Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 109

Tarta z kremem migdałowym, ciasteczkami „amaretti” i orzechami pekan

0

SKŁADNIKI

Na ciasto:
250 g miękkiego masła
250 g cukru
2 jajka
4 g soli (duża szczypta)
10 g proszku do pieczenia
400 g mąki pszennej (typu 00)
80 g kakao

Na krem:
70 g mąki migdałowej
55 g pokruszonych ciasteczek „amaretti”
125 g miękkiego masła
125 g cukru pudru
50 g mąki (typu 00)
125 g jajek
100 g orzechów pekan – całych oraz rozdrobnionych
kilka pokruszonych ciasteczek amaretti

PRZYGOTOWANIE:
Za pomocą miksera wymieszaj masło oraz cukier aż do powstania kremowej konsystencji. Stopniowo dodawaj do masy pozostałe składniki:  najpierw jajka, dalej makę wymieszaną z kakao, proszek do pieczenia i sól. Nie mieszaj zbyt długo – wystarczy, aby składniki się ze sobą połączyły. Owiń ciasto folią i włóż do lodówki na 2 godziny.

W tym czasie przygotuj krem: przy pomocy miksera wymieszaj masło z cukrem pudrem, a następnie jajka, dodając je powoli. W misce wymieszaj mąkę migdałową, pokruszone amaretti oraz mąkę pszenną. Dodaj suche składniki do mokrych i wymieszaj dokładnie używając miksera i odstaw w chłodne miejsce.

Piekarnik rozgrzej do 175 stopni, w trybie z nawiewem.

Wyjmij ciasto z lodówki i rozwałkuj je na grubość 4mm, ułóż ją na formie do tarty- tak by ciasto przykrywało brzegi formy, ponakłuwaj ciasto widelcem i wstaw do piekarnika na 5-8 minut, tak aby wierzch ciasta lekko się zarumienił. Wyjmij ciasto z piekarnika i ułóż na nim rozdrobnione orzechy pekan i pokruszone ciasteczka amaretti. Następnie wyłóż na wszystko krem, używając szpatułki.

Wierzch tarty udekoruj całymi orzechami pekan. Piecz jeszcze przez około 30 minut. Przed wyjęciem ciasta z formy, pozostaw je na jakiś czas do ostygnięcia.

Smacznego!

Czarno-białe spaghetti z owocami morza i sosem cytrusowym.

0

Dodaj trochę koloru i fantazji do zwykłego spaghetti!

(dla 2 osób)

Składniki:

  • 100 g makaronu spaghetti
  • 100 g czarnego makaronu spaghetti
  • 1 mała cebula
  • 8-10  kaparów w zalewie solnej
  • 10 pomidorków daktylowych lub cherry
  • 150 g owoców morza  (małże, kalmary, krewetki)
  • 3 liście laurowe
  • 2-3 listki bazylii
  • szczypta pieprzu
  • odrobina startej skórki cytryny
  • szczypta startej skórki pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • ½ łyżki mąki
  • 1 łyżka masła
  • sól – wg uznania
  • oliwa z oliwek – wg uznania

Przygotowanie:

Cebulę pokrojoną w cienkie plastry podsmaż na patelni, na odrobinie oliwy, aż się zeszkli. Dodaj na patelnie liście laurowe i mieszankę owoców morza (wcześniej dokładnie je opłucz). Podsmażaj na wolnym ogniu przez 5-6 min, następnie dodaj kapary, przekrojone na połówki pomidory oraz bazylię. Podsmażaj wszystko przez kolejne 2 minuty.

Ugotuj makaron, zwracając uwagę na czas gotowania podany na opakowaniu.

Teraz możesz przygotować salsę cytrusową: do małego rondelka wyciśnij sok z pomarańczy, dodaj masło, pieprz, starte skórki z cytryny i pomarańczy oraz mąkę. Gotuj wszystko na wolnym ogniu, aż zgęstnieje, mieszając od czasu do czasu tak, by nie powstały grudki. Ugotowany i odcedzony makaron wrzuć na patelnię do podsmażonych wcześniej składników, podgrzewaj przez minutę, dopraw pieprzem.

Przełóż gotowy makaron na talerze, przed podaniem skrop danie salsą cytrusową.

Smacznego!

Scialla! czyli podręcznik romano DOC

0

tłum.: Agata Marek

Ile to razy zdarza się, że będąc za granicą jesteśmy mniej lub bardziej żartobliwie przedrzeźniani za nasze typowo włoskie gesty, niejednokrotnie naśladowane przez naszych sympatyków? W tym artykule  odkryjemy jeden z najczęściej używanych w naszym państwie dialektów, obecny zarówno w utworach literackich, jak i produkcjach filmowych, tych starszych i tych aktualnych; język,w którym w najbardziej prosty sposób wypowiada się społeczeństwo, a jednocześnie język wielkich postaci, wśród których najbardziej znani to Alberto Sordi, Nino Manfredi, Carlo Verdone i Aldo Fabrizi, a w przeszłości także Trilussa i Gioacchino Belli. Nie ulega wątpliowości, że miasto, o którym mówię, to oczywiście Rzym. Jest to więc pochwała języka, który był i wciąż jest tym, który najgłębiej zagląda do ludzkich trzewi i  który niesie ze sobą ludzką różnorodność; język o wielu odcieniach, którego nie sposób pomylić z żadnym innym, i który obejmuje zarówno to, co romantyczne, jak i to, co najsurowsze i najbardziej potoczne. Aby uczynić lekturę bardziej żywą, przedstawię wyrażenia, których rzymianie używają na co dzień, tak, byście mogli je zastosować, podążając uważnie za instrukcjami naszego podręcznika.

Co to jest? To podręcznik zawierający rzymskie zwroty i wyrażenia, których można użyć przy różnych okazjach.

Dlaczego warto go używać? Podręcznik okazuje się bardzo przydatny szczególnie wtedy, gdy zatrzymamy się w Rzymie na dłużej  i chcemy  tu ‘’przetrwać”.  Pozwala lepiej zrozumieć sytuację, w której się znaleźliśmy i odpowiednio zareagować. Warto go używać także po to, by zrobić na rzymianach dobre wrażenie.

