Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 45

Świat kolorów (II)

0

W poprzednim artykule mówiliśmy o różnicach w postrzeganiu kolorów w języku polskim i włoskim. Zobaczyliśmy, że pomimo, że należymy do tej samej kultury europejskiej, gdzie kolory mają mniej więcej to samo znaczenie, na przykład czarny wiąże się ze smutnymi rzeczami tak jak żałoba lub z elegancją, a biały jest kolorem niewinności, czyli kolorem sukni panny młodej, to jednak istnieją skojarzenia, które nas zaskakują i różne punkty widzenia. Kontynuujmy więc naszą podróż w świat kolorów po włosku tym razem poprzez listę przydatnych wyrażeń, używanych w języku włoskim. Niektóre są naprawdę ciekawe, jeśli zainteresujemy się ich pochodzeniem, inne zaś są takie same lub bardzo podobne do języka polskiego.

  1. UN GIALLO (żółty) – tradycyjnie książka (teraz również film), która opowiada historię kryminalną. Pochodzenie tego wyrażenia jest bardzo ciekawe i jest oczywiste dla starszych pokoleń, które nawet mogą pewnie znaleźć gialli we własnych biblioteczkach, ponieważ pierwszy cykl kryminałów wydanych przez Mondadori miał właśnie żółte okładki. I do dziś mówi się Leggo un giallo – Czytam kryminał lub Guardo un giallo. – Oglądam kryminał.
  2. PRINCIPE AZZURRO (błękitny książe) dla określenia mężczyzny idealnego, takiego, za którego chcemy wyjść za mąż. Wielu zadało sobie pytanie, dlaczego właśnie kolor błękitny i jedna z teorii mówi, że ten kolor był przypisywany rodzinie Savoia. Prawdą jest też, że kolor błękitny jest kolorem wstążki oznaczającej nagrody wojskowe lub koszulek piłkarzy. Zauważmy też jeszcze jedną ciekawą rzecz: po polsku odróżniamy zasadniczo 3 odcienie: niebieski – blu, błękitny – celeste, granatowy – blu marino. A co w takim razie z kolorem azzurro, który dotąd nazywałam błękitnym? To trochę ciemniejszy kolor od polskiego błękitnego, poza tym jest jeszcze celeste! Bez dwóch zdań we włoskim są cztery odcienie niebieskiego, a w polskim trzy.
  3. PASSARE LA NOTTE IN BIANCO (spędzić noc na biało) – znaczy nie spać w nocy, pójść spać późno. Powiedzenie związane z tradycją średniowieczną, z rytuałem pasowania na rycerza. Poprzedzającą noc przyszły rycerz musiał spędzić na modlitwie ubrany w białe okrycie, a więc spędzał noc na biało.
  4. DIRNE DI TUTTI I COLORI (powiedzieć we wszystkich kolorach) – we wszystkich kolorach oznacza każdego rodzaju. „Powiedzieć we wszystkich kolorach” to mówić otwarcie, bez zwracania uwagi na wrażliwość innych, powiedzieć wszystko to, co się myśli często też rzeczy mało przyjemne. Pierwszy ślad tego powiedzenia znajdujemy w „Narzeczeni” Alessandro Manzoni. Można też combinare di tutti i colori, czyli narobić kłopotów lub błędów. Mogłoby to odpowiadać polskiemu narozrabiać.
  5. AVERE IL POLLICE VERDE (mieć zielony kciuk) – mówi się o kimś, kto ma wyjątkową rękę do kwiatów. Zdaje się, że to powiedzenie wywodzi się z faktu, że osoba zajmująca się kwiatami, żeby je przyciąć przytrzymuje je między kciukiem a palcem wskazującym, przez co może poplamić palce chlorofilem z rośliny.

Poza tym jest dużo wyrażeń podobnych lub identycznych jak w języku polskim. Na przykład:

  1. ESSERE LA PECORA NERA – oznacza złą osobę, taką, która ma trudny charakter w rodzinie lub w grupie. Po polsku: czarna owca.
  2. RICEVERE CARTA BIANCA – tu po polsku używa się tego samego wyrażenia, ale po francusku: carte blanche. Oznacza dostać wolną rękę do działania, robić tak, jak się chce.
  3. AVERE IL SANGUE BLU – po polsku jest to prawie to samo, ponieważ mówi się mieć błękitną krew, czyli wracamy do punktu drugiego, gdzie omawiane były odcienie niebieskiego.
  4. LAVORO IN NERO – podobnie po polsku, ale raczej z użyciem czasownika pracować na czarno.

***

Aleksandra Leoncewicz – lektorka języka włoskiego, tłumaczka, prowadzi własne studio językowe Pani Od Włoskiego.

Śladami zakonu krzyżackiego poprzez naturę i historię

0
Kadymy

Kiedy Konrad Mazowiecki poprosił w 1229 roku Zakon Krzyżacki o pomoc w uspokojeniu buntowniczych ludów nadbałtyckich na północno-wschodniej granicy Królestwa Polskiego nie zdawał sobie sprawy, że umożliwi w ten sposób Zakonowi stworzenie niezależnego państwa, które 200 lat później, w czasach największej ekspansji, obejmowało tereny od Gdańska po dzisiejszą Estonię.

Historia Zakonu jest niezwykle ciekawa; narodził się on, aby nieść pomoc medyczną pielgrzymom w Jeruzalem, a w rezultacie stał się państwem katolickim uznającym wyłącznie autorytet Papieża. Ciekawa jest również historia ziem nadbałtyckich, które obserwowały liczne nieporozumienia, zmienne sojusze i mityczne bitwy, jak ta pod Grunwaldem. Ta niesamowita kraina, naznaczona dziką naturą, średniowiecznymi zamkami, gniazdami bocianów, bunkrami z czasów II wojny światowej i antycznym szlakiem bursztynów, rozciąga się między Gdańskiem a Kaliningradem, między Morzem Bałtyckim, Zalewem Wiślanym, wśród rzek i tysięcy jezior. Warto pojechać w tamte strony, bo to podróż która zaspokoi nawet najbardziej wybredne oczekiwania; można tam żeglować po jeziorach lub udać się na spływ kajakowy, a włoski turysta może przede wszystkim odkryć niezwykłe krajobrazy. Podczas mojej podróży na swoją bazę wypadową wybrałem miasto znane z kanału, przez który w niedalekim od miasta punkcie transportuje się statki z jednego brzegu na drugi poprzez wyjątkowy system 5 pochylni skonstruowanych na trawie, co uważane jest za jedno z najznakomitszych hydro-rozwiązań na świecie! Jeden z cudów Polski! Na starym mieście, umiejscowionym tuż nad brzegiem Kanału, znajduje się Hotel Elbląg, w którym znajdziemy basen, strefę SPA i wyśmienitą restaurację – idealne miejsce, aby zregenerować się wieczorem po całym dniu zwiedzania. Polecane w tych okolicach miejsca to między innymi miasta znajdujące się nad brzegiem Zalewu Wiślanego. Ja zatrzymałem się w niedużym i uroczym miasteczku Kadyny, umiejscowionym między gęstym lasem a szeroką plażą, i we Fromborku, do 1945 roku zwanym Frauenburgiem, mieście, gdzie Mikołaj Kopernik spędził swoje ostatnie lata. W tym miasteczku, poza spacerem na molo wzdłuż małego portu, warto zwiedzić zamek, z którego wież można podziwiać niesamowity widok na Zalew Wiślany. W zamku jest również muzeum Kopernika.

