Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 55

Giovanni Ballarin – Warszawa początkiem drogi kapłańskiej

0

Trzeci z dziewięciorga rodzeństwa, wujek dwudziestu pięciu siostrzeńców i bratanków, rodowity wenecjanin z sestiere Cannaregio, zafascynowany życiem misyjnym i – cytując nawrócenie św. Pawła w drodze do Damaszku – Warszawa stała się jego drogą do kapłaństwa. To historia księdza Giovanniego Ballarina, który w każdą niedzielę o godzinie 11 odprawia mszę w kościele Wszystkich Świętych na Placu Grzybowskim w Warszawie. Nabożeństwo w języku włoskim, które jeszcze do czasu Adwentu odbywało się po południu, odprawia się tutaj od 2009 roku, czyli od momentu, kiedy pojawiła się potrzeba duchowa wśród wielu pracowników firmy Astaldi pracujących przy budowie drugiej linii metra. To druga w Warszawie liturgia w języku włoskim, obok tej historycznej, odprawianej w języku Dantego od 1994 w kaplicy Centrum Kulturalnego Ojców Barnabitów na Mokotowie.

Ksiądz Giovanni do 25 roku życia mieszkał w Wenecji, oddając się w pełni zwyczajom laguny. Jako dziecko grał w piłkę na weneckich placach tzw. campi, uprawiał wioślarstwo, a z przyjaciółmi dzielił karnawały i spritze w Erbaria na Rialto.

Co zadecydowało o tym, że Twoje życie zmieniło się tak radykalnie?

Jako dziecko nie byłem wzorem ucznia, potem uczyłem się w szkole religijnej z internatem, prowadzonej przez Zgromadzenie Salezjanów i to tam naprawdę zacząłem się uczyć. Pielęgnowałem wiarę, bo nauczyli mnie tego moi rodzice, ale potem problemy w życiu prywatnym sprawiły, że odkryłem i rozwinąłem moją relację z Bogiem. Fascynuje mnie powołanie misyjne i nie mam problemu z podróżowaniem i osiedlaniem się w różnych krajach. Po studiach pracowałem i mieszkałem przez 6 miesięcy na misji w Izraelu. Po powrocie odbyłem służbę wojskową w Marynarce Wojennej na Lido. To był czas, kiedy czułem się, jakbym szukał mojej prawdziwej tożsamości, jak na ironię, nagłe powołanie poczułem podczas Mistrzostw świata w piłce nożnej w 2006 roku. Włochy zostały mistrzem świata, a ja zdecydowałem się zostać misjonarzem. Wysłano mnie do diecezjalnego/misyjnego seminarium Redemptoris Mater na Młocinach w Warszawie. To był punkt zwrotny, poświęciłem się studiom i ukończyłem filozofię i teologię na Uniwersytecie Warszawskim, pogodziłem się z rodziną, a nawet z łaciną! To przedmiot, którego zawsze obawiałem się tak bardzo, że kiedy zdałem egzamin na Uniwersytecie, zainspirowało mnie zdanie świętego Józefa z Kupertynu: „W każdej twojej sprawie, doczesnej lub duchowej, zrób swoją część, a resztę zostaw Bogu”. Krótko mówiąc, studiowałem tyle, ile mogłem, a potem polegałem na Opatrzności i poszło dobrze!

Jakie było doświadczenie w Redemptoris Mater?

Intensywne, dotknęło mnie głęboko i zmieniło. To ważne doświadczenie z punktu widzenia wiary, a także z punktu widzenia ludzkiego, ponieważ w seminarium spotkałem chłopaków z całego świata, oprócz Polaków i kilku Włochów, byli tam także Ukraińcy, Hiszpanie, Kolumbijczycy i Filipińczycy.

Czy możemy powiedzieć, że w sferze katolickiej włoski jest międzynarodowym?

Tak, wszyscy seminarzyści Redemptoris Mater oprócz łaciny uczą się włoskiego, oficjalnym językiem jest również francuski. Te trzy języki mają kluczowe znaczenie dla tych, którzy wybierają życie zakonne.

Jak się odnajdujesz w nowej roli, w kościele Wszystkich Świętych?

W 2016 r. przyjąłem święcenia kapłańskie, moja pierwsza posługa odbyła się w kościele św. Anny, później cztery lata spędziłem w kościele niedaleko stacji metra Wilanowska przy ulicy Domaniewskiej. Do kościoła Wszystkich Świętych trafiłem we wrześniu 2020 roku zastępując księdza Matteo Barausse, pochodzącego z Vicenzy. Nie należy go mylić z księdzem Matteo Campagnaro, który jest sekretarzem kardynała Nycza. Wszyscy byliśmy razem w Redemptoris Mater. W obecnej parafii czuję się bardzo dobrze. Na mszę po włosku przychodzą włoscy wierni, robotnicy, którzy są w Warszawie przez pewien okres czasu z rodziną lub bez, studenci Erasmus, a także mieszane pary i Polacy, którzy kochają nasz język. Oczywiście przeżywamy teraz trudny okres pandemii i dlatego wszystko odbywa się w innej atmosferze, nawet chrzty, komunie i bierzmowania są często przekładane na lepsze czasy. Ale ważne jest, abyśmy zrozumieli znaczenie nie zamykania kościołów nawet w czasach największego zagrożenia wirusem. Chodzenie do kościoła oznacza dla wierzącego karmienie jego duchowej potrzeby, msza jest pokarmem dla duszy, której potrzebujemy przez cały czas. A po tak ciężkim roku, między ograniczeniami a chorobą, wiele osób jest psychicznie osłabionych. Dusza w języku greckim to psiche, w tym okresie istnieje niezwykła potrzeba wspierania duszy, aby dać siłę również naszej psychice.

Przesłanie wiary katolickiej jest jedno, ale czy jest możliwe, że istnieją różne jego odmiany w zależności od kraju? Na przykład, czy jest więcej dyscypliny w Polsce i więcej lekkości we Włoszech z religijnego punktu widzenia?

Jestem nauczycielem religii w szkole podstawowej nr 25 i często podaję ten przykład: pomyślmy o ojcu rodziny, najlepszy nie jest ten, który pozwala swoim dzieciom robić wszystko, ale ten, który uczy, stawiając również granice. Dlatego uważam, że potrzebujemy jasnego przesłania i spójnego z nim sposobu zachowania. Biorąc to pod uwagę ani nadmierna dyscyplina, ani nadmierna lekkość nie są dobre. Czasami pytają mnie, dlaczego we Włoszech rozwódka może przyjmować komunię, a w Polsce nie? To nie prawda. Kościół katolicki jest taki sam na całym świecie, jeśli jesteś katolikiem, który zawarł sakrament małżeństwa wiesz, że to jest na zawsze, a zatem, z wyjątkiem rzadkich przypadków unieważnienia, jeśli bierzesz rozwód cywilny i rozpoczynasz nowy związek, powinieneś sam wiedzieć, że musisz powstrzymać się od komunii. Oczywiście w niedziele nie odmawiam komunii żadnemu rozwodnikowi, bo to kwestia sumienia, każdy wierzący musi zadać sobie pytanie, czy żyje w związku pozamałżeńskim po rozwodzie.

Ale jakąś różnicę kulturową można zauważyć, mam polskich przyjaciół, którzy uczestniczyli w nabożeństwach we Włoszech, a potem razem z księdzem i innymi wiernymi poszli na kieliszek wina. Było to dla nich pozytywne zaskoczenie.

Tak, to prawda i wynika to z różnego sposobu życia w obydwu krajach. We Włoszech niektóre parafie są wspaniałymi miejscami spotkań, to nie tylko kwestia wspólnego picia spritza lub wyjścia na pizzę, organizuje się też zajęcia sportowe, inicjatywy społeczne i artystyczne, zawsze stawiając Zmartwychwstałego Chrystusa w centrum. W mojej parafii w Warszawie, na tyle, na ile mogę, również staram się angażować parafian w wydarzenia, które wychodzą poza niedzielną liturgię. Nawet w homiliach ktoś zauważa moją włoskość. Doświadczenie Ewangelii Chrystusa pomaga zrozumieć każdy etap naszego życia, nie uważam za właściwe odejście od tego przesłania, aby zapuszczać się w polityczne lub patriotyczne rozważania. Z tego powodu polscy wierni mówili mi czasem po mszy, że dziwne było to moje kazanie, bo mówiłem o Chrystusie. Odpowiadam zawsze, że powinniśmy przede wszystkim mówić o Dobrej Nowinie.