Ostrzeżenia przed użyciem: należy zdawać sobie sprawę, że każde z tych wyrażeń może zmieniać swoje znaczenie w zależności od sytuacji, kontekstu lub też tonu głosu. W czasie nauki, eksperymentować wyłącznie z rzymianami. Co więcej, nowe zwroty konsultować zawsze z rodowitymi rzymianami.

Działania niepożądane: wystawienie się na pośmiewisko lub inne nieprzyjemności.

Gdzie odnaleźć ową rzymskość? W slangu młodzieżowym, najpopularniejszy termin to na pewno “scialla”. Jego definicja, jaką kilka lat temu przedstawiłam babci, brzmiała “nie martw się”. Odpowiedź bardzo przydatna na ciekawskie pytania dotyczące na przykład egzaminów na uniwersytecie. Typowym miejscem, w którym można poczuć to młodzieżowe “odurzenie” jest Campo de’ Fiori w sobotnią noc, kiedy to plac wypełnia się nastolatkami ze wszystkich dzielnic, którzy “si beccano” na piwo (nieco później dowiecie się, co to znaczy). Campo  de’ Fiori pulsuje rzymskością także za dnia, gdyż mieści się tu jeden z najstarszych w Rzymie targów. Innym takim miejscem jest Testaccio, które wydaje się osobnym miasteczkiem: w ciągu dnia sporo tu młodych ludzi, ponieważ obok starej rzeźni znajduje się wydział architektury uniwersytetu La Sapienza. Ostatnie, choć z pewnością nie pod względem znaczenia, jest Zatybrze. Młodzi, starsi o lasce, pary z dziećmi stają się tutaj jednością. Całkiem niedawno, siedząc wieczorem przy stoliku jednego z lokali, popijałam piwo w towarzystwie przyjaciela. Uliczni muzycy i bardziej komercyjna muzyka docierająca z różnych knajpek; małe stoiska, na których można kupić bardziej lub mniej kosztowną, drewnianą lub nie, biżuterię; ryneczki vintage, których organizacja przypomina salon w prywatnym domu; stragany pełne słodyczy; malarze – wszystko to tworzy niezwykłą atmosferę. Wisienką na torcie, a dla mnie zwyczajnym szaleństwem, nieco mniej dla mojego przyjaciela z Treviso, okazała się kobieta szukająca swojego męża, który zniknął gdzieś z zakupami. Pozostawiam waszej wyobraźni komizm tej scenki, w której padają słowa: “Ao ma tu l’hai visto a quello? Sparisce sempre ma comm ‘è possibbile” [“Widziałeś go może? Zawsze znika, no niemożliwe!”; typowa dla dialektu hiperpoprawność w postaci błędnego użycia dopełnienia dalszego oraz liczne podwojenia głosek – przyp. tłum.].

Pojęcia w słowniku:

Fare sega” to nowoczesna wersja używanego kilka pokoleń wcześniej wyrażenia “marinare la scuola”, a więc wagarować. Sulla scia di scialla, czyli w slangu młodzieży, bardzo często używa się słowa “piotta”, które odpowiada kwocie stu euro. Jeśli jesteście zmęczeni, możecie powiedzieć “sto lesso”, “nun me pija”, lub “non m’aregge”, kiedy nie macie ochoty nigdzie wyjść.  Rzymskie “j”, dla początkujących, czyta się jako “gli”. “Te sto a imbruttì” (“zaraz cię oszpecę” – przyp. tłum.), możecie natomiast użyć w odniesienu do kogoś, kto nie wydaje wam się szczególnie sympatyczny i kto was denerwuje. “Bella” nie jest jedynie komplementem, ale także określeniem używanym podczas pożegnania. “Bella pe’ te” oznacza z kolei tyle co “sono contento per te”, czyli “cieszę się z tobą”. “Te rivolto come un calzino” wskazuje, że wyrażacie chęć spoliczkowania lub pobicia kogoś, podobnie jak “mo te parto de capoccia. Tel’appoggio” oznacza natomiast “zgadzam się z tobą”. Jeśli ktoś prosi was o radę, jak coś zrobić, możecie odpowiedzieć “come l’antichi”, czyli tak, jak starożytni. Jeśli chłopak was podrywa, użyje się zwrotu “te sta a batte i pezzi”, natomiast jeśli porzuca – “m’ha accannato”. W przypadku, gdyby nie odwajemnił uczuć w pierwszym podejściu, powiemy “t’ha dato er palo”. “Smella” oznacza natomiast zapach, a więc jeśli ktoś zwróci się do Was słowami “ce sta na smella terrificante” lub  “c’hai l’ascella pezzata”, oznacza to, że powinniście biegiem udać się do domu i jak najszybciej wziąć prysznic! “Inguattare” to z kolei kradzież, powiemy np. “oggi m’hanno inguattato il portafoglio!” , czyli “dzisiaj ukradli mi portfel!”.

Na cifra” to rzymski odpowiednik “molto”, czyli “dużo”. Jeśli chcemy kogoś zaprosić w Rzymie na spotkanie, użyjemy sformułowania “se beccamo?” (jednak powiemy w ten sposób jedynie do przyjaciół; nie próbujcie użyć tego zwrotu w odniesieniu do waszego chłopaka/dziewczyny). Jeśli pytają was, jak podobał się wam film, wystawa lub jak smakował obiad, możecie odpowiedzieć  “da paura!”, “fa viaggià” bądź “ce sta tutto!”.  O samochodzie, który jedzie zbyt szybko, powiemy, że “sta a piottà”. Wyrażenia “S’è fatta na certa” użyjecie,  gdy zrobiło się  ciemno i musicie już iść. Jeśli ktoś zwróci się do was “stai a sgravà”, oznacza to, że musicie wziąć się w garść. Kiedy ktoś was rozczaruje, możecie powiedzieć “m’è calato”, a kiedy zezłości – “mo te sbrocco”. “Fa rate” to natomiast odpowiednik “fa schifo”, a więc określenie czegoś, co nam się bardzo nie podoba.