Z Fromborka dobrze jest pojechać w kierunku Kętrzyna, żeby zwiedzić Wilczy Szaniec. Zanurzona w ciemnym i wilgotnym lesie kwatera wojskowa to zbiór spartańskich bunkrów, w których Hitler przebywał od 24 czerwca 1941, tuż po operacji Barbarossa, czyli ataku na ówczesny Związek Radziecki, aż do 20 listopada 1944, kiedy Armia Czerwona dotarła 15 km od Kętrzyna zmuszając Hitlera do powrotu do Berlina; wcześniej wydał jednak rozkaz wysadzenia większości bunkrów kwatery. Z kwatery Hitlera, zdolnej do pomieszczenia milionów żołnierzy, z doprowadzoną linią kolejową i wyposażonej w dwa lotniska, pozostały jedynie bunkry, w większości spustoszone od wybuchu min. Ten poruszający i przerażający widok przenosi nas w czasy wojennych niepokojów. Obecny stan tego miejsca połączony z opisem życia w surowych warunkach bazy wojskowej, ułatwia wyobrażenie sobie ponurej atmosfery codzienności zamkniętej pomiędzy bunkrami, z których każdy miał 6 metrów grubości i pokryty był roślinnością. Gierłoż w gminie Kętrzyn, gdzie znajduje się Wilczy Szaniec, został wybrany ze względu na swoje położenie między dawnymi Prusami Wschodnimi a Rosją oraz z uwagi na gęsty las otoczony jeziorami i bagnami. To właśnie tutaj, 20 lipca 1944 o 12:42, miał miejsce nieudany zamach na Hitlera, w dniu wizyty Benito Mussoliniego. Na drodze między Fromborkiem a Kętrzynem znajduje się małe miasteczko Braniewo, gdzie znajdziemy cmentarz, na którym w 750. grupowych mogiłach pochowanych zostało ponad 20 tys. żołnierzy Armii Czerwonej. Jadąc bocznymi, krętymi drogami poprzez pagórkowate krajobrazy, goszczące gdzieniegdzie pasące się konie, krowy i byki, oddalamy się od Gierłoża i zanurzamy w prawdziwą duszę Warmii i Mazur, której granice kończą się kilka kilometrów od niezwykłej fortecy w Malborku, dawniej Marienburga, znajdującej się już w województwie Pomorskim. To największy zamek gotycki w Europie; jego konstrukcja rozpoczęła się w 1270 roku i przez wieki była centrum dowodzenia rycerzy zakonu krzyżackiego, aż do przejścia w 1466 roku pod panowanie króla Polski. Zamek i muzeum zasługują na dokładne zwiedzanie, na które potrzeba przynajmniej 3 godzin. Jeśli z Malborka zdecydujecie się wyruszyć w kierunku pięknego Gdańska, nie zapomnijcie zatrzymać się po drodze w jakimś innym miasteczku nad Morzem Bałtyckim. Ja przez przypadek znalazłem się w Jantarze, nadmorskiej wiosce, której plaża, targana w tym dniu silnym wiatrem, z kolorowymi łodziami rybackimi zaciągniętymi na piasek, stała się idealnym plenerem fotograficznym.

foto: Sebastiano Giorgi, Agata Pachucy
tłumaczenie pl: Agata Pachucy

GAZZETTA ITALIA 91 (luty – marzec 2022)

0

Na okładce nowego numeru Gazzetta Italia zdjęcie Palazzo dell’Arengario w Mediolanie, które zapowiada artykuł poświęcony architekturze władzy we Włoszech i w Polsce. Podobieństwa między tymi dwoma krajami zgłębimy także w innych artykułach: opowiemy Wam o polskim i włoskim mistrzu sportów zimowych – o Adamie Małyszu i Alberto Tomba. Zestawimy ze sobą także dwa wspaniałe festiwale muzyczne – ten w San Remo i ten w Opolu. Jak zwykle opowiemy też o kinie: w nowym numerze znajdziecie wywiad z wielkim reżyserem Krzysztofem Zanussim, a także długo oczekiwany trzeci odcinek serii artykułów o Polakach na Festiwalu w Wenecji. 

W 91. numerze Gazzetta piszemy też o podróżach – zabierzemy was do Tursi, małej miejscowości w regionie Basilicata, o modzie (inspirowanej festiwalem UrBBan Fusion w Bielsko-Białej), o sztuce, a konkretnie o architekturze Złotej Kamienicy w Gdańsku i o literaturze – w nowym numerze czeka na Was recenzja nowej książki Stefano Redaellego. Szczególnie zachęcamy do lektury artykułu o kobiecych przedstawieniach Włoch na przestrzeni wieków, które przybierały formę matki, dziewczynki czy wojowniczki. Oczywiście nie zabraknie naszych stałych rubryk: w rubryce “Wiem, co mówię” poświęconej etymologii znajdziecie ciekawostki dotyczące słów związanych z Karnawałem.

Jak pachnie miłość?

0

Olejek z płatków róż ~ RÓŻA DAMASCEŃSKA ~ Rosa damascena

Istnieje wiele gatunków róż, tak jak wiele rodzajów miłości, ale jest jedna, którą człowiek sobie upodobał już w starożytności. Opisy stosowania preparatów leczniczych i pielęgnacyjnych stworzonych z kwiatów odmiany Rosa damascena znajdziemy już w dawnych księgach medycyny sumeryjskiej, egipskiej, chińskiej, indyjskiej, greckiej, rzymskiej czy średniowiecznej. Jednak to przede wszystkim słodko-kwaśny zapach róży zdobył serce ludzkości, otulając swym rozczulającym aromatem, który nie pozostawia obojętnym.

Starożytni Grecy znali przede wszystkim karminową odmianę tej wszechstronnej rośliny – a kolor jej kojarzyli z krwią, pasją i miłością, stąd grecka nazwa rodon, która oznacza „czerwony”. Safona nazwała ją Królową Kwiatów, a rzymska bogini miłości i piękna, Wenus, zwykle przedstawiana była wśród róż. Rzymianie często pokrywali płatkami róż podłogi, łaźnie czy stoły na przyjęciach… a nawet wplatali je w koła rydwanów! Stary rzymski zwyczaj zawieszania róży nad stołem jadalnym miał gwarantować, że rozmowy przy obiedzie pozostaną tajemnicą, a to za sprawą Kupidyna, syna Wenus, który podarował różę Bogowi Ciszy, aby ten nie zgłosił do Olimpu „miłosnych” igraszek swojej matki. Kleopatra sypiała na poduszkach wypchanych płatkami róż i przyjmowała swoich kochanków na dywanach usłanych różami. Hipokrates, patron lekarzy i ojciec medycyny, sprowadzał olejek różany wyłącznie z bułgarskiej Doliny Róż, wykorzystując go do leczenia licznych dolegliwości, głównie ginekologicznych. Do dzisiaj aromat róży jest niezmiennie stosowany jako afrodyzjak i eliksir młodości oraz piękna, jednak zarówno starożytna, jak i współczesna medycyna odkryła jeszcze szereg innych, bardzo cennych właściwości terapeutycznych olejku różanego.

