Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 55

Beata Pietrzak – polska projektantka o włoskiej duszy

0

Jak można nie kochać Włoch. Każdy człowiek cywilizowany ma dwie ojczyzny: swoją własną i Włochy.

H. Sienkiewicz, „Na jasnym brzegu”

Coraz więcej osób czerpie natchnienie z piękna Włoch i każda z nich na swój sposób opowiada i dzieli się osobistą historią. Historię inspirowaną Bel Paese możemy również odnaleźć w pracy Beaty Pietrzak, polskiej projektantki pochodzącej z Poznania.

Beata bardzo często opowiada o Włoszech jako o kraju marzeń, w którym chętnie zamieszkałby na stałe, ale na razie przyjeżdża tu po materiały do swoich projektów oraz po to, by móc po raz kolejny posmakować włoskiego stylu życia.

Stroje projektowane przez Beatę utrzymane są w kolorystyce morza oblewającego wybrzeża Sardynii, dominują więc przenikające się barwy głębokiego błękitu i turkusu. Dodatkowo projekty ożywione są kolorami żółci i pomarańczy, oddającymi ciepłe południowe słońce, które otula włoskie pejzaże. Pozostałe żywe kolory, pojawiające się na zwiewnych materiałach, idealnie łączą się z usposobieniem Beaty, która poprzez projekty przekazuje swoją radość życia. Sukces kolekcji jej ubrań spowodowany jest również tym, że dobrana kolorystyka tworzy idealną kompozycję i od razu ma się ochotę je założyć.

Pola lawendy, słońce i doskonałe piemonckie wino to charakterystyczne elementy, które możemy zauważyć przyglądając się delikatnym tkaninom podczas pokazów. Już od kilku lat Beata prezentuje swoje kreacje na pokazach w Uzdrowisku „Hotel Grand Lubicz“ w Ustce. W ten sposób przeszywające mrozem północne powietrze nad Bałtykiem zostaje choć odrobinę rozgrzane żywymi i wesołymi kolorami jej strojów.

„Pragnę aby moi klienci, zarówno starsi jak i młodsi, cieszyli się wygodą i komfortem ubrań“, powiedziała Beata podczas naszego spotkania we Włoszech, gdzie można ją często spotkać, zwłaszcza w Piemoncie i Toskanii, a także na targach w Mediolanie. Materiały do swoich projektów Beata wyszukuje z wielkim zaangażowaniem, często wybierając unikalne i niepowtarzalne wzory. Każda podróż to jednocześnie naładowanie się pozytywną energią i poszukiwanie nowych inspiracji. Przychodzą mi tu na myśl słowa Luigiego Barziniego: „We Włoszech człowiek nigdy nie czuje się samotny z własnymi myślami, to tu właśnie jest stopiony z ludzkością, wszystko wokół niego staje się przejrzyste i otwarte. Te malownicze widoki i niezwykła przyroda, pejzaże, ludzie oraz architektura stają się scenariuszem niekończącej się powieści.”

Król Zygmunt I i Bartolomeo Berrecci. „Rodzice” Kaplicy Zygmuntowskiej

0

„Był u nas Włoch z modelem kaplicy, którą ma nam wystawić i który się nam spodobał, jednakże niejedno poleciliśmy mu zmienić wedle naszego zamysłu, cośmy mu też oświadczyli. Wskazaliśmy mu również co chcemy, aby w nagrobku wykonane było z marmuru, co też od niego samego i dzięki karcie szerzej rozpoznasz”. Tak w 1517 roku o planowanym dla siebie mauzoleum pisał do swojego bankiera Jana Bonera król Polski Zygmunt I.

Renesans w Polsce miał swoje początki na dworze królewskim w Krakowie. Krótko po 1500 roku grupa florenckich architektów i budowniczych przybyła na Wawel i założyła warsztat. Przybyli na zaproszenie królewicza Zygmunta Jagiellończyka, który 24 stycznia 1507 roku został koronowany w katedrze wawelskiej na króla Polski. Warsztatem kierował Franciszek Florentczyk i zatrudniał kolejnych, przybywających z Włoch oraz innych krajów artystów. Po śmierci Florentczyka w 1517 roku warsztat przejął Bartolomeo Berrecci z Pontassieve koło Florencji. Pracował w Krakowie do 1537 roku. Dziełem jego życia, perłą renesansu w Polsce i budowlą architektoniczną, która wpłynęła na całe pokolenia artystów była Kaplica Zygmuntowska. Berrecci wzniósł ją w latach 1517-1533 jako mauzoleum dla władcy, pełne symbolicznych znaczeń i o bogatej dekoracji rzeźbiarskiej. Inicjatorem powstania kaplicy był król Zygmunt I. Budowla miała pełnić funkcję mauzoleum królewskiego, reprezentującego najwyższą klasę artystyczną. Już w 1517 roku Berrecci przedstawił władcy model planowanej kaplicy, ale prace budowlane rozpoczęto wiosną 1519 roku. Kamień węgielny uroczyście poświęcono 17 maja 1519 roku i zgodnie z ówczesnym zwyczajem ustalono układ gwiazd i rozpisano horoskop astrologiczny. Budowla stanęła w miejscu wcześniej rozebranej kaplicy gotyckiej z XIV wieku. Najpierw zbudowano podziemną kryptę i umieszczono w niej okazały sarkofag królewski. Mury korpusu wzniesiono w 1520 roku, a przez kolejne 13 lat kontynuowano prace przy budowie kopuły, latarni oraz dekoracji zewnętrznej i wnętrz. Konsekracja odbyła się w czerwcu 1533 roku.

Architektura kaplicy

Królewskie mauzoleum zostało zbudowane zgodnie z zasadami geometrii i tradycją włoskiej architektury sakralnej. Kaplica przylega oraz częściowo jest wtopiona w południową nawę katedry wawelskiej i flankuje od wschodu południowe wejście do świątyni. Centralny rzut był nawiązaniem do postulatów włoskich teoretyków architektury i architektów, którzy wskazywali kwadrat i koło jako figury najbliższe doskonałości. Artyści renesansu bazowali na traktacie Witruwiusza z I wieku p.n.e. O architekturze ksiąg dziesięć, gdzie figury geometryczne zostały wpisane w ciało człowieka, co miało świadczyć o doskonałości proporcji. Liczne traktaty renesansowe bazowały na tej teorii począwszy od wczesnorenesansowego architekta i humanisty Leona Battisty Albertiego. Najsłynniejszym rysunkiem obrazującym te teorie jest Człowiek witruwiański Leonarda da Vinci. Odniesienia do figur kwadratu i koła są czytelne w bryle kaplicy. Podstawa została zbudowana na planie kwadratu, wyżej, na poziomie kopuły ma kształt ośmioboku, zaś latarnia, czyli najwyższy poziom budowli uzyskał kształt cylindryczny wyrastający z koła. Całość zwieńczono kulą i krzyżem. Wnętrze kaplicy także zróżnicowano nawiązując do zewnętrznych obrysów kolejnych kondygnacji.

