Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 10

Paltrinieri: rolą filozofii jest tłumaczenie

0

Z Gian Luigim Paltrinierim (wykładowcą filozofii teoretycznej i hermeneutyki filozoficznej na Uniwersytecie Ca’ Foscari w Wenecji) porozmawiamy o świecie, w którym przyszło nam żyć: poplątanym językowo, podlegającym wielkim zmianom i przyszłości niemożliwej do przewidzenia. Paltrinieri od dawna zajmuje się myślą Immanuela Kanta, a jednocześnie bada myśl Friedricha Nietzschego i Martina Heideggera (link).

Zacznijmy od trudnego pytania: biorąc pod uwagę, że specjalizuje się Pan w hermeneutyce filozoficznej, czyli dziedzinie filozofii, która przywiązuje szczególną wagę do kwestii języka, jakie wyzwania stawia rozwój sztucznej inteligencji przed filozofią języka i filozofią w ogóle?

Przede wszystkim cieszę się, że mam okazję zapoznać czytelników Gazzetta Italia ze specyfiką włoskiej kultury filozoficznej. Na tak postawione pytanie odpowiedziałbym, że wyzwania nie dotyczą jedynie filozofii języka, ale także innych dziedzin filozofii. Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że są to wyzwania nie tylko dla filozofii. Ogromne znaczenie sztucznej inteligencji jest dla nas na porządku dziennym, a z punktu widzenia refleksji filozoficznej, która uważnie przygląda się temu, w jaki sposób ludzie zamieszkują świat, pojawia się mnóstwo pytań, ponieważ w grę wchodzi równie wiele konkretnych skutków. Pierwszy z nich dotyczy naszej relacji z narzędziami. Jedną z rzeczy, z których filozofia zdała sobie sprawę, jest to, że nie jest to po prostu kwestia odnoszenia się do sztucznej inteligencji jako narzędzia. To coś znacznie większego. Jeśli pojmujemy sztuczną inteligencję wyłącznie jako narzędzie, powtarzamy jedynie utarty schemat: jeśli obawiamy się jej skutków, mówimy, że kiedyś mogliśmy dysponować narzędziami, ale teraz już nie; a w istocie to my staliśmy się narzędziami narzędzi, podczas gdy powinniśmy ponownie przejąć nad nimi kontrolę. Z drugiej strony wygląda to następująco – jeśli spojrzymy jedynie z ufnością na sztuczną inteligencję, powiemy, że narzędzia, którymi dysponowaliśmy wcześniej były pełne ograniczeń. Obecnie rozwój ich możliwości sprawia, że nasze możliwości są nieograniczone. Cóż… takie podejście wymaga radykalnego przemyślenia. W istocie codziennie doświadczamy tego, że urządzenia cyfrowe i sztuczna inteligencja nie różnią się od nas lub świata, w którym żyjemy, a zatem stoją przed wyborem „narzędzie do naszej dyspozycji – narzędzie nie do naszej dyspozycji”. Na przykład uświadamiamy to sobie, gdy narzędzia się psują i przestają działać: to nie tylko brak dostępności narzędzia – przerywa się proces tkania naszego świata. Jeśli chodzi o włoską filozofię, to rzeczywiście można zaobserwować pogłębiającą się refleksję w tym obszarze. Przypominam prace Luciano Floridiego, który pracuje w Wielkiej Brytanii, i Maurizio Ferrarisa. Nie można jednak powiedzieć, że współczesna włoska filozofia skupia się w sposób szczególny na kwestii sztucznej inteligencji lub że rzuciła na to nowe spojrzenie. Namysł filozoficzny jest jednak wyczulony na radykalne zmiany wprowadzane w komunikacji i wiedzy przez technologię cyfrową i sztuczną inteligencję. To tak, jakby dziś aspekty inicjujące współczesność, osiągnęły swój najpełniejszy wymiar. Już w 1690 roku angielski filozof John Locke twierdził, że mówić to komunikować się, a komunikować się to informować innych o tym, co myślimy i czujemy. Cóż, dziś to sprowadzenie języka i komunikacji do przekazywania informacji osiągnęło apogeum dzięki technologiom cyfrowym. Niemniej refleksję filozoficzną uznaje się jako antidotum na uproszczenie, to znaczy na nadmierne uproszczenie, które dziś wpływa również na stosowanie języka, w którym wyrażają się relacje międzyludzkie. Oto jeden z problemów, który wiąże się również z kwestiami etycznymi i politycznymi: kiedy komunikacja między nami, ludźmi, zostaje sprowadzona do zwykłego przekazywania informacji, traci się bogactwo znaczeń, a relacyjność, która dokonuje się w naszej mowie i komunikacji, również staje się uboższa. Jeśli następnie weźmiemy pod uwagę fakt, że sztuczna inteligencja rozumie różnicę między prawdą a fałszem zgodnie z logiką binarną włączony-wyłączony, to do uproszczenia dodaje się kolejne uproszczenie. Wzbudza to zainteresowanie wielu włoskich filozofów, którzy – nie zapominając o wielu cennych możliwościach oferowanych nam przez nowe technologie – starają się przypomnieć o pierwotnym znaczeniu i bogactwie relacji, które łączą nas ze sobą, zarówno jako istoty ludzkie, jak i obywateli. Ten sam dyskurs można powtórzyć w odniesieniu do wiedzy. Poznanie czegoś oznacza bycie w relacji z tym czymś i bycie przekształcanym przez tę relację. Z drugiej strony konieczne jest gromadzenie danych, informacji, pojęć, ale to nie jest prawdziwa wiedza.

Jaka jest rola współczesnej filozofii w kontekście rosnącego wpływu globalizacji i wielojęzyczności? 

Słusznie podkreślasz kwestię języka. Włoska filozofia od zawsze przejawiała prawdziwe zamiłowanie Arystotelesem, według którego my, ludzie, jesteśmy żywymi istotami, które mają logos, które mają język, które wygłaszają przemówienia na etyczno-politycznej arenie miasta (polis). Jak wspomniano wcześniej, integralną częścią włoskiej wrażliwości kulturowej jest uznanie zasadniczego znaczenia relacji społecznych, złożonych z wypowiedzi i zwodniczych dyskursów, a jednak przepełnionych wieloma niuansami relacji międzyludzkich. Osoby, które zajmują się filozofią, nie boją się fałszu i matactw – wiedzą, jak je rozpoznać właśnie dlatego, że znają dyskursy i komunikaty, których odbiór nie jest uproszczony. W odniesieniu do globalizacji i wielojęzyczności można powiedzieć, że wyzwanie wynika z faktu, że przez wiele dziesięcioleci język angielski stał się językiem dominującym na świecie. Istnieje zatem pozorna angielska monojęzyczność, która jednak stoi w sprzeczności z ogromem naszej planety i wielością zamieszkujących ją ludów i kultur. Co ciekawe, kiedy filozofia zajmuje się niebezpieczeństwami monojęzyczności, podkreśla potrzebę tłumaczenia wielu języków używanych w Europie i na ziemi. Rolą filozofii jest dziś ,,tłumaczenie”. O ile tłumaczenie nie oznacza po prostu zastąpienia wyrażeń jednego języka obcego wyrażeniami innego języka, przy zachowaniu tych samych znaczeń. Zamiast tego, tłumaczenie polega na powiązaniu tego, co zarówno odległe, jak i odmienne, tworząc nowe znaczenia właśnie z jedności, która urzeczywistnia się w tłumaczeniu. Powtarzam, tłumaczenie nie oznacza, że coś jest takie samo dla wszystkich. Ja wyrażam to po włosku, podczas gdy Polak mówi to za pomocą swojego narzędzia, czyli języka narodowego. Tłumaczenie nie polega na zastępowaniu jednych znaków innymi, ale odwrotnie, na przełamywaniu homogenizacji i homologii, które powstają w zglobalizowanej monojęzyczności.

W którym kierunku, wedle Pana przewidywań, zmierza filozofia w nadchodzących latach w kontekście geopolitycznym i w jakie tematy, Pana zdaniem, powinna zaangażować się włoska filozofia? 

