Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 145

Mapei Polska

0

W maju tego roku został oficjalnie otwarty w Barcinie drugi zakład produkcyjny spółki Mapei Polska.

„Polska od zawsze stanowiła ważny rynek dla Grupy Mapei zarówno ze względu na jej wielkość jak i przez wzgląd na potencjał wzrostu i otwarcie rynku na zaawansowane technologicznie produkty o wysokiej jakości. Zakład, który dziś otwieramy, jest w rzeczywistości drugim mogącym spełnić zapotrzebowanie klientów Mapei w Polsce i czwartym polskim zakładem Grupy, poza Mapei Polska w Gliwicach, spółką partnerską Sopro Polska w Nowinach oraz cementownią Górka Cement w Trzebinie, która ostatnio świętowała setną rocznicę założenia” – powiedział Giorgio Squinzi, dyrektor generalny Grupy Mapei i prezes włoskiej organizacji pracodawców i przemysłowców Confindustria.

Polska filia Grupy Mapei powstała w 2000 r. Następnie w 2003 r. w Gliwicach należących do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej został otwarty pierwszy zakład produkcyjny, który w następnych 4 latach podwoił swoją moc produkcyjną i depozyt produktów. Dzięki nieustannemu wzrostowi sprzedaży, w 2010 r. podjęto decyzję o otworzeniu kolejnego zakładu produkcyjnego, wybrawszy na miejsce inwestycji Pomorską Specjalną Strefę Ekonomiczną. Współpraca w Barcinach, położonych w środkowo-północnej części Polski, ma znaczenie strategiczne, ponieważ pozwala na poprawienie usług logistycznych oferowanych klientom. Warto zaznaczyć, że biuro handlowe grupy nadal znajduje się w Warszawie.

Moce produkcyjne dwóch zakładów wytwarzających produkty w proszku Mapei Polska wynoszą 420.000 ton rocznie. Należy do nich również dodać linię produkcyjną ciekłych dodatków do betonu i mielenia cementu, którą niedawno zrealizowano w Gliwicach.

Warto podkreślić, że zakład produkcyjny w Barcinie jest jednym z 17 wyjątkowych polskich projektów, które otrzymały certyfikat LEED od U.S. Green Building Council, podobnie jak inne najnowsze zakłady Grupy Mapei na świecie.

Nieustanne wprowadzanie nowych linii produktów pozwoliło Mapei Polska na bycie rozpoznawalną nie tylko jako lider na rynku klejów i fug do ceramiki, ale także na odgrywanie ważnej roli na rynku budowlanym. Firma ma w swojej ofercie produkty do kładzenia podłóg sprężystych, wykładzin, drewnianych parkietów oraz podłóg żywicznych i cementowych, systemy do izolacji termicznej, farby dekoracyjne i ochronne, dodatki do betonu, produkty do impregnacji, jak również konkretne rozwiązania do ochrony i wzmocnienia betonu oraz konstrukcji murowanych, zarówno nowoczesnych jak i historycznych.

Należy również zauważyć, iż pod względem wagowym, aż 96,3% produktów Mapei sprzedawanych na polskim rynku jest produkowanych lokalnie (w Gliwicach i w Barcinie), a tylko pozostałe 3,7% jest importowane z Włoch, w szczególności z zakładu w Robbiano di Medaglia. Chodzi tu o specjalne produkty chemiczne dla budownictwa. Zespół Mapei Polska znacznie rozwinął się w ciągu minionych lat zarówno pod względem zdobytego doświadczenia jak i liczbowym. Liczba 48 pracowników w momencie otwarcia zakładu w Gliwicach w 2003 r. wzrosła do 290 aktualnie zatrudnionych.

W uroczystości otwarcia uczestniczyli Giorgio Squinzi, Veronica Squinzi, Marco Squinzi i zespół pracowników, którzy brali udział w tworzeniu nowego zakładu, a także 150 zaproszonych gości wśród których znalazł się ambasador Włoch w Polsce Riccardo Guariglia, nowy dyrektor ICE w Polsce Giuseppe Federico, prezes Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Polsce Donato Di Gilio, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Teresa Kamińska oraz przedstawiciele władz lokalnych, tacy jak burmistrz Barcina Michał Pęziak, wicemarszałek województwa Kujawsko-pomorskiego Edward Hartwich i starosta Żnina Zbigniew Jaszczuk.

„Obecność Mapei i kapitału inwestycyjnego w naszym regionie oznaczają dla nas nowe technologie i stworzenie nowych miejsc pracy. Mapei jest wiarygodnym partnerem, dlatego jesteśmy szczególnie szczęśliwi, że jest wśród naszych partnerów” – powiedział Michał Pęziak burmistrz Barcina.

Quando essere italiani era un valore aggiunto

0

In una remota stanza della facoltà d’architettura del Politecnico di Varsavia, intervistando il professore di storia dell’architettura Robert Kunkel, affiorano, attraverso innumerevoli testimonianze architettoniche, gli straordinari legami che unirono la Polonia all’Italia. Fuori dalle finestre si impone una Varsavia rampante le cui nuove edificazioni scalano il cielo, occupano spazi verdi e coprono visuali spesso incuranti di pianificazioni urbanistiche, per la verità carenti, e del contesto in cui si inseriscono. “Sì, oggi la situazione è grave, ci sono pochi esempi di buone edificazioni, ci sono troppi vuoti amministrativi che consentono una sorta di architettura selvaggia che crea contrasti a volte stridenti. Per quanto riguarda le opere architettoniche che sono state costruite negli ultimi anni a Varsavia, ci sono delle costruzioni interessanti degne di nota. Non si è riusciti però a creare un piano urbanistico concreto a causa dell’ancora non risolta questione della proprietà dei terreni espropriati dallo Stato dopo la seconda guerra mondiale e che attualmente vengono recuperati da veri o presunti discendenti dei vecchi proprietari. Se proprio dovessi indicare un edificio di Varsavia che mi piace, appartenente a questa recente stagione architettonica, allora direi il BUW, la Biblioteca Universitaria, che si lega bene con il contesto architettonico e paesaggistico in cui è inserita e poi anche un ufficio grigio sito nella una strada per Piaseczno, progettato da Magda Staniszkis” racconta Kunkel.

Ben diverso fu il clima in Polonia tra il 1500 ed il 1800, quando la ricerca della bellezza architettonica era un valore importante per i committenti. Dal XVI al XIX secolo esisteva in Polonia la convinzione che soltanto gli italiani erano capaci di creare una buona architettura. Di conseguenza erano numerosi gli artisti italiani che arrivavano in Polonia per trovare clienti non solo tra la corte reale e la nobiltà ma anche tra i ricchi borghesi e i mercanti. È interessante sapere che anche i costruttori polacchi nei secoli passati assumevano nomi o pseudonimi italiani perché la parola “Italus” vicino al cognome era garanzia di lavoro ad opera d’arte. Sull’esempio di Re e nobili, che si servivano di architetti e mano d’opera italiani – basti pensare ai famosi Maestri comacini che avevano creato una sorta di “mafia edilizia lombarda” in Polonia – anche i committenti polacchi che se lo potevano permettere economicamente, cercavano di affidare le loro opere ad artisti italiani.

“Una ricerca quasi spasmodica d’italianità, che non sempre fu giustificata dalla bravura delle maestranze, perché non tutti potevano pagare i bravi architetti del Bel Paese; così a volte bastava un cognome italiano per assicurarsi un lavoro. Insomma” aggiunge Robert Kunkel “si guardava più alla fama d’essere italiano che alla vera capacità progettuale e realizzativa. Questo naturalmente senza negare il fatto che dal Rinascimento in poi arrivarono in Polonia moltissimi bravi architetti italiani, tra i quali spiccano naturalmente in età tardo barocca e neoclassica personaggi come Merlini e Corazzi che in particolare a Varsavia hanno lasciato indelebili tracce della loro indiscussa abilità: Merlini soprattutto con il Park Lazienki mentre al nome di Corazzi è legata, tra le altre opere, la facciata neoclassica del Teatro Nazionale, oggi Opera Narodowa.”

Un rapporto curioso quello tra committenti polacchi e italiani, viste le particolari garanzie richieste. “I polacchi apprezzavano i progetti e le capacità artistiche degli italiani ma al contempo ne temevano l’inaffidabilità; così per evitare il rischio di non veder realizzata l’opera perché un architetto o un artista improvvisamente ripartiva per l’Italia, venivano firmati dei contratti con dei gruppi di italiani in modo che in assenza di uno di loro gli altri si sarebbero fatti carico di concludere l’opera. L’attività dei maestri italiani in Polonia non è iniziata, come si pensa comunemente, nel Rinascimento. Già nel XII secolo uno degli allievi dello scultore Wiligelmo di Modena realizzò il portale romano della basilica a Czerwińsk. Affreschi di un maestro italiano del XIV secolo possono essere trovati all’interno del convento francescano di Cracovia oppure nella sagrestia della chiesa a Niepołomice. Fu inoltre uno scultore italiano a creare nel XV secolo la tomba del re Ladislao Jagellone nella cattedrale del Wawel. All’inizio del XVI secolo, assieme all’arrivo dell’architettura rinascimentale crebbe anche l’afflusso degli artisti italiani in Polonia: tra questi ce ne furono alcuni molto bravi come Bartolomeo Berrecci di Pontassieve nei pressi di Firenze, architetto del mausoleo reale dei Jagelloni oppure Bernardino Giannotti di Roma, costruttore della cattedrale di Płock. Erano altrettanto numerosi i muratori e gli scalpellini, in gran parte provenienti dalla Lombardia, dalle officine di costruzione della zona del Lago di Como, conosciuti come i 'Mastri comacini’ che forse non erano tanto creativi ma rappresentavano un artigianato di solide tradizioni e creavano le forme architettoniche di moda nel Rinascimento. Nel Rinascimento lavoravano in Polonia artisti come l’architetto Santi Gucci di Firenze, lo scultore Gian Maria Mosca di Padova e Giovanni Battista di Venezia. Nel Barocco in Polonia operavano le intere famiglie dei Fontana, Ferrari o Catenazzi. Il più importante artista straniero che lavorava in Polonia nel Barocco era l’olandese Tylman van Gameren, ma imparò il mestiere a Venezia. Alla fine del XVIII secolo il re Stanislao Augusto commissionava i suoi lavori all’architetto Domenico Merlini, ai pittori Marcello Bacciarelli e Bernardo Bellotto, noto come Canaletto. Nel XIX secolo l’architettura classica a Varsavia fu curata da Antonio Corazzi, mentre lo storicismo fu rappresentato da Francesco Maria Lanci e dalla famiglia Marconi. Molto spesso questi artisti rimanevano in Polonia per tutta la vita, sposandosi con polacche e lasciando non solo dei bellissimi edifici, ma anche molti figli dai capelli scuri”.

