Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 73

Ferrari F50 – brzydkie kaczątko z laguny

0

Wszystkim zdarzają się gorsze dni, nie mamy wtedy na nic ochoty a świat wokół staje się przytłaczający i brzydki. Gdy dopadł mnie właśnie taki dzień pomyślałem o najbrzydszym modelu wśród wszystkich ferrari. Więc do dzieła i miejmy to już za sobą!

Mocnym pretendentem do tego tytułu może być model 410 SA z 1956, ferrari ze skrzydłami cadillaca, okropne! Na szczęście firma szybko zarzuciła ten sposób na przypodobanie się amerykańskiej klienteli. Nie grzeszą także urodą wszystkie modele Mondial z lat 80-tych zeszłego stulecia, tak samo jak Dino 308 GT4 z 1973 , chociaż akurat jemu udało się zauroczyć samego króla rock & roll’a Elvisa Presleya. Samochód mimo, że nabyty z drugiej ręki przetrwał do dzisiaj i jest pokazywany w Auto Museum w Graceland. Zostając przy Elvisie , wspomnijmy że mniej szczęścia miało jego inne włoskie auto – De Tomaso Pantera z 1971, które Król osobiście i dosłownie rozstrzelał, gdy uparcie nie chciało zapalić. Tutaj pomijając kilka udziwnionych prototypów ferrari, naszą ,,Listę brzydali” moglibyśmy zamknąć [nieźle jak na ponad 150 modeli wypuszczonych w przez ostatnie 70 lat], gdyby nie F50 z 1995 roku. Tak właśnie to auto wygrywa lub jak kto woli przegrywa ten ranking. Dla jednych F50, które miało ukoronować 50 lat działalności Ferrari powstało zbyt wcześnie, do okrągłej rocznicy brakowało bowiem jeszcze dwóch lat, inni uważają jednak, że zbyt późno gdyż produkcja dochodowych modeli wieloseryjnych opóźniła jego premierę o dwa lata. Nieco dziwne podejście do obchodzenia urodzin, prawda?

Auto, którego pomysłodawcą i głównym promotorem był syn Enzo Ferrari – Piero miało stać się godnym następcą ikonicznego F40. Samochód miał być pokazem i potwierdzeniem technologicznych możliwości oraz osiągnięć Ferrari na torach wyścigowych.

Poczynając od skorupowej konstrukcji wykonanego z kompozytów nadwozia a kończąc na gumowym baku paliwa, ile tylko się dało ściągnięto z rozwiązań przetestowanych w Formule 1 – w praktyce powstał bolid F1, którym można było jeździć po zwykłych drogach. 

Pinin Farina a właściwie jego projektant Pietro Camardella kształt nadwozia musiał dostosować do zastosowanych technologii i wymogów jezdnych wyznaczonych autu przez szefów projektu. Stąd ta falująca forma podziurawiona licznymi obłymi wlotami powietrza oraz niezbędne, olbrzymie a w sumie koszmarne spoilery. Ostentacyjny – to zapewne było zamierzone, ale że przy okazji stał się aż nachalny,  tego już raczej nie planowano. Był to jednak samochód ekstremalnie szybki, świetnie trzymający się drogi, miał jak na tamte czasy olbrzymią moc 514 KM, choć wyglądał jakby użądliło go dokładnie tyle samo szerszeni, wszystkie te braki wizualne nadrabiał sportowym charakterem: 3,7 sekundy do ,,setki”, zwinny, bezprecedensowy, był jak bożyszcze Neapolu, mowa o Diego Armando Maradonnie jednym z pierwszych właścicieli F50 , choć tym naprawdę pierwszym był inny champion – Mike Tyson. 

Trzymając się zasady założyciela firmy Enzo Ferrari mówiącej o tym, że na rynku dóbr luksusowych popyt musi zawsze przewyższać podaż zapowiedziano produkcję 350 szt. F50, jednak ze specjalnie przygotowanej dla niego linii montażowej zjechało o jedno auto mniej. Kto pozostał z kwitkiem, jest tajemnicą firmy oraz … pechowego klienta. Wszystkie 349 egzemplarzy zostało sprzedanych dokładnie wyselekcjonowanym nabywcom jeszcze zanim ruszyła produkcja, a poza oficjalną listą zrealizowano kolejnych 6 szt. zamówionych przez Sułtana Brunei, cóż takim klientom się nie odmawia.

Firma Ferrari świetnie potrafi godzić zaawansowane technologie i niebywałe osiągi z pięknymi liniami nadwozi. W przypadku F50 to się jednak nie udało, samochód z biegiem czasu nie wyszlachetniał, niestety nie przemienił się z brzydkiego kaczątka w dostojnego łabędzia, chociaż… Zakładam, że większość naszych Czytelników odwiedziło przepięknie położoną na lagunie Wenecję [Jeżeli nie, to natychmiast to zróbcie, tylko błagam nie jednym z tych gigantycznych wycieczkowców!], ale gdy zapytam kto zwiedzał centrum tego cudownego miasta samochodem, raczej nie zobaczę żadnej podniesionej ręki. Tego nie da się pogodzić, no chyba że znamy niejakiego Livio de Marchi. Ten wenecki artysta ręcznie zbudował drewnianą replikę F50, którą następnie pływał po Canal Grande szokując wszystkich wokół. Tak więc samochód którego profil kojarzy się z wzbierającą  i opadającą falą, a w wersji ze zdjętym dachem nazywany jest ,,barchetta” czyli łódeczka, znalazł jednak swoje idealne miejsce w tamtejszej scenerii. 

