Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 56

O niedokonanym czasie

0

Chyba nie jest przesadą stwierdzenie, że użycie czasów przeszłych w języku włoskim jest zmorą większości studentów. Z jednej strony, szczególnie na pierwszy rzut oka, ich użycie wydaje się w miarę przyjemne, jednak po chwili dłuższego zastanowienia zaczynamy zadawać coraz więcej pytań.

Podsumujmy ogólne zasady stosowania czasu passato prossimo i imperfetto.
Passato prossimo używa się:

  1. Dla wyrażenia skończonej czynności w czasie przeszłym np.
    Ho comprato le scarpe. Kupiłem(am) buty.
    Abbiamo fatto una bella vacanza.Spędziliśmy super wakacje.
  2. Dla wyrażenia czynności, która trwa przez określony odcinek czasowy np.
    Paolo ha lavorato in banca per 10 anni. Paweł pracował 10 lat w banku.
  3. Przy sekwencji wydarzeń, kiedy jedna czynność następuje po drugiej np.
    Mi sono svegliata, mi sono lavata, ho fatto colazione e sono uscita. Obudziłam się, umyłam się, zjadłam śniadanie i wyszłam.

Imperfetto natomiast:

  1. W opisie stanu emocjonalnego, wyglądu czy odczuć:
    Era una bella ragazza, era snella ed aveva i capelli lunghi. To była ładna dziewczyna, była szczupła i miała długie włosy.
    Erano tristi e delusi. Byli smutni i rozczarowani.
  2. Dla wyrażenia powtarzających się czynności:
    Da piccolo andavo al mare ogni estate. Jak byłem mały jeździłem nad morze każdego lata.
  3. Przy dwóch czynnościach dziejących się równocześnie np.
    Stiravo e guardavo la tv. Prasowałem(am) i oglądałem(am) telewizję.

Do takiego wyjaśnienia dodaje się zazwyczaj przykład łączący oba czasy w jednym, kiedy jedna czynność stanowiąca tło wyrażona w imperfetto przerwana zostaje przez drugą w passato prossimo, np.:

Quando andavamo al mare abbiamo incontrato i nostri vicini.
Kiedy jechaliśmy nad morze spotkaliśmy naszych sąsiadów.

Wszystkie te reguły skłaniają nas, uczących się użytkowników języka polskiego, do porównania tych czasów do polskiego czasu dokonanego i niedokonanego. I rzeczywiście możemy się pokusić o takie uproszczenie, w końcu trzeba sobie jakoś radzić w tych zawiłościach naszego ukochanego języka włoskiego z jednym tylko ale: nie zawsze tak jest, zapamiętajmy zatem kilka sytuacji w których taka definicja nie zadziała:

a) Zmyłkowe słowo sempre – zawsze. Owszem można się spodziewać, że podkreśla powtarzalność czynności, ale tak się składa, że sempre bardzo lubi passato prossimo np.

Ti ho sempre detto. Zawsze ci mówiłem (am)

Żeby użyć sempre w kombinacji z imperfetto zdanie musi mieć wyraźne znaczenie czynności, która się powtarza, do wcześniejszego przykładu Da piccolo andavo al mare ogni estate (Jak byłem mały jeździłem nad morze każdego lata), możemy dodać sempre dla podkreślenia, że to się działo absolutnie zawsze.

b) Podobna sytuacja dotyczy określeń raz, dwa, kilka razy; też może nam się wydawać, że skoro kilka razy to coś się powtarza, tymczasem proszę popatrzeć:

Ho telefonato tre volte a mia madre ma lei non c’era.
Dzwoniłam(em) trzy raz do mojej mamy ale jej nie było.
Sono stato due volte a Parigi. Dwa razy byłem w Paryżu.

W sumie jest to tylko informacja, że jakaś czynność miała miejsce kilka razy, nie musiała się więcej powtarzać.

c) Należy uważać na czasowniki, których odruchowo chcemy użyć w imperfetto, ponieważ po polsku nie mają one formy dokonanej.

Ho incontrato una vecchia amica e abbiamo parlato un po’.
Spotkałem starą przyjaciółkę i trochę porozmawiałyśmy (porozmawialiśmy).

W tym zdaniu czasownik parlare – rozmawiać po polsku sugeruje formę niedokonaną, a tymczasem po włosku jest to jedynie informacja o wykonanej czynności. Podobnie będzie w pytaniu:

Cosa hai fatto domenica sera? Co robiłeś w niedzielę wieczorem?

Przecież nienaturalnie brzmi po polsku tłumaczenie „co zrobiłeś w niedzielę wieczorem?” Jaka jest więc złota zasada? Może zwyczajnie nie należy przywiązywać się zbytnio do żadnej zapisanej formuły, które mają nam pomóc, ale nie zastąpią praktyki.

***

Aleksandra Leoncewicz – lektorka języka włoskiego, tłumaczka, prowadzi własne studio językowe italdico.

Ocet balsamiczny – złoto z modeny

0

Starożytni rzymianie ocet traktowali jako napój. Posca, czyli ocet rozcieńczony z wodą, był trunkiem znanym w całym imperium i uwielbianym przez wszystkie klasy społeczne, mimo że rozpowszechnionym głównie pośród plebsu i legionistów. Należy o tym pamiętać interpretując fragment biblii, w którym legionista zwilża usta Jezusa wiszącego na krzyżu chustką namoczoną w occie. W podejściu antypogańskim przekazywanym w pierwszych wiekach chrześcijaństwa ów gest bywał postrzegany jako pogardliwy, dodatkowa tortura wymierzona ukrzyżowanemu i zranionemu w bok włócznią Jezusowi. Wręcz przeciwnie, był to akt litości – legionista oferuje umierającemu Jezusowi swój trunek, próbując w ten sposób złagodzić cierpienie ostatnich chwil życia.

Jednym z wielu skarbów przekazanych nam przez włoskich kucharzy z okresu odrodzenia jest la giardiniera, czyli piklowana sałatka warzywna. Pikle z początku były przysmakiem serwowanym na bankietach dworskich, z biegiem czasu zaś co raz znikały i pojawiały się na listach smakoszy wraz ze zmieniającą się modą.

Nie wiadomo skąd ocet balsamiczny przybył do Modeny w postaci, w której znamy go dzisiaj. Z pewnością miało to miejsce dość późno – pierwsza pewna wzmianka pochodzi z 1862 r. kiedy to notariusz z Modeny imieniem Francesco Aggazzotti opublikował przepis, zawierający moszcz z gotowanych winogron, a więc składnik kluczowy do otrzymania octu balsamicznego. Procedura była długa i skomplikowana – przegotowany moszcz dojrzewał w serii beczek, będąc stopniowo przekładanym z większych do mniejszych beczek, aż do momentu gdy z początkowych 40 litrów pozostało ich zaledwie kilka. Beczki wykonane były z różnych rodzajów drewna: na początku procesu używano tych miękkich i porowatych (na przykład z drewna kasztanowego), później zaś twardszych (z dębu bądź morwy). Wybór konkretnego tworzywa zależał od producenta, w rezultacie żaden ocet balsamiczny nie będzie identyczny względem drugiego.

Z całą pewnością jednak możemy stwierdzić, że z octami eksperymentowano w Modenie już dużo wcześniej: najstarsze świadectwa sięgają aż wieków średnich. W 1288 książęcy ród d’Este z Ferrary objął panowanie w Modenie i Reggio Emilia. Wiemy, że istniały octownie książęce (wł. acetaie ducali) oraz że do produkcji wyrobów z beczek używano winogron z Sycylii, Hiszpanii bądź lokalnej odmiany trebbiano. Rejestry nie wspominają jednak o gotowanym moszczu winogronowym ani drewnie opałowym do gotowania, możemy zatem zakładać, że ocet aromatyzowany z końca XIII wieku znacząco różnił się od dzisiejszego balsamico, pomimo iż z całą pewnością uchodzi za jego protoplastę.

Cristoforo Messisbugo, kucharz na dworze d’Este, w opublikowanym w 1564 r. dziele „Libro novo” zajmuje się tematyką octów i opisuje sposób uzyskania typowego dla balsamico kwaśno-słodkiego posmaku za pomocą połączenia gotowanego moszczu z winogron, mocnego octu, agrestu i cytryny. Przepis ten łączy elementy typowe dla współczesnego balsamico (gotowany moszcz z octem), z tymi które już wyszły z użycia (jak cytryna i agrest), dając nam w efekcie kwaśny koncentrat pozyskiwany z niedojrzałych winogron.