Muszę coś doprecyzować. Nie ma czegoś takiego jak filozofia włoska. W rzeczywistości włoska filozofia ma wiele głosów, różne podejścia, a prawie każdy uniwersytet odnosi się do szkoły filozoficznej, która zresztą pokazuje swój dynamizm właśnie poprzez gromadzenie niejednorodnych głosów. Na przykład w Wenecji istotne znaczenie miało magisterium Emanuele Severino, ale skończyli je nie tylko uczniowie wierni myśli swojego mistrza. Na poziomie uniwersyteckim specjalistyczne badania filozoficzne są niezwykle obszerne i różnorodne, choć niestety z trudem odgrywają istotną rolę w społeczeństwie i polityce. Wiąże się to z zagadnieniem, które chciałbym pokrótce omówić: bogactwo studiów i badań włoskiej filozofii ma swoje granice. Dziś Europa potrzebuje kantyzmu, ale włoscy filozofowie zawsze „woleli” Hegla od Kanta. Dziś Europa, a powiedziałbym, że cały świat, potrzebuje Husserla. Jednak my, Włosi, w tym ja, „wolimy” Heideggera. Europa potrzebuje oświecenia i kantowskiego nauczania par excellence: wiedzy o tym, jak oceniać, wybierać i działać w sposób istotny dla wszystkich, a nie tylko dla nas samych. Cóż, jestem przekonany, że jedną z osobliwości włoskich filozofii – w liczbie mnogiej! – jest artykułowanie bardzo cennych i ważnych przemyśleń, które są naprawdę godne uwagi, jednak zbyt skupionych na podkreślaniu wad nowoczesności, a nie zalet nowoczesnego, zdecydowanie nieredukowalnego nośnika relatywizmu i ekonomizmu. W końcu indywidualistyczna, kapitalistyczna i finansowa nowoczesność narodziła się w Anglii i Holandii (w XVII wieku), podobnie jak naukowe i wolnościowe oświecenie narodziło się we Francji (w XVIII wieku). Włoska kultura filozoficzna zawsze była bardziej zaangażowana w opracowywanie antidotum na tę nowoczesność „pochodzącą z zewnątrz”, postrzeganą jako coś destrukcyjnego zarówno dla relacji międzyludzkich, jak i przekazu historycznego. Podkreślam: choć istnieje ryzyko głuchoty na „zalety nowoczesności”, wszystko to jednocześnie wzbogaca i wyjaśnia bogactwo oraz subtelność włoskiej myśli filozoficznej. Potwierdzają to dwaj najważniejsi późno nowocześni myśliciele włoscy, Benedetto Croce i Giovanni Gentile, filozofowie równie wyrafinowani, co wpływowi.

Czy możemy zatem określić włoskich filozofów jako przedstawicieli mniejszości pełnej zasług, ale nieprzystających do współczesnego, światowego kontekstu filozoficznego, a tym samym niezdolnych do odciśnięcia na nim piętna? Czy możemy to również odnieść, na przykład, do Umberto Eco, Gianniego Vattimo, Giorgio Agambena i Ludovico Geymonata? 

Oczywiście, jeśli zadamy sobie pytanie o wpływ włoskiej tradycji filozoficznej na poziomie europejskim i światowym, musimy natychmiast uznać, że jest on ograniczony ze względu na użycie języka włoskiego, który jest dobrze znany tym, którzy zajmują się muzyką i sztuką, ale mało znany i mało tłumaczony przez zagranicznych filozofów. Uważam jednak, że włoskiej filozofii zaszkodziło zarówno to, że jest w przeważającej mierze krytyczna wobec pewnych aspektów myśli współczesnej, jak i niezdolność naszej klasy politycznej do zasięgania opinii filozofów. Z czterech nazwisk, które wymieniłaś, Eco, Agamben, Vattimo i Geymonat, dzieła przynajmniej trzech pierwszych przetłumaczono za granicą. Geymonat to szczególny przypadek. Był wybitnym uczonym, a także założycielem ważnej szkoły, ale jako obrońca racjonalnego, ateistycznego, naukowego i marksistowskiego ducha jest pod wieloma względami niereprezentatywny dla włoskiej filozofii i mało tłumaczony za granicą. Z drugiej strony Eco, choć był genialnym badaczem semiotyki, nie może być moim zdaniem uważany za filozofa. Z tej czwórki Gianni Vattimo i Giorgio Agamben są jedynymi, których nowatorskie spojrzenie weszło również do debaty międzynarodowej. Agamben zwłaszcza we współczesnym kontekście francuskim, począwszy od jego Homo sacer, Vattimo także w kontekście amerykańskim, dzięki jego dialogowi z Richardem Rortym i Johnem Caputo. Przynależąc do szkoły Luigiego Pareysona, Vattimo zdołał nadać sens etyczno-politycznym konsekwencjom chrześcijańskiego motywu teologicznego (Paweł z Tarsu): wcielając się w ludzkie ciało, chrześcijański Bóg wyzbył się swego absolutnego oddalenia, aby wejść w historię ludzkości i uwolnić ludzi od wszelkich prawd autorytarnych poprzez własną słabość.

Próbując przybliżyć nieco filozofię naszym czytelnikom, odnoszę się do krytyki stylu nowoczesności, o której Pan wspomniał. Wywodzi się Pan ze świata vintage, w którym podróżowanie oznaczało eksperymentowanie, wyruszanie, nawiązywanie znajomości, odkrywanie nowych miejsc poprzez zabawę. Zamiast tego, dziś podróżowanie oznacza podążanie ścieżkami już wydeptanymi przez bloggerów. Co Pan o tym sądzi?

Już od ponad 150 lat rozróżniamy podróżnika od turysty. Brytyjczyk Thomas Cook wymyślił turystykę w połowie XIX wieku. Podróżnik wystawia się na to, co znajdzie po drodze, turysta natomiast spotyka tylko to, co zaplanował. Dziś wszyscy jesteśmy turystami, nawet jeśli staramy się nimi być nie w sposób powierzchowny. Niemal obsesyjna potrzeba planowania, przewidywania i harmonogramów objęła również nasz czas wolny i chwile przyjemności. Jednak ci, którzy zajmują się filozofią, nie mogą zbyt pochopnie osądzać pogorszenia się doświadczenia podróżowania przez człowieka. To prawda, że młodsze pokolenia kierują się sugestiami influencerów i „już odbytymi podróżami”, ale pozostaje gra z zaskoczeniem i tym, co różni się od oczekiwań. Pozostaje z co najmniej dwóch powodów: ponieważ rzeczywistość jest zawsze bogatsza i bardziej nieprzewidywalna, niż moglibyśmy się kiedykolwiek spodziewać i zaplanować, a także dlatego, że to właśnie młodzi bawią się, nawet podczas podróży, w grę niezgodności, szukając tego, co różni się od tego, co zostało polecone czy doradzone. Być może częściej zdarza się, że osoby starsze wymagają, aby podróż odpowiadała planom!

Zakończmy rekomendacjami dotyczącymi lektury: czy mógłby Pan podać nazwiska trzech autorów tym osobom, które chciałyby zapoznać się ze współczesną filozofią włoską?

Pomijając wielu ważnych włoskich uczonych,  postaram się wspomnieć o trzech, którzy potrafią pisać także dla zwykłych czytelników. Pierwszym z nich jest Salvatore Natoli oraz jego publikacje: “L’esperienza del dolore” (tłum. Doświadczenie bólu) i „La felicità. Saggio di teoria degli affetti” (tłum. Szczęście. Eseje o teorii uczuć). Drugim wybitnym uczonym, którego proponuję, jest Roberto Esposito, który na przykład w „Communitas. Pochodzenie i przeznaczenie wspólnoty” oraz „Immunitas. Ochrona i negacja życia”, zastanawia się nad strategiami, za pomocą których społeczeństwo samo się uodparnia – z jednej strony chroniąc się przed tym, co uważa za niebezpieczne, ale z drugiej strony również zamykając się we własnym środowisku, wykluczając obcych. Na koniec wspomnę Donatellę di Cesare, która od kilku lat rozwija – cytując jeden z tytułów jej dzieł – „polityczne powołanie filozofii”. Do tego dodałbym na przykład „Stranieri residenti” (tłum. Cudzoziemcy) oraz „Democrazia e anarchia. Il potere nella polis” (tłum. Demokracja i anarchia. Władza w polis), w których zajmuje się dwoma obecnie naglącymi zjawiskami – zjawiskiem migracji oraz granicami i sprzecznościami władzy demokratycznej.