Nucąc pod nosem ,,Always look on the bright side of life” Monty Pythona dochodzę do wniosku, że F50 dzisiaj na pewno mniej by na siebie zwracało uwagę, gdyby nie było… po prostu czerwonym Ferrari.

Na koniec jeszcze krótkie zestawienie aut z których Włosi nie są raczej dumni, a pomijając ,,ładne inaczej” ostatnio wypuszczone przez nich SUV-y, mamy Alfa Romeo Arna [1983] zgodnie okrzyknięta najbrzydszą Alfą wszechczasów, Lamborghini Silhouette [1976], który na szczęście szybko zniknął z rynku, Maserati 5000 GT Touring [1966], kilka powstałych na zamówienie egzemplarzy było równie luksusowe, co szpetne. Lancia Beta Trevi [1980], koszmarny wygląd zewnętrzny to nie wszystko, angielska prasa jej deskę rozdzielczą nazwała ,,szwajcarskim serem”. Niekwestionowanym królem tego niechlubnego zestawienia jest jednak Fiat Multipla I [1997], którego widok sprawia, że nasze oczy po prostu cierpią. Przy okazji, prosząc o wybaczenie, pozdrawiam przesympatyczny Klub Multipla Polska. 

Model w skali 1/18 tutaj prezentowany to budżetowy produkt włoskiej firmy Bburago. Ze względu na to, co zostało napisane powyżej nie szukałem jakiejś lepszej opcji. Bburago nigdy nie grzeszyli jakością, choć trzeba przyznać, że od kiedy odzyskali licencję na produkcję modeli Ferrari powoli nad tym pracują.

Lata produkcji: 1995-97
Ilość wyprodukowana: 349 + 6 szt.
Silnik: V-12 65°
Pojemność skokowa: 4698 cm3
Moc/obroty: 514 KM / 8500
Prędkość max: 325 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h (s): 3,6
Liczba biegów: 6
Masa własna: 1230 kg
Długość: 4480 mm
Szerokość: 1986 mm
Wysokość: 1120 mm
Rozstaw osi: 2580 mm

foto: Piotr Bieniek

Luigi Pagano: „Inspiracja to domena boska. My jesteśmy tylko pośrednikami.”

0

Muzyk, cygańska dusza, neapolitańczyk z krwi i kości – tak określa siebie włoski piosenkarz i autor tekstów, Luigi Pagano. Wrodzona ciekawość świata i usposobienie artysty-tułacza zaprowadziły go w ciągu dotychczasowego życia w różne odległe rejony świata, w szczególności na Bliski Wschód, gdzie śpiewał przez ponad 20 lat w klubach jazzowych. Obecnie zamieszkały w Polsce, ojczyźnie swojej żony, kraju, który od pierwszej chwili wydał mu się bliski i gdzie teraz oczarowuje swoją muzyką polską publiczność.

„Uwielbiam oryginalność. Każdy z nas może tworzyć muzykę, ale ilu z nas będzie tak naprawdę oryginalnych? Aby nie być tak jak ten meteoryt, który zajaśnieje na niebie i zniknie, trzeba mieć solidną podstawę: lata nauki, dyscyplinę, talent i inspirację.”

K.R.: Jak zrodziła się twoja miłość do muzyki?

L.P.: Prawie wszyscy w mojej rodzinie byli wielkimi miłośnikami muzyki. Ale najważniejszą rolę odegrał mój starszy o 10 lat brat. Słuchał w swoim czasie muzyki rockowej Pink Floyd, Deep Purple. Mnie bardziej jednak pasjonował jazz, więc postanowiłem zacząć kształcić się w tym kierunku. Moim idolem był Frank Sinatra. Nie potrafię ci jednak powiedzieć, kiedy dokładnie zrodziła się moja miłość do muzyki, tak samo jak nie pamiętam pierwszego dnia, kiedy wziąłem do ręki gitarę. Podobnie jak dziecko, które nie pamięta momentu, w którym zaczęło mówić.

Zatem można powiedzieć, że grałeś „od zawsze”.

Dokładnie. Kiedy miałem 15 lub 16 lat zacząłem profesjonalnie zajmować się muzyką. Zacząłem grać na imprezach w Neapolu, pierwszy kontrakt w Szwajcarii podpisałem, gdy nie byłem jeszcze pełnoletni. Ale w związku z tym, że pianista, z którym pracowałem miał już swoje lata, wystarczył podpis mojego ojca pod zgodą, abym mógł grać do pierwszej w nocy. To był okres, kiedy jednocześnie uczyłem się i grałem. Gdy skończyłem szkołę, mój nauczyciel powiedział mi, „jesteś gotowy, by zdobyć nieco doświadczenia za granicą” i podał mi numer telefonu do pewnego człowieka. Zadzwoniłem i wysłałem swoje nagranie do tegoż przedsiębiorcy w Mediolanie, a po tygodniu dostałem kontrakt w Omanie. Tam z kolei poznałem moją żonę Agnieszkę. Śpiewała wtedy z moim basistą, Mirkiem Trębskim. Natychmiast utworzyliśmy duet, grając przez 20 lat w hotelach i telewizji między innymi w Dubaju, na Malediwach, w Kuwejcie, w Austrii, Szwajcarii. 

Kiedy zdecydowaliście się przenieść do Polski?

