25 września 2022 r., we wspaniałych wnętrzach dawnego klasztoru z XV wieku I Chiostri di San Barnaba, miłośnicy mody i designu uczestniczyli w pokazach Satsifahion Milano, wydarzeniu zorganizowanym przez Kasię Stafanów z Mystyle-Events.
Satisfashion to wydarzenie stworzone z myślą o doświadczaniu przyjemności i zachwytu, jakie daje nam moda. Podczas eventu, podzielonego na cztery bloki, zaprezentowano kolekcje o różnorodnych stylach i technice wykonania.
Na tegorocznej edycji swoje kolekcje zaprezentowało ponad dwudziestu projektantów i marek, wśród których: Robert Czerwik, Isabella Di Matteo, Emilio Bonadio, SuitUp Milano Magdalena Arlukiewicz & Aleksander Gliwiński, Kovalowe, Bastet Fashion, Patrycja Plesiak Atelier, DK by Dorota Kuźnicka, Jagoda Kołodziej, Lea Detchema, Natalia Ślizowska, Beata Zhyvushka, Alosza – Alicja Gorczyńska, Pudu Joanna Weyna & GinAtelier – Dorota Cenecka, Pauline Oetken, Verena Sonmez, Vivien Sander, Nordkind, Yovdiy Alina, Odzieżowe Pole oraz kolektyw projektantów Alwaysupporttalent Flavii Cannaty. Pokazom towarzyszyła muzyka Amisha Darra.
Przez cały wieczór goście wydarzenia mieli możliwość degustowania win i prosecco Passiamo, dzięki hojność firmy TiM, partnera Satisfashion. Organizatorem i twórcą Satisfashion Milano jest Mystyle-Events, agencja mody z siedzibą w Niemczech, z polskim i ukraińskimi korzeniami, prowadzona przez Kasię Stefanów. Przed powrotem do Mediolanu, Mystyle-Events zorganizowało, z wielkim sukcesem, wydarzenia modowe w głównych stolicach mody i kluczowych miastach, między innymi w Paryżu, Berlinie, Rzymie, Lwowie, Monako, Warszawie i Dubaju.
Satisfashion Milano zostało zorganizowane we współpracy z Konsulatem Polski w Mediolanie.
Więcej informacji na stronie: https://mystyle-events.com/
Autorami zdjęć są: Andreas Schilling i Monika Mraczek
Alosza by Alicja Gorczynska
Alosza by Alicja Gorczynska
Alosza by Alicja Gorczynska
Alwaysupportalent
Alwaysupportalent
Alwaysupportalent
Bastet Fashion
Bastet Fashion
Bastet Fashion
Beata Zhyvushka
Beata Zhyvushka
Beata Zhyvushka
DK by Dorota Kuznicka
DK by Dorota Kuznicka
DK by Dorota Kuznicka
Emilio Bonadio
Emilio Bonadio
Emilio Bonadio
Isabella Di Metteo
Isabella Di Metteo
Isabella Di Metteo
Jagoda Kołodziej
Jagoda Kołodziej
Jagoda Kołodziej
Kovalowe
Kovalowe
Kovalowe
Lea Detchema
Lea Detchema
Lea Detchema
Magdalena Arlukiewicz & Aleksander Gliwiński
Magdalena Arlukiewicz & Aleksander Gliwiński
Magdalena Arlukiewicz & Aleksander Gliwiński
Natalia Ślizowska
Natalia Ślizowska
Natalia Ślizowska
Nordkind
Nordkind
Nordkind
Odzieżowe Pole
Odzieżowe Pole
Odzieżowe Pole
Patrycja Plesiak
Patrycja Plesiak
Patrycja Plesiak
Paulina Oetken
Paulina Oetken
Paulina Oetken
Pudu by Joanna Weyna & Ginatelier by Dorota Cenecka
Pudu by Joanna Weyna & Ginatelier by Dorota Cenecka
Pudu by Joanna Weyna & Ginatelier by Dorota Cenecka
Przez setki lat architektura w Europie i nie tylko była pod wpływem greckich wzorców, które z kolei stały się tak popularne m.in. dzięki swojej recepcji wśród Rzymian. Ten wpływ jest rzeczą niepodważalną: grecki styl był silnym źródłem inspiracji w renesansie czy w czasach klasycyzmu, lecz nie jedynie. Także współczesna architektura, nawet jeśli zdaje się być zupełnie odmienna, czasami inspiruje się tym, co pozostało po starożytnych. Mówiąc o architekturze grecko-rzymskiej bardzo prawdopodobnym jest, że wiele osób od razu myśli o greckich porządkach architektonicznych, jak np. porządek dorycki. Trzeba jednak powiedzieć, że owe kolumny, tak dobrze znane ze stronnic podręczników, nie są jedynymi rzeczami, jakie pozostawili nam starożytni.
Architektura
Jak zawsze dobrym pomysłem jest zacząć od terminu najogólniejszego: architektury. Czym ona jest? Można ją zdefiniować jako sztukę projektowania i tworzenia przestrzeni zdatnych do użytku zgodnie z potrzebami ludzkimi. W rzeczywistości etymologia owego słowa jest całkiem prosta. Z pewnością można stwierdzić, że słowo to czy to w polskim, czy to we włoskim, zadomowiło się dzięki językowi łacińskiemu. Najprawdopodobniej jest to także słowo derywowane od nazwy profesji architekta (po łacinie architectus). Architectus jest jednak słowem pochodzenia starogreckiego, które złożone jest z dwóch innych słów ἀρχή (arché) i τέκτων (tékton). Pierwsze z nich jest dość dobrze rozpowszechnione i da się odnaleźć w wielu słowach (np. archanioł, archidiecezja) i posiada znaczenie pierwszeństwa, pierwotności, wyższości. Drugie słowo oznacza „rzemieślnika” lub „konstruktora”. Razem tworzą słowo ἀρχιτέκτων (architékton), które można przetłumaczyć jako „główny budowniczy”, lub „pierwszy twórca” i które oznacza osobę organizującą proces konstrukcji jakiejś struktury. Stąd pochodzi architectura, oznaczająca umiejętność pogodzenia możliwości materialnych z wiedzą teoretyczną.
Bazylika
Znając już pochodzenie nazwy dyscypliny, możemy przejść do terminów bardziej szczegółowych. Słowo „bazylika” dziś przywodzi nam na myśl przede wszystkim wielką świątynię chrześcijańską o co najmniej trzech nawach (np. Bazylika św. Piotra w Watykanie). Może się jednak wydać zaskakującym fakt, że sama nazwa pochodzi od budynku zupełnie innego. W znaczeniu świątyni „bazylika” zapożyczyła nazwę od łacińskiego basilica, które oznaczało budynek publiczny, stanowiący centrum interesów oraz miejsce dla administracji sądowniczej. Ten typ budowli został zaadaptowany w późnym antyku przez chrześcijan, którzy chcieli zbudować świątynie zdolne pomieścić wiele osób, a następnie przez kolejne stulecia był poddawany różnym modyfikacjom. Basilica z kolei pochodzi od nazwy budynku, który stanowił inspirację dla konstrukcji rzymskiej bazyliki: βασιλικὴ στοά (basiliké stoá), czyli “portyk archonta basileusa (króla)” w Atenach (βασιλικὴ oznacza królewski). Budynek został bardzo doceniony przez Rzymian, a potem jego nazwa, często używana, poprzez elizję zmieniła się w basilica i w tej formie rozpowszechniła się na terytorium Imperium Rzymskiego.