W tym samym okresie, a dokładnie 29 stycznia 1598 r., d’Este zostają zmuszeni przez papieża Klemensa VIII do opuszczenia Ferrary, która tym samym staje się częścią państwa papieskiego, i do przeniesienia się do “pałacu wojskowego w Modenie”, gdzie książę Cesare „zabiera ze sobą całą swoją octownię, w tym beczki i naczynia zawierające wysoce dojrzały ocet”. Docieramy tym samym do momentu, w którym w jednej wież zamkowych w Modenie (obecnie siedziba Akademii Wojskowej) umieszczona zostaje octownia, której zlikwidowanie nastąpi dopiero dwa wieki po okresie napoleońskim.

Pewna książka wydana wraz z końcem osiemnastego wieku wybiega w przyszłość, zajmując się tematem „octu alla modenese”. Mowa o dziele węgierskiego rolnika Ludwika Mitterpacher von Mittenburga. Książkę przetłumaczono na włoski w 1794 r. z uzupełnieniem o kilka uwag, w których autor wyjaśnia: „Sławą cieszy się również ocet po modeńsku, który pozyskuje się w następujący sposób: moszcz z jasnych winogron należy gotować w kadzi przez trzy dni”. Jest to konkretny ślad sprzed czasów świadectwa Aggazzotiego.

Obecnie wyróżniamy ocet balsamiczny tradycyjny oraz prosty. Ten pierwszy otrzymuje się z samego gotowanego moszczu, drugi zaś pozyskujemy poprzez zmieszanie go z octem.

Aby wykluczyć możliwość pomyłki, dotychczas mówiliśmy o tradycyjnym balsamico: gęstym jak syrop, dojrzewającym długimi latami, o silnym zapachu i, jak można się domyślić, wysokiej cenie. Rok rocznie najmniejsza z beczek, która zapewnia kilka litrów produktu, jest na nowo napełniana zawartością poprzedniej beczki i tym sposobem, napełnieniem za napełnieniem docieramy z powrotem do największej beczki w której umieszczany jest gotowany moszcz. Tak oto tworzy się tak zwana seria składającą się z co najmniej trzech beczek. Co do zasady każda beczka jest o 20-30% mniejsza od swojej poprzedniczki, ocet paruje i robi się bardziej skoncentrowany w wyniku ciepła, które w okresie letnim nagrzewa poddasza, na których trzymane są beczki. Chłód zimy również jest niezbędny do otrzymania wysokiej jakości produktu końcowego.

Aż do połowy lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku ocet balsamiczny używany był tylko w okolicach Modeny niczym przysmak zazdrośnie skrywany przed innymi na strychach domów rodzinnych. Wraz z decyzją o wprowadzeniu go na rynek, zdano sobie sprawę z ogromnego potencjału tego produktu. Obecnie członkowie Konsorcjum balsamico tradizionale z obszaru Modeny i Reggio Emilia sprzedają go w buteleczkach 100 mililitrowych w dwóch wariantach: produkt leżakujący przez 12 lub 25 lat. Fiolka zaprojektowana w 1987 przez Giorgetto Giungiaro jest używana dla obu wersji. Zawartość uchodzi za bardzo cenną: używa się go w kroplach, a połączenie kilku z nich z parmezanem tworzy uwielbiany przez wszystkich duet z regionu Emilia Romania.

Ocet balsamiczny z Modeny, który możemy zobaczyć na półkach w supermarkecie, nie posiada dopisku „tradycyjny”. Pochodzi od swojego bardziej wykwintnego protoplasty i również jest chroniony i sygnowany przez Konsorcjum, ale jest produktem prostszym i tańszym, gdyż nie jest poddawany całemu procesowi leżakowania i przelewania niczym odpowiednik w wersji tradycyjnej. Kosztuje oczywiście dużo mniej oraz jest używany w inny sposób, na przykład do doprawiania sałatek, podczas gdy w wersji tradycyjnej jest używany oszczędnie niczym wykwintny nektar do skrapiania truskawek lub lodów.

Babka cytrynowa

0

Składniki:
300 g mąki pszennej typ 00
8 g proszku do pieczenia
2 szczypty soli
230 g miękkiego masła
200 g cukru
4 jajka
2 obfite łyżki soku z cytryny
skórka starta z 1 cytryny

Na polewę:
240 g cukru pudru
sok z cytryny

 

Przygotowanie:

Rozgrzej piekarnik do 155 stopni. W dużej misce utrzyj mikserem masło z cukrem aż do uzyskania gładkiej, białej masy. Następnie stopniowo dodawaj roztrzepane wcześniej widelcem jajka. Nie dodawaj zbyt dużej ilości na raz, żeby uniknąć grudek. Pamiętaj, że jajka powinny być w temperaturze pokojowej, dlatego jeśli zwykle trzymasz je w lodówce, wyjmij je na 2-3 godziny przed rozpoczęciem pracy.

Teraz dodaj sok z cytryny i startą skórkę. Na końcu wsyp mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i solą i wymieszaj całość szpatułką. Mieszaj energicznie w jedną i drugą stronę. Przygotuj foremkę, nasmaruj jej boki masłem i obsyp mąką, a dno wyłóż papierem do pieczenia przyciętym do odpowiedniej wielkości. Wlej ciasto do środka i równo rozsmaruj, piecz przez około 45-50 min. Przed wyjęciem ciasta sprawdź wykałaczką, czy jest gotowe: patyczek powinien być idealnie czysty.

Pozostaw do wystudzenia, następnie wyjmij z foremki i przełóż na talerz.

Przygotuj polewę: wsyp cukier puder do miski i, cały czas mieszając, stopniowo dodawaj sok z cytryny. Uważaj, żeby nie dodać za dużo soku, konsystencja powinna być kremowa, a nie płynna. Rozsmaruj polewę na wierzchu babki, po kilku minutach zastygnie pozostawiając słodką i gładką warstwę. Ciasto można przechowywać w temperaturze pokojowej przez cztery dni.

Arystokrata z kamerą

0

Arystokrata. Komunista. Marksista. Erudyta. Buntownik i wrażliwiec w jednym. Zdeklarowany homoseksualista. Geniusz, który z rozmachem budował swoje filmy. W tym roku obchodzić będziemy dwie ważne rocznice wielkiego Luchino Viscontiego, w marcu 45. rocznicę śmierci, a jesienią 115. rocznicę urodzin. Czas rozpocząć epicki bal!

Luchino Visconi di Modrone, hrabia di Lonate Pozzolo przychodzi na świat w 1906 roku za panowania króla Wiktora Emanuela III, w roku w którym miała miejsce erupcja wulkanu Wezuwiusz, dewastując przy tym Neapol i zabijając ponad 200 osób. Roku, w którym odbyła się premiera filmu „The Story of the Kelly Gang”, uważanego za pierwszy na świecie pełnometrażowy film fabularny. Mediolan z 1906 roku był jednym z najważniejszych włoskich ośrodków przemysłowych, handlowych i finansowych, był miejscem narodzin arystokraty, który parę dekad później stanie za kamerą swoich pełnych przepychu i rozmachu filmów.

Luchino Visconti i Federico Fellini, fot. Gianfranco Tagliapietra

Przyszły mistrz urodził się w arystokratycznej rodzinie, był jednym z siedmiu potomków księcia Modrone i miał bardzo uprzywilejowane wychowanie. Uczęszczał do prywatnych szkół w Mediolanie i Como. W młodości spotykał się z takimi osobistościami, jak dyrygent Toscanini, kompozytor Puccini i prozaik Gabriele D’Annunzio. Młodzieńcze lata upłynęły mu w trójkącie opera, katedra Duomo – jego ulubiony kościół – i pałacyk przy via Cerva, gdzie mieszkała rodzina Viscontich. Jego matka była utalentowanym muzykiem, a jego ojciec angażował artystów do występów w ich prywatnym teatrze. Było więc oczywiste, że te wszystkie światy muszą dotknąć małego Luchino. Przez dziesięć lat, za namową mamy, uczył się gry na wiolonczeli. We wspomnieniach Uberty, siostry reżysera ich dzieciństwo było radosne: Mój brat w swoich filmach wielokrotnie przedstawiał owe rodzinne biesiady i na pewno w tych scenach było coś z nas Viscontich. Bezgranicznie podziwiałam mojego brata. To właśnie on wymyślał wszystkie zabawy i urządzał nam teatrzyki, które poprzedzały długie przygotowania”. Wynikiem tego był późniejszy krótki okres spędzony w teatrze na posadzie etatowego scenografa. Edukacja z naciskiem na sztukę. W wieku czternastu lat przeczytał wszystko, co napisał Szekspir, fascynowała go literatura Tomasza Manna, Marcela Prousta. Rok później własnoręcznie wydawał tomiki swoich przyjaciół.