Si può parlare di un Rinascimento polacco e riconoscerne le peculiarità distintive rispetto a quello italiano?

“La Polonia ha acquisito il Rinascimento nella sua forma originale, ovvero toscano-romana, unico paese in Europa accanto all’Ungheria. È curioso che nei Paesi dell’Europa occidentale, a causa delle forti corporazioni edilizie locali che non sopportavano la concorrenza, il Rinascimento italiano è apparso relativamente tardi e già nelle sue forme manieristiche o, come in Inghilterra, palladiane. La cappella del re Sigismondo a Wawel è praticamente l’unico mausoleo rinascimentale a nord delle Alpi di così pregevole fattura, così come la cattedrale di Płock, che è un esempio coerente di grande basilica di collegamento di un corpo allungato con una parte centrale del lato orientale – come nei piani teorici di Leonardo – coperta con un tetto romano a crociera come nel tepidarium delle terme di Caracalla. Tuttavia il clima del nord costringeva gli architetti ad adattare i modelli italiani. Furono adottate soluzioni sconosciute nel Bel Paese, come le alte cime dei tetti decorati con ornamenti del periodo e degli attici rinascimentali, chiamati anche 'polacchi’. Tuttavia, il Rinascimento italiano non è presente solo a Firenze e a Roma. Gli architetti che sono cresciuti circondati dai conventi francescani del Veneto o dai piccoli dettagli delle ceramiche di Ferrara dovevano sentirsi abbastanza a loro agio nella Polonia del tardo Gotico”.

Un’influenza italiana che si espresse nelle architetture ma anche in interi piani urbanistici come nel caso della città di Zamosc.

“Dall’Italia arrivarono non solo costruttori, ma anche progettisti urbani come il progettista di interni Andrea dell’Aqua e il creatore della città rinascimentale di Zamość Bernardo Morando di Padova. Alla fine del XVI secolo Santi Gucci Fiorentino ha eretto a Książ Wielki per la famiglia Myszkowscy la prima residenza su assi sovrapposte con un cortile aperto e un giardino sul retro, comune nei secoli successivi in tutta Europa e chiamata, forse in un modo non del tutto appropriato, di tipo francese”.

Torniamo alla Varsavia di oggi: si sta pensando ad un piano urbanistico elaborato nel dettaglio per l’intera città?

“Sembra che i tempi delle grandi premesse urbanistiche a Varsavia, come gli assi Sassonica o di Stanislao, siano solo passato. L’ultimo periodo di pianificazioni, dovuto alla necessità di ricostruire la città, fu il realismo socialista con le sue costruzioni come MDM. Oggi, dopo la caduta del socialismo, è tornata in Polonia la tradizione della vecchia Repubblica; un testardo proprietario di terreno può addirittura bloccare la costruzione di un’autostrada. Varsavia necessita assolutamente di un bravo Architetto della Città, una persona dotata dell’autorità e delle competenze necessarie per contraddire i costruttori edili che, pur di guadagnare, sono disposti ad edificare ogni pezzo di terra libera. La figura e l’efficacia dell’Architetto della Città non è purtroppo sostituibile con nessun ufficio comunale”.

Kiedy bycie Włochem było dodatkową zaletą

0

W zacisznym pokoju gmachu Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy przeprowadzam wywiad z prodziekanem Wydziału Architektury PW do spraw Nauki, profesorem Robertem Kunklem, wyłaniają się, poprzez opowieści i niezliczone świadectwa architektoniczne, niezwykłe związki, które łączą Polskę z Włochami. Za oknami wyłania się wyrastającą Warszawa, której nowe budynki często agresywnie pną się do nieba, zajmują zielone tereny i zasłaniają panoramę nie bacząc na plany urbanistyczne, prawdę mówiąc niespójne, i na miejsce w którym są wznoszone. „Tak, obecnie sytuacja nie jest za ciekawa, mamy tylko kilka przykładów dobrego budownictwa, gdyż za dużo jest niedociągnięć administracyjnych, które pozwalają, aby pewien rodzaj bezwzględnej architektury tworzył pewne kontrasty, czasem nawet absurdalne. Jeśli chodzi o dzieła architektoniczne, które powstały w ostatnich latach w Warszawie, to jest tam co najmniej kilka ciekawych budowli godnych uwagi. Nie udało się natomiast stworzyć żadnego kompletnego założenia urbanistycznego, ze względu na wciąż nie rozwiązaną kwestię własności gruntów przejętych po wojnie na własność państwa, a obecnie odzyskiwanych przez prawdziwych lub domniemanych potomków dawnych właścicieli. Jeśli naprawdę musiałbym wskazać budynek, który podoba mi się z tych ostatnio wybudowanych w Warszawie, to wybrałbym siedzibę Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, bo dobrze wtapia się w kontekst architektoniczny i krajobraz miejsca, w którym została wzniesiona, a także mały biurowiec z szarej cegły przy drodze do Piaseczna zaprojektowany przez Magdę Staniszkis” opowiada Kunkel.

Całkowicie odmienna była specyfika Polskiej architektury pomiędzy XVI i XVIII wiekiem, kiedy to poszukiwanie piękna architektonicznego było ważną wartością dla zleceniodawców. Od XVI do XIX stulecia istniało w Polsce przekonanie, że prawdziwie dobrą architekturę tworzą wyłącznie Włosi. W konsekwencji czego liczni artyści włoscy przybywali do Polski, gdzie znajdowali zawsze chętnych zleceniodawców, nie tylko w kręgach dworu królewskiego i możnowładców, ale także bogatych mieszczan i kupców. Ciekawe, że nawet polscy budowniczowie w dawnych stuleciach przyjmowali włoskie imiona i przydomki, ponieważ słowo „Italus” przy nazwisku było gwarancją dobrej marki. Za przykładem króla i szlachty, którzy korzystali z usług architektów i włoskich rzemieślników – wystarczy pomyśleć o słynnych mistrzach budowlanych „Maestri comacini”, którzy stworzyli swego rodzaju „lombardzką mafię budowlaną” w Polsce – również polscy klienci, którzy mogli sobie na to pozwolić finansowo, starali się powierzyć wykonanie zleceń włoskim artystom.

„Prawie spazmatycznie poszukiwano włoskości, która nie zawsze jednak była poparta umiejętnościami pracowników. Ponieważ nie każdy mógł sobie pozwolić na najęcie najlepszych architektów z Włoch, czasami wystarczyło po prostu włoskie nazwisko, aby dostać zlecenie. W każdym razie” dodaje Robert Kunkel „bardziej liczyło się bycie Włochem niż rzeczywiste umiejętności projektowe i realizacyjne. Oczywiście nie neguję faktu, że od renesansu przybyło do Polski wielu zdolnych włoskich architektów, wśród których naturalnie wyróżnić można tych z późnego baroku i neoklasycyzmu, osobistości takie jak Merlini czy Corazzi, którzy w szczególności w Warszawie pozostawili po sobie niezatarte ślady swoich niewątpliwych umiejętności. Merlini zasłynął przede wszystkim dzięki Łazienkom Królewskim, a Corazzi, oprócz innych dzieł, z neoklasycznej fasady Teatru Wielkiego Opery Narodowej”.

Ten związek między polskimi klientami a włoskimi artystami był niezwykle ciekawy z racji na szczególne i wymagane gwarancje. „Polacy doceniali projekty i zdolności artystyczne Włochów, ale jednocześnie bali się ich niewiarygodności i tak oto, aby uniknąć ryzyka niedokończenia dzieła z powodu niespodziewanego powrotu do Włoch architekta lub artysty, podpisywano umowy z grupą Włochów, tak aby w przypadku nieobecności jednego z nich inni przejęli obowiązki dokończenia budowy. Działalność włoskich mistrzów w Polsce nie zaczęła się zresztą, jak się na ogół sądzi, w okresie renesansu. Już w XII wieku jeden z uczniów rzeźbiarza Wiligelma z Modeny wykonał wspaniały romański portal bazyliki w Czerwińsku. Freski pewnego włoskiego mistrza z XIV stulecia można znaleźć w klasztorze franciszkanów w Krakowie czy w zakrystii kościoła w Niepołomicach. Włochem był również wybitny rzeźbiarz, który wykonał w XV wieku grobowiec króla Władysława Jagiełły w katedrze na Wawelu. Na początku XVI stulecia, wraz z architekturą renesansu, wzrósł również napływ artystów włoskich do naszego kraju. Byli wśród nich twórcy wybitni, jak Bartolomeo Berrecci z Pontassieve pod Florencją, architekt królewskiego mauzoleum Jagiellonów czy Bernardino Giannotti Rzymianin, budowniczy katedry w Płocku. Byli też bardzo liczni muratorzy i kamieniarze, w znacznej mierze wywodzący się z Lombardii, z warsztatów budowlanych z okolic jeziora Como, znani jako »mastri comacini«, nie tak może twórczy, lecz zawsze prezentujący solidne rzemiosło i modne wówczas renesansowe formy architektoniczne. W stylu renesansowym tworzyli w Polsce tacy artyści jak architekt Santi Gucci z Florencji, rzeźbiarz Gian Maria Mosca z Padwy czy Jan Baptysta z Wenecji. W okresie baroku działały tu całe rodziny Fontanów, Ferrarich czy Catenazzich. Najwybitniejszy z cudzoziemskich architektów baroku działających w Polsce, Tylman van Gameren, był co prawda Holendrem, ale wykształcił się w Wenecji. W końcu XVIII stulecia dla króla Stanisława Augusta pracowali architekt Dominik Merlini, malarze Bernardo Bellotto zwany Canaletto i Marcello Bacciarelli. W XIX stuleciu architekturę klasycyzmu w Warszawie tworzył Antonio Corazzi, zaś historyzm reprezentowali Francesco Maria Lanci i cała familia Marconich. Często ci przybysze pozostawali na stałe, żenili się z Polkami i pozostawiali po sobie nie tylko piękne budowle lecz również liczne ciemnowłose potomstwo”.

