych zdarzeń, które bez wątpienia oddziałują na nas na poziomie emocjonalnym. Rozpoznawanie emocji i umiejętność kierowania nimi pozwala nam lepiej zarządzać własnym życiem. W psychologii, emocje są ogólnie definiowane jako stan złożony, który powoduje fizyczne i psychologiczne zmiany wpływające na myślenie i zachowanie (L. Mecacci 2001). Są one sygnałem, że nastąpiła zmiana w świecie wewnętrznym lub zewnętrznym, postrzegana subiektywnie jako istotna. Emocje są konstrukcjami wieloskładnikowymi. Możliwe jest wykrycie przez jednostkę składnika poznawczego poprzedzającego wystąpienie konkretnego stanu emocjonalnego poprzez obserwację fizjologicznego zachowania organizmu (np. zmienność tętna, pocenie się, bladość itp.), sposobu wyrażania się (słownictwo nacechowane emocjonalnie) i języka niewerbalnego (postawa, wyraz twarzy, gesty itp.), tendencji do działania i wreszcie samego zachowania, mającego na celu utrzymanie lub zmianę relacji między jednostką a otoczeniem w danym czasie (Scherer 1984).

Dlaczego czujemy emocje i dlaczego tak ważne jest, aby wiedzieć, jak je rozszyfrować? Emocje nie powinny być mylone z uczuciami i nastrojami. Charakteryzują się intensywnymi reakcjami, pojawiają się nagle, trwają krótko i powodowane są przez wewnętrzny lub zewnętrzny bodziec. Uczucia i nastroje natomiast nie pojawiają się tak nagle i zazwyczaj dłużej trwają (Gordon 1985). Ponadto emocje można podzielić na: emocje pierwotne i emocje wtórne (Silvian Tomkins 1962, 1970).

Emocje pierwotne są emocjami wrodzonymi i są obecne w każdym społeczeństwie, dlatego są one definiowane jako pierwotne lub uniwersalne. Natomiast emocje wtórne wywodzą się z połączenia emocji pierwotnych i rozwijają się wraz z rozwojem jednostki, są wynikiem procesu nazywanego interakcją społeczną (Legrenzi, 1994). Ponadto na sposób ich odbioru i wyrażania duży wpływ ma kultura, w której się dorasta. Jakie są więc pierwotne lub uniwersalne emocje?

Według Ekmana i Izarda można je sklasyfikować następująco:

  1. złość, wywołana przez frustrację, może objawiać się poprzez agresję;
  2. strach, wrodzona reakcja na niebezpieczeństwo, której celem jest przetrwanie w niebezpiecznej sytuacji;
  3. smutek, przejawiający się w wyniku straty lub nieosiągniętego celu;
  4. radość, pozytywny stan umysłu tych, którzy uważają, że ich pragnienia zostały spełnione;
  5. zaskoczenie, wywodzi się z nieoczekiwanego zdarzenia, po którym następuje strach lub radość;
  6. pogarda, brak szacunku i/lub odrzucenie ludzi lub rzeczy;
  7. obrzydzenie, odrażająca reakcja charakteryzująca się specyficznym wyrazem twarzy.

Wśród złożonych emocji można wymienić: radość, zazdrość, wstyd, niepokój, nudę, rezygnację,  nadzieję, przebaczenie, obrazę, nostalgię, wyrzuty sumienia, rozczarowanie, ulgę (Ekman 2008; Izard 1991).

Często, gdy odnosimy się do emocji, mamy tendencję do rozróżniania pomiędzy emocjami pozytywnymi i negatywnymi. Ta wizja sama w sobie jest myląca, ponieważ skłania do myślenia, że istnieją emocje „dobre” i „złe”. To przekonanie wyzwala mechanizm represji, który prowadzi do zahamowania emocji uważanych za negatywne. Ważne jest, aby rozważyć zamiast tego, że emocje mogą być odpowiednie dla konkretnej sytuacji lub nie, mogą być przyjemne lub nieprzyjemne, ale nie są one złe czy negatywne.

Co dzieje się wtedy, gdy tłumimy emocje?

Zgodnie z Freudem „Skrywane emocje nigdy nie umierają. Są pochowane żywcem i prędzej czy później ujawnią się w najgorszy możliwy sposób.”

Umysł i ciało stanowią jedność, więc nie jest niczym niezwykłym, że tłumione emocje przejawiają się w problemach psychosomatycznych.
Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie w Aalto ujawniło, że na przykład stłumiony gniew, wiąże się z podwójnym ryzykiem zawału serca. Wiadomo również, że stres wyzwala produkcję kortyzolu, hormonu, który generuje procesy zapalne, szkodliwe dla komórek naszego organizmu, które mogą wywołać poważne choroby.

Ludzie, którzy mają tendencję do tłumienia swoich emocji reagują z większą ekscytacją fizjologiczną na trudne sytuacje niż ludzie, którzy cierpią z powodu lęku, co wyłoniło się w klasycznym badaniu przeprowadzonym na Uniwersytecie Stanforda.

Więc, jakie są funkcje emocji?

Emocje odgrywają zasadniczą rolę na poziomie ewolucyjnym i są niezbędne dla fizycznego i psychicznego przetrwania: służą do ochrony nas samych, rozpoznawania niebezpieczeństw i obrony przed nimi. Są ważnymi wskaźnikami, pokazują nam, jacy jesteśmy i czy osiągamy cele, które sobie wyznaczyliśmy. Pokazują nam, czy jesteśmy zadowoleni, czy też potrzebujemy zmiany w naszym życiu.

Wszystkie emocje są więc użyteczne i niezbędne. Bez strachu, na przykład, nie zatrzymalibyśmy się na czerwonym świetle, bez smutku nie bylibyśmy w stanie przeżyć żałoby i strat w naszym życiu itp.

Ale kiedy żyjemy emocjami zbyt intensywnie lub kiedy nie potrafimy ich rozpoznać i rozszyfrować, ryzykujemy, że zwrócą się one przeciwko nam. Czynniki kulturowe mogą również wpływać na naszą zdolność rozpoznawania i wyrażania emocji.
Na przykład, dzieciom mówi się często, żeby nie płakały lub nie złościły się. Ten sposób działania sprawia, że niektórzy dorośli nie są później w stanie zarządzać swoimi stanami emocjonalnymi i dlatego mają tendencję do ich tłumienia.

Powiedzieć zamiast tego, jak się czujemy lub jak inni wpływają na nasze samopoczucie, bez obaw, pozwala nam rozwijać bardziej dojrzałe i autentyczne relacje międzyludzkie i pomaga ustalić zdrowe i niezbędne dla naszego dobrego samopoczucia granice. Jest to zatem kwestia mówienia rzeczy we właściwy sposób, ale także robienia ich we właściwym czasie.
Nie ma wcześniej ustalonej reguły, która określa, co decyduje o prawidłowej ekspresji emocjonalnej lub nie. Istnieje jednak zasada przewodnia wyrażania emocji, kiedy czujemy pragnienie, kiedy mamy wrażenie, że chodzi o nasze dobre samopoczucie. Wiedza, jak wyrażać swoje emocje we właściwym czasie, wyraźnie i bez szkody dla innych, jest kluczem do osiągnięcia własnego dobrostanu psychofizycznego. Uczynienie z emocji naszych sojuszników poprawia samoświadomość, ułatwia dokonywanie wyborów i poprawia relacje międzyludzkie.