Po raz pierwszy przyjechałem do Polski 20 lat temu i natychmiast doznałem uczucia podobnego do déjà vu. Od razu poczułem, że Polska to kraj, do którego przynależę. W pewnym sensie wręcz przyzywała mnie. Postanowiłem zbudować dom, w którym dziś mieszkamy. Można powiedzieć, że to była moja decyzja, aby tu przyjechać i jak dotąd nie żałuję. Jesteśmy w Polsce na stałe od 4 lat. Szczerze mówiąc, wiązaliśmy nasz przyjazd do Polski z pewnego rodzaju „emeryturą”. Chcieliśmy zatrzymać się na moment, wychować syna. Chciałem nawet otworzyć restaurację!

Ale przeznaczenie było silniejsze, wciąż występujesz na scenie. Jak rozpoczęła się twoja kariera muzyczna w Polsce?

Muzyka zawsze była dla mnie jak huragan, który przyciągał mnie od środka. Pewnego dnia, duża warszawska firma, sprzedająca płytki ceramiczne, zorganizowała bankiet, a właściciel chciał, żebym na nim zaśpiewał. Zastanawiałem się chwilę zanim przyjąłem propozycję, ponieważ nigdy nie śpiewałem dla pieniędzy lub aby zrobić karierę, po prostu uwielbiam to robić. Na bankiecie obecny był także mój były gitarzysta, przyjaciel Roberta Janowskiego, prowadzącego wówczas show „Jaka to melodia?”. Gdy Janowski usłyszał mój występ, natychmiast poprosił o kontakt. Zaprosił mnie do domu, abym zaśpiewał serenadę dla jego żony z okazji Walentynek. W następnych dniach przyszedł także, aby posłuchać jednego z moich koncertów, po czym odciągnął mnie na bok i powiedział: „Zrobię wszystko, abyś zaśpiewał w Jaka to melodia!”. Od tego czasu stworzyłem grupę akustyczną, z którą koncertuję po Polsce. Śpiewamy przede wszystkim piosenki neapolitańskie i moje kompozycje. Gdy jest taka potrzeba, śpiewam także „włoskie przeboje”, piosenki, które znają Polacy. Ale jestem neapolitańczykiem i staram się promować moje silne przywiązanie do małej ojczyzny. Mój artystyczny upór jest doceniany, bo dostaję wiele zaproszeń, także do polskich programów telewizyjnych (Wielki Test, Dzień dobry TVN). Właśnie nagrałem moją pierwszą autorską płytę. 

Miałeś okazję współpracować z artystami w Polsce, który z występów uważasz za najważniejszy? 

Parę lat temu, podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej w Paryżu, spotkałem się na obiedzie z Adamem Nawałką i powstał pomysł stworzenia piosenki dla polskiej reprezentacji. Napisałem utwór o nazwie „Polska”, a na język polski przetłumaczył go Paolo Cozza, z nim też tę piosenkę zaśpiewałem. To bardzo patriotyczny utwór, mimo że napisany przez Włocha. Ponadto wystąpiłem w Teatrze Palladium z Haliną Benedyk podczas koncertu charytatywnego dla ofiar trzęsienia ziemi w Amatrice. Ale jeśli mówimy o duetach z Polakami, pierwsza w moim sercu i myślach jest Izabela Trojanowska. Spotkaliśmy się na konferencji prasowej podczas organizowanego w Lublinie Europejskiego Festiwalu Smaku w 2017 roku, gdzie byli również obecni Stefano Terrazzino, Al Bano i Romina Power oraz Drupi. Nagraliśmy dwie piosenki, Mambo Italiano i Amore i muszę przyznać, że Izabela śpiewa po włosku lepiej niż niejeden Włoch. Jest niesamowita! Do tej pory zdarza nam się śpiewać na tej samej scenie. 

Dlaczego, Twoim zdaniem, Polacy tak bardzo lubią włoską muzykę?

Kiedyś byłem w restauracji w centrum Warszawy ze Stanisławem Sojką, którego poznałem podczas jednego z moich koncertów w jednym z klubów, gdzie często bywa. Tamtego dnia w restauracji powiedział coś, co uważam za słuszne, a mianowicie: „Wy, Włosi, jesteście mistrzami w łączeniu harmonii i melodii. Nawet poprzez dziwaczne akordy jesteście w stanie uzyskać bardzo przyjemną linię melodyczną”. Polacy kochają melodię. I nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że lubicie słuchać tylko „włoskich przebojów”. Polacy cenią dobrą muzykę, jej melodyjność. Większość z was dorastała z co najmniej jednym instrumentem w rodzinie. Polacy nie rozdzielają piosenek neapolitańskich od włoskich. Dla nich neapolitański to język włoski i słuchają go z równą przyjemnością. 

Jak określiłbyś siebie jako artystę-piosenkarza?

Przede wszystkim nie uważam siebie za piosenkarza, a raczej za muzyka. Lubię być blisko publiczności i oddychać emocjami ludzi. Z tego powodu uwielbiam śpiewać w prywatnych klubach, małych lokalach. Tam przychodzą osoby, które dają ci satysfakcję, ponieważ znają cię, przychodzą często na twoje koncerty i podoba im się to, co robisz. Moje rytmy, to rytmy cygańskie, komponuję piosenki neapolitańskie, ale o cygańskim, śródziemnomorskim brzmieniu. Uwielbiam pustynię. Miłość jaką darzę pustynię jest prawie porównywalna do tej, jaką darzę mój ukochany Neapol. Nie lubię dużych miast. Za każdym razem, gdy koncertuję w innych częściach Polski, zawsze wracam do domu. Nawet jeśli oferują mi pokój w hotelu. Mam duszę tułacza, ale w życiu przychodzi taki moment, gdy po prostu woli się wrócić do domu. Inspirację i wewnętrzny spokój odnajduję tylko na pustyni, nad brzegiem morza albo na wsi. Jednocześnie uważam, że inspiracja to domena boska. To Bóg przemawia przez człowieka i wyraża się w sztuce. My jesteśmy tylko pośrednikami. 