Alitalia, najlepsza kuchnia pokładowa

0

tłum.: J. Aberbach

Biura oddziału Alitalia w Polsce zawsze znajdowały się w uprzywilejowanych lokalizacjach: początkowo na ulicy Widok, a od pewnego czasu w prestiżowym budynku na ulicy Nowy Świat 64. Być może dlatego, że firma zawsze pragnęła, aby jej biura odzwierciedlały styl i prestiż włoskiego piękna oraz linii lotniczych najwyższej klasy.

Z Marco Rottino, nowym dyrektorem Alitalia w Polsce, rozmawiam w kawiarni znajdującej się w pobliżu jego biura, a dobra kawa z rogalikiem gwarantują nam wyśmienite humory.

Czemu nie zjemy czegoś ze specjalności “Najlepszej kuchni pokładowej” zamiast rogalika?

Ha ha, ponieważ musiałbyś co najmniej zarezerwować w Alitalia średniej długości lot. Jeśli natomiast życzysz sobie zjeść obiad z trzech dań, musiałby to być na przykład rejs transatlantycki. 😉

Nie, pozostańmy zatem przy lekkim obiedzie. Jakie by to były loty średniej długości?

Chociażby zwykły lot relacji Warszawa – Rzym w biznes klasie wystarczy, aby spróbować naszych wspaniałych ravioli albo lasagni, a taką samą obsługę otrzymasz również w przypadku ewentualnej kontynuacji lotu w kierunku Afryki Północnej: Kair, Tunis, Algier, Casablanca itd.

Rozumiem, zaczynam być naprawdę głodny… a przy lotach długodystansowych?

W tym wypadku oferujemy doskonałe połączenia z Rzymu do Ameryki Środkowej i Południowej: Rio de Janeiro, San Paolo, Buenos Aires, a od maja również Santiago de Chile. W biznes klasie jest to prawdziwa podniebna pięciogwiazdkowa restauracja, oferująca ravioli al radicchio w sosie taleggio z orzeszkami pinii, typowe dla regionu Wenecji Euganejskiej albo roladę z piersi kurczaka nadziewaną puszystym serem Montasio DOP, serwowaną z faszerowanymi pomidorami oraz pieczonymi ziemniakami z rozmarynem. Jeśli zaś chodzi o desery, proponujemy mus z sera ricotta o pomarańczowym aromacie, z pistacjowym bisquitem, według typowej sycylijskiej receptury.

Brzmi wspaniale. A zatem nie wydaje mi się niczym nadzwyczajnym, że czytelnicy Global Travellers nagrodzili Was ponownie tytułem “Najlepsza kuchnia lotnicza”.

O tak! I to przez trzy kolejne lata! Należy również podkreślić, że wszystkie nasze dania są serwowane z winami najlepszego gatunku prestiżowej marki Barone Ricasoli, najstarszej winnicy na świecie, i wyselekcjonowane przez oficjalnego sommeliera Alitalia, we współpracy z Włoską Fundacją Sommelierów. 

Wspaniale! A ile może kosztować taki lot?

W klasie ekonomicznej przykładowy lot powrotny Warszawa/Rzym/Warszawa kosztuje od 506 PLN, podczas gdy lot do San Paolo, także w klasie ekonomicznej, kupimy już w cenie od  3380 PLN tylko do końca czerwca.

Odświeżyliście waszą markę, wygląd zewnętrzny i wewnętrzny samolotów. Jakie jeszcze ulepszenia planujecie w przyszłości?

Nadaliśmy firmie nowy wizerunek, aby podkreślić ogromne zmiany, których dokonaliśmy. Wi-fi na pokładzie jest już dostępne w niektórych samolotach i proces ten jest obecnie w fazie końcowej. Rozpoczął się już także proces realizacji rozwoju sieci naszych połączeń. Powrócimy do wielu lotów długodystansowych, średnio z dwoma/trzema nowymi połączeniami każdego roku osiągniemy 26 kierunków na terenie kraju, 77 kierunków międzynarodowych oraz kolejne 1000 we współpracy z naszymi partnerami biznesowymi. Nasze business lounge w poszczególnych portach lotniczych są obecnie w fazie odświeżania, a nasz personel pokładowy zostanie wyposażony w nowe uniformy, nawiązujące jeszcze bardziej do elegancji cechującej włoską modę na świecie.

Wyrażenia idiomatyczne ze słowem vita

0

W tym miesiącu nasz kącik językowy poświęcimy wyrażeniom związanym ze słowem vita, czyli życie. Skupimy się tylko na niektórych najczęściej używanych zwrotach, biorąc pod uwagę charakter rubryki; podane są one tylko w ramach wyjaśnienia, pogłębienia czy sugestii. W najbliższych miesiącach przybliżę inne aspekty języka włoskiego (nie tylko wyrażenia idiomatyczne!), ponieważ myślę, że ważne jest, aby czytelnicy naszego kącika językowego mogli przeczytać coś o ewolucji i rozwoju języka włoskiego, a przy tym poszerzać swój zasób słownictwa.

Zwroty językowe, a właściwie zwrot lub wyrażenie idiomatyczne, ogólnie wskazuje wyrażenie konwencjonalne, za którym kryje się znaczenie metaforyczne, lub które nie może być traktowane dosłownie. Wyrażenia idiomatyczne mają swoją autonomię leksykalną i syntaktyczną, często są złożone w taki sposób, że ciężko doszukać się ich znaczenia (a co dopiero użyć ich poprawnie) analizując ich poszczególne części składowe.

La dolce vita (słodkie życie), wyrażanie, które stało się znane dzięki Felliniemu w 1960 roku, oznacza przede wszystkim, w powszechnym wyobrażeniu obcokrajowców, życie lekkie, poświęcone przyjemnościom i rozrywce. W tym samym filmie zostało użyte sformułowanie il dolcevita (mniej popularnie zapisywane jest dolce vita), sweter, często dopasowany, z golfem wywiniętym na wierzch. Termin ten jest także używany jako il maglione dolcevita, czyli sweter dolcevita. W filmie aktorzy nosili swetry tego typu, co rozpowszechniło modę na używanie tego terminu.

