Apulia to region zwany spichlerzem Włoch, jego nizinne położenie oraz klimat sprawiają, że uprawia się tu obficie zwłaszcza pszenicę durum, pomidory, winogrona, czy oliwki. To zdecydowanie rolnicze tereny ze swoją historią sięgającą czasów starożytnej Grecji. Kulinarna tradycja opiera się tu na makaronach oraz chlebie i jak cała włoska kuchnia, wywodzi się z ubogich i często postnych potraw przyrządzanych według przepisów babć i mam z dbałością o jak najlepszą jakość składników.
Chleb to jeden z tradycyjnych produktów w tym regionie Włoch. Szczególnie znany jest chleb z Altamury, to on wyznacza standardy pieczywa Apulii – wielkie bochny z twardą skórką i miękkim środkiem bardzo długo zachowuje swoją świeżość. Ten z Altamury stał się popularny w całych Włoszech i można go kupić wszędzie. Podobnie stało się z taralli. Ten mały, chrupki rodzaj obwarzanków wymyślono w Apulii, a jak twierdzą znawcy, służył jako suchy prowiant dla pracujących na polu rolników; nie stawał się czerstwy i można go było łatwo przechowywać.
Jak powstają taralli
Taralli wytwarza się z trzech podstawowych składników: mąki pszenicznej, oliwy z oliwek oraz białego wina. Ręcznie zaplatane w małe okrągłe obwarzanki, w ósemki lub warkocze są następnie wrzucane do wrzątku, co zapewni później gładką i błyszczącą powierzchnię. Po obgotowaniu wstawia się je do piekarnika na około pół godziny. Warto dodać, że Włosi, szczególnie mieszkańcy Apulii, traktują taralli jak klasyczne pieczywo, przegryzają nim sery, wędliny, a także wrzucają do zup zamiast grzanek.
Włoski biznes najczęściej opiera się na małych, rodzinnych firmach. W przypadku Apulia Food jest podobnie; jej założyciel, Nunzio Margiotta, który dość wcześnie stracił ojca, od dziecka przypatrywał się jak jego mama wypiekała pieczywo oraz właśnie taralli dla swojej rodziny. Nunzio spełnił swoje marzenie i w 2003 roku otworzył firmę zajmującą się wypiekaniem taralli. Jak z dumą powtarza, są jednym z najmłodszych producentów taralli we Włoszech, ale to oni stworzyli nowe receptury, które dziś przyjęły się na rynku, np. taralli Cacio i Pepe – klasyczne połączenie owczego sera cacio z pieprzem, czy taralli aglio-olio-peperoncino – kombinacja czosnku, oliwy i pikantnych papryczek, tak charakterystyczna dla podawania spaghetti. Najciekawszym przepisem na taralli firmy Apulia Food jest użycie tzw. grano arso – typowego dla Apulii (szczególnie dla regionu wokół Canosa di Puglia, gdzie mieści się siedziba firmy). To po prostu palona, nieoczyszczona pszenica, której pozostawione po zbiorach ziarna zbierano po spaleniu ścierniska. Taralli z tej pszenicy mają wspaniały posmak drewna, z nutą orzechów i karmelu. Dzięki nowym technologiom dziś grano arso wytwarza się poprzez podpiekanie ziaren pszenicy w wielkich piecach.
Nunzio Margiotta i jego czterech synów dzięki zachowaniu rzemieślniczych metod produkcji (taralli są wyrabiane tutaj ręcznie) i tradycyjnych receptur z Apulii stworzyli firmę, która jest obecnie wyznacznikiem trendów w tworzeniu nowych smaków tego pieczywa we Włoszech. Obok klasycznych, rodzina Margiotta proponuje jeszcze takie smaki, jak ziemniaki i rozmaryn, koper włoski, cebula i oliwki, kurkuma i imbir, i inne. Tworzone z sercem, wyłącznie z najlepszych składników stały się prawdziwym przysmakiem, który z pewnością pokochają również polscy smakosze.
W ramach inicjatyw na rzecz promocji włoskich produktów spożywczych organizowanych przez biuro ICE w Warszawie ruszyła „kampania cyfrowa” we współpracy z platformą e-commerce FRISCO.PL uznaną za największą platformę e-commerce w branży spożywczej w Polsce, która w samym tylko obszarze warszawskiej metropolii ma ponad 100 000 klientów.