 

www.virginiapatrizi.com                                                                                                            Dott.ssa Virginia Patrizi

virginia.patrizi@gmail.com

+48 532 829 605

 

Źródło grafiki: https://www.consorziofarsiprossimo.org/

Wymarzone wakacje w Reggio Calabria

0

To jest święte miejsce, gdzie greckie wody spotykają się z łacińskimi, pisał Giovanni Pascoli o Reggio Kalabrii. Rzeczywiście miasto Rhegion, jak było nazywane w czasach antycznych, zostało założone w VIII wieku p.n.e. na terenach, które wówczas należały do Wielkiej Grecji i było jednym z jej najważniejszych miast, doceniane przede wszystkim ze względu na walory artystyczno-kulturowe, dzięki pitagorejskiej szkole filozofii i szkołom rzeźby oraz poezji. Zarówno Reggio Kalabria jak i cały teren należącej do niej gminy po dzień dzisiejszy są istnym parkiem archeologicznym pod gołym niebem. Wystarczy wspomnieć o podziemiach Piazza Italia, gdzie mieściła antyczna Agora, pozostałościach murów greckich i term rzymskich wzdłuż deptaku Lungomare Falcomatà czy o antycznych wykopaliskach w Lokrach Epiferyjskich i w Kaulonii. Jednak najbardziej znanym symbolem Reggio są niewątpliwie dwie greckie rzeźby zwane Brązami z Riace, które po dwóch tysiącach lat odnaleziono w morskich głębinach, a teraz można je podziwiać w Muzeum narodowym della Magna Grecia.

Reggio Kalabria leży na południu Półwyspu Apenińskiego, osłonięta od północy zboczami Aspromonte, a od południa oblewana przez wody Morza Jońskiego, tuż obok Cieśniny Mesyńskiej, gdzie podobno miało miejsce spotkanie Odyseusza z mitologicznymi potworami Scyllą i Charybdą. Miasto znajduje się w dokładnym centrum Śródziemnomorza, a z nadmorskiego brzegu można podziwiać widok na Sycylię i Etnę. Ta największa włoska wyspa znajduje się zaledwie 20 minut drogi wodolotem, dlatego mając nocleg w Reggio można zrobić sobie jednodniową wycieczkę do Taorminy, do parku regionalnego na Etnę, do Messyny czy na Wyspy Liparyjskie. Rzecz jasna to nie tylko miejsce dla pasjonatów historii i aktywnych wakacji. W centrum miasta znajduje się bezpłatna plaża, gdzie można doskonale wypocząć w ciągu dnia, a wieczorami, wzdłuż linii brzegowej, nie brakuje dyskotek i koncertów, zwłaszcza w sezonie letnim. Łagodny i umiarkowany klimat sprawia, że Kalabrię można odwiedzać o każdej porze roku.

Czas od wiosny do jesieni będzie idealny dla wszystkich, którzy lubią kąpiele w morzu i plażowanie, a zima to doskonały moment dla turystów, którzy wolą skoncentrować się na odkrywaniu ciekawych szlaków turystycznych. Poza tym nie można nie spróbować tutejszych specjałów regionalnych: cytrusów, oliwy czy lodów tradycyjnych, które w Reggio Kalabria mają smaki o jakich wam się nie śniło! Idealnym miejscem noclegowym, aby w pełni wykorzystać potencjał tego niezwykłego miasta, będzie dom wakacyjny Mare Blus, położony w samym centrum Reggio i prowadzonym przez Grażynę Zagórską, Polkę która już od 30 lat mieszka w Kalabrii. „To magiczne miejsce. Wszyscy, którzy do mnie przyjeżdżają są zachwyceni. Doceniają ciszę i spokój oraz to, że mają na wyciągnięcie ręki plażę i wszystkie zabytki w mieście. Mam gości z całego świata, ale zawsze miło mi gościć turystów z Polski,” mówi pani Grażyna, która swoim gościom wynajmuje kawalerkę z podwójnym łóżkiem (jest możliwość dostawienia łóżeczka dziecięcego) i dwoma wspaniałymi tarasami, z których rozciąga się spektakularny widok na Etnę. Na mniejszym tarasie, w okresie letnim, na kanapie pod zadaszeniem mogą spać dodatkowe osoby. Większy natomiast posiada wygodną altanę z dużą kanapą i stołem na osiem osób. Można tam urządzać małe przyjęcia po wcześniejszym ustaleniu tego z właścicielką.

Dom wakacyjny znajduje się jedyne 8 km od lotniska, 4 km od dworca, 5 minut drogi od autostrady i 10 min na piechotę od portu. W cenę noclegu wliczone jest przepyszne i obfite śniadanie śródziemnomorskie. Warto dodać, że pani Grażyna zawsze chętnie dzieli się z gośćmi użytecznymi informacjami na temat tego jak zaoszczędzić na biletach, gdzie zjeść najlepsze regionalne specjały czy co warto zwiedzić. To nie wszystko! Jeśli ktoś chciałby mieć niezapomnianą pamiątkę z wakacji, może dodatkowo wykupić u właścicielki sesję zdjęciową na plaży lub na ulicach miasta. Noclegi można rezerwować bezpośrednio na stronie internetowej, mailowo, telefonicznie lub na stronach booking.com. Na specjalne życzenie istnieje możliwość dowozu z i na lotnisko lub dworzec.

KONTAKT:

Strona www: www.casavacanzamareblus.com

E-mail: grazynazagorska@yahoo.it

Tel. 0039 3204252861

Booking.com: Casa Vacanze Mare Blues

Miód czy słód: co za różnica?

0

Wraz z nadejściem chłodnych pór roku, od razu na myśl przychodzi mi kubek gorącej herbaty i  zamaczane w niej ciasteczka. Albo, czemu nie, słodkości zawieszane na świątecznym drzewku. Myślę o niedzielach spędzanych w domu na przygotowywaniu pyszności na kolejny tydzień. O słodkościach, nawet tych bardziej kalorycznych, które można smakować bez poczucia winy, bo przecież „jest zima i muszę chronić się przed chłodem”!

Co stanowi zatem wątek przewodni tych wszystkich pysznych rzeczy? Miód. Rozpuszczany w herbacie, dodawany do ciast czy także chociażby do słonych potraw przez osoby, które, tak jak ja, uwielbiają kontrastowe smaki. Nie jestem szalenie łasa na tego typu połączenia, ale z pewnością w niektórych potrawach stanowi on dodatkowy akcent, który sprawia, że danie ​wychodzi naprawdę wyjątkowe.

Później odkryłam istnienie syropów słodowych: jęczmienny, ryżowy, kukurydziany i pszenny. I jak zwykle zaczęłam zastanawiać się, jaka jest różnica miedzy miodem i słodem, dlaczego jeden powinnam lubić bardziej od drugiego?