Poradziłem wielu Polakom, aby posłuchali Benigniego, który tłumaczy Dziesięć przykazań. Moim zdaniem jest to przydatne ćwiczenie, aby zrozumieć, że przesłanie wiary katolickiej jest pozytywne, mówi o nadziei i miłości, bardziej niż o cierpieniu i surowych zasadach, dobrze myślę?

Benigni jest niezwykłym artystą, może sprawić, że zafascynuje cię nawet lektura ulotki leku. Różnica jest taka, że on zrobi wspaniałe przedstawienie o przykazaniach, które wystawi podczas dwóch wieczorów z rzędu, a my kapłani musimy nieść przesłanie w każdą niedzielę i być dostępni każdego dnia. Bycie księdzem jest zaskakująco trudne i czasem bardzo trudne. Bardziej niż Benigniego polecam posłuchać ojca Fabio Rosiniego, odpowiedzialnego za powołania w diecezji rzymskiej, który od lat zachwyca tysiące młodych ludzi, wyjaśniając przesłanie miłości i poszukiwanie szczęścia, które niesie ze sobą Dekalog. Często wspominam o nim w moich homiliach, może również dlatego są nieco inne, być może nieumyślnie pojawia się w nich włoski humanizm. W tym roku, w 700 rocznicę śmierci Dantego, czasami wspominam wielkiego poetę, ostatnio na przykład przy okazji opowieści o postaci Poncjusza Piłata.

Wróćmy do naszego wspólnego rodzinnego miasta: Wenecji. Twoje nazwisko jest jednym z najbardziej popularnych i jesteś Ballarin zarówno od strony ojca, jak i matki! Jako rodowity wenecjanin, co sądzisz o stopniowym opuszczaniu miasta przez mieszkańców, z którym mamy do czynienia przez ostatnie dziesięciolecia i które doprowadziło do utraty ponad połowy osób zameldowanych w samej Wenecji?

Jest to sytuacja, która mnie smuci, bo pamiętam dzieciństwo spędzone na placach i dziedzińcach z przyjaciółmi, grę w ping-ponga, bilard, czy w piłkarzyki. Być może dramat spowodowany przez covid-19, który zablokował turystykę pozwoli zrozumieć, że miasto potrzebuje mieszkańców i tradycyjnego rzemiosła, aby nie stracić swojej autentyczności, nie może być tylko monokulturą turystyczną. Z mojego punktu widzenia, gdybym kiedykolwiek został wysłany na misję do Wenecji, bo trzeba zaznaczyć, że jestem kapłanem diecezji warszawskiej, pierwszą rzeczą, jaką bym zrobił, byłoby ponowne otwarcie parafii dla młodych ludzi, którzy muszą się bawić, wymieniać doświadczeniami właśnie w takim miejscu. Parafia zawsze była drugim domem dla wszystkich tych, którzy dorastali w Wenecji, która podobnie jak Chrystus, zawsze przyjmuje wszystkich, nie tylko wierzących.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Via Francigena

0

„To nie dlatego, że my, toskańczycy, jesteśmy lepsi lub gorsi od innych, Włochów czy obcokrajowców, ale dlatego, że dzięki Bogu różnimy się od wszystkich innych narodów…”.

To zdanie Curzio Malaparte z jego książki Przeklęci toskańczycy wystarczyłoby, aby zobrazować tym, którzy podążają toskańskim odcinkiem Via Francigena ogromną różnorodność krajobrazu, który spotykają i który idzie w parze z różnorodnością jego mieszkańców.

Ta odmienna Toskania rozpoczyna się wraz z przełęczą Passo della Cisa, wcześniej znaną jako Monte Bardone, która zyskała na znaczeniu w czasach Longobardów. Dalej szlak biegnie w kierunku Lukki i Lunigiany. Na ostrym zakręcie spotykamy stado koni w towarzystwie dzika, może trochę oswojonego, mylącego drogę z pastwiskiem. Kościół Nostra Signora della Guardia, który w swoim wyglądzie i atmosferze przypomina kościoły alpejskie, wita pielgrzyma jeszcze zanim ten będzie zmuszony zmierzyć się z wymagającymi szlakami, biegnącymi przez lasy i ścieżki, uczęszczane również przez zwierzęta juczne. Podążamy w kierunku Pontremoli, miejscowości Puntremel przytaczanej przez arcybiskupa Sigerika. Rzeka Magra, którą kilkakrotnie przecinamy przechodząc przez dolinę, była dawniej granicą polityczną oraz korytarzem tranzytowym dla ruchu handlowego w kierunku północnych Włoch. Majestatyczny krajobraz nadal jest bardzo podobny do tego, który spotkał tu Sigeriko na krótko przed 1000 rokiem. Tak samo jak wsie, zamki i kościoły, które wznoszą się na grzbietach gór. Po zejściu w pobliżu wybrzeża Versilia, będącego teraz ośrodkiem turystycznym, jest nieco trudniej znaleźć wspomnienie o pielgrzymach podążających Drogą Lombardzką. W tym celu trzeba odwiedzić małe wioski w głębi lądu, gdzie symbol pielgrzyma wyraźnie wskazuje ważne miejsca kultu religijnego.

Kontynuując podróż wzdłuż drogi natrafiamy na XVI-wieczny przystanek Sigeriko, Lucę, dziś Lukkę, miejsce, gdzie krzyżują się różne trasy tranzytu transalpejskiego. To tutaj, na ścianie ganku, jest wyryty labirynt, symbol pielgrzymki i czczony wizerunek Świętej Twarzy, drewniany krucyfiks, któremu legenda przypisuje cudowne pochodzenie. Kult tego wizerunku przewyższył już kult prawdziwych patronów miasta, Świętego Marcina i Świętego Paulina.

Pozostawiając za sobą Lukkę, mijamy gęsto uprzemysłowiony obszar, który w przeszłości stwarzał pielgrzymom wiele problemów, ponieważ był mocno bagnisty.

Po przejściu rzeki Arno w pobliżu miasta Fucecchio, szlak Sigerika biegnie w kierunku San Miniato i dalej w kierunku Val d’Elsa, mijając Castelfiorentino, Montaione, Gambassi Terme i Certaldo przed przekroczeniem San Gimignano, czyli „miasta pięknych wież”. Via Francigena, czyli inaczej Drogę Lombardzką przecina Elsa, opisana w Diario przez arcybiskupa jako Aelse, w pobliżu Colle di Val d’Elsa, następnie Burgenove, dzisiaj znane jako Abbadia a Isola, u stóp Monteriggioni, dociera do Sieny. Ernesto Sestan określił Sienę jako „córkę drogi”. Droga Lombardzka przechodzi przez Sienę, Seocine, z północy na południe, poczynając od Porta Camollia i kończąc, zbaczając w stronę Katedry i leżącego naprzeciwko zabytku Pellegrinaio di Santa Maria della Scala, na Porta Romana. Oprócz Val d’Arbia, mijamy przepiękne Buonconvento, Montalcino, Torrenieri i San Quirico d’Orcia. Dalej Droga Lombardzka biegnie pomiędzy delikatnymi wzgórzami, cyprysami i kościołami parafialnymi w Val d’Orcia. Następnie ścieżka staje się trudniejsza, zaczyna iść w górę, po lewej stronie rzeki Paglia, w kierunku Radicofani, opisywanej przez turystów w XIX wieku jako wrogie i niebezpieczne terytorium. I dalej w prawą stronę, w kierunku Abbadia San Salvatore i znajdującego się tam ogromnego klasztoru benedyktynów, z piękną kryptą sięgającą okresu longobardzkiego. Ostatnim toskańskim przystankiem przed Acquapendente jest Sce Petir in Pail, średniowieczna osada, która już nie istnieje. Jest położona na dnie doliny wzdłuż obecnej Via Cassia. Następnie, po Aquapendente, czeka nas długi odcinek Drogi w regionie Lacjum i wreszcie docieramy do Wiecznego Miasta.

foto: Luca Betti
tłumaczenie pl: Karolina Kempisty

Maserati 3500 GT Spider Vignale, początki Gran Turismo

0

Wakacyjne plany mamy już zapewne dopięte. Jeżeli jednak pozostała nam jeszcze kwestia wyboru transportu, to chciałbym dzisiaj zaproponować kabriolet i to w wersji gran turismo – GT.

Połączenie sportowych osiągów z przestronnym, luksusowo wyposażonym wnętrzem, które sprzyjałoby długodystansowym podróżom to cała filozofia GT. Filozofia, gdyż GT nie ogranicza się tylko do formy karoserii ani tylko do osiągów – to styl podróżowania, ekskluzywny sposób bycia w drodze.