Kampania skupia się przede wszystkim na autentyczności produktów włoskich (w 100% oryginalnych). Konsumenci odwiedzający platformę znajdą tam Strefę Włoska z ofertą ponad 500 włoskich produktów oznaczonych trójkolorowym symbolem. W celu ułatwienia zakupów, produkty włoskie podzielono na kategorie (sery, napoje bezalkoholowe, pieczywo, przyprawy, wędliny, itp.). Kampanię wspierają również banery i reklamy w 40.000 gazetek promocyjnych, które trafiają bezpośrednio do domów klientów FRISCO.PL, a także publikowane na profilach facebookowych platformy.
Kampania promocyjna będzie realizowana do czerwca 2021 roku. „Dzięki tej inicjatywie – mówi dyrektor Biura ICE w Warszawie, Antonino Mafodda – z łącznej liczby 83 włoskich dostawców obecnych na platformie FRISCO.PL aż 25 firm po raz pierwszy jest obecnych w polskiej przestrzeni e-commerce, co udało się osiągnąć dzięki kampanii informacyjnej przeprowadzonej latem ubiegłego roku przez centralę ICE we Włoszech. Jestem również wdzięczny Ambasadzie Włoskiej, która wspierała nas w kontynuowaniu naszej pracy w zakresie promowania włoskiego agrobiznesu poprzez skupienie się na kanałach cyfrowych. Pomimo wzrostu naszego eksportu do Polski w sektorze rolno-spożywczym, o wartości blisko miliarda euro, nasze produkty pozostają produktami niszowymi i wciąż mają trudności z wejściem do tradycyjnych, wielkopowierzchniowych punktów sprzedaży detalicznej. Z tego powodu kanał e-commerce może okazać się pierwszym krokiem do zagoszczenia na stałe na stołach polskich konsumentów”.
Bezokolicznik to zgodnie z pierwszą lepszą definicją zaczerpniętą z Google, „forma czasownika, która wyraża czynność lub stan w sposób abstrakcyjny, zazwyczaj bez określania czasu, rodzaju, liczby, osoby, trybu, strony i aspektu”. Włoska nazwa infinito bliższa jest łacińskiemu infinitivus, a jej analogiczna definicja brzmi “che non è finito”, nel senso di qualcosa che non ha una determinazione precisa, cioè che è indeterminato, che è indefinito.
Skoro bezokolicznik jest nieokreślony, nie ma wskazanej osoby czy czasu i nie odmienia się, to powinien być lubiany przez każdego, kto uczy się języka i nie lubi wkuwania odmian. A jednak dla Polaków niektóre zdania z jego użyciem wcale nie są takie oczywiste, może dlatego, że bo polsku nie zawsze jest podobnie.
Przeanalizujmy najpierw zdania, które mają identyczną strukturę w obu językach:
Penso di andare in vacanza. Zamierzam pojechać na wakacje. Penso di – ja myślę, zamierzam i andare w bezokoliczniku pojechać, po polsku także bezokolicznik, i jest dla nas oczywiste, że dotyczy tej samej osoby, mnie, że to ja mam pojechać a nie myślę, że ktoś inny to zrobi.
Volete uscire? Chcecie wyjść? Oczywiście tu też użyjemy pierwszego czasownika odmienionego a drugi już będzie w bezokoliczniku.
Do tego momentu oba zdania nie wydają się niczym nadzwyczajnym, bo po polsku jest tak samo i może ktoś z czytelników już się zaczął zastanawiać nad tym, po co tłumaczyć rzeczy oczywiste. Chwilę cierpliwości proszę i spójrzmy na takie zdanie.
Spero di riuscirci. Mam nadzieję, że mi się uda. Po włosku nadal, dokładnie tak jak w poprzednich przykładach, po pierwszym odmienionym czasowniku spero (mam nadzieję) pojawia się bezokolicznik riuscire. Ale nie po polsku! To język polski nie jest tu konsekwentny i nagle używa odmienionej formy czasownika “udawać się”, mimo że zdanie dotyczy tego samego podmiotu, w tym przypadku “ja mam nadzieję” i to “mnie ma się udać, jeśli wszystko pójdzie dobrze”.