Visconti miał przed sobą dwie drogi, albo jako hodowca koni, czym zajmował się przez moment, albo sztuka. Na szczęście wybrał sztukę. Pierwszą praktykę filmową zdobył asystując jeszcze przed wojną przy obrazie „Wycieczka na wieś” Jeana Renoira, wiązało się to z przeprowadzką do Paryża i zainteresowanie lewicową polityką. To był też moment, kiedy zetknął się z otwartym podejście do tematu homoseksualizmu, który do tej pory w sobie ukrywał. Przy tym wszystkim nie zapominał o dobrym wychowaniu i pobożności, którą wpoili mu rodzice. Do końca życia powtarzał: „Urodzić się i umrzeć to, to samo. Biorę odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Nie pytam Pana Boga. Jestem wolnym człowiekiem”.

Śmierć w Wenecji

Włochy jeszcze w 1937 roku rozsławiło hasło „Kino to najpotężniejsza broń” – motto Benito Mussoliniego, które pojawiło się wypisane wielkimi literami podczas inauguracji Cinecittà na przedmieściach Rzymu. Oczywiście była to pułapka, która miała kusić przyszłych filmowców, ale też ostrzegać i informować, kto tutaj rządzi. Nie do końca się to udawało, bowiem część reżyserów na początku lat czterdziestych traktowała film jako narzędzie propagandy przeznaczone tylko dla reżimu. Wraz z wybuchem II wojny światowej Visconti stał się aktywnym antyfaszystą. Swój pokaźny pałac poświęcił dla członków  komunistycznego ruchu oporu. Angażował się w zbrojną opozycję wobec Niemców, a w 1944 roku, przez krótki czas, był więziony przez gestapo. Po latach nie wracał do tego tematu, nie rozumiał też zamieszek młodych ludzi w 1968, bał się, że wojna powróci, a jednocześnie w jednym z późniejszych wywiadów wyznał: „Sądzę, iż spośród wszystkich definicji faszyzmu najsłuszniejsza jest ta, która upatruje w nim końcową fazę światowego kapitalizmu, końcowy wynik walki klas, która prowadzi do wynaturzenia”. Po wojnie publicznie poparł partię komunistyczną we Włoszech, choć oficjalnie nigdy do niej nie wstąpił.

Visconti debiutuje jako reżyser jeszcze przed końcem wojny, jego pierwszy pełnometrażowym film „Opętanie” ukazuje się w 1943 roku. Aby zrealizować go na swoich warunkach finansuje go sam, sprzedając rodową biżuterię. To była opowieść o nieszczęśliwej, impulsywnej żonie, która zakochuje się z wzajemnością w mężczyźnie, który w poszukiwaniu pracy podróżuje po kraju. Miłość popycha zakochanych do zbrodni. Film, zaraz po premierze, został zakazany przez państwową cenzurę. Negatyw został zniszczony przez faszystów. Na szczęście Visconti zachował jedyną kopię. Później został uznany za jedno z dzieł, które dało początek nurtowi neorealizmu w kinie włoskim, którego rozkwit nastąpił w twórczości chociażby Roberta Rosselliniego, czy Vittorio De Siki.

Viscontiego nie można przypisać do jednego nurtu, chociaż jego pierwsze obrazy mocno nawiązywały do neorealizmu („Ziemia drży”, „Najpiękniejsza”), w kolejnych pokazał, że pójdzie inną drogą i woli kino autorskie. Zresztą tak było w każdej dziedzinie sztuki, którą dotykał; kino, opera, teatr, literatura. Trzeba też pamiętać, że to on w dużej mierze stoi za sukcesem Marii Callas, której talent oszlifował na scenie podczas realizacji swoich pierwszych oper. Dzięki niemu bogini opery stała się również aktorką. Był artystą, który pesymizm ubierał w piękno, chorobliwe i śmiertelne piękno. W swoich filmach często opowiadał o ludziach, rodzinach, o Europie, świecie tuż przed katastrofą, przed całkowitym rozpadem („Lampart”, „Zmierzch Bogów”, „Portret rodzinny we wnętrzu”). Potrafił z rozmachem ubierać swoich bohaterów w historyczny kostium, kręcąc epickie i wystawne dzieła, z drugiej strony kręcił kameralne czarno-białe dramaty psychologiczne chociażby zainspirowane literaturą Dostojewskiego. Był inny niż jego koledzy, którzy przez lata rozliczali się z wojenną traumą we wspomnianym neorealizmie, nie uciekał też tak daleko do fantazji jak Fellini, dla niego istotne było tu i teraz zamknięte w czterech ścianach, obnażenie naszych fascynacji, problemów, ułomności.

„My mediolańczycy jesteśmy niekiedy bardziej środkowo-europejczykami niż ludźmi śródziemnomorza” – wyznał w jednym z wywiadów. Dalej mówił o sobie, że jest tylko dobrym fachowcem, jedynie rzemieślnikiem. Rzemieślnikiem, który nakręcił jedną z najważniejszych scen w historii kina, a mianowicie trwającą godzinę (!) scenę balu we wspomnianym, legendarnym filmie „Lampart” na podstawie powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy. Życie i twórczość Luchino to także temat homoseksualizmu, który przenika we wszystkich jego dziełach (wśród których również „Śmierć w Wenecji”). To dotykanie wszystkiego tego, czego doświadczył od niewinnego dzieciństwa, pełnego zabaw, rodzinnych, wystawnych kolacji, pełnych awantur, po wyśnione miłości już w dorosłym życiu. Miał liczne romanse, często się zakochiwał, jak wyznał w późniejszej autobiografii, jednym z pierwszym uczuć obdarował Umberto II jeszcze w młodości w latach dwudziestych. W ostatnich latach życia, mimo sukcesów filmowych, żył skromnie w Rzymie, w swoim niewielkim mieszkaniu, ale za to posiadał kucharkę, pokojówkę i szofera. Wypalał 120 papierosów dziennie. W 1972 roku doznał udaru, ale nadal intensywnie palił. Zmarł w Rzymie na kolejny udar w wieku 69 lat, 17 marca 1976 r. Mówił, że prócz malarstwa, literatury czy muzyki, interesuje go przede wszystkim życie.

Zakochaj się w Marche!

0

Wielbiciele kraju w kształcie buta doskonale znają Toskanię, wiedzą, gdzie leży Sycylia i z czego słynie Neapol. O regionie Marche wiemy niewiele, mimo że leży on w środkowych Włoszech i graniczy z popularnymi w Polsce Emilią-Romanią, Toskanią, Lacjum, Umbrią oraz Abruzją. Swój urok zawdzięcza malowniczemu położeniu, które co sezon przyciąga turystów z całego świata, w tym także Włochów. Poznaj Marche i odkryj wyjątkowość tego miejsca!

Rozpoczyna się na południowy wschód od San Marino, ciągnąc się przez 160 km tuż nad Adriatykiem. To, co czyni Marche wyjątkowym regionem jest bez wątpienia zróżnicowany krajobraz, dostęp do morza, liczne tereny rolnicze, winnice i gaje oliwne oraz zjawiskowy widok pasm górskich.