Portyk
Skoro już zostało to powiedziane, warto wytłumaczyć także słowo „portyk”, które zarówno w języku polskim jak i włoskim jest pochodzenia łacińskiego. Jego etymologia jest raczej nieskomplikowana: pochodzi od łacińskiego porticus, które z kolei bierze się z porta (łac. „brama”). Do słowa porta dołączony został przyrostek -icus, który nadaje znaczenie pochodzenia lub przynależności do czegoś. Grecki termin zaś, to znaczy wymieniona wcześniej „στοά”, najpewniej ostatecznie pochodzi od rdzenia *steh₂-, który oznaczałby „stać”. Więc podczas gdy Grecy skupiali się na aspekcie jakim jest stabilność kolumn, dla Rzymian najważniejszy zdawał się kształt, który przywodził na myśl konstrukcję stworzoną z licznych wejść.
Okładka nowej Gazzetta Italia to celebracja młodości, która jest tematem Tygodnia Języka Włoskiego na Świecie, oraz miłości! Tak, bo mieć pasję do Włoch i ich języka to jak przeżyć wielką miłość.
W tym numerze znajdziecie Państwo wiele artykułów poświęconych językowi włoskiemu, w tym wywiad ze znaną italianistką Jadwigą Miszalską, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest też sporo kina z pięknym artykułem o Mastroiannim i jego miłościach oraz wywiad z Damianem Kocurem, polskim reżyserem nagrodzonym na Festiwalu Filmowym w Wenecji. Z muzyki natomiast rozmawiamy z wielkim sardyńskim wirtuozem Enzo Favatą i polskim duetem, który zagrał Piazzollę dla papieża.
Gazzetta Italia 95 zaproponuje następnie sztukę, sztukę nowoczesną Katarzyny Jędrysik-Castellini i sztukę starożytną wielkiego wedutysty Bernardo Bellotto na wystawie w Zamku Królewskim, motoryzację, kuchnię, podróże, komiksy, literaturę, wino, a nawet zdrowie z porywającą rubryką Nutriceutica na temat olejków eterycznych. Krótko mówiąc, tysiąc powodów, by pobiec do Empiku i odebrać swój egzemplarz Gazzetty, a jeśli jest już wyprzedany, zadzwońcie do nas pod numer 505.269.400. Miłej lektury!
Silvia Rosato jest prezesem Comites Polonia, organu przedstawicielskiego społeczności włoskiej w Polsce. Na mocy ustawy z 1985 r. zarządy Comites są wybierane co pięć lat przez rodaków mieszkających za granicą w każdym okręgu konsularnym, w którym zamieszkuje co najmniej trzy tysiące obywateli włoskich zarejestrowanych na zaktualizowanej liście Aire (Stowarzyszenie Włochów mieszkających za granicą). Jednym z celów Comites jest proponowanie inicjatyw związanych z życiem społecznym i kulturalnym, ze szczególnym uwzględnieniem uczestnictwa młodzieży, równości szans, pomocy społecznej i szkolnej, szkolenia zawodowego, sektora rekreacyjnego, sportu i wypoczynku społeczności włoskiej mieszkającej w okręgu. Nowy zarząd Comites Polonia został wybrany w grudniu ubiegłego roku, a jego prezes Silvia Rosato, która mieszka i pracuje w Łodzi od piętnastu lat, opowiada nam o swoich doświadczeniach jako Włoszka w Polsce.
Jak to się stało, że z Padwy przyjechałaś do Łodzi?
Pracowałam w Bolonii, mówimy o 2007 roku, zajmowałam się projektowaniem i zarządzaniem funduszami europejskimi. Agencja ARPA Emilia-Romagna, z którą współpracowałam, poprosiła mnie o śledzenie projektu twinningowego z Polską jako Resident Twinning Advisor. Przyjęcie tej roli oznaczałoby przeprowadzkę do Polski na cały czas trwania projektu, a decyzja nie była oczywiście łatwa. Z jednej strony byłam podekscytowana dwuletnim doświadczeniem za granicą i pełnieniem tej roli, ale z drugiej bałam się opuścić moich bliskich i wyjechać do nieznanego polskiego miasta, gdzie nikogo nie znałam. Pierwotnie miałam pojechać do Sosnowca. Pamiętam, jak mozolnie wpisywałam ta nazwę na klawiaturze, wychodził tylko jeden obrazek, zastanawiałam się, dokąd zmierzam. Kiedy powiedzieli mi, że jadę do Łodzi, odetchnęłam z ulgą, znalazłam o wiele więcej zdjęć tego miejsca! Pokochałam to miasto od samego początku, nawet w jego najbardziej zaniedbanych zakątkach, ponieważ czułam szczególną siłę. Zawsze utrzymywałam, że Łódź ma ogromny potencjał i dziś mogę powiedzieć, że się nie myliłam. Czy jestem zadowolona z wyboru? Tęsknię za Włochami, tęsknię za moimi przyjaciółkami, tęsknię za tramezzini, tęsknię za wieloma rzeczami, ale Polska jest moją ziemią adopcyjną i z nią nawiązałam bardzo silną więź, która trwa już od piętnastu lat.
Wychowujesz włosko-polskiego syna, jakie są pozytywne i negatywne aspekty życia między dwiema kulturami?
Myślę, że zalety dotyczą zwłaszcza mojego syna. Dorastanie między dwiema kulturami wzbogaca człowieka w wielu aspektach, nie tylko językowych. Oczywiście dominuje ta kultura, w której spędzasz większość czasu, ale są pewne elementy, które sprawiają, że rozumiem, jak włoski gen jest dobrze zakorzeniony w moim synu mimo wszystko: odmawia jedzenia rozgotowanego makaronu, uwielbia polentę, podnosi głos, gdy się złości, tak jak jego matka, przywiązuje ogromną uwagę do wyglądu. Jakie są problemy? Nie mogłam podążać za synem w szkole tak, jakbym chciała i jak chciałaby to robić każda matka. Rafael zawsze uczęszczał do szkoły publicznej i w pierwszych latach, kiedy nie znałam polskiego, nie miałam możliwości interakcji z nauczycielami i wielu rzeczy nie mogłam zrozumieć. Kiedy dotarło świadectwo szkolne, musiałam przepisać tekst w tłumaczu Google, aby zrozumieć, co zostało napisane, kiedy uczestniczyłam w przedstawieniach, widziałam mojego syna recytującego, ale bez rozumienia tego, co mówi. Krótko mówiąc, nie mogłam w pełni cieszyć się tymi chwilami dzieciństwa, których zazdrośnie strzeże każdy rodzic. To, czego chciałabym dać mojemu synowi więcej, to znajomość historii Włoch, sposobów, zwyczajów i obyczajów regionu, z którego pochodzi jego matka, różnych typowych wyrażeń dialektalnych, krótko mówiąc, wszystkiego, z czego jesteśmy znani i z czego się wywodzimy, ale niestety inicjatywy na tym polu są nadal nieliczne i sporadyczne, a rodzice muszą jakoś sobie poradzić.
Jak widziałaś rozwój społeczności włoskiej w Polsce od twojego przyjazdu do dziś?
Z własnego doświadczenia mogę mówić o mieście, w którym żyję. Kiedy przyjechałam do Łodzi w 2007 roku Włosi, których znałam, byli w większości menedżerami lub przesiedlonymi pracownikami pracującymi w dużych włoskich firmach, takich jak Indesit, Unicredit, General Beton. Po kilku latach z boomem międzynarodowych korporacji, zwłaszcza w sektorze outsourcingu, w którym również pracuję od dziewięciu lat, zauważyłam stopniowy wzrost liczby młodych Włochów. Międzynarodowe korporacje oferują możliwość zatrudnienia nawet dla niedawnych absolwentów z niewielkim lub żadnym doświadczeniem, dobrą pensją, a przede wszystkim regularną umową, o której we Włoszech dobrze wiemy, że się nie zdarza. Dzisiejsza społeczność włoska składa się głównie z osób z tzw. pokoleń X i Y, które często decydują się na pobyt w Polsce i założenie rodziny. Dlatego oczekuję, że w nadchodzących latach społeczność włoska będzie wzrastać i konieczne będzie rozwinięcie całego szeregu usług, od szkoły po działania w zakresie turystyki powrotnej, a także konieczne będzie wzmocnienie sieci konsularnej, aby sprostać coraz liczniejszym wnioskom.