„Obca” – powieść konstelacja

0

Claudia Durastanti jest pisarką i tłumaczką urodzoną na Brooklynie w 1984 roku. W wieku sześciu lat przeprowadziła się z matką i bratem do Gallicchio w Bazylikacie. Jest członkinią zarządu Międzynarodowych Targów Książki w Turynie i współpomysłodawczynią Festiwalu Literatury Włoskiej w Londynie. Zadebiutowała w 2010 r. powieścią „Un giorno verrò a lanciare i sassi alla tua finestra”, która zdobyła nagrodę Mondello Giovani. Jej najgłośniejsza powieść „Obca” dotarła do finału prestiżowej nagrody Premio Strega; została nagrodzona Premio Strega Off i Premio Luigi Russo, a także znalazła się wśród finalistów nagród Alassio Centolibri, Viareggio i Stresa. Książka została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków i planowana jest jej serialowa adaptacja. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne w przekładzie Tomasza Kwietnia.

Czytając „Obcą” czuje się, że to historia, którą chciałaś opowiedzieć, zupełnie tak, jakbyś chciała wyrzucić z siebie jakieś wspomnienia. Jednocześnie sama przyznajesz na kartach książki, że autobiografia jest bękartem gatunków literackich należącym do osób ocalałych z czegokolwiek, jak kobiety, migranci, niepełnosprawni. Dzięki tej powieści chciałaś się ocalić czy być ocalona?

Kiedy pisałam tę książkę zdałam sobie sprawę, że myślałam nad nią całe życie. Czułam potrzebę uwolnienia niektórych wspomnień, ale żeby przelać je na papier, musiałam najpierw się do nich zbliżyć. Natalia Ginzburg mówiła, że podchodziła do pisarstwa autobiograficznego „wilczym chodem”, to interesujące, bo oznacza, że jest w tym jakaś ostrożność. Myślę, że było we mnie silne przekonanie, że literatura ratuje życie i ja chciałam ocalić siebie i moich rodziców. Mam nadzieję, że stało się tak nie tylko dlatego, że opowiadam o traumatycznych wydarzeniach rodzinnych, ale również ze względu na formę i język, jakim napisałam tę powieść, na styl, poezję i ogólną wizję, które wychodzą poza osobiste doświadczenia, w przeciwnym razie, jaki byłby sens publikowania tego typu historii. 

Pojęcie bycia obcym powraca w twojej książce na różnych poziomach. Na początku mamy wyobcowanie terytorialne. Tęskniłaś za miastami, które opuściłaś, czy życie w wielu miejscach pozwoliło ci poczuć się bardziej zakorzenioną w różnych kulturach?

To interesujące pytanie, ponieważ moim zdaniem wewnętrzna podróż w książce jest dokładnie odwrotna. Mojej mamie bycie obcą dawało wolność, było formą pozytywnej odmienności od innych. Natomiast ja, jako dziecko, byłam na zupełnie przeciwnym biegunie, bycie obcą oznaczało dla mnie wykluczenie i marginalizację. Myślę, że napisałam tę książkę właśnie po to, by odwrócić tendencję z negatywnej na pozytywną, a także po to, by zakwestionować pojęcie braku. Kiedy jesteś obcokrajowcem, świat wokół ma tendencję do podkreślania, że nigdzie nie masz domu, że ta wolność w przestrzeni to zawsze forma melancholii. A ja od dziecka byłam raczej melancholijna, dlatego starałam się za wszelką cenę bronić Stanów Zjednoczonych, a konkretnie Brooklynu, który opuściliśmy, by przenieść się do Bazylikaty. Wydaje mi się, że przeprowadzka z miasta na wieś jest ważna. Gdyby moja mama przeprowadziła się do Rzymu, czułabym mniejsze rozdarcie między dwoma bardzo różnymi światami.

Jednak w trakcie pisania zdałam sobie sprawę, że mam wiele korzeni. Tożsamość stała się dla mnie niemal kwestią wyboru. Doszłam do wniosku, że przynależymy do wielu miejsc i że są chwile, kiedy opowiadamy o jednym lub dwóch z nich, ale inne niekoniecznie już nie istnieją, pozostają gdzieś w eterze, czekając na odkrycie przy innej okazji. Kiedy przeprowadziłam się do Anglii, również stałam się migrantką, tak jak moja mama i babcia. W moim odczuciu właśnie to wielowarstwowe, niemal inwazyjne, pojęcie bycia obcokrajowcem w kilku miejscach naraz umożliwiło mi wyjście z przekonania, że bycie obcą jest jakimś brakiem i przekształcenie go w obecność.

Opowiadasz też o odmienności na poziomie rodzinnym, czyli o tym, jak z zewnątrz postrzegano głuchotę twoich rodziców i jak ty ją widziałaś.

Po ukazaniu się książki zadałam sobie pytanie: jak wyglądałoby odkrycie głuchoty moich rodziców w społeczeństwie, które nie marginalizowałoby niepełnosprawności? Czy moje cierpienie w dzieciństwie wynikało z fizycznego ograniczenia mojej matki, która nie mogła mnie usłyszeć, czy raczej ze świata zewnętrznego, szkoły, krewnych, instytucji, społeczeństwa w ogóle, polityki, które sprawiły, że doświadczyłam tej głuchoty jako ciężaru? Próbowałam więc przypomnieć sobie moment, w którym zdałam sobie sprawę, że moi rodzice byli głusi i jestem pewna, że ktoś mi o tym powiedział, ponieważ na etapie nauki języka nie zdajemy sobie z tego sprawy. Myślę, że zrozumiałam to w momencie, gdy ktoś przyszedł i powiedział, że moja mama różni się ode mnie i od niego. Wtedy naprawdę zaczęłyśmy żyć w dwóch różnych światach i może to wcale nie było konieczne. Poza tym, moje cierpienie zostało zdeterminowane przez niektóre dziwactwa mojej matki, jej eklektyczny charakter artystki z problemami psychicznymi. Dopiero po napisaniu tej książki miałam szansę nadać tym różnicom własne znaczenie, które różni się od wszystkich uwarunkowań, które pojawiają się, gdy opuszczasz dom i konfrontujesz się ze społeczeństwem. Moim zdaniem to nie przypadek, że zaczęłam pisać „Obcą” w wieku 34 lat, czyli w wieku, kiedy moja mama przeprowadziła się ze Stanów Zjednoczonych do Włoch. 

Kiedy przebywamy z osobami niepełnosprawnymi, prawie zawsze zastanawiamy się, co ta niepełnosprawność zrobiła z nami. Ja natomiast zastanawiałam się, co niepełnosprawność zrobiła z moimi rodzicami, czy chcieli się buntować, czy ich pragnienie wolności i autonomii było nieustannie tłumione? Podczas jednego z pierwszych wywiadów, których udzieliłam po ukazaniu się książki, w programie Farenheit w Radio 3, Loredana Lipperini powiedziała mi, że pomimo głuchoty moich rodziców, dla niej byli oni po prostu dwudziestolatkami w latach siedemdziesiątych. Wzruszyłam się, bo to miłe, że ktoś wpisał moich rodziców w zbiorową historię pokolenia, wcześniej było trochę tak, jakby zawsze byli wykluczeni. Napisałam tę książkę, ponieważ brakowało mi ich w historiach, które czytałam.

Język, którego używaliście między sobą w rodzinie również możemy zdefiniować jako obcy dla innych?

