„Ida” kandydatem do Oscara, polskie kino wraca do światowych łask?

0
1590

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski

(Foto copyright Piotr Suzin, tłum. Katarzyna Kurkowska)

Podczas ostatniej edycji Festiwalu Filmowego w Wenecji spotkaliśmy się z Pawłem Pawlikowskim, reżyserem odnoszącego sukcesy filmu „Ida”, który będzie reprezentował Polskę w walce o Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Pawlikowski to polski intelektualista, który spogląda na swój kraj obiektywnie, w sposób charakterystyczny dla osoby od lat mieszkającej za granicą.

Czy ten dystans pomógł Panu lepiej zmierzyć się z wieloma polskimi wątkami poruszonymi w „Idzie”?

Rzeczywiście, w „Idzie” poruszam kilka kwestii wybitnie polskich: Polska z jej paradoksami i typami ludzkimi, wiara, tożsamość. Chodziło mi o to, żeby pokazać na ekranie pewien obraz Polski, który jest mi bardzo bliski, z muzyką i atmosferą z tamtej epoki. Zderzenie świata straumatyzowanego przez wojnę, stalinizm, Holocaust z witalnością Polaków oraz ich potrzebą życia. Długo narastała we mnie potrzeba powrotu nie tylko do Polski, ale również do lat 60-tych. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy dziennikarze, chciałbym podkreślić fakt, że nie jest to film o stosunkach polsko-żydowskich.

[cml_media_alt id='112295']714B63061.1[/cml_media_alt]

Polskie kino może się poszczycić wielką tradycją, jednak ostatnimi czasy wydaje się, że reżyserzy skupili się na kręceniu lekkich komedii, nastawionych na łatwy i szybki zysk.

Tak, obecnie faktycznie powstaje w Polsce wiele komedii, ale także i filmów poważnych, być może nawet zbyt poważnych, m.in. „Pokłosie”, „Daleko od okna” czy „Lęk wysokości”. Brakuje za to filmów, w którym forma i treść miałyby ze sobą coś wspólnego, w których liczy się spojrzenie reżysera na świat. Brak jest dzieł epickich, a jednocześnie bezpośrednich. W Polsce bardzo często filmy są robione albo komercyjnie, albo mają za zadanie zmierzyć się z jakimś społecznym problemem (jak chociażby homoseksualizm) z pozycji dydaktycznej. W porządku, ale dla mnie ważniejsze jest ukazanie pewnej wizji świata, w której forma jest spójna z fabułą; gdzie liczy się film, w którym nie skupiamy się na wyolbrzymianiu emocji. Dla mnie ważne jest unikanie retoryki politycznej, prób wyjaśniania historii czy przedstawiania Polaków koniecznie albo jako bohaterów, albo jako ofiary. Ludzie są uniwersalni i skomplikowani zarazem, moim celem jest ukazanie tej złożoności w bezpośredniej formie.

[cml_media_alt id='112296']714B64391.1[/cml_media_alt]

W Pana filmografii widać szczególne zainteresowanie tematyką polityczną, np. Serbią lub osobą Józefa Stalina. Planuje Pan nakręcenie filmu o tym rosyjskim dyktatorze?

Przez pewien czas ta tematyka była mi bliska. Jeśli chodzi o Stalina, to chciałem zrobić film o jednym z jego kumpli, wariacie, mordercy. W przeszłości kręciłem dokumenty polityczne, ale bez wydawania politycznych sądów. Celem mojej pracy pozostaje poszukiwanie uniwersalnego i ponadczasowego odczytania danego tematu. Osobiście nie mieszam się do polityki. Za bardzo jej też nie rozumiem. Myślę, że w gruncie rzeczy nie mamy o niej pojęcia. W dzisiejszych czasach media robią z naszych mózgów sieczkę, wiemy wszystko o wszystkich, ale w gruncie rzeczy nie wiemy nic. Nie ufam środkom przekazu. Przestałem słuchać wiadomości (np. odnośnie Ukrainy) i nie wypowiadam się na temat żadnej sytuacji politycznej, jeśli nie znam jej naprawdę z bliska. Wiadomości, których dostarczają nam media, są informacjami z drugiej ręki, ujętymi w tak banalne narracje, że w ostatecznym rozrachunku tracą sens.

Mieszkał Pan przez jakiś czas we Włoszech, czy to na Pana jakoś wpłynęło?