RÓŻA RÓŻY NIERÓWNA

Wiele jest gatunków róży, z których produkuje się olejki eteryczne różane, np. francuska “rose de mai”, marokańska “centifolia”, chińska “rugosa” czy róża “krymska”. Róże dekoracyjne, sprzedawane w kwiaciarniach, najczęściej nie zawierają olejku eterycznego, niekiedy nawet nie pachnąc – spryskiwane są jedynie sztucznym zapachem “różanym”, co nie ma nic wspólnego z aromaterapią

Olejek eteryczny z R. damascena często zwany jest “rose attar” lub “rose otto”, co jest mylne, jako że attar oznacza substancję na bazie olejku sandałowego. Prawdziwy olejek z róży damasceńskiej destylowany jest tradycyjnie parą wodną płatków kwiatów z zastosowaniem metody kohobacji (podwójna destylacja hydrolatu powstałego w procesie destylacji). Obok neroli i jaśminowego, jest to najdroższy olejek eteryczny świata. Jest go bardzo niewiele w samych kwiatach, zbieranych ręcznie przez jedynie 20-40 dni w roku, a żeby uzyskać ½ kilograma olejku, potrzeba przynajmniej 1 tony płatków! W rezultacie godzina pracy zbieracza płatków pozwala uzyskać około 1 grama olejku!

Ze względu na wysoką cenę produkcji czystego olejku różanego, zapach róży wydobywa się też drogą ekstrakcji rozpuszczalnikami (organicznymi, jak alkohol lub toksycznymi, jak ftalan dwuetylu), otrzymując konkret lub absolut, czy też fałszując olejek przy pomocy składników syntetycznych lub tańszych zamienników o podobnej nucie (np. geranium różane). Czasem można nabrać się na etykietę, bowiem pod nazwą „olejek różany” sprzedawany jest też olejek z drzewa różanego – obecnie gatunek zagrożony, ze względu na jego szerokie wykorzystanie.

Dziś najbardziej ceni się czyste olejki różane z Bułgarii i Turcji, przy czym od starożytności najbardziej ceniono te bułgarskie, na co mają wpływ przede wszystkim doskonałe warunki atmosferyczne w Dolinie Róż. Najwięksi producenci prawdziwych olejków eterycznych, jak na przykład pionierska firma Young Living, posiadają swoje własne plantacje i destylarnie róż właśnie w tym miejscu, dzięki czemu mogą nadzorować cały proces produkcji każdej kropli tej niezwykłej esencji. W Polsce czyste olejki różane ze słonecznej Doliny Róż, jak i wszystkie inne olejki eteryczne i oleje bazowe z najlepszych źródeł, znajdziesz na stronie Olejkowego Sklepu.

WARTOŚĆ TERAPEUTYCZNA olejku różanego

Olejek eteryczny z róży damasceńskiej od zarania dziejów jest naturalnym antidotum na liczne dolegliwości. Obecnie istnieje szereg badań naukowych na to, że zapach tego kwiatu może wzniecić pożądanie, zwalczając oziębłość seksualną czy impotencję, ponieważ, jak wykazał rezonans magnetyczny – w obecności olejku różanego wzmaga się aktywność hipokampa (ośrodka w mózgu od kojarzenia, przetwarzania i zapamiętywania informacji, gdzie powstają emocje) oraz następuje stymulacja niektórych hormonów odpowiedzialnych za uczucie szczęścia, relaksu i błogości. Badania wykazały, że olejek z róży damasceńskiej stymuluje centralny układ nerwowy i powoduje, że sny są częstsze, klarowniejsze i trwają dłużej, przy czym są pogodne i zapewniają głęboką regenerację, w związku z czym zaleca się stosowanie olejku różanego przy bezsenności, depresji i koszmarach sennych. Co więcej, olejek ten zwiększa koncentrację, ułatwia zapamiętywanie i wykonywanie zadań. Zresztą już znany arabski uczony, medyk, alchemik i filozof Avicenna pisał, że „olejek różany potęguje możliwości umysłu i szybkość myśli”.

Olejek różany wykazuje ponadto silne właściwości przeciwdrobnoustrojowe (przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe) oraz przeciwstarzeniowe – co jest wykorzystywane w kosmetykach ze względu na działanie aseptyczne, łagodzące podrażnienia, stymulujące kolagen III, protektor UV, wzmacniające naczynia włosowate i głęboko nawilżające. Olejek ten ma także właściwości uspokajające i nasenne, dlatego jest stosowany w leczeniu depresji, stanów lękowych czy w celu łagodzenia stresu, napięć nerwowych oraz zmienności nastrojów towarzyszących menopauzie i PMS. Różę damasceńską stosuje się tradycyjnie w wielu miejscach na świecie jako lek na bóle brzucha i klatki piersiowej, wzmocnienie serca, zaburzenia menstruacyjne, problemy trawienne i zaparcia. Poza tym olejek różany działa przeciwzapalnie, przeciwcukrzycowo i antydepresyjnie, co zostało udowodnione naukowo – pierwsze skrzypce grają w tym wszystkim citronellol i geraniol – główne składniki fitochemiczne olejku z R. damascena. Badania naukowe wykazały również, że olejek ten zwalcza infekcję wirusem HIV w każdej fazie. Potwierdzono również skuteczność działania olejku z róży damasceńskiej na nowotwory: główny składnik, geraniol, powoduje apoptozę (samozniszczenie) komórek rakowych.

JAK STOSOWAĆ olejek różany?

  • DYFUZJA / INHALACJA: prosto z dłoni, buteleczki lub z dyfuzora ultradźwiękowego
  • MASAŻ (rozcieńczając z olejem roślinnym): całe ciało, stopy, spięte mięśnie – rozcieńcz 1:1 z olejem bazowym, np. arganowym
  • MIEJSCOWO: skronie, kark, nadgarstki, za uszami i tam, gdzie masz ochotę, rozcieńczając 1-2 krople w oleju bazowym, np. jojoba
  • KOSMETYK: kilka kropli olejku dodaj do naturalnego kremu, balsamu czy serum i wmasuj delikatnie w skórę, by nadać jej młody wygląd, wygładzić zmarszczki i głęboko nawilżyć.

Z kodem GAZZETTA otrzymujesz 10% rabatu w OlejkowySklep.pl, gdzie kupisz prawdziwe, naturalne olejki eteryczne z certyfikatem i prawdziwy olejek różany z Bułgarii.

Pokaz mody polskiej projektantki Natashy Pavluchenko w ramach ALTAROMA

0

Dzisiaj, 4 lutego, w salach hotelu Baglioni Hotel Regina odbędzie się siódma edycja pokazu mody International Couture, będącego częścią oficjalnego kalendarza wydarzeń ALTAROMA. Pokazy International Couture, organizowane przez Marię Christinę Rigano, doradczynię przy Włosko-Libańskim Instytucie Kulturowym, to jedne z czołowych międzynarodowych wydarzeń modowych.

Ta edycja, organizowana we współpracy z IFN Network Manuela Ivana Marii Perrotta będzie transmitowana również na kanałach stacji “International Fashion Network”, które docierają m. in. do Amsterdamu, Dubaju, Mediolanu, Nowego Jorku i Romafashiontv.com. W ramach tegorocznego International Couture podziwiać będzie można kolekcje Renaissance Abiddikki, Esperanza Marcela de Cala, Melodrama Missaki Couture, Moon Urbban Fusion Natashy Pavluchenko oraz Ba-riolé Sabriny Amoroso. Ponadto, podczas pokazów mody zaprezentowane zostaną również akcesoria wykonane przez byLudo eco-tech bijoux oraz Ferrum Jewels, a także obuwie marki Fleur d’Oranger, autorstwa twórców sztuki pochodzących nie tylko z Włoch, lecz również z Libanu, Jordanii i Polski. Jak co roku, pokazy International Couture przyczyniają się do nawiązywania współpracy między wschodem a zachodem. Pokaz Moon Urbban Fusion polskiej projektantki Natashy Pavluchenko przedstawia baśniową i niezwykle wyszukaną kolekcję o nazwie Moon Urbban Fusion, objętą patronatem przez miasto Bielsko-Biała. Kolor czarny, znak rozpoznawczy polskiej projektantki, jest również nieskończonym źródłem inspiracji. Najnowsza kolekcja Natashy zachwyca wyrafinowanymi detalami, wśród których uwagę zwracają misterne koronki oraz charakterystyczne złote łańcuchy. Dominują długie, lejące się aż do ziemi suknie w kolorze czarnego matu, nawiązujące nieco do XIX-wiecznej estetyki, łącząc zamiłowanie projektantki do elegancji, neogotyku oraz buntowniczego, rockowego stylu. Ważnym elementem kolekcji są rozbudowane marynarki inspirowane latami 80. „Każdy artysta jest trochę z Księżyca”, mówi Natasha Pavluchenko, „chcę dać publiczności niezwykłe przeżycie, to będzie prawdziwy spektakl o bajkowym charakterze, w którym modelki będą pełniły rolę aniołów, przenosząc odbiorców w niezwykły, pełen sensualności i ekstrawagancji świat. Cieszę się, że po raz kolejny pokażę swoją kolekcję w Rzymie, z którym jestem emocjonalnie związana i skąd wypływa wiele moich artystycznych inspiracji”.