Pogodzenie tych cech było dość trudne w czasach, gdy samochody sportowe były skrajnie niewygodne i przerażająco głośne, a limuzyny choć wygodne, to jednak ospałe w osiągach ze względu na swój ciężar i aerodynamikę. Pierwsze próby na tym polu podjęli Włosi. Doszli do wniosku, że trzeba zastosować mocny silnik, który umieszczony z przodu pozwoli zagospodarować tył auta wystarczająco dużym bagażnikiem – jakże przydatnym w dalekich wyprawach. Wszelkie wygody limuzyny pozostawili tylko do dyspozycji kierowcy i osoby siedzącej obok. Drugiego rzędu foteli nie było w ogóle lub był on „symboliczny”. Nazwali to 2+2, co w tym wypadku oczywiście nie równało się 4. Kolejny ukłon w stronę osiągów to wysmuklenie i obniżenie bryły samochodu, a mariaż tych wszystkich działań nazwali Gran Turismo właśnie. Skąd ten pomysł?

Prawdopodobnie zaczerpnęli to od angielskiego pojęcia „Grand Tour”. Była to najczęściej roczna edukacyjna wyprawa do Włoch angielskich elit, później oczywiście dołączyły także inne narodowości.

Pozwalała na zbliżenie się do kultury i sztuki tego jakże bogatego w zabytki kraju. Podróż ta miała również na celu zapoznanie się z różnorodnością ówczesnego świata, przygotowywała do pełnienia ważnych i odpowiedzialnych stanowisk. Głównymi przystankami były Wenecja, Florencja, Rzym oraz Neapol. Za protoplastę tego typu podróży uchodzi Thomas Coryat, który w 1608 roku udał się w pieszą podróż do Włoch. Pierwszym, który użył tego pojęcia w wydanej w 1670 książce był Richard Lassels. Wiek XVII i kolejny to wręcz wysyp „turystów”. Tak – właśnie stąd pochodzi to określenie. Z czasem sam Tour rozszerzył się o Paryż, Genewę, Wiedeń oraz kilka niemieckich miast. Wśród wielu znanych uczestników byli Lord Byron, Goethe, Mozart oraz nasi królowie Jan III Sobieski i Stanisław August Poniatowski. Atmosferę towarzyszącą temu zjawisku świetnie pokazują dwa filmy: „Pokój z widokiem” Jamesa Ivory z 1985 roku oraz „Miesiąc nad jeziorem” Johna Irvinga z 1995 roku. Ponieważ w tym roku mamy dwusetną rocznicę wydania książki (w 2018 – przyp. red), której koncepcja zrodziła się w trakcie takiej podróży, wspomnijmy jeszcze o Mary Shelley. Książka ta nosi, chyba wszystkim znany, tytuł “Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”.

Jedenaście lat później na Salonie Motoryzacyjnym w Genewie firma prezentuje prototyp 3500 GT Coupe Touring. Ze względu na swój urok i biały kolor lakieru natychmiast okrzyknięty „Białą Damą”. Nawiązano tym do bohaterki medialnego skandalu z 1953 roku Giulii Occhini, kobiety, dla której pięciokrotny zwycięzca Giro d’Italia Fausto Coppi porzucił żonę i praktycznie unicestwił swoją dalszą karierę.

Początek seryjnej produkcji 3500 GT zbiega się z problemami finansowymi Maserati: firma trafia pod zarząd komisaryczny. Mimo zwycięstwa w F1 rok wcześniej, zdecydowano o zaprzestaniu udziału w imprezach sportowych, pozostając jedynie przy produkcji aut wyścigowych na zamówienie od innych załóg. Na szczęście 3500 GT zaczyna się sprzedawać całkiem dobrze. Od 1959 obok wersji coupe pojawia się wersja otwarta w karoserii zaprojektowanej przez Giovanniego Michelotti, a produkowanej przez Vignale z Turynu. Za mechanikę odpowiadał inżynier Giulio Alfieri, do napędu auta posłużył lekko zmodyfikowany silnik z wyścigowego modelu 350S. W trakcie siedmiu lat produkcji samochód był stale udoskonalany, np. od 1959 r. zaczęto stosować hamulce tarczowe, w 1960 wprowadzono 5-biegową skrzynię biegów, a w 1961 bezpośredni wtrysk paliwa. Wersja ta otrzymała nazwę 3500 GTI i był to pierwszy włoski samochód produkowany seryjnie z takim rozwiązaniem.

Cena nowego 3500 GT w otwartej wersji wynosiła 4.950.000 lirów, za silnik z wtryskiem paliwa trzeba było dopłacić kolejne 350.000 Lirów. Jak widać grupą docelową byli klienci o zasobnych portfelach. Samochód trafił idealnie w gusta włoskich i europejskich przedsiębiorców.

Aby sprostać realizacji setek zamówień Maserati musiało przejść metamorfozę od manufaktury do bardzo wydajnej fabryki. Włosi nie byli na to gotowi, postawiono więc na podwykonawców m.in. niemiecką firmę ZF [skrzynie biegów], angielskie Borg&Beck [sprzęgła], Salisbury [dyferencjały] i innych. Bardzo wysokie stawki podatkowe we Włoszech tamtego okresu skutkowały brakiem rodzimych firm wyspecjalizowanych w produkcji podzespołów samochodowych. Wyjątkami były Magneti Marelli [zapłony magnetyczne] i Weber [gaźniki]. Koncepcja produkcji samochodu na istniejących gotowych podzespołach głównie angielskich firm, pozwoliła zaoszczędzić czas i pieniądze związane z projektowaniem i wdrażaniem własnych rozwiązań. W sumie od 1957 do 1964 roku powstało ponad 2200 sztuk tego samochodu. Dla porównania, w ciągu 10 lat, poczynając od 1947 r. Maserati wypuściło na rynek zaledwie 150 sztuk drogowego modelu A6.

3500 GT był olbrzymim sukcesem, bez niego Maserati prawdopodobnie szybko przestałoby istnieć. Przetrwało, bo praca przy tym modelu zmieniła mentalność jego twórców, poszerzyła horyzonty. Już wiedzieli jak, dla kogo i jakie samochody projektować w przyszłości. Olbrzymi wpływ na ów sukces miała również sieć sprzedaży i serwisu. Postawiono na profesjonalną i przede wszystkim błyskawiczną reakcję na potrzeby klientów. Sieć tę tworzyli pasjonaci, ludzie bezgranicznie oddani marce, gotowi do ciężkiej pracy i poświęceń. Tak to wspomina wnuk ówczesnego właściciela firmy Adolfo Orsiego:

„Pracownicy rzymskiego serwisu wyjeżdżali wieczorem, by w nocy w Modenie pobrać potrzebne części, rano po powrocie dokonawszy napraw oddawali klientowi gotowe auto. Sam klient nie miał nawet bladego pojęcia ile wysiłku włożono w to, by go zadowolić”. WOW!

Tradycyjnie już krótka wzmianka o karierze filmowej 3500 GT Vignale. Ma on swój spory wpływ na dramaturgię „Dwóch tygodni w innym mieście” Vincente Minnelli z 1962. Dwa lata później pojawia się w „Zabójcach” Dona Siegela, gdzie po raz ostatni na dużym ekranie możemy zobaczyć byłego prezydenta USA. Chyba wiadomo, o kogo chodzi?

Dzisiaj prezentowany model to produkcja firmy Ricko z Hong Kongu. Wiernie odzwierciedla oryginał o numerze podwozia AM101*915, który zjechał z linii produkcyjnej 10.07.1960 roku.

Lata produkcji: 1959-64 Wersja Vignale
Ilość wyprodukowana: 251 szt.
Silnik: rzędowy 6 cylindrów
Pojemność skokowa: 3485 cm3
Moc/obroty: 256 KM/5500
Prędkość max: 221 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h (s): 7,3
Liczba biegów: 4
Masa własna: 1380 kg
Długość: 4450 mm
Szerokość: 1630 mm
Wysokość: 1310 mm
Rozstaw osi: 2500 mm

foto: Piotr Bieniek

Obiad na wynos – tylko schiscetta!

0

Nie wszyscy Włosi wiedzą czym jest schiscetta, więc zacznijmy od odrobiny historii. Schiscetta to w dialekcie pojemnik na żywność. Termin ten wywodzi się ze zwyczaju napełniania po brzegi, w wyniku czego żywność była ściśnięta i zgnieciona wzajemnym ciężarem, czyli „schiscia” – po mediolańsku.