Zaczynamy od miodu: wszyscy wiemy, że jest on produkowany przez pszczoły, ale jak? Poprzez przetworzenie esencji kwiatów (nektaru) i niektórych owadów (spadź), które zasysane są przez pszczoły robotnice i poddane działaniu pewnych wytwarzanych przez nie enzymów, a następnie wprowadzane do uprzednio przygotowanych komórek. 

Aby wyprodukować jeden kilogram miodu, czyli zebrać i przetransportować pyłek z ula do kwiatów, pszczoły muszą pokonać dystans około 150 tysięcy kilometrów. Pszczoły są w stanie pokryć obszar rozciągający się aż do trzech kilometrów od ula. Co za wysiłek!

Do tej ciężkiej pracy swoja rękę przykłada tez człowiek. Miód jest wydobywany przez odwirowywanie, a następnie oczyszczany i zlewany do słoików. Jego kolor i właściwości zależą do kwiatów, z których pobrany został nektar, ale we wszystkich przypadkach korzyści jest wiele: miód jest bogaty w minerały (wapń, fosfor, potas, sód, żelazo, magnez, cynk, miedź, fluor, mangan, selen), witaminy z grupy B, a także aminokwasy.

Jego właściwości wydaje się być wiele, choć trudno jest zrozumieć, które są prawdziwe, a które oparte jedynie na ludowych przekonaniach. Powszechnie uważa się, ze miód ma działanie przeciwzapalne, uspokajające, wzmacniające, antyseptyczne i antybakteryjne, a zatem często stosowany jest jako lekarstwo na dolegliwości jesienno/zimowe.

Tak więc czas zadać sobie pytanie: w czym tkwi problem? Jak zwykle, tkwi on w handlu na dużą skalę, a co za tym idzie w inwazyjnych i często szkodliwych metodach produkcji. Niewiele w tym procesie jest poszanowania dla pracy pszczół, które nie wytwarzają miodu dla zabawy, lecz aby nakarmić swoje kolonie. Interwencja człowieka może być zatem uważana za „kradzież” na naszą korzyść: pszczelarze w niektórych przypadkach zastępują owoc ciężkiej pracy pszczół syropem cukrowym, który jednak nie jest całkowicie równoważny z ich naturalną dietą. Z tego powodu wiele pszczół choruje i nie udaje im się przetrwać zimy. W innych przypadkach, ule są zniszczone jeszcze przed nadejściem chłodu, aby nie trzeba było karmić całej kolonii, a w następnym sezonie mieć młodsze i bardziej produktywne pszczoły. 

Jeśli w warunkach naturalnych pszczoła królowa żyje około pięciu lat, w produkcji przemysłowej zabija się ją i zastępuje co dwa lata, w momencie, gdy spada jej zdolność do produkcji jaj. 

Można pozostać obojętnym wobec tych wiadomości. Albo i nie. Spadek populacji pszczół i jej konsekwencje dla ekosystemu to problemy, które dotyczą w dużej mierze także nas. W razie wątpliwości, można zdecydować się na używanie słodu. Zobaczmy, co się za nim kryje. 

Słód uzyskuje się poprzez dodanie kiełkujących ziaren jęczmienia do gotowanych zbóż (jęczmienia, kukurydzy, ryżu, pszenicy). Pozostawiony na 3-4 dni w wodzie, aby namókł, jęczmień kiełkuje i rozwija enzymy, które aktywują proces bardzo podobny do tego, który występuje podczas trawienia, przekształcając skrobie w prostsze cukry. Ze względu na obecność jęczmienia (który zawiera gluten), słód nie jest odpowiedni dla osób chorujących na celiakię.

Przy produkcji syropu ze zbóż wykorzystuje sie tę samą zasadę, co przy produkcji syropu słodowego, ale zamiast kiełkującego jęczmienia wykorzystuje się enzymy, które aktywują przetwarzanie skrobi. Zaletą jest to, że przy produkcji używa się tylko jednego zboża, a więc w przypadku ryżu lub kukurydzy syrop będzie bezglutenowy.

Najsłodszym syropem jest ten z kukurydzy. Choć i tak wszystkie z nich mają o 50-60% mniejszą siłę słodzącą w porównaniu do cukru białego, z uwagi na wysoką zawartość procentową wody. Wykorzystując je w Waszych przepisach pamiętajcie, że 100 g syropu słodowego odpowiada w przybliżeniu 80 g cukru. I właśnie ze względu na zawartość wody, ilość ciekłych i stałych składników podanych w przepisie także powinna być odpowiednio dobrana.

Podobnie jak miód, słód i syropy również są bogate w witaminy i składniki mineralne (wśród których możemy znaleźć wysokostężony potas, sód i magnez) oraz mają wiele korzystnych właściwości: przeciwzapalne, odtruwające wątrobę, zapobiegające zakażeniom dróg moczowych (przydatne w przypadku zapalenia pęcherza moczowego) oraz sprzyjające pracy jelit.

W porównaniu z innymi substancjami słodzącymi, są źródłem energii o wysokiej biodostępności i wydajności, działającymi przez długi czas: używając słodu mamy ciągły i stały dopływ energii. Wszystko w zamian za ograniczony wkład kaloryczny: 100 g słód zawiera około 300 kalorii.

Słody i syropy zbożowe są zatem realną i zalecaną alternatywą dla innych, bardziej popularnych środków słodzących, jak miód lub cukier biały, które, należy pamiętać, przyczyniają się do zakwaszenia organizmu, prowadząc na dłuższą metę do różnego rodzaju niedoborów, zwłaszcza wywołanych gorszym przyswajaniem wapnia.

Źródła zdjęć:
https://ncez.pl/abc-zywienia-/fakty-i-mity/miod-zamiast-cukru-

https://www.elle.pl/sport/artykul/miod-manuka-wlasciwosci-i-dzialanie
https://pl.depositphotos.com/35582785/stock-photo-christmas-tree-frome-honey-cells.html

Słowa, których lepiej unikać (część druga)

0

Część pierwsza: kliknij tutaj

Powróćmy do tematu słów, których lepiej unikać, czyli neologizmów, wyrażeń, których nikt nie lubi, których „nie da się słuchać” (to zresztą kolejne nieładne, ale często używane w ostatnim czasie, zarówno w mowie, jak i w piśmie, wyrażenie. Jeśli nie można czegoś słuchać, wystarczy zatkać uszy, prawda?) 

  1. BELFIE

Po selfie nie mogło zabraknąć belfie, czyli zdjęcia, które zamiast uwiecznić twarz, skupia się na tzw. stronie B. Neologizm ten pojawił się po raz pierwszy 2 lata temu, kiedy to został opublikowany na okładce jednego z amerykańskich czasopism. Narodził się on z mody (lub też manii) celebrytów na fotografowanie swoich pośladków i udostępnianie tychże zdjęć na portalach społecznościowych. Inicjatorką trendu była Kim Kardashian, którą szybko zaczęły naśladować aktorki, modelki i wokalistki, niezwykle dumne z fotografowania tej (chyba najważniejszej) części własnego ciała. 