Otóż właśnie po włosku w takich zdaniach NALEŻY PAMIĘTAĆ O UŻYCIU BEZOKOLICZNIKA, użycie odmienionej formy czasownika jest wręcz błędem. Podam kilka innych przykładów, żebyśmy oswoili się z tematem:
Lui ha paura di perdere il treno. On boi się, że nie zdąży na pociąg.
Siete contenti di essere qui? Cieszycie się, że tu jesteście?
Dubitavo di passare quell’esame. Wątpiłam, że zdam ten egzamin.
Luisa credeva di essere bella. Luisa sądziła, że jest ładna.
Erano sorpresi di vederci. Byli zdziwieni, że nas widzą.
Oczywiście bezokolicznik to forma, której używamy także w innych konstrukcjach; w wyrażeniach stałych typu adire il vero (prawdę mówiąc). Możemy go też przekształcić w formę rzeczownikową choćby w słynnym powiedzeniu Tra il dire e il fare c’è di mezzo il mare tłumaczone na polski jako “łatwo powiedzieć, trudno zrobić”.
To jednak na zdaniach z przykładów chciałabym skupić waszą uwagę jako, ponieważ tam najczęściej pojawiają się błędy. Zawsze kiedy napotykamy jakąś formę czy strukturę odmienną od naszego języka ojczystego, istnieje ryzyko pomyłki, dlatego pamiętajmy o bezokoliczniku!
Dawne artystki tworzyły głównie w klasztorach lub warsztatach ojców, jeśli ci byli malarzami lub rzeźbiarzami. Rzadko zdarzało się, że utalentowana córka była wysyłana na naukę malarstwa do mistrza i praktykowała w jego warsztacie. Historia pokazuje jednak, że wśród ludzi dawnych epok także zdarzały się umysły na tyle odważne, by wspierać talent córek. Jednym z nich był Amilcare Anguissola, ojciec Sofonisby, XVI-wiecznej portrecistki.
Młoda malarka-humanistka
Sofonisba, urodzona około 1535 roku, była najbardziej utalentowaną artystycznie córką Amilcara i ojciec posłał ją na naukę rysunku do pracowni Bernardina Campi. Kolejnym nauczycielem przyszłej malarki był Bernardino Gatti, zwany Il Sojaro. Po sześciu latach nauki młoda malarka otworzyła pracownię, a ojciec był jej pierwszym mecenasem. W zamian za protekcję, oddawał wysoko postawionym znajomym jej obrazy i korespondował ze znanymi artystami, między innymi z Michałem Aniołem, który poprosił o przesłanie rysunku. W 1557 roku Sofonisba wysłała szkic Chłopiec uszczypnięty przez raka, który został pozytywnie oceniony. Wkrótce dziewczyna była zatrudniana przez arystokrację, a po zleceniach na dworach w Mantui i Ferrarze zaczęła pracę na madryckim dworze królewskim. Jako wykształcona dama dworu i nauczycielka królowej Elżbiety Walezjuszki Sofonisba była równorzędną partnerką, a nawet pożądanym towarzystwem dla tamtejszej arystokracji. Ostatnie lata życia spędziła w Palermo, gdzie odwiedził ją Antoon van Dyck. Zachował się portret wykonany ołówkiem i notatki van Dycka z 1624 roku, który pisał, że niedowidząca Sofonisba doradzała mu, w jaki sposób wykorzystać światło, by ukryć jej zmarszczki. Olejny portret malarki wykonany na podstawie rysunku znajduje się dzisiaj w zbiorach jednego z angielskich muzeów.