Fare la bella vita ma podobne znaczenie do la dolce vita, ponieważ oznacza oddanie się rozrywce, tzw. dolce far niente (błogie lenistwo), podczas gdy una vita mondana to życie eleganckie i frywolne, bogate w wydarzenia towarzyskie. Una vita di relazione to życie, które prowadzone jest w społeczeństwie, jako jednostka należąca do jednej grupy społecznej.

Wyrażenia ze słowem vita nie zawsze mają pozytywne konotacje, np. fare la vita, zwrot używany najczęściej w przeszłości, oznaczał prostytucję. Dzisiaj użyłoby się prawdopodobnie zupełnie innych wyrażeń, aby określić tę czynność, natomiast fare la vita znajduje się w XX-wiecznych romansach i nadal jest używane, gdy chcemy wyrazić się w sposób bardziej delikatny, nie dosadny. Następnie ragazza di vita, czyli prostytutka, ale istnieje także zwrot ragazzo di vita, ze świata Pasoliniego, aby wskazać osobę, która żyje i pochodzi ze środowiska zdegenerowanego i pełnego przemocy.

Passare a miglior vita to bardzo subtelny sposób na wyrażenie śmierci. Zostawiamy ten smutny temat, pełen bólu i cierpienia, i przenieśmy się w lepszy świat.

È una questione di vita o di morte, (kwestia życia lub śmierci), to określenie problemu poważnej wagi, przypisuje się tu znaczenie ostateczności, często ma charakter przesadny.

Wyrażenie il costo della vita to jeden ze zwrotów łatwiejszych do przyswojenia, ponieważ nie jest metaforyczne, a oznacza niezbędne wydatki na własne utrzymanie.

Krótko mówiąc, su con la vita! Czyli zachęcenie do bycia odważnym, aby się nie zniechęcać i nie wstydzić, a wszystko to mieści się w la vita è bella i właśnie w ten sposób podsumuję. Buona vita to wyrażenie, które pamiętamy z wielu piosenek np. Ornelli Vanoni, Erosa Ramazzottiego czy Gigiego D’Alessio, wyrażamy przez to życzenia szczęścia i pomyślności, co obecnie nabrało znaczenia bardziej sarkastycznego, a często używane jest, aby pożegnać się z kimś, prawie jak synonim addio!

Viasat już na polskim rynku: 10 milionów euro na wykup CMA Monitoring

0

Viasat w pięknym stylu wkracza na rynek polski. Grupa, założona w Turynie, wykupiła za 10 milionów euro firmę CMA Monitoring, dokonując tym samym największej włoskiej inwestycji w Polsce. Viasat jest europejskim i światowym leaderem w dziedzinie infotelematyki, a Polska jest dla firmy strategicznym wyborem, mającym na celu przybliżenie się do rynku wschodniego, który może okazać się następną inwestycją. 14 czerwca 2016 roku, w Ambasadzie Włoch w Warszawie, zaprezentowane zostało porozumienie pomiędzy CMA a Viasat’em, a wszystko w obecności kluczowych przedstawicieli polskiej gospodarki. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in. przewodniczący Izby Handlowej i dyrektor instytutu handlu zagranicznego. „Włochy działają w Polsce za pośrednictwem układu firm. Nie dziwi mnie wybór Viasat’u, aby tu zainwestować, z uwagi na fakt, że Polska jest ważnym punktem przecinania się szlaków handlowych z zachodu na wschód,” powiedział Ambasador Włoch w Polsce, pan Alessandro de Pedys. „Chcemy wnieść na polski rynek to co najdoskonalsze w naszej technologii i usługach – jak na przykład urządzenia dla firm ubezpieczających samochody – sami natomiast oczekujemy w zamian najlepszych polskich rozwiązań, którymi podzieli się z nami CMA. Są wśród nich systemy monitoringu domów i bezpieczeństwo osobiste. Te właśnie dwa sektory nadal nie są we Włoszech odpowiednio rozwinięte,” tłumaczył dziennikarzom i gościom prezes Viasat Group – Domenico Petrone. „Dzięki temu działaniu umacniamy naszą pozycję wśród pierwszych 10 graczy na rynku światowym,” dodał Massimo Getto, wice-prezes i dyrektor finansowy Viasat’u. Inwestycja w Polsce jest już kolejną z serii działań Viasatu’u za granicą: w styczniu ogłoszono decyzję dotyczącą firmy BluSatin w Portugalii, poszerzając tym samym obecność grupy na rynkach Europy, która

wcześniej obejmowała już Hiszpanię, Rumunię, Wielką Brytanię i oczywiście rodzimy Włochy. Z wykorzystaniem dystrybucji dla lokalnych firm, grupa jest obecna w sposób pośredni w ponad 25 państwach, od Afryki, Środkowego Wschodu, po Amerykę Łacińską, gdzie na co dzień stosuje się technologie Viasat. Polskie CMA Monitoring działa w sektorze floty samochodowej, który stanowi 95% całkowitych przychodów firmy (pozostałą część zapewnia rozwój na rynku monitoringu budynków).

Firma obsługuje 19.000 pojazdów połączonych z platformą. Ma dwa główne biura, w Warszawie i w Bytomiu, sześć biur handlowych, 96 pracowników i centralę działającą 24/7. Na zakończenie konferencji prezes Viasat Group, Domenico Petrone, przedstawił najnowszy model urządzenia infotelematycznego, prostego w obsłudze i instalacji. „Wszystko jest tu w środku – oznajmił z dumą – GPS, monitoring, wszystko w tym małym urządzeniu. Mamy już na nie 200.000 zamówień – to ogromny sukces”.