  1. COME DIRE

Wtrącenia (z łac. intercalaris, będące częścią serii) są wtykane tu i tam bardzo często w nieprzemyślany sposób i oddają specyfikę sposobu mówienia każdego z nas. Nie mają żadnej specjalnej funkcji ani nie nadają wartości semantycznej. Wtrącenia typu jakby to powiedzieć, zgodnie z jego funkcją, używamy w sposób poprawny, kiedy nie przychodzi nam do głowy właściwe słowo, jednak jego ciągłe używanie (a raczej nadużywanie) może być drażliwe. Nie można go zatem użyć w zdaniu: „Jestem wystarczająco, jakby to powiedzieć, przygotowany, żeby odpowiadać”, ale będzie pasowało, by zastąpić jakiś wyraz, który mamy na końcu języka lub też jeśli nie znamy właściwego słowa. Umberto Santucci, ekspert z dziedziny komunikacji, dopuszcza także jeszcze jedną możliwość użycia „jakby to powiedzieć”, a mianowicie kiedy w danym kontekście używamy cudzysłowu, np. „Twoja sukienka jest, jakby to powiedzieć, prawie oślepiająca”. 

  1. TRA VIRGOLETTE

Użycie cudzysłowu w celu ukazania pewnego dystansu do wyrazu lub wyrażenia może być bardzo skuteczne, ale także i w tym przypadku nie należy przesadzać. W rzeczywistości używamy go dość często zarówno w piśmie, jak i w mowie, aby zaoszczędzić sobie trudu znalezienia tego właściwego słowa. W szczególności niektórzy dziennikarze (ci leniwi) nadużywają cudzysłowu, co skutkuje tym, że artykuł staje się niejasny i zbyt ogólnikowy. Być może należałoby im przypomnieć, że na dłuższą metę nadużywanie cudzysłowu nie jest “fajne”.  

  1. ANCHE NO

Anche no jest wykrzyknieniem, czyli wyrażeniem rzucanym tak po prostu w czasie rozmowy (z łac. interiectio, czyli wykrzyknik), aby wyrazić emocje lub stan mówiącego i jest pozbawione związków semantycznych z innymi częściami zdania. Wyrażenie to daje się słyszeć coraz częściej. Powtarzane przez satyryków (zwłaszcza Gialappa), polityków czy dziennikarzy, pomaga odpowiedzieć na mało interesująca propozycję. W ten sposób chcemy wyrazić delikatną dezaprobatę, chcemy powiedzieć, że „możemy się bez czegoś obejść”. Assolutamente no (patrz: kącik językowy w poprzednim numerze Gazzetta Italia) wyraża natomiast zdecydowany sprzeciw i posiada tę samą wartość, co wyrażenie hiperboliczne, np. neanche per sogno – ani mi się śni, kiedy to porównuje się spójnik “neanche” („ani”), który jest niczym innym, jak fuzją „né e anche” i jest symetryczny w stosunku do anche no. 

Anche no znajdujemy także w tytułach i tekstach niektórych piosenek: Anche no z roku 2012 z repertuaru Povii (utwór kończy się wyrażeniem anche si w znaczeniu perché no, ale nie jest to aż tak popularne), a także Anche no autorstwa rapera Rayden (Marco Richetto) z 2009 roku. 

Alternatywą dla anche no jest ma anche no, wyrażenie, w którym to ma odpowiada za przeciwstawną wartość, wprowadzającą pewną korektę, np. w zdaniu „Włochy wychodzą z G8? Skądże znowu!”  («Forexinfo.it», 23/10/2013).

Ma anche no było tytułem niedzielnego programu telewizyjnego emitowanego przez kilka miesięcy na kanale La7 i prowadzonego przez Antonello Pirosiego. Jest to kolejny dowód na to, w jaki sposób moda i maniery językowe są upowszechniane głównie przez telewizję. 

Zważywszy na to, że nie mamy odwagi odpowiedzieć komuś po prostu „nie”, uciekamy się do jego złagodzenia poprzez anche. Zwykłe tak już nie wystarcza i stąd też dochodzi do nadużywania absolutnie (patrz: kącik językowy w poprzednim numerze Gazzetta Italia). Widząc tę zależność między mediami masowymi i rozprzestrzenianiem się neologizmów, frazesów i mody językowej, można stwierdzić, że prawie wszystkie słowa, które już teraz chcielibyśmy wyrzucić do kosza, pochodzą z prasy lub telewizji, rozpowszechniane właśnie przez tych „którzy z zawodu powinni dawać przykład rygorystycznej kompetencji językowej” (Diego Marani, Il Sole 24 ore). A skądże znowu!

Projekt „Citri et Aurea”

0
Schema della ricostruzione della collezione di agrumi a Wilanów Autore: Jacek Kuśmierski, 2018

Galeria Uffizi i Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie rozpoczynają współpracę poświęconą historycznym kolekcjom cytrusów.

Projekt „Citri et Aurea” został pomyślany jako współpraca Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie z Galerią Uffizi – Ogrodami Boboli we Florencji w zakresie historycznych kolekcji cytrusów. Pierwsze wspólne działania zostaną podjęte w listopadzie 2019 r. w ramach wizyty studyjnej trójki polskich specjalistów we Florencji a ich realizacja została dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu „Kultura Inspirująca”.

„Citri et Aurea” to projekt wieloletni, w ramach którego przeprowadzone zostaną badania historyczne nad związkami dworu księcia Kosmy III z dworem króla Jana III oraz nad wpływem włoskiej kultury ogrodniczej na wilanowską kolekcję cytrusów. Wyniki tychże badań posłużą opracowaniu publikacji i przygotowaniu wystawy czasowej prezentowanej w ogrodach obu partnerów.

Podstawą  projektu są kontakty dworu wielkiego księcia Kosmy III z dworem króla Jana III nawiązane po zwycięskiej bitwie pod Wiedniem, które zaowocowały przesłaniem ośmiu skrzyń roślin z Florencji do Warszawy w 1684 r. W XVI w. ogrody były kojarzone z mitologicznym złotym wiekiem, a w szczególności z jedenastą z dwunastu prac Herkulesa, w której heros musiał ukraść złote jabłka z sadu Hesperyd. Za pomocą rzeźb i fontann Medyceusze tworzyli w swoich założeniach programy symboliczne mające związać ich rodzinę z bohaterskimi cnotami i siłą Herkulesa. Ważnym elementem ogrodów stały się wówczas cytrusy, które utożsamiano ze złotymi jabłkami Hesperyd.

Motyw ten rozprzestrzenił się później w całej Europie, co zaowocowało powstaniem wielu znakomitych kolekcji cytrusów. Miano Polskiego Herkulesa (Hercules Polonus) towarzyszyło królowi Janowi III przez cały czas panowania (1674-1696) i znalazło odzwierciedlenie w jego letniej rezydencji w Wilanowie, zarówno w dekoracjach pałacu, jak i otaczającym go ogrodzie barokowym. Architekci i ogrodnicy stworzyli prawdziwy cytrusowy raj, który wraz z zespołem rzeźb gloryfikował postać króla Jana III.