Jaka jest rola Comites we włoskiej społeczności i dlaczego od początku poświęciłaś im uwagę i energię?
Comites jest instytucją publiczną służącą rodakom, która zbiera ich prośby i potrzeby oraz przekłada je, w miarę możliwości, na konkretne działania. Kiedy zdecydowałam się kandydować w 2015 roku, nie byłam w pełni świadoma, co to oznacza. Po raz pierwszy
Comites osiedlił się w Polsce, byliśmy grupą dwunastu osób, z których każda miała własne umiejętności i własny bagaż doświadczeń, ale nikt, łącznie z niżej podpisaną, nie wiedział dokładnie, co powinniśmy robić. Jestem teraz w trakcie drugiej kadencji i w przeciwieństwie do siedmiu lat wstecz, tym razem przyjęłam to zadanie z pełną świadomością zaangażowania, poświęcenia i odpowiedzialności, których wymaga. Zawsze byłam aktywna w stowarzyszeniach i wolontariacie, również, gdy byłam młodsza. Na jakiś czas przerwałam, ale kiedy przyjechałam do Polski, wznowiłam i kiedy zapytano mnie, czy chcę ubiegać się o przewodnictwo w Comites, nie wahałam się rozpocząć tego nowego doświadczenia. Idea niesienia pomocy rodakom i rozwijania projektów użyteczności społecznej jest moim jedynym motywem przewodnim.
Jakie są programy tego nowego Comites?
Nasz program składa się z siedmiu punktów: 1) organizowanie i sponsorowanie działań promujących język włoski, kulturę, historię i tradycję oraz wszystko, co jest związane z Made in Italy; 2) świadczenie kwalifikowanych usług informacyjnych, wsparcia i pomocy w kwestiach emerytalnych, podatkowych, prawnych i składkowych; 3) kontynuowanie i wzmacnianie bezpłatnej pomocy psychologicznej dla rodaków znajdujących się w trudnej sytuacji; 4) rozpoczęcie konsultacji z różnymi włoskimi i lokalnymi interesariuszami i decydentami w celu wdrożenia eksperymentalnych włosko-polskich dwujęzycznych ścieżek studiów w szkołach publicznych; 5) poprawienie komunikacji poprzez odnowienie naszej strony internetowej i vademecum cyfrowego oraz zwiększenie wykorzystania mediów społecznościowych w celu zwiększenia widoczności Comites i dotarcia do szerszej publiczności; 6) rozpowszechnianie informacji na temat istniejących procedur biurokratycznych w celu uczynienia ich bardziej dostępnymi dla rodaków oraz proponowanie ulepszeń i uproszczeń; 7) przeprowadzenie kampanii informacyjnej na temat rejestracji w AIRE.
W lutym 2022 roku Katedra Italianistyki Uniwersytetu Warszawskiego skończyła 40 lat. Zanim jednak stała się jednostką w pełni samodzielną, najstarsza polska italianistyka przeszła długą drogę bazującą na marzeniach i ich realizacji, rozwijaniu samodzielności oraz budowaniu dojrzałości.
Historia Katedry sięga początku lat siedemdziesiątych, kiedy to w 1971 przy Instytucie Romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego powstał Zakład Filologii Włoskiej. Studia odbywały się wtedy w warunkach kameralnych, niemal domowych (grono studentów liczyło około 10 osób), a trudności, z którymi musiano się wówczas mierzyć znacząco odbiegały od dzisiejszych realiów: początkowo prowadzono niewiele godzin nauczania języka włoskiego, a z powodu niedostatku materiałów dydaktycznych podstawowymi narzędziami były tablica i kreda. Jednak dzięki współpracy z Włoskim Instytutem Kultury, już wtedy studenci i pracownicy mogli wyjeżdżać na stypendia do Włoch, aby podnosić swoje kompetencje, czego rezultatem była prężnie rozwijająca się społeczność warszawskich italianistów.
W 1982 Zakład Filologii Włoskiej został przekształcony w samodzielną Katedrę Italianistyki. Inicjatywa ta została podjęta przez profesora Krzysztofa Żaboklickiego, pełniącego najpierw funkcję Kierownika Zakładu Filologii Włoskiej, a następnie Kierownika Katedry Italianistyki.
Zajęcia od samego początku odbywały się w dobrze znanym wielu pokoleniom warszawskich italianistów budynku przy ul. Oboźnej 8, gdzie do dyspozycji Katedry były (i są nadal) sale na trzecim piętrze. W kolejnych latach część zajęć i konferencji prowadzonych było również przy Bednarskiej 2/4, Karowej 18, w Pałacu Tyszkiewiczów-Potockich, w Dawnym BUWie, przy Krakowskim Przedmieściu 1 oraz w nieistniejącym już gmachu przy ulicy Browarnej 8/10. Od lutego 2017 roku część zajęć odbywa się w nowej siedzibie Wydziału Neofilologii, w budynku przy ul. Dobrej 55, do którego, począwszy od roku akademickiego 2022/23, zostaną przeniesione wszystkie wydziałowe jednostki.
Pod kierunkiem prof. Krzysztofa Żaboklickiego, potem prof. Piotra Salwy, prof. Joanny Ugniewskiej-Dobrzańskiej, prof. Elżbiety Jamrozik oraz, obecnie, prof. Hanny Serkowskiej, Katedra Italianistyki stale tworzy nowe sieci badawcze, angażując się w międzynarodowe programy naukowe i dydaktyczne. Kamieniem milowym w kształtowaniu kolejnych pokoleń italianistek i italianistów było przystąpienie w 2000 roku do programu Socrates-Erasmus, promującego wymianę społeczności akademickiej z państw europejskich. Bogata liczba uczelni partnerskich Katedry Italianistyki (w roku akademickim 2021/22 jest to 45 umów z ośrodkami akademickimi, zarówno we Włoszech, jak i w innych krajach europejskich) pozwala na pogłębienie wiedzy wszystkim italianistom i italianistkom zainteresowanym wyjazdem.
Erasmus+ nie jest jedynym programem umożliwiającym studentkom i studentom warszawskiej filologii włoskiej na zapoznanie się z instytucjami zewnętrznymi czy też zagranicznymi. W listopadzie 2014 roku Katedra Italianistyki rozpoczęła współpracę z Uniwersytetem w Sienie w ramach organizacji szkoleń i egzaminów DITALS, certyfikatu potwierdzającego kompetencje do nauczania języka włoskiego jako języka obcego, kładąc w ten sposób nacisk na kształcenie przyszłych pokoleń dydaktyczek i dydaktyków języka włoskiego.
Od 2018 jednostka organizuje Szkoły Letnie gdzie, oprócz wykładowców Katedry Italianistyki, zapraszani są do współpracy włoscy specjaliści z otoczenia społeczno-gospodarczego. Ponadto, w roku akademickim 2020/21 w ramach Sojuszu 4EU+, studenci Katedry współpracowali z Uniwersytetem w Mediolanie, Uniwersytetem Sorbońskim oraz Uniwersytetem Karola w Pradze, biorąc udział w pilotażowym programie, którego celem było opracowanie i przetestowanie innowacyjnego podejścia do nauki kultury i języka obcego.
Podczas obchodów z okazji 40-lecia postanowiono odejść od tradycyjnej formy konferencji naukowej na rzecz spotkania okolicznościowego, skupiającego społeczność polskich italianistek i italianistów. W swoim przemówieniu otwierającym wydarzenie, prof. Hanna Serkowska zaznaczyła, że:
Dzisiaj nasza Katedra ma się dobrze, głównie dlatego, że cały czas realizujemy zasadę dynamiki królowej kier z Alicji w krainie czarów „Tutaj, aby utrzymać się w tym samym miejscu, trzeba biec ile sił”. Pozostając od lat w ciągłym ruchu, więcej, biegnąc, ile sił, zdołaliśmy się pięknie zmienić – a tu już działa inne prawo dynamiki względności, dzięki któremu nasza italianistyka zdołała zarówno dojrzeć i zmądrzeć (jednostka i jej studenci są dzięki temu dobrze w światowej italianistyce rozpoznawani i mile widziani w międzynarodowej wymianie) jak i odmłodnieć: nasz zespół to obecnie w przeważającej mierze pracownicy młodzi i bardzo młodzi.