Renesansowy portret w polskiej kolekcji
W polskich zbiorach znajduje się Autoportret malarki z 1556 roku. Prezentowany na Zamku w Łańcucie stanowi perłę w kolekcji muzealnej, ale jest jednocześnie renesansowym świadectwem życia kobiety-artystki. Sofonisba namalowała siebie przy sztaludze, z pędzlem w dłoni podczas wykańczania obrazu Madonny z Dzieciątkiem. Być może jest to kopia obrazu Bernardina Gattiego, bo manierystyczna, wydłużona sylwetka wskazuje na szkołę cremońską, a artystka mogła w ten sposób oddać hołd swojemu nauczycielowi. Sofonisba ma na nim młodą, niemal dziecięcą twarz o dużych, ciekawych świata oczach i skromnie zaczesane na boki włosy zebrane do tyłu, dodatkowo ukryte pod czarną siatką. Prosta, ale elegancka czarna suknia z jedwabnej tkaniny z rozchyloną z przodu ciemnobrązową kamizelką marszczoną na ramionach pomimo dopasowania nie krępuje ruchów malarki, która wydaje się być swobodna. Przy szyi i nadgarstkach wystaje biała, miękka koronka spodniej szaty w stylu weneckim. W lewej dłoni kobieta trzyma drewnianą podpórkę dla pracującej prawej ręki z pędzlem zawieszonym tuż przed obrazem.
Kolorystycznie obraz jest stonowany, ale kilka stanowczych akcentów, jak plama czerwieni na palecie malarskiej, pastelowy róż i błękit szat Madonny kontrastujące z ciemnym tłem, nadają całości energii. Dominantą barwną są jednak brązy, które nadają portretowi ciepła i spokoju. Ciemne tło i rozproszone jasne światło wydobywają twarz malarki i to ku niej przede wszystkim kieruje się wzrok. Dodatkowym atutem techniki malarskiej są delikatnie rozmywające się kontury, które sprawiają, że precyzyjnie malowana scena nabiera miękkości.
Wiele autoportretów malarki jest dzisiaj rozproszonych po muzeach całej Europy. Artystka przedstawiała siebie przy sztalugach, grającą na szpinecie, z książką w dłoniach. Każdy z tych przedmiotów określał ją jako kobietę wykształconą.
Sofonisba malowała głównie portrety pomimo tego, że w czasach, w których tworzyła popularnością cieszyły się sceny religijne i mitologiczne. Studia rysunkowe i malarskie nie obejmowały szkiców z natury i kobieta nie była w stanie poznać anatomii człowieka tak, jak studiowali ją mężczyźni, tworzący wielopostaciowe kompozycje na zlecenie świeckich i kościelnych mecenasów. Jako artystka epoki późnego renesansu nie miała praw równych mężczyznom, ale jej talent i zabiegania ojca umożliwiły dostatnie życie, a zapotrzebowanie na portrety było ogromne. Sofonisba wydobywała charakter portretowanego i przenosiła go na płótno, tworząc dzieło naturalistyczne, choć często lekko idealizowane, jakby robiła lekki ukłon w stronę modela. W każdym z zachowanych autoportretów tak, jak w Autoportrecie przy sztalugach pokazywała siebie bez skrępowania, uważną, pogodną i pogodzoną z dobrym życiem. Bo patrząc na jej obrazy wydaje się, że Sofonisba prowadziła dobre, spokojne życie.
Kobiety w kulturze XVI wieku
Czasy, w których tworzyła Sofonisba, były przełomowe. Pomimo tego, że jeszcze przez wiele lat kobiety stanowiły wyjątek w świecie artystycznym, już w XVI wieku Ludovico Ariosto, renesansowy poeta, pisał, że Kobiety do doskonałości przyszły w każdej sztuce, co staraniem swym obdarzyły. Nie trza wam, o damy, które chcecie znakomitą uprawiać sztukę, poniechać drogi owej. Kobiety epoki renesansu tworzyły poezję i były mecenaskami artystów. Elżbieta Gonzaga, muza Baltazara Castiglione, Vittoria Colonna, poetka i przyjaciółka Michała Anioła, Izabela d’Este, mecenaska wielu artystów, między innymi Leonarda da Vinci, Tycjana, czy Ludovica Ariosta i wiele innych, które znacząco wpłynęły na kulturę. Sofonisba tworzyła portrety, ale jej talent oddziaływał na wielu artystów tworzących po niej: Petera Paula Rubensa, Antona van Dycka, czy Caravaggia, który zainspirowany rysunkiem Chłopiec uszczypnięty przez raka, namalował swojego Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę. Sofonisba malowała portrety, ale jej sukces, jako artystki, stał się przepustką dla kolejnych pokoleń kobiet. Lavinia Fontana, pierwsza artystka w historii pracująca poza dworem, czy klasztorem, rozpoczęła swoją twórczość w warsztacie ojca, ale w jednym z listów pisała, że poświęciła się sztuce malarskiej po obejrzeniu portretu Sofonisby Anguissoli.
