Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 97

Czy te idiomy są Wam znajome?

0

Dziś chciałbym poświęcić czas i miejsce na aż trzy zagadnienia; chciałbym przedstawić Wam przykłady:

  1. okropnych wątpliwości, jakie nachodzą Włocha, gdy pisze jakiś tekst. Chodzi tu o wyrazy, które rodzą pytanie co do pisowni, a także właściwego znaczenia;
  2. wyrażeń idiomatycznych z użyciem nazw kolorów;
  3. wyrażeń idiomatycznych oraz powiedzeń wykorzystujących nazwy zwierząt.

Zacznijmy jednak od początku (punkt 1):

Jak powinno się pisać: familiare czy famigliare? W rzeczywistości oba wyrazy istnieją i są poprawne, ale różnią się między sobą znaczeniem. Pierwsze słowo (familiare) oznacza coś lub kogoś, kto wydaje się nam znajomy. Quel ragazzo, mi sembra di conoscerlo e di averlo già visto. Ha un viso familiare. [Wydaje mi się, że znam tego chłopca, już go gdzieś widziałem. Ma taką znajomą twarz.] Drugiego słowa (famigliare) natomiast używa się w kontekście odnoszącym się do rodziny: Oggi non posso proprio venire. Ho un problema famigliare. [Dziś nie mogę przyjść. Mam problem rodzinny (w rodzinie).]

Jak się pisze poprawnie d’avanti czy davanti? Ta wątpliwość pojawia się bardzo często podczas pisania i wynika stąd, że sam w sobie wyraz avanti istnieje i ma własne znaczenie: Andiamo avanti. [Idźmy dalej/naprzód.]

Wątpliwości nie ma, kiedy używamy tego wyrażenia jako przysłówka miejsca, przyimka (po którym zawsze następuje kolejny przyimek a) lub przymiotnika. W tych przypadkach jedynym poprawnym zapisem jest pisownia łączna: Guarda davanti, per favore. [Patrz proszę przed siebie] La banca è davanti al palazzo di colore verde.[Bank znajduje się naprzeciw zielonego budynku.] La cerniera davanti della camicia. [Zamek z przodu koszuli.]

Przejdźmy teraz do kolejnego zagadnienia i skupmy się na kilku przykładach z użyciem koloru “zielonego”.

Włoskie wyrażenie idiomatyczne Sono al verde oznacza „Jestem spłukany”. Z kolei Il ragazzo si deve fare, è ancora verde [czyli: Chłopak się musi wyrobić, jest jeszcze zielony.] znaczy, że ktoś jest jeszcze niedojrzały czy niedoświadczony. Innym przykładem niech będzie essere nel verde dell’età, degli anni [być w kwiecie wieku], co tłumaczymy jako być w pełni sił, w najlepszym okresie życia.

Jako przykład powiedzenia weźmy L’erba del vicino è sempre più verde [Trawa sąsiada jest zawsze bardziej zielona.]. Naturalnie chodzi tu o to, że rzeczy, które mają inni, wydają się często lepsze od naszych.

Na zakończenie skupmy się na trzecim zagadnieniu, jakim są wyrażenia z użyciem nazw zwierząt. Przyjrzyjmy się kilku ze słowem cane [„pies”]:

  1. Alla festa non c’era un cane. – Na przyjęciu było niewiele osób.
  2. Essere solo come un cane. – Być samemu jak pies [porzuconym przez wszystkich].
  3. Trattare qualcuno da cane. – Traktować kogoś jak psa [źle].
  4. Fare qualcosa da cani, per esempio guidare da cani. – Robić coś bardzo źle, na przykład beznadziejnie prowadzić auto.
  5. Stare da cani. – Mieć się źle.
  6. Avere una vita da cani. – Wieść pieskie życie [nędzne, pełne trudności].
  7. Essere fedele come un cane, w końcu jakieś wyrażenie o pozytywnym znaczeniu – Być wiernym jak pies.

Zakończmy ciekawostką. Z całą pewnością znacie wszyscy wyrażenie in bocca al lupo [powodzenia, dosł. „w paszczę wilka”]. Używamy go, gdy chcemy komuś życzyć powodzenia i szczęścia przed jakąś trudną próbą, np. przed egzaminem. Na pewno wiecie również, że na takie życzenie odpowiadamy po włosku crepi (il lupo) [My mówimy „Nie dziękuję”, po włosku crepi znaczy dosłownie „niech umrze/zdycha(wilk)”.] Skąd w ogóle wzięło się takie powiedzenie? Otóż w tradycji ludowej wilk był zawsze postrzegany jako symbol zła, utożsamiano go z niebezpieczeństwem w najczystszej postaci. „Pójście w paszczę wilka” oznaczało bohaterskie stawienie czoła sytuacji. A zatem początkowo wyrażenie to używane było jako życzenie powodzenia kierowane do tego, który musiał sprostać wyjątkowo trudnej sytuacji.

„Aspromonte” w polskich kinach

0

22 listopada do polskich kin trafi nowy film w reżyserii Mimmo Caloprestiego. W rolach głównych zobaczymy Valerię Bruni Tedeschi („Zwariować ze szczęścia”) i Marcello Fonte („Dogman”). Polskim dystrybutorem filmu jest Aurora Films.

źródło: http://www.aurorafilms.pl/zapowiedzi/aspromonte/

Położone w malowniczym kalabryjskim Aspromonte niewielkie miasteczko Africo to miejsce, gdzie czas  się zatrzymał. Pozbawione elektryczności i drogi, która łączyłaby je z większymi ośrodkami, skazane jest na izolację. Porządek życia wyznacza tu natura oraz jasne zasady, którymi kieruje się na co dzień lokalna społeczność.  

Ma to jednak i złe strony, gdyż w Africo wszystko pozostaje w stanie zawieszenia, co wzmaga jedynie frustrację mieszkańców. Czarę goryczy przelewa tragiczna śmierć kobiety w trakcie porodu, gdyż z powodu braku drogi lekarz nie zdążył na czas. Poirytowani mieszkańcy postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i wybudować ją własnymi siłami. Szansą na socjalizację zapomnianego Africo będzie też przybycie nowej, postępowej nauczycielki. Jej nowoczesny sposób bycia i nieprzeciętna uroda powodują spore zamieszanie i wzburzenie.

