Wielki „mistrz śmiechu” opuścił nas w dniu swoich 80. urodzin. Jeszcze przed zamknięciem kin, polska publiczność mogła podziwiać rzymskiego aktora w nowej ekranizacji „Pinokia” Mattea Garrone. Proietti wcielił się tam w postać okrutnego, lecz ostatecznie litościwego Ogniojada. To była ostatnia rola jednego z najbardziej kultowych artystów w – szeroko pojętych – dziejach włoskiego spektaklu (kino, teatr, kabaret, telewizja). Choć on sam miał się w swym fachu za zręcznego rzemieślnika, publiczność widziała w nim „genialnego przyjaciela”. Przyjaciela, z którym radośnie spędziła sporą i ważną część swojego życia. Przyjaciela, który podarował włoskiej mowie i jej użytkownikom wiele wspaniałych, swojskich powiedzonek i dowcipów. Dla wielu także mentor i pedagog, który namaścił swoją działalnością liczne zastępy włoskich komików. I choć wspomniana w motcie niniejszego lekkość wydaje się wiecznie oddalającym się fantazmatem, dla Proiettiego nie była ona stanem nadzwyczajnym, lecz… szczęśliwie permanentnym.
Muszę przyznać, że nie zawsze miałam pełną świadomość tego, jak rozległe i złożone było twórcze emploi włoskiego aktora¹, zanurzone jeszcze w świecie filmowo-teatralnej kontestacji i awangardy (vide fascynująca przyjaźń i współpraca z enfant terrible Carmelo Bene czy udział we wczesnych, jeszcze nieerotycznych filmach weneckiego twórcy Tinto Brassa [„Skowyt” – debiut w roli pierwszoplanowej!]). Mój szkic to subiektywne i syntetyczne spojrzenie na postać „genialnego przyjaciela” Proiettiego. Także w pewien sposób mojego.
Całymi latami Gigi Proietti był dla mnie jednym z najbardziej znanych i lubianych karabinierów w panoramie włoskiej telewizji. Jeszcze w latach 90. Maresciallo Rocca odważnie podejmował się skomplikowanych, niekiedy wielce niebezpiecznych śledztw, bardzo często na przekór otoczeniu i prokuratury. Nie można było odmówić charyzmatycznemu bohaterowi niezwykłej intuicji, wrażliwości i poczucia humoru. Ale nie był on „świętym bez winy” – zdarzało mu się również popełniać błędy, być zbyt impulsywnym czy upartym. Trudne sytuacje w pracy odbijały się u niego na dobrostanie sfery domowej. Rocca nieustannie poszukiwał w świecie równowagi, sprawiedliwości, prawdy. Wdowiec opiekujący się samotnie trójką dzieci (ówcześnie nowość!) nie tylko zjednał sobie serce pięknej aptekarki Margherity (w tej roli ikona włoskiego kina, Stefania Sandrelli; stworzyli wspólnie jedną z najbardziej lubianych par szklanego ekranu), ale też całej włoskiej widowni. Seria przygód słynnego marszałka i jego podopiecznych była „obowiązkowo obecna” we włoskich domach przez ponad dekadę, ciesząc się do samego końca swojej telewizyjnej żywotności naprawdę wysokim poziomem oglądalności.
Nie zawsze jednak było tak pięknie… A przynajmniej nie tak od razu w przestrzeni kina.
Z perspektywy wieloletniej działalności artysty, przełomowym wydaje się dla niego rok 1976. Rok z jednej strony niezwykle udany na deskach teatralnych (spektakl „A me gli occhi, please” stał się na długie lata swoistą wizytówką niesamowitych umiejętności aktora), z drugiej zaś… Rzymski aktor marzył ówcześnie, aby wystąpić w roli Giacomo Casanovy w najnowszym projekcie Federica Felliniego. Na castingu nie zrobił jednak na mistrzu z Rimini oszałamiającego wrażenia; w kontrowersyjną personę weneckiego bawidamka wcielił się ostatecznie Donald Sutherland. Ale to nie koniec przywoływanej historii. Na etapie postprodukcji i szukania pasującego do całości dzieła dubbingu, twórca „Słodkiego życia” zgłosił się właśnie do Proiettiego z prośbą o udział w zacnym przedsięwzięciu. Choć Gigi czuł ogromne rozczarowanie, uległ ostatecznie namowom człowieka, którego zwykł określać mianem „największego czarodzieja kina”. Fellini wyjaśnił po latach, że rzymski aktor miał twarz nazbyt „przyjemną i plebejską”, a on poszukiwał do swojego filmu facjaty „błądzącej, zmęczonej, rozmytej, przywołującej na myśl wodnistą Wenecję”.