Liliana Cavani – reżyserka niepokorna

0
Liliana Cavani / fot. Graziano Arici

W bogatej kinematografi i włoskiej, w której głównie dominują mężczyźni rozprawiający się z tożsamością Italii, jej miastami, historią, mafią, jest jedna kobieta, która w kinie nieustannie przekraczała granice, mieszając chociażby elementy sado-maso z faszyzmem. Oto Liliana Cavani.

Liliana Cavani, reżyserka niepokorna, urodziła się w latach trzydziestych, wraz z rodzącym się faszyzmem, w Carpi, w prowincji Modeny. Ojciec dziewczynki, architekt z Mantui, pochodzący z konserwatywnej burżuazyjnej rodziny ziemiańskiej, rzadko bywał w domu. Matka zaś była miłośniczką kina, pochodziła z rodziny robotniczej, walczącej z ruchem faszystowskim i w każdą niedzielę, zamiast do kościoła, zabierała przyszłą reżyserkę na filmy miłosne. Uwielbiała romanse. Te wszystkie naiwne historie, które nie przypominały życia, ale uwodziły uśmiechem młodego Vittorio De Siki, w którym można było kochać się w ukryciu. Z czasem kino stało się opiekunem małej Liliany, która zaprowadzana była do sali kinowej, kiedy rodzice musieli zająć się swoimi sprawami. Mieszkali na Corso Vittorio Emanuele, na końcu którego był park. W parku był szpital. W szpitalu kostnica. A kostnica to ciekawość. To zrozumiałe, że dziecko interesuje się tym, co zakazane i sprawdza miejsca, do których wchodzić nie wolno. Liliana miała sześć lat, kiedy postanowiła sprawdzić, co kryje się za murami domu, do którego co chwila wchodzą zapłakani ludzie. Udając się niepostrzeżenie za nimi zobaczyła martwe ciała, a właściwie ciała przykryte prześcieradłami, spod których wychodziły nagie stopy. Pomarszczone, stare stopy. Innym razem wybrała się na obcy pogrzeb, na którym otwarto trumnę przed jej zakopaniem. I znów ciało. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego się nie rusza. Jednym z ważniejszych doświadczeń w tej dziwnej fascynacji śmiercią była śmierć matki przyjaciela. Matka nazywała się Igea. Jej ciało przed pogrzebem przez kilka dni wystawione było przed domem, tak by wszyscy bliscy mogli się z nią pożegnać. Jak wyznała po latach w wywiadach reżyserka cały czas intrygowało ją dlaczego ładnie ubrany człowiek leży nieruchomo i nikt nie ma zamiaru go obudzić. W tamtych czasach przepaść między dorosłymi, a dziećmi była znacznie większa niż obecnie. Dzieci nie pytały, a nawet jeśli to robiły, nieczęsto otrzymywały odpowiedź na czym polega świat dorosłych.

Liliana Cavani / fot. Graziano Arici

Dom rodzinny Liliany różnił się od tradycyjnego, konserwatywnego domu włoskiego z tego okresu, który zazwyczaj był przesiąknięty surowymi zasadami i katolicyzmem. W jej domu panowało bezstresowe wychowanie. Reżyserka do dziś wspomina, że prawdopodobnie była jedyną dziewczynką na podwórku, która nie doświadczyła przemocy w domu, nawet małego klapsa w pupę. To wszystko zawdzięczała dziadkom, którzy ją wychowali. Byli tolerancyjni i posiadali głębokie aspiracje, aby tworzyć sprawiedliwe i wolne społeczeństwo. Ich dom pozbawiony był nienawiści, ponieważ byli przekonani, że edukacja jest wynikiem wolnego wyboru i wzajemnego szacunku. Jak wspominała Cavani: „Nawet katolicy z naszych stron byli dżentelmenami, bardziej cywilizowanymi niż przeciętni.” To właśnie dziadkowie dali jej to co najlepsze, ojca nie wspomina za dobrze, do dziś nie pogodziła się z tym, że nie było go w jej życiu, nie czuła z nim więzi, w wyniku czego przybrała nazwisko matki, z którym się utożsamiała. Podobną wolność co w domu otrzymywała w szkole, gdzie nauczycielka pozwalała jej robić to, na co miała ochotę, była zdolna i szybko przyswajała wiedzę, więc nie trzeba było jej kontrolować. Ale pewnego dnia nauczycielka zachorowała, a na jej miejsce pojawiła jej zastępczyni, która nie tolerowała swobodnego i bezstresowego podejścia do nauki swojej poprzedniczki. I to był początek lat 40. W Europie szaleje wojna, a mała Liliana musi zmierzyć się po raz pierwszy z karą i przemocą, jaką dokonuje na niej człowiek. Dostała w twarz od nauczyciela.

Chociaż zamierzała zostać archeologiem, finalnie ukończyła literaturę i filologię na Uniwersytecie Bolońskim w 1960 roku, pisząc rozprawę o XV-wiecznym poecie i szlachcicu Marsilio Pio. Porzuciła zainteresowanie odkrywaniem zamierzchłych czasów, kiedy przypadkowo trafiła do słynnego rzymskiego Centro Sperimentale di Cinematografia (Centrum Kinematografii Eksperymentalnej), założonego przez Benito Mussoliniego przed II wojną światową. Zaczęła studiować tam film dokumentalny, a dyplom uzyskała za filmy krótkometrażowe ,,Incontro notturno” (1961) o przyjaźni dwóch mężczyzn, białego człowieka i Senegalczyka oraz ,,L’evento” (1962) o grupie turystów, którzy zabijają dla zabawy. Zaledwie parę miesięcy po rozpoczęciu nauki wygrała pierwszy konkurs, który pozwolił jej na realizację serii filmów dokumentalnych dla telewizji Rai o historii III Rzeszy, o wieku Stalina, o kobietach w okresie ruchu oporu. To była jej wielka przepustka do świata filmu, w którym przeważnie rządzili mężczyźni.