 

Stary Młyn nad Rozlewiskiem

0

Mój tata, Grzegorz Wojciechowski opowiada zabawną historię, kiedy ktoś go spyta dlaczego zostawił miasto, intratny biznes, piękne mieszkanie w kamienicy oraz swych licznych przyjaciół zebranych podczas czterdziestu lat życia w Łodzi. Miał niecałe dwadzieścia lat, kiedy jego daleka ciocia zaprosiła go w odwiedziny do jej majątku w centralnej Polsce. Grzegorz wiedział, że ciocia, dziedziczka magnackiej rodziny, dysponuje majątkiem kilkuset hektarów – małym pałacykiem, stodołami, oborami oraz niezliczonymi budynkami gospodarczymi, wśród których znalazł się nawet młyn i mała kuźnia. Kiedy się u niej zjawił, ciocia zaproponowała mu całe swe dziedzictwo w zamian za zobowiązanie do opieki nad nią oraz całym majątkiem, bez możliwości sprzedania go. Tato mój uciekł jednak tej samej nocy, pozostawiając ciocię bez odpowiedzi. Nie ma się co dziwić, to była najwidoczniej zbyt duża odpowiedzialność dla młodego, ciekawego życia człowieka. To była końcówka lat sześćdziesiątych a w  tym czasie socjalistyczny rząd polski szukał jakiegokolwiek pretekstu do przekształcenia pozostałości wielkich własności ziemskich w PGRy. Tak więc ostatecznie ciocia mojego taty zdecydowała się oddać swe dziedzictwo państwu w zamian za mieszkanie w mieście i dożywotnią pensję. W dorosłym życiu, później już jako ojciec trójki synów, Grzegorz wielokrotnie żałował, że odmówił cioci. Ale powiedzmy sobie szczerze: kto z nas byłby zadowolony przywiązując się do jednego miejsca na resztę życia i to jeszcze w wieku, w którym wydaje się, że wszystko jest osiągalne?

To wspomnienie pewnej straconej szansy wraz z miłością do życia na wsi, tak typową przecież dla ducha polskiego narodu, pchnie mojego ojca do poszukiwań sposobu zastąpienia owego utraconego dziedzictwa.

Od małego podróżowałem więc z moimi rodzicami po całej Polsce. Jeździliśmy na wakacje, ale w każdym z miejsc mój tata dowiadywał się cen ziemi, starego domostwa na odludziu czy nawet młyna… Aż do pewnego wieczora, kiedy mój ojciec wracając ze swojej samotnej podróży zaprezentował nam, już w drzwiach i  to z wielką dumą, ubłocone kalosze krzycząc do mojej mamy: “Popatrz Beatko, to jest błoto z naszej ziemi”.

I w ten oto sposób staliśmy się Mazurami, czyli symbolicznie częścią tego ludu, który od dawien dawna zamieszkiwał tereny na północ od Mazowsza, a gdzie przez wieki przewalali się Krzyżacy, Prusowie i w końcu Armia Czerwona.  Terytoria, które “wróciły” do Polski po drugiej wojnie światowej, a które tak naprawdę nigdy w całości polskie nie były. Na terenie których to osiedleni zostali Polacy przeniesieni z krajów, które kiedyś znajdowały się w granicach Polski: z Zachodniej Ukrainy, Białorusi i Litwy. Ziemią zakupioną przez mojego tatę była wąska dolina rzeczna ściśnięta pomiędzy pola, lasek i podmokłe tereny zasilane strumieniem spływającym z pobliskich Wzgórz Dylewskich. Mój dziadek ze strony mamy przybyły zobaczyć przyszłe miejsce zamieszkania swej jedynej córki, wyposażony w kapelusz i podpierający się mahoniową laseczką, orzekł: “…bagno, komary, malaria!”. Moj tata był jednak zdecydowany: “tu, pomiędzy tymi błotami odbuduję młyn, który utraciłem, tak jak ci biedni Niemcy, którzy z tego miejsca musieli uciekać pięćdziesiąt lat temu.” Zrobił też wszystko, by odtworzyć go tak, by wyglądał jakby go wybudowano półtora wieku temu. Wizyta w pobliskim Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku dostarczy jemu i mojej mamie inspiracji do projektu gospodarstwa.

Tak oto dom, młyn (który mieści pensjonat), stodoła oraz reszta budynków ma mury, dachy oraz okna w “pruskim” stylu, a nowoczesny Ytong  pokryła elewacja z cegieł odzyskanych z ruin starych pobliskich zabudowań. Poza tym dom i młyn stoją dokładnie tam, gdzie kiedyś stał młyn, którego początki sięgają siedemnastego wieku. Nie tylko założenia nowego siedliska, ale i groble, które rozdzielają cztery stawy otaczające Młyn zostały wyznaczone wzdłuż śladów tych, którzy zamieszkiwali to miejsce w poprzednich stuleciach. Można jeszcze dziś prześledzić wzrokiem starą pruską tamę, wierzbową aleję, która ocieniała drogę z jednej wioski do drugiej wzdłuż rzeczki, nieopodal centrum ówczesnej gospodarki rolnej, czyli młyna. Można by powiedzieć, że wszystko jest tak jakby żadna wojna nie dotknęła tej ziemi… Za wyjątkiem może ruskiej bani, wymarzonej przez moich rodziców, fanów sauny, a wybudowanej w całości przez ukraińskich majstrów, wiedzących jeszcze jak budowano w dawnych czasach.

Wszystko to tworzy pewien klimat poza czasem, który to może odegrał znaczny wpływ na moje poszukiwanie tradycji, starożytnych stylów życia, a może i studiowanie historii sztuki. Może wpłynął na mojego brata Filipa, który pisze prace magisterską o Schinklu, na pewno na producentów serialu TVP “Miłość nad Rozlewiskiem”, a kto wie do czego pchnie Jakuba, mojego najmłodszego brata, który mieszkał tam najdłużej…

W Starym Młynie nad Rozlewiskiem odżywa pewna zaginiona rzeczywistość, która oczarowuje i porusza swych gości, skłaniając ich do zastanowienia się, jak pięknie wyglądałaby ziemia bez wojen, multikulturowa i bogata w różne życiowe ekspresje Europa zamieszkała przez ludzi, którzy kochają i respektują naturę.

Oaza w sercu Mazur

Zmęczony codziennym zawrotnym tempem warszawskiego życia, pewnego dnia przyjąłem zaproszenie Matisa Wojciechowskiego, by spędzić z nim weekend w Starym Młynie. Pośpiesznie przygotowałem skromną walizkę i wyruszyliśmy w stronę Ostródy. W miarę jak oddalaliśmy się od Warszawy, zarówno krajobrazy, jak i ruch stopniowo łagodniały, podczas gdy ja słuchałem historii, która łączy Wojciechowskich i Stary Młyn.