Akcja filmu, opartego na powieści Pietra Criaco, rozgrywa się w latach 50. Miejsce jest nieprzypadkowe, bowiem sam reżyser Mimmo Calopresti wychował się w niewielkim kalabryjskim miasteczku. W jednym z wywiadów przekonywał, że włoskie południe od zawsze naznaczone było pewną duchowością: „Niebem i piekłem, baśnią i tragedią”. Jego nowy film łączy w sobie wszystkie te elementy.

W rolach głównych występują Valeria Bruni Tedeschi („Zwariować ze szczęścia”) oraz Marcello Fonte („Dogman”).

Moja Ciociaria

0

„Nie cierpi z powodu braku ten, kto niczego nie pragnie” pisał Marek Tulliusz Cyceron, prawnik, filozof, pisarz starożytnego Rzymu, najwybitniejszy syn Ciociarii, urodzony w Arpino w 107 r. p.n.e.

Dla kogoś, kto tak jak ja żyje zagranicą, prawie niemożliwe jest nieodczuwanie tęsknoty za tym miejscem, swoją ziemią, no właśnie, za „moją Ciociarią”.

Za Ciociarię powszechnie uważa się terytorium Prowincji Frosinone, nawet jeśli historycznie Ciociaria składała się z większego obszaru, który obejmował oprócz prowincji Frosinone również południową część Prowincji Rzymskiej oraz część Prowincji Latina.

Ciociaria, mimo że niezbyt popularna wśród Włochów, jest miejscem bogatym w historię, sztukę, obfitującym w piękne krajobrazy oraz wspaniałą naturę. Przynajmniej tak widzą ją jej mieszkańcy (Ciociarini). To nadzwyczajny region, w którym każdy z Ciociarini czuje się jak w domu, nawet jeśli na co dzień (niestety lub właśnie na szczęście) dzieli go od Ciociarii wiele kilometrów. 

Dzieląca nas odległość sprawia, że wspomnienia wydają się piękniejsze, przede wszystkim te z okresu dzieciństwa, te niezapomniane. Spacery z ojcem po górach, podczas których zbieraliśmy grzyby, świeży makaron przygotowywany w niedziele przez moją babcię, schnące w słońcu i przeniknięte zapachem wiosny włosy mojej matki, spracowane ręce dziadka podczas winobrania, głos siostry, kiedy bawiliśmy się w ogrodzie, rozgrywane na zaimprowizowanych boiskach mecze piłki nożnej, bieganie po różnych zakątkach, zapach białych cyklamenów, dopiero co wytłoczonej oliwy, chleba dopiero co wyciągniętego z pieca, dopiero co wytłoczonego wina.

Większości Polaków nazwa „Ciociaria” nie powie prawdopodobnie zbyt wiele, ale w rzeczywistości każdy Polak bardzo dobrze zna przynajmniej jedno z miejsc położonych w tym regionie – Montecassino. Miejscowość, w której spotykają się dwie historie- włoska i polska, i gdzie w maju 1944 roku miały miejsce tragiczne i dobrze znane wydarzenia czwartej bitwy pod Montecassino. Dzielny II Korpus Polski pod dowództwem generała Andersa zdobył szczyt Montecassino (zdarzenie decydujące o wyzwoleniu Rzymu), będące również inspiracją do napisania słynnej polskiej piosenki „Czerwone maki na Montecassino”: „i tylko maki na Monte Cassino, czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi”.

Oprócz samego Montecassino, Ciociaria ma do zaoferowania również wiele miejscowości turystycznych, związanych ze sztuką, kulturą oraz historią. Zamki i średniowieczne miasteczka, których początki przypadają na IX wiek n.e., tworzyły miejsca obronne przed najazdami, przede wszystkim Saracenów. Należy wymienić tu m.in. Fumone, jeden z rzadkich przypadków zachowania struktur średniowiecznych, Vico nel Lazio, Isola dei Liri, Roccasecca (miejsce urodzenia św. Tomasza z Akwinu) oraz Esperia, w której po dziś dzień zachował się zbudowany w strategicznym miejscu, zarówno pod względem wojskowym, jak i handlowym, zamek. Esperia łączyła Gaetę (druga stolica Królestwa Obojga Sycylii) z doliną Liri i Montecassino. 

Piękne Acropoli di Arpino i Acropoli di Alatri, ze swymi sławnymi i tajemniczymi murami cyklopowymi oraz miasteczka: Boville Ernica, Monte San Giovanni Campano, San Donato Val di Comino należą do najpiękniejszych miejsc w całych Włoszech.

Szczególnie dużą artystyczną wartość prezentuje typowe dla cysterskiej architektury gotyku opactwo Casamari, w Comune di Veroli, zbudowane w 1203 roku, będące jednym z najważniejszych włoskich klasztorów.

Ciociaria oferuje również wiele możliwości dla miłośników gór i sportów outdoorowych: szlaki trekkingowe, przede wszystkim na zboczach Parku Narodowego Abruzji oraz w Górach Auruncyjskich lub stokach tyrreńskich, które dodatkowo słyną z rzadkich okazów roślin oraz zapierających dech widoków na zatokę Gaetańską.

Ciociaria jest atrakcyjna również dla fanów wycieczek rowerowych i free climbingu, oferując niezliczone możliwości i trasy dla przejazdów mountain bike oraz tysiące szlaków wspinaczki górskiej wytyczonych przez znanych i doświadczonych wspinaczy pochodzących z Ciociarii. Mówiąc o sporcie, nie można nie wspomnieć o historycznym Frosinone Calcio, pierwszej drużynie, która wygrała najwięcej serii w piłce nożnej, obecnie rozgrywającej w klasie A 2015/2016. 

Jak każdy z włoskich regionów, Ciociaria jest miejscem urodzenia wielu słynnych osób, oprócz wspomnianych wyżej Cycerona i św. Tomasza z Akwinu, należy również wymienić Vittorio de Sica, jednego z najbardziej znamienitych włoskich reżyserów i dwóch spośród największych włoskich aktorów- Nino Manfredi (ur. w Castro dei Volsci – nazywany również Ciociario d’Italia) i Marcello Mastroianni (Fontana Liri) oraz Severino Gazzelloni, muzyka międzynarodowej sławy (Roccasecca – nazywany „złotym fletem”).