Lato się już skończyło, w związku z tym wieczorne rozgrzanie się zupą jest zawsze przyjemnością. W menu naszych restauracji oferujemy prostą i tradycyjną zupę cebulową przyrządzoną zawsze z wysokiej jakości produktów podążając za tradycjami oferowanymi przez nasze piękne Włochy.
Tradycyjnie to Francja odgrywa główną rolę w temacie zupy cebulowej, ale my nie zapominamy o przepisach naszych babć wykorzystujących składniki z ogrodów warzywnych, które przygotowywały potrawy, które nawet dziś, być może przy kieliszku dobrego wina, rozpieszczają podniebienie. Zupę cebulową, którą oferuje restauracja Al Ponte, cechuje prostota i odrobina czysto włoskiej oryginalności.
Drobno pokrój cebulę i na patelni rozpuść masło, uważając, aby się nie przypaliło. Dodaj duszoną cebulę do wina, dopraw solą i dodaj mąkę, dobrze mieszając, aby nie tworzyła tak zwanych „grudek”, gorący bulion gotuj przez około 40/50 minut.
Gdy zupa będzie gotowa, przygotuj tosty i umieść drobno pokrojony ser fontina na wierzchu, zalej pyszną, gorącą zupą, a następnie dodaj kilka kropel oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia, świeżo zmielony pieprz i… czas na przyjemność!
Do zupy cebulowej polecamy wybrać wino Savignon lub Soave.
Poszukując ciekawych tematów dotyczących kuchni włoskiej, interesujących nie tylko z punktu widzenia właściwości odżywczych, ale i smaku. Zdałam sobie sprawę, że pominęłam ulubione danie Włochów – pizzę! Postaram się to natychmiast naprawić!
Na całym świecie pizza jest jednym z najbardziej popularnych i cenionych dań. W tradycji kuchni włoskiej o pierwsze miejsce walczy tylko z makaronem. Jeśli prawdą jest stwierdzenie, że jesteśmy tym, co jemy, to Włosi są przede wszystkim pizzą!
Przepis na pizzę jest jednym z najczęściej eksportowanych za granicę. W 1970 roku antropolog Agehananda Bharati wymyślił termin „efekt pizzy”, oznaczający potrawę, która najpierw zyskuje popularność zagranicą, żeby później wrócić do kraju pochodzenia jako bohater. Współczesne przyprawy do pizzy, uważane przez wszystkich za klasyczne, nie powstały we Włoszech, zostały wymyślone w Stanach Zjednoczonych przez emigrantów włosko-amerykańskich, następnie wróciły do Italii nadając blasku zapomnianej potrawie, nazywanej wówczas „focaccią dla biednych”.
Obecnie występuje wiele rodzajów pizzy. Najczęściej zamawianą pizzą w Stanach Zjednoczonych jest pizza Pepperoni, ale jej nazwa może wprowadzać w błąd, dlatego trzeba pamiętać, że jej głównym dodatkiem jest pikantne salami. Na drugim miejscu jest pizza z ananasem, której spróbowanie we Włoszech jest właściwie niemożliwe. Połączenie owoców z pizzą to dla Włochów herezja. Prawdziwą królową, razem z klasyczną Marinarą, jest oczywiście Margherita napoletana.
Korzenie powstania pizzy sięgają zamierzchłych czasów: już od neolitu przygotowywano ciasto z mąki i wody, z którego wypiekano chleb właśnie w formie okrągłej pizzy. Starożytni Egipcjanie natomiast jako pierwsi odkryli sekrety wyrastania ciasta.