W tym wypadku interesująca jest kwestia migracji. Kiedy tłumaczyłam książkę „Ucieczka z Chinatown” Charlesa Yu, która rozgrywa się w fikcyjnym amerykańskim Chinatown i opowiada o migracji Chińczyków, moją uwagę zwróciła rozmowa pojawiających się w niej w pewnym momencie dwóch postaci. Jedna z nich mówiła głośno i bardzo powoli, używając starej formy języka chińskiego, a druga odpowiedziała: „Jestem obcokrajowcem, nie jestem głuchy”. Zdałam sobie sprawę, że często dochodzi do nieporozumień i osoby niesłyszące są traktowane tak, jakby były obcokrajowcami, a obcokrajowcy, migranci, są traktowani tak, jakby byli głusi. A w mojej rodzinie to nieporozumienie osiągnęło apogeum, ponieważ za każdym razem, gdy moja mama spotykała się ze swoimi braćmi, którzy wyjechali do Ameryki, oni rozmawiali z nią tak, jakby nie była głucha. Kiedy ja się trochę złościłam z tego powodu, oni mówili mi, że teraz żyjemy w różnych krajach i mówimy wymyślonym językiem.

Doszłam więc do wniosku, że każdy ma własny „słownik rodzinny”, w moim przypadku jest on szczególnie skomplikowany, ponieważ dochodzi do niego jeszcze głuchota. Ale ja jestem również obca w świecie głuchych, ponieważ nie mówię w języku migowym. Mówiłam dialektalnym włoskim moich dziadków, łamaną angielszczyzną członków mojej rodziny, którzy  nie uczyli się w szkole, więc był to bardzo szczególny wymiar językowy, polifonia związana z brakiem reguł i tendencją do wymyślania.

W książce piszesz, że „język jest technologią, a słowa są jak płomienie, które przybliżają nas do tego, co niewypowiedziane. A kiedy nie ma słów tym, co umożliwia komunikację, są gesty”. Czy twoim zdaniem ważniejsze są słowa czy gesty, a może jedno i drugie?

To bardzo dobre pytanie. Byłam bardzo gadatliwym dzieckiem i jestem bardzo gadatliwą pisarką. Nawet w moich uczuciowych relacjach zawsze byłam zorientowana na logos i definicje, czyli miłość, uczucie, przyjaźń istnieją w takim stopniu, w jakim przekazuję je słowami. Ale po napisaniu „Obcej”  zbliżyłam się jakby trochę do tego ukrytego, niewerbalnego kodu. Nawet jeśli nie znam języka migowego, to tak jakbym zrozumiała inne znaczenie ciszy, nie jako nieobecności, ale ciszy jako obecności. Powiedziałabym więc dzisiaj, że jestem osobą, która artykułuje formy ekspresji i kto wie, czy nie wpłynie to również na pisanie, ponieważ chciałabym pokazać ciszę wizualnie na stronie.

Jesteśmy sobie obcy również w związkach miłosnych?

Od dziecka miałam romantyczne wyobrażenie, zaczerpnięte z amerykańskich seriali, że związek będzie prawdopodobnie rodzajem podróży w czasie z drugą osobą, która będzie trwać wiecznie. A podczas pisania zdałam sobie sprawę, że paradoksalnie pierwsza rzecz, jaką mówisz osobie, którą kochasz, jest jednocześnie ostatnią rzeczą, jaką jej mówisz, gdy nie jesteście już razem. Jesteście sobie obcy na początku, jak się poznajecie, potem następuje faza długiego podobieństwa, a następnie pojawia się nostalgia za utratą symbiozy, o czym opowiadam w książce, kiedy powraca forma obcości i niezrozumienia. Wracając do języka, dla mnie miłość do kogoś jest przede wszystkim sposobem porozumiewania się, miłosnym leksykonem, który rozumieją tylko dwie osoby, które go używają. A kiedy znów zaczynają rozmawiać jak dwoje obcych sobie ludzi, nawet jeśli są w tym samym domu, są na różnych kontynentach. Dla mnie interesujące było dostrzeżenie ambiwalencji pojęcia obcości właśnie w miłości.

W twojej powieści jest wiele odniesień do literatury polskiej, a czerwony kolor okładki włoskiego wydania nawiązuje do filmu Kieślowskiego.

To prawda, wspominam o przyjaźni Malinowskiego i Witkiewicza, która jest swego rodzaju widmem narratora w odniesieniu do matki. Mówię o powieści Marii Kuncewiczowej „Cudzoziemka”, o mojej podróży do Gdańska. Natomiast historia okładki jest o tyle ciekawa, że zawsze czułam, że powinna być niebieska – a nie czerwona, jak radziła mi mama – miałam wrażenie, że napisałam powieść – konstelację, czyli to, o czym mówi Tokarczuk w „Biegunach”, bardzo ważnej dla mnie lekturze. Byłam na jej wykładzie w British Library i ona użyła tego sformułowania. Pomyślałam, że je od niej ukradnę, ponieważ to naprawdę była metoda, której użyłam. Cytuję ją, gdy mówię, że „historia rodziny przypomina bardziej mapę topograficzną niż powieść, a biografia to suma wszystkich epok geologicznych, przez które przeszłaś”. Z tych powodów czerwona okładka wydawała mi się narzucona, ale ostatecznie jej wybór miał sens.

Gazzetta Italia 108 (grudzień 2024 – styczeń 2025)

0

Numer 108 Gazzetty Italia otwiera niezwykły artykuł poświęcony słynnemu przyjazdowi królowej Marii Kazimiery do Rzymu w 1700 roku, malowniczo przedstawiający polski dwór w Wiecznym Mieście. Piękny tekst „Marysieńka w Rzymie” autorstwa Franceski Ceci można nie tylko przeczytać, ale także wysłuchać w interpretacji samej autorki dzięki dostępnemu online podcastowi. Kod QR do podcastu znajdziecie wewnątrz magazynu.
Blogerzy z „Tavolo per due” dzielą się swoimi ulubionymi zakątkami we Włoszech – kraju, który nie tylko zrewolucjonizował ich podejście do podróżowania, ale także wpłynął na ich życie osobiste. W nowym numerze Gazzetta po raz kolejny zachwyca swoją nieszablonowością i nowoczesnym podejściem, prezentując obszerny wywiad z profesorem filozofii Uniwersytetu w Wenecji, Gian Luigim Paltrinierim. Rozmowa dotyczy m.in. młodzieży, sztucznej inteligencji, języka w erze globalizacji oraz różnicy między turystami a podróżnikami. Lektura obowiązkowa dla każdego czytelnika!
Nie chcemy jednak zdradzać wszystkich szczegółów nowego numeru. Warto jednak wspomnieć o rozpoczęciu współpracy z polską sekcją Włoskiej Federacji Kucharzy. Pierwszy artykuł autorstwa szefowej kuchni Cristiny Catese zawiera również przepis autorstwa Fabio Pantano, co z pewnością ucieszy miłośników włoskiej kuchni.
Krótko mówiąc – biegnijcie do Empiku lub napiszcie na adres redazione@gazzettaitalia.pl, aby zdobyć swój egzemplarz Gazzetta Italia!

(Numer 108 dostępny od poniedziałku, 9 grudnia 2024)

Asiago – wyżyna cudów

0
Widok ze szczytu Caldiera

tłumaczenie pl: Karolina Ciupka

Do lipca zeszłego roku rozmowa o Asiago była dla mnie i dla kilku innych nieuleczalnych graczy, równoznaczna z zaciętymi walkami toczonymi w Ryzyko. Gra planszowa, której nie można się oprzeć, która potrafi na długie godziny skupić uwagę na strategicznych ruchach, taktycznych odwrotach i zaciekłych atakach. Ale co Asiago ma wspólnego z Ryzykiem? Sęk w tym, że wszyscy jesteśmy wiecznie młodzi. Jak za czasów liceum i studiów, gdy co tydzień spotykaliśmy się na rozgrywkę w moim domu, lub kilkaset metrów dalej, u mojego drogiego przyjaciela Carlo, na Zattere w Wenecji, tak i dziś, jak gdyby nic się nie zmieniło, spotykamy się przynajmniej raz w roku, z kostką do gry w ręce, gotowi wykrzyknąć: “atakuję Kamczatkę”!