I najlepsze na końcu – wyśmienite wina i potrawy. Ciociaria może z całą pewnością uchodzić za idealne miejsce dla tych, którzy przykładają dużą wagę do oryginalnych produktów o długiej tradycji. Doskonałej jakości wina, wśród których słynne Cesanese di Piglio, oraz pierwszorzędne Ceberet di Atina. Tradycyjne sery, jak np. jedyny w swoim rodzaju Marzolina di Esperia, znane oliwki z Geata, wędliny, trufle oraz wiele oliw extra vergine.

To moja Ciociaria: jedyna, prawdziwa, zwyczajna, szczęśliwa, niezapomniana. Nawet jeśli daleka, to zawsze w moim sercu.

Z dyni nie odrzuca się niczego

0

Wreszcie nadeszła jesień, odpowiedni moment, żeby porozmawiać z wami na temat jednego z moich ulubionych produktów: dyni! Muszę przyznać, że odkryłam ją dosyć późno. Przez wiele lat obawiałam się jej, ponieważ mówiono mi, że dynia jest trudnym produktem: ciężko się ją obiera i długo się gotuje. Mówiło się kiedyś, że aby móc ją zjeść, trzeba dużo wytrwałości.

Patrzyłam na ten cudowny produkt z onieśmieleniem dopóki się nie przeprowadziłam i moja nowa sąsiadka okazała się być miłą kobietą, której ogród przepełniony był dyniami. Chciałam tego czy nie, przynosiła mi je w prezencie bezpośrednio na parapet kuchenny. W ten oto sposób zdecydowałam się zmierzyć z tym przerażającym warzywem i dzięki kilku radom od sąsiadki odkryłam, że nie ma nic łatwiejszego i przyjemniejszego niż gotowanie świeżej dyni.

W bardzo krótkim czasie stałam się ekspertem od przepisów bazujących na dyni, składniku, który może być podawany w najróżniejszych wariantach. Jednocześnie jest on odpowiedni nawet dla kucharek trochę leniwszych, tak jak ja.

Dynia jest prawdopodobnie największym warzywem występującym w przyrodzie. Należy do rodziny dyniowatych i pochodzi z Ameryki Środkowej. W Meksyku zostały odnalezione nasiona dyni sięgające roku ok. 6.000 p.n.e.. Obecnie jest spożywana we wszystkich częściach Włoch, głównie w kilku regionach, gdzie stanowi podstawowy składnik wielu przepisów. Przez cały październik „święta dyni” ożywiają małe miasteczka przyciągając łakomczuchów.

Dynia to dobry produkt pod każdym względem. Odpowiedni dla osób, które chcą być w dobrej formie, ponieważ mimo słodkiego smaku i kremowej konsystencji ma mało kalorii: tylko 25 na 100 gram produktu. Niski indeks glikemiczny czyni z dyni doskonałego sprzymierzeńca zarówno dla tych, którzy chcą schudnąć jak i dla osób chorych na cukrzycę. Oprócz tego jest idealnym składnikiem do przygotowywania ciast, kremów i słodyczy.

Jest odpowiednia również dla osób dbających o zdrowie: bardzo bogata w minerały, szczególnie w potas, fosfor i magnez oraz w witaminy. Szczególnie wysoka jest zawartość witaminy A, która może pomóc organizmowi zwalczać zakażenia. Zawiera również witaminy C, E, żelazo i kwas foliowy, które pomagają wzmocnić układ odpornościowy.

Ponadto, jest to produkt odpowiedni dla tych, którzy kochają wszechstronne składniki, dzięki którym mogą puścić wodze fantazji w kuchni.

Cały sekret łatwiejszego przygotowania dyni sprowadza się do skórki: nie zawsze trzeba ją obierać! Dynia może być krojona zwyczajnie na cząstki i po wyjęciu nasion pieczona bezpośrednio ze skórką. 20 minut wystarczy, aby miąższ był dostatecznie miękki. Na tym etapie może być obrana z łatwością i później wykorzystana do wszystkich waszych ulubionych przepisów.

Istnieją różne odmiany dyni (np. Delica lub Mantovana z ciemnozieloną skórką, ale również Butternut i Violine), których skórka może być konsumowana w całości: w obróbce cieplnej mięknie i delikatnieje oraz nieznacznie łagodzi słodki smak miąższu. Doskonała jest pieczona, pokrojona w kostkę i przyprawiona olejem, solą, ziołami i dużą ilością świeżego rozmarynu. Idealnie sprawdzi się też gotowana i zmiksowana na aksamitną zupę krem. Oczywiście wraz ze skórką!

Z dyni nie odrzuca się niczego, nawet nasion. Zostają usunięte przed gotowaniem po pokrojeniu warzywa w cząstki, aby później mogły być suszone na słońcu lub prażone w piekarniku z olejem i solą w 180º przez 15-20 minut.

Moje ulubione przepisy? Tarta z pieczoną dynią z podsmażonym na patelni porem i wędzonym tofu. Aromaty idealnie się łączą w niepowtarzalne, sycące danie, dobre nawet na zimno, zatem idealne jako obiad na wynos.

Mieszkańcy Wenecji preferują wersję alternatywną „saor” połączony z dynią, w wyniku czego otrzymujemy nieoczekiwanie słodko-kwaśny smak. „Saor” to typowo wenecka marynata, tradycyjnie używana do sardynek, ale doskonała również w innych przepisach. Należy przygotować ją wcześniej, podsmażając na patelni dużą ilość cebuli, rodzynki, orzeszki piniowe, ocet balsamiczny. Następnie, przykrywa się nią surową dynię bez skórki, pokrojoną w cienkie plasterki i zostawia się do marynowania na całą dobę.

Ciekawostka: dynia jest uważana za symbol Halloween (od All Hallows’ Eve, wigilia Wszystkich Świętych), święto, które ma swoje korzenie w obchodach Samhain, końca lata. Według kalendarza celtyckiego, używanego przed chrześcijańskim, 31 października obwieszczał koniec żniw i początek nowego roku. Wierzono, że w noc Samhain dusze zmarłych mogły połączyć się ze światem żywych i wędrować po ziemi niezakłócone. Stąd tradycja rzeźbienia w warzywach, w środku których umieszcza się światła, by odstraszyć złe dusze.

Pierwotnie do tego celu była używana rzepa. Dopiero w wyniku wielkiej emigracji do Ameryki z końca XIX wieku, rozprzestrzeniło się użycie dyni, warzywa, które było bardziej powszechne na tym terytorium.