Program ideowy i symbolika kaplicy

Król Zygmunt, który w młodości przebywał na węgierskim dworze w Budzie, był wykształconym humanistą. Humanizm kładł nacisk na pielęgnowanie cnoty magnificentia (po staropolsku wielmożność), która polegała między innymi na właściwym gospodarowaniu środkami na dzieła sztuki, w tym architektury. O wspaniałości władcy miał świadczyć jego grobowiec, zaś pieniądze wydane na ten cel wpisywały się w pożądaną u króla cnotę. Humaniści włoscy powoływali się na antyczny Rzym i jego budowle grobowe o „cudownej mocy zachęcania nas do cnoty i chwały, szczególnie wtedy kiedy zostały poświęcone jednostkom wybitnym” (Giovanni Pontano, Opera omnia). Król od początku swojej działalności w Polsce angażował się w realizację takich założeń, które miały na celu przyniesienie chwały i sławy pośmiertnej. Zmarłemu w 1501 roku Janowi Olbrachtowi współfinansował nagrobek, a drugiemu bratu, kardynałowi Fryderykowi zmarłemu w 1510 już jako król ufundował płyty nagrobne z brązu. Zygmunt I dość szybko zainteresował się budową własnego grobowca ze świadomością, że kaplica nie może być mniej okazała od innych dzieł architektoniczno-dekoracyjnych wznoszonych na Wawelu od początku XVI wieku. W 1517 roku król pisał do Jana Bonera: skoro jednak wiele łożymy na doczesne budowle, dlaczegóż mielibyśmy szczędzić na te, w których nam przyjdzie zamieszkać na wieczność? Artysta, któremu władca zamierzał powierzyć odpowiedzialne zadanie zaprojektowania kaplicy musiał być należycie wykształcony i potrafić sprostać wymaganiom królewskim. Italia, jako wzór do naśladowania, kolebka renesansu, była pierwszym i właściwym z punktu widzenia króla wyborem. Prymas Jan Łaski, który dobrze znał Włochy z wcześniejszych pobytów, a w 1512 roku został delegowany na sobór laterański, otrzymał zadanie wyszukania i sprowadzenia odpowiedniego artysty. Jest to prawdopodobna hipoteza, bo Łaski przebywał w Rzymie od marca 1513 do połowy 1515 roku, zaś Bartolomeo Berrecci przybył do Krakowa w październiku 1515 roku drogą przez Węgry. Nie istnieje potwierdzenie w dokumentach źródłowych o dokładnej dacie przybycia artysty na dwór na Wawelu, jednak badacze wskazują na 1515 rok z kilku powodów. Berrecci związał się w Krakowie z Dorotą Nassakówną, która w 1517 roku urodziła mu syna Sebastiana. W listopadzie 1515 roku król wyjeżdżał na Litwę, a badacze raczej wykluczają brak możliwości osobistej rozmowy Zygmunta I z artystą, któremu miał powierzyć tak ważne zadanie tym bardziej, że pisząc do swojego bankiera wyraźnie wskazał na otrzymanie projektu mauzoleum od włoskiego architekta. List wskazuje także na doskonałe wykształcenie króla i orientację w teorii architektury antyku i renesansu, z którą Zygmunt I zapoznał się podczas pobytu na dworze swojego brata na Węgrzech. Wśród przeczytanych lektur były z pewnością traktaty Witruwiusza i Albertiego oraz inne dzieła włoskie niezbędne dla edukacji XVI-wiecznego humanisty. Kaplica wzniesiona przy katedrze wawelskiej stała się perłą renesansu Europy Północnej. Berrecci wykazał się niezwykłym kunsztem i doskonale dobierał współpracowników. Dekoracja rzeźbiarska i architektoniczna wewnątrz mauzoleum stanowi wybitny przykład recepcji włoskiego renesansu w Polsce. Każda z płaskorzeźb zdobiących ściany kaplicy zasługuje na odrębną analizę. Wśród wielu artystów tworzących u boku Berrecciego nie było takiego, który nie rozumiałby myśli renesansowej. Harmonia architektury i uroda dekoracji wnętrza tworzą całość, która estetycznie spełnia wymogi dawnej epoki, ale która także dzisiaj wpisuje się w ideę piękna. Rozumiemy to, co harmonijne, symetryczne, nawiązujące do antyku. Oko ludzkie uspokaja się patrząc na piękno ponadczasowe.

Spacerem na wzgórze

Katedra na Wawelu przez czterysta lat była kościołem polskich królów i w niej koronowano wszystkich z wyjątkiem Stanisława Leszczyńskiego i Stanisława Augusta Poniatowskiego. To także nekropolia królewska. Początkowo władców chowano w komorach grobowych pod posadzką, z czasem ustalił się zwyczaj budowania kaplic. Kaplica zwana Zygmuntowską, z sygnaturą w części niebiańskiej wykutą jest najbardziej dekoracyjną i reprezentacyjną budowlą tego typu. Sam król Zygmunt I Stary oraz jego następcy z członkami rodzin zostali pochowani w podziemnych kryptach katedralnych. W kaplicy-mauzoleum znajdują się sarkofagi królewskie Zygmunta Augusta, Stefana Batorego, Zygmunta III oraz złocone miedziane trumny Władysława IV oraz jego żony Cecylii Renaty. Dzisiaj Wawel jest częścią dziedzictwa kulturowego Polski i Europy. To dawny ośrodek władzy: książęcej, biskupiej, królewskiej. Idąc w górę wzgórza od strony ulicy Kanoniczej wzdłuż murów zamkowych mija się kolejne budowle: po lewej Wieżę Zygmuntowską, za zakrętem Muzeum Diecezjalne po prawej. Dalej, na rogu po lewej Krypta pod Wieżą Srebrnych Dzwonów i katedra, a kiedy teren się wyrównuje wychodzimy na otwartą przestrzeń wzgórza. Za nami Kaplica Zygmuntowska. Król miał wielki wpływ na projekt mauzoleum i jego późniejszą realizację. Jak pisał w swoim traktacie Filarete, florencki architekt renesansu, zleceniodawca jest ojcem budowli, architekt jego matką. Tym samym rola tego ostatniego, choć niezbędna, w czasach Zygmuntowskich pełniła drugorzędne znaczenie. To król decydował i w blasku jego władzy, sławy i bogactwa Bartolomeo Berrecci stworzył dzieło życia. Swój podpis wykuł na zachowanym w oryginale podniebiu latarni, przy głowie serafina i dziewięciu główkach anielskich: BARTHOLO FLORENTINO OPIFICE.

Malarskie plenery nad Jeziorem Garda

Graziella Jasińska, polska malarka, mieszkającą od 20 lat w Vallese koło Werony. Studia artystyczne ukończyła we Włoszech w wieku 40 lat i wciąż się kształci w dziedzinie malarstwa. Jest zafascynowana Jeziorem Garda, nad którym od lat spędza większość wolnego czasu wraz z mężem, Włochem.

Przeprowadzka do Włoch pozwoliła ci zrealizować marzenia?

Tak, zaczęłam spełniać swoje marzenia, kiedy prawie dwadzieścia lat temu, w wieku czterdziestu lat przyjechałam do Włoch na zaproszenie kuzynki, która mieszkała w pobliżu Werony. To ona pomogła mi znaleźć pracę, dzięki czemu wreszcie mogłam rozpocząć upragnione studia artystyczne pod kierunkiem prof. Marii Luisy Quaini w szkole w malarstwa w San Giovanni Lupatoto. Później ukończyłam jeszcze szkołę rysunku i malarstwa w Bovolone, kilka lat uczyłam się technik malarskich w prywatnej szkole
w Legnano i w Arcobaleno Arte w Ca’ di David w Weronie. Doskonalenie umiejętności i zdobywanie nowych jest dla mnie niezwykle ważne, dlatego wciąż szukam nowych wyzwań. Moim najnowszym odkryciem jest technika szybkiego malowania, której nauczyłam się w szkole malarstwa w Buttapietra.

La donna / 100×70 / olio su tela / 2017

Na czym ona polega?

Mówiąc najprościej jest to spontaniczne używanie kolorów, które „rzuca się” na płótno i przeciąga w różne strony. Cykl powstawania obrazów trwa około dwóch dni. Każdy wybiera kolory tak, jak czuje. Ja zdecydowałam się na popiele, biel i czerń. Bardzo ważne jest to, że podczas aktu tworzenia uwalniają się emocje. To bardzo pomaga, zwłaszcza tym, którzy są na początku swojej malarskiej drogi.

Co we Włoszech bardziej inspiruje, prace włoskich mistrzów, których pełno w tutejszych muzeach, czy piękno natury?

Moim mistrzem jest nie włoski, ale holenderski malarz Piet Mondrian uważany, obok Kandinskiego i Malewicza, za jednego z prekursorów abstrakcjonizmu. Geometryczne wzory, które urzekły mnie, kiedy studiowałam jego obrazy, obecne są w moich pracach, także tych inspirowanych naturą, włoskim krajobrazem. Zdecydowanie jednak natchnieniem jest dla mnie tutejsza natura, zwłaszcza fascynujące Jezioro Garda z malowniczo położonymi miasteczkami na brzegu.

Rinasci / 90×90 / olio su tela / 2020

Jak korzystasz z tego „natchnienia”?

Nad jezioro przyjeżdżam często razem z mężem. Podczas lockdownu braliśmy do plecaka jedzenie i robiliśmy całodniowe piesze wędrówki. Zwiedzaliśmy miasteczka nad jeziorem, pełne barokowych kościołów i średniowiecznych zamków, bo okolice jeziora Garda były nieprzerwanie zasiedlone już od czasów starożytnych. Do najciekawszych należą zamki budowane przez ród Della Scala na wschodnim brzegu jeziora i weneckie fortyfikacje w mieście Peschiera del Garda. Do moich ulubionych miejsc na trasie nad jeziorem należy Sirmione, do którego już w czasach rzymskich ściągali arystokraci, aby cieszyć się pięknymi widokami i zażywać kąpieli w wodach termalnych czy ciekawe, ze względów historycznych Salò, które w ostatnich latach II wojny światowej było stolicą Republiki Salò, założonej przez Benito Mussoliniego na rozkaz nazistowskich Niemiec. Latem pływamy po jeziorze motorówką i oglądamy miasta od strony jeziora. Właśnie te miejsca są w programie organizowanych przeze mnie plenerów.