Późniejsza zawierucha dziejowa doprowadziła do rozproszenia i utraty królewskiej kolekcji. Proces jej odtwarzania rozpoczęto w 2016 r.Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, chcąc kontynuować proces odtwarzania historycznych zbiorów cytrusów, nawiązało współpracę z Galerią Uffizi w 2019 r. Zarządzane przez muzeum Ogrody Boboli posiadają ich unikatową kolekcję, wśród których znajdują się gatunki i odmiany pochodzące jeszcze z czasów Medyceuszy.

 

Wino i literatura – 3. i ostatnia część

0

Część II: kliknij tutaj

Obecność wina na stołach antycznej Grecji symbolizowała prestiż społeczny, gdyż wytwarzanie i przetwórstwo tego produktu wymagało posiadania gruntu oraz drogiego wyposażenia. Można zatem mówić o starożytnej Grecji jako o pierwszej i prawdziwej krainie wina. Później napój ten został eksportowany, dzięki kolonizacji, w kierunku Morza Czarnego, do Anatolii, wybrzeży Afryki oraz zachodnich terenów osiągalnych drogą morską z Grecji. Gdy Homer opowiadał o miastach pochodzenia achajskich przywódców i wymieniał ich przeróżne zalety, nie pomijał nigdy w swoich opisach obecności bujnej winnej latorośli w tych krainach: „Arne o wielu kiściach winogron, Istiea obfitująca w winnice, Epidauro bogata w uprawę winogron”.

Winogrodnicy greccy nie stosowali form uprawy na pergolach, jak czynili Egipcjanie oraz jak później zwykli robić Włosi.  W Grecji winne latorośle biegły swobodnie do gruntu, ochraniane różnymi materiałami (gałęziami i słomiankami), by uniknąć bezpośredniego kontaktu owoców z glebą. Taki system, z pewnością mniej kosztowny z punktu widzenia ekonomicznego, wymagał jednak wielu rąk do pracy w przygotowaniu gleby. Winobranie zwykle odbywało się w połowie września. Winogrona zbierano do koszy, a następnie owoce zostawały poddawane procesowi rozgniatania, co czyniono w misach z drewna dojrzałej akacji lub na delikatnie nachylonych murach, aby ułatwić ściekanie moszczu winogronowego. Część soku była konsumowana od razu po dodaniu niewielkiej ilości octu, podczas gdy większość moszczu przeznaczano do produkcji wina. Następnie moszcz umieszczany był w piwnicach, gdzie fermentował w wielkich glinianych naczyniach (3,5 m wysokości i otwór wielkości 1m) nazywanych „pithoi”.  W celu zredukowania transpiracji, „pithoi” umieszczane były głęboko w ziemi i posypywane od zewnątrz żywicą i pakiem węglowym. Po sześciu miesiącach, przystępowano do filtracji i przelewania wina do bukłaków lub spiczastych amfor z terakoty, by oczyścić je z ewentualnego osadu, po czym wino wprowadzane było na rynek. 

Inną krainą, która dzięki sąsiedztwu Wschodu dysponowała niegdyś wielkim potencjałem w produkcji wina i uprawie winorośli, jest z pewnością Palestyna, o czym świadczą narzędzia (tłocznie i kadzie) znalezione podczas wykopalisk archeologicznych. Podobne informacje można wyczytać także w tekstach bibilijnych. Rozwój praktyki wytwarzania wina w Palestynie trwał nieprzerwanie aż do połowy 600 roku n.e., epoki muzułmańskich podbojów.

W czasach, gdy Rzym chlubił się imieniem „stolicy świata”, kultura winiarstwa miała już za sobą długą historię.  Jednak to podczas rządów Augusta roślina ta i sam napój mogły cieszyć się większą uwagą, rozpowszechnieniem i prestiżem. We Włoszech nowe techniki i gatunki winorośli importowane były głównie z Grecji. Uprawa winorośli i winoznawstwo stanowiły w tym czasie dwa ważne elementy życia ekonomicznego oraz społecznego. Znane rzymskie osobistości konkurowały ze sobą, starając się prześcignąć w pisaniu traktatów o rolnictwie: począwszy od Katona i Warrona aż po Wergiliusza i Lucio Moderato Columella, w epoce największego rozkwitu Cesarstwa. Obserwacjom metod produkcji wina towarzyszyły techniczne instrukcje uprawy winorośli. Columella rozróżniał winogrona przeznaczone na stół oraz winogrona na wino i podzielił te ostatnie hierarchicznie na trzy grupy, na podstawie otrzymanego z nich wina. W swojej rozprawie „De Re Rustica” wskazywał jaki teren jest najodpowiedniejszy pod uprawę każdego rodzaju winorośli oraz radził by sadzić różne jej odmiany, ale utrzymywać je oddzielone, by w ten sposób uzyskać wino najbardziej wartościowe. Według jego pism, winobranie odbywało się od sierpnia aż do listopada, gdy owoce osiągały pełną dojrzałość. Kontrola dojrzałości opierała się na smaku winogron, na strukturze kiści, a w szczególności na ciemnym kolorze owoców. Winogrona były rozgniatane w przyrządzie nazywanym calcatorium i wyciskane w turcularium, więc moszcz był zabierany i transportowany do fermentacji w doliach, czyli wielkich fajansowych beczkach.

Podsumowując, wino od zawsze stanowiło nie tylko przyjemny dla naszego podniebienia napój, ale również symbol cywilizacji i stanu społecznego. 

Sycylijska cassata

0

Składniki:

Biszkopt:

  • 6 całych jajek
  • 225 g cukru
  • 225 g mąki 00

Nadzienie:

  • 850 g sera ricotta
  • 250 g cukru
  • 150 g czekolady w płatkach lub w kropelkach
  • 40 g posiekanych pistacji
  • 250 g mieszanych owoców kandyzowanych: cytryny, pomarańcze, wiśnie
  • mielona wanilia i cynamon
  • 1 łyżka wody pomarańczowej

Polewa:

  • 300 g cukru pudru
  • 1 białko
  • 3 krople soku z cytryny

Wierzch ciasta:

  • 500 g białej i zielonej masy migdałowej

Przygotowanie:

Najpierw upiecz biszkopt: do dużej miski wbij całe jajka, dodaj cukier, a następnie ubijaj trzepaczką do uzyskania puszystej masy. Stopniowo dodawaj przesianą mąkę, delikatnie mieszając, aż do całkowitego połączenia składników. Uważaj, żeby masa nie straciła puszystości podczas mieszania. Prostokątną formę do pieczenia wyłóż papierem, a brzegi wysmaruj masłem. Przygotowane ciasto wlej do formy i piecz w temperaturze 185°C przez około 35-40 minut. Gotowy biszkopt odstaw do wychłodzenia, a następnie pokrój na kawałki o grubości 6 mm.