Czy można mówić o polskim renesansie i rozpoznać jego specyficzne cechy alternatywne do tych włoskich?

„Polska przyjęła renesans w jego pierwotnej, toskańsko-rzymskiej wersji jako jedyna oprócz Węgier w Europie. Ciekawe, że w krajach Europy Zachodniej ze względu na silne miejscowe gildie budowlane nie dopuszczające konkurencji, włoski renesans pojawił się stosunkowo późno, już w swoich formach manierystycznych, czy, jak w Anglii, palladiańskich. Kaplica króla Zygmunta na Wawelu jest właściwie jedynym tak wspaniałym renesansowym mauzoleum na północ od Alp, podobnie jak katedra w Płocku, która jest konsekwentnym przykładem wielkiej bazyliki łączącej podłużny korpus z centralną partią wschodnią – jak w teoretycznych planach Leonarda, przekrytą rzymskim krzyżowym sklepieniem jak tepidarium term Caracalli. Jednak klimat północy zmuszał architektów do adaptacji włoskich wzorów. Pojawiły się, nieznane w Italii, wysokie szczyty dachów ozdobione renesansowym detalem czy renesansowe attyki, zwane nawet »polskimi«. Niemniej warto zaznaczyć, że włoski renesans to nie tylko Florencja i Rzym. Architekci, którzy wychowali się wśród franciszkańskich, ceglanych klasztorów z Veneto, czy drobnego, ceramicznego detalu Ferrary, czuć się musieli w późnogotyckiej Polsce całkiem swojsko”.

Był to włoski wpływ, który widać było nie tylko w architekturze, ale także w całych planach urbanistycznych, tak jak to miało miejsce w przypadku Zamościa.

„Nie tylko budowniczowie, lecz również urbaniści z Italii pracowali dla polskich zleceniodawców. Był to projektant twierdz Andrea dell’Aqua, i twórca renesansowego miasta Zamościa Bernardo Morando z Padwy. W końcu XVI stulecia Santi Gucci Fiorentino wzniósł w Książu Wielkim dla Myszkowskich pierwszą osiową rezydencję z otwartym dziedzińcem flankowanym i ogrodem z tyłu, powszechną w stuleciach następnych w całej Europie i zwaną, chyba nie do końca słusznie, typem francuskim”.

Wróćmy do dzisiejszej Warszawy, czy myśli się o stworzeniu dopracowanego w każdym detalu planu urbanistycznego dla całego miasta?

„Wydaje się, że czas wielkich założeń urbanistycznych w Warszawie, jak osie Saska czy Stanisławowska, już minął. Ostatnim takim okresem, związanym jednak ze zniszczeniem miasta i ustrojem totalitarnym był socrealizm z realizacjami takimi jak MDM. Dziś, po zmianie ustroju na demokratyczny, powróciła tradycja dawnej Rzeczypospolitej i jeden uparty właściciel działki może nawet zatrzymać budowę autostrady. Niemniej Warszawie potrzebny jest jak powietrze Architekt Miasta – osoba obdarzona autorytetem i kompetencjami, będąca w stanie przeciwstawić się deweloperom, którzy z chęci zysku zabudowują każdy skrawek wolnego terenu. Takiego Architekta żaden urzędowy wydział czy komisja zastąpić nie jest w stanie”.

Prawdziwy przepis na Carbonarę!

0

Ten artykuł jest zadedykowany jednemu z najsławniejszych dań włoskiej kuchni, jej prawdziwej ikonie i absolutnemu symbolowi Włoch, lecz może przede wszystkim daniu najbardziej zmienianemu, nieudolnie naśladowanemu, czasem nawet do granic obrazy narodu włoskiego, tj. CARBONARZE.

Pochodzenie tej potrawy nie jest do końca jasne, gdyż istnieje wiele hipotez na temat jej powstania. Ta najbardziej wiarygodna prowadzi nas do Lacjum, jednak niektóre szczegóły techniczne jej przygotowania prawie na pewno można przypisać tradycji pochodzącej z Neapolu. Ciekawym włoskiej kuchni przedstawiam kilka najbardziej utwierdzonych hipotez na temat pochodzenia tej potrawy.

Karbonariusze z Apeninów

Mówi się, ze pochodzenie terminu wywodzi się od typowego dania karbonariuszy, z racji na łatwą dostępność i przechowywanie składników, typowych dla okolicy. Carbonara miałaby w tym przypadku być wariantem potrawy nazywanej „ser i jaja”, pochodzącej z Abruzji i Lacjum, którą karbonariusze zwykli byli nosić ze sobą po wstępnym gotowaniu, nawet dzień wcześniej, i jeść zimną za pomocą rąk. Ważne jest, aby podkreślić jak czarny pieprz, przypominający pył węglowy, będący z pewnością fundamentalnym elementem przepisu, prowadzi nas do Apeninów regionu Lacjum.

Hipoteza angloamerykańska

Carbonara nie jest cytowana w rzymskiej książce kucharskiej opublikowanej w 1930 r. Danie zostało zarejestrowane po raz pierwszy zaraz po drugiej wojnie światowej we Włoszech, czyli po wyzwoleniu Rzymu w 1944 r., kiedy to na rynek dotarł bekon przywieziony przez angloamerykańskie oddziały. Według tej wersji wydaje się, że podczas wojny amerykańscy żołnierze stacjonujący we Włoszech mieszali ze sobą bliskie ich kulturze składniki z tymi łatwo dostępnymi, tj. jajkami, boczkiem i makaronem spaghetti, poddając w ten sposób pomysł włoskim kucharzom na prawdziwy przepis, który rozwinął się w późniejszych latach. Na korzyść tej historii działa także fakt, że nie istnieją wpisy o przepisie w dokumentach sporządzonych przed 1944 r.

Hipoteza neapolitańska (jak dla mnie najbardziej wiarygodna)

Inna hipoteza przypisałaby pochodzenie Carbonary kuchni Neapolu, jedynej wśród kuchni regionalnych Włoch, która używa do przyprawiania niektórych potraw techniki i składników identycznych z tymi Cabonary. Chodzi tu o dodawanie, po ugotowaniu makaronu, jednego rozbitego jajka, sera i dużej ilości czarnego pieprzu, a następnie o użycie techniki kulinarnej zwanej „mantecatura”. Ta technika opisywana w kilku książkach kucharskich starożytnych i nowoczesnych, jest wciąż powszechnie znana w kuchni neapolitańskiej i stosowana podczas przygotowania wielu tradycyjnych przepisów na makaron lub mięso.

Jednak pozostawiając z boku pogawędki, poniżej przedstawiam wam „oryginalny” przepis, który powinien służyć jako wskazówka do przygotowania Carbonary tak jak należy, czyli bez śmietany!

Składniki na 4 osoby

400 gram makaronu pszennego durum (spaghetti lub maccheroni)
150 gram guanciale (Ten składnik jest trudno dostępny w Polsce, dlatego może być zastąpiony wędzonym boczkiem, jednak puryści uznają to za haniebny akt.)
Oliwa extra vergine
4 żółtka (Polecam dbanie o siebie i użycie jaj BIO)
100 gram sera pecorino (jeśli go nie macie, możecie użyć parmezanu, który jest tolerowany przez purystów ale jednocześnie przez nich odradzany)
Świeżo zmielony czarny pieprz

Jak widzicie składniki i przepis są bardzo proste, lecz niestety Carbonara jest często źle imitowana na całym świecie, z tego powodu podkreślam kategorycznie: NIE WOLNO UŻYWAĆ ŚMIETANY.

Przygotowanie: Kroimy guanciale (lub boczek) w paski i smażymy go na patelni z jedną łyżką oliwy aż do momentu kiedy zacznie być chrupiący. Zdejmujemy patelnię z gazu. W międzyczasie wrzucamy makaron do wrzącej wody i gotujemy aż będzie al dente, zachowując trochę wody z gotowania. Następnie wrzucamy makaron na patelnię z boczkiem i odstawiamy, aby nabrał aromatu. Przełożyć gorący makaron do miski, dodać żółtka i tarty ser, natychmiast energicznie wymieszać bo inaczej jajka zamienią się w jajecznicę. W przypadku gdy Carbonara jest zbyt sucha, ale lepiej zawsze to robić, możemy dodać trochę „wody z gotowania”, która powiąże sos dając mu kremowego tonu.
Dodajemy mielonego czarnego pieprzu według uznania i smacznego!

Radzimy (obowiązkowo) popijać kieliszkiem czerwonego wina (najlepiej z latyńskich wzgórz).