O jakich plenerach mówisz?

O warsztatach artystycznych dla osób, które chcą uwolnić swoje emocje, spełnić marzenia i po prostu malować. W programie tych plenerów malarskich jest też, między innymi, nauczanie techniki szybkiego malowania, o której wcześniej wspomniałam.

Co chcesz przekazać uczestnikom plenerów, czym się podzielić?

Jedna z atrakcji, to zaproszenie do włoskiego domu, pokazanie jak żyje tu zwyczajna rodzina. Mamy dużą letnią kuchnię, w której możemy razem biesiadować i gotować. Bo jak Włochy to oczywiście dobre, proste jedzenie i wino. Włosi przywiązują duża wagę do jakości produktów, kupują je u lokalnych producentów. Mój mąż świetnie gotuje, jego popisowe danie to spaghetti z małżami, przewidziane jako stały punkt warsztatów podczas powitalnej kolacji.

Senza titolo / 100×80 / olio su tela / 2020

Malarstwo jest twoją pasją, ale stało się też sposobem na życie?

Jest pasją ważniejszą niż wszystko inne. Gdy maluję czuję, że jestem szczęśliwa, dlatego postanowiłam dzielić się tymi doświadczeniami z innymi. Tak właśnie narodził się projekt wakacyjnych malarskich plenerów i warsztatów artystycznych nad moim ukochanym Jeziorem Garda. To pomysł na super włoskie wakacje dla wszystkich, którzy, tak jak ja, chcą spełniać swoje marzenia i malować. Moją rolą jest sprawić, by sztuka odmieniła ich życie.

Twoje odmieniła? Kiedy zaczęła się twoja przygoda z malowaniem?

Malowałam od dzieciństwa. Wcześnie odkryłam, że dzięki obrazom mogę wyrazić swoje uczucia, emocje, pokazać smutek czy radość. Farby, kredki i papier to były moje zabawki, moje pluszaki. Kiedy koleżanki bawiły się lalkami, ja wolałam malować. Już w szkole podstawowej wygrywałam konkursy malarskie. Wtedy opiekę artystyczną roztoczyła nade mną nauczycielka z mojego rodzinnego miasta, Ostrowa Wielkopolskiego, która pracowała ze mną indywidualnie i przygotowywała mnie do egzaminów na studia artystyczne na ASP we Wrocławiu.

Jednak życie i sytuacja rodzinna zweryfikowały moje plany. Musiałam pójść do pracy i zaopiekować się mamą po śmierci ojca. Potem założyłam własną rodzinę i znowu na malowanie nie było miejsca. Wiedziałam jednak, że do malowania wrócę. I wróciłam, ale dopiero tu, we Włoszech.

Nie poddajesz się łatwo…

Zawsze wierzę, że to, co zaplanuje uda się, przynajmniej w części, to moja dewiza. I nie ma znaczenia czy są to małe rzeczy, czy wielkie. Wszystko co robię, robię z pasją i miłością.

Wino i religia

0

W Biblii słowo „wino” zostało użyte przynajmniej 278 razy w 285 wersetach, podczas gdy słowo „winorośl” pojawiło się tam 141 razy w 135 wersetach.

Od czasów antycznych jedzenie i picie miało bardzo ważne znaczenie, albowiem umożliwiało życie. Ten, kto nie ma nic do jedzenia ani do picia musi umrzeć; jedzenie i picie były uważane za dary od Stwórcy, a posiłek to coś, co odnosi się do Boga. W tym samym czasie posiłek był symbolem Eucharystii i przyjaźni pomiędzy każdym, kto w niej uczestniczył.

„Wesele w Kanie” nieprzypadkowo przedstawiało pierwszy jawny „znak” Jezusa jako Syna Bożego. Podczas liturgii chleb i wino zostały przemienione przez Chrystusa w widoczne znaki wieczerzy, podczas której on sam staje się pożywieniem i ustanawia eucharystyczną wspólnotę wraz z innymi uczestnikami.

„Będąc wiernym Chrystusowi, Kościół zawsze wykorzystywał chleb i wino do celebrowania Pańskiej wieczerzy.” Chleb musi być pszeniczny, świeży i przaśny. Wino używane podczas Mszy przeważnie było czerwone (ze względów praktycznych wprowadzono także wino białe, mimo że kolor czerwony bardziej przypomina nam krew). Wino mszalne musi być przygotowane z naturalnych i prawdziwych winorośli, a winogrona wykorzystywane do produkcji muszą całe. Należy także pamiętać, że nie można dodawać alkoholu z ziemniaków lub ryżu.

W religii żydowskiej wino ma duże znaczenie symboliczne i jest ważnym elementem religijnej liturgii. Wino, najlepiej czerwone, ma szczególne znaczenie podczas uroczystego żydowskiego Szabatu. Święty charakter Szabatu znajduje swoje podstawy w dokładnie sformułowanym przykazaniu Pięcioksiągu – pięciu ksiąg, które są podstawą Tory, pouczenia par excellence, którego treść została przekazana bezpośrednio przez Mojżesza. Wino użyte podczas celebrowania świętego obrzędu Szabatu powinno być czerwone oraz wysokiej jakości. Należy także wypełnić nim szklankę aż po same brzegi (najczęściej jest używany do tego specjalny kielich ozdobiony żydowskimi symbolami).

Wino jest spożywane także podczas najważniejszych ceremonii, takich jak: śluby, osiągnięcie dojrzałości religijnej, Pascha czy z okazji święta Purim. Wino używane podczas ceremonii jest często zmieszane z wodą, miodem lub z innymi aromatami oraz musi być całkowicie koszerne (co oznacza, że musi spełniać określone wymogi, które wywodzą się z tradycji i są związane z życiem Żydów). Co więcej, wino może być przygotowane tylko przez wyznawców religii żydowskiej.

tłumaczenie pl: Klaudia Wojcieszak

Giovanni Ballarin – Warszawa początkiem drogi kapłańskiej

0

Trzeci z dziewięciorga rodzeństwa, wujek dwudziestu pięciu siostrzeńców i bratanków, rodowity wenecjanin z sestiere Cannaregio, zafascynowany życiem misyjnym i – cytując nawrócenie św. Pawła w drodze do Damaszku – Warszawa stała się jego drogą do kapłaństwa. To historia księdza Giovanniego Ballarina, który w każdą niedzielę o godzinie 11 odprawia mszę w kościele Wszystkich Świętych na Placu Grzybowskim w Warszawie. Nabożeństwo w języku włoskim, które jeszcze do czasu Adwentu odbywało się po południu, odprawia się tutaj od 2009 roku, czyli od momentu, kiedy pojawiła się potrzeba duchowa wśród wielu pracowników firmy Astaldi pracujących przy budowie drugiej linii metra. To druga w Warszawie liturgia w języku włoskim, obok tej historycznej, odprawianej w języku Dantego od 1994 w kaplicy Centrum Kulturalnego Ojców Barnabitów na Mokotowie.

Ksiądz Giovanni do 25 roku życia mieszkał w Wenecji, oddając się w pełni zwyczajom laguny. Jako dziecko grał w piłkę na weneckich placach tzw. campi, uprawiał wioślarstwo, a z przyjaciółmi dzielił karnawały i spritze w Erbaria na Rialto.

Co zadecydowało o tym, że Twoje życie zmieniło się tak radykalnie?