Inaczej znana również jako gamella lub po prostu menażka, schiscetta była produkowana w wielu wersjach. Pierwsza i zarazem najbardziej znana, zaprojektowana specjalnie dla pracowników i studentów to La 2000, zaprojektowana przez Renato Caimi i produkowana od 1952 roku. W regionie Lombardii jest uważana za symbol boomu gospodarczego do tego stopnia, że La 2000 wchodzi w skład stałej ekspozycji w muzeum designu Triennale w Villa Reale w Monzy.

Jak to możliwe, że przedmiot o takiej wartości historycznej może być dziś nieznany tak wielu osobom? Krótko mówiąc: powojenny wzrost gospodarczy przyniósł wiele zmian w zwyczajach i w stylu życia, szczególnie pracowników. Albo z powodu rosnącej liczby miejsc oferujących tanie menu, albo z powodu coraz mniejszej ilości wolnego czasu, lunch na wynos praktycznie zniknął, wyparty przez nowe rozwiązania, które wówczas wydały się wygodniejsze, szybsze i praktyczniejsze.

W krótkim czasie zaczęto przywiązywać do posiłków coraz mniejszą wagę, dlatego ich przygotowanie coraz częściej powierzano osobom trzecim. Paradoksalnie obiad przywieziony z domu stał się symbolem „uboższych”.

Obecnie na skutek odnowionej świadomości dotyczącej żywienia oraz zdrowego odżywiania schiscetta znów zaczyna być powszechnie używana. Z Lombardii termin ten rozprzestrzenił się po całych Włoszech, nawet jeśli ksenofile wolą używać innych określeń takich jak: lunch box lub japońskie Bento box. W Internecie obecnie można znaleźć ultranowoczesne pudełka śniadaniowe wraz z coraz popularniejszymi książkami kulinarnymi. Coraz bardziej rozwijają się również blogi kulinarne, a nawet konta na Instagramie poświęcone przygotowaniu różnych potraw. Nie zapomnijmy jednak, że schiscetta wymaga organizacji, wyobraźni i praktycznego zmysłu!

Zacznijmy od pojemnika: elektryczny, termiczny lub z osobnymi przegrodami? Na początek wybierzcie coś prostego, możliwie najprostszego, zacznijcie z rzeczami, które macie w domu o ile mają hermetyczne zamknięcie: unikniecie nie tylko zepsutego dnia, ale także zalanej torby! W zależności od waszych upodobań, wymagań, a także dostępnych urządzeń w miejscu pracy (mikrofalówka, podgrzewacz), będziecie mogli wybrać coś bardziej  konkretnego.

Odnośnie składu posiłku, płatki są zawsze dobrym rozwiązaniem, lepszym, jeśli są to otręby, ze względu na większą zawartość błonnika. Można je wcześniej ugotować, a następnie przechowywać w lodówce do pięciu dni lub w zamrażarce przez jeszcze dłuższy czas. Dla urozmaicenia można je połączyć z warzywami podsmażonymi na patelni przez kilka minut lub suszonymi owocami i orzechami (orzechy włoskie, migdały, pestki słonecznika lub dyni).

Warzyw nigdy nie może zabraknąć: żucie sprzyja poczuciu sytości. Po pokrojeniu dodaj kilka kropli soku z cytryny. W ten sposób zapobiegniesz czernieniu, a warzywa pozostaną świeże i chrupiące. W kwestii dodatków i przypraw, jeśli nie masz możliwości przechowywania ich w miejscu pracy, możesz przygotować słoik lub małą buteleczkę z gotową mieszanką oliwy, octu, soli i pieprzu. Pinzimonio na wynos!

Do potrawy nie zapomnij dodać nabiał i łatwo przyswajalne składniki, aby nie obciążyć trawienia i wspomóc koncentrację. Rośliny strączkowe, podobnie jak i zboża, można przygotować wcześniej i przechowywać w zamrażarce. Alternatywą jest kupno ich już ugotowanych, dzięki temu szybko można je przekształcić w zupy, hummus i sałatki.

Masz ochotę na coś słodkiego? Dodaj świeże owoce, suszone owoce lub ciemną czekoladę. Często zmieniaj składniki swoich potraw, a przede wszystkim zadbaj również o walory estetyczne swojego dania: pozytywnie wpłynie to na twój nastrój.

Zwykle żegnam was przepisem, ale tym razem chciałabym zostawić pamiątkę po mojej ukochanej babci. Wiele lat temu rozpieszczała mnie, przygotowując słoiki z makaronem i fasolą. Dla niej był to prosty sposób, aby czuć się potrzebną, a dla mnie była to jedyna możliwość, aby móc zjeść porządny obiad. Byłam młoda i nie umiałam dobrze gotować, poza tym pracowałam i uczyłam się jednocześnie, (zresztą, tak samo jak obecnie!) a przerwy na lunch spędzałam nad książkami.

Pomimo ciężkich dni w pracy, ten makaron z fasolą spożywany w firmowym ogrodzie zawsze mnie pocieszał, ponieważ poprzez swój unikatowy smak przypominał mi o rodzinie. Więzy emocjonalne ujawniają się nie tylko w święta, przy nakrytym stole, ale można je nosić ze sobą w życiu codziennym. Nawet w pojemniku schiscetta.

Macie pytania dotyczące odżywiania? Piszcie na info@tizianacremesini.it, a postaram się
na nie odpowiedzieć na łamach tej rubryki!

***

Tiziana Cremesini, absolwentka Neuropatii na Instytucie Medycyny Globalnej w Padwie. Uczęszczała do Szkoły Interakcji Człowiek-Zwierzę, gdzie zdobyła kwalifikacje osoby odpowiedzialnej za zooterapię wspomagającą. Łączy w tej działalności swoje dwie pasje – wspomaganie terapeutyczne i poprawianie relacji między człowiekiem i otaczającym go środowiskiem. W 2011 wygrała literacką nagrodę “Firenze per le culture e di pace” upamiętniającą Tiziano Terzani. Obecnie uczęszcza na zajęcia z Nauk i Technologii dla Środowiska i Natury na Uniwersytecie w Trieście. Autorka dwóch książek: “Emozioni animali e fiori di Bach” (2013) i “Ricette vegan per negati” (2020). Współpracuje z Gazzetta Italia od 2015 roku, tworząc rubrykę “Jesteśmy tym, co jemy”. Więcej informacji znajdziecie na stronie www.tizianacremesini.it

tłumaczenie pl: Francesco Jordan Złamański

Kobiety mafii. Czy emancypacja kobiet w mafii jest możliwa?

0
Sędziowie Falcone i Borsellino

W licznych rozprawach na temat mafii korzysta się zwykle z zeznań samych mafiozów, zapisków policjantów, adwokatów czy sędziów. Opisywane historie prezentują przez to perspektywę wyłącznie męską. Głos kobiet staje się jednak coraz bardziej słyszalny ze względu na fundamentalne zmiany, dotyczące pozycji i praw kobiet, które zaszły w społeczeństwach zachodnich na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Jednak zanim zaczniemy analizować obecną pozycję kobiet w mafiach włoskich, warto przyjrzeć się temu, jakie tradycyjne role spełniają kobiety w tych strukturach.

Kobiety są kluczowym elementem siatki powiązań, na której opiera się mafia – budują ją i wzmacniają zarówno aktywnie, jak i pasywnie. Najważniejszym zadaniem kobiety jest spełnienie się w roli matki – wpojenie dzieciom specyficznego kodu kulturowego (np. pojęć takich jak vendetta czy omertà) i odpowiedniego podziału ról płciowych. Apoteoza roli matki może się wiązać z obecnym w kulturze archetypem Matki Boskiej z Dzieciątkiem, który podkreśla macierzyństwo (i relację z synem) jako ostateczny cel i sens życia kobiety. W takich warunkach kobiety będą same rozwijać i umacniać kult macierzyństwa, jako że jest to jedyny sposób na zdobycie szacunku czy osiągnięcie stosunkowej niezależności. Kobiety są również odpowiedzialne za podżeganie mężczyzn do vendetty, krwawego aktu zemsty. Wywierają silną presję na mężczyznach ze swoich rodzin stawiając znak równości między ich „męskością” a dokonaniem zemsty. Rezygnacja z obrony splamionego honoru wiąże się z poczuciem wstydu, słabości i tchórzostwa, które właśnie tę „męskość” mężczyznom odbierają. Niekiedy, aby zakończyć rozlew krwi między zwaśnionymi klanami mafijnymi, kobieta wydawana jest za mąż za przedstawiciela wrogiego klanu. W tym wypadku kobieta sprowadzona jest do roli towaru wymiennego. Ciekawa jest w tym kontekście symbolika krwi – przelana dziewicza krew panny młodej zmazuje krew przelaną w walce przez jej rodzinę.