Marco Ghia – Akademia Kulinarna Whirpool

Emiliano Castagna e Marco Ghia
Emiliano Castagna i Marco Ghia

Itinerari di un giurista europeo: Witold Wo?odkiewicz

0

Fabiana Tuccillo

Itinerari di un giurista europeo. Dall’Università di Varsavia alla Federico II, è il libro di Witold Wo?odkiewicz, a cura di Cosimo Cascione, pubblicato nel 2010 dalla casa editrice Jovene di Napoli nella collana «Diáphora» diretta da Luigi Labruna. In una versione ampliata e aggiornata rispetto al testo Moje peregrynacje naukowe 1958-2003 (I miei pellegrinaggi scientifici 1958-2003) apparso nel volume Zagraniczne peregrynacje i przyja?nie naukowe polskich uczonych, racconta, in una sorta di autobiografia, ricordi, viaggi di studio, incontri, convegni a cui Witold Wo?odkiewicz, oggi emerito di Diritto Romano presso la Facoltà di Giurisprudenza dell’Università di Varsavia, infaticabile animatore di saperi, ha preso parte in un cinquantennio di storia romanistica europea. Non è casuale la traduzione in lingua italiana, a cura di Leszek Kazana. Molte sono infatti le occasioni, gli eventi scientifici ed umani che dal 1958 ? prima volta in cui lo studioso polacco venne in Italia per motivi di studio ? hanno portato Witold Wo?odkiewicz nel nostro Paese. Torino, Roma, Camerino, Napoli e Catania sono le sedi più frequentate dallo studioso polacco, quelle in cui non solo ha condotto le sue ricerche giovandosi del continuo sapiente confronto con maestri e colleghi italiani, ma ha anche coltivato importanti e durature amicizie, prima fra tutte quella con Luigi Labruna. Dopo una breve introduzione, seguono tredici saggi: il racconto si snoda dall’inizio della carriera accademica di Witold Wo?odkiewicz, con la scelta del tema di ricerca per il dottorato sulla posizione giuridica della materfamilias nel diritto romano (Gli esordi), al primo viaggio in Italia a Torino nel 1958 dove, grazie ad una borsa di studio, di cinque mesi, dell’Istituto Universitario di Studi Europei, diretto dal professor Silvio Romano, cominciò «ad avvicinarsi all’idea dell’unificazione dell’Europa» (p. 6); all’Intermezzo sardo, per due settimane di svago e di avventure, presso l’amico Maurizio Alciator; al ritorno a Varsavia, con la discussione della tesi di dottorato nel maggio 1961, e la nomina a professore incaricato sulla cattedra di Diritto romano e dei diritti antichi presso l’Istituto di Storia del diritto dell’Università di Varsavia (Varsavia dal 1958 al 1966); al secondo viaggio di studio in Italia a Roma presso l’Istituto di Diritto romano e diritti dell’oriente mediterraneo della Facoltà di Giurisprudenza dell’Università La Sapienza di Roma, allora diretto da Edoardo Volterra (Roma 1966), vero maestro italiano del nostro; alla pubblicazione del libro Obligationes ex variis causarum figuris. Ricerche sulla classificazione delle fonti nel diritto romano classico per la venia legendi con la nomina a docente nel 1968 presso la Facoltà di Giurisprudenza dell’Università di Varsavia, poi l’incarico di professore straordinario nel 1978, e di professore ordinario nel 1988 (A Varsavia e da Varsavia, dopo il 1966).

Segue una vasta sezione (Laicissimus clericus vagans: la partecipazione a incontri di studio internazionali) dedicata agli incontri promossi su iniziativa o con la partecipazione di enti scientifici italiani e gruppi di ricerca sul diritto romano, e a quelli organizzati dal Centro Romanistico Internazionale “Copanello”. Infine il racconto delle diverse esperienze di insegnamento in Italia: a Camerino, Napoli presso il Dipartimento di Diritto romano e Storia della Scienza romanistica dell’Università degli Studi di Napoli Federico II, fondato da Luigi Labruna (ora Dipartimento di Diritto Romano Storia e Teoria del diritto F. De Martino, diretto da Carla Masi Doria), Bari su invito di Francesco Grelle, Roma dall’amico e collega Luigi Capogrossi Colognesi presso l’Istituto di Diritto romano dell’Università La Sapienza, Sassari, e Catania nell’ambito del corso di Laurea specialistica internazionale Ius civile dell’Europa comune. Numerosi i soggiorni anche in Francia, specie a Parigi, per lezioni, colloqui, congressi, e come professore a contratto o borsista e in Germania. Infine un saggio dedicato alla Scuola internazionale di Diritto romano, diretta da Jerzy Axer, che dal 2001 è sede di continui scambi sull’asse Italia-Polonia, facendo di Varsavia il luogo di irradiazione verso est (soprattutto nei Paesi dell’ex Unione sovietica) della scienza romanistica occidentale.

Fabiana Tuccillo

„MIDWAY – MIĘDZY ŻYCIEM A ŚMIERCIĄ”. NOWY THRILLER W REŻYSERII JOHNA REALA, NAJLEPSZEGO WŁOSKIEGO REŻYSERA – ODKRYCIE ROKU 2012, OD 11 KWIETNIA WE WŁOSKICH KINACH

0

Thriller o paranormalnych zjawiskach „Midway – Między życiem, a śmiercią” jest nową włoską produkcją Cinemaset i Real Dreams oraz koprodukcją Romano Film Production & Naide Film. Można zdecydowanie powiedzieć, że jest on niespodzianką na obecnym włoskim rynku filmowym. Mocnymi stronami produkcji są doskonała obsada złożona z młodych aktorów takich jak Elisabetta Pellini, Salvatore Lazzaro, Riccardo Flammini, Antonella Salvucci, Lara Brucci, Matteo Tosi, Elaine Bonsangue, Tania Bambaci, Elisa Franco oraz doskonała reżyseria Johna Reala (Giovanni Marzagalli), który według włoskiej prasy jest “obiecującym reżyserem bawiącym się hollywoodzką teatralnością”. „Midway”, który 11 kwietnia wejdzie do włoskich kin, opowiada o zjawiskach głosowych EVP, a jego akcja rozgrywa się w tajemniczej i niepokojącej atmosferze lasu. W filmie nie brakuje aury tajemniczości, której towarzyszy muzyka kolejnego młodego talentu, Luki Balboniego. Jeden z rzymskich aktorów, Riccardo Flammini (Mattia), znany z ról w włoskich produkcjach („Et in terra pax”, „Tutti i santi giorni”), francuskich serialach „La source” i „Falco” oraz amerykańskiego filmu „My Lair four” tak tłumaczy fabułę filmu: „Midway to film mόwiący o Electronic Voice Phenomena, czyli paranormalnym zjawisku, mającym związek z rejestracją głosόw duchόw na taśmie lub cyfrowych urządzeniach. Thriller opowiada historię grupy młodych przyjaciόł, ktόrzy decydują się na spędzenie weekendu w lesie poza miastem. Szybko jednak rozumieją, iż w tym miejscu nie są sami, jest jeszcze ktoś lub coś zawieszone w połowie drogi między Ziemią, a Zaświatami”.

Palermo zawieszone w historii między sztuką, kuchnią, naturą a literaturą

0

Kiedy wiosną 2011 r., zaraz po obronie pracy magisterskiej na Italianistyce, po raz pierwszy leciałam na Sycylię, do Palermo, starałam się w wyobraźni nadać odpowiednią formę i kolory opowiadaniom bliskich mi osób o tym miejscu. Kilka minut przed lądowaniem na lotnisku Punta Raisi, zadedykowanemu pamięci włoskich funkcjonariuszy antymafijnych Giovanniego Falcone i Paola Borsellino, moja ciekawość była ogromna, a zobaczenie przez okienko samolotu cudownego i połyskującego morza zwiększało moje emocje. Port lotniczy w Palermo, oddalony o około 25 minut samochodem od centrum miasta, otoczony jest górami i morzem, które zachwyca ale jednocześnie powoduje dreszczyk emocji u pasażerów, którzy do ostatniej chwili obawiają się, że samolot może wylądować w wodzie.

Przyleciałam w dzień pełen słońca, które w tej szerokości geograficznej grzeje mocno nawet na wiosnę. Klimat i światło w dniu przyjazdu były zupełnie odmienne od tych, które zostawiłam za sobą w Polsce. Od tamtego czasu przyjechałam do Palermo jeszcze trzy razy, ponieważ za każdym razem kiedy je opuszczałam natychmiast zaczyna mi go brakować. Palermo jest idealnym miejscem dla wszystkich tych, którzy kochają ponadczasową sztukę i niesamowitą architekturę, krystaliczne morze i karaibskie plaże, smaczną kuchnię i niespotykane ciepło. Jest metropolią o ponad dwóch tysiącach lat historii, położoną na Sycylii, która jeszcze dziś jest tyglem kultur śródziemnomorskich.

Najlepszym sposobem, aby korzystać z dobrodziejstw, które oferuje to miasto jest zagłębić się w nim, pozostawiając za plecami wszelkie niefortunne uprzedzenia dotyczące jego najnowszej historii i mieć jedynie na uwadze fakt, że serce tej metropolii ma swoje korzenie w historii i bije od czasów starożytnych.