foto: Gosia i Jacek Klepaczka

Al Bano: „Felicità” w kieliszku

0

Artykuł został opublikowany w numerze 73 Gazzetty Italia (luty-marzec 2019)

Spotkaliśmy się z Al Bano Carrisi, światową ikoną muzyki włoskiej, w warszawskiej restauracji San Lorenzo przy okazji polskiej części trasy koncertowej jego i Rominy Power. Każdy z występów, zarówno w stolicy jak i w Gdańsku, przyciągnął tłumy fanów. Obiad w San Lorenzo w obecności Ambasadora Włoch, Aldo Amatiego, stał się okazją do przedstawienia restauratorom i dostawcom nowej pasji Al Bano, którą jest wino.

Przedsiębiorstwo winiarskie Al Bano zrodziło się w starym gospodarstwie Curti Petrizzi, gdzie uprawa winorośli jest tradycją podtrzymywaną od wieków. Wina Carrisi są importowane do Polski przez Mille Sapori Inalca F&B.

W 1982 roku śpiewano, że „szczęście, to trzymanie w ręku lampki wina i kanapki” („Felicità è un bicchiere di vino con un panino”), dziś jednak „Felicità”, „Nostalgia” i „Romina”, to nazwy cenionych win.

To powrót do korzeni. Pasja do produkcji wina od pokoleń stanowi część historii mojej rodziny. To prawda, że kiedy byłem nastolatkiem robiłem wszystko, aby nie iść śladami moich bliskich, ani nie spełniać życzenia mojej mamy, która chciała, abym nauczył się jakiegoś zawodu. Dla mnie liczyła się zawsze muzyka i nie interesowało mnie nic innego, ale z biegiem czasu odkryłem na nowo swoje pochodzenie i miłość do wina. Od małego obiecywałem ojcu, że pewnego dnia wrócę, aby zająć się jego produkcją, i że pierwsze wino nazwę jego imieniem. To obietnica, której dotrzymałem produkując Don Carmelo.

Jak żyje się osobie uznawanej za ambasadora muzyki włoskiej?

Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Mogę powiedzieć tylko, że żyję w tej roli już ponad 50 lat i jest to uczucie nie do opisania, ponieważ w sztuce, jaką jest muzyka, jak z resztą w każdej innej, wszystko się zmienia. Każdy czas ma swoją własną muzykę, co sprawia, że jestem jeszcze bardziej dumny z tego, że moje piosenki nadal cieszą się popularnością, nawet gdy rap i inne gatunki muzyczne tak bardzo różnią się od tradycyjnych włoskich melodii.

Pańskie początki wspomina się często w kontekście spotkania z Celentano.

Miałem ogromne szczęście spotykając go, bo to od niego wiele się nauczyłem i mój pierwszy kontrakt płytowy podpisałem właśnie z jego klanem. Niemniej ważne było dla mnie spotkanie na początku mojej kariery z wielkim Domenico Modugno.

Muzyka włoska jest w pewnym sensie hasłem pozwalającym na wejście do Europy, która obecnie pyta o swoją tożsamość.

Słyszę wiele zaniepokojonych głosów na temat Europy, ale jeśli spojrzymy na przeszłość tego kontynentu zauważymy, że dziś żyje nam się o wiele lepiej. Europę tworzy wiele kultur, więc zawsze będziemy porównywać różne punkty widzenia i wartości. Nawet Stany Zjednoczone nie są tak zgodne jak nam się wydaje. Mówię o tym, ponieważ musimy zaakceptować bieg wydarzeń. Nie istnieje idealny świat, który by nas całkowicie zjednoczył.

tłumaczenie pl: Paulina Bałdys

Ciasto Linzer

0

Składniki: 

  • 100g mąki orzechowej 
  • 100g mąki migdałowej 
  • 200g mąki typu 00
  • 130g cukru 
  • 8gr drożdży do pieczenia 
  • 2 łyżeczki cynamonu w proszku
  • szczypta soli
  • skórka starta z jednej cytryny
  • 1 jajko
  • 200g masła w temperaturze pokojowej
  • 300g konfitury malinowej lub wiśniowej

Przygotowanie:

Mąki: migdałową, orzechową, zwykłą i gryczaną, cukier, drożdże, cynamon oraz skórkę z cytryny umieść w mikserze lub misce i wymieszaj ze sobą składniki. Połącz z jajkiem i pokrojonym w kostkę masłem o temperaturze pokojowej, mieszaj przez 1-2 minuty aż uzyskasz jednolitą konsystencję.

Uformuj kulkę, zawiń w folię spożywczą i włóż do lodówki na dwie godziny. Tortownicę o średnicy 22-24cm wysmaruj masłem, a następnie optocz w mące. Do formy wlej ok. 3/4 powstałej masy tak, aby pozostało w niej ok. 1,5cm wolnego brzegu. Na środku masy umieść konfiturę tak, aby nie dotykała brzegów, a następnie zawiń brzegi do wewnątrz. Z pozostałej części ciasta wytnij gwiazdki lub paski w celu utworzenia wzoru i połóż je na konfiturze.

Brzegi ciasta wysmaruj jajkiem zmieszanym z mlekiem, posyp płatkami migdałów. Umieść w lodówce do czasu, aż piekarnik nagrzeje się do odpowiedniej temperatury (wtedy ciasto zachowa lepiej swój kształt). Piecz w temperaturze 160 st. przez 40-45 minut. Po upieczeniu poczekaj aż ciasto wystygnie i wyjmij je z piekarnika.  