Rok, który spędziłem we Włoszech, był wspaniały! Miałem 22 lata, uciekłem z Oksfordu, gdzie nie mogłem ukończyć doktoratu, a we Włoszech znalazłem nawet pracę. Lubię Włochy, ale nie mógłbym tu mieszkać, nie jest to chyba kraj merytokracji. Trzeba ciągle nawiązywać i utrzymywać odpowiednie znajomości, co mnie się nigdy nie podobało, ani tutaj, ani w Polsce.

Jakie są Pańskie plany? Będzie Pan się jeszcze zajmował Polską?

Pracuję w tej chwili nad trzema filmami, ale nie będą one o Polakach samych w sobie, mnie interesują postaci, a nie fakt, że rzecz dzieje się w moim kraju.

Polska przeżywa teraz okres intensywnego rozwoju gospodarczego.

Tak, generalnie rzecz biorąc, jest to sprzyjający moment dla Polski. Obecnie mieszkam w Warszawie przez co najmniej sześć miesięcy w roku i muszę przyznać, że kocham to miasto. Jestem warszawskim patriotą, tutaj się urodziłem i wychowałem. Jestem naprawdę szczęśliwy ze swojego powrotu i z tego, że mogę się tutaj zatrzymywać na tak długo. I nie mówię tego z czystego sentymentu, ale z obiektywnych przyczyn: w Warszawie dobrze się żyje, dużo się dzieje, mieszka tu sporo ciekawych ludzi.

Uważa Pan Warszawę za jedną z nowych stolic Europy?

Z pewnością jest to piękne miasto w centrum Europy zamieszkiwane przez energiczną społeczność. Kiedy pomyślę o Paryżu, gdzie długo przebywałem, widzę, że w przeciwieństwie do Warszawy francuska stolica jest zbyt zamknięta w sobie, zbyt pewna siebie, dzieje się tam mało, jest zbyt burżuazyjna. W Paryżu ma się wrażenie, że wszystko już zostało jakoś ustalone dawno temu i dziś nie można już tego zmienić. Warszawa natomiast jest otwarta, różnorodna, heterogeniczna oraz pełna pozytywnej energii.

W zeszłym roku na Festiwalu w Wenecji przeprowadziliśmy wywiad z Andrzejem Wajdą przy okazji premiery „Człowieka z nadziei”. Z tego spotkania powstał wniosek, że w trudnych czasach komunizmu, pomimo cenzury, powstawały w Polsce wartościowe filmy doceniane na świecie, a dziś, w wolnym, rozwijającym się gospodarczo kraju filmy nie przekraczają granicy państwa. Gospodarka ma się dobrze, a kultura już nie?

Zgadzam się z tym jedynie po części. Należy pamiętać, że w tamtych czasach Polska była linią frontu oddzielającą dwa światy. Za komuny byliśmy jednym z najciekawszych państw, istniała u nas prawdziwa opozycja, walczyliśmy o coś. Byliśmy „najweselszym barakiem w komunistycznym obozie”, na świecie cieszyliśmy się dużym zainteresowaniem politycznym i społecznym. Dzisiaj staliśmy się zwykłym zachodnim państwem, przez co może straciliśmy nieco na atrakcyjności. Zgadzam się z opinią, że przykro jest obserwować kopiowanie w polskim kinie modeli zachodnich. Nie ma potrzeby przekładania polskich problemów na język Hollywoodu, należy stworzyć coś autentycznego, interesującego z formalnego punktu widzenia i uniwersalnego w swoim obrazie świata. Nie koncentrować się na tym, co dany film mówi o Polsce, ale po prostu działać bez kompleksów. Tak jak czyni to Wielka Sztuka, która stara się zawsze opowiedzieć coś o człowieku ze wszystkimi jego paradoksami i komplikacjami, robiąc to w sposób epicki i właśnie wyzbytym kompleksów. W Polsce jest tego mało. Często natomiast robi się u nas filmy propagandowe, na tematy polityczne, które lansują pewną określoną interpretację danego tematu lub odzwierciedlają pewien punkt widzenia. Alternatywą są filmy opowiadające o naszej mitologii; o tym, jacy to jesteśmy wielcy, piękni i niezrozumiani przez świat. Powstają też mierne komedie. Jest w tym wszystkim zbyt wiele autoreferencjalizmu, nadmiernej samoświadomości. Powinniśmy mówić o życiu, posługując się kanonami uniwersalnymi, skupiać się na człowieku w ogóle, a nie na byciu Polakami. Przecież ludzie żyjący w Polsce nie różnią się tak bardzo od tych mieszkających gdzie indziej. Wielka Sztuka zawsze patrzy na świat z perspektywy uniwersalnej i ponadczasowej.

ten artykuł jest dostępny w wersji włoski polski