Palermo zostało założone przez Fenicjan w 734 r. p.n.e., którzy nazwali je „zyz”, co dosłownie oznacza „kwiat”. Nazwa prawdopodobnie została wybrana ze względu na ukształtowanie terenu, który otoczony rzekami Papireto i Kemonia, przybierał formę przypominającą kwiat. Jego obecna nazwa pochodzi od greckiego słowa Panormos, czyli „wielki port”. Palermo od czasów starożytnych tworzyło naturalny amfiteatr, który sprzyjał interesom handlowym nie tylko Fenicjan, ale także kupców pochodzących z Grecji, Cypru i Krety, którzy licznie przybywali do miasta. Takie miejsce, doskonałe również ze strategicznego punktu widzenia, stało się celem ekspansjonistycznych ambicji Syrakuzy i Kartaginy, a następnie Cesarstwa Rzymskiego, które to z kolei nieznacznie zmieniło nazwę miasta, latynizując je w Panormus. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego i trzech wiekach dominacji Wandali, Ostrogotów i Bizantyjczyków, w 831 r. n.e. miasto zostało podbite przez Arabów, powracając do chwil wielkiej świetności, nie tylko z politycznego punktu widzenia, ale także pod względem artystycznym. Arabowie, którzy zmieniają nazwę z Panormus na Balarm, pozostawiają w spadku mieszkańcom Palermo nie tylko udoskonalenia w technice rolniczej, ale przede wszystkim ogromne dziedzictwo architektoniczne, składające się z ponad trzystu meczetów i zabudowań całych dzielnic. W 1072 r. miasto zostało podbite przez Normanów ze Skandynawii, pod dominacją których przyjęło swoją obecną nazwę. Miałam okazję zwiedzić zamek Palazzo Reale (Palazzo dei Normanni), niegdyś siedzibę królów Sycylii, a dziś Sycylijskiego Zgromadzenia Regionalnego. Normanowie przekształcili go w centralny ośrodek ich władzy, wielki i wspaniały dwór królewski, w którym jeszcze dziś można zobaczyć ślady ich znakomitej obecności. Jedną z najbardziej niesamowitych miejsc, które można zobaczyć na świecie znajduje się właśnie w tym zamku – mówię o bazylice Cappella Palatina, zbudowanej w XII wieku na rozkaz imperatora Rogera II, która wprawiła mnie w zdumienie dzięki swoim mozaikom ze złota i kamieni szlachetnych oraz dachowi z drewnianych kratownic.

Dzięki późniejszej obecności oświeconego cesarza Szwabii, Fryderyka II, miasto stało się centrum kultury i sztuki regionu Morza Śródziemnego. Po dynastii Hohenstaufów nastąpiły po sobie najpierw dynastia Andegawenów, a następnie Burbonów, podczas gdy w bliższym nam okresie, Palermo było miejscem wydarzeń istotnych dla zjednoczenia Włoch, które nastąpiło w 1861 roku.

Można by mówić godzinami, a może nawet całymi dniami, o historii, niesamowitym bogactwie, tradycjach, rekordach i anegdotach związanych z Palermo, miastem „teatru słońca”, pałaców i rynków, cesarzy i inkwizytorów, magów i naukowców, kolekcjonerów i muzeów, sędziów i morderców – miastem ze złota, marmuru i kurzu, które wiele ludów pożądało, zdobyło, a następnie porzuciło. Palermo jest wszystkim tym i jeszcze tysiącem innych rzeczy, jest miastem kukieł, śpiących psów, bizantyjskich, normandzkich i barokowych kościołów, ulic i budynków w stylu secesyjnym z bogato zaopatrzonymi barami, których pyszne cannoli i marcepanowe słodycze oczarowały znamienitych gości, takich jak Wagner i Verdi, Goethe i Maupassant, Nelson i Garibaldi, Van Dyck i Renoir, Coppola i Visconti. Palermo nad krystalicznym morzem jest jednym z wielu pięknych i sugestywnych miast Italii, choć może tym o najbogatszej duszy ze względu na swą tradycyjnie kosmopolityczną naturę, miejscem gdzie można znaleźć cały świat w jednym zaułku, wiele języków łączy się w jednym głosie, gdzie każdy plac staje się teatrem a każdy zaułek, nieraz, domem.

W tym artykule postarałam się Wam pokrótce opisać nie tylko jakie jest Palermo, ale także czym jest Palermo, rozpoczynając od genezy jego nazwy i wymieniając dominacje, które po sobie następowały. Naszą podróż po tym mieście czas biegnie inaczej będziemy kontynuować w następnym numerze.

Naciągane odwołanie historyczne

0

Lino Bortolini

Prezydent Napolitano zwołał ponownie w tych dniach włoskie partie z konieczności skonstruowania rządu, ponieważ sytuacja ekonomiczno-finansowa Włoch wisi na włosku…

Przypomniał podobnie trudny okres, w którym Italia znajdowała się w 1976 roku i który, według niego, został przezwyciężony dla dobra ojczyzny dzięki zgodzie pomiędzy członkami Chrześcijańskiej Demokracji a komunistami, czyli słynnemu „historycznemu kompromisowi” , oraz między dwiema ideologiami, które do tamtego momentu wydawały się nie do pogodzenia.

Na pierwszy rzut oka aktualna sytuacja instytucjonalna mogłaby się wydawać porównywalna do tej z 1976 roku. W rzeczywistości dla kogoś, kto zna historię, wezwanie prezydenta Napolitano nie wydaje się do przyjęcia, a nawet, powiedziałbym, wyraźnie ukrywa ocenę ówczesnych faktów, która to ocena, ze strony prezydenta, nadal zawiera pozostałości ideologii i nadal nie bierze pod uwagę ogromnych konsekwencji finansowych, politycznych i społecznych, które pociągnął za sobą ten 'historyczny kompromis”.

W praktyce Napolitano przepowiada dziś porozumienie, aczkolwiek tymczasowe, pomiędzy PD, czyli byłą partią komunistyczną, która pomimo iż nie jest już komunistyczna, cały czas ma swoje fundamentalne podstawy w lewicy i obejmuje również kilka skrajnych frakcji, oraz PDL Berlusconiego, która wyszła z prawicy, po to aby można było przezwycięzyć poważny kryzys ekonomiczny, który dręczy kraj i jest uwypuklony jak w 1976 przez sytuację zawieszenia w walkach pomiędzy partiami, które wszystkie delkarują, że wygrały wybory,a w rzeczywistości nie są w stanie utworzyć rządu i dać państwu pilnych decyzji, które są potrzebne.

Oto historia, która doprowadziła do historycznego kompromisu : od 1969 do 1974 następuje po sobie pięć rządów prowadzonych zawsze przez członka Chrześcijańskiej Demokracji, Mariana Rumor, i wspieranych przez liczne małe partie z wyjątkiem komunistów oraz eks-faszystów. Każdy nowy rząd przeplatał się z prawie paranoiczną kampanią wyborczą, która trwała 6 miesięcy w ciągu których ten sam rząd nie mógł rządzić.

Kurs lira tymczasem spadł wobec przerażającej inflacji, a dług publiczny niebotycznie wzrósł , ponieważ po Wojnie izraelsko-arabskiej z 1973 roku ceny ropy naftowej wzrosły dwukrotnie i nasza produkcja przemysłowa, tak jak na całym świecie, wyszły z niego silnie osłabione.

Partie dyskutowały o makiawelicznych podziałach władzy w aparatach biurokratycznych, w dużych państwowych firmach, w służbie zdrowia, kolei, na pocztach, o przetargach i o prawie do rozwodu, ale nigdy nie stawiały czoła problemom ludzi, problemom dotyczącym pensji pracowników, reform szkół, podatków.

W listopdzie 1974 roku Moro zdołał utworzyć rząd, tak zwany, jednokolorowy DC, ponieważ składał się tylko i wyłącznie z ministrów z Chrześcijańskiej Demokracji, niepewnie wspierany przez wszystkie partie, wciąż z wyjątkiem tych komunistycznych i eks-faszystowskich. Będzie on trwał przez rok i nie będzie mógł przeprowadzić reform.

W lutym 1976 roku powstaje kolejny rząd Mora, który poddaje się do dymisji w kwietniu tego samego roku. W lipcu Andreotti realizuje kompromis i tworzy rząd ze wsparciem ze strony komunistów. Otrzymał zgodę Watykanu, obietnicę od Berlinguera, sekretarza partii komunistycznej, że również ta partia przyłączy się do Paktu Atlantyckiego, natomiast odłączy się od Układu Warszawskiego, przyznał całą serię podwyżek urzędnikom państwowym, przede wszystkim tym zatrudnionym w rzymskich ministerstwach, aby zapewnić sobie przyszłe głosy.

Rozpoczął emicję obligacji skarbu państwa, które natychmiast będą skupywane przede wszystkim przez banki i przez same partie za pieniądze pochodzące z łapówek i ze skandalu związanego z ropą naftową, który intensywnie rozwija się od roku 1976 do 1979 przynosząc fiskusowi straty rzędu 2 000 miliardów w postaci podatków niezapłaconych państwu.

Z kolei partie przyznają sobie ogromne finansowanie publiczne, dzięki któremu skupią za pośrednictwem figurantów dużo nieruchomości i przywłaszczą sobie przedsiębiorstwa odbierając korzyści prywatnym przedsiębiorcom, co prowadzi do paradoksalnej aktualnej sytuacji, w której wielu prawdziwych przedsiębiorców nie jest już w stanie otworzyć firmy, jeśli nie należy do żadnej z partii. Wielu, zbyt wielu, z nich musiało szukać protekcji i dawać łapówki, aby otrzymywać urzędowe zezwolenia, przetargi, zlecenia…

Pomimo katastrofalnej sytuacji ekonomicznej, która zresztą podobnie jak w 1976 roku powtarza się tylko w przypadku zwykłych ludzi a nie tych, którzy wszystko kontrolują, zauważa się dzisiaj pomiędzy dwoma głównymi ugrupowaniami, obecnie zantagonizowanymi, różnice bardziej znaczące niż te, które dały się dostrzec w epoce historycznego kompromisu:

– Partia komunistyczna wówczas była sławna, podczas gdy dzisiejsza PD jest najbogatszą partią we Włoszech.

– Ówczesna Chrześcijańska Demokracja zdominowała gospodarkę i zawładnęła państwową biurkracją.