Smacznego!

tłumaczenie pl: Paulina Bałdys

Duchy z Koloseum

0

Amfiteatr Flawiuszów, czyli Koloseum, od upadku Imperium Rzymskiego stał się idealnym miejscem do wywoływania duchów, magii i ceremonii. Mieszanka krwi, niegdyś przelewanej tu litrami, i natury (ze względu na położenie właściwie pośrodku pola rosną w nim liczne rośliny, także te rzadkie) uczyniła z niego wyjątkowo pożądane miejsce na okultystyczne praktyki nekromantów, wróżbitów i czarodziejów każdej epoki.

Jest idealnym miejscem do poszukiwań ziół do dekoktów i mikstur każdego typu. Pomimo obiegowej opinii wydaje się, że nigdy nie był sceną dla egzekucji chrześcijan. Mimo to w środku miały miejsce wielkie i niesamowite wydarzenia, które w niektórych przypadkach miały naprawdę niespodziewanych bohaterów. Po opuszczeniu, Koloseum przez wiele wieków było uważane za nawiedzone przez demony. Nawet znany złotnik Benvenuto Cellini przyszedł tu nocą, by wziąć udział w manifestacji diabła i prosić demony o spotkanie sycylijki Angeliki, którą matka słusznie uchroniła przed jego łapskami. Był znany z tego, że nigdy nie cofał się przed spódniczką ukrywającą piękną parę nóg. Tenże Cellini zawarł w swoich wspomnieniach kronikę tego wyjątkowego wydarzenia. Brał w nim udział także ksiądz-nekromanta, dwunastoletni chłopiec na posyłki pewnego artysty Vincenza Romoli oraz służący i przyjaciel Agnolino Gaddi który stał się powodem odejścia całych legionów diabłów, choć mimowolnie.

“Gdy przybyliśmy do Koloseum, ksiądz zabrał się za rysowanie kręgów na ziemi. Towarzyszące temu ceremonie były najpiękniejsze, jakie można sobie wyobrazić. Nam kazał wnieść cenne zapachy i ogień, ale także brzydkie zapachy. Gdy wszystko było gotowe, wszedł do koła i wciągnął do niego każdego po kolei.” Nekromanta powierzył chłopcu i Gaddiemu opiekę nad zapachami i ogniem, i wypowiedział straszne przyzwania, tak że – jak opowiada Cellini – całe Koloseum wypełniło się diabłami, które artysta poprosił o to, by móc ponownie zobaczyć się z Angeliką. Demony odpowiedziały.

Usłyszałeś, co Ci powiedziały? – zapytał ksiądz – Że za miesiąc będziesz tam, gdzie ona będzie.” Jednak od razu po tym powiedział, by zachować spokój ponieważ diabelskie legiony stały się znacznie liczniejsze niż te przywołane, a wśród nich były także te najbardziej niebezpieczne.Teraz potrzeba było dużo czasu i cierpliwości, by je przegnać.

Chłopiec, który jako jedyny mógł widzieć demony, powiedział reszcie, że było tam “milion strasznych ludzi, każdy z nich złowieszczy” oraz że pojawiły się “cztery uzbrojone olbrzymy, które próbowały przełamać magiczny krąg”. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Cellini pisze, że ksiądz, Vincenzo i Agnolino drżeli jak osiki, a on sam zaczął bać się o swoje życie, ale tego po sobie nie pokazał. Chłopiec ukrył głowę między kolanami. Kiedy ją podniósł powiedział, że całe Koloseum stało w ogniu i że ogień ich otaczał: “Położył dłonie na twarzy, powiedział że był zgubiony i że nie chciał więcej patrzeć.”

Nadszedł moment do działania. Cellini zgodnie ze wskazaniem nekromanty zachęcił Vincenzo i Agnolino, by umieścili dłonie na asafetydzie, czyli brzydkim zapachu, który w egzorcyzmach służył do przepędzenia demonów. “Ale Agnolo – podsumowuje Cellini – miał oczy wybałuszone ze strachu, a gdy się poruszył rozległ się tak głośny dźwięk bąka, z taką obfitością gówna, że zdziałał więcej niż asafetyda. Chłopiec na ten dźwięk i ogromny smród podniósł trochę twarz usłyszawszy mój śmiech i powiedział, że diabły wściekłe zaczęły odchodzić. Zostaliśmy tak aż do porannych trąb, kiedy chłopiec powiedział, że zostało niewiele diabłów i wszystkie odległe.” Choć było to odejście mało ortodoksyjne, demony dotrzymały słowa. Trzydziestego dnia na ulicy w Neapolu, Benvenuto spotkał swoją Angelikę.

***

Ta i różne inne historie są zawarte w książce “Tajemnice Rzymu – siedem nocy pomiędzy historią a mitem, legendy, duchy, tajemnice, ciekawostki.” (Studio LT2, 2013). Książka zawiera przedmowę Giancarla De Cataldo, fotografie, mapy i ilustracje, ponad 10 kodów QR które odsyłają do alternatywnych historii. Alberto Toso Fei pisze książki o tajemnej historii miasta, poprzez ciekawostki i tajemnice, spisując dziedzictwo tradycji ustnej.  Niektóre jego książki są wyposażone w kody QR, dzięki którym autor “wychodzi” poza kartki, by opowiedzieć swoje historie. Stworzył Festiwal Tajemnic, poświęcony Wenecji Euganejskiej i jej legendarnym miejscom.