Collodi – miejsce, gdzie zrodziła się legenda

0

W toskańskim miasteczku Collodi znajduje się jeden z niezwykłych – niektórzy mówią “dziwnych” – parków na terenie Italii. Jest to Parco di Pinocchio. Postać znana każdemu, zarówno dzieciom, jak i dorosłym na całym świecie. Oprócz tego parku niedaleko znajdują się Giardini di Garzoni  z przepiękną Villą i urokliwym Domem Motyli.

W tak przepięknym otoczeniu można spędzić większą część dnia, zwłaszcza gdy na niebie świeci słońce. Pobyt wśród roślin, drzew, wodospadów i rzeźb napełnia nas niesamowitym spokojem. Włoskie ogrody mają swój niepowtarzalny urok.

Chciałabym jednak – mimo zachwytów nad przyrodą – wrócić do tematu drewnianego pajacyka. Jego wizerunek z biała czapeczką – a właściwie z samą głową – spoziera na nas z pobliskiego trawnika. Jest wiele atrakcji dla dzieci, np. statek piratów, labirynt, muszla koncertowa… Dorosła osoba z ciekawością zajrzy do drewutni, w której został wystrugany pajacyk. Jest i muzeum w którym znajdziemy książki w różnych językach.

Według mnie każdy znajdzie w tym mieście coś dla siebie. Warto też wziąć sobie do serca słynną przestrogę: nie kłam, bo nos Tobie się tak wydłuży… Cały czas aktualna, prawda? Miłym podarunkiem może być miniaturka drewnianego pajacyka na sznureczkach, która okaże się wspaniałą ozdobą w domowym zaciszu. Warto sobie spoglądać na niego i przypominać o historyjce stworzonej przez Carlo Lorenziniego.

Powracajmy często do świata baśni, czy to przez czytanie książek, czy oglądanie filmów, aby nie zatracić nigdy w sobie dziecka. Przecież dziecko jest w każdym z nas. Nie utraćmy nigdy tego dziecięctwa, ponieważ zegar nie chce się zatrzymać i cały czas biegnie w coraz szybszym tempie, mimo naszych 20, 30 czy 50 lat. Odnajdujmy w sobie tę radość, aby móc przy każdej możliwej okazji ją z siebie wykrzesać. Niech pomoże nam w tym wizyta w tytułowym mieście, do której Was z całego serca zachęcam. Mam nadzieję, że fotografie będą uzupełnieniem słów zawartych w artykule  i niejedną osobę skłonią do wizyty w miasteczku Collodi.

Lubię to!

0

Włoski czasownik piacere jest jednym z tych, których uczymy się na początku nauki języka włoskiego, który pozwala nam wyrazić nasze gusta i upodobania w pozornie prosty sposób. Często jednak jest używany w sposób nieprawidłowy. Spowodowane jest to tym, że wiele osób kojarzy ten czasownik jedynie z jego bezosobową formą i traktuje go jako odpowiednik polskiego lubić (1), nie pamiętając, że w pewnych kontekstach odpowiada on również czasownikowi podobać się (2) i odmienia się podobnie jak pozostałe czasowniki w języku włoskim (io piaccio, tu piaci, lui/lei/Lei piace, noi piacciamo, voi piacete, loro piacciono). Aby uniknąć wątpliwości, warto od samego początku nauki kojarzyć piacere z polskim odpowiednikiem podobać, zwłaszcza że obydwu czasowników używa się tak samo:

  1. Mi piace il caffè. – Lubię kawę.
  2. Mi piacciono le ragazze alte. – Podobają mi się wysokie dziewczyny.
  3. Io ti piaccio. – Podobam Ci się.

Najczęstszym błędem jest uzgadnianie tego czasownika z dopełnieniem dalszym, a nie z podmiotem. Piacere wskazuje na podmiot, czyli kto i co mi się podoba lub nie, a osobę, która lubi lub nie lubi kogoś lub czegoś, wyraża się za pomocą zaimka osobowego dopełnienia dalszego. Na przykład w (1) zdaniu podmiotem gramatycznym, z którym uzgadniamy czasownik jest il caffè, natomiast mi to zaimek osobowy dopełnienia dalszego, który wskazuje kto lubi kawę. Kiedy dopełnienie dalsze wyrażone jest zaimkiem osobowym, można używać jego form akcentowanych i nieakcentowanych. Zaimki osobowe dopełnienia dalszego mają następujące formy: ti / a te, le / a lei, gli / a lui, ci / a noi, vi / a voi e a loro/ gli. W przypadku, gdy element, który się podoba jest liczbą mnogą, używa się liczby mnogiej czasownika piacere, czyli piacciono, np.

  1. Mi piacciono i vestiti lunghi. – Podobają mi się długie sukienki.

Kiedy podmiotem nie jest rzeczownik, ale czynność wyrażona bezokolicznikiem (5) albo całym zdaniem, piacere występuje w trzeciej osobie liczby pojedynczej (6).

  1. Mi piace viaggiare. – Lubię podróżować.
  2. A lei piace che tu venga a visitarla. – Podoba jej się to, że ją odwiedzisz.

Piace i piacciono wskazują na czas teraźniejszy, ale możliwe jest ich odmiana we wszystkich czasach i trybach. W czasach złożonych (tempi composti) piacere jest zawsze odmieniony z czasownikiem posiłkowym essere. Jeśli chcemy wyrazić określoną opinię na temat kogoś lub czegoś użyjemy passato prossimo (7), czasu imperfetto użyjemy do opisania czegoś, co zwykliśmy robić w przeszłości (8) lub do wyrażenia zmiany w naszych przyzwyczajeniach (9). W czasach przeszłych zaimek dopełnienia dalszego nie zmienia formy czasownika, jego forma jest więc taka sama jak w czasie teraźniejszym.

  1. Il film che ho visto ieri sera mi è piaciuto molto! 
  2. Quando abitavo a Napoli, tutte le mattine mi piaceva prendere il caffè al bar.
  3. Prima mi piaceva molto partecipare ai grandi concerti, ma adesso non mi piace più perché non mi sento sicura.

Aby utworzyć zdanie przeczące z czasownikiem piacere, należy poprzedzić czasownik partykułą przeczącą non (nie), stawiając ją przed zaimkiem dopełnienia dalszego w formie nieakcentowanej (10) lub po tym zaimku, gdy jest on formie akcentowanej (11).