Po ukończeniu studiów, Carlo przeniósł się do wspaniałej willi w Asiago, którą razem ze swoją pracowitą życiową partnerką Donatą, przemienił w przytulne B&B Ai Tre Larici. Miejsce, które od lat gości nas w trakcie weekendów poświęconych na rozgrywki w Ryzyko, podczas których czwórka panów w średnim wieku, przy dźwiękach muzyki lat 80., zamyka się w salonie, żeby grać bez wytchnienia; dozwolone przerwy przeznaczone są wyłącznie na jedzenie, spanie i toaletę. 

“Ale kiedy w końcu przyjedziesz do Asiago i zostaniesz kilka dni nie spędzając całego czasu na rozgrywkach w Ryzyko?” pytali od lat Carlo i Donata, którzy nie bez powodu byli dumni z tej wyżyny cudów, w której piękno krajobrazu styka się z historią, głównie z czasów I Wojny Światowej, która na tych ziemiach odcisnęła niezmywalne piętno. To jasne, że wyżyna Asiago jest znana i nie można powiedzieć, że nic o niej nie wiedziałem, ale trzeba przyznać, że nigdy tak naprawdę nie poświęciłem się jej odkrywaniu. 

Punkt zwrotny w lipcu tego roku został strategicznie zaplanowany przez Donatę, która zaprosiła mnie do zaprezentowania mojej powieści “Corte Polacca” (Wydawnictwo Austeria 2023) w eleganckim ratuszu w Asiago. Wiedziała, że zatrzyma mnie to na miejscu przez kilka dni. I tak się stało! 

Pierwszym punktem wyjazdu było wejście, razem z towarzyszami podróży: Agatą, Alessandro, Anią i Stefkiem na Ortigarę, szczyt o wysokości 2106 m n.p.m, leżący na granicy Wenecji Euganejskiej i regionu Trydent-Górna Adyga, słynny z krwawej bitwy o tej samej nazwie, która pomiędzy 10 a 29 czerwca 1917 roku zgromadziła aż 400 tysięcy żołnierzy zarówno z włoskich, jak i austro-węgierskich oddziałów. Wydarzenia tej bitwy zostały upamiętnione przez liczne tablice umieszczone wzdłuż szlaku biegnącego przez sam środek lasu sosnowego. Można się tu natknąć także na kościółek Lozze, czyli dawny przyczółek w Baito Ortigara, a także na kilka odcinków okopów, aż w końcu dociera się na szczyt, gdzie w 1920 roku umieszczono złamaną kolumnę z napisem “Aby nie zapomnieć”. 

Mimo zmęczenia, które towarzyszyło nam po zdobyciu Ortigary, ruszyliśmy dalej, bardziej sercem niż ciałem, w kierunku kolejnego szczytu – Caldiera (2124 m n.p.m), na który dotarliśmy wycieńczeni, ale szczęśliwi. Po czym ruszyliśmy w drogę powrotną, aby stawić się wieczorem przed Carlo i Donatą dumni, że możemy opowiedzieć im, jak pokonaliśmy całą trasę. 

Następnego dnia, wciąż jeszcze czując zakwasy w nogach, dojechaliśmy do schroniska “U Alessio”, położonego na 1658 m n.p.m. skąd okrężną drogą ruszyliśmy w kierunku szczytu Larici, skąd wróciliśmy, wygłodniali, z powrotem do schroniska. Tam obficie posililiśmy się “górską zupą” (czyli połączeniem zupy jarzynowej i naszego krupniku), a także grillowanym mięsem z polentą i oczywiście tartą jagodową i filiżanką kawy! 

Wyczerpani poprzednimi wędrówkami, na cel trzeciej wyprawy obraliśmy Fort Corbin, do którego mogliśmy dojechać samochodem. Usytuowany w bliskim sąsiedztwie góry Cengio i miasta Treschè Conca, fortyfikacja Corbin, była jednym z włoskich fortów stanowiących linię obrony w paśmie gór Alp Wschodnich. Budowana od 1906 roku, na ostrodze wystającej nad doliną Astico, w celu obrony doliny przed ewentualnymi atakami wojsk Austro-Węgier, w rezultacie odegrała w konflikcie marginalną rolę. Opuszczona od końca lat dwudziestych ubiegłego wieku, fortyfikacja Corbin została po II Wojnie Światowej odrestaurowana i rozbudowana przez rodzinę Panozzo, która stworzyła z niej interesujące muzeum poświęcone I Wojnie Światowej. Forteca, oprócz przedstawienia dobrze zachowanej, mimo znajdowania się na wolnym powietrzu, struktury i wnętrza budowli wojskowej, oferuje także niesamowite widoki i małe, ale interesujące muzeum obiektów z lat wojennych (1915-1918). 

Ratusz w Asiago

Intensywność tych trzech dni w Asiago nie odwróciła jednak mojej uwagi, którą zawsze poświęcam wszystkiemu, co ma związek z Polską. Dlatego z przyjemnością podkreślam, że wiele napisów i tablic pamiątkowych na Ortigarze ma również tłumaczenia na język polski, co przypomniało mi, że między Włochami a Polską, w czasie I Wojny Światowej, istniało pewnego rodzaju tajne porozumienie, które skłoniło wielu Polaków do dezercji z armii austro-węgierskiej, aby przyłączyć się do Włochów, w nadziei, później zrealizowanej, że klęska Wiednia otworzy Polakom drzwi do odrodzenia się państwa polskiego.

Gdy myślę o najsłynniejszym mieszkańcu Asiago, a mianowicie o sławnym pisarzu Mario Rigoni Stern’ie, autorze m.in. arcydzieła „Sierżant w śniegu”, w którym opowiada o skomplikowanym i nieszczęśliwym odwrocie z Rosji podczas II Wojny Światowej, od razu nachodzi mnie myśl, że po podpisaniu przez Włochy rozejmu z Aliantami, sierżant Rigoni Stern został uwięziony wraz ze swoimi ludźmi w obozie koncentracyjnym w Olsztynku, skąd po dwóch latach został uwolniony dzięki wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej. Tym sposobem wyruszając z Mazur dotarł pieszo aż do odległego Asiago.

Również ostatniego wieczora w Asiago Polska po raz kolejny, jakby przypadkiem, zostaje bohaterką naszych opowieści, gdy podczas kolacji Carlo i Donata powracają pamięcią do czasów, gdy ich dzieci były małe, a wsparciem była dla nich Agnieszka, niezłomna dziewczyna z Katowic, która gotowała z nimi polskie zupy, w zimie odśnieżała, a na co dzień podnosiła ich na duchu i była dla nich nieocenioną pomocą.

Kościół Lozze

Przyznaję, że opuściliśmy Asiago z poczuciem, że dopiero zaczynamy prawdziwie odkrywać ten wyjątkowy rejon, razem z jego nieodkrytymi górskimi ścieżkami, pośród pastwisk, jezior, okopów i fortów. Z naturą, która zachwyca o każdej porze roku, także w zimie, gdy można wędrować na rakietach śnieżnych, czerpiąc z bogatej oferty wydarzeń kulturalnych, obejmującej kino, prezentacje książek, koncerty, a także inne atrakcje, wśród których znajdziemy jedno z najważniejszych obserwatoriów astronomicznych we Włoszech, które pozwala nam odkryć sekrety naszej galaktyki. 

Jest to też region obfity w produkty rolno-spożywcze, spośród których wyróżnia się słynny ser Asiago DOP, eksportowany na cały świat, a także rozmaite miody i dżemy.

Jeżeli chcecie ostatecznie rozwiać wątpliwości, czy warto odwiedzić Asiago (i wziąć udział w rozgrywce w Ryzyko, gdybyście przypadkiem odwiedzili Ai Tre Larici), rzućcie okiem na stronę.