Ów „plebejski żywioł” odnalazł spełnienie w bodaj najbardziej kultowym filmie z udziałem Proiettiego, czyli „Febbre da cavallo” (1976, reż. Steno). Na obrzeżach stolicy Italii, banda przyjaciół-wałkoni oddaje się swojej największej pasji: obstawianiu wyścigów konnych. Wśród nich Bruno Fioretti, zwany „Mandrake” (ksywa na cześć słynnego iluzjonisty-magika, bohatera komiksów autorstwa Lee Falka z 1934 roku), aspirujący aktor-utrzymanek o zniewalającym uśmiechu i bardzo osobliwych manierach. Opętani żądzą nieustannego „bycia-w-grze”, mężczyźni będą gotowi na wszystko, byle tylko nie zatrzymać własnego szaleństwa. Jednak w 1976 roku film autorstwa Steno – podobnie jak sam Proietti w trakcie wspomnianego już castingu do „Casanovy” – nie został dostrzeżony ani przez publiczność, ani przez krytykę. „Nie było ani pochwał, ani obelg. Nie wszystkich z pewnością wtedy śmieszył” – wspomni w jednym z wywiadów Proietti. Tytułowa „gorączka” (wł. febbre) postanowiła jednak wrócić na dobre. Rewolucja nadeszła na początku lat 90. za sprawą licznych retransmisji w prywatnych stacjach telewizyjnych. Mieszkańcy Rzymu odnaleźli wreszcie w filmie esencję swojego miasta, a w postaci Mandrake jego surrealistycznego wieszcza. Teksty migotliwej postaci samozwańczego czarodzieja, który jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych są do dziś powszechnie znane, a scena autorskiej „mowy obronnej” Mandrake na sali rozpraw należy do jednej z bardziej lubianych i cytowanych w historii włoskiego kina. Film doczekał się również kontynuacji („Febbre da cavallo – La mandrakata”, reż. Carlo Vanzina, 2002).
Słowa Felliniego okazały się zatem na swój sposób profetyczne. W twarzy i głosie² Proiettiego odnalazła się z czasem olbrzymia chęć czy wręcz potrzeba duchowej identyfikacji widowni. Jak wyznał niegdyś filmowy Mandrake: „Od kiedy zrozumiałem, że jestem w stanie rozśmieszyć ludzi, to zdecydowanie odłożyłem na bok rejestr dramatyczny. W moim przekonaniu nie ma większej satysfakcji, niż unoszący się na sali śmiech i zadowolenie publiki. Publiki, która współtworzy ze mną sukces każdego spektaklu… Mój życiowy sukces”.
¹ Opis bogatej działalności teatralnej Proiettiego zdecydowanie zasługiwałby na osobne opracowanie. Pierwszy znaczący sukces w świecie spektaklu pojawia się właśnie na polu teatralnym, kiedy w 1970 roku aktor zastępuje w musicalu „Alleluja, brava gente” samego Domenico Modugno. Warto dodać w tym miejscu, że Gigiego uważa się powszechnie za prawowitego spadkobiercę komediowo-rewiowej tradycji aktorskiej Ettore Petroliniego (1884-1936). Co ciekawe, obaj pochodzili z Rzymu.
² Głos można śmiało zaliczyć do jednej z najważniejszych „broni” w komediowym rezerwuarze Proiettiego. Nie mam tu na myśli wyłącznie śpiewania czy dubbingu (aktor był m.in. odpowiedzialny za głos niebieskiego Dżina do włoskiej wersji disnejowskiego „Aladyna”), choć warto zaznaczyć, że praktyka podkładania głosu na ekranie przyniosła Włochowi wiele zawodowych satysfakcji, czego najciekawszym przykładem w moim przekonaniu niespodziewane spotkanie i międzynarodowa współpraca z samym Robertem Altmanem. Podczas wizyty na Półwyspie Apenińskim i przy okazji dźwiękowej postprodukcji „Trzech kobiet” (3 Women, 1977) amerykański mistrz zgodził się odwiedzić włoskie studio dubbingowe, w którym poznał pracującego nad jego filmem Proiettiego. Zachwycony jego spontanicznością zaproponował mu rolę „z krwi i kości” w swoim włosko-amerykańskim projekcie „Dzień weselny” (A Wedding, 1978). Aktor wystąpił tam u boku swojego idola, a następnie bliskiego przyjaciela Vittorio Gassmana. Niezwykła umiejętność improwizacji, naśladowania różnych postaci i dialektów pojawiała się niezmiennie w kabaretowo-telewizyjnej praktyce Włocha. Nikt, tak jak Proietti, nie był w stanie dokonać tak udanych personifikacji, jak chociażby ta, w której wciela się w samego Edoarda de Filippo!