  1. Non mi piace. 
  2. A me non piace. 

Spośród innych czasowników, które mają konstrukcję podobną do piacere, należy wyróżnić occorrere, mancare, servire, interessare i sembrare.

Janusz Roguski: La mia Italia

0

Z zawodu architekt, z zamiłowania akwarelista i podróżnik. Janusz Roguski, autor ponad trzystu akwareli przedstawiających architekturę Włoch, w tym tej, która zdobi okładkę najnowszego wydania Gazzetta Italia.

„W życiu prywatnym był przede wszystkim strasznie fajnym człowiekiem, nietuzinkowym i ogromnie wrażliwym. Był absolutnym pasjonatem życia, ogromnie wymagającym w stosunku do siebie i rodziny. Swoją pasją i zaangażowaniem zarażał wszystkich wokół”, tak wspomina go córka, Joanna, italianistka i właścicielka wydawnictwa Pointa. Wydawnictwo jest niczym nić łącząca przeszłość z teraźniejszością, bo powstało jako realizacja niespełnionego marzenia jej dziadka, przedwojennego księgarza Henryka Roguskiego. Spełnienie jednego marzenia pozwoliło na zrealizowanie kolejnego: Joanna mogła wydać album „La mia Italia” ze zbiorem akwareli swojego taty, Janusza Roguskiego, który to był prezentem na jego 80. urodziny. Teraz, dzięki publikacji dostępnej na stronie wydawnictwa, każdy może podziwiać namalowane z niezwykłą delikatnością i precyzją detale włoskiej architektury, które być może staną się dla kogoś inspiracją do odkrycia miejsc uchwyconych pędzlem architekta.

Roguski uwielbiał podróże, razem z żoną Niną zwiedzili pół świata, ale to Włochy były krajem, do którego wracali najczęściej. Wszystko dlatego, że podczas studiów na warszawskiej architekturze odwiedzanie ukochanych miejsc było niemożliwe – oglądali je wyłącznie na kartach podręczników. Jak tylko otworzono granice, od razu zaczęli swoje eksploracje. Z namiotem i w skromnych warunkach jeździli podziwiać piękno architektury i historii sztuki. Obydwoje zawsze podkreślali, że zobaczenie na własne oczy wszystkich dzieł, o których uczyli się wcześniej tylko ze zdjęć, było ogromnym przeżyciem. Kiedy byli już po sześdziesiątce postanowili nauczyć się włoskiego. Spakowali walizki i pojechali na trzy miesiące do Rzymu, żeby na uniwersytecie dla obcokrajowców uczyć się języka. Pięciokilometrową trasę z domu do szkoły pokonywali codziennie pieszo, aby móc nasycić się pięknem Wiecznego Miasta.

Fascynacja sztuką i architekturą Włoch przerodziła się stopniowo w chęć uchwycenia jej na papierze. Pierwsze lekcje rysunku Janusz Roguski miał na Politechnice, ale malować zaczął zupełnie spontanicznie w 2004 roku i całkowicie go to pochłonęło. „Malował najczęściej siedząc na jakimś murku lub schodku, albo po wstępnych szkicach w swojej domowej pracowni. Odpływał wówczas w inną rzeczywistość, prawdopodobnie tam, gdzie pachniało rozgrzanymi kamieniami i wiekami minionej historii”, wspomina Joanna. Malując przywiązywał wagę do każdego szczegółu, a możliwość pokazania pereł architektury włoskiej z własnej perspektywy sprawiało, że był po prostu szczęśliwy. Jak mówi sam autor we wstępie do albumu „La mia Italia”: „Małe włoskie miasteczka oczarowują pięknem i harmonią, a ja staram się to uchwycić na moich akwarelach”.

Co ciekawe, malował tylko we Włoszech, żaden inny kraj nie wzbudził w nim podobnej potrzeby artystycznej ekspresji. Łącznie powstało ponad 300 prac. Część z nich w marcu 2009 roku została pokazana na wystawie we Włoskim Instytucie Kultury w Warszawie. Dla ich autora pozytywne przyjęcie i uznanie zaproszonych gości było ogromnym przeżyciem, zwłaszcza że nigdy nie myślał o tym, aby wystawiać gdziekolwiek swoje prace.

Tragiczna ironia losu sprawiła, że Włochy, które tak uwielbiał i które stały się częścią jego życia, przyczyniły się również do największego cierpienia. W 2013 roku, podczas corocznego wyjazdu na narty w Dolomity, uległ poważnemu wypadkowi, w wyniku którego został całkowicie sparaliżowany. Pozbawiło go to możliwości malowania i zmieniło diametralnie prowadzone dotychczas życie, tak pełne energii i pasji. Mimo wszystko nigdy nie ustała jego fascynacja kulturą, sztuką i architekturą Italii i zawsze z ogromną radością wracał wzrokiem do uwiecznionych pędzlem włoskich miniatur. Odszedł w listopadzie 2016 roku.

Podczas wielogodzinnych rozmów prowadzonych z córką wyznał jej któregoś razu, że chciałby zostawić po sobie ślad i być zapamiętanym. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu Joanny jego marzenie właśnie się spełnia.

MICHELANGELO PALLONI

0

MICHELANGELO PALLONI (ur. 29.09.1637 w Campi, zm. 17.12.1713 w Węgrowie). Malarz. Syn Cosima Di Fiorindo Palloni i Marii Magdaleny Palloni, oraz bratanek miejscowego księdza, wielebnego Andrei Di Fiorindo Palloni. W latach 1652-1655 uczy się pod okiem Baldassara Franceschiniego, zwanego „Il Volterrano”. 

Pierwsza samodzielna praca Palloniego to fresk na ołtarzu kościoła San Lorenzo w rodzinnym Campi, dzisiejszym Campi Bisenzio, zatytułowany „Madonna ze św. Janem i św. Hieronimem pod krzyżem”, pracę nad którym rozpoczął jako zaledwie trzynastoletni chłopiec w 1650 roku, a skończył 10 lat później. 