Podczas spotkania zorganizowanego w formie hybrydowej, przywołano wspomnienia związane z historią Katedry, a zaproszeni goście debatowali nad kondycją polskiej italianistyki. Dokąd zmierzamy? Na to pytanie przyjdzie odpowiedzieć kolejnym pokoleniom italianistek i italianistów.
Spotkać profesora Piotra Salwę w gospodarczym i architektonicznym ferworze Warszawy, symbolu niedawnego nadzwyczajnego rozwoju Polski, jest równoznaczne z zafundowaniem sobie przerwy pełnej kultury, oazy intelektualnej w samym środku namacalnego rozmachu, który unosi się po mieście. Profesor nauk humanistycznych na wydziale italianistyki i później na wydziale Artes Liberales, Piotr Salwa, ceniony badacz literatury włoskiej, który przez siedem lat pełnił również funkcję dyrektora Polskiej Akademii Nauk w Rzymie.
W jaki sposób rozpoczęła się pana przygoda z językiem włoskim i kulturą Włoch?
W sposób absolutnie przypadkowy! Niedaleko mojego domu przy ulicy Nowowiejskiej, w latach 60-tych, otworzona została czytelnia z włoską literaturą. W tych czasach w Polsce, zachodnie kraje nie mogły mieć własnych instytucji kultury, ponieważ był to przywilej tylko państw socjalistycznych. Przyjaciółka mojej mamy wysłała mnie do tej czytelni, aby uzyskać jakieś informacje. Pracowała tam Renata Machulec, która z wielkim entuzjazmem opowiedziała mi o prowadzonych tam aktywnościach, a w szczególności o darmowych kursach włoskiego. W kursie, na który się w ten sposób zapisałem, uczestniczyło nas niewiele, ponieważ w tamtym czasie nikt nie myślał, żeby wyjeżdżać za granicę i zainteresowanie językiem włoskim było raczej ograniczone, gdyż nie nauczano go w szkołach, a książki i czasopisma włoskie nie były rozpowszechnione. Naszym nauczycielem był Ludovico Tulli, jeden z tych Włochów, którzy w niepewnych latach powojennych woleli emigrować. Tulli wybrał Polskę i pozostał tu do końca życia. Po zakończeniu kursów oraz ukończeniu liceum wybrałem studia na wydziale języków romańskich, jako że wydział italianistyki jeszcze nie istniał.
Pana pierwsza wizyta we Włoszech?
Była to Siena w 1970 roku, dzięki stypendium. To było wspaniałe doświadczenie zdobyte w szkole, w której nauczyciele z sieneńskich szkół średnich nauczali obcokrajowców języka włoskiego. Powróciłem tam dwa lata później, aby przystąpić do egzaminu końcowego. W Turynie natomiast, a raczej w całym Piemoncie, spędziłem po ukończeniu studiów około roku, będąc tłumaczem dla Polaków, którzy jeździli uczyć się produkcji w fabryce Fiat, aby później móc pracować w śląskich zakładach produkcyjnych. Z kulturowego i językowego punktu widzenia, było to całkowite zanurzenie: nie było tam innych Polaków i jeżeli nie znało się włoskiego, to po prostu się nie jadło. Wróciwszy do Warszawy zrobiłem doktorat i w 1976 roku otrzymałem stanowisko wykładowcy na uniwersytecie.
Po wielu latach nauczania na wydziale italianistyki, przeniósł się pan na wydziałArtes Liberales.
Wydział Artes Liberales narodził się z inicjatywy Jerzego Axera, filologa klasycznego zakochanego między innymi w renesansie, który chciał przywrócić pomysł interdyscyplinarnych studiów humanistycznych i z czasem połączyć tematykę literacką z badaniami naukowymi. Na początku Artes Liberales stanowiły jedynie instytut, teraz natomiast jest to prawdziwy wydział należący do Uniwersytetu Warszawskiego, w ramach którego można także uzyskać doktorat. Idea Artes Liberales jest piękna: przybliżać świat, mając na uwadze jego złożoność. Studia koncentrują się między innymi na krajach śródziemnomorskich, zwracając szczególną uwagę na kulturę klasyczną, łacinę, grekę starożytną i nowożytną.
Innymi słowy, jest to dokładne przeciwieństwo modnegoostatnio zachęcania lub prawie zmuszania studenta dopoświęcenia się tylko jednej dziedzinie, która ułatwiłabymu bezpośredni wstęp na rynek pracy. Wydaje mi się, żechodzi tu o produktywne podejście, które rozpowszechniłosię na dużą skalę także w Europie, wykorzystujące formynauczania uciekające się do jak najszybszej drogi uzyskanianatychmiastowych zysków, przekształcając uniwersytetyw fabryki egzaminów, a proces oceniania w chłodny ciągtestów i quizów.
Budując indywidualne dziedzictwo intelektualne należy zacząć od podstaw: znajomości kultur antycznych, otwarcia umysłu, dialektycznego podejścia, które pobudza zdolność rozumowania. Specjalizacja jest ważna, ale musi łączyć się z solidną bazą kulturową, ponieważ konieczność pracy, a więc specjalizacji, zmienia się, podczas gdy kultura pozostaje i pozwala nam iść ciągle z duchem czasu. Dzisiaj odkrywa się znaczenie zdolności do samodzielnego rozumowania, czego dowodzi także fakt, że wiele korporacji międzynarodowych jest gotowych do przeprowadzania kursów specjalizujących dla nowo zatrudnionych, którzy natomiast muszą wykazać się zdolnościami dialektycznymi, pomysłami, wyobraźnią i otwartym umysłem. Dlatego studiom do tej pory zaniedbywanym, jak filozofia, obecnie przywraca się wartość i są na nowo doceniane, ponieważ dogłębnie kształtują studentów. Studiowanie sztuk wyzwolonych jest więc bardzo nowoczesnym wyborem.
Nauka o języku i literaturze włoskiej jest nowoczesnym wyborem?
Powiedziałbym, że tak. Zainteresowanie językiem włoskim wciąż jest duże i z upływem czasu liczba wydziałów się zwiększyła. W latach 60-tych ubiegłego wieku, istniały tylko wydziały w Warszawie, Krakowie i przez jakiś czas we Wrocławiu. Potem zainteresowanie językiem włoskim eksplodowało i obecnie, można go studiować w Warszawie wybierając między Italianistyką, Lingwistyką Stosowaną, Artes Liberales i Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego, natomiast w Krakowie można zdecydować się na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim lub Uniwersytecie Pedagogicznym. Italianistyka istnieje także we Wrocławiu, Szczecinie, Gdańsku, Poznaniu, Toruniu i Lublinie. Krótko mówiąc, oferta jest szeroka; nawet jeśli w języku tym mówi się praktycznie tylko we Włoszech, jest on także językiem kultury artystycznej, muzyki i architektury, co sprawia, że język włoski jest czwartym najchętniej studiowanym językiem na świecie.
O jakim autorze najchętniej opowiada pan na zajęciach?
Z pewnością o Boccacciu i generalnie o nowelistyce, chociaż naturalnie rozmowa o Dantem i Petrarce jest zawsze bardzo satysfakcjonująca.
Jakich współczesnych autorów pan poleca?
„Naturalnie Umberto Eco i kilku mniej znanych i różniących się między sobą, jak Giorgio Bassani i Achille Campanile. Aktualnie mogę polecić także lekturę książki „Adriatyk. Morze i jego cywilizacja” autorstwa Egidio Ivetica, który otwiera okno na tę niezwykłą część Europy – morze, gdzie od wieków konfrontują się ludy i kultury. Jest to książka, którą teraz możecie przeczytać także po polsku.