Wakacyjnemu relaksowi na najwyższym poziomie można oddać się w miejscowościach typu San Benedetto del Tronto, Civitanova, Pesaro czy Gabicce Mare. Wielbiciele natury znajdą dla siebie wiele szlaków pieszych wycieczek i nieodkryte zakątki dzikiej przyrody, np. w Conero, gdzie dotrzeć w niektóre miejsca można wyłącznie pieszo, obcując z urokliwą, śródziemnomorską roślinnością. Plaża Dwóch Sióstr należy do najbardziej malowniczych i zjawiskowych. Krystalicznie czysta woda przy klifie zapiera dech w piersiach i jest jedną z najchętniej wybieranych destynacji wśród tubylców.

Pielgrzymi poszukujący duchowych uniesień powinni koniecznie odwiedzić Loreto, gdzie znajduje się sanktuarium z tzw. Świętym Domem, który według wierzeń był nazaretańskim domem Maryi. Według legendy przywiozła go do Włoch rodzina De Angelis, chcąca uchronić święte miejsce przed zniszczeniem. Oprócz miejsc kultu na szczególną uwagę zasługują dzieła włoskich artystów, wśród których dostrzec możemy przedstawienie Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Plac Apostolski napawa niebywałym spokojem służącym modlitwie i kontemplacji. Ze względu na historyczne zasługi Polaków na tamtych ziemiach, niedaleko sanktuarium powstał także polski cmentarz wojskowy, gdzie spoczywa ponad 1000 naszych rodaków z II Korpusu Polskiego.

W pobliżu górzystej miejscowości Genga podziwiać można jaskinie krasowe Frassasi i ich okazałe nacieki (stalagmity, stalagnaty, stalaktyty, makarony, etc.), ale to nie jedyny powód, by odwiedzić tę część Marche. Zaledwie kilka minut drogi od jaskini czeka nas prawdziwe mistyczne przeżycie – spotkanie z siłą natury i religii w jednym. Świątynia Valadier, bo o niej mowa, to neoklasycystyczny, ośmiokątny kościółek ukryty w grocie. Zbudowany został w 1828 r. przez rzymskiego architekta Giuseppe Valadiera na zamówienie samego papieża Leona XII. Miejsce to nabiera wspaniałego charakteru w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, zamieniając się w żywą szopkę. To, co czyni miejsce jeszcze bardziej wyjątkowym i odizolowanym od świata zewnętrznego jest fakt, że dojść do świątyni można wyłącznie pieszo, pokonując niecały kilometr wśród pięknego krajobrazu przyrody.

Będąc w Marche warto także odwiedzić średniowieczne, monumentalne miasto Ascoli Piceno. W każdy trzeci weekend miesiąca organizowane są tu na świeżym powietrzu targi vintage. Stare miasto wspaniale prezentuje się nocą dzięki niebywałej grze świateł i cieni. Wieczorne brzdęki kieliszków i sztućców dochodzące z restauracji i barów umieszczonych na pięknym, skąpanym w złocie trawertynu Piazza del Popolo dodatkowo podkreślają włoski styl, który tak bardzo kochamy. Będąc na miejscu koniecznie napij się kawy w zabytkowej i uroczej Caffè Meletti, a przed kolacją rozsiądź się w arkadach popijając aperitif i przegryzając jedyne w swoim rodzaju – smażone oliwki nadziewane mięsem o nazwie olive ascolane. Jeśli lubisz trufle, koniecznie skosztuj czarnej wersji przysmaku. Szczęściarze przybywający do miasta w pierwszą niedzielę sierpnia mogą wziąć udział w widowiskowym turnieju rycerskim Quintana, a w okresie karnawału w licznych przebieranych paradach.

W tej samej prowincji mieści się gmina Offida, której nie sposób pominąć, by poczuć urok i czar zatrzymanych w czasie Włoch. Niech nie zmyli cię z pozoru zapomniane miasteczko. Mimo małej wielkości i tylko ponad 5 tysięcy mieszkańców Offida skrywa niezapomniane atrakcje. Do jednej z nich z pewnością należy sztuka koronek z pięciowiekową, przekazywaną z pokolenia na pokolenie tradycją. Odkryj owe rzemiosło podziwiając pracę tamtejszych kobiet i zaopatrz się w najpiękniejsze wyroby w małych, rodzinnych sklepikach. Warto wybrać się także do Muzeum Koronek w Tomboli, mieszczącym się w XIX-wiecznym Palazzo De Castellotti-Pagnanelli. Centrum Offidy umieszczone jest pomiędzy XII- wiecznymi murami zamku, gdzie przy desce serów i wina Passerina czy Pecorino możesz podziwiać kościół Collegiata czy teatr Serpente Aureo, którego przepięknie zdobione wnętrze robi naprawdę duże wrażenie. Oprócz sagr, czyli festiwali jedzenia, Offida przyciąga tłumy karnawałową rozrywką. Nie dopuść do zgubienia swojego towarzystwa, bo możecie odnaleźć się dopiero po zakończonej imprezie! 😉 Ogromna ilość osób popija wino, zajadając najlepsze przysmaki z porchettą, czyli pieczoną świnią albo wyjątkową, surową kiełbasą, podrygując na placu w rytm głośnej muzyki. Początki wydarzenia sięgają XVIII w., a kulminacyjnym momentem wielkiej imprezy jest Lu bov fint, czyli prowadzony przez mężczyzn cielec. Kukiełka przebiega przez wszystkie zaułki miasteczka zwiastując koniec karnawału. Następnie odbywa się wyjątkowa i zdecydowanie warta zobaczenia procesja Vlurd. Zamaskowani mężczyźni niosą wielkich rozmiarów płonące więzy trzcin, które po przemaszerowaniu traktu rzucane są w centralnej części placu, tworząc ogromne ognisko symbolizujące rozpoczęcie Wielkiego Postu. Po takim wprowadzeniu pozostaje na zakończenie zobaczyć tylko malowniczo położony kościół Santa Maria della Croce.

Będąc nad Adriatykiem trudno odmówić sobie pobytu na plaży. W tym celu warto udać się do najdalej na południe położonego Marche miasta, San Benedetto del Tronto, które kusi nie tylko wspaniale położoną riwierą, ale również doskonałą kuchnią i tętniącym życiem o każdej porze, wciąż pozostając przyjaznym osobom starszym i rodzinom z dziećmi. Kilkanaście kilometrów wyjątkowego lungomare, czyli promenady to doskonałe miejsce do spacerów, jazdy na rowerze lub rolkach czy joggingu. Estetyczne wykonanie alei przy morzu oraz szereg atrakcji w postaci poukrywanych leżanek, miejskich gier i uroczych fontann przyciąga całe rodziny chętne do wspólnego spędzania czasu na świeżym powietrzu. Na każdym kroku w drodze na molo czekają na nas niespodzianki – pomniki rybaka oraz mewy, oazy, mini wodospady oraz wyżłobione w skałach prawdziwe dzieła sztuki, np. często fotografowane skały-fotele. Jedną z największych atrakcji jest pomnik słów z jakże włoskim i prawdziwym mottem „Praca, praca, praca, a ja wolę szum morza…” (Lavorare, lavorare, lavorare. Preferisco il rumore del mare).

Nadmorskie miejscowości to prawdziwa gratka dla miłośników kuchni śródziemnomorskiej. W San Benedetto kultową potrawą jest bulion, który, jak głosi legenda, istnieje tak długo, jak zawód rybaka. Obowiązkowo punkt o godzinie 13 zasiądź do stołu i rozkoszuj się smakiem najlepszych makaronów. Spróbuj jednak nie zachwycić się mezzamaniche allo scoglio albo spaghetti con vongole! To właśnie tu odkryjesz miłość do ryb i pojmiesz sens dolce vita, wybierając się na popołudniowo-wieczorną przechadzkę połączoną z aperitivo i długimi rozmowami. Swoją drugą połówkę koniecznie zabierz na romantyczną kolację do Grottamare Alto, z którego rozpościera się widok na całą nadmorską panoramę.

Do Marche możesz dostać się, co prawda nie bezpośrednio, ale w prosty sposób samolotem, a następnie jednym autokarem. Wystarczy dolecieć do Rzymu i wziąć z lotniska lub centrum autokar (odjazdy są średnio co godzinę); cena biletu wynosi do 25 euro. Istnieje też możliwość lotu na bliższe lotnisko w sąsiadującej Abruzji, ale loty do Pescary odbywają się wyłącznie w sezonie. Stamtąd to już tylko 50 km do serca Marche.

foto: Nina Romanek, Katarzyna Kurkowska

Wino i medycyna

0

Wino to jeden z najstarszych napojów na świecie. Wiele starożytnych ludów znało jego procesy produkcji i zdolność wywoływania przyjemnego zawrotu głowy, połączonego z euforią i dobrym samopoczuciem. Niektórzy uważali wino za napój o boskim pochodzeniu (na przykład starożytni Grecy i Rzymianie), a także lekarstwo.