Następnie przygotuj nadzienie: do rondelka wsyp cukier, zalej go połową szklanki wody, dodaj wanilię i zagotuj. Ricottę przełóż do dużej miski, zalej ciepłym syropem, całość wymieszaj drewnianą łyżką.

Dodaj kandyzowane owoce pokrojone na kawałeczki i oprószone mąką, wodę pomarańczową, płatki czekoladowe, posiekane pistacje i cynamon (1-2 szczypty, wedle uznania).

Nadzienie odstaw do lodówki. Przygotuj tortownicę o średnicy 30-34 cm. Na dnie poukładaj kawałki biszkoptu, na nich umieść nadzienie i przykryj wierzch biszkoptami. Tak uformowaną cassatę pozostaw w lodówce na co najmniej jedną noc.

Następnego dnia wyjmij ciasto z tortownicy i pokryj je białą masą migdałową.

Teraz przygotuj polewę: białka jaj z cukrem pudrem i sokiem z cytryny wymieszaj trzepaczką do uzyskania płynnej, gęstej polewy. Polej wierzch ciasta, w miarę możliwości pokrywając całą powierzchnię pasty migdałowej. Przygotuj odpowiednich rozmiarów pas zielonej masy, którym owiniesz brzeg cassaty. Wierzch udekoruj orzechami i kandyzowanymi owocami.

Pastisz językowy Gaddy

0

Termin kulinarny “pasticcio” (pasztet), po francusku „pastiche”, [po polsku pastisz – przyp. red.], w środowisku literackim narodził się prawdopodobnie, tak jak w muzyce, na początku XVII wieku, gdy w formie typowych utworów barokowych, imitacji w pisaniu, znanych jako „à la manière de”, oferowano możliwość ćwiczenia, wykorzystując znaną już manierę literacką, aby móc zaistnieć, tworząc kombinację tekstów wcześniej istniejących i mniej lub bardziej cytowanych, które prowadziły do nowych typów narracji. Zresztą czym jest pastisz, jeżeli nie nową i apetyczną potrawą, otrzymaną po wymieszaniu wcześniej już posiadanych składników?

Również w XVIII wieku, w słynnej oświeceniowej „Encyclopédie”, będzie się mówiło o pastiszu jak o czymś, co okazuje się nie być ani oryginałem, ani kopią. 

Przez ponad wiek, aż do początków XX wieku, pastiszy było niezliczenie wiele, przede wszystkim tych satyrycznych, gdzie autorzy imitowali to, co rozpoznawalne w stylu innych autorów, czyniąc tę praktykę nie tylko zwykłym, przyziemnym ćwiczeniem, ale także grą parodią. Już od 1787 roku Jean-François Marmontel stworzył techniki pastiszu literackiego: od Leopardiego, do Prousta, aż po „Esercizi di stile” (Ćwiczenia stylu) Raymonda Queneau, które uczyniły z pastiszu element charakterystyczny literatury postmodernistycznej, w której podstawą jest rozpoczęcie tekstu wykorzystując różne formy intertekstualności i jego wyraźnej relacji z innymi tekstami.

W 1934 Gianfranco Contini,  wówczas bardzo młody filolog, recenzując „Solaria” i „Castello di Udine” Carla Emilia Gaddy z łatwością określił styl autora jako pastisz, przez naśladowanie mieszanek języków technicznych, archaizmów i dialektów, w ten sposób idealnie definiując styl Gaddy jako „kombinację żalu i neurastenii”. Nadaje w ten sposób nową, dodatkową konotację do terminu pastisz, który z literackiego staje się również lingwistycznym.

Gadda ewidentnie zgadzał się z tą opinią, jako że w 1957 roku zrealizował najbardziej typową dla tego stylu powieść zatytułowaną „Quer pasticciccio bruto de via Merulana”: widzi się w tym rzeczywisty sukces pastiszu, tak dalece różniącego się od barokowego modelu pisania, jako rozdźwięk różnych stylów i modeli literackich, natomiast teraz rozumiany także w wymiarze wielojęzycznym.

Za sprawą Carla Emilia Gaddy język włoski przeszedł na poziomie literackim i eksperymentalnym sztuczną modyfikację przeznaczoną do triumfowania na niższym poziomie jeszcze przez dziesiątki lat w różnych masowych środkach przekazu, przede wszystkim w radiu.

Początkowo celem pisarza ewidentnie było uwidocznienie hipokryzji leżącej u podstaw  życia codziennego współczesnego mu mieszczaństwa, bawiąc się brutalnie sarkastycznym i ostrym tonem, językiem ciętym i innowacyjnym, stworzonym poprzez mieszankę struktur dialektalnych (lombardzkich, toskańskich, i częściowo z Lacjum), połączonym terminami wyszukanymi i wyrażeniami języka specjalistycznego, filozoficznego i biurokratycznego; angażując także zmieniające się rejestry stylistyczne, skutecznie tworząc językowy tygiel – często będący niełatwą lekturą – wydaje się być w stanie wywołać w czytelniku efekt oszołomienia: nagłe i niespodziewane przejścia od treści wzniosłych do komicznych, od tragicznych do patetycznych i od sarkazmu do groteski, zaskakując w ten sposób nawet najbardziej przygotowanego czytelnika.

Niemniej jednak eksperymentowanie językowe nie jest celem samym w sobie: jego język jest niczym mieszanina, przede wszystkim w „Pasticciaccio”, służy obnażeniu małostkowości i brzydoty świata, poprzez odkrycie fałszu i hipokryzji, które dominują w społeczeństwie i  ewidentnie tworzą codzienność. Carlo Emilio Gadda chce zburzyć korzenie tej rzeczywistości, używając własnego języka jako swego rodzaju narzędzia do badania społecznego, które w końcu ukazuje próżność i szkaradność, które chowają się za pozorami wygody. Świat, którego Gadda nie akceptuje i nie uznaje, to ten z którym umyślnie polemizuje i oszukuje właśnie za pomocą swojego języka. W sposób bardzo osobisty interpretuje realistyczny wątek, używając języka podzielonego, który wprowadza nieporządek w rzeczywistości, przytaczając często fragmenty konwersacji, idiomy, utarte zwroty, a ostatnim jego celem jest uwidocznienie nieracjonalności i głupoty świata, w którym żyje.