A gdyby musiał pan wybrać jedno miasto włoskie?
Gdy studenci pytają mnie o radę, gdzie pojechać na Erasmusa lub do pracy, polecam średniej wielkości miasta, jak Padwa czy Piza i chociażby rodzinną firmę, ponieważ to właśnie w ten sposób można najlepiej zrozumieć kulturę włoską. Ja zwiedziłem całe Włochy, z wyjątkiem Sardynii i Basilicaty. Dzięki moim doświadczeniom, studiów i pracy, mogłem dobrze poznać Sienę, Turyn i Florencję, gdzie spędziłem dwa lata studiów, Wenecję, gdzie jeździłem często do Fundacji Cini oraz oczywiście Rzym, gdzie pracowałem przez siedem lat. Mieszkałem w dzielnicy Nomentano i każdego dnia udawałem się do Polskiej Akademii Nauk mieszczącej się na Placu Weneckim. Jeśli mam być szczery, gdybym musiał wybrać
miejsce, w którym miałbym mieszkać, wybrałbym region Wenecji Euganejskiej, który jest pełen cudownych miast, jak Wenecja lub Werona. Według mnie, jest to region, w którym ludzie są najbardziej uprzejmi, a poza tym uwielbiam akcent dialektu weneckiego. Wiele razy pytałem weneckiego profesora Alberta Rizzi, który pracował przez sześć lat w Warszawie, gdzie mógłbym odbyć kurs tego dialektu, lecz on mi zawsze odpowiadał, że nie mam szans, ponieważ jeśli się nie urodzisz w Wenecji Euganejskiej, to nigdy nie będziesz w stanie nauczyć się dialektu weneckiego!
Setna rocznica urodzin Pier Paola Pasoliniego, jednej z najważniejszych postaci powojennych Włoch, pisarza, poety, dramaturga, publicysty, malarza i filmowca, stanowi dobrą okazję, by zastanowić się, w jaki sposób pielęgnowana jest pamięć o nim i o jego niezwykle bogatym dorobku twórczym.
W ramach mojego kursu historii kina włoskiego, który prowadzę na Uniwersytecie Warszawskim, poprosiłam studentki i studentów o napisanie krótkiego eseju na jeden z wybranych tematów. Trzy osoby spośród kilkudziesięciu postanowiły
Anna Osmólska-Mętrak
poświęcić swoją pracę twórczości Pier Paola Pasoliniego: dwie napisały o Salò, czyli 120 dniach Sodomy, jeden ze studentów podzielił się swoimi refleksjami na temat filmu Mamma Roma. Wszystkie trzy teksty uzyskały ocenę najwyższą z możliwych. Dlaczego o tym piszę? Otóż jest to dla mnie kolejny dowód na to, że postać i twórczość Pasoliniego niezmiennie wzbudzają zainteresowanie i przyciągają uwagę kolejnych pokoleń młodych ludzi o otwartych, krytycznych, skłonnych do refl eksji umysłach. Nie tylko we Włoszech, co wydaje się bardziej oczywiste, ale również w Polsce. Skądinąd włoskie grupy poświęcone Pasoliniemu w mediach społecznościowych są nie tylko liczne, ale też bardzo aktywne. Obchody setnej rocznicy urodzin artysty jeszcze oczywiście wzmogły to niesłabnące zainteresowanie. To rodzi moje głębokie przekonanie, że Pasolini żyje! Gdybym miała możliwość wybrania jakiejś postaci z przeszłości, z którą mogłabym i chciała dziś porozmawiać, bez chwili wahania wybrałabym właśnie Pasoliniego. Podobnie musiał myśleć urodzony w Pordenone we Friuli Davide Toffolo, kiedy w 2002 roku pisał swoją powieść graficzną zatytułowaną po prostu Pasolini. Jest to w największym skrócie opowieść o młodym reporterze, który wpada współcześnie na trop człowieka przedstawiającego się jako „signor Pasolini”. Mężczyzna ten posiada wszelkie atrybuty naszych czasów, takie jak adres e-mailowy, i pragnie udzielić młodemu dziennikarzowi wywiadu, przedstawić swoje poglądy, na które składają się cytaty z tekstów Pasoliniego. Uciekając się do takiego zabiegu, Toffolo udowadnia dobitnie, że myśl Pasoliniego nie tylko się nie zestarzała, a wręcz przeciwnie zyskała na aktualności i pobrzmiewają w niej nuty prorocze. Toffolo to nie tylko autor komiksów, ale też gitarzysta formacji „I tre allegri ragazzi morti”. Grupa od zawsze zainteresowana Pasolinim, poświęciła mu sporą część swojej działalności, a w 2011 roku odbyła tournée po wielu włoskich miejscowościach, podczas którego, obok własnych piosenek, zaprezentowała projekty artystyczne dotyczące artysty z ich rodzinnego Friuli.
Wracając do komiksów, pierwsza rysunkowa opowieść stworzona została przez dziennikarza Graziana Origę dosłownie kilka miesięcy po tragicznej śmierci Pasoliniego. Jej tytuł, Le ceneri di Pasolini, nawiązuje w oczywisty sposób do głośnego tomu poezji Le ceneri di Gramsci (1957). Kolejna, wydany we Francji Pasolini Jeana Dufaux i Massima Rotundo, pochodzi z 1993 r. W 2008 r. ukazuje się powieść graficzna Il delitto Pasolini Gianluki Maconiego, rekonstrukcja ostatnich godzin przed brutalnym zabójstwem poety. Ostatnia pozycja to Diario segreto di Pasolini Gianluki Costantiniego i Elettry Stamboulis z 2015 r., hipotetyczny dziennik/autobiografia artysty. Poświęcam tak wiele miejsca pozycjom przynależnym raczej kulturze popularnej, nie zaś monumentalnym dziełom, takim jak Vita di Pasolini Enza Siciliana, czy poświęcone mu liczne opracowania o charakterze naukowym, gdyż wydaje mi się, że są one najlepszym dowodem na to, jak bardzo postać i twórczość Pasoliniego łączyła i łączy różne sfery kultury i wpisuje się w najróżniejsze rejestry jej odbioru.
Równie silna była i pozostaje pamięć o Pasolinim wśród filmowców, nie tylko włoskich.
W 1991 roku brytyjski reżyser Derek Jarman, w krótkometrażowym, mało znanym filmie Ostia podjął się rekonstrukcji ostatnich godzin życia Pasoliniego. Z uwagi na okoliczności i tragiczny charakter śmierci artysty właśnie ten aspekt wydał się twórcom najbardziej interesujący. Tak dzieje się w przypadku filmu Pasolini (2014) Abla Ferrary z Willemen Dafoe w roli tytułowej, czy La macchinazione (2016) Davida Grieco, gdzie w postać twórcy Salò… wcielił się popularny włoski aktor i piosenkarz
P.P. Pasolini, Anna Magnani, Ettore Garofolo, Franco Citti, Mostra del Cinema di Venezia, 1962 / fot. Gianfranco Tagliapietra
Massimo Ranieri. Śledztwu w sprawie zabójstwa reżysera poświęcił swój film Marco Tullio Giordana (Pasolini, un delitto italiano, 1995). Warto wspomnieć o filmie Aurelia Grimaldiego Un mondo d’amore (2002), raczej nie z uwagi na jego wartość artystyczną, ale dlatego że autor zajął się wcześniejszym okresem w życiu Pasoliniego, końcówką pobytu w Casarsie i początkami życia w Rzymie. W 2006 r. Giuseppe Bertolucci zrealizował dokument Pasolini, prossimo nostro, będący zapisem wywiadu z reżyserem przeprowadzonego podczas prac nad ostatnim filmem. Artysta
swoim spokojnym, wyważonym głosem przypuszcza atak na współczesne społeczeństwo, wszczyna alarm. Wywiad, przeplatany zdjęciami z planu filmowego jest dramatycznym aktem oskarżenia kogoś, kto wie więcej, kto widzi dalej. Niezwykły hołd złożył reżyserowi jego młodszy kolega po fachu, Nanni Moretti, który kończy pierwszą nowelę Dziennika intymnego (Na vespie, 1993) podróżą do Ostii, na miejsce zabójstwa Pasoliniego, upamiętnione stojącym tam pomnikiem. To tylko kilka przykładów z dłuższej listy dzieł filmowych zainspirowanych postacią bądź dziełem wielkiego Włocha.