 

www.albertotosofei.it

tłumaczenie pl: Katarzyna Dąbrowska

Carlo Sironi – niewypowiedziane piękno

0

Lena jest w ciąży, ale nie chce, czy raczej nie jest gotowa, żeby zostać mamą, wyjeżdża więc do Włoch, żeby sprzedać swoje, nienarodzone jeszcze, dziecko. Ermanno to chłopak z rzymskiego przedmieścia, który żyje z drobnych kradzieży, a zarobione pieniądze wydaje na automaty do gry. W pewnym momencie decyduje się pomóc swojemu wujkowi i jego żonie w szybszej adopcji ze wskazaniem na krewnych udając, że jest ojcem dziecka Leny. Dwoje nieznajomych pod jednym dachem, żyją jedno obok drugiego w milczeniu, kumulując w sobie masę nierozwiązanych spraw.

Mimo momentów przełomowych, które coś w bohaterach zmieniają, co widać w drobnych gestach, cały czas trzymają emocje w ryzach, nie okazując i nie mówiąc ani o wzajemnej fascynacji ani o trudności całej sytuacji, w której się znaleźli. Pozornie nic się nie dzieje, ale tak naprawdę dzieje się wszystko, w ich wewnętrznym dialogu i powolnym narastaniu emocji aż do ich końcowej eksplozji. „Sole”, pierwszy długi metraż rzymskiego reżysera Carlo Sironiego dotyka aktualnego i ważnego tematu w sposób niezwykle delikatny.

„Wybór tematu narodził się z chęci opowiedzenia drogi do ojcostwa w inny sposób. W pewnym momencie, ze względu na szereg osobistych doświadczeń, zacząłem się zastanawiać czy kiedykolwiek byłbym w stanie zaakceptować dziecko, którego nie jestem biologicznym ojcem. To bardzo trudna decyzja, zwłaszcza dla mężczyzny, który przekazując swoje geny chce zachować swego rodzaju nieśmiertelność. W tamtym czasie pracowałem nad zupełnie innym filmem i tylko rozważałem tego typu historię, ale kiedy zacząłem drążyć temat okazało się, że jest bardzo aktualny. W poszukiwaniach pomogła mi bardzo Melita Cavallo, dyrektorka Sądu dla nieletnich w Rzymie, która na co dzień zajmuje się takimi sprawami. To dziwne uczucie, gdy wyobraźnia pokrywa się całkowicie z rzeczywistością. Musiałem jedynie wybrać, o czym chcę zrobić film: o handlu noworodkami, o oszustwach adopcyjnych, o macierzyństwie zastępczym, czy o tym jak brutalny jest dzisiejszy świat? Ostatecznie zdecydowałem się opowiedzieć bardzo intymną historię. Na zasadzie zestawienia kontrastów pomyślałem, że opowiem tę trudną historię w sposób delikatny, paradoksalnie niemalże czuły.”

Z twoich poszukiwań wynikało, że to najczęściej kobiety z Europy wschodniej przyjeżdżają do Włoch, żeby sprzedawać swoje dzieci?

Tak, miałem możliwość dotarcia do materiałów statystycznych zebranych przez organizację pozarządową Women East smuggling traffic, która monitorowała migrację z Europy wschodniej na zachód. Dokumentacja zawierała również oddzielny folder dotyczący Włoch, zawierający dokładne dane odnośnie handlu dziećmi. W tamtym okresie, a mówimy o roku 2013, największa liczba kobiet przybywała z Ukrainy i z Bułgarii, ale wśród kobiet pochodzących z dobrze rozwiniętych krajów Europy wschodniej, Polki były na pierwszym miejscu. Wyjaśniono mi, że było to spowodowane polskimi ograniczeniami prawnymi.

Czy twój sposób opowiadania wynika z jakichś filmowych inspiracji?

Szalenie podoba mi się kino japońskie, zwłaszcza to z lat 50. i 60. Często zapomina się na przykład o Mikio Naruse, który zaczął karierę jeszcze w czasie kina niemego. Jego filmy to melancholijne i bardzo proste portrety rodzin i zakochanych. Mimo że mój film zupełnie ich nie przypomina, to ta japońska melancholia bardzo mi pomogła. W kinie japońskim lubię przede wszystkim wstyd w okazywaniu emocji, ten wysiłek, żeby ich nie pokazać i to właśnie staram się przenieść do moich filmów. Chciałem opowiedzieć historię pełną wstydu. Kiedy ktoś ci się podoba, tak naprawdę nie wiesz, jak mu to powiedzieć i ja właśnie staram się uchwycić to, co niewypowiedziane, to dla mnie najważniejsze.

Ciekawie dobrałeś głównych bohaterów, zawodowa aktorka i młody chłopak bez żadnego doświadczenia filmowego, jak pracowałeś z nimi nad rolą?

Ermanno musiał być amatorem, żeby działać trochę nieświadomie, zawodowy aktor za bardzo wchodziłby w rolę podkreślając niepotrzebnie niektóre sceny. Do roli Leny z kolei potrzebowałem aktorki z profesjonalnym podejściem i pewnej tego, co robi, stąd mój wybór. Widziałem mnóstwo selftape’ów dziewczyn z prawie całej Europy wschodniej. Sandra od razu bardzo mi się spodobała, wyobrażałem ją sobie już w roli, zanim jeszcze zobaczyłem na żywo. Kiedy wreszcie się spotkaliśmy podczas długiego castingu, okazało się, że ona ma zupełnie inny niż ja, bardzo ciekawy, pomysł na tę postać. Bardzo mi się spodobał jej styl, częściowo dziecinny a częściowo mroczny, i jej niezwykła lekkość. Claudio natomiast był niewiarygodnie podobny do postaci, którą opisałem. Był zdolny, ale bardzo zablokowany, również fizycznie. Sprawiało mu trudność nawet pokazanie tej odrobiny emocji więcej na końcu filmu. Dlatego dużo ćwiczyliśmy, a kiedy przyjeżdżała Sandra robiliśmy intensywny tydzień prób. Dopiero tuż przed początkiem zdjęć, na rozluźnienie, poświęciliśmy czas na serię improwizacji. Praca z nimi była ogromną frajdą.