***
DOPÓKI JEST KINO, DOPÓTY JEST NADZIEJA to autorski cykl esejów poświęcony włoskiej kinematografii – jej kluczowym, ale również mniej znanym nurtom, dziełom, twórcom i twórczyniom – pióra Diany Dąbrowskiej, filmoznawczyni, organizatorki wielu imprez filmowych i festiwali, animatorki kultury i wieloletniej wykładowczyni Italianistyki na Uniwersytecie Łódzkim. Laureatka Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa (2018) za promocję kultury włoskiej ze szczególnym uwzględnieniem kina. W 2019 nominowana do Nagrody Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii krytyka filmowa, zdobywczyni III miejsca w prestiżowym Konkursie o nagrodę im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych.














Guaranà Elodie
Kiedy wyjechałaś z Polski?
W Ligurii malujesz trochę inaczej niż dawniej?






Dodać drobno posiekane przyprawy, doprawić solą i odczekać 1-2 minuty przed dołożeniem ośmiorniczek. Po 1 minucie wyłączyć ogień i poczekać aż ośmiorniczki nabiorą smaku. Ośmiorniczki będą miękkie tylko wtedy, gdy będą się gotować przez kilka minut, nie należy ich gotować za długo, bo staną się twarde i gumowate.



710 lat później 29.08.2005 dwa ferrari 612 startując z Szanghaju rozpoczęły swoją podróż po Chinach. Wyprawa „Ferrari China 15.000 Red Miles Tour” została podzielona na 9 kilkudniowych etapów, czerwono srebrne auta pokryte logotypami wszystkich oficjalnych sponsorów prowadziło 43 dziennikarzy z całego świata. Dla nich pierwszym wyzwaniem, jeszcze przed startem imprezy, było zdobycie chińskiego prawa jazdy, gdyż tego wymagały przepisy Państwa Środka. Auta nie zostały specjalnie zmodyfikowane, dodano jedynie osłony przednich lamp oraz podwozia, co było uzasadnione skoro ponad 2 tys. km z ogółem przejechanych ponad 24 tys. prowadziło drogami nieutwardzonymi. Ekspedycja odwiedziła 37 głównych miast Chin [w tym 10, gdzie w 2005 działali już dystrybutorzy Ferrari], docierając przełęczą Tanggulashan, położoną 5231 metrów n.p.m., nawet do Lhasy w Tybecie. Tak wysoko nie dotarł jeszcze nigdy żaden samochód klasy Ferrari.
Pierwszym właścicielem ferrari w Chinach był Li Xiaohua allias Mr. Ferrari, który zakupił model 348 TS w 1993 z pekińską rejestrację A00001. W ciągu następnych lat na jego słynnym aucie podpisy złożyli m.in. M. Thatcher, Y. Arafat, B.Clinton i inni. Obecnie, jedną z największych trudności w największych miastach stanowi zarejestrowanie auta. Tablice rejestracyjne w Pekinie można na przykład wypożyczyć za ok. 2 tys. USD rocznie lub liczyć na łut szczęścia w urzędowym losowaniu, można też stanąć do aukcji, ale tu ceny szybko przewyższą wartość samego auta. Daleko im jednak do rekordów, jakie padają w Dubaju, gdzie w 2016 za rejestrację,,D5” zapłacono prawie 9 mln USD. W Chinach najbardziej cenione są rejestracje z cyframi 8, 6 i 9 gdyż w języku chińskim brzmią jak bogacenie się, pomyślność i długowieczność. Z drugiej strony 4 jest gorsza niż polska 13 czy włoska 17, gdyż wymowa tej cyfry przypomina słowo śmierć i to wyjaśnia, czemu większość budynków nie ma tam oficjalnie czwartego piętra. W 2010, w przeciwieństwie do Europy lubiącej okrągłe rocznice, w Chinach fetowano sprzedaż modelu 458 Italia, które było 999. sprzedanym tam autem włoskiej marki, cyfra symbolizuje długowieczność i doskonałość.