Pamiętają też o Pasolinim twórcy muzyki. Pierwsza piosenka to niemal „instant-song”, skomponowana zaledwie kilka dni po 2 listopada 1975 r. Lamento per la morte di Pasolini to ballada Giovanny Marini zainspirowana Oracją świętego Donata, ludową
pieśnią tradycji abruzyjskiej. Marini powróciła do tego utworu w 2002 r. przy okazji wydania płyty Il fischio del vapore, podpisanej wspólnie z Franceskiem De Gregorim. Sam De Gregori w 1985 r. zadedykował Pasoliniemu piosenkę A pa’, nazywając go na jednym z koncertów „największym poetą XX wieku”. Pięć lat wcześniej piosenkę Una storia sbagliata poświęcił Pasoliniemu największy włoski bard Fabrizio De André. Tekst odnosi się do śmierci reżysera, ale też drugiej ofiary tzw. Pierwszej Republiki, młodej rzymianki Wilmy Montesi: Historię tę trzeba zapomnieć, historii tej nie można przypomnieć, historia ta jest dość złożona, historia ta jest pomylona. Przy okazji 40.
rocznicy śmierci poety powstał film dokumentalny dziennikarki Emanueli Audisio Pasolini, maestro corsaro. Ścieżką dźwiękową do tego filmu stał się album L’alba dei tram i tytułowa piosenka skomponowana przez Rema Anzovina do tekstu Giuliana Sangiorgiego, w interpretacji Maura Giovanardiego. Młody cantautore Enrico Nigiotti (rocznik 1987) w piosence Pasolini śpiewa tak: „Ma come si fa nel mondo che c’è a starci dentro, a respirare” (Jak można żyć w takim świecie, oddychać). Sam mówi o tym w ten sposób: „Pasolini jest piosenką, w której opisuję społeczeństwo, odwołując się do jego słów.” Również w przypadku muzyki lista odniesień do postaci i twórczości Pasoliniego mogłaby być dłuższa.
A jest jeszcze teatr. Wspomniany wcześniej Giuseppe Bertolucci realizuje w 2004 roku spektakl oparty na tekstach Pasoliniego i Giorgia Somalvica, ‘Na specie de cadavere lunghissimo, którego pomysłodawcą i wykonawcą jest aktor Fabrizio Gifuni, przedstawiający do dziś ten monodram na scenach różnych włoskich miast. Takich wydarzeń było i jest zdecydowanie więcej.
Co powoduje tak silną i nieustanną obecność PPP nie tylko we włoskiej kulturze, ale ogólnie we włoskiej pamięci? Można pisać o tym długie rozprawy, poświęcać temu konferencje i seminaria, niezwykle bogata spuścizna artysty poddawana jest kolejnym interpretacjom. Gdyby jednak spróbować pokusić się o krótką odpowiedź, kluczem do zrozumienia fenomenu Pasoliniego jest coś bardzo prostego, a jednocześnie jakże we współczesnym świecie rzadkiego i cennego: intelektualna uczciwość, która każe dawać świadectwo, nazywać rzeczy po imieniu. Odwaga prowokacji, bezkompromisowość, podejmowanie najtrudniejszych, często niepopularnych tematów. To wszystko, co doprowadziło go do słynnego Io so, tekstu opublikowanego pierwotnie w „Corriere della Sera” z 14 listopada 1974 r. pod tytułem Cos’è questo golpe? Io so, umieszczonego potem jako Powieść o rzeziach (Il romanzo delle stragi) w Pismach korsarskich. Tak tłumaczy w nim Pasolini, skąd wie i dlaczego zna nazwiska odpowiedzialnych za zamachy terrorystyczne, które wstrząsały wtedy Włochami: „Znam je, ponieważ jestem intelektualistą, pisarzem, który stara się śledzić bieżące wydarzenia, poznać wszystko to, o czym pisze, wyobrazić sobie to, czego nie wiadomo albo co się przemilcza; który łączy fakty również odległe, układa w całość porozrzucane i fragmentaryczne kawałki pełnej, spójnej sytuacji politycznej; który przywraca logikę tam, gdzie zdaje się panować arbitralność, szaleństwo, tajemnica.” Właśnie ta świadomość intelektualnej odpowiedzialności i powinności stanowi o największej sile życia i twórczości Pasoliniego.
Z niezliczonych książek o artyście wybrałam jedną: PPP. Pasolini, un segreto italiano Carla Lucarellego, niezwykle osobistą opowieść o tym, co doprowadziło autora do zakochania się w Pasolinim. Pisze w niej, że pamięta dokładnie moment, kiedy to się stało: podczas oglądania fragmentu Zgromadzeń miłosnych (Comizi d’amore). To skłoniło mnie do zadania sobie tego samego pytania, na które nie potrafię jednak udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Zakochiwałam się w Pier Paolu stopniowo i zakochuję ciągle od nowa, z każdym przeczytanym zdaniem, wierszem, obejrzanym na nowo filmem.
Komiks był jedną z pasji Federica Felliniego, który rozpoczął swą karierę właśnie jako rysownik. W latach 1938-1946 młody Federico współpracował z różnymi czasopismami, dla których tworzył karykatury i historyjki komiksowe, a już jako reżyser nigdy nie przestał rysować. Jego najważniejszym wkładem w historię dziewiątej sztuki były jednak dzieła,które stworzył wraz z jednym z najsłynniejszych i najbardziej uznanych włoskich rysowników – Milem Manarą.
W 1984 roku Fellini – pasjonat magii i ezoteryzmu – myślał o stworzeniu filmowej adaptacji jednego z dzieł Carlosa Castanedy, kontrowersyjnego pisarza i „szamana” pochodzącego z Peru. Jesienią roku 1985 włoski reżyser wyruszył do Meksyku, by spotkać się z Castanedą, a towarzyszyli mu między innymi pisarz Andrea De Carlo (który wcześniej pracował z nim nad filmem „A statek płynie”) i amerykańska aktorka Christine Engelhardt. Podróż ta, pełna dziwnych wydarzeń i sytuacji, przyczyniła się do zerwania przyjaźni między Fellinim a De Carlo. Ten ostatni wydał w 1986 roku powieść „Yucatan”, zainspirowaną właśnie ich podróżą do Meksyku. Zdenerwowało to bardzo Felliniego, ponieważ w tym samym roku opublikował swoją wersję tej historii (pod pierwotnym tytułem „Viaggio a Tulun”) w „Corriere della Sera”, prezentując ją jako zapowiedź swojego następnego filmu, który jednak nigdy nie powstał.
W 1988 roku Milo Manara, który poznał Felliniego kilka lat wcześniej, skontaktował się z reżyserem, aby zaproponować mu komiksową adaptację opowiadania wydanego w „Corriere”. Urodzony w 1945 roku Manara był już wtedy cenionym artystą, znanym głównie z dzieł erotycznych, takich jak „Klik” (1982) czy „Zapach niewidzialnego” (1985). Fellini zaakceptował propozycję rysownika, a tamten niezrealizowany film stał się „Viaggio a Tulum” („Podróżą do Tulum”), komiksem onirycznym, zabawnym i zmysłowym jak najlepsze z jego dzieł stworzonych dla kina. Fabuła, która różni się częściowo od oryginalnej wersji, jest pełna tajemnic, magii i fascynacji cywilizacjami prekolumbijskimi – szczególnie ludem Tolteków.