We włoskiej Florencji w latach 1655-1661 razem z Franceschinim pracuje nad freskiem w Kaplicy Niccolinich w kościele Świętego Krzyża, a w 1669 r.  przy dekoracji kościoła św. Marii Magdaleny De’ Pazzi. Tworzy szereg malowideł w Bolonii, w Turynie zdobi przedsionek kościoła San Lorenzo freskiem przedstawiającym cykl scen Męki Pańskiej.
Jako wzory do naśladowania, mistrz Volterrano wskazuje Palloniemu takich malarzy jak Antonio Allegri zwany Correggio, czy Pietro Da Cortona, w tamtym czasie zaangażowany
w pracę w Toskanii, równocześnie znaczący reprezentant tak zwanej Szkoły Florenckiej
w Rzymie.
Po wielu latach nauki pod okiem Franceschiniego, w 1671 roku Michelangelo Palloni zaczyna otrzymywać zlecenia od Cosima III Medici, księcia Wielkiego Księstwa Toskanii. W 1673 roku we Florencji zapisuje się do Akademii Rysunku, której później zostaje członkiem. Tutaj szkoli się w zakresie kwadratury (iluzji przestrzeni) i postaci widzianych z różnej perspektywy. W latach 1673- 1676 wciąż uczęszcza do Szkoły Florenckiej, gdzie rolę jego nauczyciela pełni Ciro Ferri. Tam Palloni zgłębia temat malarstwa iluzjonistycznego, typowego dla sztuki baroku. Tymczasem we Florencji, w latach 1674-1676 podejmuje się prac na zlecenie medycejskiej manufaktury tapiserii, dla której wykonuje kompozycje wzorów tkanin- tzw. kartonów, inspirując się pracami XVI-wiecznych artystów florenckich takich jak Francesco Salviati czy Andrea del Sarto. Tkaniny te zachowały się w zbiorach Medyceuszy. 

Palloni- kopista odtwarza niektóre dzieła Pietra da Cortony, a także portret Cosima III ażeby zastąpić brakujące oryginały kolekcji medycejskich.
W drugiej połowie 1767 roku, na zaproszenie Wielkiego Hetmana Litewskiego, Michała Kazimierza Paca i jego brata Krzysztofa Zygmunta Paca, Kanclerza Litewskiego, Palloni przybywa do Polski. Na tutejszą twórczość artysta przenosi wszystkie dotychczasowe doświadczenia zdobyte we Włoszech: szkoła florencka, wenecka, bolońska czy rzymska. Perspektywa, pejzaże, sztalugi, kwadratura, rysunek, światłocień, plastyczność ciał, modelunek karnacji, mimika twarzy, gestów, szczegóły biżuteryjne i tekstylne, tonacja barw, z których artysta upodobał sobie przede wszystkim tonacje różu i fioletu.

W Polsce spotyka rzeszę wybitnych włoskich artystów, działających głównie w Warszawie. Wśród nich architekci: Agostino Vincenzo Locci (syn Agostina Locci Starszego z Narni), twórcę Pałacu w Wilanowie Carlo Ceroni z Lombardii, Giuseppe Simone Bellotti, Tommaso Bellotti, Giuseppe Piola, projektant lombardzkiej Valsoldy (krewny Carla Ceroniego, twórcy kościoła parafialnego w Węgrowie); rzeźbiarze: Francesco Maino, Ambrogio Gutti, Carlo Giuseppe Giorgioli; malarze: Martino Altomonte z Neapolu, Francesco Antonio Giorgioli z prowincji Como i rzeźbiący w stiuku Giovanni Pietro Perti. 

W roku 1685 udaje się na krótki czas do Włoch, odwiedza Rzym, a po powrocie do Polski sprzedaje cały swój dobytek i decyduje osiąść razem z rodziną w Warszawie. Razem z żoną Anną Marią Lanzani, w 1688 roku wprowadza się do nowo zakupionej willi na warszawskim Lesznie. Ma dwoje dzieci, Melchiora i Różę. Jednak po niedługim czasie, razem z rodziną, przenosi się do Wilna, gdzie czekają na niego kolejne ważne projekty.

Tam, poza wykonywaniem prac architektonicznych, odnajduje się w realizacji ciekawych scenografii dla litewskich teatrów.
W tym samym czasie zostaje przyjęty jako nadworny malarz na dworze Króla Jana III Sobieskiego w Warszawie, przez którego zostaje zatrudniony przy dekoracji Pałacu w Wilanowie. Ma tu do czynienia z wielkimi osobistościami, takimi jak malarz Pietro Dandi, wojewoda płocki Jan Bonawentura Krasiński, kasztelan Teofilo Fredro. 

W 1969 sprzedaje swoją leszczyńską willę, ale pozostaje w Warszawie. W 1705 jest świadkiem na ślubie Vincenza Ornaniego w Kościele św. Jana w Warszawie. Od 1706 roku i aż do 1713, roku jego śmierci, Palloni mieszka razem z żoną w Węgrowie. Wszystkie jego córki, Maria Alessandra, przyszła żona kupca Paola Castelliego, Maria (Caterina) Maddalena, przyszła żona rzeźbiącego w stiuku Giovanniego Pietra Perti, a także Rosa, poślubią Włochów. W 1712 pod imieniem Michała Archanioła Palloniego figuruje w spisie członków Bractwa św. Anny przy parafii węgrowskiej. 

Cud nad trumną św. Kazimierza, fresk Michelangelo Palloniego w kaplicy św. Kazimierza przy katedrze w Wilnie

Do najbardziej znakomitych prac Palloniego z okresu Rzeczypospolitej Obojga Narodów zalicza się, poza dziełami w Pałacu Wilanowskim w Warszawie, freski w kościele w Pożajściu pod Kownem, malowidła w kościele św. Piotra i Pawła na Antokolu w Wilnie z 1684 roku; obraz olejny „Ukrzyżowanie” w kościele w Pożajściu z 1675 r. , zdobienia Pałacu Krasińskich w Warszawie z 1684 r. i Pałacu Leszczyńskich w Rydzynie z 1688; malowidła w Kolegiacie i kaplicy misjonarzy w Łowiczu z 1690 r. na zlecenie prymasa Michała Radziejowskiego, również dla karmelitów bosych w Warszawie; malowidła w Kościele parafialnym, a później kościoła reformatów w Węgrowie na zlecenie Jana Dobrogosta Krasińskiego, od którymi pracował od 1707 do 1708 roku. 

Malowidła we wnętrzu kościoła św. Antoniego z Padwy na Czerniakowie w Warszawie, które kiedyś na pierwszy rzut oka dało się rozpoznać jako te autorstwa Palloniego, dzisiaj pozostają niepodpisane, nawet jeśli uda się rozpoznać w nich jakiegoś malarza nurtu północnych Włoch czy północnej Europy. 