Oprócz społecznych trendów zmieniających pozycję kobiety zarówno w społeczeństwie, jak i w jej relacji z mężczyzną, na zmianę roli i zaangażowania kobiety w kryminalną działalność mafii miały również wpływ rozszerzenie działalności mafijnej (szczególnie jeśli chodzi o handel narkotykami).

Początkowo kobiety angażowano w transport narkotyków w roli kurierek. Wynikało to głównie ze sposobu ubioru oraz kształtu kobiecego ciała, które umożliwiały skuteczne ukrycie opakowań narkotyków pod częściami garderoby. Następnie działalność przestępcza wtargnęła w przestrzeń silnie powiązaną z kobietami, mianowicie do kuchni, jako że to właśnie w kuchniach dzielono i paczkowano narkotyki. Włoska dziennikarka Marina Pino  zebrała w książce Le signore della droga historie kobiet zaangażowanych w dostarczanie i przemyt narkotyków. Jak wynika z jej badań, kobiety te nie wydawały zarobionych pieniędzy na inwestycje, lecz raczej na codzienne wydatki. Mafia wykorzystywała desperację tych kobiet, wynikającą z tragicznych warunków ekonomicznych, a także z troski o własne rodziny i nakłaniała je nie tylko do przemytu narkotyków (np. do Stanów Zjednoczonych), ale również do prostytucji wbrew ich woli. Mimo zaangażowania kobiet w działalność kryminalną mafii, ich pozycja nie wzrastała, a wręcz przeciwnie, powierzano im zadania najbardziej ryzykowne i najmniej opłacalne pod względem finansowym – te zadania, których mężczyźni nie chcieli już wykonywać.

Kobiety włączano w działalność kryminalną mafii również poprzez angażowanie ich w rolach posłańców, którzy przekazywali informacje i polecenia między członkami klanów mafijnych, a uwięzionymi czy ukrywającymi się przed wymiarem sprawiedliwości bossami. Ciekawym przykładem takiego działania jest historia Cinzii Lipari, która wykorzystywała swoją pozycję adwokatki, aby pomóc ojcu w kierowaniu z więzienia organizacją kryminalną. W trakcie odbywania wyroku przez ojca, Cinzia Lipari zarządzała jego środkami finansowymi oraz do pewnego stopnia wydawała rozkazy jego podwładnym, zawsze jednak pod wpływem ojca. Dzięki temu zyskała pozycję tradycyjnie zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn, jej władza pozostawała ograniczona przez decyzje ojca, któremu była podporządkowana.

Po 1992 r., kiedy zamordowani zostali sędziowie Falcone i Borsellino, państwo włoskie zintensyfikowało działania przeciwko przestępczości zorganizowanej, w wyniku czego w strukturach mafijnych pojawiły się liczne wakaty, które najłatwiej zapełnić było godnymi zaufania żonami, siostrami czy córkami uwięzionych mafiozów. Kobiety obejmujące w takich sytuacjach władzę gwarantowały odciętym od świata mężczyznom utrzymanie ciągłości władzy, zwłaszcza w sytuacji, w której dochodziło do międzyklanowych walk o władzę. Gdyby władza została przekazana mężczyźnie, boss ryzykowałby, że zapragnie on na stałe zająć jego pozycję. W przypadku naznaczenia kobiety jako tymczasowej następczyni, taka groźba nie istniała, co chyba najdobitniej pokazuje, że władza kobiety w mafii nie jest równa władzy mężczyzny.

Do oceny historii kobiet aktywnie zaangażowanych w działalność przestępczą, warto wykorzystać kategorię „pseudoemancypacji”, zaproponowaną przez Ombrettę Ingrascì, badaczkę zmieniającej się roli kobiet w strukturach mafijnych. Kobiety, zarówno wypełniając te bardziej tradycyjne role, przykładowo wychowując dzieci w poszanowaniu kodeksu honorowego właściwego mafii czy podżegając mężczyzn do dopełnienia wendety, jak i realizując się w rolach postrzeganych jako męskie, podlegają męskiej dominacji. Władza mężczyzny nad kobietą jest inherentną cechą struktur mafii. Nie jest możliwe przedefiniowanie pojęcia „kobiecości” wychodzące poza tylko pryzmat macierzyństwa czy stawiające na rozwój indywidualny kobiet poprzez edukację. Ewolucja pozycji i roli kobiet na przestrzeni lat wskazuje wyraźnie, że nawet jeśli zyskiwały one coraz więcej władzy, nie ma w mafiach miejsca na prawdziwą emancypację.

Kalabria poza szlakiem: Rossano

0

„Wiesz ile wspaniałych rzeczy kryje się w Kalabrii, o których często nie mają pojęcia nawet sami Kalabryjczycy?!”, usłyszałam i odpowiedziałam, że pewnie nie wiem, skoro nawet sami Kalabryjczycy o nich nie wiedzą. Pojechaliśmy więc zobaczyć Codex liczący ponad 1500 lat, który na południe włoskiego buta przywędrował prawdopodobnie z terenów Syrii.

Była to wówczas moja druga wizyta w Rossano, niewielkiej miejscowości położonej na jednym ze wzgórz w Kalabrii, w prowincji Cosenza. Jak się okazuje, nawet pozornie mało znaczące zakątki włoskiego buta, małe miasteczka, o których rzadko wspomina się nawet w popularnych przewodnikach, skrywają lokalne skarby o wielowiekowej historii i ofiarują to, co w podróży najcenniejsze, czyli raz szczyptę gwarnej, a raz zupełnie cichej codzienności.

Dlatego zanim skierujemy swoje kroki do muzeum, które znajduje się w zadbanej, wąskiej uliczce przy Katedrze Najświętszej Marii Acheiropity, proponuję Wam wycieczkę po starej części uroczego Rossano.

Rossano leniwie

Najpierw udamy się na Piazza della Vittoria, gdzie wznosi się pomnik upamiętniający poległych w I i II wojnie światowej. Z placu rozciąga się ładny widok na pobliskie okolice i morskie wybrzeże. Spójrzcie w prawą stronę, gdzie na nierównych zboczach, pną się bloki mieszkalne wybudowane na skale, tuż nad krętą drogą. Stamtąd pieszo pójdziemy corso Giuseppe Garibaldi, docierając aż do placu Matteottiego. Podążając ciasnymi uliczkami, co chwilę przyjdzie nam ustępować przejeżdżającym pojazdom. O ile jednośladom dziwiłam się już mniej, tak nieustannie podziwiałam kierowców manewrujących w wąskich, krętych zaułkach. Nierzadko szły tumany dymu, silniki warczały jak szalone, gdy ruszał sznur małych fiatów 500, które chwile wcześniej zakorkowały się na zakręcie, w prawie że pionowo pnącej się uliczce.

Przy Piazza Santi Anargiri dobiegnie Was wesoły śmiech z małych otwartych sklepików. W pobliskich barach wiatraki będą kręciły się leniwie, wtórując hałasem odgłosowi
mielenia świeżej kawy. Tam, na placu Santi Anargiri, warto spróbować znakomitych lodów i espresso w kawiarni Tagliaferri, założonej w roku 1900 przez Giuseppe Tagliaferri i działają-
cej nieprzerwanie do dziś.

Następnie, podążając via Labonia i krętą via Duomo, docieramy do Katedry i ulicy Arcivescovado, przy której znajduje się muzeum. Bilet wstępu kosztuje 5 euro, a cena obejmuje wizytę z przewodnikiem oraz wstęp do muzeum diecezjalnego, w którym możemy podziwiać także zbiory diecezji przechowywane przez stulecia.

Codex z Rossano

Codex z Rossano

Codex Purpureus Rossanensis, nazywany także Ewangeliami z Rossano przechowywany jest w szklanej muzealnej gablocie w małej, zaciemnionej sali, w której panuje stała temperatura 18-20 stopni. Zwiedzanie rozpoczyna się krótkim filmem dokumentalnym, opowiadającym historię manuskryptu od powstania aż do przybycia do Rossano. Prawdopodobnie został on przywieziony do Kalabrii w VIII wieku przez grupę mnichów uciekających przed inwazją arabską, chcących uchronić dokument od zniszczenia. W Rossano stał się on własnością miejscowego arcybiskupa.