Twierdza Corbin

 

Kto mówi, kto milczy i kto zapomina o pytaniach

0
Chiara Valerio, Sebastiano Giorgi

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Wenecja jest wciąż miejscem intelektualnego fermentu. Nędzna polityka administracyjna, niezdolna do zarządzania w obronie mieszkańców i utrzymania napływu turystów w znośnym wymiarze, nie zdołała jednak osłabić, przynajmniej jak dotąd, nieodpartego uroku miasta dla tych, którzy kochają i żyją dla sztuki, pisania, muzyki i kina. I tak w ostatnią niedzielę upalnego sierpnia w Wenecji miałem szczęście spotkać się w barze z Chiarą Valerio, pisarką, redaktorką, dyrektorką artystyczną i prezenterką radiową, którą lubię pamiętać również za jej niezwykłą mowę pożegnalną dla przyjaciółki Micheli Murgii. 

Siedząc przy stole, wyglądaliśmy trochę jak z okładki legendarnego albumu Lucia Battisti „Una donna per amico”, tyle że Lucio nagrał ten krążek w stolicy Anglii i zrobił sobie zdjęcie w londyńskiej Grapes’s Café, my natomiast spotkaliśmy się na Campo Santa Margherita w barze Duchamp i, podobnie jak sztuka francuskiego artysty, nasza rozmowa przybrała dadaistyczny obrót. To miał być wywiad, ale ja nie zadawałem pytań, Chiara nie udzielała odpowiedzi i każdy mówił o tym, co mu leżało na sercu.

Zacząłem bez zadawania pytania: „Cytuję jedno z twoich zdań: powieści są przeciwieństwem kibicowania, bo czytasz, ale nie musisz stawać po niczyjej stronie, przyzwyczajasz się nie mylić autora z dziełem”.

„Właśnie ponownie przeczytałam „Cząstki elementarne” Michela Houellebecqa. Zastanawiam się, jak można kochać mężczyznę, który pisze o kobietach będących ofiarami orgii, zastanawiam się, czy to o wiele gorsze od postaci kobiecych pochodzących z włoskiego weryzmu lub francuskiego naturalizmu, wykończonych pracą i uciążliwymi obowiązkami” – odpowiada Chiara z charakterystyczną dla siebie przenikliwością spojrzenia, które stymuluje rozmówcę do wykorzystania swoich neuronów w stu procentach, próbując utrzymać szybkość jej myśli, jej mówienie metaforami i symboliką.

„Musimy pozostać wierni stronie, to co ktoś pisze ma tylko jedno znaczenie i koniec. Nie możemy wciągać tekstu w interpretacje, które odbiegają od znaczenia słowa pisanego. Nakładanie się autora i dzieła jest formą kulturowego analfabetyzmu. Wydaje nam się, że można pisać tylko o tym, czego się bezpośrednio doświadczyło? Naprawdę? A to, co dana osoba sobie wyobraziła, usłyszała, przeczytała, napisała, zapragnęła, gdzie się podziało? To tak, jakbyśmy chcieli zburzyć wartość języka, zaczęliśmy mówić, aby się komunikować, a to, co mówiliśmy, było wiarygodne, ale niekoniecznie prawdziwe”.

Próbuję podsumować: „pisanie jest dzieckiem tego, czym jest autor”

„Ciekawość wobec pisarza rodzi się we mnie dopiero po przeczytaniu tego, co pisze. Kiedy miałam 13 lat, dopiero po metaforycznym połknięciu całej Yourcenar, zaczęłam się zastanawiać, kim była w życiu.”

Bez powodu wtrącam: „Cytuję inne twoje zdanie: to niedoskonałość wprawia świat w ruch”.

„A nie jest tak?” pyta Chiara ”niedoskonałość jest naturą świata, matematyka mnie tego nauczyła. Kiedyś na jednej z lekcji opowiedziałam o moich wysiłkach, by znaleźć najlepszą wartość przybliżoną. Mój profesor zapytał mnie, ile czasu zmarnowałam i dodał, że czasami najlepszą wartością przybliżoną jest pierwsza, która przychodzi nam do głowy. Krótko mówiąc, musimy zadowolić się 80 procentami, nic nie jest idealne, a świadomość, że czasami trzeba po prostu zaakceptować, że nie ma rozwiązania, jest piękna!”.

Przerywam: „Czy można matematycznie zaprojektować powieść?”

„Matematyka służy mi jako metoda, aby nie wierzyć w autorytet tych, którzy chcą narzucać własne zdanie, matematyka wyprowadza cię poza konformizm i w ten sposób staje się motorem innowacji, w końcu jest to czysta wyobraźnia: czy istnieje punkt pozbawiony wymiarów? Czy istnieje coś takiego jak równoległość? John Le Carrè mówi o geometrii użytecznej, a nie prawdziwej”.

Przypominam sobie, że powinienem zrobić wywiad, więc mówię: „Lubimy kojarzyć Włochy z kulturą, ale być może mówimy o przeszłości, o kulturze starożytnej, dziś jesteśmy jednym z krajów europejskich, w których ludzie czytają najmniej…”

„Na świecie żyje ponad 10 miliardów ludzi, ale intelektualne dyskusje toczą się w niewielkiej grupie krajów, w których panuje burżuazyjny standard życia wspierany przez system praw. We Włoszech siedzimy na idei kultury, ponieważ 80 procent miejsc wpisanych na światową listę Unesco znajduje się w naszym kraju, jesteśmy kulturalnym mitem, spójrz, gdzie siedzimy… mamy wokół Wenecję, mówię We-ne-cję. Chcesz mi powiedzieć, że Włosi są dziś jak Egipcjanie obok piramid? Tak, są. Możemy jednak nadrobić zaległości, nawet jeśli będzie to powolny proces, musimy zaakceptować fakt, że dziś jesteśmy językiem mniejszości i inwestować więcej w tłumaczenie naszych książek na inne języki. Rynek książki jest wart 6 miliardów w Niemczech, 3 we Francji, 1,5 we Włoszech.”

Rzucam od niechcenia: „w międzyczasie wychowujemy młodych ludzi, którzy rozmawiają ze sztuczną inteligencją i wydają się obojętni na nasze egzystencjalne obawy”.

„Prowadzą bitwy na ekologicznych frontach z gramatyką, której nie rozumiem i nie znam, wydaje się to bardziej destrukcyjne niż synkretyczno-pojednawcze, ale możemy tylko wierzyć w przyszłość. To czywiste, że ci, którzy mają 20 lat, patrzą dalej niż ja, która mam lat 46. Nie będę ich pouczać i mówić, że robi się to w taki, czy nie inny sposób. Po prostu im wierzę. To inna zbiorowość niż ta, w której dorastaliśmy, to zbiorowość mniej ustrukturyzowana. Weźmy na przykład sztuczną inteligencję, dla mnie jest to rzecz kulturowa, dla nich jest to naturalne, tak jak maszyna do pisania była dla mnie naturalna, a dla mojego ojca była obiektem kulturowym. Musimy poczekać, aby zobaczyć, co zbudują za pomocą środków, które są dla nich naturalne, jak patrzę na mojego dwuletniego siostrzeńca, to widzę, że jest mu obojętne czy widzi mnie na żywo, czy podczas rozmowy wideo, całuje ekran, aby mnie powitać, jeśli on myśli, że to ciało, to muszę mu uwierzyć. Martwimy się, że maszyny będą pisać książki lub malować obrazy? Odzyskamy w ten sposób wartość fizyczności i oralności. Krótko mówiąc, jeśli tak ma być, to bardziej mnie to ciekawi niż martwi. Młodzi ludzie rozleniwieni przez maszyny? Bardziej niż lenistwo, to raczej przystosowanie się uniemożliwia ćwiczenie rozwiązywania pewnych problemów. Wrócimy do doceniania ars facere, czyli do wiedzy, a konkretnie do wiedzy jak coś zrobić, czy to za pomocą ciała, czy za pomocą urządzeń, które mamy do dyspozycji, niewiele się zmienia. Spoglądanie w przyszłość z apokaliptycznym myśleniem mnie nie interesuje, ponieważ pozbawia odpowiedzialności. Jeśli wszystko wkrótce się skończy, to co cię obchodzi, jak się dzisiaj zachowujesz?”.

Bez powodu mówię: „Uczyłem się greki i łaciny, ale nie potrafiłbym niczego przetłumaczyć”.