Jako dziecko nie byłem wzorem ucznia, potem uczyłem się w szkole religijnej z internatem, prowadzonej przez Zgromadzenie Salezjanów i to tam naprawdę zacząłem się uczyć. Pielęgnowałem wiarę, bo nauczyli mnie tego moi rodzice, ale potem problemy w życiu prywatnym sprawiły, że odkryłem i rozwinąłem moją relację z Bogiem. Fascynuje mnie powołanie misyjne i nie mam problemu z podróżowaniem i osiedlaniem się w różnych krajach. Po studiach pracowałem i mieszkałem przez 6 miesięcy na misji w Izraelu. Po powrocie odbyłem służbę wojskową w Marynarce Wojennej na Lido. To był czas, kiedy czułem się, jakbym szukał mojej prawdziwej tożsamości, jak na ironię, nagłe powołanie poczułem podczas Mistrzostw świata w piłce nożnej w 2006 roku. Włochy zostały mistrzem świata, a ja zdecydowałem się zostać misjonarzem. Wysłano mnie do diecezjalnego/misyjnego seminarium Redemptoris Mater na Młocinach w Warszawie. To był punkt zwrotny, poświęciłem się studiom i ukończyłem filozofię i teologię na Uniwersytecie Warszawskim, pogodziłem się z rodziną, a nawet z łaciną! To przedmiot, którego zawsze obawiałem się tak bardzo, że kiedy zdałem egzamin na Uniwersytecie, zainspirowało mnie zdanie świętego Józefa z Kupertynu: „W każdej twojej sprawie, doczesnej lub duchowej, zrób swoją część, a resztę zostaw Bogu”. Krótko mówiąc, studiowałem tyle, ile mogłem, a potem polegałem na Opatrzności i poszło dobrze!

Jakie było doświadczenie w Redemptoris Mater?

Intensywne, dotknęło mnie głęboko i zmieniło. To ważne doświadczenie z punktu widzenia wiary, a także z punktu widzenia ludzkiego, ponieważ w seminarium spotkałem chłopaków z całego świata, oprócz Polaków i kilku Włochów, byli tam także Ukraińcy, Hiszpanie, Kolumbijczycy i Filipińczycy.

Czy możemy powiedzieć, że w sferze katolickiej włoski jest międzynarodowym?

Tak, wszyscy seminarzyści Redemptoris Mater oprócz łaciny uczą się włoskiego, oficjalnym językiem jest również francuski. Te trzy języki mają kluczowe znaczenie dla tych, którzy wybierają życie zakonne.

Jak się odnajdujesz w nowej roli, w kościele Wszystkich Świętych?

W 2016 r. przyjąłem święcenia kapłańskie, moja pierwsza posługa odbyła się w kościele św. Anny, później cztery lata spędziłem w kościele niedaleko stacji metra Wilanowska przy ulicy Domaniewskiej. Do kościoła Wszystkich Świętych trafiłem we wrześniu 2020 roku zastępując księdza Matteo Barausse, pochodzącego z Vicenzy. Nie należy go mylić z księdzem Matteo Campagnaro, który jest sekretarzem kardynała Nycza. Wszyscy byliśmy razem w Redemptoris Mater. W obecnej parafii czuję się bardzo dobrze. Na mszę po włosku przychodzą włoscy wierni, robotnicy, którzy są w Warszawie przez pewien okres czasu z rodziną lub bez, studenci Erasmus, a także mieszane pary i Polacy, którzy kochają nasz język. Oczywiście przeżywamy teraz trudny okres pandemii i dlatego wszystko odbywa się w innej atmosferze, nawet chrzty, komunie i bierzmowania są często przekładane na lepsze czasy. Ale ważne jest, abyśmy zrozumieli znaczenie nie zamykania kościołów nawet w czasach największego zagrożenia wirusem. Chodzenie do kościoła oznacza dla wierzącego karmienie jego duchowej potrzeby, msza jest pokarmem dla duszy, której potrzebujemy przez cały czas. A po tak ciężkim roku, między ograniczeniami a chorobą, wiele osób jest psychicznie osłabionych. Dusza w języku greckim to psiche, w tym okresie istnieje niezwykła potrzeba wspierania duszy, aby dać siłę również naszej psychice.

Przesłanie wiary katolickiej jest jedno, ale czy jest możliwe, że istnieją różne jego odmiany w zależności od kraju? Na przykład, czy jest więcej dyscypliny w Polsce i więcej lekkości we Włoszech z religijnego punktu widzenia?

Jestem nauczycielem religii w szkole podstawowej nr 25 i często podaję ten przykład: pomyślmy o ojcu rodziny, najlepszy nie jest ten, który pozwala swoim dzieciom robić wszystko, ale ten, który uczy, stawiając również granice. Dlatego uważam, że potrzebujemy jasnego przesłania i spójnego z nim sposobu zachowania. Biorąc to pod uwagę ani nadmierna dyscyplina, ani nadmierna lekkość nie są dobre. Czasami pytają mnie, dlaczego we Włoszech rozwódka może przyjmować komunię, a w Polsce nie? To nie prawda. Kościół katolicki jest taki sam na całym świecie, jeśli jesteś katolikiem, który zawarł sakrament małżeństwa wiesz, że to jest na zawsze, a zatem, z wyjątkiem rzadkich przypadków unieważnienia, jeśli bierzesz rozwód cywilny i rozpoczynasz nowy związek, powinieneś sam wiedzieć, że musisz powstrzymać się od komunii. Oczywiście w niedziele nie odmawiam komunii żadnemu rozwodnikowi, bo to kwestia sumienia, każdy wierzący musi zadać sobie pytanie, czy żyje w związku pozamałżeńskim po rozwodzie.

Ale jakąś różnicę kulturową można zauważyć, mam polskich przyjaciół, którzy uczestniczyli w nabożeństwach we Włoszech, a potem razem z księdzem i innymi wiernymi poszli na kieliszek wina. Było to dla nich pozytywne zaskoczenie.

Tak, to prawda i wynika to z różnego sposobu życia w obydwu krajach. We Włoszech niektóre parafie są wspaniałymi miejscami spotkań, to nie tylko kwestia wspólnego picia spritza lub wyjścia na pizzę, organizuje się też zajęcia sportowe, inicjatywy społeczne i artystyczne, zawsze stawiając Zmartwychwstałego Chrystusa w centrum. W mojej parafii w Warszawie, na tyle, na ile mogę, również staram się angażować parafian w wydarzenia, które wychodzą poza niedzielną liturgię. Nawet w homiliach ktoś zauważa moją włoskość. Doświadczenie Ewangelii Chrystusa pomaga zrozumieć każdy etap naszego życia, nie uważam za właściwe odejście od tego przesłania, aby zapuszczać się w polityczne lub patriotyczne rozważania. Z tego powodu polscy wierni mówili mi czasem po mszy, że dziwne było to moje kazanie, bo mówiłem o Chrystusie. Odpowiadam zawsze, że powinniśmy przede wszystkim mówić o Dobrej Nowinie.

Poradziłem wielu Polakom, aby posłuchali Benigniego, który tłumaczy Dziesięć przykazań. Moim zdaniem jest to przydatne ćwiczenie, aby zrozumieć, że przesłanie wiary katolickiej jest pozytywne, mówi o nadziei i miłości, bardziej niż o cierpieniu i surowych zasadach, dobrze myślę?

Benigni jest niezwykłym artystą, może sprawić, że zafascynuje cię nawet lektura ulotki leku. Różnica jest taka, że on zrobi wspaniałe przedstawienie o przykazaniach, które wystawi podczas dwóch wieczorów z rzędu, a my kapłani musimy nieść przesłanie w każdą niedzielę i być dostępni każdego dnia. Bycie księdzem jest zaskakująco trudne i czasem bardzo trudne. Bardziej niż Benigniego polecam posłuchać ojca Fabio Rosiniego, odpowiedzialnego za powołania w diecezji rzymskiej, który od lat zachwyca tysiące młodych ludzi, wyjaśniając przesłanie miłości i poszukiwanie szczęścia, które niesie ze sobą Dekalog. Często wspominam o nim w moich homiliach, może również dlatego są nieco inne, być może nieumyślnie pojawia się w nich włoski humanizm. W tym roku, w 700 rocznicę śmierci Dantego, czasami wspominam wielkiego poetę, ostatnio na przykład przy okazji opowieści o postaci Poncjusza Piłata.

Wróćmy do naszego wspólnego rodzinnego miasta: Wenecji. Twoje nazwisko jest jednym z najbardziej popularnych i jesteś Ballarin zarówno od strony ojca, jak i matki! Jako rodowity wenecjanin, co sądzisz o stopniowym opuszczaniu miasta przez mieszkańców, z którym mamy do czynienia przez ostatnie dziesięciolecia i które doprowadziło do utraty ponad połowy osób zameldowanych w samej Wenecji?