W dziełach Palloniego, które sygnował przymiotnikiem „Florentinus”, mimo tak istotnych różnic, czasem udaje się wychwycić elementy charakterystyczne: technika impasto stosowana przez niderlandzkiego portrecistę Justusa Sustermansa, mistycyzująca twórczość, charakteryzująca płótna Carla Dolci, światła i cienie Caravaggia, atmosfera rytowanej groteski Jacquesa Callota, a także mroczna twórczość jego przyjaciół malarzy Pietra Dandini i Antona Domenica Gabbiani. W końcu, przy wielu projektach, jak np. ten w Wilanowie, pracując ramię w ramię z młodszymi od siebie kolegami, jak Szymonowicz czy Reisner, wykształconych w rzymskiej Akademii św. Łukasza, skłania się coraz bardziej ku rzymskiej technice malarstwa, którą również sprawnie się posługuje. 

Michelangelo Palloni zostaje pochowany w podziemiach kościoła parafialnego w Węgrowie. Na ówczesnych terenach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Palloni został zapamiętany jako „największy malarz wszechczasów”. Dużo na temat artysty zostało napisane przez Magdalenę Górską, U. Bieszczad Bauman, S. Fiedorczuk, G. M. Guidetti, M. Heydel, M. Karpowicz, M. Paknys i T. Sawickiego. 

Corigliano Calabro: przyjemność podróżowania poza szlakiem

0
SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po raz pierwszy do włoskiej Kalabrii przyjechałam z Bolonii autobusem. W ten oto sposób miałam możliwość podziwiać w drodze zarówno zachód, jak i wschód słońca. Przejechaliśmy, od Rimini w dół, po obcasie włoskiego buta wprost w objęcia dawnej Magna Grecia. Wśród zaspanych pasażerów byłam wówczas jedynym obcokrajowcem, ale w zasadzie nie miało to znaczenia. Najpiękniejsza, bo o wschodzie słońca, okazała się Apulia, którą przecięliśmy wzdłuż jak plaster miękkiego sera. Stojące przy drodze, jakby rozsypane od niechcenia, przypadkowo, niszczejące pojedyncze trulli – stożkowe domostwa liczące ponad 2000 lat – pobudzały wyobraźnię i przywoływały obrazy, trochę wymyślone, czasów ich świetności. Mimowolnie odwracałam za nimi głowę, aż znikały zupełnie z pola widzenia.  

Gdy przejeżdżaliśmy wzdłuż wybrzeża, promienie budzącego się słońca odbijały się od morskiej tafli, rażąc w oczy. Mimo że było jeszcze bardzo wcześnie, za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, przez które wysiadali kolejni podróżni, do środka klimatyzowanego pojazdu wpadało ciepłe, otulające powietrze pachnące pełnią lata. Gdy w końcu dotarliśmy do celu, w Corigliano Calabro, niewielkiej miejscowości położonej w prowincji Cosenza, rozpoczynał się kolejny zwykły dzień. Wesoły gwar przeplatał się z odgłosem uderzanych o siebie filiżanek i rytmicznym mieszaniem malutkiej, aromatycznej kawy. Rogaliki, ciambelle, bomboloni i inne słodkości na wielkiej blasze wyciągano z pieca i układano na oszklonej ladzie. We Włoszech śniadanie na słodko to przyjemność, na którą zasługujemy, bo w końcu dzień, aby dopisywało nam szczęście, należy rozpocząć dobrą myślą (czarną kawą i odrobiną słodyczy!) – zwłaszcza na południu Italii, gdzie wszystko, od krajobrazów po kuchnię, wydaje się pomnażać swoje oddziaływanie na zmysły.

Poznawanie codzienności

W miejscowościach takich jak Corigliano nie zwiedza się, a poznaje codzienność, a zamiast przewodników słucha się historii opowiadanych przez lokalnych mieszkańców, którzy z entuzjazmem wskazują ukryte, niewidoczne na pierwszy rzut oka przejścia między wiekowymi murami, z których droga prowadzi często na piękny plac, będący tarasem widokowym lub uroczy, zaciszny dziedziniec. W małych miasteczkach południa trudno natknąć się na turystów innej narodowości niż włoska, a latem, zwłaszcza w weekendy, gdy miejscowi odpoczywają nad morzem, wydają się one być zupełnie puste.

W rzeczywistości Corigliano Calabro to usytuowana na wzgórzu historyczna część miasta, z której niektórzy mieszkańcy, zwykle młodsze pokolenia, przenieśli się do tej nowocześniejszej, Corigliano Scalo, położonej bliżej wybrzeża. Stare miasteczka Kalabrii wzniesione na szczytach wzgórz przypominają pełne tajemnic twierdze, które zwiedza się w milczeniu, wsłuchując w odgłosy żyjącego w swoim rytmie miasta, jak opowieści staruszka, którego darzymy wielkim szacunkiem. W Corigliano Calabro, nad domostwami wzniesionymi jedne przy drugich jak solidne, kamienne domino, góruje zamek książęcy, a miejscowi opowiadają o nim z  dumą i nieskrywanym, zupełnie naturalnym zapałem. Budowla wzniesiona została w wieku XI z polecenia Roberta Guiscarda jako forteca strażnicza, z której z powodzeniem można było nadzorować całą okolicę. Następnie, przez stulecia twierdza przechodziła z rąk do rąk wielmożnych rodzin (Sanseverino, Saluzzo, Campagna), których stała się siedzibą. Ich herby obecnie można podziwiać zawieszone nad bramą otoczonego fosą zamku. Potężne, odrestaurowane mury skrywają uroczy dziedziniec, niewielką kaplicę, piękne korytarze i starannie wyposażone komnaty, zupełnie jakby prawowici właściciele wciąż je zamieszkiwali. Sala balowa nazywana jest także salą luster, a jej sufit, oprócz wyjątkowych żyrandoli, zdobi fresk „Palcoscenico della vita” autorstwa Ignazia Perricciego. Dzieło to, mające dać złudzenie trójwymiarowości, przedstawia rozgwieżdżone niebo i postacie machające z balkonu ku zadzierającym głowę zwiedzającym. Wąskie, kręte schody prowadzą z kolei na jedną z wież, z której można podziwiać miedziane dachy domostw, lśniącą w promieniach zachodzącego słońca kopułę kościoła św. Antoniego, prowadzącą ku miasteczku drogę, która wydaje się być zaledwie cienką, rozrzuconą ot tak nicią, i rozległe wybrzeże, oddalone o jedynie kilka kilometrów. Spoglądając z wieży wydaje się, że można zamknąć w dłoni całą okolicę, a wąskie uliczki w starej części miasta przypominają ciasne przerwy między książkami w wielkiej bibliotece. Później, spacerując znów w dół, odkrywa się ciche zaułki, jakby obnażając miasteczko z niewidzialnych warstw, i delektuje się ciszą upalnego popołudnia, podczas gdy większość mieszkańców odpoczywa nad morzem w pobliskiej Marina di Schiavonea, gdzie latem przenosi się życie miejscowych. 