Ferrari 612 Scaglietti, debiutowało w styczniu 2004 na Salonie w Detroit, drugi człon nazwy zaproponował szef Ferrari Luca di Montezemolo, chcąc uhonorować długoletnią współpracę z Carrozzeria Scaglietti. Kolejnym hołdem dla genialnego Sergia Scagliettiego była linia nadwozia zaprojektowana przez studio Pininfarina, która nawiązywała do modelu 375 MM Berlinetta Aerodinamica, „wyrzeźbionego” osobiście przez Scagliettiego w 1954 na zlecenie reżysera Roberto Rosseliniego z przeznaczeniem na prezent ślubny dla Ingrid Bergman.
Lata produkcji: 2003-2011
Nie było tam bagien w czasach rzymskich, kiedy obszar Liternum został wybrany przez Scypiona Afrykańskiego jako miejsce, w którym chce dożyć swoich dni i kiedy via Appia przebiegała przez obszary, które później zmieniły się w bagna. Jednakże już w przeddzień upadku imperium rzymskiego (w 476 r. p.n.e.) Pola Pontyjskie i równiny wzdłuż rzek Volturno i Sele były stopniowo opuszczane przez mieszkańców. Tereny te przekształcały się w malaryczne bagniska, a bieg via Appia został przerwany. Na powrót przejezdności tej rzymskiej drogi trzeba poczekać ponad tysiąc lat, kiedy to papież Pius VI podjął pierwsze próby osuszenia powstałych bagien. Lokalne toponimy, takie jak Femina Morta (Martwa Kobieta), Caronte (Charon), Pantano d’inferno (Piekielne bagno) czy Piscina della tomba (Grobowy basen) sprawiają, że Pola Pontyjskie jawią się jako ponure i nieprzyjazne otchłanie piekielne. Na obrzeżach tych przeklętych ziem znajduje się kilka klasztorów, jak na przykład Opactwo Fossanova, w którym 7 marca 1274 zmarł Święty Tomasz z Akwinu. Możliwe, że to właśnie tamtejsi mnisi wspierali pierwsze próby hodowli bawołów na tym terenie. Bawoły zyskały również na znaczeniu ze względów wojskowych. Są to jedyne zwierzęta będące w stanie przeciągnąć ciężkie działa przez tereny bagienne. Prawdopodobnie to właśnie ta umiejętność, a nie sama mozzarella, najbardziej interesowała ówczesnych władców.
Ser ten przez długi czas był kojarzony z kuchnią biedoty. Do zmiany tego wizerunku, do uszlachetnienia tego sera przyczynił się fakt (dość paradoksalnie, jako że jest zrobiony ze śmietany), że uznawano go za produkt o niskiej zawartości tłuszczu i wobec tego Kościół Katolicki pozwalał na jego spożycie w dni postne. Około połowy XVIII w. Burbonowie, władcy Królestwa Dwóch Sycylii, rozkazali zbudować przy hodowli bawołów królewski zakład bawoli w mieście Pagliara, czyli pierwszą mleczarnię w historii mozzarelli. Wraz z powstaniem mleczarni rozpoczyna się proces komercjalizacji produktów pochodnych mleka bawolego, a mozzarella nie jest już konsumowana przede wszystkim w rejonie, w którym została wyprodukowana.
Pewną wariacją na ten temat jest burrata, pochodząca z terenów Murge w Apulii. Rozpoczęto jej produkcję na początku XX w., w miejscowości Andria, i był to sposób na wykorzystanie resztek po produkcji mozzarelli. Mieszano śmietanę wraz z resztkami pasta filata (masa parzona, nadająca mozzarelli włóknistą strukturę, kluczowa w procesie produkcji tego sera, przypis tłum.), zawijając taką mieszaninę ponownie w pasta filata. Koncepcja ta odniosła ogromny sukces, jako że burrata, mimo że powstała stosunkowo niedawno, zyskała szanowaną pozycję wśród serów włoskich.

We Włoszech pierwszą osobą, która zebrała przepisy, podnosząc proste czynności kuchenne do poziomu prawdziwej sztuki, był Pellegrino Artusi – pisarz i znawca sztuki kulinarnej, autor książki „La scienza in cucina e l’arte di mangiar bene”. To arcydzieło kuchni włoskiej, napisane mądrze i z nutą ironii, jest nie tylko cennym zbiorem przepisów, ale też prawdziwą perłą literatury. Piero Camporesi, filolog i krytyk literacki, autor przedmowy, napisał w niej: «La Scienza in cucina” uczyniła więcej dla zjednoczenia Włoch niż „Promessi sposi” Manzoniego».