Jest to sytuacja, która mnie smuci, bo pamiętam dzieciństwo spędzone na placach i dziedzińcach z przyjaciółmi, grę w ping-ponga, bilard, czy w piłkarzyki. Być może dramat spowodowany przez covid-19, który zablokował turystykę pozwoli zrozumieć, że miasto potrzebuje mieszkańców i tradycyjnego rzemiosła, aby nie stracić swojej autentyczności, nie może być tylko monokulturą turystyczną. Z mojego punktu widzenia, gdybym kiedykolwiek został wysłany na misję do Wenecji, bo trzeba zaznaczyć, że jestem kapłanem diecezji warszawskiej, pierwszą rzeczą, jaką bym zrobił, byłoby ponowne otwarcie parafii dla młodych ludzi, którzy muszą się bawić, wymieniać doświadczeniami właśnie w takim miejscu. Parafia zawsze była drugim domem dla wszystkich tych, którzy dorastali w Wenecji, która podobnie jak Chrystus, zawsze przyjmuje wszystkich, nie tylko wierzących.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Via Francigena

0

„To nie dlatego, że my, toskańczycy, jesteśmy lepsi lub gorsi od innych, Włochów czy obcokrajowców, ale dlatego, że dzięki Bogu różnimy się od wszystkich innych narodów…”.

To zdanie Curzio Malaparte z jego książki Przeklęci toskańczycy wystarczyłoby, aby zobrazować tym, którzy podążają toskańskim odcinkiem Via Francigena ogromną różnorodność krajobrazu, który spotykają i który idzie w parze z różnorodnością jego mieszkańców.

Ta odmienna Toskania rozpoczyna się wraz z przełęczą Passo della Cisa, wcześniej znaną jako Monte Bardone, która zyskała na znaczeniu w czasach Longobardów. Dalej szlak biegnie w kierunku Lukki i Lunigiany. Na ostrym zakręcie spotykamy stado koni w towarzystwie dzika, może trochę oswojonego, mylącego drogę z pastwiskiem. Kościół Nostra Signora della Guardia, który w swoim wyglądzie i atmosferze przypomina kościoły alpejskie, wita pielgrzyma jeszcze zanim ten będzie zmuszony zmierzyć się z wymagającymi szlakami, biegnącymi przez lasy i ścieżki, uczęszczane również przez zwierzęta juczne. Podążamy w kierunku Pontremoli, miejscowości Puntremel przytaczanej przez arcybiskupa Sigerika. Rzeka Magra, którą kilkakrotnie przecinamy przechodząc przez dolinę, była dawniej granicą polityczną oraz korytarzem tranzytowym dla ruchu handlowego w kierunku północnych Włoch. Majestatyczny krajobraz nadal jest bardzo podobny do tego, który spotkał tu Sigeriko na krótko przed 1000 rokiem. Tak samo jak wsie, zamki i kościoły, które wznoszą się na grzbietach gór. Po zejściu w pobliżu wybrzeża Versilia, będącego teraz ośrodkiem turystycznym, jest nieco trudniej znaleźć wspomnienie o pielgrzymach podążających Drogą Lombardzką. W tym celu trzeba odwiedzić małe wioski w głębi lądu, gdzie symbol pielgrzyma wyraźnie wskazuje ważne miejsca kultu religijnego.

Kontynuując podróż wzdłuż drogi natrafiamy na XVI-wieczny przystanek Sigeriko, Lucę, dziś Lukkę, miejsce, gdzie krzyżują się różne trasy tranzytu transalpejskiego. To tutaj, na ścianie ganku, jest wyryty labirynt, symbol pielgrzymki i czczony wizerunek Świętej Twarzy, drewniany krucyfiks, któremu legenda przypisuje cudowne pochodzenie. Kult tego wizerunku przewyższył już kult prawdziwych patronów miasta, Świętego Marcina i Świętego Paulina.

Pozostawiając za sobą Lukkę, mijamy gęsto uprzemysłowiony obszar, który w przeszłości stwarzał pielgrzymom wiele problemów, ponieważ był mocno bagnisty.

Po przejściu rzeki Arno w pobliżu miasta Fucecchio, szlak Sigerika biegnie w kierunku San Miniato i dalej w kierunku Val d’Elsa, mijając Castelfiorentino, Montaione, Gambassi Terme i Certaldo przed przekroczeniem San Gimignano, czyli „miasta pięknych wież”. Via Francigena, czyli inaczej Drogę Lombardzką przecina Elsa, opisana w Diario przez arcybiskupa jako Aelse, w pobliżu Colle di Val d’Elsa, następnie Burgenove, dzisiaj znane jako Abbadia a Isola, u stóp Monteriggioni, dociera do Sieny. Ernesto Sestan określił Sienę jako „córkę drogi”. Droga Lombardzka przechodzi przez Sienę, Seocine, z północy na południe, poczynając od Porta Camollia i kończąc, zbaczając w stronę Katedry i leżącego naprzeciwko zabytku Pellegrinaio di Santa Maria della Scala, na Porta Romana. Oprócz Val d’Arbia, mijamy przepiękne Buonconvento, Montalcino, Torrenieri i San Quirico d’Orcia. Dalej Droga Lombardzka biegnie pomiędzy delikatnymi wzgórzami, cyprysami i kościołami parafialnymi w Val d’Orcia. Następnie ścieżka staje się trudniejsza, zaczyna iść w górę, po lewej stronie rzeki Paglia, w kierunku Radicofani, opisywanej przez turystów w XIX wieku jako wrogie i niebezpieczne terytorium. I dalej w prawą stronę, w kierunku Abbadia San Salvatore i znajdującego się tam ogromnego klasztoru benedyktynów, z piękną kryptą sięgającą okresu longobardzkiego. Ostatnim toskańskim przystankiem przed Acquapendente jest Sce Petir in Pail, średniowieczna osada, która już nie istnieje. Jest położona na dnie doliny wzdłuż obecnej Via Cassia. Następnie, po Aquapendente, czeka nas długi odcinek Drogi w regionie Lacjum i wreszcie docieramy do Wiecznego Miasta.

foto: Luca Betti
tłumaczenie pl: Karolina Kempisty

Maserati 3500 GT Spider Vignale, początki Gran Turismo

0

Wakacyjne plany mamy już zapewne dopięte. Jeżeli jednak pozostała nam jeszcze kwestia wyboru transportu, to chciałbym dzisiaj zaproponować kabriolet i to w wersji gran turismo – GT.

Połączenie sportowych osiągów z przestronnym, luksusowo wyposażonym wnętrzem, które sprzyjałoby długodystansowym podróżom to cała filozofia GT. Filozofia, gdyż GT nie ogranicza się tylko do formy karoserii ani tylko do osiągów – to styl podróżowania, ekskluzywny sposób bycia w drodze.

Pogodzenie tych cech było dość trudne w czasach, gdy samochody sportowe były skrajnie niewygodne i przerażająco głośne, a limuzyny choć wygodne, to jednak ospałe w osiągach ze względu na swój ciężar i aerodynamikę. Pierwsze próby na tym polu podjęli Włosi. Doszli do wniosku, że trzeba zastosować mocny silnik, który umieszczony z przodu pozwoli zagospodarować tył auta wystarczająco dużym bagażnikiem – jakże przydatnym w dalekich wyprawach. Wszelkie wygody limuzyny pozostawili tylko do dyspozycji kierowcy i osoby siedzącej obok. Drugiego rzędu foteli nie było w ogóle lub był on „symboliczny”. Nazwali to 2+2, co w tym wypadku oczywiście nie równało się 4. Kolejny ukłon w stronę osiągów to wysmuklenie i obniżenie bryły samochodu, a mariaż tych wszystkich działań nazwali Gran Turismo właśnie. Skąd ten pomysł?

Prawdopodobnie zaczerpnęli to od angielskiego pojęcia „Grand Tour”. Była to najczęściej roczna edukacyjna wyprawa do Włoch angielskich elit, później oczywiście dołączyły także inne narodowości.

Pozwalała na zbliżenie się do kultury i sztuki tego jakże bogatego w zabytki kraju. Podróż ta miała również na celu zapoznanie się z różnorodnością ówczesnego świata, przygotowywała do pełnienia ważnych i odpowiedzialnych stanowisk. Głównymi przystankami były Wenecja, Florencja, Rzym oraz Neapol. Za protoplastę tego typu podróży uchodzi Thomas Coryat, który w 1608 roku udał się w pieszą podróż do Włoch. Pierwszym, który użył tego pojęcia w wydanej w 1670 książce był Richard Lassels. Wiek XVII i kolejny to wręcz wysyp „turystów”. Tak – właśnie stąd pochodzi to określenie. Z czasem sam Tour rozszerzył się o Paryż, Genewę, Wiedeń oraz kilka niemieckich miast. Wśród wielu znanych uczestników byli Lord Byron, Goethe, Mozart oraz nasi królowie Jan III Sobieski i Stanisław August Poniatowski. Atmosferę towarzyszącą temu zjawisku świetnie pokazują dwa filmy: „Pokój z widokiem” Jamesa Ivory z 1985 roku oraz „Miesiąc nad jeziorem” Johna Irvinga z 1995 roku. Ponieważ w tym roku mamy dwusetną rocznicę wydania książki (w 2018 – przyp. red), której koncepcja zrodziła się w trakcie takiej podróży, wspomnijmy jeszcze o Mary Shelley. Książka ta nosi, chyba wszystkim znany, tytuł “Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”.