Głównymi bohaterami „Podróży do Tulum” są – oprócz samego Felliniego – reżyser Snàporaz, piękna i tajemnicza Helen i niezdarny, sympatyczny Vincenzone. Snàporaz, którego Fellini wybiera na początku komiksu jako swoje alter ego na czas podróży, ma twarz Marcella Mastroianniego i nazwisko postaci, którą wielki aktor zagrał w „Mieście kobiet”, filmie Felliniego z 1980 roku. Postać Helen jest luźno wzorowana na Engelhardt, natomiast dziwna wydaje się obecność Vincenzone – jest to dziennikarz Vincenzo Mollica, który nie towarzyszył Felliniemu w podróży do Meksyku. Decyzję, by pojawił się on w komiksie zamiast De Carlo można rozumieć jako złośliwość wobec pisarza, ironiczną zemstę za „kradzież” opowieści Felliniego. Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, wspomnieć można o Sibyl, mrocznej wersji Christiny/Helen, lub o meksykańskim czarowniku Hernandezie, ale „Podróż” pełna jest barwnych i oryginalnych postaci, które czasami pojawiają się tylko w kilku kadrach. Na pierwszych kilku stronach komiksu Helen i Vincenzone, w poszukiwaniu Felliniego, udają do Cinecittà, gdzie spotykają bohaterów wielu filmów włoskiego reżysera, bardzo dokładnie i realistycznie narysowanych przez Manarę. Dalej Fellini i Manara umieszczają w opowieści chilijskiego reżysera i pisarza Alejandra Jodorowsky’ego i słynnego francuskiego rysownika Jeana „Moebiusa” Girauda – autorów jednego z arcydzieł światowego komiksu, „Incala” (1981-1988).
W “Podróży do Tulum” Fellini i Manara bawią się często w burzenie “czwartej ściany” między fikcją a światem realnym: główni bohaterowie są świadomi tego, że są postaciami w komiksie i nieraz komentują absurdalność fabuły i brak logicznego ciągu zdarzeń. Chyba najbardziej interesująca jest scena, gdzie Snàpo- raz rozmawia przez telefon z reżyserem i wyraża swą frustrację spowodowaną dziwaczną historią, której jest bohaterem. Jednak właśnie to, odpowiada reżyser, jest powodem, dla którego nigdy nie nakręcił filmu, o którym od dawna myślał: scenariusz był po prostu zbyt absurdalny. Jedynym środkiem, jaki Fellini miał, by dokończyć ten szalony i fantastyczny projekt, był zatem komiks. Przeciwwagę dla zdecydowanie surrealistycznej i onirycznej fabuły stanowią niezwykle szczegółowe i realistyczne rysunki mistrza Manary. Podobnie jak w innych dziełach włoskiego artysty na pierwszy plan wysuwa się sposób ukazywania kobiecego ciała, jednak dużym błędem byłoby uznanie „Podróży do Tulum” za banalny i wulgarny komiks erotyczny. Sposób, w jaki przedstawione są twarze postaci – szczególnie Mastroianniego – ociera się o fotorealizm, podobnie jak w przypadku krajobrazów, budynków i miejskich scenerii, które narysowane zostały z niesamowitą dbałością o szczegóły i autentycznie filmowym rozmachem.
„Podróż do Tulum” ukazała się w odcinkach na łamach magazynu „Corto Maltese” w 1989 roku. Kilka lat później, w roku 1992, Fellini i Manara stworzyli komiksową wersję innego filmu, którego reżyser z Rimini nigdy nie nakręcił, tym razem naprawdę legendarnego – była to „Podróż G. Mastorny, zwanego Fernet”.
Brescia to miasto założone w czasach starożytnych, przeszło 3200 lat temu. Bogata jest w dziedzictwo artystyczne i architektoniczne. W 2011 roku miejskie zabytki z okresu rzymskiego i longobardzkiego zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miasto znane jest również na całym świecie ze słynnego wyścigu samochodów zabytkowych Mille Miglia, a także z produkcji Franciacorta. Brescia nosi przydomek „Lwicy Włoch”, tak po raz pierwszy określił ją włoski twórca epoki Romantyzmu, Aleardo Aleardi, w swoim dziele Canti Patrii. Przydomek ten swój rozgłos zawdzięcza jednak Giosuè Carducciemu, który w „Odzie do Zwycięstwa” chciał oddać hołd Brescii za waleczny opór, który stawiła austriackim okupantom podczas tzw. dziesięciodniowego powstania.
Początki Brescii sięgają więc 1200 roku p.n.e., kiedy to ludność, prawdopodobnie Ligurowie, zbudowała osadę w pobliżu Colle Cidneo. W VII wieku p.n.e. Galowie
fot. Febo Films
Cenomani osiedlili się na tym obszarze i uczynili z Brescii swoją stolicę. Następnie, na przełomie III i II wieku p.n.e. Brixia rozpoczęła proces aneksji do Republiki Rzymskiej, którego kulminacją był rok 42 p.n.e., kiedy to mieszkańcy uzyskali obywatelstwo rzymskie. Od upadku imperium dominowały na tych terenach różne ludy barbarzyńców, później zaś Brixia stała się ważnym księstwem królestwa Lombardii.
Ogłoszona autonomiczną gminą już w XII wieku, znalazła się pod panowaniem rodu Viscontich, a następnie weszła w skład terytoriów pod panowaniem Republiki Weneckiej, z którą pozostała związana aż do 1797 roku.
fot. Febo Films
Dołączona do Królestwa Lombardzko-Weneckiego, podczas okresu Risorgimento, Brescia była bohaterką dziesięciodniowego powstania przeciw wojskom austriackim, a potem przyłączona została do Królestwa Włoch w 1860 roku. Miasto szczyci się bardzo ważnym dziedzictwem historycznym, kulturowym i artystycznym, częściowo zachowanym we wspaniałych muzeach, którymi zarządza Fundacja Muzeów Brescii, na czele z jej prezeską Franceską Bazoli i dyrektorem fundacji Stefano Karadjovem.
Brixia. Park archeologiczny z czasów Cesarstwa Rzymskiego
Park Archeologiczny Brescia romana oferuje podróż w czasie wśród monumentalnych pozostałości starożytnej Brixii, takich jak sanktuarium epoki republikańskiej (I wiek p.n.e),
fot. Alessandra Chemollo
które, ze swoimi niesamowitymi freskami, zachowanymi jak te kapitolińskie, stanowi unikalny zabytek na mapie archeologicznej północnych Włoch. Jest to najważniejsza świątynia miasta, zbudowana przez cesarza Wespazjana, poświęcona kultowi „Triady Kapitolińskiej”: Jowiszowi, Junonie i Minerwie. Wewnątrz, oprócz kamiennych ołtarzy oraz fragmentów posągów bóstw i elementów wyposażenia, znajdziemy nadal oryginalne posadzki z kolorowych marmurowych płyt, pochodzące z I wieku naszej ery. We wschodniej części znajduje się La Vittoria Alata (Skrzydlata Wiktoria), posąg z brązu z I wieku naszej ery, prawdziwe arcydzieło i zarazem symbol Brescii, niedawno odrestaurowany. Można go
fot. Fotostudio Rapuzzi
podziwiać na wystawie muzealnej, której kuratorem jest hiszpański architekt Juan Navarro Baldeweg, zaprojektowanej w celu ukazania właściwości materiałowych brązu i możliwości jego formowania. Trasa zwiedzania kończy się przy amfiteatrze rzymskim, wybudowanym, a następnie rozbudowanym między I a III wiekiem. Imponująca cavea, przeznaczona dla widowni daje wyobrażenie emocji, jakie wzbudzały w publiczności starożytne przedstawienia. Amfiteatr był używany do czasów późnego antyku (końca IV/początku V wieku n.e.). Między XI a XII wiekiem scena zawaliła się, a budynek stał się otwartym kamieniołomem. W XII wieku służył jako miejsce publicznych rozpraw, ale stan zaniedbania, w który popadał koniec końców zadecydował o jego stopniowym i nieuchronnym kresie.