„Sole” to koprodukcja włosko-polska, czyli miałeś okazję, żeby spędzić trochę czasu w naszym kraju, jakie są twoje wrażenia?

Z kompozytorką Teoniką Rożynek pracowałem w Warszawie, ale spędzaliśmy całe dnie w domu. Kiedy wreszcie udało mi się cokolwiek zobaczyć, pomyślałem, jak szokujący musiał być widok europejskiego miasta posiadającego ogromne bogactwo architektoniczne i kulturowe, które zostało kompletnie zniszczone. Okres drugiej wojny światowej bardzo mnie interesuje, dużo czytałem na temat tego, co wydarzyło się w Polsce i byłem świadomy nawet najbardziej niewygodnych momentów w historii, ale mimo wszystko widok na żywo stolicy europejskiej, która po wojnie została w całości odbudowana, to ogromnie emocjonalne przeżycie. Poza tym to znakomicie funkcjonujące miasto w porównaniu z Włochami, nie miałem problemu z żadną sprawą, którą musiałem załatwić. Z kolei w Krakowie spędziłem dużo czasu i mogłem zwiedzać do woli. To przepiękne miasto, jego artystyczna atmosfera i mieszanka różnych stylów architektonicznych sprawia, że czujesz się jak w domu. Miałem dużo szczęścia, bo mogłem tam pracować ze wspaniałymi osobami w Warner Studios. Korzystając z okazji chciałem bardzo podziękować realizatorowi dźwięku Michałowi Fojcikowi, Teonice Rożynek, z którą, mam nadzieję, będę mógł pracować przy moim kolejnym filmie, bo jestem zachwycony jej kompozycjami. Dziękuję również Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej za wsparcie mojego projektu.

A kiedy już skończy się zamieszanie związane z promocją tego filmu, jakie będą twoje kolejne plany?

Mam już zarys scenariusza, który chciałbym dokończyć sam, dotyczy bardzo osobistej i trudnej do opowiedzenia dla mnie historii związanej z chorobą. Nie jestem pewny czy jestem gotowy, żeby teraz się tym zająć. Moim wielkim marzeniem jest też adaptacja japońskiej powieści z lat sześćdziesiątych „Śpiące piękności” autorstwa Yasunari Kawabata. 

GAZZETTA ITALIA 82 (sierpień-wrzesień 2020)

0

Gazzetta Italia 82 składa hołd wielkiemu Ennio Morricone wspaniałą okładką zaprojektowaną przez Ricka Flaga oraz dwoma obszernymi artykułami poświęconymi niedawno zmarłemu mistrzowi. Szerokie spojrzenie na relacje polsko-włoskie pogłębiają wywiady z tłumaczem Leszkiem Kazaną, wrocławską sopranistką Dominiką Zamarą i trenerem Futsalu w Bielsku Białej Andreą Bucciol. Jak zawsze czeka Was wiele historii ze świata kina w rubryce „Dopóki jest kino, jest nadzieja”, a wśród nich wywiad z aktorem Luigim Lo Cascio oraz wnikliwy felieton o dogaressie kina Flavii Paulon.

Ponadto jeszcze więcej nowożytnej i starożytnej sztuki, zaprezentujemy znakomitą wystawę poświęconą Tomasso Dolabelli w Castello Reale oraz początek ciekawej współpracy między Wilanowem a Florencją w zakresie uprawy cytrusów. Oczywiście nie zabraknie również stałych rubryk i artykułów o kuchni, w tym prawdziwej historii lodów, języku i motoryzacji.

Ferragosto w kinie włoskim

0

Odcinek 8. z cyklu „Dopóki jest kino jest nadzieja”

Z okazji Ferragosto Diana Dąbrowska opowie w jaki sposób ten jeden z najważniejszych dla Włochów dni stał się nie tylko tłem, lecz nierzadko także bohaterem włoskich filmów. O wakacjach, samotności i nadziei oraz szczególne polecenia filmowe na ten wyjątkowy dzień.

Pompeje: Życie toczy się dalej

0

Czy można czuć rozpierającą energię życia, spacerując pośród ruin? Uczucie to, pozornie niepasujące do okoliczności, towarzyszyło mi od momentu, gdy jeszcze idąc wzdłuż via Plinio rzucałam nieśmiałe spojrzenia za nowoczesne ogrodzenie oddzielające przeszłość, od teraźniejszości: starożytne Pompeje od dzisiejszych.

Rozpierało mnie wrażenie przynależności, radości z powrotu do miejsca bliskiego sercu, mimo, że tak naprawdę odwiedzałam je po raz pierwszy. Dziwne uczucie zrozumienia dla tych murów, niejako wciąż pulsujących życiem, zupełnie jakby nieprzerwanie krążyły w nich wspomnienia nie tyle tragicznego dnia 24 sierpnia 79 roku, co tętniącej, gwarnej, prostej codzienności.