Żeby zrozumieć dobrze tę dziewczynkę urodzoną w Carpi trzeba zajrzeć do jej filmów. Nieoczywistych, mocnych, wystawiających bohaterów i ich skórę na próbę. Na uwagę zasługuje chociażby „Franciszek z Asyżu” z 1966 roku, pełnometrażowy debiut reżyserki, stworzony dla telewizji i wyemitowany w dwóch częściach. To opowieść zrealizowana pod silnym wpływem stylu Rosselliniego i atmosfery typowej dla filmów Pasoliniego. Film powstał w okresie politycznych niepokojów i miał stać się swego rodzaju manifestem odmiennego katolicyzmu. To był ważny debiut, mocno komentowany w środowisku filmowym i krytyków, którzy w swej opinii byli podzieleni. Jedni zachwycali się nim i wiązali z Cavani wielkie nadzieje, drudzy nazywali go „heretyckim, bluźnierczym i obraźliwym dla wiary narodu włoskiego”. Kolejny interesujący film to „Kanibale” z 1970 roku inspirowany „Antygoną” Sofoklesa, którego akcja została przeniesiona do bliżej nieokreślonej przyszłości. Film opowiada o walce kobiety z władzą, która uniemożliwia grzebanie ciał buntowników zabitych przez policję.

Jest oczywiście jeszcze legendarny „Nocny portier” z 1974 roku. To nie był zwykły romans, do jakiego przyzwyczajeni byli widzowie w latach 60. czy 70. To historia Maxa (Dirk Bogarde), który spotyka Lucię (Charlotte Rampling), znajdują się w obozie koncentracyjnym: on jest komendantem SS, a ona jest jego nastoletnią więźniarką, krótkowłosą, upiorną i wychudzoną. Powstaje pokręcony związek. Ona daje mu seks, a on przynosi jej prezenty, takie jak głowa współwięźnia w pudełku. Mija dwanaście lat od zakończenia wojny i spotykają się ponownie, kiedy ona melduje się w hotelu w Wiedniu, gdzie on obsługuje recepcję. Wkrótce znów przypominają sobie stare dobre czasy: grają w sadomasochistyczne gry erotyczne, a Max próbuje zapobiec zabiciu Lucii przez swoich nazistowskich kumpli.

Ten film mocno naznaczył reżyserkę. Cavani musiała zmierzyć się z nieprzychylnymi dziennikarzami, którzy próbowali zaszkodzić reputacji filmu twierdząc, że to czyste porno. I choć w Europie traktowano ją z szacunkiem, to już po drugiej stronie oceanu wylała się fala krytyki. Pauline Kael w „New Yorkerze” nazwała film „obraźliwym po ludzku i estetycznie”. Dystrybutor z USA, Joseph E. Levine, wykorzystał ten gorący temat wciągając w to gazety, które publikowały wrogie artykuły, nabijając tym samym kolejne zyski. Konsekwencją tego były liczne niesmaczne oferty lądujące na biurku Cavani. To były listy od producentów filmów dla dorosłych, którzy chcieli, aby kobieta wyreżyserowała dla nich nazistowskiego porno! Cavani odrzucała wszystko po kolei. Ale nie był to koniec rozgłosu, bowiem film przez dziesięciolecia wycofywany był z dystrybucji i dopiero po latach został wydany na nośniku Blu-Ray. Do głosu krytyki należy jeszcze dodać całą masę osób publicznych zabierających głos w sprawie intencji Cavani. Ocalony z Holokaustu Primo Levi nazwał ten film „pięknym i fałszywym” i powiedział: „nie ma on nic wspólnego z obozami”; podczas gdy naukowiec Jörg Heiser napisał w 2010 roku, że Cavani zamienia „rzeczywistość obozu koncentracyjnego” w „plac zabaw dla nazistowskiego szyku”. Jedno jest pewne drugiej takiej jak Liliana Cavani nie ma, odważnej buntowniczki, która nie poddaje się systemowi i historii.

Festiwal w San Remo coraz bliżej!

0

Artykuł został opublikowany w numerze 85 Gazzetty Italia (luty-marzec 2021)

Tegoroczna, już 71. edycja Festiwalu Piosenki Włoskiej w San Remo odbędzie się w dniach 2-6 marca 2021. Tradycyjnie w Teatrze Ariston w walce o podium zmierzy się ze sobą grono znakomitych wykonawców. Dyrektorem artystycznym imprezy jest – tak jak w roku ubiegłym – Amedeo Sebastiani, lepiej znany jako Amadeus. Na rozgrzewkę przed muzycznymi wieczorami, które czekają nas w marcu, kilka słów o nagrodach, dotychczasowych rekordzistach oraz lista tegorocznych uczestników.

Bez względu na to, czy jest się fanem Festiwalu, czy wręcz przeciwnie, nie można zaprzeczyć, że jest to impreza, która na stałe zapisała się jako element kultury włoskiej. W corocznym konkursie rywalizują piosenki skomponowane przez włoskich autorów, w języku włoskim lub regionalnym. Co istotne, utwory po raz pierwszy można usłyszeć dopiero w wieczór konkursowy – nie mogą one zostać opublikowane przed Festiwalem. Festiwal dzieli się dwie kategorie: Campioni, czyli główna sekcja, w której rywalizują wykonawcy, oraz Nuove Proposte, w której biorą udział debiutanci.

O co toczy się walka?

Zwycięzca Festiwalu nie otrzymuje nagrody pieniężnej. Bez wątpienia podkreśla to symboliczny wymiar całej imprezy, gdzie jedynym zwycięzcą jest muzyka. Pomimo braku nagrody pieniężnej, laureaci konkursu zdobywają popularność, która przekłada się na ilość sprzedanych płyt czy biletów na koncerty. Zwycięski utwór trafia do rozgłośni radiowych, co również wpływa na wzrost widoczności medialnej. Zdobycie pierwszej nagrody w większości przypadków staje się przepustką do reprezentowania Włoch na Konkursie Piosenki Eurowizji, co pozwala wykonawcy na zaprezentowanie się jeszcze szerszej publiczności. Zwycięzca otrzymuje pamiątkową statuetkę przedstawiającą lwa z palmą, czyli herb miasta. Ręcznie rzeźbione, odlane ze srebra trofeum powstaje w Wenecji i jest wytwarzane przez firmę Santi, która zajmuje się także produkcją skrzydlatych lwów, będących nagrodami na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Wenecji. Na Festiwalu można zdobyć także nagrody specjalne. Jedną z najważniejszych jest Nagroda Krytyków im. Mii Martini, przyznawana od 1982 roku (a nazwana imieniem Martini po jej śmierci, czyli od 1996 roku). Jako że jest to wyróżnienie od jury konkursu, wielu uważa je za nawet istotniejsze niż pierwsza nagroda całego Festiwalu (oczywiście można zdobyć obie te nagrody jednocześnie). Wśród wielu wyróżnień na Festiwalu warto wspomnieć o nagrodzie przyznawanej przez dziennikarzy, nagrodzie im. Sergio Bardottiego za najlepszy tekst czy nagrodzie im. Giancarlo Bigazziego za najlepszą kompozycję.

Rekordy

Claudio Villa i Domenico Modugno to wykonawcy, z których każdy zwyciężył na Festiwalu czterokrotnie. Jest to rekord ilości zwycięstw. Z kolei kobietą, która triumfowała trzykrotnie, jest Iva Zanicchi. Dotychczas najmłodszą osobą, która wygrała Festiwal, była Gigliola Cinquetti – miała 17 lat, kiedy w 1964 roku zdobyła pierwszą nagrodę. Z kolei najstarszym zwycięzcą jest Roberto Vecchioni, który wygrał jako 66-latek w 2011 roku.

Måneskin triumfuje – rock podbija San Remo!

0

Artykuł został opublikowany w numerze 86 Gazzetty Italia (kwiecień-maj 2021)

Za nami pięć wieczorów rywalizacji w 71. Festiwalu Piosenki Włoskiej w San Remo. Była to bodaj najdziwniejsza edycja w historii, ponieważ po raz pierwszy konkurs odbył się bez udziału publiczności. Emocje powoli opadają, przyjrzyjmy się zatem temu, co wydarzyło się w Teatrze Ariston na początku marca.