Fermentacja alkoholowa pojawiła się 7000 lat p.n.e. jest zatem możliwe, że już wcześniej wino było używane w medycynie jako środek ziołowy i znieczulający, tak jak działo się na Zachodzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu, zanim pojawiły się właściwsze i skuteczniejsze substancje. Badania biochemiczne dowodzą, że wino zawiera dobrą dawkę polifenoli, czyli substancji o wysokiej wartości antyoksydacyjnej, które na poziomie fizycznym są w stanie przynieść znakomite korzyści, w tym redukcję problemów sercowo-naczyniowych, problemów metabolicznych, problemów kostnych. Medycyna chińska uważa wino za dobry środek w przypadku bólów brzucha, stawów, biegunki czy zaparć, ale także jako pomoc w leczeniu skurczy, przykurczy, bólów menstruacyjnych czy zaburzeń krążenia. Pierwsze ślady wina w kulturze medycznej pochodzą z V i IV wieku p.n.e. z niektórych pism Hipokratesa z Kos, jednego z najwybitniejszych lekarzy starożytności, który przepisywał je do leczenia ran, jako odżywczy napój i jako środek przeciwgorączkowy, przeczyszczający i moczopędny oraz polecał jego picie razem z innymi napojami alkoholowymi ze względu na działanie antyseptyczne i wspomagające w rekonwalescencji.

Przez ponad dwa tysiące lat wino było jedynym środkiem antyseptycznym używanym zarówno do dezynfekcji ran, jak i do uzdatniania wody. Wśród Egipcjan wino w lecznictwie było używane głównie jako miejscowy środek znieczulający. W czasach rzymskich stosowanie wina jako środka leczniczego stało się bardzo częste, zwłaszcza przy sporządzaniu wywarów na bazie ziół leczniczych. Wino było również stosowane przy odstawianiu dziecka od piersi, w tym celu w wieku około półtora roku dziecko dostawało bułkę tartą nasączoną słodkim, aromatycznym winem.

Najbogatszym i najbardziej szczegółowym źródłem informacji na temat stosowania wina jako lekarstwa jest to, pochodzące od Galena, osobistego lekarza Marka Aureliusza, który w swoim De Remediis jeden z dłuższych rozdziałów poświęcił terapii opartej na przepisach z użyciem wina; jego pomysły i wskazówki terapeutyczne przez długi czas oddziaływały na medycynę zachodnią, a używanie wina do celów leczniczych, zwłaszcza w praktyce chirurgicznej, było kontynuowane przez całe średniowiecze, zwłaszcza przez zakonników i rycerzy szpitalnych.

Lekarze ze szkoły w Bolonii byli przekonani, że opatrunek nasączony winem przyspiesza tworzenie się blizn i gojenie się rany. Znany średniowieczny chirurg Guy de Chauliac, mył rany na klatce piersiowej preparatami na bazie wina, ale to przede wszystkim doktor Arnaldo de Villanova, w późnym średniowieczu (ok. 1235-1311 r.), mocno ugruntował stosowanie wina jako uznanej metody leczniczej. Wśród obszernej listy leczniczych zastosowań wina, Arnaldo de Villanova podkreślił jego właściwości antyseptyczne i wzmacniające, zalecając jego użycie do przygotowania okładów. Przez cały okres średniowiecza wino było jednym z nielicznych płynów, które ze względu na zawartość alkoholu, łagodziły i ukrywały smak substancji uznawanych przez ówczesnych lekarzy za lecznicze. W ten sposób „antidotum”, jak nazywano ziołowe preparaty farmaceutyczne na bazie wina, zaczęto stosować w leczeniu wszelkiego rodzaju dolegliwości lub chorób. Nieco później ból, spowodowany gangreną nogi, u Ludwika XIV, Króla Słońca, również został złagodzony przez zanurzenie nogi w wannie wypełnionej gorącym winem aromatyzowanym. W następnych stuleciach, aż do połowy XIX wieku, znani niemieccy lekarze kliniczni zalecali stosowanie niewielkich ilości dobrego wina jako środka pobudzającego pracę serca.

Wino zawiera w roztworze wody i alkoholu wiele innych składników odpowiedzialnych za dobroczynne działanie na nasz organizm. Sam alkohol, bez wpływu innych pierwiastków, w większości przypadków byłby szkodliwy dla narządów ludzkiego ciała. Wychodząc z założenia, że wino to nie koncentrat alkoholowy, ale harmonijna mieszanka wielu elementów, których alkohol jest tylko częścią, możemy powiedzieć, że wszystkie te elementy stanowią właściwą mieszankę dobrego i przede wszystkim prozdrowotnego produktu, jeśli oczywiście przyjmujemy go w umiarkowanych ilościach.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Liczba mnoga czy pojedyncza?

0

Zawsze powtarzam, że język to nie tylko gramatyka, która owszem jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest znajomość wielu słów, wyrażeń i powiedzeń. Potem oczywiście bez gramatyki też nie wiele zdziałamy, ale należy znaleźć odpowiednią równowagę między obiema dziedzinami.

Niektóre wyrazy, pozornie łatwe, mogą stać się skomplikowane, ponieważ mają różne rodzaje w języku polskim i włoskim na przykład il libro (książka), po włosku jest męska a po polsku żeńska. Lub inne przykłady: la casa (dom), il pesce (ryba) czy la luna (księżyc), o którym było ostatnim razem. Jakie są tego konsekwencje?

Czasem mówiąc dopasowujemy automatycznie przymiotnik w rodzaju odpowiadającym naszemu językowi ojczystemu, ponieważ to naturalne, że mówiąc myślimy w języku ojczystym i w pewnym sensie tłumaczymy zdania w naszej głowie. Podobna sytuacja może się pojawić w przypadku wyrazów, które po włosku pojawiają się tylko w liczbie mnogiej lub tylko w pojedynczej, a po polsku jest dokładnie odwrotnie. Chciałabym pokazać wam kilka
takich przykładów:

  • LA GENTE – to słowo, które zawsze jest w liczbie pojedynczej. Teoretycznie to łatwe, a praktycznie ten, kto w języku ojczystym używa tego samego słowa w liczbie mnogiej, po włosku czasem się myli. Tymczasem mówi się:
    La gente va a teatro. Ludzie idą do teatru.
    La gente non ha fatto niente. Ludzie nic nie zrobili.
    To nie wszystko, ponieważ ten wyraz nie tylko jest w liczbie pojedynczej ale jest też rodzaju żeńskiego!
    Vedi quella gente dall’altra parte della strada? Widzisz tych ludzi po drugiej stronie ulicy?
    Molta gente è sorpresa. Dużo ludzi jest zdziwionych.
    Tutta la gente era contenta. Wszyscy ludzie byli zadowoleni.

W tej sytuacji musimy poćwiczyć, żeby lepiej zapamiętać i zautomatyzować użycie. Można też używać słowa la persona, le persone (osoba, osoby), które mają po polsku ten sam rodzaj i liczbę. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że trudno jest mówić po włosku unikając słowa „ludzie”.

Inne przykłady słów o tej samej cesze charakterystycznej to:

  • LA PORTA – ten wyraz po włosku jest w liczbie pojedynczej i w formie żeńskiej, podczas gdy po polsku występuje tylko w liczbie mnogiej drzwi, a więc błędem jest automatyczne dobranie przymiotnika w liczbie mnogiej.
    La porta è chiusa. Drzwi są zamknięte.
    Vedi quella porta nera? Widzisz tamte czarne drzwi?
    Non aprire la porta! Nie otwieraj drzwi.
  • Słowa l’UVA po włosku używa się w liczbie pojedynczej, żeby mówić o owocach, po polsku zaś stosuje się raczej formę liczby mnogiej.
    Devo comprare l’uva. Muszę kupić winogrona.
    Preferisco l’uva nera. Wolę ciemne winogrona.
    L’uva è ricca di vitamine. Winogrona są bogate w witaminy.
    Ten sam wyraz w liczbie mnogiej le uve możemy spotkać raczej w kontekście, w którym mówi się o jakości samego owocu.
  • LA FRUTTA – rozumiana jako zbiór owoców, które się je, po włosku jest w liczbie pojedynczej podczas gdy po polsku w liczbie mnogiej, na przykład:
    La frutta è molto sana. Owoce są bardzo zdrowe.
    Non le piace la frutta. Ona nie lubi owoców.
    In vacanza ho mangiato molta frutta. Na wakacjach jadłam dużo owoców.