Wino, labirynt dróg i pompejańskie domus

Żywa winorośl, rosnąca nieopodal amfiteatru i bujna zieleń wydają się być tymi samymi sprzed wieków; milczące, harmonijne w cieniu czuwającego Wezuwiusza, trzymającego pieczę nad równowagą otaczających jego podnóże ziem. I w rzeczy samej, na obszarze nazwanym Foro Boario, gdzie według początkowych założeń miał odbywać się handel bydłem, późniejsze badania archeologiczne wykazały jednak ślady istnienia pokaźnych rozmiarów winnicy, którą obecnie zrekonstruowano. 

Archeolodzy podzielili starożytne miasto na dziewięć rejonów, a są one – jak można łatwo dostrzec na mapie – wyznaczone przez główne ulice miasta, wszystkie podpisane, podobnie jak poszczególne zabytki. W rejonie II, nieopodal wejścia od ulicy Plinio, rosną strzeliste sosny piniowe, konkurując swą wielkością z utrudzonymi murami wiekowego anfiteatro. To rejon odnowionych w 2016 roku domostw: domus Octaviusa Quartiusa oraz willa Giulia Felice. Willa była jedną z pierwszych, do których dotarły strudzone ręce archeologów. Obecnie rezydencja zachwyca żywymi barwami naściennych malowideł i zadbanym ogrodem, w którym, gdy wyostrzymy wyobraźnię, w dalszym ciągu można usłyszeć szum płynącej wody. 

Drogi wybrukowane były i są po dziś dzień wielkimi kamieniami. Te przeznaczone do ruchu kołowego można rozpoznać od razu po głębokich koleinach, których nie uświadczymy jednak przy traktach przeznaczonych dla pieszych – wjazd wozom uniemożliwiały odpowiedniej wielkości głazy ułożone po trzy lub cztery w rzędzie. Po antycznych ulicach stąpa się jak po wielkim, cichym labiryncie, który odkrywa przed nami niekiedy wzruszające oblicza miasta pochowanego przez wieki w popiele: starożytną piekarnię czy dom Fauna (pod który, tak na marginesie, prowadzi nas vico del labirinto, czyli ulica/zaułek labiryntu) nie sposób przeoczyć czy nie rozpoznać.

Faun w rzeczywistości jest statuetką z brązu, pilnującą suchej już fontanny w przestronnym atrium. Kolorowa posadzka pod jego stopami przypomina o barwnym, być może, życiu jakie prowadzić mogli jego mieszkańcy. Inne budowle nie są już tak oczywiste. Gołe mury, ruiny porośnięte trawą nie mówią nam o sobie nic. Możemy jedynie wyobrażać sobie, że zaglądamy do czyjegoś domu. Aż chciałoby się zapukać w niewidzialne drzwi, pytając: „Czy można? Chętnie poznamy waszą historię”. Mury milczą, zdradzając jedynie zdobiącą je tablicę z numerem rejonu, w którym się znajdują. 

Rejon Porta Marina i Forum

Nieopodal świątyni Fortuna Augusta leży pies. Bez obroży, ale widocznie nie bezpański – sprawia wrażenie jakby przynależał do miejsca bardziej niż wiekowe kamienie, odpoczywając na dywanie z miękkiej, zielonej trawy między pozostałościami po starożytnych zabudowaniach. Wpół przymkniętymi oczami przygląda się sennie mijającym go turystom, bez nadmiernego zainteresowania. Jest u siebie, a my jesteśmy przechodniami, gośćmi, jednymi z wielu. W budynku Eumachii i innych przy via dell’Abbondanza kwitną maki. Nie sposób nie zatrzymać się przy nich na moment, nie nadać symbolicznego znaczenia okolicznościom, które niekiedy opowiadają historię piękniej niż niejeden przewodnik.  

Parę kroków dalej uwagę przykuwa zatrzymany w bezruchu posąg Apolla z wyciągniętymi ramionami, jakby gonił za czymś nieuchwytnym, minionym. W rzeczywistości brakuje w jego delikatnych dłoniach łuku, z którego mierzył, w rozbiegu, przed siebie. Forum opowiada o potędze miasta. Tam łapie się oddech, dostrzegając kolejno miejsca kwitnącego niegdyś handlu czy religijnego kultu. Serce placu zdobi natomiast posąg centaura, autorstwa Igora Mitoraja. Rzeźba, ze względu na swój na mitologiczny i niezwykle tajemniczy charakter, stanowi niemalże część integralną wykopalisk, choć zdobi je zaledwie od kilku lat.

Obszar Forum i otaczających go świątyń i budowli to rejon VII, uznany za pierwsze skupisko miejskie. Najszybciej można dotrzeć do niego od wejścia Porta Marina, które łączy rejon siódmy z ósmym, gdzie w pobliżu świątyni Wenus stoi Dedal – inne dzieło Mitoraja. Dedal bacznie obserwuje teraźniejszość – nowe Pompeje przy viale ai Teatri, która płynnie przechodzi w via Plinio. I znów stoję tam zachwycona, nieopodal porta di Nocera, spoglądając na ciche, brukowane ulice i czuwającego Wezuwiusza. 

Obecnie nowe Pompeje to urocza via Roma, prowadząca do placu Bartolo Longo, przy którym wznosi się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. Podczas gdy za murami milczy historia, po ich drugiej stronie, przy straganach krzątają się sprzedawcy cytryn i pamiątek, tłoczą się kelnerzy; a zapachem świeżej kawy, słodkiej lemoniady i aromatycznych dań wodzą nas za nos i przyciągają przytulne bary i restauracje. Przestroga tuż przy gwarnej codzienności beztroskiego „carpe diem”, stare tuż u boku nowego. Życie toczy się dalej. 

foto: Magda Karolina Romanow-Filim