Goście, goście

Poza artystami biorącymi udział w zmaganiach konkursowych, swoją obecnością i występami imprezę uświetniło wielu znakomitych wykonawców gościnnych: zaproszono między innymi Loredanę Bertè, Negramaro, Alessandrę Amoroso i Emmę Marrone, Ornellę Vanoni czy Laurę Pausini, której zaledwie kilka dni wcześniej przyznano Złotego Globa za najlepszą piosenkę – Io Sì (Seen). Pojawili się także zwycięzcy poprzednich edycji, jak ubiegłoroczny triumfator Diodato, zwycięzca z 2019 roku, Mahmood czy zespół Il Volo, który wygrał Festiwal w 2015 roku, a na tegorocznym konkursie złożył hołd zmarłemu mistrzowi muzyki filmowej, Ennio Morricone. Stałymi gośćmi, pojawiającymi się podczas każdego z pięciu wieczorów, byli Zlatan Ibrahimović oraz Achille Lauro. Lauro przygotował swego rodzaju przedstawienia audiowizualne, które opowiadały o różnych gatunkach muzycznych i z pewnością zostaną zapamiętane na długo ze względu na swoją eklektyczną, niekiedy kontrowersyjną formę.

Znamienne było też zaproszenie Alessi Bonari – pielęgniarki pracującej w mediolańskim szpitalu, której selfie zrobione po wykańczającej pracy i zamieszczone na Instagramie w minionym roku obiegło światowe media. Sama kobieta stała się swego rodzaju symbolem walki medyków z koronawirusem we Włoszech. To piękny hołd: nawet podczas festiwalu muzycznego, nikt nie zapomina o wciąż toczącej się walce z niewidzialnym przeciwnikiem, w której wszyscy bierzemy udział, a to właśnie takie osoby, jak Alessia, stoją na pierwszej linii frontu.

Festiwalowe podium

Zwycięzcą w kategorii Campioni została grupa Måneskin z utworem Zitti e buoni. Było to niemałe zaskoczenie, ponieważ niemal od samego początku faworytem był Ermal Meta, który ze swoją balladą Un milione di cose da dirti zajmował pierwsze miejsce w klasyfikacjach po każdym wieczorze – ale, jak już niejednokrotnie na Festiwalu się zdarzało, to wyniki głosowania widzów zmieniły oblicze ostatecznego rankingu. Måneskin zyskał zawrotne 53,5% poparcia telewidzów, podczas gdy Ermal Meta uzyskał takich głosów zaledwie 18,2%, plasując się ostatecznie na trzeciej pozycji. Zdobył on jednak nagrodę im. Giancarlo Bigazziego, przyznawaną za najlepszą kompozycję. Drugie miejsce na podium zajęli Francesca Michelin i Fedez z zapadającym w pamięć utworem Chiamami per nome –choć również nie byli faworytami jurorów, to do ścisłej, finałowej trójki weszli jako pierwsi, uzyskując najwięcej głosów od telewidzów spośród wszystkich 26 wykonawców.

Tegoroczną Nagrodę Krytyków im. Mii Martini zdobył Willie Peyote z piosenką Mai dire mai (La locura). Z kolei zwycięzcą w kategorii Nuove Proposte został Gaudiano, który z utworem Polvere da sparo zyskał przychylność widzów, bo to właśnie oni zagwarantowali mu zwycięstwo – różnice w punktacji jurorów oraz dziennikarzy były minimalne.

Kim są zwycięzcy?

Måneskin tworzy czwórka młodych muzyków: basistka Victoria De Angelis, wokalista Damiano David, gitarzysta Thomas Raggi oraz perkusista Ethan Torchio. W 2017 roku zespół wziął udział w programie X Factor, w którym ostatecznie zajął drugie miejsce – to wydarzenie było przepustką do ich kariery. Od tego czasu grupa bierze udział w licznych festiwalach, a ich studyjny album Il ballo della vita, wydany w 2018 roku i promowany przez film dokumentalny pod tytułem This is Måneskin, pokrył się we Włoszech trzykrotną platyną. Ich najnowszy album, Teatro d’ira: Vol. 1, miał premierę 19 marca 2021 roku. Na konferencji prasowej zorganizowanej po ostatnim dniu zmagań oficjalnie potwierdzono, iż zespół będzie reprezentował Włochy na 65. Konkursie Piosenki Eurowizji w Rotterdamie.

Måneskin wygrywając Festiwal dokonał rewolucji – rockowa kapela zwyciężająca na deskach Teatru Ariston z pewnością nie jest czymś standardowym, ale i całego tegorocznego konkursu nie można określić słowem „standardowy”. Brak publiczności wyraźnie zabrał część magii, której nie da się zastąpić w żaden sposób. To właśnie spontaniczne reakcje widzów są tym, co tworzy niesamowitą atmosferę, szczególnie podczas pierwszego odsłuchu konkursowych utworów. Oklaski, śmiechy czy chwile wzruszenia zostały ograniczone i w dużej mierze takich bezpośrednich interakcji w tych zmaganiach zabrakło. I choć fani Festiwalu prowadzili ożywione dyskusje w mediach społecznościowych, wspierając swoich faworytów na wszelkie możliwe sposoby, zapewne dla występujących artystów to właśnie widok pustej widowni Teatru Ariston będzie jednym ze znaczących wspomnień tego nietypowego, innego niż zawsze Festiwalu w San Remo.

Jarek Mikołajewski: opowiem wam o mojej nieuleczalnej miłości do Włoch

0

Poniżej wywiad z Jarkiem Mikołajewskim, poetą, pisarzem, tłumaczem, a także autorem książek dla dzieci, dziennikarzem i eseistą. Urodzony w Warszawie w 1960 r., w latach 1983-1998 wykładał na Katedrze Języka i Literatury Włoskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 do 2012 roku dyrektor Instytutu kultury Polskiej w Rzymie. Na język polski przetłumaczył liczne dzieła takich twórców jak Dante, Leopardi, Montale, Ungaretti, Luzi, Pavese, Pasolini, Lievi. Otrzymał wiele włoskich nagród i wyróżnień, między innymi Order Gwiazdy Solidarności Włoskiej. Uhonorowany Narodową Nagrodą za Tłumaczenia, Nagrodą Miasta Rzym i Nagrodą Flaiano. Wywiad ten opublikowany został w 64. numerze Gazzetta Italia (sierpień/wrzesień 2017).

Zacznijmy od korzeni, skąd wzięła się twoja fascynacja Włochami?

Trudno to określić. Urodziłem się w sześćdziesiątym roku i pamiętam, że wtedy w telewizji bez przerwy mówiło się o Andreottim, Fellinim, De Sice, ale strzępy świata włoskiego docierają w każdym pokoleniu. Przekonujące były też wówczas opowieści mojego taty, który był w obozie pracy podczas wojny. Opowiadał o grupie Neapolitańczyków, których wtedy spotkał i mówił, że byli to najsympatyczniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek poznał, zawsze weseli, życzliwi, rozśpiewani. Kolejnym sygnałem przechylającym szalę w kierunku włoskości było przeczytanie fragmentów „Rzemiosła życia” Cesarego Pavese, w których odnalazłem siebie, swoje myśli, swój młodzieńczy smutek, a szczególnie kwestię śmierci i przemijania. Znalazłem tam też zupełnie nowe tematy: mierzenie się z samobójstwem, czy obsesyjną miłość. Bardzo pokochałem Pavesego i tak sobie pomyślałem: O, to jest ktoś taki, komu mogę się poświęcić!. Kolejną postacią, którą się inspirowałem był krytyk Zbigniew Bieńkowski i on właśnie napisał, że to jest książka najbardziej inteligentnego pisarza, jakiego on kiedykolwiek czytał, pamiętam, że swoją recenzję nazwał „Żebro Ewy”. Jego tekst utwierdził mnie tylko w wyborze. Dowiedziałem się, że w Batorym jest klasa z językiem włoskim, pierwsza tego typu klasa Polsce. Tam poznałem wspaniałych profesorów, którzy mnie ukierunkowali, zachęcili do tłumaczenia i pomogli w nawiązaniu pierwszych kontaktów z Włochami. Kiedy w liceum chodziłem na kursy do Włoskiego Instytutu Kultury, poznałem wspaniałego tłumacza Silvana De Fanti, który zachęcił mnie do tłumaczenia poezji.