Powstanie manuskryptu datuje się na VI wiek. Dokładnym zbliżeniom każdej z kart, rysunków oraz samemu tekstowi przyglądamy się na obrazie padającym z rzutnika. W trosce o zachowanie trwałości eksponatu, w muzeum przewracana jest tylko jedna z ponad 300 stron na rok. Kodeks nazywany jest purpurowym ze względu na kolor nasączonego purpurą pergaminu wykonanego z jagnięcej skóry. W księdze zachował się pełny tekst Ewangelii Mateusza oraz niepełny Ewangelii Marka, które poprzedzone są 15 (z 17) stronami, na których możemy podziwiać kolorowe miniatury przedstawiające sceny z życia Jezusa. Na każdej stronie tekst podzielony jest na dwie kolumny. Trzy pierwsze wersy każdej z ewangelii pisane są złotem, natomiast reszta tekstu – srebrem. Co ciekawe, jedynym występującym znakiem interpunkcyjnym są kropki na końcu poszczególnych zdań. Na koniec, każdy ma okazję bez pośpiechu przyjrzeć się z bliska, na tyle na ile to możliwe, perfekcji wykonania każdego z rysunków i drżeniu dłoni twórcy, uchwyconemu przez nierówność zapisanych liter.

Pozostałe sale muzeum, podzielone na epoki od czasów starożytnych poprzez renesans aż do wieku XIX, opowiadają nam historię miasta poprzez eksponaty przechowywane przez diecezję. Wśród nich znajdziemy monety, rzeźbione w marmurze kolumny, częściowo zachowane manuskrypty oraz malowidło przedstawiające opisaną historię obrazu Madonny Acheiropity, który podziwiać można w przyległej do muzeum katedrze.

Muzeum, choć ukryte w gąszczu uliczek i kamienic, cieszy się popularnością okolicznych mieszkańców, zwłaszcza w czasie letnich wakacji. Przychodzą z dziećmi, które z zainteresowaniem śledzą ruch dłoni przewodniczki na małym ekranie tabletu. Jak widać, tajemnicza, ciekawa historia może ukrywać się także w niepozornych murach małego miasteczka włoskiej Kalabrii.

foto: Karolina Romanow

O niedokonanym czasie

0

Chyba nie jest przesadą stwierdzenie, że użycie czasów przeszłych w języku włoskim jest zmorą większości studentów. Z jednej strony, szczególnie na pierwszy rzut oka, ich użycie wydaje się w miarę przyjemne, jednak po chwili dłuższego zastanowienia zaczynamy zadawać coraz więcej pytań.

Podsumujmy ogólne zasady stosowania czasu passato prossimo i imperfetto.
Passato prossimo używa się:

  1. Dla wyrażenia skończonej czynności w czasie przeszłym np.
    Ho comprato le scarpe. Kupiłem(am) buty.
    Abbiamo fatto una bella vacanza.Spędziliśmy super wakacje.
  2. Dla wyrażenia czynności, która trwa przez określony odcinek czasowy np.
    Paolo ha lavorato in banca per 10 anni. Paweł pracował 10 lat w banku.
  3. Przy sekwencji wydarzeń, kiedy jedna czynność następuje po drugiej np.
    Mi sono svegliata, mi sono lavata, ho fatto colazione e sono uscita. Obudziłam się, umyłam się, zjadłam śniadanie i wyszłam.

Imperfetto natomiast:

  1. W opisie stanu emocjonalnego, wyglądu czy odczuć:
    Era una bella ragazza, era snella ed aveva i capelli lunghi. To była ładna dziewczyna, była szczupła i miała długie włosy.
    Erano tristi e delusi. Byli smutni i rozczarowani.
  2. Dla wyrażenia powtarzających się czynności:
    Da piccolo andavo al mare ogni estate. Jak byłem mały jeździłem nad morze każdego lata.
  3. Przy dwóch czynnościach dziejących się równocześnie np.
    Stiravo e guardavo la tv. Prasowałem(am) i oglądałem(am) telewizję.

Do takiego wyjaśnienia dodaje się zazwyczaj przykład łączący oba czasy w jednym, kiedy jedna czynność stanowiąca tło wyrażona w imperfetto przerwana zostaje przez drugą w passato prossimo, np.:

Quando andavamo al mare abbiamo incontrato i nostri vicini.
Kiedy jechaliśmy nad morze spotkaliśmy naszych sąsiadów.

Wszystkie te reguły skłaniają nas, uczących się użytkowników języka polskiego, do porównania tych czasów do polskiego czasu dokonanego i niedokonanego. I rzeczywiście możemy się pokusić o takie uproszczenie, w końcu trzeba sobie jakoś radzić w tych zawiłościach naszego ukochanego języka włoskiego z jednym tylko ale: nie zawsze tak jest, zapamiętajmy zatem kilka sytuacji w których taka definicja nie zadziała:

a) Zmyłkowe słowo sempre – zawsze. Owszem można się spodziewać, że podkreśla powtarzalność czynności, ale tak się składa, że sempre bardzo lubi passato prossimo np.

Ti ho sempre detto. Zawsze ci mówiłem (am)

Żeby użyć sempre w kombinacji z imperfetto zdanie musi mieć wyraźne znaczenie czynności, która się powtarza, do wcześniejszego przykładu Da piccolo andavo al mare ogni estate (Jak byłem mały jeździłem nad morze każdego lata), możemy dodać sempre dla podkreślenia, że to się działo absolutnie zawsze.

b) Podobna sytuacja dotyczy określeń raz, dwa, kilka razy; też może nam się wydawać, że skoro kilka razy to coś się powtarza, tymczasem proszę popatrzeć:

Ho telefonato tre volte a mia madre ma lei non c’era.
Dzwoniłam(em) trzy raz do mojej mamy ale jej nie było.
Sono stato due volte a Parigi. Dwa razy byłem w Paryżu.

W sumie jest to tylko informacja, że jakaś czynność miała miejsce kilka razy, nie musiała się więcej powtarzać.

c) Należy uważać na czasowniki, których odruchowo chcemy użyć w imperfetto, ponieważ po polsku nie mają one formy dokonanej.

Ho incontrato una vecchia amica e abbiamo parlato un po’.
Spotkałem starą przyjaciółkę i trochę porozmawiałyśmy (porozmawialiśmy).

W tym zdaniu czasownik parlare – rozmawiać po polsku sugeruje formę niedokonaną, a tymczasem po włosku jest to jedynie informacja o wykonanej czynności. Podobnie będzie w pytaniu:

Cosa hai fatto domenica sera? Co robiłeś w niedzielę wieczorem?

Przecież nienaturalnie brzmi po polsku tłumaczenie „co zrobiłeś w niedzielę wieczorem?” Jaka jest więc złota zasada? Może zwyczajnie nie należy przywiązywać się zbytnio do żadnej zapisanej formuły, które mają nam pomóc, ale nie zastąpią praktyki.

***

Aleksandra Leoncewicz – lektorka języka włoskiego, tłumaczka, prowadzi własne studio językowe italdico.

Ocet balsamiczny – złoto z modeny

0

Starożytni rzymianie ocet traktowali jako napój. Posca, czyli ocet rozcieńczony z wodą, był trunkiem znanym w całym imperium i uwielbianym przez wszystkie klasy społeczne, mimo że rozpowszechnionym głównie pośród plebsu i legionistów. Należy o tym pamiętać interpretując fragment biblii, w którym legionista zwilża usta Jezusa wiszącego na krzyżu chustką namoczoną w occie. W podejściu antypogańskim przekazywanym w pierwszych wiekach chrześcijaństwa ów gest bywał postrzegany jako pogardliwy, dodatkowa tortura wymierzona ukrzyżowanemu i zranionemu w bok włócznią Jezusowi. Wręcz przeciwnie, był to akt litości – legionista oferuje umierającemu Jezusowi swój trunek, próbując w ten sposób złagodzić cierpienie ostatnich chwil życia.

Jednym z wielu skarbów przekazanych nam przez włoskich kucharzy z okresu odrodzenia jest la giardiniera, czyli piklowana sałatka warzywna. Pikle z początku były przysmakiem serwowanym na bankietach dworskich, z biegiem czasu zaś co raz znikały i pojawiały się na listach smakoszy wraz ze zmieniającą się modą.