Jedenaście lat później na Salonie Motoryzacyjnym w Genewie firma prezentuje prototyp 3500 GT Coupe Touring. Ze względu na swój urok i biały kolor lakieru natychmiast okrzyknięty „Białą Damą”. Nawiązano tym do bohaterki medialnego skandalu z 1953 roku Giulii Occhini, kobiety, dla której pięciokrotny zwycięzca Giro d’Italia Fausto Coppi porzucił żonę i praktycznie unicestwił swoją dalszą karierę.

Początek seryjnej produkcji 3500 GT zbiega się z problemami finansowymi Maserati: firma trafia pod zarząd komisaryczny. Mimo zwycięstwa w F1 rok wcześniej, zdecydowano o zaprzestaniu udziału w imprezach sportowych, pozostając jedynie przy produkcji aut wyścigowych na zamówienie od innych załóg. Na szczęście 3500 GT zaczyna się sprzedawać całkiem dobrze. Od 1959 obok wersji coupe pojawia się wersja otwarta w karoserii zaprojektowanej przez Giovanniego Michelotti, a produkowanej przez Vignale z Turynu. Za mechanikę odpowiadał inżynier Giulio Alfieri, do napędu auta posłużył lekko zmodyfikowany silnik z wyścigowego modelu 350S. W trakcie siedmiu lat produkcji samochód był stale udoskonalany, np. od 1959 r. zaczęto stosować hamulce tarczowe, w 1960 wprowadzono 5-biegową skrzynię biegów, a w 1961 bezpośredni wtrysk paliwa. Wersja ta otrzymała nazwę 3500 GTI i był to pierwszy włoski samochód produkowany seryjnie z takim rozwiązaniem.

Cena nowego 3500 GT w otwartej wersji wynosiła 4.950.000 lirów, za silnik z wtryskiem paliwa trzeba było dopłacić kolejne 350.000 Lirów. Jak widać grupą docelową byli klienci o zasobnych portfelach. Samochód trafił idealnie w gusta włoskich i europejskich przedsiębiorców.

Aby sprostać realizacji setek zamówień Maserati musiało przejść metamorfozę od manufaktury do bardzo wydajnej fabryki. Włosi nie byli na to gotowi, postawiono więc na podwykonawców m.in. niemiecką firmę ZF [skrzynie biegów], angielskie Borg&Beck [sprzęgła], Salisbury [dyferencjały] i innych. Bardzo wysokie stawki podatkowe we Włoszech tamtego okresu skutkowały brakiem rodzimych firm wyspecjalizowanych w produkcji podzespołów samochodowych. Wyjątkami były Magneti Marelli [zapłony magnetyczne] i Weber [gaźniki]. Koncepcja produkcji samochodu na istniejących gotowych podzespołach głównie angielskich firm, pozwoliła zaoszczędzić czas i pieniądze związane z projektowaniem i wdrażaniem własnych rozwiązań. W sumie od 1957 do 1964 roku powstało ponad 2200 sztuk tego samochodu. Dla porównania, w ciągu 10 lat, poczynając od 1947 r. Maserati wypuściło na rynek zaledwie 150 sztuk drogowego modelu A6.

3500 GT był olbrzymim sukcesem, bez niego Maserati prawdopodobnie szybko przestałoby istnieć. Przetrwało, bo praca przy tym modelu zmieniła mentalność jego twórców, poszerzyła horyzonty. Już wiedzieli jak, dla kogo i jakie samochody projektować w przyszłości. Olbrzymi wpływ na ów sukces miała również sieć sprzedaży i serwisu. Postawiono na profesjonalną i przede wszystkim błyskawiczną reakcję na potrzeby klientów. Sieć tę tworzyli pasjonaci, ludzie bezgranicznie oddani marce, gotowi do ciężkiej pracy i poświęceń. Tak to wspomina wnuk ówczesnego właściciela firmy Adolfo Orsiego:

„Pracownicy rzymskiego serwisu wyjeżdżali wieczorem, by w nocy w Modenie pobrać potrzebne części, rano po powrocie dokonawszy napraw oddawali klientowi gotowe auto. Sam klient nie miał nawet bladego pojęcia ile wysiłku włożono w to, by go zadowolić”. WOW!

Tradycyjnie już krótka wzmianka o karierze filmowej 3500 GT Vignale. Ma on swój spory wpływ na dramaturgię „Dwóch tygodni w innym mieście” Vincente Minnelli z 1962. Dwa lata później pojawia się w „Zabójcach” Dona Siegela, gdzie po raz ostatni na dużym ekranie możemy zobaczyć byłego prezydenta USA. Chyba wiadomo, o kogo chodzi?

Dzisiaj prezentowany model to produkcja firmy Ricko z Hong Kongu. Wiernie odzwierciedla oryginał o numerze podwozia AM101*915, który zjechał z linii produkcyjnej 10.07.1960 roku.

Lata produkcji: 1959-64 Wersja Vignale
Ilość wyprodukowana: 251 szt.
Silnik: rzędowy 6 cylindrów
Pojemność skokowa: 3485 cm3
Moc/obroty: 256 KM/5500
Prędkość max: 221 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h (s): 7,3
Liczba biegów: 4
Masa własna: 1380 kg
Długość: 4450 mm
Szerokość: 1630 mm
Wysokość: 1310 mm
Rozstaw osi: 2500 mm

foto: Piotr Bieniek

Obiad na wynos – tylko schiscetta!

0

Nie wszyscy Włosi wiedzą czym jest schiscetta, więc zacznijmy od odrobiny historii. Schiscetta to w dialekcie pojemnik na żywność. Termin ten wywodzi się ze zwyczaju napełniania po brzegi, w wyniku czego żywność była ściśnięta i zgnieciona wzajemnym ciężarem, czyli „schiscia” – po mediolańsku.

Inaczej znana również jako gamella lub po prostu menażka, schiscetta była produkowana w wielu wersjach. Pierwsza i zarazem najbardziej znana, zaprojektowana specjalnie dla pracowników i studentów to La 2000, zaprojektowana przez Renato Caimi i produkowana od 1952 roku. W regionie Lombardii jest uważana za symbol boomu gospodarczego do tego stopnia, że La 2000 wchodzi w skład stałej ekspozycji w muzeum designu Triennale w Villa Reale w Monzy.

Jak to możliwe, że przedmiot o takiej wartości historycznej może być dziś nieznany tak wielu osobom? Krótko mówiąc: powojenny wzrost gospodarczy przyniósł wiele zmian w zwyczajach i w stylu życia, szczególnie pracowników. Albo z powodu rosnącej liczby miejsc oferujących tanie menu, albo z powodu coraz mniejszej ilości wolnego czasu, lunch na wynos praktycznie zniknął, wyparty przez nowe rozwiązania, które wówczas wydały się wygodniejsze, szybsze i praktyczniejsze.

W krótkim czasie zaczęto przywiązywać do posiłków coraz mniejszą wagę, dlatego ich przygotowanie coraz częściej powierzano osobom trzecim. Paradoksalnie obiad przywieziony z domu stał się symbolem „uboższych”.

Obecnie na skutek odnowionej świadomości dotyczącej żywienia oraz zdrowego odżywiania schiscetta znów zaczyna być powszechnie używana. Z Lombardii termin ten rozprzestrzenił się po całych Włoszech, nawet jeśli ksenofile wolą używać innych określeń takich jak: lunch box lub japońskie Bento box. W Internecie obecnie można znaleźć ultranowoczesne pudełka śniadaniowe wraz z coraz popularniejszymi książkami kulinarnymi. Coraz bardziej rozwijają się również blogi kulinarne, a nawet konta na Instagramie poświęcone przygotowaniu różnych potraw. Nie zapomnijmy jednak, że schiscetta wymaga organizacji, wyobraźni i praktycznego zmysłu!