Z drugiej strony Gadda, przez własne doświadczenia życiowe, nie zdołał zyskać pozytywnego odbioru. Urodzony 14 listopada 1893 roku w mieszczańskiej rodzinie pochodzącej z prowincji Varese, już od dzieciństwa został zmuszony przez kryzys ekonomiczny i nietrafione inwestycje swego ojca Francesca Ippolita (zadłużył się inwestycjami w uprawę jedwabnika morwowego, a przede wszystkim w budowę willi w Longone al Segrino),do porzucenia nauki rozpoczętej prestiżowym liceum „Parini”, by zapisać się – zmuszany obsesyjnie przez matkę Adele Lehr – do Istituto Tecnico Superiore di Milano, tego, który zmienił się w Politechnikę. Przerwał naukę na rzecz służby wojskowej w 1915 roku, był jeńcem po bitwie o Caporetto i został zesłany do Niemiec; podczas powrotu do domu dowiedział się o tragicznej śmierci brata Enrico, który zginął w wypadku lotniczym. Ponownie rozpoczyna naukę na uniwersytecie, gdzie oprócz inżynierii studiuje również filozofię, żeby później, uzyskując dyplom inżyniera, rozpocząć serię zawodowych podróży, które doprowadziły go, na początku lat dwudziestych, do Sardynii, południowej Afryki, Belgii, Ruhry i Lotaryngii: zaraz po powrocie do Włoch oddaje się literaturze, nawiązując relacje z pisarzami i intelektualistami owych czasów, a w szczególności tych związanych z florenckim czasopismem „Solaria” czyli Bonsantim, Montalem, Falquim i Bacchellim. Od 1950 roku w Rzymie, pracuje stale w programach radia RAI, jednocześnie poświęcając się swoim projektom literackim, które widoczne będą w dwóch powieściach: „La cognizione del dolore” i „Quer pasticciaccio brutto de via Merulana”, czyli jego największych sukcesach. 

„Mój ojciec – mój mistrz”. Rozmowa z Folco Terzanim

0

Z Folco spotykam się we Florencji. Na spotkanie ze mną wyszedł boso, uśmiechnięty i serdeczny. Chwilę później wprowadził mnie do ciepłego, przytulnego salonu pełnego książek. Tam, pod czujnym okiem małego Buddy, zapadając się w miękkim fotelu i popijając zieloną herbatę, rozmawiałam z Folco Terzanim o jego ojcu, o pisarstwie i ukrytej w naturze boskości. 

MÓJ OJCIEC, TIZIANO

Folco Terzani, dokumentalista, pisarz i scenarzysta, syn wybitnego włoskiego dziennikarza i korespondenta z Azji dla Der Spiegel, Tiziano Terzaniego, który pod koniec swojego życia odbył niezwykłą podróż wgłąb siebie. Tiziano, dobrze znany także polskim czytelnikom, udokumentował swoją wewnętrzną przemianę w książkach „Nic nie zdarza się przypadkiem”, „Listy przeciwko wojnie” i książce-testamencie „Koniec jest moim początkiem”, opracowanej już przez syna. 

Jakim ojcem był Tiziano Terzani?

Trudnym, ponieważ był człowiekiem charyzmatycznym, skupiającym na sobie uwagę. Mama powtarza, że odkąd odszedł, brakuje jej tak błyskotliwego towarzysza rozmów. I nie chodzi o inteligencję, ale o zrozumienie istoty rzeczy. A gdy zabraknie kogoś takiego, zdajesz sobie sprawę, że rozmowa z innymi odbywa się na zupełnie odmiennym poziomie. Gdy wspominam ojca, od razu na myśl przychodzi mi ktoś bardzo silny, pewny siebie. Był panem własnego losu. Nie uznawał nikogo ponad sobą, nie pozwalał sobie mówić, co ma robić. Nie opuszczał głowy nawet, gdy spotkał Dalai Lamę. To on zawsze był panem sytuacji.

W opracowanej przez Ciebie, pośmiertnej książce ojca “Koniec jest moim początkiem” – będącej zapiskiem Waszych ostatnich rozmów – Tiziano powiedział: „Czuję, jakbym za pomocą tych naszych pogawędek chciał zostawić Ci coś w rodzaju wsparcia”. A czym dla Ciebie były ostatnie miesiące spędzone z ojcem?

Wspaniałą okazją do zadania pytań, które zawsze mnie nurtowały. Wiele osób nie wyobraża sobie, że ostatnie chwile spędzone z umierającym rodzicem mogą być piękne. A nam udało się spędzić cudowny czas rozmawiając i obserwując ten niezwykły cykl narodzin i śmierci. On przekazał mi to, co najcenniejsze, a ja starałem się przyjąć i kontynuować tę sztafetę życia. Czasem przychodzili lekarze i mówili mu: „Proszę się nie martwić”, a on odpowiadał: „Nie, to ty nie martw się o mnie, ja doskonale wiem, jak się sprawy  mają. Wiem, że umieram, a wy wszyscy zamknijcie się i róbcie, co mówię”. I miał rację – umierał. Zadałem mu wszystkie pytania, jakie chciałem i wówczas on na dwa dni zamilkł, po czym zmarł. Wszystko odbyło się z precyzją szwajcarskiego zegarka. Umarł gdzie chciał, kiedy chciał, wśród osób, które pragnął mieć przy sobie w tamtej chwili. Może wydawać się to niezwykłe, ale w rzeczywistości niegdyś wszyscy ludzie umierali w ten sposób. Świadomie. I wcale nie musisz uprawiać medytacji czy być kimś bardzo uduchowionym. Wystarczy, że nie zaśmiecasz umysłu tysiącami zbędnych spraw, wystarczy, że żyjesz w teraźniejszości.

Tiziano przeszedł niezwykłą drogę: poczynając od reportaży wojennych, kończąc na pokojowym, duchowym przesłaniu. Czy przemiana ojca wpłynęła na twoje postrzeganie świata?

Prawdę mówiąc, zawsze to ja byłem bardziej zainteresowany duchowością niż on. Kiedy pojechałem do Kalkuty pracować w hospicjum u Matki Teresy, powtarzał: „Tak, tak, jedź. To bardzo ciekawe. Ale nie angażuj się. Spróbuj, zobacz i ruszaj odkrywać dalej”. W końcu był dziennikarzem, a w tym zawodzie z niejednego pieca jada się chleb. Jesteś w jednym miejscu, piszesz i jedziesz gdzieś indziej, poznajesz wiele historii. Ja odpowiedziałem mu wówczas: „Ale tato, jeśli to, co zrozumiałem w Kalkucie jest najpiękniejszą z prawd, nie mam powodów, aby szukać dalej”. On był zaskoczony, bo w tamtym czasie nie był jeszcze zainteresowany sprawami duchowości, wciąż pracował jako korespondent. Dlatego też byłem zdumiony, że w tak krótkim czasie udało mu się tak dogłębnie zrozumieć istotę życia i koniec końców stał się jednym z moich najważniejszych życiowych mistrzów. A mnie niezwykle ciekawiła jego przemiana i dlatego też w książce „Koniec jest moim początkiem” pierwszym pytaniem jakie mu zadałem, było: „Zatem naprawdę nie boisz się śmierci?”. Był niezwykle silnym człowiekiem i gdy podejmował pewne działanie, był jak huragan. Pod koniec życia udało mu się przejść niezwykłą przemianę w krótkim czasie, także dlatego, że wisiało nad nim widmo śmierci. Jak sam później podkreślał, choroba z czasem stała się jego dobrą znajomą (uśmiecha się). 

Jakie jest najwyraźniejsze wspomnienie ojca, jakie nosisz w sobie?