„Studiowałam matematykę przez 13 lat, a dziś nie potrafię rozróżnić, czy równanie trzeciego stopnia jest rozwiązywalne, czy nie. Nauka greki i łaciny było dla ciebie kluczowa, ustrukturyzowała twój umysł, nawet jeśli dziś nie możesz niczego przetłumaczyć, funkcjonalizm (tj. uczyłem się czegoś, więc muszę to wiedzieć na zawsze) nie ma sensu”.

Bez żadnej spójnej logiki nagle zaczynam narzekać na próbę wprowadzenia biletu wstępu do Wenecji: „a jeśli ktoś ma ukochaną z innego regionu, która chce mu zrobić niespodziankę, odwiedzając go w domu w Wenecji, czy musi płacić za bilet?”

„Kundera by oszalał! Przyjeżdżam do Wenecji z moim kotem, kiedy tylko mogę. A ty mówisz po polsku?”

„Tak, a przynajmniej staram się” – odpowiadam.

„Języka można się nauczyć dzięki miłości lub przez rozmowy z dziećmi. Czytam dużo polskich pisarzy. Jako wydawca opublikowałam dwie książki Tokarczuk, wielkiej pisarki, oczywiście dołączam do szeregu pochwał, bo dostała już Nagrodę Nobla. Jako młoda dziewczyna czytałam dzieła różnych noblistów w tym oczywiście „Quo vadis” Sienkiewicza, który opowiada o teraźniejszości poprzez starożytny Rzym. Polska to kraj kontrastów, z literackiego punktu widzenia uwielbiam „Pana Tadeusza”, poemat narodowy, który otwiera się słowami „Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie”!

Dodaję: „z kolei w refrenie hymnu narodowego mamy „z ziemi włoskiej do Polski”.

„To kraj sprzeczności i to rodzi wielką literaturę, myślę o Ferdydurke, Kosmosie, Pornografii Gombrowicza, a potem o ironii Szymborskiej, reportażach Kapuścińskiego. Swoją drogą, piękna jest książka Francesca Cataluccia o Mitteleuropie „Vado a vedere se di là è meglio”. Żeby nie wspomnieć o Mariuszu Szczygle. Nie możesz pisać o problemach własnego kraju, to robisz to, pisząc o Czechach. Kiedy się śmiejesz, lepiej wszystko rozumiesz, polski intelektualista jest ironiczny i nietragiczny, włoski natomiast ma tendencję do nudnej powagi.”

Dodaję: „W Polsce ludzie wciąż czytają Boccaccia.”

„Na pewno więcej niż we Włoszech. A chcemy porozmawiać o kinie? Dorastałam w czasach programu Fuori Orario, kiedy bez przerwy puszczali filmy Wajdy, Zanussiego, Kieślowskiego”.

Nieuchronnie pytam: „czy często bywasz w Polsce?”

„Nigdy nie byłam! Ale na początku 2025 roku ukaże się po polsku moja powieść „Chi dice e chi tace” i na pewno przyjadę! Zaproście mnie!”

Teraz sobie przypomniałem o jej najnowszej powieści! Właśnie o to powinienem był zapytać. Co za wstyd, mogę tylko mieć nadzieję, że Włoskie Instytuty Kultury w Warszawie i Krakowie wkrótce ją zaproszą, abym mógł to nadrobić.

Palermo 

0
Quattro Canti

foto: Kuba Świderek

Nie była od pierwszego wejrzenia. Gdy jechałem po Jej ulicach przestraszony otaczającym mnie chaosem, nie o miłości myślałem lecz o elementarnej potrzebie przetrwania. Nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce złamię kod ruchu ulicznego w Palermo. 

Denerwowała mnie Jej intensywność. Wszystko zwielokrotnione tak jak na obrazie La Vucciria Renato Guttuso. W zgiełku miejskiego marketu dwóch handlujących tam mężczyzn, gotowych do zwady rybak i rolnik, rozdziela tylko Ona. W białej sukience poruszając biodrami dominuje nad resztą postaci. Może to Marta, muza Sycylijskiego artysty?

La Cala di Palermo

I dlaczego zawsze jada z plastikowych talerzy? Przecież Palermo nie radzi sobie z utylizacją śmieci. Kiedyś, jadąc do Borgo Parrini nawigacja poprowadziła mnie bocznymi drogami, gdzie czułem się jak w podróży przez wysypiska. Nie potrafiłem wznieść myśli o Niej ponad góry odpadów. Pomogła mi książka ,,Szczury z Via Veneto”. Piotr Kępiński uświadomił mi, że poczucie wyższości ludzi północy nad Sycylijczykami i ich “śmieciowy problem” niczemu nie służy.

Wiedziałem, że potrafi dotykać czule. Tak, jak czule dotykają wolontariusze na pomostach przystani na Lampedusie. Zapytali oni kiedyś miejscowego doktora Pietro Bartolo, jak pomagać schorowanym i wycieńczonym karkołomną wyprawą przez morze uchodźcom? Odpowiedział, żeby ich najpierw czule dotknąć, przywitać. Pisał o tym Jarosław Mikołajewski w książce ,,Wielki Przypływ”.

Mercato Ballarò

Wiedziałem, że jest odważna jak Rita Atria. Rita zeznawała przeciwko sycylijskiej mafii. Współpracowała ze śledczym Paolo Borsellino, który podobno traktował ją jak córkę. Gdy w maju 1992 roku w zamachu na autostradzie w Capaci zginął Giovanni Falcone a dwa miesiące później w kolejnym zamachu przed blokiem swojej matki zginął Borsellino, Rita wiedziała, że już nikt nie jest w stanie jej obronić. Odebrała sobie życie.

Wiedziałem, że jest bezkompromisowa jak Letizia Battaglia. W konserwatywnym społeczeństwie Letizia długo walczyła o prawo do wykonywania zawodu. Była fotografem nieistniejącej już gazety L’Ora w latach, gdy śmierć na ulicach Palermo była codziennością. Zdjęcie odnalezione w jej archiwum dowodziło bezpośrednim powiązaniom ówczesnego premiera Włoch Giulio Andreottiego z Cosa Nostrą.

Wiedziałem, że jest dumna jak Malena Scordia, w której rolę wcieliła się Monica Bellucci w filmie „Malena”. Wykorzystywana i poniżana przez ojca i mieszkańców kobieta z podniesioną głową przechadza się po ulicach sycylijskiego miasta.

Czy to wystarczy, żeby się w Niej zakochać?

W drodze do Erice / Sulla strada per Erice

6-8.11.24 targi HoReCa: Sycylia w Krakowie

0

„Europejski Region Gastronomiczny 2025” – to właśnie Sycylia, jako pierwsza we Włoszech otrzymała tę prestiżową nagrodę przyznawaną przez IGCAT (Międzynarodowy Instytut Gastronomii, Kultury, Sztuki i Turystyki). Polscy przedstawiciele sektora spożywczego już teraz, na krakowskich targach HoReCa w dniach od 6 do 8 listopada będą mogli zapoznać się z winami i oliwami sycylijskimi. Polska Izba Biznesowa we Włoszech CAPI razem ze Smart Iting zaprosiła do udziału w targach Regionalny Instytut Oleju i Wina z Sycylii IRVO. Przedstawiciele sycylijskich producentów wina: Regalpetra srl Società Agricola, Cantina CVA Canicatti, Candido Vini Camporeale, Azienda Agricola Foraci SS, Marchesi di Rampingallo zapraszają na stoisko E39, DUNAJ Hall, gdzie przygotowali ciekawą ofertę dla restauratorów, dystrybutorów czy importerów.

Sycylia, z 99 tysiącami hektarów winorośli i 26520 gospodarstwami uprawiającymi winogrona, jest drugim co do wielkości włoskim regionem tak pod względem powierzchni pod uprawą, ale i liczby gospodarstw. Dodajmy do tego około tysiąca firm winiarskich, z czego około 40 to podmioty stowarzyszone, co da nam średnią produkcję winogron w latach 2020-2023 o wartości około 6,9 miliona kwintali, a wina i moszczu na poziomie 3,6 miliona hektolitrów ( wina białe stanowią 63-65%, a wina czerwone pozostałe 35-37%).