Prowadziłem, wyobrażając sobie oddziały Krzyżaków galopujące po krajobrazach coraz to bardziej pagórkowatych. Te okolice, ukształtowane przez erę lodowcową, dziś są oazą wolności i natury, oddaloną zaledwie parę godzin od stolicy. Po około trzech godzinach zboczyliśmy z głównej drogi prowadzącej do Ostródy, Elbląga, a dalej do Gdańska, by znaleźć się na bocznym gościńcu obsadzonym kolumnadą drzew. Wjazd do Starego Młyna, w Nastajkach 14, 14-100 Ostróda, jest zaznaczony murkiem z kamieni. Po zjechaniu z lekkiej górki, dociera się na placyk zwieńczony zabytkową stajnią, jeziorem i domem połączonym z młynem.

Jest cisza. Odnajduję przyjemność w słuchaniu własnych kroków na wybrukowanym dziedzińcu. Czuję jakbym odnalazł się w zapomnianym zakątku dzikiej natury poprzecinanej ciekami wodnymi, która jest nadal w stanie narzucić człowiekowi swój rytm. Rodzina Wojciechowskich, tata, mama wraz z młodszymi braćmi Filipem i Jakubem, przyjmują nas bardzo ciepło. Matis jest jak ten syn marnotrawny, który od czasu do czasu wraca do domowego gniazda, ja zostaję potraktowany jak czwarty brat. W ciągu trzech dni spędzonych w Młynie stół był stale suto zastawiony, niestrudzona Beata pichciła coraz to inne, pyszne, polskie danie, a Grzegorz opowiadał fascynujące historie i przygody z warmińskich ziem.

Część gościnna domu, do którego przylega młyn służyła mi czasem za schronienie, gdzie oddawałem się lekturze zagłębiony w fotelu z widokiem na kominek, zaś z okien obserwowałem i wsłuchiwałem się w nieustający ruch młyńskiego koła, popychanego i chłostanego przez wodę. Gdy wychodziło słońce i zapalały się kolory, niemożliwością było oparcie się pokusie wyjścia i przespacerowania się między stawami. Wieczór zaś przyniósł ze sobą wyprawę przez mostek  prowadzący do drewnianego domku – bani – wewnątrz której rozegraliśmy najdziwniejszą w moim życiu partię Ryzyka. Rozlokowywanie jednostek wojskowych przeplatało się tego wieczoru z poceniem w nagrzanej drewnem saunie i rzucaniem do lodowatego jeziora.

W ten właśnie sposób Stary Młyn wrył mi się w pamięć i stał się miejscem, gdzie wrócę by ponownie zgrać się z rytmem dyktowanym przez przyrodę.

Jesolo, morze atrakcji

0

Jesolo to niezwykłe miasto, które zachwyca poziomem świadczonych usług, warunków drogowych oraz szeroko pojętego bezpieczeństwa, oferujące szeroką gamę usług hotelarskich i sposobów spędzania wolnego czasu. Między cienistą Pinetą i bardziej nowoczesnymi kompleksami Adriatyku rozciąga się piętnaście kilometrów złotych piasków na dobrze wyposażonych plażach schodzących wolno do morza. Jesolo już od 13 lat może się poszczycić międzynarodowym wyróżnieniem Bandiera Blu (Niebieska Flaga) przyznawanym za jakość usług i czystość morza. Do tego dołącza się także nagroda przyznawana przez włoskich pediatrów, Bandiera Verde (Zielona Flaga), uznająca to miejsce jako szczególnie odpowiednie dla rodzin z dziećmi. Od 8 wieczorem do 6 rano, najdłuższa wyspa dla pieszych w Europie staje się salonem bez granic, tetniącym życiem, dobrą energią i zabawą. Wyspa, która może zostać pokonana jednym tchem dzięki „Gondolino”, małemu pociągowi, który umożliwia szybkie przemieszczanie się wzdłuż całej strefy dla pieszych.

[cml_media_alt id='115160']12[/cml_media_alt]Ponad trzysta wydarzeń organizowanych rocznie w Jesolo, m.in. Miss Italia, il Lungomare delle Stelle, Jesolo Air Extreme, wystawa rzeźb z piasku, koncerty i wydarzenia sportowe, sprawiają, że wyspa staje się prawdziwym celem turystycznym, równie popularnym latem i zimą.

Możemy tu znaleźć ponad czterysta komleksów hotelaskich (wśród nich dwa pięciogwiazdkowe hotele), kempingi, apartamenty, ośrodki wypoczynkowe i wszystkie rodzaje wysokiej jakości zakwaterowań turystycznych, zdolnych zaspokoić potrzeby każdego.   

Jesolo to także synonim przyjemności dla zmysłów. Tradycja i lokalne produkty łączą się tu w jedno, czyniąc z gastronomii jedną z najważniejszych doskonałości miasta. Rybołówstwo z jednej i wiejskie życie z drugiej strony, stanowią istotę smaku i zdrowego odżywiania, które jest chlubą regionu Veneto. W tak międzynarodowym mieście jak Jesolo, nie zabraknie także smaków z innych części świata.

Jesolo to także 150 km ścieżek rowerowych, parków tematycznych, Golf Club, instalacji sportowych i wielkich wydarzeń.

[cml_media_alt id='115161']dufvnm55dzyta5ft443w45j2cb7ea8448057411394f741c53fcf1652_jolly-roger.jpg[/cml_media_alt]Do miasta można łatwo dotrzeć dzięki bezpośrednim połączeniom z lotnisk Wenecji i Treviso.

Jesolo – zabawa gwarantowana!

Jedyne w swoim rodzaju parki rozrywki są jedną z głównych aktrakcji Jesolo. A kiedy słońce znika za horyzontem w Jesolo pojawiają się tłumy ludzi wychodzących z ukrycia.