Najwyraźniejszym wspomnieniem są niewątpliwie ostatnie spędzone wspólnie chwile. Mimo, że jego ciało słabło, ojciec pod koniec życia był silniejszy niż kiedykolwiek. Szedł na spotkanie ze śmiercią jak wojownik, pogodny i spokojny. Powtarzał, że jest bardziej zainteresowany tym, co jest po drugiej stronie, niż tym wszystkim, co widział już za życia. Byłem zdumiony, gdy powiedział: „Wiesz, ten świat już mnie nie interesuje, za dobrze go znam. Widziałem już tego generała 50 lat temu. Nie był to ten sam generał, ale ten sam typ człowieka, który opowiada te same kłamstwa. Widziałem te same wojny o te same ideały. I nawet jeśli wydaje się nam, że wojny te toczą się o sprawy zupełnie różne, to w rzeczywistości zawsze jest to walka o te same wartości: równość i sprawiedliwość. Już to wszystko widziałem i nie chcę więcej tego oglądać, choćby dlatego, że są to straszne okropieństwa. Bardziej jestem ciekaw, co czeka na mnie po drugiej stronie”. To niezwykłe słowa, które bardzo utkwiły mi w pamięci. Książka „Koniec jest moim początkiem” to prawdziwy testament ojca. Zupełnie tak, jak chciał.

ŚWIAT

Folco, urodzony w Nowym Jorku, dzieciństwo spędził w różnych krajach Azji: Singapurze, Tajlandii, Indiach, Chinach i Japonii, kiedy to wraz z matką Angelą i siostrą Saskią podążali śladem podróżującego ojca. Pokój, w którym rozmawiamy opowiada historię wielu odbytych podróży i postanawiam zadać Folco podobne pytanie, z jakim on sam niegdyś zwrócił się do ojca: 


Co widzisz, gdy patrzysz na świat? 

Widziałem już wiele i ciekawi mnie w jakim kierunku podąża świat. Podróżuję często między Stanami Zjednoczonymi, Europą i Indiami. To trzy bieguny bardzo dla mnie ważne, dzięki którym obserwuję zachodzące zmiany. Z jednej strony Ameryka, kraj nastawiony na rozwój, wzrost, przyszłość i innowacje. Po drugiej stronie Indie, gdzie spędziłem wiele lat, mając okazję poznać ich starożytną kulturę i aurę wieczności obecną w tamtejszych górach. Jednak obecnie w Indiach, zwłaszcza w miastach, wiele dawnych wartości powoli zanika. Obecność wpływów z zewnątrz jest bardzo silnie odczuwalna. Na myśl przychodzi mi żarliwość, z jaką Chińczycy szukają  sposobu na zarobienie pieniędzy. To zdumiewające, jak bardzo wierzą w materializm! I w końcu, pośrodku, mamy jakże ciekawą Europę, gdzie wciąż odnajdziemy piękne skarby starożytności, które nieustannie, od wieków do nas przemawiają, ale także nowoczesność. Odnoszę wrażenie, że odczuwa się już zmęczenie tym wyścigiem za pieniędzmi. Nie wiem, jak wygląda sytuacja w krajach Europy Wschodniej. Chciałbym lepiej poznać Polskę. Powiedzmy, że Wy weszliście na tę drogę prowadzącą ku dobrobytowi nieco później, po upadku komunizmu. W moim odczuciu macie większą świeżość umysłu, z łatwością pojmujecie i promujecie nowe idee. Wierzę zatem, że dzięki tak różnym postawom w Europie mamy doskonałą okazję, aby wzrastać wspólnie we właściwym kierunku.

Pod koniec życia twój ojciec spędził 3 lata w Himalajach. To właśnie tam, odcięty od świata, zwrócił swoją uwagę w kierunku natury i mógł poczuć jedność ze światem. Ty jesteś związany w podobny sposób z jakimś miejscem?

(uśmiecha się) Góry w okolicach Pistoi, w których mój ojciec spędził ostatnie miesiące życia. Tam znajdujesz się na granicy z naturą, możesz swobodnie obcować ze zwierzętami. Dlaczego akurat góry? Dlatego, że właśnie tam możesz spędzić chwilę w samotności. Przez wiele lat miejsce to było postrzegane jako nieciekawe i mało znaczące. Ostatnio jednak powoli powraca świadomość, jak wielką wartość ma relacja z naszą matką naturą. I wiesz? Czasem można spotkać tam także Polaków. Zazwyczaj to dobrzy ludzie. Kto dociera aż tam jest zwykle dobrym człowiekiem.

TWÓRCZOŚĆ

Z Folco spotykam się dzień przed premierą jego nowej książki, którą kilka dni wcześniej czytam jednym tchem („Jesteś pierwsza!”, mówi). Jak twierdzi Folco, niewykluczone, że powieść trafi także do polskich księgarni. „Il Cane, il Lupo e Dio” („Pies, Wilk i Bóg”) to skierowana do uważnego odbiorcy, poruszająca opowieść o drodze życia, wartości natury i poczuciu boskości.

 

Książki, jakie napisałeś do tej pory, a także zrealizowane przez Ciebie filmy były dokumentami. Skąd pomysł na napisanie baśni? To książka uniwersalna, dla czytelników od 6 do 106 lat.

Dokładnie tak! Właśnie udzieliłaś doskonałej odpowiedzi na to pytanie! (śmiejemy się)

Bohaterami Twojej książki są zwierzęta, choć tak naprawdę metaforycznie opisujesz drogę kogoś, kto idzie przez życie pokładając ufność w boskiej sile. Według Ciebie nadszedł czas, aby powrócić do podobnej postawy?

Bez wątpienia. Podczas studiów dużo czytałem. Później zdałem sobie sprawę, że wykształceni, oczytani ludzie często wcale nie reprezentują lepszej postawy od tych prostych, żyjących blisko natury. Także mój ojciec zdecydował się umrzeć w górach, a jego najlepszym przyjacielem był prosty rolnik. Wiele osób dziwiło się temu, ale tak właśnie było. A dzieci, podobnie jak starsi ludzie, są wrażliwsze na naturę. Są otwarte, potrafią słuchać. Dlatego zdecydowałem w mojej nowej książce zwrócić się właśnie do najmłodszych. Poza tym, pisanie o duchowości bez nawiązywania do określonych religii czy ocierania się o New Age od zawsze stanowiło pewien problem. Zwierzęta okazały się w tym wypadku doskonałym rozwiązaniem, ponieważ nie ograniczają ich ludzkie schematy. A także mają one, z pewnością, poczucie istnienia jakiejś większej siły, która przemawia przez naturę. 

Najważniejsza myśl, jaką chciałbyś przekazać swoim czytelnikom?

Odważmy się wyjść poza schematy i dostrzec, że jest coś większego od nas. Nadszedł czas, aby zdać sobie sprawę, że jesteśmy częścią długiego łańcucha w nieustannym ruchu. Warto przemyśleć tę kwestię na nowo. Miejmy odwagę podążać odpowiednią dla nas drogą, według wartości, w które wierzymy, aby, gdy przyjdzie koniec, móc powiedzieć, że udało nam się nadać sens naszemu istnieniu. Tak, jak udało się to mojemu ojcu.