Przykładów można oczywiście znaleźć więcej, ale tym artykułem chciałam raczej zwrócić waszą uwagę na tego typu różnice między polskim a włoskim. Podczas nauki lepiej od razu je zauważyć niż uczyć się długiej listy słówek.

***

Aleksandra Leoncewicz – lektorka języka włoskiego, tłumaczka, prowadzi własne studio językowe italdico.

Jan Ostrowski – Włochy jedną z ojczyzn sztuki europejskiej

0

Wywiad z Janem Ostrowskim, historykiem sztuki i byłym dyrektorem Zamku Królewskiego na Wawelu – Państwowych Zbiorów Sztuki

W czerwcu 2018 r. otrzymał Pan nagrodę Gazzetta Italia jako osoba, która w swojej działalności przyczyniła się do umocnienia relacji polsko-włoskich. A w jakich okolicznościach i kiedy rozpoczęły się Pana kontakty z Włochami?

Jako historyk sztuki w naturalny sposób, jestem zainteresowany Włochami – jednym z głównych źródeł kultury i sztuki europejskiej. Jeszcze na studiach naszą ambicją było uczenie się oryginalnie brzmiących nazw zabytków włoskich. Spójrzmy, jak to pięknie brzmi: “Santa Maria sopra Minerva” czy “Santa Maria in Aracoeli”. Słuchając rady mojego ojca, od pierwszego roku studiów zacząłem uczyć się języka włoskiego. W rezultacie po roku byłem w stanie się porozumieć, a po dwóch latach kiedy pojechałem pierwszy raz do Włoch, mówiłem już całkiem nieźle, a było to już jakiś czas temu bo w roku 1967. Po 10 latach spędziłem cały rok akademicki we Florencji, dzięki stypendium fundacji Roberta Longhiego. Wówczas byłem całkiem dorosłym historykiem sztuki, z ukończonym  doktoratem. W trakcie tego pobytu zebrałem materiał do książki, która stała się podstawą mojej habilitacji. Potem wracałem jeszcze wielokrotnie do Włoch.

Co Pan podziwia w kraju, jakim jest Italia, a co uważa Pan za jego słabe strony?

Z punktu widzenia historyka sztuki, Włochy to jedna z ojczyzn sztuki europejskiej. Swoistym magnesem jest ogromna liczba zabytków i dzieł, które przyciągają miliony ludzi. Ale Włochy to też przepiękny kraj, prawdziwy ogród Europy, niezwykle uprzywilejowany pod względem geograficznym: ciepłe morze, wspaniałe góry. Italia to również świetna kuchnia i bardzo dobre wino. Jednocześnie przeciętny Włoch jest łatwy w kontakcie, odnosi się z sympatią do obcokrajowców, a już szczególnie jeżeli zauważy, że z tym obcokrajowcem można się porozumieć po włosku. Gdybym miał wskazać jedną, szczególną Włochom cechę, byłaby to właśnie otwartość, łatwość nawiązywania kontaktów z innymi i warto by się tego od nich nauczyć. Włochy, mimo wielkiej wyjątkowości i wspaniałości, mają też pewne problemy, co jest naturalne, bo przecież nic nie jest doskonałe. Te problemy, są wyraźniej widoczne, gdy trochę lepiej poznaje się kraj, w przypadku Italii byłaby to ogromna dysproporcja zamożności i zaawansowania cywilizacyjnego pomiędzy Północą a Południem. Jak się dłużej mieszka we Włoszech, okazuje się, że bywa tam dość uciążliwa biurokracja. Ale jednak temperowana przez tą taką łatwość i spontaniczność Włochów. Zalety – moim zdaniem – zdecydowanie przeważają.

Jak scharakteryzowałby Pan relacje łączące Polskę i Włochy?

Lubimy widzieć Polskę i Włochy jako kraje, które są sobie bliskie. Katolicki kraj, jakim jest Polska, w sposób naturalny interesuje się tym, co dzieje się w stolicy Apostolskiej. Natomiast czy Włosi nas postrzegają jako kraj sobie bliski? Myślę, że przeciętny Włoch wie o Polsce niewiele i traktuje ją jako kraj odległy i egzotyczny. To podejście się zmienia, kiedy zdarzy mu się do Polski przyjechać. Z moich doświadczeń wynika, że Włosi bardzo szybko adaptują się w Polsce i czują się tu bardzo dobrze. Myślę, że Polacy czują się podobnie w Italii.

Czy można Kraków uznać za jedno z najbardziej włoskich wśród polskich miast?

Jeśli chodzi o nagromadzenie zabytków wysokiej klasy, wykonanych przez artystów pochodzenia włoskiego, można uznać Kraków, a szczególnie Wawel, za włoską stolicę Polski. Obok Krakowa wymienić trzeba także: Zamość i Sandomierz.. Oczywiście to są miejscowości o wiele mniej sławne, ale również mające wiele wspólnego z kulturą Włoch.

Jakich słów użyłby Pan, by zachęcić Włocha do zwiedzenia Wawelu?

Myślę że tych co przyjeżdżają nie trzeba zachęcać. Wawel należy do najważniejszych punktów turystycznego zwiedzania Krakowa. Słuchając jakimi językami mówią turyści, bardzo często słyszę język włoski i wydaje mi się, że jak już trafi ają na Wawel to czują włoskość tego miejsca.

Czy mógłby Pan – jako historyk sztuki – wymienić kilku włoskich artystów, którzy są szczególnie bliscy Pana sercu?

Chciałbym uniknąć zbyt banalnych przykładów, wymieniając np. Michała Anioła czy Rafaela, ale jest to w pewnym sensie nieuniknione, bo to przecież Włochy, obok Holandii czy Francji, wydały najwybitniejszych artystów. Obok tych największych, jestem szczególnie przywiązany do niektórych malarzy z okresu, który określa się mianem manieryzmu, byłaby to II połowy wieku XVI. Są to na przykład: Agnolo Bronzino czy Giulio Cesare Procaccini.

A sylwetki jakich polskich malarzy chciałby Pan przybliżyć naszym włoskim czytelnikom?

Trzymając się Krakowa, na Włochach duże wrażenie na pewno robi Wit Stwosz i, potem malarstwo XIX wieku z Matejką na czele. Matejko czy Chełmoński to artyści, których dzieła są tak bardzo inne od tego, co Włosi mogą zobaczyć u siebie. Zdecydowanie zachęcam Włochów by odwiedzili Galerię Sztuki w Sukiennicach.

Czy jest Pan zadowolony z otrzymania Premio Gazzetta Italia i czy ma Pan w planie kolejne kroki by umacniać relacje polsko-włoskie?

Za nagrodę bardzo dziękuję, znalazłem się tam w dobrym towarzystwie. Uroczystość była imponująca. Natomiast prowadząc duże Muzeum i zachowując status aktywnego historyka sztuki, ciągle ma się kontakt z Włochami. Kolejnym wydarzeniem, które niejako połączy kulturę polską i włoską będzie wystawa malarstwa wieku XV zorganizowana w Perugii, dokąd pojedzie jeden z obrazów z naszej kolekcji na Wawelu. Dzięki darom Pani Karoliny Lanckorońskiej, dysponujemy bardzo cennymi zbiorami wczesnego malarstwa włoskiego, do których należy również ów obraz.

La città d’Italia, prospettive e retrospettive milanesi

0

Oggi più che mai tentare di afferrare Milano in un’istantanea ha il sapore di un’ingenua velleità. La città lombarda non è nuova a un carattere ritroso, refrattario agli impeti definitori e alle inquadrature bidimensionali. Ma non è tutto: Milano sta cambiando e lo fa a un ritmo vorticoso. L’occhio dell’osservatore è attraversato dagli edifici che salgono, lo skyline si increspa e disegna a tratti rapidi le tappe di una trasformazione endemica.