JESOLO NOCĄ

Zaczyna się od aperitivo, aby potem móc zanurzyć się w atmosferze wydarzeń takich jak nocne imprezy na plaży w Faro. To w czasie nocnych imprez w Jesolo rodzą się trendy śledzone potem w całych Włoszech i za granicą. Dziesiątki lokali rywalizują ze sobą, każdego wieczoru proponując nowe wrażenia, dźwięki, kolory i widowiska. Muzyka i rytmy z całego świata współgrają w Jesolo, wielkie niespodzianki czekają także tego lata.

Modne Jesolo, oaza dla miłośników zakupów

Miejsce jedyne w swoim rodzaju, także dla amatorów spacerów po [cml_media_alt id='115158']notturna_cuba_libre[/cml_media_alt]ciągnącej się 13 km ulicy pełnej sklepów,
restauracji, lokali, placów i najróżniejszych atrakcji. Podczas drogi będziecie oczarowani otaczającym was pięknem „włoskiej fashion”. Concept store zapraszają was na nowe sensoryczne doświadczenia, do dotykania przedmiotów pośród gry świateł i zapachów. Kreacje najbardziej znanych projektantów mody przyciągają wzrok do uwodzących witryn. Modne przestrzenie przeznaczone dla młodych, sportowców, singli i innych a także pełne i żywotne miejsca nowych doświadczeń witają was kształtami i liniami nieporównywalnej kreatywności.

To na tej ulicy, pięknej jak film, przez cały rok opowiada się, smakuje i kupuje to, co najlepsze w światowej modzie i „made in Italy”.

www.jesolo.it

 

Kawa to w Neapolu sposób wyrażania uczuć

0

Chcąc porozmawiać o Włochach, generalizowanie tak naprawdę zawsze okazuje się błędem: Italia to półwysep, który zgromadził w swoich granicach wiele kultur i tradycji, czasem podobnych do siebie, czasem zgoła odmiennych. W naszym pięknym kraju można natrafić na co najmniej dwadzieścia dialektów języka, jeden na każdy region. Te z nich, które najbardziej przysłużyły się do powstania największej ilości stereotypów opisujących postać typowego Włocha, znajdują się na południu kraju, a na czele listy „zasłużonych” widnieją neapolitańczycy, kalabryjczycy, mieszkańcy Apulii i Sycylii.

W tym artykule chciałbym opowiedzieć Wam właśnie o neapolitańczykach i opisać pokrótce, jak przetrwać „nieziemskie” spotkanie z mieszkańcami Neapolu. Jeśli będziecie mieli okazję znaleźć się w jego okolicach, zachęcam Was gorąco do zwiedzenia miasta, przynajmniej z trzech ważnych powodów: jego specyfiki, jedzenia i ludzi.

Słynne lungomare, ostatnio wyłączone z ruchu drogowego i oddane do użytkowania pieszych, to idealne miejsce na popołudniowy spacer, choćby przy zachodzie słońca, podczas którego można rozkoszować się przepięknym krajobrazem. Wystarczy już jeden rzut oka, by zachwycić się zatoką Neapolu z jej wyspami: Ischią, Procidą i Capri. W czasie spaceru warto skusić się na porcję taralli nzogna e pepe, które, jeśli już koniecznie chcecie wiedzieć, wytwarzane są z tłuszczu wieprzowego i pieprzu. Miejscowi zwykle popijają je piwem, a nierzadko za kropkę nad „i” takiego posiłku służy poczciwa sfogliatella, czy to riccia czy frolla, obie wersje wyśmienite lub, bo dlaczegóż nie, pyszna babà, odmiana słodkości dobrze znanej Polakom.

Spacerując wybrzeżem, radzę Wam skierować się w stronę Piazza del Plebiscito i zajrzeć na via Roma [lub Toledo, przyp. tłum.], czyli do najbardziej odpowiedniego miejsca na zakupy. Przecinające ją uliczki są pełne przeróżnych knajpek, w których można zjeść smacznie i bez uszczerbku dla portfela. Daniem, którego nie możecie przegapić, jest klasyczna pizza napoletana; ta oryginalna, prawdziwa, jedyna “a pizz”. Polecam jej tradycyjne wersje: Margheritę lub Marenarę; pierwsza stworzona została w hołdzie Królowej Małgorzaty, druga – to ulubienica marynarzy (prawdziwa „marinara” nie zawiera sardeli). Mówiąc najogólniej, w tradycyjnej pizzy nie znajdziecie takich składników jak owoce czy ryby; te włączano do przepisów z czasem, szczególnie ostatnio, aby zaspokoić bardziej współczesne gusta kulinarne.

Nawet jeśli mówicie po włosku, w okolicach Neapolu wasza edukacja językowa może okazać się niewystarczająca. Prawdopodobnie nie zrozumiecie ani słowa z miejscowego dialektu, ale bez paniki! To zupełnie normalne. Dlaczego, spytacie? Otóż zdecydowana większość mieszkańców miasta, w gronie „samych swoich”, posługuje się… językiem neapolitańskim! Nie powinno was zatem zdziwić, że także Włosi pochodzący z innych regionów mają problem podobny do Waszego. Miejscowy dialekt to język zawierający słowa powstałe na przestrzeni setek lat, zawiera fonemy przywodzące na myśl słowa arabskie, francuskie i hiszpańskie. Przygotujcie się też na inne sytuacje: głośne wołanie siebie nawzajem zamiast używania domofonu, traktowanie nieznajomych jak przyjaciół już w pierwszej sekundzie po nawiązaniu znajomości. To wszystko stanowi część naszej tradycji, naszego stylu bycia, być może odrobinę zbyt wylewnego, być może niezrozumiałego, bo tak unikatowego na skalę kraju.

Język neapolitański, jak wspomniałem, to dialekt, ale zarazem odrębny język sam w sobie. Przestudiujmy kilka przykładów, które ułatwią Wam zrozumienie zagadnienia.

Zamiast “presto”/szybko mówimy “ambress”, a tak naprawdę presto/prestissimo “ambress ambress”,

“adesso”/teraz to “”, jeśli chcemy jednak opisać konkretny moment, mówimy “mò mò”,

“all’ultimo momento”/w ostatniej chwili zastępuje “nganne nganne” (z gardła do gardła).