Tłumaczenia zaczęły się już w liceum?

Zacząłem już wtedy coś pisać, jakieś wiersze, o których szkoda gadać, a tłumaczenia zaczęły się tak naprawdę na studiach. To był bardzo dobry rocznik, gdzie między innymi byli: Filip Łobodziński, Jarek Gugała, Andrzej Sosnowski i wszyscy tłumaczyliśmy. A wyglądało to dość niekonwencjonalnie, bo podczas stanu wojennego własnych utworów się nie publikowało. Ja zawsze chciałem pisać, ale narzuciliśmy sobie zasadę niewspółpracowania z systemem i w rezultacie tłumaczyliśmy do szuflady. Tłumaczenia były inspirowane przez dwie postaci: pierwsza to Silvano De Fanti, myślę, że największy tłumacz wszechczasów literatury polskiej na włoski, a druga to Halina Kralowa, doskonała tłumaczka literatury włoskiej na polski. Zajęcia z obojgiem polegały właśnie na tłumaczeniu. Dzięki Halinie poznałem kilku poetów, o których myślę dziś jako o niezbędnych dla mojego życia. Podobnie Silvano. Pamiętam taką dedykację na jednym z jego przekładów: A Jarek Mikołajewski questi versi di stampa freschi mentre tutti proni e chini aspettiamo Pasolini, bo właśnie wtedy zajmowałem się tłumaczeniem Pasoliniego, ale nie wiedziałem jak pogodzić Marksa z Jezusem w moim narzeczu i musiałem poczekać do 1999 roku, bo wtedy właśnie wyszło moje tłumaczenie Pasoliniego.

Pierwsze włoskie podróże?

Pod koniec ostatniej klasy, liceum ówczesny dyrektor Instytutu Włoskiego Romolo Cegna w nagrodę za wygrany konkurs ofiarował nam stypendia na wyjazd do Sieny. Rodzice kupili mi tzw. bilet kilometrowy i wyruszyłem w moją pierwszą wyprawę za granicę, miałem osiemnaście lat. Podróż trwała w nieskończoność. Jak wreszcie dojechałem na miejsce, byłem na granicy omdlenia. Pamiętam, że dostałem przydział dewiz w wysokości zaledwie 5 dolarów i to było wszystko na cały miesiąc pobytu. Miałem dostać stypendium, ale okazało się, że to była po prostu kwota zapisu na kurs i opłat za akademik w centrum Sieny. Przed wyjazdem mama kupiła mi dużą suszoną kiełbasę i codziennie zjadałem jeden gruby plaster, to był mój posiłek. Byłem tak dalece zdezorientowany i niedoświadczony, że kiedy dojechałem na dworzec i usłyszałem, że dzwoni telefon na pustym postoju taksówek, odebrałem i poprosiłem o taksówkę na dworzec, a jakaś pani z drugiej strony odpowiedziała mi: Nie, to ja proszę o taksówkę do domu, przecież dzwonię na postój taksówek. Podczas tego wyjazdu, po raz pierwszy pojechałem do Rzymu, autostopem z trzema studentkami medycyny z Krakowa. To był rok zamachu na Aldo Moro, zmarł Paweł VI, wybrano i zmarł Jan Paweł I. Bardzo burzliwy okres i ja tego doświadczyłem. Próbowałem wtedy czytać teksty Sciascii o Aldo Moro, ale niewiele jeszcze rozumiałem z tej rzeczywistości.

Włoskie przyjaźnie z tamtego okresu?

W roku osiemdziesiątym przyjechała do Polski grupa Włochów. Pamiętam, że zadzwoniono do mnie z pewnego biura turystycznego i spytano, czy mógłbym być pilotem i tłumaczem wycieczki. Miała mi towarzyszyć i pomagać para rasowych pilotów, znających doskonale włoski. Okazało się, że to była para cinkciarzy, która zniknęła po wymianie waluty, której potrzebowali. Zostałem sam z 90 osobami, które przyjechały do Polski w ramach wymiany. Wszyscy ci Włosi byli w jakiś sposób związani z ruchem komunistycznym. Pojechaliśmy do Słupska, gdzie stacjonowaliśmy w szkole gastronomicznej. Pamiętam, że ich największym zawodem było to, że codziennie musieli jeść rozgotowany makaron z truskawkami. Po pewnym czasie byli na skraju załamania i buntu. Zawiązała się między nami ogromna przyjaźń. Słupsk to było bardzo dziwne miasto. Poza tym, to był czas, kiedy zaczęły się zawiązywać strajki na Wybrzeżu, a w Słupsku była szkoła milicyjna z oddziałami, które miały w razie czego interweniować. Część z tej młodzieży komunistycznej straciła wiarę w komunizm, bo dopiero wtedy zrozumieli, co on tak naprawdę oznaczał. To, co im się szalenie podobało w Polsce, to był Woliński Park Narodowy i wydmy w Łebie. Pamiętam, że przy okazji tej wycieczki, zostali zaproszeni na pieczone kurczaki i nigdy nie zapomnę żarliwego aplauzu, jaki usłyszałem podczas tego posiłku. Na koniec wyjazdu wszyscy zrzucili się i zostawili mi pieniądze, żebym do nich przyjechał. Pojechałem jeszcze tego samego lata, w sierpniu: do Terni, Narnii i Amelii. Byłem wtedy gościem wszystkich, poznałem włoskie domy od środka i całą Umbrię, czyli tereny, które obecnie opisuję w mojej ostatniej książce „Terremoto”.

Jak oceniasz swoje doświadczenie w Instytucie Kultury Polskiej w Rzymie?

Bolesław Michałek, wielki krytyk filmowy, namówił mnie, żebym starał się o to stanowisko. Startowałem trzykrotnie, udało mi się dopiero w 2006, w marcu. Zrobiliśmy ogromne rzeczy, Instytut w Rzymie był wówczas uznawany za najlepszą placówkę. Organizowaliśmy spotkania z poetami, pisarzami, reżyserami i aktorami, z którymi potem rozsiewaliśmy kulturę polską w takich miejscach, jak: Akademia Świętej Cecyli w Rzymie, Pałac Dożów w Wenecji, Hotel Tre Donzelle w Sienie i wiele innych.

Ryszard Kapuściński przyjechał na początku mojego pobytu (i wracał później wielokrotnie), na inaugurację Biblioteki Europejskiej w Rzymie. To było wartościowe spotkanie, w trakcie którego usłyszeliśmy wiele ważnych słów, które sprawdzają się dzisiaj – o przemieszczającym się świecie. Trzykrotnie gościliśmy też Wisławę Szymborską. Pamiętam, że kiedy jechaliśmy na spotkanie do Bolonii, zadzwonił do mnie Umberto Eco i spytał, czy może przeczytać jeden ze swoich ulubionych wierszy poetki. Pamiętam, jak wchodziliśmy do Aula Magna, Eco wszedł jako pierwszy, zobaczył ten tłum ludzi, po czym cofnął się i powiedział: porca puttana! To było chyba największe spotkanie poetyckie w dziejach Uniwersytetu.