Nie wiadomo skąd ocet balsamiczny przybył do Modeny w postaci, w której znamy go dzisiaj. Z pewnością miało to miejsce dość późno – pierwsza pewna wzmianka pochodzi z 1862 r. kiedy to notariusz z Modeny imieniem Francesco Aggazzotti opublikował przepis, zawierający moszcz z gotowanych winogron, a więc składnik kluczowy do otrzymania octu balsamicznego. Procedura była długa i skomplikowana – przegotowany moszcz dojrzewał w serii beczek, będąc stopniowo przekładanym z większych do mniejszych beczek, aż do momentu gdy z początkowych 40 litrów pozostało ich zaledwie kilka. Beczki wykonane były z różnych rodzajów drewna: na początku procesu używano tych miękkich i porowatych (na przykład z drewna kasztanowego), później zaś twardszych (z dębu bądź morwy). Wybór konkretnego tworzywa zależał od producenta, w rezultacie żaden ocet balsamiczny nie będzie identyczny względem drugiego.

Z całą pewnością jednak możemy stwierdzić, że z octami eksperymentowano w Modenie już dużo wcześniej: najstarsze świadectwa sięgają aż wieków średnich. W 1288 książęcy ród d’Este z Ferrary objął panowanie w Modenie i Reggio Emilia. Wiemy, że istniały octownie książęce (wł. acetaie ducali) oraz że do produkcji wyrobów z beczek używano winogron z Sycylii, Hiszpanii bądź lokalnej odmiany trebbiano. Rejestry nie wspominają jednak o gotowanym moszczu winogronowym ani drewnie opałowym do gotowania, możemy zatem zakładać, że ocet aromatyzowany z końca XIII wieku znacząco różnił się od dzisiejszego balsamico, pomimo iż z całą pewnością uchodzi za jego protoplastę.

Cristoforo Messisbugo, kucharz na dworze d’Este, w opublikowanym w 1564 r. dziele „Libro novo” zajmuje się tematyką octów i opisuje sposób uzyskania typowego dla balsamico kwaśno-słodkiego posmaku za pomocą połączenia gotowanego moszczu z winogron, mocnego octu, agrestu i cytryny. Przepis ten łączy elementy typowe dla współczesnego balsamico (gotowany moszcz z octem), z tymi które już wyszły z użycia (jak cytryna i agrest), dając nam w efekcie kwaśny koncentrat pozyskiwany z niedojrzałych winogron.

W tym samym okresie, a dokładnie 29 stycznia 1598 r., d’Este zostają zmuszeni przez papieża Klemensa VIII do opuszczenia Ferrary, która tym samym staje się częścią państwa papieskiego, i do przeniesienia się do “pałacu wojskowego w Modenie”, gdzie książę Cesare „zabiera ze sobą całą swoją octownię, w tym beczki i naczynia zawierające wysoce dojrzały ocet”. Docieramy tym samym do momentu, w którym w jednej wież zamkowych w Modenie (obecnie siedziba Akademii Wojskowej) umieszczona zostaje octownia, której zlikwidowanie nastąpi dopiero dwa wieki po okresie napoleońskim.

Pewna książka wydana wraz z końcem osiemnastego wieku wybiega w przyszłość, zajmując się tematem „octu alla modenese”. Mowa o dziele węgierskiego rolnika Ludwika Mitterpacher von Mittenburga. Książkę przetłumaczono na włoski w 1794 r. z uzupełnieniem o kilka uwag, w których autor wyjaśnia: „Sławą cieszy się również ocet po modeńsku, który pozyskuje się w następujący sposób: moszcz z jasnych winogron należy gotować w kadzi przez trzy dni”. Jest to konkretny ślad sprzed czasów świadectwa Aggazzotiego.

Obecnie wyróżniamy ocet balsamiczny tradycyjny oraz prosty. Ten pierwszy otrzymuje się z samego gotowanego moszczu, drugi zaś pozyskujemy poprzez zmieszanie go z octem.

Aby wykluczyć możliwość pomyłki, dotychczas mówiliśmy o tradycyjnym balsamico: gęstym jak syrop, dojrzewającym długimi latami, o silnym zapachu i, jak można się domyślić, wysokiej cenie. Rok rocznie najmniejsza z beczek, która zapewnia kilka litrów produktu, jest na nowo napełniana zawartością poprzedniej beczki i tym sposobem, napełnieniem za napełnieniem docieramy z powrotem do największej beczki w której umieszczany jest gotowany moszcz. Tak oto tworzy się tak zwana seria składającą się z co najmniej trzech beczek. Co do zasady każda beczka jest o 20-30% mniejsza od swojej poprzedniczki, ocet paruje i robi się bardziej skoncentrowany w wyniku ciepła, które w okresie letnim nagrzewa poddasza, na których trzymane są beczki. Chłód zimy również jest niezbędny do otrzymania wysokiej jakości produktu końcowego.

Aż do połowy lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku ocet balsamiczny używany był tylko w okolicach Modeny niczym przysmak zazdrośnie skrywany przed innymi na strychach domów rodzinnych. Wraz z decyzją o wprowadzeniu go na rynek, zdano sobie sprawę z ogromnego potencjału tego produktu. Obecnie członkowie Konsorcjum balsamico tradizionale z obszaru Modeny i Reggio Emilia sprzedają go w buteleczkach 100 mililitrowych w dwóch wariantach: produkt leżakujący przez 12 lub 25 lat. Fiolka zaprojektowana w 1987 przez Giorgetto Giungiaro jest używana dla obu wersji. Zawartość uchodzi za bardzo cenną: używa się go w kroplach, a połączenie kilku z nich z parmezanem tworzy uwielbiany przez wszystkich duet z regionu Emilia Romania.

Ocet balsamiczny z Modeny, który możemy zobaczyć na półkach w supermarkecie, nie posiada dopisku „tradycyjny”. Pochodzi od swojego bardziej wykwintnego protoplasty i również jest chroniony i sygnowany przez Konsorcjum, ale jest produktem prostszym i tańszym, gdyż nie jest poddawany całemu procesowi leżakowania i przelewania niczym odpowiednik w wersji tradycyjnej. Kosztuje oczywiście dużo mniej oraz jest używany w inny sposób, na przykład do doprawiania sałatek, podczas gdy w wersji tradycyjnej jest używany oszczędnie niczym wykwintny nektar do skrapiania truskawek lub lodów.

Babka cytrynowa

0

Składniki:
300 g mąki pszennej typ 00
8 g proszku do pieczenia
2 szczypty soli
230 g miękkiego masła
200 g cukru
4 jajka
2 obfite łyżki soku z cytryny
skórka starta z 1 cytryny

Na polewę:
240 g cukru pudru
sok z cytryny

 

Przygotowanie:

Rozgrzej piekarnik do 155 stopni. W dużej misce utrzyj mikserem masło z cukrem aż do uzyskania gładkiej, białej masy. Następnie stopniowo dodawaj roztrzepane wcześniej widelcem jajka. Nie dodawaj zbyt dużej ilości na raz, żeby uniknąć grudek. Pamiętaj, że jajka powinny być w temperaturze pokojowej, dlatego jeśli zwykle trzymasz je w lodówce, wyjmij je na 2-3 godziny przed rozpoczęciem pracy.

Teraz dodaj sok z cytryny i startą skórkę. Na końcu wsyp mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i solą i wymieszaj całość szpatułką. Mieszaj energicznie w jedną i drugą stronę. Przygotuj foremkę, nasmaruj jej boki masłem i obsyp mąką, a dno wyłóż papierem do pieczenia przyciętym do odpowiedniej wielkości. Wlej ciasto do środka i równo rozsmaruj, piecz przez około 45-50 min. Przed wyjęciem ciasta sprawdź wykałaczką, czy jest gotowe: patyczek powinien być idealnie czysty.

Pozostaw do wystudzenia, następnie wyjmij z foremki i przełóż na talerz.

Przygotuj polewę: wsyp cukier puder do miski i, cały czas mieszając, stopniowo dodawaj sok z cytryny. Uważaj, żeby nie dodać za dużo soku, konsystencja powinna być kremowa, a nie płynna. Rozsmaruj polewę na wierzchu babki, po kilku minutach zastygnie pozostawiając słodką i gładką warstwę. Ciasto można przechowywać w temperaturze pokojowej przez cztery dni.

Arystokrata z kamerą

0

Arystokrata. Komunista. Marksista. Erudyta. Buntownik i wrażliwiec w jednym. Zdeklarowany homoseksualista. Geniusz, który z rozmachem budował swoje filmy. W tym roku obchodzić będziemy dwie ważne rocznice wielkiego Luchino Viscontiego, w marcu 45. rocznicę śmierci, a jesienią 115. rocznicę urodzin. Czas rozpocząć epicki bal!