Muzeum Santa Giulia Unikalne we Włoszech i Europie muzeum miejskie mieści się w kompleksie klasztornym z epoki longobardzkiej i umożliwia podróż przez historię, sztukę i duchowość Brescii od
fot. Fotostudio Rapuzzi
czasów prehistorycznych aż do dziś. To wszystko mieści powierzchnia wystawiennicza o około 14 000 metrów kwadratowych. W nieprzerwanym szeregu niezwykłych miejsc znajdują się dwa rzymskie domy (I-III w.), zwane Domus dell’ortaglia, będące częścią dzielnicy mieszkalnej, w których nadal zachowały się mozaiki i freski wzorowane na tych z Rzymu i z Pompejów. Następnie bazylika longobardzka San Salvatore (VIII w.), jeden z najważniejszych przykładów longobardzkiej architektury sakralnej. Wzniesiony z woli króla Dezyderiusza w 753 r.n.e. jako serce klasztoru, kościół-mauzoleum służył jako symbol władzy dynastycznej monarchii i księstw longobardzkich, bardzo cenny skarbiec pełen rzymskich kolumn, ozdobnych stiuków z przeplatającymi się
fot. Fotostudio Rapuzzi
motywami fresków i przykładów kamiennych elementów ozdobnych. Dalej miejsce Chóru Zakonnic (pocz. XVI w.), wspaniała przestrzeń dedykowana mniszkom klauzurowym. Rozłożona jest na dwóch poziomach i przedstawia ściany górnego piętra w całości ozdobione freskami Floriana Ferramoli i Paola da Caylina Młodszego, opowiadającymi o życiu Chrystusa. Wreszcie romańskie oratorium Santa Maria in Solario (XII w.), w którym zakonnice przechowywały swój skarb. Powstałe w połowie XII wieku, jako prywatne miejsce kultu zakonnic, charakteryzuje się masywnymi murami, w które wkomponowane są fragmenty rzymskich inskrypcji. Zbudowane jest na dwóch połączonych ze sobą poziomach i
fot. Fotostudio Rapuzzi
przechowuje przedmioty należące do starego skarbu, takie jak Lipsanoteka, zdobione pudełko z kości słoniowej (IV w.), a także krzyż relikwiarzowy ze złota, pereł i kolorowych kamieni (X w.), po monumentalny Krzyż Dezyderiusza, rzadkie dzieło złotnicze z wczesnego okresu karolińskiego (IX wiek), ozdobione 212 kamieniami szlachetnymi, kameami i pastami szklanymi datowanymi od epoki rzymskiej aż do XVI wieku, zachowane na górnym poziomie pod niezwykłym błękitnym sklepieniem z lapis lazuli wysadzanym złotymi gwiazdami.
Galeria Sztuki Tosio Martinengo
Całkowicie odnowiona w 2018 roku pinakoteka mieści cenną i wyselekcjonowaną kolekcję sztuki. Jej siedzibą jest elegancki Palazzo Mertinengo da Barco ze wspaniałymi salami pokrytymi cennymi opalizującymi aksamitami, których
fot. Fotostudio Rapuzzi
sufity zdobią piękne freski. Wystawa zaczyna się od ekspozycji z XIV wieku i łączy obrazy z godnymi podziwu przedmiotami sztuki dekoracyjnej, w postaci serii arcydzieł Vincenza Foppy, protoplasty lombardzkiego naturalizmu, aż po dzieła Vincenzia Civerchio, inspirowane Leonardem da Vinci, a także słynne perełki sztuki, jak Anioł i Chrystus błogosławiący Raffaella Santi i Pokłon pasterzy Lorenza Lotty. Sercem kolekcji jest renesansowe malarstwo z Brescii autorstwa m.in. Savoldo, Romanino i Moretto, sięgające okresu tzw. „żebraków” Giacoma Cerutiego. Trasa kończy się na XIX wieku, który oferuje arcydzieła absolutnych mistrzów, takich jak Eleonora d’Este Canovy i Ganimedes Bertela Thorvaldsena, aż po potężnego Laokoona Luigiego Ferrari, a także przejmujący obraz I
fot. Fotostudio Rapuzzi
refugi di Parga (The Refugees of Parga) Francesco Hayeza. Bezcenne dziedzictwo powstałe na przełomie XIX i XX wieku dzięki hojności prywatnych darczyńców, takich jak hrabia Paolo Tosio, którego imię nosi samo muzeum, a którzy to podarowali swoje zbiory, jak też dzięki trosce o ten dorobek lokalnych władz, o gromadzenie i konserwację dzieł sztuki.
Zamek i Muzeum Broni „Luigi Marzoli”
Wzniesiony na wzgórzu Cidneo zamek jest jednym z najbardziej fascynujących kompleksów obronnych we Włoszech i drugim co do wielkości w Europie, gdzie do dziś można zauważyć
fot. Fotostudio Rapuzzi
znaki różnych dominacji na tych terenach. Świadek i bohater wielu dramatycznych wydarzeń, w których uczestniczyło miasto, w tym słynnego dziesięciodniowego powstania przeciw Austriakom, jest dziś jednym z najciekawszych miejsc w Brescii, gdzie współistnieje kilka elementów: dowody rzymskiej obecności, takie jak magazyny oliwy, średniowieczne budynki, a także lokomotywa z 1909 r., wystawiona wewnątrz „Falco d’Italia”, ku uciesze młodszych zwiedzających. Wewnątrz XIV-wiecznego Mastio Visconteo (grodu Viscontich), w Muzeum Broni „Luigi Marzoli” znajduje się jedna z najcenniejszych europejskich kolekcji zbroi i broni starożytnej, która opowiada o bardzo długiej tradycji rusznikarskiej Brescii, dokumentując jej ewolucję technologiczną i artystyczną w okresie od XV do XVIII stulecia. W 2023 roku, po długiej renowacji, zostanie ponownie otwarte Muzeum Risorgimento we wspaniałej nowej odsłonie, która pozwoli zwiedzającym w innowacyjny sposób poznać jeden z fundamentalnych rozdziałów nowożytnej historii Włoch.
Zapowiedzi na 2023 rok
Bergamo i Brescia będą Włoską Stolicą Kultury w 2023 roku, co oznacza, że szykują wiele wydarzeń: obchody rozpoczną się 23 czerwca br. wystawą „Isgrò cancella Brixia” (Isgrò wymazuje Brixię), która zakończy się 8 stycznia 2023 roku. Wydarzenie ma podkreślić dialog nawiązany między archeologią a sztuką współczesną, między kulturą klasyczną a jej trwaniem w naszych czasach.
Od 29 października 2022 r. do 28 lutego 2023 r. przyjdzie kolej na wystawę „Miasto Lwa: Brescia w epoce Komun i Signorii”, pokazującą, jak poprzez różnorodne materiały zamierza się badać okres księstw włoskich w oryginalny sposób. Od 10 lutego do 10 maja 2023 r. wystawa „Ceruti. Malarz europejski” będzie z kolei okazją do uczczenia artysty, który swoimi wzruszającymi przedstawieniami niższych klas i przenikliwymi portretami dał się poznać jako jeden z najbardziej oryginalnych głosów sztuki figuratywnej XVIII wieku. Galeria Tosio Martinengo ukazuje najważniejszy zbiór jego dzieł na świecie. Od 24 marca do 23 lipca 2023 r. na szóstą edycję Brescia Photo Festival „Luce della Montagna” zaplanowano najważniejszą wystawę fotografii górskiej zrealizowaną w ostatnich dziesięcioleciach, z pracami Vittoria Selli, Martina Chambi, Ansela Adamsa, Axela Hütte.