Il monopolio dei cieli milanesi mantenuto per secoli dal Duomo, la meravigliosa e iconica cattedrale neo-gotica che troneggia sul centro, è ormai un miraggio, perduto nella nebbia e con la nebbia. Sfondata negli anni ’50 dalla stoccata del grattacielo Pirelli, affettuosamente ribattezzato Pirellone, oggi la linea d’orizzonte ospita le sagome dei tre giganti di Citylife: il Dritto, lo Storto (in via di ultimazione) e il Curvo (che gattona imperterrito in direzione più o meno verticale), dove l’ironia onomastica lombarda echeggia questa volta atmosfere da Spaghetti Western. L’area in questione, Citylife appunto, è il frutto di un progetto quasi decennale che chiama architetti di fama internazionale a ridisegnare il profilo della città. “Quel cielo di Lombardia, così bello quando è bello, così splendido, così in pace” è ormai solleticato da una foresta avveniristica. Le tre costruzioni, ideate rispettivamente da Arata Isozaki, Zaha Hadid e Daniel Libeskind, lo stilo polacco nella creta dello skyline milanese, sono la punta (o piuttosto la testa tripunte) di un iceberg di ritrovato respiro internazionale che ha avuto il suo acceleratore nel 2015 con l’edizione milanese di Expo.

Va detto a tal proposito che la pianta di quella che era un tempo Mediolanum, nome antico che designava il piccolo borgo al centro della pianura Padana, si è colorita ultimamente di un numero notevole di edifici dal volto moderno e dal design ambizioso. A partire dalla suggestiva piazza Gae Aulenti che con la sua pianta circolare sopraelevata si colloca tra le spire di un circuito di palazzi da cui spicca la guglia affilata della Torre Unicredit, il grattacielo più alto d’Italia.

La piazza si offre a immagine della Milano che cambia, affacciando chi l’attraversa sul brulichio della “città che sale”. La vista spazia sulle Torri Garibaldi e gli adiacenti grattacieli del Bosco Verticale, il palazzo della giunta regionale lombarda, la Torre Galfa, la Torre Servizi Tecnici Comunali, il Grattacielo Pirelli, le torri residenziali Solaria, Solea, Aria e una porzione della Torre Diamante.

Una parentesi di meritato plauso al primo della classe: il Bosco Verticale è un complesso di due edifici residenziali a torre che costeggia il vecchio quartiere popolare di Isola, oggi amato dagli artisti, e si propone come esempio di un ambizioso tentativo di riforestazione urbana alla milanese… A detta del suo ideatore, Stefano Boeri, il progetto nasce infatti da un paradigma creativo (che è forse addirittura un carattere spirituale) tipicamente milanese e lombardo: il paradosso. La contraddizione visionaria del portare le radici a toccare i cieli. Sui prospetti che sporgono dai due palazzi sono distribuite niente meno di duemila entità arboree, tra arbusti e piante ad alto fusto, che a forza di fotosintesi hanno fruttato al Bosco il titolo assegnato dal Council on Tall Buildings and Urban Habitat di «grattacielo più bello e innovativo del mondo» nel 2015.

La doppia anima di Milano, con la sua natura tellurica, incarnata dalla tradizionale edilizia del mattone e delle forme massicce, idealmente sintetizzata da Sant’Ambrogio (la basilica è simbolo dell’identità milanese al punto che di “milanese” l’aggettivo “ambrosiano” è sinonimo da tempo immemorabile), e il suo slancio verso ambizioni metafisiche incanalato dal Duomo, è forse il filo rosso che unisce la città di ieri oggi e domani. Terra e cielo, e nel mezzo una città. La risposta dei lombardi ai grandi enigmi della Storia sembra l’apprendistato nell’umiltà terrigna, ad usufrutto di cantieri celesti.

Se è vero che l’anima sopravvive alla storia, e quella meneghina con particolare tenacia, permettetemi una retromarcia temporale nella Milano rinascimentale. Nella sede ducale degli Sforza trovò le risorse per la sua stagione piu creativa un forestiero di Vinci di nome Leonardo. Il rapporto tra l’artista e la città appare particolarmente significativo e l’atteggiamento di Leonardo verso le sfide del proprio tempo è emblematico dell’attitudine milanese.

Per le vie della città aleggia ancora la sua presenza, nell’eredità materiale dei prodotti d’arte e ingegneria qui compiutamente realizzati e nel testamento ideale.

Tecnica e visione: è la congiura vinciana e milanese all’arrembaggio del futuro. Nell’universalismo leonardesco, capace di tenere insieme arte, scienza, tecnologia si legge qualcosa dello spirito della città, dove bello, utile e nuovo trovano nel gesto lo spazio della convivenza piena e operosa. Il lavoro e la creazione sono la vera espressione del DNA milanese, che di una certa attitudine pratica ha fatto la propria bussola etica.

Sulle orme di Leonardo, la città rinascimentale riserva spunti sorprendenti. Il Cenacolo in Santa Maria delle Grazie è una delle opere più enigmatiche del maestro toscano, che cinque secoli e mezzo fa giungeva come musico alla corte del futuro duca Ludovico il Moro per lasciarla vent’anni più tardi da genio conclamato. Il dipinto, noto a tutti, è un patrimonio assoluto dell’umanità e una testimonianza curiosa dello sperimentalismo del suo autore. Il pigmento usato da Leonardo è infatti una miscela innovativa che negli anni ha esposto l’opera al serio rischio della consunzione. Del resto anche i migliori sbagliano, ma immaginarla come la goliardata di un vecchio sornione è una storyline decisamente più appetitosa. Meno noti gli affreschi nella Sala delle Assi all’interno del castello Sforzesco, il centro del potere ducale in epoca rinascimentale, una deliziosa decorazione parietale a tema bucolico. A proposito di Leonardo e pennelli, impossibile non citare la bellezza delicata e distante della Dama con l’Ermellino, ritratto dell’amante del Moro, Cecilia Gallerani, che dalla Lombardia ha imboccato la strada del Museo nazionale di Cracovia.

I rapporti tra Milano e Leonardo non smettono tuttora di regalare sorprese, persino ai più navigati. Una scoperta degli ultimi anni ha riconsegnato alla cittadinanza la cosiddetta Vigna di Leonardo, una piccola proprietà vinicola che il duca donò all’artista nel 1498, recentemente rimessa a regime. La vigna si trova a poca distanza dalla già citata Santa Maria delle Grazie, nel cortile della Casa degli Atellani, anch’essa visitabile. Qui il Maestro elaborò il monumento equestre a Francesco Sforza, di cui si conserva una riproduzione all’ippodromo cittadino, ricevette gli allievi, lavorò, mangiò, si riposò.

Non possiamo dimenticare di citare i Navigli nel nostro volo esplorativo dei lasciti vinciani. Questo complesso sistema di canali fu ideato fin dal Medioevo allo scopo di allacciare Milano ai fiumi Adda e Ticino aprendola a una rete di comunicazione commerciale fluviale e marittima. Leonardo vi intervenne progettando un sistema di chiuse che ovviava al problema del dislivello idrico nei punti di raccordo. Oggi sulle rive del Naviglio Grande e di
quello Pavese si svolge buona parte della movida milanese. L’area è pedonalizzata e pullula di locali notturni, birrerie, enoteche e ristoranti. Il quartiere è ricco di piccole botteghe, negozi e atelier di artisti, a tutti gli effetti uno degli angoli più pittoreschi e culturalmente interessanti della città.

I progetti delle chiuse dei Navigli sono oggi custoditi nel Codice Atlantico, la maggiore raccolta degli appunti di Leonardo, conservato nella Biblioteca Ambrosiana. A partire dagli schizzi recuperati da questa e altre fonti, il Museo della Scienza e della Tecnica ha ricavato modelli a grandezza naturale che danno corpo alle visioni ingegneristiche del Maestro offrendole al pubblico dei visitatori.