Inne „podwójne” słowa, to “lentamente”/powoli, którą w neapolitańskim zastępuje para słów “chiane chiane”, podczas gdy “adagio”/szybko staje się “cuonc cuonc”, “completamente”/całkowicie to “sane sane”, “meticolosamente”/skrupulatnie tłumaczymy jako “pile pile” (pelo pelo), “disteso”/rozłożysty zastępuje “luong luong”, “di nascosto”/w ukryciu natomiast “aumma aumma”.

W języku neapolitańskim istnieje czasownik “eccere”, który pochodzi od zaimka osobowego “eccolo”/oto on. Odmieniany zawsze w czasie teraźniejszym, opisuje zarazem osobę, jak i odległość fizyczną podmiotu, do którego się odnosi: – oiccan – oilloc -oillan, -oebbiccan -obbilloche –oebbillanne.

Wiele słów rozpoczynających się od “g” gubi pierwszą literę, jak “gatta”/kotka, który staje się “jatta”, “genero”/teść zastąpiony przez “jennere”, “giorno”/dzień ”juorne”; jest też wiele słów, które w języku włoskim rozpoczynają się od “s”, zaś w jezyku neapolitańskim zmieniają pierwszą literę na “n’s..”, jak na przykład “sposato”/żonaty: “n’surat”, “sporco”/brudny: “n’svat”, “sopra”/nad: “n’coppe”. Oczywiście każde z tych słów wzbogaca towarzyszący mu odpowiedni gest, te jednak trudno opisać mi słownie. Nie przejmujcie się, zauważycie je natychmiast po rozpoczęciu rozmowy z mieszkańcem Neapolu.

Włosi, a w szczególności neapolitańczycy, zaliczają się do grupy, którą inżynier i współczesny filozof Luciano de Crescenzo zdefiniował jako „narody miłości”, a do której zaliczył także Hiszpanów, Irlandczyków, Greków i… Polaków! Wszystkie te narody wolą żyć raczej „we wzajemnych objęciach” i cenią je sobie bardziej niż prywatność i indywidualizm. To wiąże się niewątpliwie ze skłonnością do daleko posuniętego „rozgadania”, rozmów na wszystkie tematy i ze wszystkimi (tak zwanego “càpére”), narzekania (“chiagnazzare”, znaczy zawsze „płakać” nad czymś, żalić się) i zazdrości (cóż, jesteśmy odrobinę “mmérius”). Jeden z fałszywych stereotypów dotyczących typowego mieszkańca Neapolu głosi z kolei, że jest to figura zawsze zmęczona i leniwa, podczas gdy w rzeczywistości neapolitańczycy są pracowici jak nikt inny, ciągle poszukują zajęcia, a jeśli go nie znajdują – sami tworzą na pracę zapotrzebowanie! Problem w tym, że jako jeden z narodów miłości, okupujemy smutkiem i melancholią separację z rodzinnymi stronami, a że pracy dla wszystkich z drugiej strony w regionie nie ma… trzeba sobie radzić, kombinować. Owa biegłość w kreatywnym radzeniu sobie z problemami, sztuka „kombinowania” to słynna już na całym świecie cecha neapolitańczyków [i Polaków – przyp.red. ;)].

Jeśli dobrze się przyjrzeć, neapolitańczyk zawsze ma coś do roboty (“ten semp 'a che ffa”), co nie dziwi zważywszy, że prowadzi swoje sprawy w cieniu wulkanu, który może wybuchnąć w każdej chwili! Prawdziwie „przeżyć” swoje życie to dla niego absolutny priorytet, tak więc nawet wypicie kawy, spotkanie z przyjaciółmi, kolacja z rodziną stają się ważnymi punktami dnia codziennego, obowiązkami, ważnymi sprawami; stąd klasyczne zdanie, które pada w konwersacji: „Wybacz, muszę iść, obiecałem przyjacielowi kawę”. Kawa to w Neapolu inny sposób wyrażenia uczuć wobec innej osoby, powiedzenia „kocham, zależy mi na tobie”, także w kontekście przyjaźni. Niech Was zatem nie zaskoczy nieustanna wymiana zaproszeń na kawę; kawa to symbol uczuć w grze.

Tak więc… skoro mieliście już wystarczająco dużo ciekawości i cierpliwości, by dotrzeć do ostatniej linijki tego tekstu, wypada mi, jak na poczciwego neapolitańczyka przystało, zapytać Was “ve pozz offrì nu bellu cafè?” 🙂

GAZZETTA ITALIA 57 (czerwiec-lipiec 2016)

0

„Włochy to dla nas kraj marzenia, słońca, dobrego jedzenia, kultury, wina. Uwielbiamy wasz sposób wyrażania emocji, umiejętność życia, taki uśmiech do życia.” – oto słowa Marka Kondrata, zaczerpnięte z obszernego wywiadu opublikowanego w tym nowym, przepięknym numerze Gazzetty, w której mieszczą się też wywiady z Massimiliano Caldim, dyrygentem orkiestry Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku oraz Filharmonii Moniuszki w Koszalinie; z Kasią Likus, ekspertem od wyposażenia wnętrz i mody, przedstawicielką Grupy Likus; z Katarzyną Tomaszewską, artystką z Wrocławia, laureatką w konkursie Arte Laguna, a także z fotografem Grzegorzem Lityńskim, który wykonał ciekawy i zabawny kalejdoskop potretów Włochów mieszkających i pracujących w Polsce. Gazzetta proponuje Wam też przegląd włoskich kierunków last minute, z Jesolo (okładka) na czele, z jej adriatyckimi plażami, bogatą ofertą usług i atrakcji turystycznych; a dalej Perugia, Camogli, Valle Elvo… W ramach podróży znajdziecie tu także artykuł poświęcony Ząbkowicom Śląskim. Jak zwykle nie zabrakło rubryki językowej, z minisłowniczkiem dialektu neapolitańskiego, a także kącika językowego, od tego numeru przygotowywanej we współpracy z Serafiną Santoliquido, a także kuchni, z prawdziwą historią carbonary na czele. Jest wiele powodów, aby rozkoszować się lekturą Gazzetta Italia, jedynego dwujęzycznego magazynu polsko-włoskiego!