Mijamy, ukryty wśród kamienic niewielki kościółek św. Klary, aby wąskim przejściem, nie wiadomo kiedy znaleźć się na ulicy XXVI Maggio. Tam wchodzimy na XV-wieczny most Ponte Canale, wybudowany tuż nad pnącą się w górę via Roma. Niegdyś
pełnił on rolę akweduktu, który doprowadzał wodę do najważniejszych placów w mieście. Obecnie przystając na środku mostu możemy podziwiać jak w oddali, na cienkiej linii horyzontu morze spotyka się z niebem o takim samym kolorze. Wcześniej jednak przed nami rozciąga się falujące pole miedzianych i brązowych dachówek starych kamienic, między którymi, gdzieniegdzie wystają krzywe kominy z kamienia. Zgubić się nie sposób, a gdy w końcu docieramy do via Villa Margherita, nogi dają o sobie znać jak po miłej wspinaczce. Stamtąd już tylko kilka minut jazdy samochodem dzieli nas od Corigliano Scalo, tętniącego życiem wybrzeża oraz portu. Postanawiamy zostać jeszcze chwilę, dumając. W czasach niemal wszechobecnego przepychu, często najbardziej urzeka nas prostota, a nieodkryte miasteczka południowych Włoch są jak ciche oazy, które zwiedza się z wolna, spacerując, jak spokojne muzea pod gołym niebem, w których nigdy nie zabraknie biletów, a życzliwi przyjezdni, umiejący z należytym szacunkiem wtopić się w tę kojącą codzienność, zawsze witani są z otwartymi ramionami i zastawionym stołem.

Hotel Almhof, polska przystań w samym sercu Dolomitów

0

Val Pusteria ze względu na zapierające dech w piersiach krajobrazy, piękne i dobrze zagospodarowane tereny narciarskie, charakterystyczne górskie wioski i nieskończone możliwości uprawiania turystyki pieszej, rowerowej i jazdy konnej to bez wątpienia jedna z najbardziej znanych i lubianych dolin w Dolomitach. Rajski zakątek, który od jakiegoś czasu staje się także celem podróży i wycieczek polskich turystów – w Val Pusteria odnajdują oni wysoką jakość usług połączoną z bujną i fascynującą górską przyrodą o każdej porze roku i oczywiście smaczną, lokalną kuchnię. W Alta Pusteria (dwa kroki od wspaniałego Borgo di San Candido) miejscem, w którym polski turysta poczuje się najlepiej ugoszczony jest Hotel Almhof, prowadzony przez sympatyczną parę włosko-polską, Massimiliano Xodo di Como i Magdalenę Kasińską z Bielska Białej.

„Urodziłam się w Żywcu, ale wychowałam się w Bielsku Białej, a następnie w górach, w Szczyrku, gdzie jeździłam na nartach. We Włoszech jestem na stałe od 2004 roku. Przez osiem lat mieszkałam nad jeziorem Como, a zimą przyjeżdżaliśmy na narty do San Candido, do babci mojego męża. Miejsce to natychmiast skradło moje serce, jeszcze zanim pojawiła się okazja, aby prowadzić hotel w jednej z najpiękniejszych części Dolomitów, znanej miłośnikom gór, doceniającym piękno tej ziemi zarówno zimą – dzięki nowemu, nowoczesnemu ośrodkowi narciarskiemu 3 Zinnen – jak i latem, za sprawą trzech słynnych szczytów Lavaredo; do tego nieskończone możliwości wycieczek, w tym ścieżka rowerowa prowadzącą z San Candido do Lienz. ”

Hotel Almhof to prawdziwa perła położona w lesie, z którego roztacza się przepiękny widok na dolinę Val Pusteria i zbocza góry Elmo, odległej o zaledwie 2,5 km. Idealne miejsce – jedynie 5 km od granicy z Austrią – jako baza wypadowa do odkrywania Alta Pusteria, Val Fiscalina i Valdaora. Obszar górski usłany miasteczkami San Candido, Dobbiaco, Sesto, na terenie którego znajduje się bajkowe jezioro Braies położone 1496 metrów nad poziomem morza, ośrodek narciarski 3 Zinnen, Monte Elmo i Croda Rossa, a także niedaleka wioska Snowfun w Plan de Corones. Wszystko to w charakterystycznej scenerii urokliwych górskich kościółków, pastwisk, schronisk górskich i dziewiczych lasów.

Po całym dniu spędzonym na nartach lub pieszych wędrówkach, goście mogą zrelaksować się w hotelowym spa, które oferuje 2 jacuzzi, 2 sauny, łaźnię turecką, wannę do kąpieli w sianie i kabinę na podczerwień. Strefa relaksu wyposażona jest w sprzęt fitness i pokój gier dla najmłodszych. W jadalni z widokiem na górę Elmo serwowane jest śniadanie, złożone m.in. z dżemów domowej produkcji i kolacje z pysznymi lokalnymi daniami, takimi jak casunziei czy canederli. Urządzone w drewnie pokoje pachną szwajcarską sosną i wszystkie posiadają balkon z widokiem na zapierającą dech w piersiach panoramę Val Pusteria. Krótko mówiąc, hotel Almhof jest rajskim zakątkiem z polskimi akcentami idealnym dla wszystkich tych, którzy kochają autentyczną górską aurę.

Hotel Almhof

Adres: Via Jaufen 9, 39038 San Candido,
Alto Adige – Włochy
Tel: +39 0474 966755
Strona www: www.almhof.it
E-mail:info@almhof.it