In una battuta, mai ringrazieremo abbastanza quel geniaccio di Leonardo, ma a mitigare l’immagine del fantasista solitario, rileviamo dal fondale la Milano sforzesca, un crogiolo di stimoli e fermenti culturali, patria adottiva di artisti del calibro di Donato Bramante. È suggestivo immaginare il gioco di reciproche influenze, ricordando gli studi di Leonardo sulla prospettiva torna in mente il finto coro di Santa Maria presso San Satiro, il capolavoro di pittura prospettica di Bramante a Milano. Non è peregrina l’ipotesi di alcuni che qui sia nata la maniera moderna. Oggi come allora il cuore della città batte al ritmo degli scalpelli forestieri, si plasma e cresce nell’ossigeno della modernità internazionale. Signori, è la città d’Italia! impastata di tradizione e proiettata verso il mondo, la città dalle tante variazioni. Respiratela da una terrazza, bevetela specchiata in uno Spritz, sbirciatela nei cortili. Milano sfida i cinque sensi, le quattro mura, i sei continenti… i sette mari (per ora) li lasciamo a Napoli.

foto: Catilina Sherman

Frazeologiczny alfabet zwierząt

0

Wchodząca w obręb lingwistyki kontrastywnej nauka o wyrażeniach idiomatycznych stanowi interesujący nurt badawczy, z którym miałem okazję zetknąć się w czasie moich studenckich lat na Uniwersytecie w Bolonii.

Uważane za anomalie lingwistyczne i nie cieszące się zainteresowaniem naukowców, związki frazeologiczne stały się popularne w latach 80 ubiegłego wieku, dzięki nowym nurtom badawczym nazwanym Construction Grammar. Eksperci z dziedziny stwierdzili, że związki frazeologiczne są w rzeczywistości ważnym aspektem języka zdolnym do przekazania nie tylko tego, co dane społeczeństwo mówi, ale także tego, co myśli, w wyniku czego wyrażenia tego typu okazały się być niezwykle ważne w nauczaniu języka, a co za tym idzie powinny zostać ponownie przeanalizowane i sklasyfikowane.

Każdy, kto uczy się języków obcych w pewnym momencie dociera do etapu, w którym musi zmierzyć się z frazeologią, która, na pierwszy rzut oka, zdaje się nie do opanowania. Studenci nie raz słyszą od swoich profesorów „Polak by tak nie powiedział” albo „twój poziom włoskiego jest dobry, ale słychać, że jesteś obcokrajowcem”. Tego typu komentarze, które mogą skutecznie hamować zapał studenta, są związane z trudnościami w przyswajaniu struktur typowych dla rodzimych użytkowników języka. W czasie swoich studenckich lat często odczuwałem niezbędność słowników frazeologicznych, będących w stanie w ogromnym stopniu pomóc mi i moim kolegom w zrozumieniu i przyswojeniu, a także tłumaczeniu tego typu wyrażeń. We Włoszech ciężko o wyczerpujący dla obu stron słownik frazeologiczny polsko – włoski, w związku z czym studenci są zmuszeni używać niedużych słowniczków lub monolingwistycznych glosariuszy online, które wymagają bardzo dobrej znajomości języka i są niewygodne w użyciu. Celem mojej pracy dyplomowej było stworzenie czegoś, co przyda się innym, nie zaś bezużytecznego dzieła, którego jedynym celem będzie zaleganie na jakiejś zakurzonej półce: chciałem napisać coś, co nie tylko przysłuży się moim kolegom i przyszłym studentom polonistyki, ale wymusi też na innych zmierzenie się z tym tematem i rozbudowanie mojej pracy.

Zagłębiając się w obszar frazeografii, a więc gałęzi naukowej zajmującej się badaniem i tworzeniem słowników, musimy zmierzyć się z szeregiem problemów dotyczących związków frazeologicznych. Ponieważ język i kultura idą ramię w ramię i każdego dnia powołują do życia i uśmiercają różnorakie powiedzenia, niezwykle trudną staje się decyzja odnośnie tego, co należałoby zaprezentować odbiorcom słownika, a co pominąć: nie ma żadnej gwarancji, że dane powiedzenie nie wyjdzie z mody wraz z przeminięciem danego pokolenia. Wyrażenia jak polskie „dostać łabędzia” lub włoskie „prendere un granchio” (pl. w dosłownym tłumaczeniu „złapać kraba”) będą dobrze znane jedynie konkretnemu wycinkowi społeczeństwa, młodszym osobom zaś wydadzą się dziwne lub wręcz nieznane.

Kolejnym problemem okazuje się znalezienie cytatów źródłowych – z reguły w obrębie literatury – które mogą potwierdzić istnienie związku frazeologicznego, który wzięliśmy pod lupę. Trudne okazuje się nierzadko nie tyle samo potwierdzenie istnienia danego sformułowania, ale i wskazanie czytelnikowi konkretnego przykładu jego użycia: frazeologizmy w literaturze stosowane są na zasadzie gry skojarzeń, nie najlepszym rozwiązaniem jest wyrywanie ich z kontekstu, w którym zostały użyte. Zadaniem twórcy słownika jest potwierdzenie istnienia całego bagażu lingwistyczno-kulturalnego, który niesie ze sobą wyrażenie.

Na koniec, należy uwzględnić temat częstotliwości użycia: dwa na pozór ekwiwalentne sformułowania mogą nie być stosowane lub rozpowszechnione w jednakowym stopniu w dwóch różnych systemach kulturowych. W tym miejscu podsuwam uwadze czytelnika polskie porzekadło „na świętego Ludwika koń na grudzie utyka”, które znajduje swój odpowiednik we włoskim powiedzeniu: „i giorni della merla”. Oba odnoszą się do początku najzimniejszego okresu zimy, który z reguły przypada na przełom stycznia i lutego. Podczas gdy wersja włoska bywa używana stosunkowo powszechnie przez użytkowników języka, którym znane jest znaczenie sformułowania i bajka o kosie (it. „merla”), odpowiednik polski nie jest stosowany nawet ze zbliżoną częstotliwością, a wielu osobom nieznane jest jego znaczenie.

Ciekawym aspektem moich badań okazało się użycie nazw zwierząt jako nazw zbiorowych, celem przykucia uwagi rozmówcy podczas dialogu, realnego bądź fikcyjnego, a zarazem wyrażenie swojego pozytywnego bądź negatywnego nastawienia. Ten wątek badań bazuje na rozważaniach teoretyka Zdzisława Kempfa dotyczących „zezwierzęcenia” (it. „animalizzazione”) języka: jest to zjawisko powszechne wśród języków ludzkich, a jednocześnie bardzo trudne do usystematyzowania ze względu na kreatywność, z jaką nawet niewielkie grupy osób mogą tworzyć skojarzenia semantyczne. Nierzadko bywa ono pomijane w nauczaniu języka przez swój potoczny wydźwięk. W obrębie dydaktyki istnieje wiele lingwistycznych tematów tabu, które nie pozwalają na równie dobre poznanie języka od strony kolokwialnej, co formalnej. Często skutkuje to znalezieniem się w rzeczywistości mocno odmiennej od tej, o której nas uczono oraz trudnościami w zrozumieniu języka używanego w sytuacjach życia codziennego. Za ciekawy przykład może posłużyć włoskie słowo „canarino”, które w gwarze więziennej oznacza osobę, która szpieguje i przekazuje informacje strażnikom w nadziei na zmniejszenie wymiaru kary (co więcej, czasownik „cantare” jest synonimem zwrotu „robić za szpiega”). W Warszawie słowo „kanar” jest określeniem na kontrolera biletów w środkach transportu publicznego: za czasów PRL-u nosili oni mundury z żółtą obwódką, który przypominał kolor upierzenia kanarka. Inne przykłady nazw zbiorowych mogłyby okazać się równie ciekawym tematem analiz.

Finalna wersja mojej pracy zawiera szeroki wachlarz związków frazeologicznych wykorzystujących nazwy zwierząt, których istnienie zaskoczyło nawet mnie samego. Oczywiście posiada ona pewne braki, jednak mam nadzieję, że udało mi się zbudować kilka pierwszych stopni, które pomogą przeskoczyć mur frazeologii: gwarantuję wam, że będąc na jego szczycie, będziecie mogli podziwiać widok zapierający dech w piersiach (lingwistycznie rzecz ujmując).