– Ówczesna partia komunistyczna szukała świeżej krwi poprzez związki zawodowe, podczas gdy dziś trzyma w garści wszystkie zarządy największych banków, państwowych przedsiębiorstw, służby zdrowia. Zarządza loteriami, salami gier, jak również całym systemem spółdzielni należących do lewicy…

– PDL Berslusconiego, podkreślając zapotrzebowanie na stworzenie miejsc pracy poprzez nowe ważne prace publiczne jak wszystkie tzw. partie liberalne, jednocześnie realizuje w większym stopniu interesy prywatne, ponieważ dostrzega, często trafnie, w biurokracji państwowej przeszkodę dla inicjatyw firm obciążonych niezrozumiałym wzrostem wymaganych formalności i podatków, jak również powstrzymywanych przez złe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, który lekceważy zupełnie sprawy cywilne i nie wydaje wyroków w sprawach przestępców, którzy sprawili, że życie obywateli jest wszędzie niepewne.

 

W istocie w 1976 roku Adreotti zrealizował kompromis historyczny dając wolną rękę komunistom, którzy wygrawszy wybory administracyjne w wielu gminach, potrzebowali dofinansowania, aprobując ostatecznie ich zarządzanie spółdzielniami lewicy, przymykając oko na prowizje, które pobierała partia od importu bydła i ropy naftowej z krajów Wschodu.

Uzyskał w zamian rozejm ze związkami zawodowymi w fabrykach oraz rozejm z tak zwanym „czerwonym sądownictwem” przynajmniej jako uwarunkowanie psychologiczne w śledztwach dotyczących licznych skandali, w które już w tym czasie był zaangażowany, tzn Italcasse (Bank Kredytowy Włoskich Kas Oszczędnościowych), Sindona, skandal związany z ropą naftową, P2, itp…

 

W 1976 roku Włochy były krajem dynamicznym, cieszyły się dużym zaufaniem, bądź przynajmniej dużym zainteresowaniem politycznym, za granicą, znajdowały zagranicznych inwestorów, wydawały uczonych, wyspecjalizowanych inżynierów, wynalazców.

Dzisiaj mamy Włochy z ogromnym długiem publicznym, Włochy pozbawione zaufania do polityki, bez pieniędzy i bez bezpiecznych perspektyw, z powodu nie tylko świata, który się zmienił, ale przede wszystkim z powodu dewastacji poczynionej przez ostatnie dziesięciolecia w sferze społecznej przez bezwładność partii.

A pomiędzy dwiema pokonanymi partiami nie ma mowy o kompromisie. Teraz potrzeba zmiany pokoleniowej w zarządzaniu sferą publiczną. Są tysiące absolwentów wyższych uczelni, którzy chcieliby się zaangażować, mają kreatywne pomysły, posiadają umiejętności analizowania i planowania… swoboda dla młodych. My natomiast dziś widzimy niepewnego Bersaniego, który wyraźnie mówi, że chce dla Włoch jak najlepiej a jednocześnie ukrywa oczywistą obawę części swoich partyjnych kolegów, gdy pada pytanie jak i gdzie trafią przychody spółdzielni lewicy, gdyby miał wygrać Renzi.

Mamy Berlusconiego, który mówi, że chciałby rzucić politykę, ale nie rezygnuje z możliwości bezpośredniego zarządzania swoją partią, bo nie jest w stanie wyobrazić sobie, co stanie się z jego telewizyjnym imperium i jak potoczyłyby się nieukończone procesy wytoczone przeciw niemu, gdyby musiał porzucić politykę.

W 1976 roku kryzys ekonomiczny został ukryty przez partie za wiadomościami na temat zbrodni Czerwonych Brygad i za dyskusjami dotyczącymi rozwodów i napięć ideologicznych.

Dzisiaj nie ma już nic do przedyskutowania, jesteśmy pogrążeni w długach i będziemy je mieć …na zawsze!.

Kompromis przywołany przez Napolitano dla ocalenia instytucji niestety ma w oczach ludzi inne znaczenie: starsi politycy chcą zagwarantować sobie posady i przywileje i, co gorsze, chcą zagwarantować opłacalną pozycję oraz królewską emeryturę również swoim starym przyjaciołom nagle usuniętym ze stanowisk, którzy często nie posiadając kompetencji zajmują prestiżowe stanowisko lub stanowisko stowrzone specjalnie dla nich.

Wszyscy pamiętają jedyną w swoim rodzaju myśl odnoszącą się do roku 1976:

„”historyczny kompromis” sprowokował dewiację Tajnych Służb i podburzył Czerwone Brygady.”

Również tym razem zgodność rządu, nawet jeśli tylko programowa i krótkotrwała, gdyby zawiodła w kwestiach gospodarczych, mogłaby podjudzić nową partyzantkę, tym razem nie ideologiczną ani nawet jawną, ale tak samo krwawą. Może nie krwawą w znaczeniu ofiar śmiertelnych, ale na pewno w znaczeniu ubóstwa. Widzieliśmy już wiele samobójstw.

Wielu może skierować się na manifestacje na placach i kto wie na co jeszcze, skoro protest pojawił się już nawet w Parlamencie.