Zacznijmy od pojemnika: elektryczny, termiczny lub z osobnymi przegrodami? Na początek wybierzcie coś prostego, możliwie najprostszego, zacznijcie z rzeczami, które macie w domu o ile mają hermetyczne zamknięcie: unikniecie nie tylko zepsutego dnia, ale także zalanej torby! W zależności od waszych upodobań, wymagań, a także dostępnych urządzeń w miejscu pracy (mikrofalówka, podgrzewacz), będziecie mogli wybrać coś bardziej  konkretnego.

Odnośnie składu posiłku, płatki są zawsze dobrym rozwiązaniem, lepszym, jeśli są to otręby, ze względu na większą zawartość błonnika. Można je wcześniej ugotować, a następnie przechowywać w lodówce do pięciu dni lub w zamrażarce przez jeszcze dłuższy czas. Dla urozmaicenia można je połączyć z warzywami podsmażonymi na patelni przez kilka minut lub suszonymi owocami i orzechami (orzechy włoskie, migdały, pestki słonecznika lub dyni).

Warzyw nigdy nie może zabraknąć: żucie sprzyja poczuciu sytości. Po pokrojeniu dodaj kilka kropli soku z cytryny. W ten sposób zapobiegniesz czernieniu, a warzywa pozostaną świeże i chrupiące. W kwestii dodatków i przypraw, jeśli nie masz możliwości przechowywania ich w miejscu pracy, możesz przygotować słoik lub małą buteleczkę z gotową mieszanką oliwy, octu, soli i pieprzu. Pinzimonio na wynos!

Do potrawy nie zapomnij dodać nabiał i łatwo przyswajalne składniki, aby nie obciążyć trawienia i wspomóc koncentrację. Rośliny strączkowe, podobnie jak i zboża, można przygotować wcześniej i przechowywać w zamrażarce. Alternatywą jest kupno ich już ugotowanych, dzięki temu szybko można je przekształcić w zupy, hummus i sałatki.

Masz ochotę na coś słodkiego? Dodaj świeże owoce, suszone owoce lub ciemną czekoladę. Często zmieniaj składniki swoich potraw, a przede wszystkim zadbaj również o walory estetyczne swojego dania: pozytywnie wpłynie to na twój nastrój.

Zwykle żegnam was przepisem, ale tym razem chciałabym zostawić pamiątkę po mojej ukochanej babci. Wiele lat temu rozpieszczała mnie, przygotowując słoiki z makaronem i fasolą. Dla niej był to prosty sposób, aby czuć się potrzebną, a dla mnie była to jedyna możliwość, aby móc zjeść porządny obiad. Byłam młoda i nie umiałam dobrze gotować, poza tym pracowałam i uczyłam się jednocześnie, (zresztą, tak samo jak obecnie!) a przerwy na lunch spędzałam nad książkami.

Pomimo ciężkich dni w pracy, ten makaron z fasolą spożywany w firmowym ogrodzie zawsze mnie pocieszał, ponieważ poprzez swój unikatowy smak przypominał mi o rodzinie. Więzy emocjonalne ujawniają się nie tylko w święta, przy nakrytym stole, ale można je nosić ze sobą w życiu codziennym. Nawet w pojemniku schiscetta.

Macie pytania dotyczące odżywiania? Piszcie na info@tizianacremesini.it, a postaram się
na nie odpowiedzieć na łamach tej rubryki!

***

Tiziana Cremesini, absolwentka Neuropatii na Instytucie Medycyny Globalnej w Padwie. Uczęszczała do Szkoły Interakcji Człowiek-Zwierzę, gdzie zdobyła kwalifikacje osoby odpowiedzialnej za zooterapię wspomagającą. Łączy w tej działalności swoje dwie pasje – wspomaganie terapeutyczne i poprawianie relacji między człowiekiem i otaczającym go środowiskiem. W 2011 wygrała literacką nagrodę “Firenze per le culture e di pace” upamiętniającą Tiziano Terzani. Obecnie uczęszcza na zajęcia z Nauk i Technologii dla Środowiska i Natury na Uniwersytecie w Trieście. Autorka dwóch książek: “Emozioni animali e fiori di Bach” (2013) i “Ricette vegan per negati” (2020). Współpracuje z Gazzetta Italia od 2015 roku, tworząc rubrykę “Jesteśmy tym, co jemy”. Więcej informacji znajdziecie na stronie www.tizianacremesini.it

tłumaczenie pl: Francesco Jordan Złamański

Kobiety mafii. Czy emancypacja kobiet w mafii jest możliwa?

0
Sędziowie Falcone i Borsellino

W licznych rozprawach na temat mafii korzysta się zwykle z zeznań samych mafiozów, zapisków policjantów, adwokatów czy sędziów. Opisywane historie prezentują przez to perspektywę wyłącznie męską. Głos kobiet staje się jednak coraz bardziej słyszalny ze względu na fundamentalne zmiany, dotyczące pozycji i praw kobiet, które zaszły w społeczeństwach zachodnich na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Jednak zanim zaczniemy analizować obecną pozycję kobiet w mafiach włoskich, warto przyjrzeć się temu, jakie tradycyjne role spełniają kobiety w tych strukturach.

Kobiety są kluczowym elementem siatki powiązań, na której opiera się mafia – budują ją i wzmacniają zarówno aktywnie, jak i pasywnie. Najważniejszym zadaniem kobiety jest spełnienie się w roli matki – wpojenie dzieciom specyficznego kodu kulturowego (np. pojęć takich jak vendetta czy omertà) i odpowiedniego podziału ról płciowych. Apoteoza roli matki może się wiązać z obecnym w kulturze archetypem Matki Boskiej z Dzieciątkiem, który podkreśla macierzyństwo (i relację z synem) jako ostateczny cel i sens życia kobiety. W takich warunkach kobiety będą same rozwijać i umacniać kult macierzyństwa, jako że jest to jedyny sposób na zdobycie szacunku czy osiągnięcie stosunkowej niezależności. Kobiety są również odpowiedzialne za podżeganie mężczyzn do vendetty, krwawego aktu zemsty. Wywierają silną presję na mężczyznach ze swoich rodzin stawiając znak równości między ich „męskością” a dokonaniem zemsty. Rezygnacja z obrony splamionego honoru wiąże się z poczuciem wstydu, słabości i tchórzostwa, które właśnie tę „męskość” mężczyznom odbierają. Niekiedy, aby zakończyć rozlew krwi między zwaśnionymi klanami mafijnymi, kobieta wydawana jest za mąż za przedstawiciela wrogiego klanu. W tym wypadku kobieta sprowadzona jest do roli towaru wymiennego. Ciekawa jest w tym kontekście symbolika krwi – przelana dziewicza krew panny młodej zmazuje krew przelaną w walce przez jej rodzinę.

Oprócz społecznych trendów zmieniających pozycję kobiety zarówno w społeczeństwie, jak i w jej relacji z mężczyzną, na zmianę roli i zaangażowania kobiety w kryminalną działalność mafii miały również wpływ rozszerzenie działalności mafijnej (szczególnie jeśli chodzi o handel narkotykami).

Początkowo kobiety angażowano w transport narkotyków w roli kurierek. Wynikało to głównie ze sposobu ubioru oraz kształtu kobiecego ciała, które umożliwiały skuteczne ukrycie opakowań narkotyków pod częściami garderoby. Następnie działalność przestępcza wtargnęła w przestrzeń silnie powiązaną z kobietami, mianowicie do kuchni, jako że to właśnie w kuchniach dzielono i paczkowano narkotyki. Włoska dziennikarka Marina Pino  zebrała w książce Le signore della droga historie kobiet zaangażowanych w dostarczanie i przemyt narkotyków. Jak wynika z jej badań, kobiety te nie wydawały zarobionych pieniędzy na inwestycje, lecz raczej na codzienne wydatki. Mafia wykorzystywała desperację tych kobiet, wynikającą z tragicznych warunków ekonomicznych, a także z troski o własne rodziny i nakłaniała je nie tylko do przemytu narkotyków (np. do Stanów Zjednoczonych), ale również do prostytucji wbrew ich woli. Mimo zaangażowania kobiet w działalność kryminalną mafii, ich pozycja nie wzrastała, a wręcz przeciwnie, powierzano im zadania najbardziej ryzykowne i najmniej opłacalne pod względem finansowym – te zadania, których mężczyźni nie chcieli już wykonywać.