Jeśli ktoś mnie spyta, co zapamiętałem z włoskich spotkań z Szymborską, to są to jej pytania dotyczące tego kraju: dlaczego nie ma niebieskich kwiatów na Sycylii? „dlaczego jest mnóstwo pomników Garibaldiego, a nie ma w ogóle pomników układaczy mozaiki?” Mógłbym jeszcze długo wymieniać.

Największe przeżycia to właśnie spotkania z ludźmi i kontakty, które zostały do dzisiaj. Wydaje mi się, że to był naprawdę złoty okres Instytutu Polskiego.

Dusza polska a dusza włoska, w czymś się przypominają, czy są zupełnie różne?

Włochy są tak ogromne, że generalizować się nie da. Byłem ostatnio w Mediolanie i po Rzymie to był dla mnie wstrząs, że różnica jest tak namacalna.

Chwalę Włochów za jedną rzecz i piszę o tym otwarcie w swojej ostatniej książce Terremoto, oni umieją się zachować w sytuacji, w której obecnie jesteśmy, mówię zupełnie apolitycznie, oni ratują Europę, między innymi nas. My nie jesteśmy w stanie zejść do takiego poziomu, w którym bylibyśmy gotowi na kompromisy. Proponowałem na przykład, żebyśmy w Polsce nie lekceważyli i nie obrażali innych, lecz podjęli dialog, ale nie doszło do porozumienia w tej sprawie. Włosi zgodzili się co do jednego, możemy być nawet ksenofobami, rasistami, uchodźcy mogą nas wkurzać, ale ratujemy tonących, ratujemy tych, którzy giną. To jest piękne, bo nie trzeba wiele, żeby być dobrym. Pietro Bartolo, lekarz z Lampedusy, mówił mi często, że oni nie są dobrzy w organizacji, w procedurach, ale potrafią ratować innych. Znaleźli taki punkt, poniżej którego nie mogą zejść i nie zejdą, i to jest szalenie ważne. My tego nie potrafimy, jeśli nas ktoś prosi o pomoc, to znajdziemy setki wymówek, żeby jej nie udzielić. A przecież, jeśli ktoś prosi o pomoc, to nie powinniśmy kwestionować tej potrzeby. Co jakiś czas jest taki czarny moment w historii, my też go mieliśmy, teraz jest kolej kogoś innego. Całym sercem popieram taką ludzką, ponadnarodową solidarność. To, co nas boli, dotyczy również innych i ich tak samo boli.

Włosi dobrze sobie radzą z odpowiedzialnością i zawsze tak było, z refleksją i empatią nawiązują do kultury antycznej. Słyszałem jak strażak, ratując tonących, mówił: no przecież wszyscy jesteśmy dziećmi Antygony. My też sięgamy do źródeł antycznych, do Biblii, czytamy literaturę, ale nie jest to dla nas punkt odniesienia, nie wyciągamy wniosków, nie wykorzystujemy ich w życiu. Odbębniamy lektury szkolne bez refleksji. Włochów w każdej dziedzinie cechuje profesjonalizm i duma z wykonywanego zawodu, bez względu na to, co to za zawód. Wydaje mi się, że oni, dokonując cywilizacyjnych skoków, są wierni zasadom człowieczeństwa, ale niestety nie mam poczucia, że my też się tak rozwijamy, że próbujemy coś robić dla innych. Kochamy Ulissesa, ale co by było, gdyby Ulisses przesiadł się na ponton? Czy nadal by nas tak fascynował? Włosi przynajmniej by go ratowali.

To właśnie dlatego poruszasz te tematy w swoich ostatnich książkach?

Czasami pisze się tylko o pozytywach. Objawia nam się jakaś prawda i próbujemy ją zaproponować. Ja nie odbieram rzeczywistości w ten sposób. Jeżeli coś mi przeszkadza, czegoś nie znoszę, to mówię o tym. To, co się teraz dzieje w Polsce, kompletnie nie mieści się w mojej poetyce. Zatraciliśmy się, jesteśmy w dziurze kulturowej, jestem o tym przekonany. Straciliśmy to, co zawsze staraliśmy się kultywować, zupełnie przestaliśmy rozumieć innych ludzi. Zastanawiam się, czy mamy jakąś tożsamość? Nie mówię o tożsamości chrześcijańskiej czy śródziemnomorskiej, tylko stwierdzam, że jej już nie mamy. Uważam, że bardzo zdrowe byłoby, gdybyśmy się do tego przyznali, bo w ten sposób przestalibyśmy się ośmieszać. W pewnym momencie Polska chwaliła się bardzo swoimi sukcesami, nawet podczas pracy w instytucie zabiegaliśmy, żeby prasa włoska pisała o naszych sukcesach ekonomicznych, że jesteśmy tym „tygrysem Europy”. Teraz wiele wielkich i znanych osób zadaje mi pytania typu: „Skoro było wam tak dobrze i zarabialiście tak dużo, to dlaczego nie chcecie się tym teraz podzielić?” W ogóle nie czujemy się częścią wspólnoty.

Polacy są jeszcze zafascynowani Włochami, kulturą włoską?

Niestety jesteśmy bardzo powierzchowni, tak naprawdę niewiele wiemy. Mówimy, że jest Chianti, Toskania, cappuccino, cornetto. To jest fascynacja włoskim konsumpcjonizmem.

Pamiętam, jak prezentowaliśmy z Roberto Innocentim Pinokia z jego ilustracjami, w moim przekładzie. Tam pokazana jest biedna Toskania i wszyscy pytali, dlaczego pan narysował taką biedną Toskanię skoro to taki wspaniały region. Roberto odpowiedział: bo ja się tam urodziłem i wiem, jak naprawdę wygląda to miejsce. Zachwycamy się włoskimi gwiazdami, piłką nożną, czy to jest fascynacja Włochami? Możemy powiedzieć, że włoskie akcenty cały czas są gdzieś obecne, ale to czego nie dostrzegamy, to trud codziennego włoskiego życia. Mamy bardzo dużo podobieństw w historii, na przykład konieczność zbudowania spójnego państwa, walki niepodległościowe, emigracja. Ja miałem przykład solidarności włoskiej, kiedy pojechałem w ‘86 roku na wykłady do Neapolu (wykładałem Dantego na uniwersytecie). Byłem jeszcze młody i niedoświadczony. Gdy przyjechałem do Neapolu, wsiadłem do autobusu, który jechał na uczelnię, zapomniałem o bilecie. Zobaczyłem, że idzie konduktor. Z drugiej strony zbliżał się do mnie jakiś człowiek przypominający mroczną postać Wacka Mielczarka z noweli Iwaszkiewicza. Byłem przerażony, bo nasłuchałem się tyle o tym mieście, nie wiedziałem, co robić? Naprawdę myślałem, że stanie się coś złego. I nagle ten obcy człowiek mówi do mnie: Jesteś cudzoziemcem, tak? Nie masz biletu? Weź mój, ja umiem uciekać.

Trzeba łatać dziury i pomagać tam, gdzie problem jest największy, bez względu na to, czy jest to mój problem, czy cudzy. Za to podziwiam Włochów, to jest moja nieuleczalna choroba na włoskość i koniec.

foto: Michał Moryl