Lino Bortolini

Giuseppe Pinetti

0

GIUSEPPE PINETTI. Po kilku latach od pojawienia się Giuseppe Balsamo w Polsce przybywa inny awanturnik, czarodziej, mag oraz szarlatan w wyrafinowanym i eleganckim stylu. Jest nim Giovanni Giuseppe Bartolomeo Vincenzo Merci, hrabia Willedal, znany jako Gioseph Pinetti de Mercì (Orbetello 3.01.1750 – Rosja, 1799), włoski artysta i iluzjonista uważany za jednego z największych mentalistów XVIII wieku, mag, nekromanta, wynalazca i naśladowca Cagliostra. Pinetti – syn Luigiego Bartolomea Merci i Elisabetty Lavenzi – odbywa służbę wojskową w 1766 r. Zaraz po jej zakończeniu rozpoczyna swoją karierę aktorską, występując na salonach. Mając około 20 lat zaczyna pracować na ulicach Rzymu, zadając się z przekupniami, oszustami i fałszywymi alchemikami, a także sprzedając balsamy i cudowne mikstury, będące paliatywami jego produkcji. Jego charyzma, zdolność przekonywania i ambicja szybko doprowadziły go na dwory najważniejszych stolic Europy. W wieku trzydziestu lat osiągnął już swoją dojrzałość artystyczną. Współczesny Cagliostrowi stał się profesjonalnym magikiem, fizykiem i matematykiem. Na podstawach fizyki i mechaniki oparł swoje triki artystyczne. Były one określane przez niego samego jako „Biała Magia”, aby móc odróżnić je od sztuczek tych wszystkich łotrów, którzy chwalili się, że posiadają nadprzyrodzone moce. Żeni się z polską szlachcianką, która potem daje mu syna o imieniu Gaetano. Od tej pory zawsze będzie występował ze swoją żoną w roli asystentki. Pracuje przez pewien czas w Szwajcarii, a następnie w 1782 roku osiąga ogromny sukces w Niemczech, gdzie występuje pod pseudonimem „Joseph Pinetti profesor matematyki z Rzymu”. Tak doskonale umie się promować, że z łatwością ad hoc tworzy kolejne postacie, zdobiąc się różnymi medalami domniemanych wyróżnień, przyjmując tytuły i funkcje szlacheckie, nazywając się naukowcem i wielkim ekspertem z fizyki. Wiele zjawisk, które prezentuje podczas swoich przedstawień jest pokazywanych jako wynik długich badań w dziedzinie fizyki i chemii. Jego ogromny sukces wynika przede wszystkim z jego genialnej intuicji do przedstawiania się jako uczony, który nie używa sztuczek. Swoim występom nie tylko daje silną, spektakularną konotację, ubierając się elegancko i poruszając z wielkim wdziękiem, ale posługuje się również okazałą scenografią, bogatą w świece, żyrandole i luksusowe przedmioty. Oświetla teatr w strategiczny sposób, tak aby stworzyć odpowiednią atmosferę i zachwycające efekty. Muzyka płynie z mechanicznych organów i strun skrzypiec, na których on sam gra. Kiedy się przedstawia, używa szczególnej ironii oraz imituje postacie ze świata nauki, zadowalając w ten sposób intelektualistów i co bardziej wyrafinowanych widzów. Jego przedstawienia, gdzieś między magią, demonstracją naukową a spektaklem, cieszą się popularnością zarówno wśród ludu jak i dworzan. Teatry, gdzie występuje są zawsze wypełnione publicznością, która gotowa jest zapłacić nawet znaczne kwoty, aby móc uczestniczyć chociaż w jednym z jego przedstawień. Pokazywane przez niego sztuczki zaczynają się od tych ewidentnie szarlatańskich, spuścizny jego doświadczeń z gry na ulicach, a kończą na tych bardziej wyrafinowanych, wśród których słynny „Węzeł na kciukach” i „Złota główka w szklanym pucharze ze srebrną pokrywą, która poprzez swoje ruchy odpowiada na pytania”. Najbardziej oryginalnym trikiem z jego kolekcji jest natomiast „Turecki uczony” lub „Wielki Sułtan”, automat oddany do dyspozycji najbardziej wymagającej publiczności o dużym poczuciu humoru. Powszechnie nazywany „Profesorem Naturalnej Magii”, Giuseppe Chevalier Pinetti jest pierwszym, który traktuje magię jako formę rozrywki. Jeszcze w 1782 roku, wśród jego sztuczek na scenie, proponuje nowe triki, takie jak „Bouquet philosophique” lub „Kwitnące drzewo pomarańczowe, które wydaje owoce” i „Sztuczny kanarek, który śpiewa arie”. W latach 1783 – 1785 mieszka i z powodzeniem pracuje w Paryżu, lecz jego metody pracy przysparzają mu nieprzyjaciół; wśród nich Henri Decremps, prawnik i matematyk, który demaskuje Pinettiego, publikując w 1784 roku „Biała Magia odkryta – wyjaśnienie zaskakujących sztuczek podziwianych od jakiegoś czasu w stolicy i na prowincji”, jednocześnie z publikacją dwóch dzieł Pinettiego “Phisiques Amusemens” wydanego w Paryżu w języku francuskim i “Phisical amusements and divertine esperiments” opublikowanego w Londynie w języku angielskim. Merci, dzięki swojemu talentowi, żyje w dobrobycie i luksusie często przypisując sobie fałszywe tytuły, takie jak “Kawaler M. Giuseppe Pinetti Wildal de Mercì”, „Niemiecki Kawaler Orderu Zasługi Saint-Philippe, inżynier, geograf i Doradca finansowy księcia Limburgii-Holsztynu”,“Profesor matematyki i filozofii naturalnej”, „Gość na dworze Prus”, „Protegowany rodziny królewskiej Francji”, „Członek Królewskiej Akademii Nauk i Literatury Pięknej Bordeaux”, aby przyciągnąć nowych klientów. Przepych i pompa, którymi pyszni się Pinetti irytują króla Prus Fryderyka II. Władca, zobaczywszy pewnego dnia na ulicach Berlina wystawną karocę i dowiedziawszy się, że to właśnie mag przybył do miasta w ramach swojego tournée, nakazuje aby opuścił on miasto w ciągu jednego dnia. W 1784 r., kiedy był już bardzo sławny, publikuje po francusku i angielsku „Rozrywki fizyczne i różne ciekawe doświadczenia wymyślone i wykonane, zarówno w Paryżu, jak i na różnych dworach w Europie przez Josepha Pinettiego”. Następnie w 1785 Ludwik XVI udziela mu pozwolenia na występy w teatrze Hotelu des Fermes. Wszystko to naturalnie przyczynia się do wzrostu jego popularności, dlatego też coraz więcej osób, w całej Francji, garnie się do udziału w jego pokazach, nawet jeśli często dochodzi do poważnych wypadków. W “Diario Secolaresco” z Trydentu, z 22 sierpnia 1786 roku, czytamy np.: „26 lipca w Montpellier runęły sceny teatru zbudowanego przez Pinettiego […], żonglera, i w ciągu minuty pod ciężarem teatru zostało zmiażdżonych dwieście osób, a ponad pięćset innych zostało poważnie rannych”. Przez pewien czas przebywa w Londynie, na dworze Jerzego III lecz, wciąż prześladowany przez Decrempsa, decyduje się uciec do Niemiec, aby stamtąd wrócić do Włoch. Szybko jednak powraca na podróżniczą ścieżkę; tym razem udaje się do Hiszpanii, aby w 1791 r. dotrzeć do Lizbony w Portugalii. Cztery lata później, w 1795r., poprzez Austrię podróżuje do Polski. Wykonując najlepsze triki ze swojego repertuaru, podczas swoich podróży po różnych miastach Polski – gdzie niektórzy poufale nazywają go Józef Pinety – udaje mu się wywrzeć ogromne wrażenie na Polakach. Korzysta przede wszystkim z fantazji publiczności, która pomimo sceptycyzmu i obawy przed tym co nadnaturalne, jest zafascynowana legendami o poruszających się samodzielnie lalkach i mówiących głowach. Polska publiczność jest zaciekawiona przede wszystkim podwójną naturą, techniczną i magiczną, machin i automatów, które przedstawia on na scenie. Również w Polsce, tak jak w przypadku innych narodów, ludzie okazują podziw wobec nowych wynalazków, takich jak np. statuy będące w stanie grać na instrumentach dętych czy perkusji. Są jednak osoby, które myślą, że za marzeniem magów o tchnięciu życia w nieożywioną materię, kryje się niebezpieczna chęć dominacji, cecha charakterystyczna „Ofiar Przebiegłości a zatem Demona”. W sierpniu zatrzymuje się na dworze króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w Grodnie na wschodzie Polski – dzisiejsza Białoruś – którego Rosjanie zsyłają tam na wygnanie. Pinetti, wraz z innym fizyko-przyrodnikiem, dominikaninem Alojzym Korzeniewskim, zostaje zaproszony przez króla, aby rozweselić jego smutne dni. Jednak ten duchowny zamiast być mu wspólnikiem, przeszkadza Pinettiemu w każdy możliwy sposób w wykonywaniu jego sztuki, ujawniając sekrety jego magii. Dlatego też mag decyduje się zemścić, wykonując na swoim przeciwniku hipnotyczną sztuczkę, która przeraża go na śmierć. Tak oto Pinetti w spokoju kontynuuje występy przed królem, połykając ostrza i używając do swoich eksperymentów noży, sztyletów, ostrych i miażdżących narzędzi. Pewnego dnia zgniata w moździerzu kilka zegarków, a następnie pokazuje je w nienaruszonej formie oniemiałej ze zdumienia publiczności. W 1796 udaje się aż do stolicy Rosji, gdzie szybko zdobywa uznanie, sławę i sukces, również na dworze cara. W Moskwie zbiłby ogromną fortunę gdyby w trzy lata później nie chciał sprawdzić się w aerostatyce, prerogatywie braci Montgolfier z Francji. Twierdząc, że razem z pewnym włoskim rzeźbiarzem ceroplastą o nazwisku Pecci odkrył gaz lotny, usiłuje zrealizować kosztowne przedsięwzięcie, tworząc statek powietrzny napędzany tymże gazem. Jego start przyciągnął ogromną liczbę widzów zainteresowanych możliwością zobaczenia pierwszego statku powietrznego zbudowanego w Rosji, a także faktem, że sami dwaj konstruktorzy wsiedli na pokład dzielnie stawiając czoła pierwszemu lotowi. Jednak Pinetti i Pecci konstruują system, dzięki któremu będą mogli zniknąć, przechodząc przez klapę pod platformą, i być zastąpieni przez dwa przypominające ich woskowe manekiny. Niestety, eksperyment kończy się przerażającą eksplozją, a ogromny dochód z biletów musi zostać w całości zwrócony publiczności. Dwóch wspólników, wyrzuconych na bruk i ściganych przez organy sprawiedliwości zostaje osadzonych w więzieniu. Pinetti nie podniesie się już z tej porażki i umrze, w niedługim czasie, w ubóstwie.

Po Giosephie Pinettim de Mercì, pod koniec XIX wieku, do Polski przybywa S. Annetelli, inny włoski mag, iluzjonista, anty-spirytualista, magnetyzer, hipnotyzer, potrafiący czytać w myślach. Jego pokazy, wyłącznie w języku niemieckim, w których jego siostra Maria występuje w roli asystentki, odnoszą szczególny sukces w Galicji. 11 marca o godzinie dziewiętnastej trzydzieści występuje w Sali Teatralnej w Tarnowie, wypróbowując nową magię i proponując sztuczki optyczne i elektromagnetyczne; a Maria, jednakowo sławna, pokazuje swoje zdolności jako medium. Obydwoje odnoszą ogromny sukces w szczególności dzięki numerowi „Kobieta przekrojona na pół”. Dzięki czemu przez pewien czas jest o nich głośno. Annetelli kontynuuje swoje występy w całej Galicji, aż po Lwów, gdzie z sukcesem debiutuje w Rosyjskim Teatrze Narodowym.

W XX wieku do Polski dotrze inny mag; będzie to wspaniały Ranieri Bustelli da Orbetello, którego sławnym numerem jest „Krnąbrny straceniec”. Podczas swoich entuzjastycznych pokazów, rozdaje wśród publiczności krótką broszurę „Księga Magii Bustelliego”, w której wyjaśnia niektóre zabawne triki. Jest to sympatyczny sposób, aby widzowie zabrali ze sobą do domu trochę magii, ponieważ jak napisano w nagłówku „Radość jest najlepszym lekarstwem i zapewnia zdrowie”. O Giosephie Pinettim de Mercì, oprócz jego biografa Dixa, napisali również m.in. Ennio Graziani, Laura Forti i Marek Zdrojewski.


GIOSEPH PINETTI – S. ANNETELLI – RANIERI BUSTELLI

Splot przyjaźni i miłości (Część 1)

0

Joanna Ewa Janusz

Tegoż pamiętnego lata, jak co roku, spędzałam wakacje na południu Polski, nad jeziorem Rożnowskim położonym w Zbyszycach niedaleko Nowego Sącza, w wiosce, która naznaczyła mój dalszy los życia. Zgodnie z naszym rodzinnym zwyczajem, wówczas gdy jeszcze była nas trójka dzieci, popijaliśmy sobie naszą przedpołudniową kawę, gdy naraz przez okna plebanii zobaczyliśmy na podwórzu znajomego sprzed lat księdza wraz z trzema osobami ubranymi we włoskim stylu. Mój Tata poderwany entuzjazmem i pewny pochodzenia naszych przybyszów, uchyla okno i ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich obecnych ośmiela się zawołać na powitanie swoim perfekcyjnym włoskim „Witajcie Włosi”. Okazuje się, że nasi włoscy przybysze szukają odległych polskich korzeni pani Mariadele. Pomiędzy moim Tatą a Aroldem, mężem pani Mariadele, nawiązuje się przyjazny dialog, tak jakby znali się od dawna. Na szczęście wszyscy dobrze znamy języki obce i możemy opowiedzieć o miejscu, w którym się znajdujemy. Nie mogę nie wspomnieć jak to nasz drogi ksiądz Jan za wszelką cenę stara się wyjaśnić szczegóły tego szczególnego miejsca w trzech językach: po włosku, angielsku i łacinie. Powoli kierujemy nasze kroki w stronę kościółka w stylu brakowym, nie przerywając jednak szalenie miłej rozmowy z naszymi gośćmi, którzy zaskakują nas wiedzą historyczną i polityczną o Polsce. Zarówno mój Tata jak i Aroldo są zamiłowanymi historykami, a ponieważ rozumieją się doskonale, to oczywiście dochodzi do wymiany adresów. Nasze przypadkowe spotkanie w Zbyszycach zaowocuje wielką polsko-włoską przyjaźnią. Po rocznej wymianie listów między Aroldem, który jak się dowiadujemy jest nie tylko nauczycielem, ale również pisarzem, a moim Tatą romantykiem z natury jak na Polaka przystało, nie tylko lekarzem z zawodu, ale poetą i historykiem z zamiłowania, decydujemy się przyjechać z wizytą do Lecco na serdeczne zaproszenie naszych przyjaciół.