Kobiety włączano w działalność kryminalną mafii również poprzez angażowanie ich w rolach posłańców, którzy przekazywali informacje i polecenia między członkami klanów mafijnych, a uwięzionymi czy ukrywającymi się przed wymiarem sprawiedliwości bossami. Ciekawym przykładem takiego działania jest historia Cinzii Lipari, która wykorzystywała swoją pozycję adwokatki, aby pomóc ojcu w kierowaniu z więzienia organizacją kryminalną. W trakcie odbywania wyroku przez ojca, Cinzia Lipari zarządzała jego środkami finansowymi oraz do pewnego stopnia wydawała rozkazy jego podwładnym, zawsze jednak pod wpływem ojca. Dzięki temu zyskała pozycję tradycyjnie zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn, jej władza pozostawała ograniczona przez decyzje ojca, któremu była podporządkowana.

Po 1992 r., kiedy zamordowani zostali sędziowie Falcone i Borsellino, państwo włoskie zintensyfikowało działania przeciwko przestępczości zorganizowanej, w wyniku czego w strukturach mafijnych pojawiły się liczne wakaty, które najłatwiej zapełnić było godnymi zaufania żonami, siostrami czy córkami uwięzionych mafiozów. Kobiety obejmujące w takich sytuacjach władzę gwarantowały odciętym od świata mężczyznom utrzymanie ciągłości władzy, zwłaszcza w sytuacji, w której dochodziło do międzyklanowych walk o władzę. Gdyby władza została przekazana mężczyźnie, boss ryzykowałby, że zapragnie on na stałe zająć jego pozycję. W przypadku naznaczenia kobiety jako tymczasowej następczyni, taka groźba nie istniała, co chyba najdobitniej pokazuje, że władza kobiety w mafii nie jest równa władzy mężczyzny.

Do oceny historii kobiet aktywnie zaangażowanych w działalność przestępczą, warto wykorzystać kategorię „pseudoemancypacji”, zaproponowaną przez Ombrettę Ingrascì, badaczkę zmieniającej się roli kobiet w strukturach mafijnych. Kobiety, zarówno wypełniając te bardziej tradycyjne role, przykładowo wychowując dzieci w poszanowaniu kodeksu honorowego właściwego mafii czy podżegając mężczyzn do dopełnienia wendety, jak i realizując się w rolach postrzeganych jako męskie, podlegają męskiej dominacji. Władza mężczyzny nad kobietą jest inherentną cechą struktur mafii. Nie jest możliwe przedefiniowanie pojęcia „kobiecości” wychodzące poza tylko pryzmat macierzyństwa czy stawiające na rozwój indywidualny kobiet poprzez edukację. Ewolucja pozycji i roli kobiet na przestrzeni lat wskazuje wyraźnie, że nawet jeśli zyskiwały one coraz więcej władzy, nie ma w mafiach miejsca na prawdziwą emancypację.

Kalabria poza szlakiem: Rossano

0

„Wiesz ile wspaniałych rzeczy kryje się w Kalabrii, o których często nie mają pojęcia nawet sami Kalabryjczycy?!”, usłyszałam i odpowiedziałam, że pewnie nie wiem, skoro nawet sami Kalabryjczycy o nich nie wiedzą. Pojechaliśmy więc zobaczyć Codex liczący ponad 1500 lat, który na południe włoskiego buta przywędrował prawdopodobnie z terenów Syrii.

Była to wówczas moja druga wizyta w Rossano, niewielkiej miejscowości położonej na jednym ze wzgórz w Kalabrii, w prowincji Cosenza. Jak się okazuje, nawet pozornie mało znaczące zakątki włoskiego buta, małe miasteczka, o których rzadko wspomina się nawet w popularnych przewodnikach, skrywają lokalne skarby o wielowiekowej historii i ofiarują to, co w podróży najcenniejsze, czyli raz szczyptę gwarnej, a raz zupełnie cichej codzienności.

Dlatego zanim skierujemy swoje kroki do muzeum, które znajduje się w zadbanej, wąskiej uliczce przy Katedrze Najświętszej Marii Acheiropity, proponuję Wam wycieczkę po starej części uroczego Rossano.

Rossano leniwie

Najpierw udamy się na Piazza della Vittoria, gdzie wznosi się pomnik upamiętniający poległych w I i II wojnie światowej. Z placu rozciąga się ładny widok na pobliskie okolice i morskie wybrzeże. Spójrzcie w prawą stronę, gdzie na nierównych zboczach, pną się bloki mieszkalne wybudowane na skale, tuż nad krętą drogą. Stamtąd pieszo pójdziemy corso Giuseppe Garibaldi, docierając aż do placu Matteottiego. Podążając ciasnymi uliczkami, co chwilę przyjdzie nam ustępować przejeżdżającym pojazdom. O ile jednośladom dziwiłam się już mniej, tak nieustannie podziwiałam kierowców manewrujących w wąskich, krętych zaułkach. Nierzadko szły tumany dymu, silniki warczały jak szalone, gdy ruszał sznur małych fiatów 500, które chwile wcześniej zakorkowały się na zakręcie, w prawie że pionowo pnącej się uliczce.

Przy Piazza Santi Anargiri dobiegnie Was wesoły śmiech z małych otwartych sklepików. W pobliskich barach wiatraki będą kręciły się leniwie, wtórując hałasem odgłosowi
mielenia świeżej kawy. Tam, na placu Santi Anargiri, warto spróbować znakomitych lodów i espresso w kawiarni Tagliaferri, założonej w roku 1900 przez Giuseppe Tagliaferri i działają-
cej nieprzerwanie do dziś.

Następnie, podążając via Labonia i krętą via Duomo, docieramy do Katedry i ulicy Arcivescovado, przy której znajduje się muzeum. Bilet wstępu kosztuje 5 euro, a cena obejmuje wizytę z przewodnikiem oraz wstęp do muzeum diecezjalnego, w którym możemy podziwiać także zbiory diecezji przechowywane przez stulecia.

Codex z Rossano

Codex z Rossano

Codex Purpureus Rossanensis, nazywany także Ewangeliami z Rossano przechowywany jest w szklanej muzealnej gablocie w małej, zaciemnionej sali, w której panuje stała temperatura 18-20 stopni. Zwiedzanie rozpoczyna się krótkim filmem dokumentalnym, opowiadającym historię manuskryptu od powstania aż do przybycia do Rossano. Prawdopodobnie został on przywieziony do Kalabrii w VIII wieku przez grupę mnichów uciekających przed inwazją arabską, chcących uchronić dokument od zniszczenia. W Rossano stał się on własnością miejscowego arcybiskupa.

Powstanie manuskryptu datuje się na VI wiek. Dokładnym zbliżeniom każdej z kart, rysunków oraz samemu tekstowi przyglądamy się na obrazie padającym z rzutnika. W trosce o zachowanie trwałości eksponatu, w muzeum przewracana jest tylko jedna z ponad 300 stron na rok. Kodeks nazywany jest purpurowym ze względu na kolor nasączonego purpurą pergaminu wykonanego z jagnięcej skóry. W księdze zachował się pełny tekst Ewangelii Mateusza oraz niepełny Ewangelii Marka, które poprzedzone są 15 (z 17) stronami, na których możemy podziwiać kolorowe miniatury przedstawiające sceny z życia Jezusa. Na każdej stronie tekst podzielony jest na dwie kolumny. Trzy pierwsze wersy każdej z ewangelii pisane są złotem, natomiast reszta tekstu – srebrem. Co ciekawe, jedynym występującym znakiem interpunkcyjnym są kropki na końcu poszczególnych zdań. Na koniec, każdy ma okazję bez pośpiechu przyjrzeć się z bliska, na tyle na ile to możliwe, perfekcji wykonania każdego z rysunków i drżeniu dłoni twórcy, uchwyconemu przez nierówność zapisanych liter.

Pozostałe sale muzeum, podzielone na epoki od czasów starożytnych poprzez renesans aż do wieku XIX, opowiadają nam historię miasta poprzez eksponaty przechowywane przez diecezję. Wśród nich znajdziemy monety, rzeźbione w marmurze kolumny, częściowo zachowane manuskrypty oraz malowidło przedstawiające opisaną historię obrazu Madonny Acheiropity, który podziwiać można w przyległej do muzeum katedrze.

Muzeum, choć ukryte w gąszczu uliczek i kamienic, cieszy się popularnością okolicznych mieszkańców, zwłaszcza w czasie letnich wakacji. Przychodzą z dziećmi, które z zainteresowaniem śledzą ruch dłoni przewodniczki na małym ekranie tabletu. Jak widać, tajemnicza, ciekawa historia może ukrywać się także w niepozornych murach małego miasteczka włoskiej Kalabrii.

foto: Karolina Romanow