Luchino Visconi di Modrone, hrabia di Lonate Pozzolo przychodzi na świat w 1906 roku za panowania króla Wiktora Emanuela III, w roku w którym miała miejsce erupcja wulkanu Wezuwiusz, dewastując przy tym Neapol i zabijając ponad 200 osób. Roku, w którym odbyła się premiera filmu „The Story of the Kelly Gang”, uważanego za pierwszy na świecie pełnometrażowy film fabularny. Mediolan z 1906 roku był jednym z najważniejszych włoskich ośrodków przemysłowych, handlowych i finansowych, był miejscem narodzin arystokraty, który parę dekad później stanie za kamerą swoich pełnych przepychu i rozmachu filmów.

Luchino Visconti i Federico Fellini, fot. Gianfranco Tagliapietra

Przyszły mistrz urodził się w arystokratycznej rodzinie, był jednym z siedmiu potomków księcia Modrone i miał bardzo uprzywilejowane wychowanie. Uczęszczał do prywatnych szkół w Mediolanie i Como. W młodości spotykał się z takimi osobistościami, jak dyrygent Toscanini, kompozytor Puccini i prozaik Gabriele D’Annunzio. Młodzieńcze lata upłynęły mu w trójkącie opera, katedra Duomo – jego ulubiony kościół – i pałacyk przy via Cerva, gdzie mieszkała rodzina Viscontich. Jego matka była utalentowanym muzykiem, a jego ojciec angażował artystów do występów w ich prywatnym teatrze. Było więc oczywiste, że te wszystkie światy muszą dotknąć małego Luchino. Przez dziesięć lat, za namową mamy, uczył się gry na wiolonczeli. We wspomnieniach Uberty, siostry reżysera ich dzieciństwo było radosne: Mój brat w swoich filmach wielokrotnie przedstawiał owe rodzinne biesiady i na pewno w tych scenach było coś z nas Viscontich. Bezgranicznie podziwiałam mojego brata. To właśnie on wymyślał wszystkie zabawy i urządzał nam teatrzyki, które poprzedzały długie przygotowania”. Wynikiem tego był późniejszy krótki okres spędzony w teatrze na posadzie etatowego scenografa. Edukacja z naciskiem na sztukę. W wieku czternastu lat przeczytał wszystko, co napisał Szekspir, fascynowała go literatura Tomasza Manna, Marcela Prousta. Rok później własnoręcznie wydawał tomiki swoich przyjaciół.

Visconti miał przed sobą dwie drogi, albo jako hodowca koni, czym zajmował się przez moment, albo sztuka. Na szczęście wybrał sztukę. Pierwszą praktykę filmową zdobył asystując jeszcze przed wojną przy obrazie „Wycieczka na wieś” Jeana Renoira, wiązało się to z przeprowadzką do Paryża i zainteresowanie lewicową polityką. To był też moment, kiedy zetknął się z otwartym podejście do tematu homoseksualizmu, który do tej pory w sobie ukrywał. Przy tym wszystkim nie zapominał o dobrym wychowaniu i pobożności, którą wpoili mu rodzice. Do końca życia powtarzał: „Urodzić się i umrzeć to, to samo. Biorę odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Nie pytam Pana Boga. Jestem wolnym człowiekiem”.

Śmierć w Wenecji

Włochy jeszcze w 1937 roku rozsławiło hasło „Kino to najpotężniejsza broń” – motto Benito Mussoliniego, które pojawiło się wypisane wielkimi literami podczas inauguracji Cinecittà na przedmieściach Rzymu. Oczywiście była to pułapka, która miała kusić przyszłych filmowców, ale też ostrzegać i informować, kto tutaj rządzi. Nie do końca się to udawało, bowiem część reżyserów na początku lat czterdziestych traktowała film jako narzędzie propagandy przeznaczone tylko dla reżimu. Wraz z wybuchem II wojny światowej Visconti stał się aktywnym antyfaszystą. Swój pokaźny pałac poświęcił dla członków  komunistycznego ruchu oporu. Angażował się w zbrojną opozycję wobec Niemców, a w 1944 roku, przez krótki czas, był więziony przez gestapo. Po latach nie wracał do tego tematu, nie rozumiał też zamieszek młodych ludzi w 1968, bał się, że wojna powróci, a jednocześnie w jednym z późniejszych wywiadów wyznał: „Sądzę, iż spośród wszystkich definicji faszyzmu najsłuszniejsza jest ta, która upatruje w nim końcową fazę światowego kapitalizmu, końcowy wynik walki klas, która prowadzi do wynaturzenia”. Po wojnie publicznie poparł partię komunistyczną we Włoszech, choć oficjalnie nigdy do niej nie wstąpił.

Visconti debiutuje jako reżyser jeszcze przed końcem wojny, jego pierwszy pełnometrażowym film „Opętanie” ukazuje się w 1943 roku. Aby zrealizować go na swoich warunkach finansuje go sam, sprzedając rodową biżuterię. To była opowieść o nieszczęśliwej, impulsywnej żonie, która zakochuje się z wzajemnością w mężczyźnie, który w poszukiwaniu pracy podróżuje po kraju. Miłość popycha zakochanych do zbrodni. Film, zaraz po premierze, został zakazany przez państwową cenzurę. Negatyw został zniszczony przez faszystów. Na szczęście Visconti zachował jedyną kopię. Później został uznany za jedno z dzieł, które dało początek nurtowi neorealizmu w kinie włoskim, którego rozkwit nastąpił w twórczości chociażby Roberta Rosselliniego, czy Vittorio De Siki.

Viscontiego nie można przypisać do jednego nurtu, chociaż jego pierwsze obrazy mocno nawiązywały do neorealizmu („Ziemia drży”, „Najpiękniejsza”), w kolejnych pokazał, że pójdzie inną drogą i woli kino autorskie. Zresztą tak było w każdej dziedzinie sztuki, którą dotykał; kino, opera, teatr, literatura. Trzeba też pamiętać, że to on w dużej mierze stoi za sukcesem Marii Callas, której talent oszlifował na scenie podczas realizacji swoich pierwszych oper. Dzięki niemu bogini opery stała się również aktorką. Był artystą, który pesymizm ubierał w piękno, chorobliwe i śmiertelne piękno. W swoich filmach często opowiadał o ludziach, rodzinach, o Europie, świecie tuż przed katastrofą, przed całkowitym rozpadem („Lampart”, „Zmierzch Bogów”, „Portret rodzinny we wnętrzu”). Potrafił z rozmachem ubierać swoich bohaterów w historyczny kostium, kręcąc epickie i wystawne dzieła, z drugiej strony kręcił kameralne czarno-białe dramaty psychologiczne chociażby zainspirowane literaturą Dostojewskiego. Był inny niż jego koledzy, którzy przez lata rozliczali się z wojenną traumą we wspomnianym neorealizmie, nie uciekał też tak daleko do fantazji jak Fellini, dla niego istotne było tu i teraz zamknięte w czterech ścianach, obnażenie naszych fascynacji, problemów, ułomności.

„My mediolańczycy jesteśmy niekiedy bardziej środkowo-europejczykami niż ludźmi śródziemnomorza” – wyznał w jednym z wywiadów. Dalej mówił o sobie, że jest tylko dobrym fachowcem, jedynie rzemieślnikiem. Rzemieślnikiem, który nakręcił jedną z najważniejszych scen w historii kina, a mianowicie trwającą godzinę (!) scenę balu we wspomnianym, legendarnym filmie „Lampart” na podstawie powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy. Życie i twórczość Luchino to także temat homoseksualizmu, który przenika we wszystkich jego dziełach (wśród których również „Śmierć w Wenecji”). To dotykanie wszystkiego tego, czego doświadczył od niewinnego dzieciństwa, pełnego zabaw, rodzinnych, wystawnych kolacji, pełnych awantur, po wyśnione miłości już w dorosłym życiu. Miał liczne romanse, często się zakochiwał, jak wyznał w późniejszej autobiografii, jednym z pierwszym uczuć obdarował Umberto II jeszcze w młodości w latach dwudziestych. W ostatnich latach życia, mimo sukcesów filmowych, żył skromnie w Rzymie, w swoim niewielkim mieszkaniu, ale za to posiadał kucharkę, pokojówkę i szofera. Wypalał 120 papierosów dziennie. W 1972 roku doznał udaru, ale nadal intensywnie palił. Zmarł w Rzymie na kolejny udar w wieku 69 lat, 17 marca 1976 r. Mówił, że prócz malarstwa, literatury czy muzyki, interesuje go przede wszystkim życie.