Przygotowania oraz ogromne emocje na myśl, że poznamy całą rodzinę naszych przyjaciół z Lecco dodają nam skrzydeł. Pomimo trudnych jeszcze czasów w Polsce, tuż po zburzeniu muru berlińskiego, nie zrażamy się ewentualnymi przeszkodami i z radością wyczekujemy dnia wyjazdu. Miesiące mijają i wreszcie nadchodzi ten wymarzony sierpniowy dzień. Samochód z bagażem gotowy, a co ważniejsze trasa wielokrotnie wcześniej analizowana przez moją Mamę, wydaje się być jasna i klarowna w każdym detalu.

Pierwsze godziny podróży przebiegają bezproblemowo. Na przejściach granicznych poza rutynową kontrolą spotykamy się z uprzejmością ze strony urzędników. Myślimy o noclegu w Austrii przy granicy z Włochami, które są już tak blisko. Wszytko to wydaje nam się snem. Dla nas nastolatków, po raz pierwszy za granicami Polski, to ogromne przeżycie. Dojeżdżamy na miejsce noclegu w godzinach wieczornych, decydujemy sie na wynajęcie pokoju w moteliku wyposażonym we wszystkie komforty łącznie z basenem i z widokiem na przepiękny krajobraz górski w bawarskim stylu. Zasypiamy wycieńczeni nawet nie podróżą ale emocjami. To już jutro ujrzymy naszych drogich przyjaciół Mariadele i Aroldo.

Rankiem po śniadaniu, rozpoczynamy ostatnią część naszej drogi, która dotychczas przebiega bez szwanku. Niestety, nasz dobry humor pryska niespodziewanie na widok przełęczy Stelvio. Ogarnia nas strach i troska czy podołamy wjechać na jej szczyt, bo obrana przez nas trasa prowadzi właśnie przez zawiłe drogi z ostrymi zakrętami. Mój Tata i ja popadamy w panikę i chcemy rezygnować z dalszej podróży. Na szczęście moja Mama i bracia nie poddają się i zachęcają nas wszystkich do kontynuowania wycieczki. Patrzymy ze zgrozą w górę i mamy wrażenie, że droga nie ma końca. Pozostali kierowcy, którzy nas mijają są bardzo spokojni i opanowani. Jak oni to robią? Nasze Audi jest za duże do pokonania tak wąskich zakrętów. Stelvio, niezapomniane Stelvio, jedna z najwyższych przełęczy w Europie, na której my borykamy z trasą bez doświadczenia. Zdajemy sobie sprawę, że obrana droga tak skrupulatnie przestudiowana na mapie, chyba została źle odczytana. Naszą uwagę zwrócił krótki górski i jednocześnie zachęcający odcinek z Austrii do Włoch i nie przewidzieliśmy zakrętów, o których jak się okazało w praktyce nie mieliśmy pojęcia. Z wielkim trudem dojeżdżamy do upragnionego szczytu, lecz to jeszcze nie koniec naszej przygody. Czujemy rześkość powietrza z przepięknym, ale paraliżującym nas pejzażem. Powoli zbliża się upragniony moment i zaczynamy zjeżdżać w dół, ale w tym momencie hamulce w naszym Audi odmawiają posłuszeństwa. Ostry zgrzyt Audi i moja Mama odmawia dalszej jazdy. Opatrzność, która nad nami nieustannie czuwa, nie opuszcza nas i tym razem. Niebawem pojawia się pewna włoska rodzina, która oferuje nam swoją wielkoduszną pomoc. Głowa napotkanej rodziny zasiada za kierownicę naszego Audi i towarzyszy mojemu Ojcu i braciom do Bormio, natomiast moja Mama i ja znajdujemy się w samochodzie prowadzonym przez Włoszkę. Wyjaśniają nam również w jaki sposób można uniknąć problemu jaki nas spotkał.

W nocy dojeżdżamy do Bormio, ale do Lecco brakuje jeszcze kilku kilometrów. Dzwonimy do naszych przyjaciół i informujemy ich o naszej przeszkodzie górskiej, po czym ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez niezapomniane tunele, ciągnące się przez całą drogę doprowadzą nas do samego Lecco. Ciepły i przyjemny powiew powietrza od strony jeziora daje nam do zrozumienia, że ponownie jesteśmy na równinie. Dojeżdżamy do celu późno, bo około drugiej w nocy, ale nasi przyjaciele oczekują nas z radością. Widzimy Lecco w świetle lampionów oraz ludzi spacerujących po deptaku nad jeziorem, którzy na widok auta z Polski wołają przyjaźnie: Ciao Polacy, Papa Wojtyła, “Solidarność evviva”. Przyjęcie jakże miłe po przeżyciach na Stelvio. Za chwilę będziemy na via Roma u naszych przyjaciół, którzy pomimo późnej godziny pragną nas powitać kolacją, ale przełknąć cośkolwiek jest niemożliwym. Za duże emocje. W nocy nie mogę zasnąć, ponieważ gorące i parne sierpniowe powietrze jest dla nas zjawiskiem zupełnie nowym. Ciepło jakiego nigdy nie zaznaliśmy. Rankiem słyszymy miłe krzątanie się i ciągłe dzwonienie telefonu. Budzimy się szczęśliwi. Mariadele pozostaje z nami pomimo pracy, która tego dnia czeka na nią w księgarni. Czujemy zapach włoskiej kawy, a melodyjność języka włoskiego porywa mnie i budzi we mnie chęć nauczenia się tego przepięknego języka przynajmniej w stopniu, w jakim znała go moja Babcia. Mam to szczęście, że w mojej rodzinie od strony Taty wszyscy płynnie władają włoskim, dzięki Babci, która w przeszłości pomimo licznych trudności politycznych jak i technicznych zdołała się dostać na uczelnię dla cudzoziemców w Perugi. Moja ogromna chęć nauczenia się włoskiego zostaje podchwycona przez Arolda, który informuje mnie o możliwości studiowania na Uniwersytecie w Bergamo. Do matury zostały mi jeszcze dwa lata, ale myśl, że będę mogła studiować w Bergamo daje mi ogromną siłę do podjęcia się nauki języka włoskiego. Po dwóch tygodniach spędzonych nad jednym z najpiękniejszych jezior w Europie w towarzystwie naszych wyjątkowych przyjaciół oraz z cennymi wiadomościami na temat historii Lecco i okolic, powracamy do Ojczyzny. Teraz już wiem jaki kierunek wybiorę po maturze. Do niedawna byłam niezdecydowana między medycyną, muzyką a teraz wiem, że chcę studiować języki we Włoszech, w Bergamo. Na początku podchodzę do nauki włoskiego sama, potem z pomocą mojego Taty, który przybliża mi włoską gramatykę. Nie poddaję się, nawet podczas przyswajania „congiuntivo” (tryb łączący), które sprawia mi trochę kłopotu. Na szczęście Babcia przychodzi mi z pomocą w porę. Niestety trudności w dostarczeniu dokumentów koniecznych do przystąpienia do egzaminu wstępnego na włoską uczelnię, przesłaniają na chwilę naszą radość. Niezawodny Aroldo interweniuje w tej sprawie osobiście w ambasadzie. W tamtych czasach, aby móc studiować we Włoszech trzeba było mieć zaproszenie włoskich obywateli. Krok po kroku udaje się załatwić dokumenty, a moje marzenie staje się coraz bardziej realne. Prawdopodobnie nie zdaję sobie sprawy z tego, co mnie jeszcze czeka. Nie wiem czy mój włoski jest na wystarczającym poziomie, aby podołać wymaganiom stawianym na uczelni dla Włochów. Ostatni wyjazd do Warszawy po brakujący dokument wymagany na Uniwersytecie w Bergamo i mogę spokojnie myśleć o egzaminie wstępnym. W mojej głowie rodzą się wątpliwości oraz strach i obawa przed tęsknotą, ale marzenie o studiowaniu w Bergamo jest silniejsze. Ambicja i myśl jak to kiedyś, w okresie Odrodzenia, Polacy wyjeżdżali do Włoch po wiedzę, dodaje mi skrzydeł i czuję że mogę wszystko przezwyciężyć. Najpierw matura, a potem już tylko perspektywa wrześniowego egzaminu w Bergamo. Nadchodzi wyczekiwany dzień egzaminu. Udajemy się do Bergamo w trójkę, mój Tata, Aroldo i ja. Słyszę jak inni płynnie mówią po włosku. “Co ja tu robię”, myślę sobie zatroskana. Dla studentów zza granicy przewidziano mniej niż 10 miejsc. Podczas egzaminu emocje opadają i czuję, że na pytania profesora odpowiadam bez lęku. Po zakończonym egzaminie zostaje mi obwieszczone: “Proszę udać się do sekretariatu po informacje, jakie dokumenty należy złożyć, aby zapisać się na uczelnię”. To wszystko chyba jest snem, ale widzę Arodla uśmiechniętego i pełnego ufności. Po około dwóch miesiącach przyjeżdżam do Włoch autobusem, aby stawić czoła mojemu wyzwaniu. Na miejscu czeka na mnie Aroldo i dalej udajemy się pociągiem do Lecco. Ciąg dalszy opowiadania w następnym numerze.