Sycylia może pochwalić się 24 winami o chronionej nazwie pochodzenia (DOP), w tym 1 DOCG i 23 DOC (zgodnie z włoską nomenklaturą) oraz 7 chronionymi oznaczeniami geograficznymi (IGP/IGT). Należą do nich słynne wino Marsala DOC w zachodniej Sycylii, Pantelleria DOC produkowane na wyspie Pantelleria, Etna DOC we wschodniej Sycylii i Malvasia delle Lipari DOC produkowane na archipelagu Wysp Liparyjskich oraz Cerasuolo di Vittoria DOCG i Noto DOC w południowo-wschodniej Sycylii.

Wśród IGT zdecydowanie najbardziej reprezentatywna jest IGT Terre Siciliane, stanowiące prawie 52% wszystkich sycylijskich win pakowanych.

Całkowita certyfikowana produkcja wina DOC w 2023 r. wyniosła 972 394 hektolitrów, co stanowi około 35% całkowitej regionalnej produkcji wina i moszczu.

Najczęściej produkowanym DOC jest DOC Sicilia z 818 359 hektolitrami certyfikowanymi w 2023 r., co stanowi 84% całkowitej produkcji z certyfikatem PDO w regionie Sycylii.

Kilka z nich będzie można spróbować w Krakowie na wydarzeniu Masterclass, zatytułowanym „Sycylia enologiczna – wina i terytoria”, który odbędzie się 7 listopada w godz.11-12.30 . Masterclass poprowadzi Gianni Giardina, włoski enolog Instytutu IRVO, ambasador Viticultura Eroica, a ma ono na celu zaprezentowanie wybranych sycylijskich win, pokazanie ich specyfiki i unikatowości. W trakcie eventu odbędzie się degustacja 10 win a goście będą mogli zadawać pytania czy bezpośrednio rozmawiać z włoskimi partnerami.

Oliwę z oliwek w wielu odmianach (np. o smaku zielonego pomidora czy gorzkich migdałów) będzie można próbować w ramach OPEN TASTING od 6 do 8 listopada na stoisku B21. Cztery firmy reprezentujące producentów oliwy z oliwek najwyższej jakości: Società Agricola Radici, Rosario Tramontana,  Lo Grasso Francesco, Azienda Agricola Fisicaro Sebastiana zaproszą do skosztowania unikatowych oliw bezpośrednio na podniebieniu lub… na polskim chlebie!

Sycylia produkowała średnio od 30 do 40 tysięcy ton oliwek rocznie do 2023 roku, kiedy to z powodu wysokich temperatur i dotkliwej suszy produkcja oliwy zmniejszyła się do 28 200 ton. Niższa dostępność produktu w połączeniu z wyższą jakością doprowadziła do wzrostu średniej ceny i zmiany strategii sektora produkcyjnego. W rzeczywistości region jest jednym z głównych producentów certyfikowanej oliwy we Włoszech z 6 DOP (Val di Mazara, Valli Trapanesi, Monti Iblei, Valdemone, Valle del Belice, Colline Ennesi) i 1 IGP Sycylia. Certyfikowany produkt DOP lub IGP to gwarancja dla konsumenta, że spełnione są najwyższe standardy. To właśnie IRVO (Regionalny Instytut Wina i Oleju) na Sycylii od ponad 10 lat odpowiada za wydawanie certyfikatów, promocję i szkolenia.

Eksport oliwy z oliwek najwyższej jakości z pierwszego tłoczenia z Sycylii DOP i IGP przekroczył łącznie 3 000 ton w 2023 r., przy czym IGP stanowił największą część. Stany Zjednoczone, Japonia i Europa – z Niemcami na czele – doceniają charakterystyczne właściwości organoleptyczne.

Z Altamura przyjechał jeszcze jeden wystawca, po raz pierwszy odwiedzający krakowskie targi: Molini Loizzo (stoisko B22) to producent wyśmienitej mąki różnego typu, doskonałej do pizzy i innych wyrobów słonych oraz do słodkich wypieków. Jak powiedziała nam Alessia Lombardi, reprezentująca firmę z ogromną ciekawością czeka na spotkania z polskimi firmami.

Wino i oliwa z oliwek to dwa filary diety śródziemnomorskiej znanej na całym świecie ze swoich właściwości zdrowotnych. W 2010 roku to właśnie dietę tego obszaru UNESCO podniosło do rangi światowego dziedzictwa. Człowiek wyszedł z barbarzyństwa i wszedł do cywilizacji w basenie Morza Śródziemnego, kiedy zaczął uprawiać winorośl i oliwki (Tucydydes). Dziś wiemy i doceniamy, że winorośl i oliwki wiążą CO2 znacznie lepiej niż rośliny leśne i przyczyniają się do ochrony środowiska naszej planety, a do tego ze swoimi smakami, zapachami i kolorami są składnikami jakości życia. Nic tylko próbować!

 

Zdjęcia: firmy sycylijskie, wystawcy na krakowskich targach

La Biennale di Venezia – historyczny magazyn powraca po 53 latach

0

foto: Zofia Wadowska

W czwartek 24 października w Bibliotece Ogrodów Biennale w Wenecji odbyła się prezentacja pierwszego od 1971 roku magazynu „La Biennale di Venezia” – kwartalnika
towarzyszącego jednej z najsłynniejszych corocznych wystaw światowych w dziedzinie sztuki, architektury, kina, tańca, muzyki, teatru i mody. W przeszłości magazyn doczekał się 68 edycji, ewoluując od funkcji archiwalnej do opiniotwórczej, stając się polem do dyskusji dla najbardziej współczesnych tematów. W ten sposób, dzieła twórców La Biennale były archiwizowane, ale także zyskiwały drugie życie. Artyści, kuratorzy mogli zerknąć na wystawy z nowej, szerszej perspektywy, a tematy stawały się bardziej dostępne dla większego grona publiczności.

Prezentacja rozpoczęła się od przemówienia dyrektorki działu Archiwum Biennale – Debory Rossi, która przedstawiła historię magazynu i wprowadziła słuchaczy w temat najnowszego wydania, zatytułowanego „Diluvi prossimi venturi – The coming floods” (Nadchodzące powodzie). Edycja skupia się na relacji człowieka i społeczeństwa z wodą w, typowym da La Biennale, interdyscyplinarnym ujęciu. Zawarte w nim teksty pisane są przez naukowców, socjologów, artystów, architektów, ilustrowane są przez archiwalne i współczesne fotografie, obrazy oraz wykresy.

Główny wykład poprowadzony został przez marokańską architektkę, której praca opiera się w dużej mierze na koncepcie „designing for an arid future” – projektowanie dla jałowej przyszłości. Jej podejście wykształciło się poprzez doświadczenia z dzieciństwa spędzonego w marokańskim mieście Fez, obserwując zwyczaje swojej rodziny i społeczeństwa, a punktem kulminacyjnym jej doświadczeń było wzięcie udziału w eco-safari. Jednym z najważniejszych jej projektów jest masterplan rewitalizacji brutalistycznego kompleksu term Siza Harazem – rządowego projektu z lat 60’tych, który poprzez znaczne zaniedbanie i brak funduszy popadł w degradację i bardzo dobrze zaprojektowane systemy cyrkulacji wodnej nie służą już tak, jak kiedyś. Projekty Azizy wraz z innymi, w skali zarówno mniejszej, jak i urbanistycznej, reportażami i wywiadami z osobami z rozmaitych dziedzin zawarte są w najnowszym wydaniu La Biennale.

Odrodzenie tego magazynu pokazuje, że międzynarodowa wystawa w Wenecji cały czas jest aktywnym działaczem na polu interdyscyplinarnych badań, jest publiczną instytucją, zainteresowaną zarówno lokalnymi jak i globalnymi tematami. Lektura najnowszego wydania informuje i zachęca do zastanowienia się nad stanem świata, w tym przypadku relacji z wodą, a także tym, jak w tej sytuacji odnajdują się polskie miasta.