Marinara powstała w 1734 roku, Margherita natomiast rozpowszechnia się w latach 1796-1810, chociaż mówi się, że jej nazwę wymyślił kucharz Raffaele Esposito z pizzerii Brandi w Neapolu (istniejącej do dzisiaj), który przygotował dla królowej Włoch Małgorzaty Sabaudzkiej pizzę z dostępnymi akurat składnikami w kolorach włoskiej flagi: bazylia, pomidory i mozzarella. Tradycyjny przepis na Margheritę jest następujący: 1 litr wody, 50 gramów soli, 3 gramy świeżych drożdży, 1.8 kg mąki pszennej typu 00. Prawdziwą pizzę neapolitańską piecze się w piecu opalanym drewnem, powinna być miękka, elastyczna i posiadać średnicę około 35 cm.
Niewątpliwie pizza uważana jest za danie kompletne pod względem wartości odżywczych. Margherita średniej wielkości (300 gr) ma co najmniej 800-1000 kcal. Po dodaniu innych składników ich ilość rośnie nieubłaganie. Większość kalorii dostarczają węglowodany, które stanowią aż 52% masy, białka i tłuszcze odpowiednio 21% i 12%. W pizzy nie występuje błonnik, który można ewentualnie uzupełnić dodając warzywa lub zjadając sałatkę na przystawkę.
Można wywnioskować, że chociaż smaczne, jest to danie wysokokaloryczne. Gdy zostaną dodane do niej inne składniki niż warzywa (sery i kiełbasy), staje się jeszcze bardziej niezdrowe, ponieważ znacznie wówczas wzrasta poziom tłuszczów pochodzenia zwierzęcego. Co więcej, ser zachowuje się jak narkotyk. Podczas trawienia kazeina uwalnia serię opiatów, które pobudzają receptory zaangażowane w regulację stanu przyjemności i tworzą uzależnienie (na podstawie badania Uniwersytetu w Michigan opublikowanego w Narodowej Bibliotece Medycznej USA).
Jak zachować równowagę? Jedzmy pizzę, ale taką przygotowaną z wysokiej jakości składników. Jeśli jest idealnie wypieczona bez dużej ilości dodatków i przypraw, wtedy wkomponuje się w plan żywieniowy i raz w tygodniu będzie można sobie na nią pozwolić.
Unikajmy natomiast pizzy zawierającej olej z nasion lub smalec: do przyprawiania można użyć oliwy z oliwek. Nie przesadzajmy z serami i kiełbasami, w ich miejsce dodajmy warzywa. Kombinację „pizza-piwo-deser” również należy wykluczyć, bo danie stałoby się prawdziwą bombą kaloryczną. Po posiłku zalecana jest naturalna sałatka owocowa.
Na koniec, tym razem zamiast przepisu (który już znacie), polecam książkę. To książka, która niesie dobro: zarówno jej bohaterom (dochód zostanie przeznaczony na budowę szkoły dla dzieci na uchodźctwie w Turcji) jak i czytelnikom. Co ma wspólnego z pizzą? Dowiecie się czytając!
Nicolò Govoni, “Se fosse tuo figlio” (ed. Rizzoli): “Dzisiaj robimy pizzę. Cała klasa wykrzykuje radośnie i klaszcze. Wszyscy słuchają przepisu w religijnej ciszy. Niektóre dzieci nie mogą usiedzieć w miejscu i dosłownie wspinają się na palce, żeby lepiej widzieć. Hammudi, rzecz jasna, jest jednym z nich. Mays natomiast robi notatki. Nie idzie jej to zbyt dobrze, ale stara się ze wszystkich sił”.
Słoneczne, wiosenne popołudnie. Mały pokoik na strychu, w powietrzu unosi się zapach drewna i kwitnącej za oknem jabłoni. Pochylona nad ikoną siedzi Anna Crisanti. Maluje szatę włoskiej Madonny z XIV wieku zwanej też Madonna di Costantinopoli, z ołtarza głównego kościoła San Nicola w Mola di Bari. Te same, śmiejące się oczy i jasne włosy, które zapamiętałam z czasów naszego wspólnego pobytu w liceum plastycznym w Krakowie. I, chociaż lat przybyło, a z nimi zmarszczek i parę kilogramów – to ta sama Ania! Wesoła, życzliwa i zatopiona w swej twórczości. Wstaje, uśmiecha się, wycierając ręce w malarski fartuch. Zamaskowane, (bo to czas pandemii) patrzymy obie na uśmiechającą się delikatnie Madonnę. To ikona z kręgu cypryjsko-bizantyńskiego, o typie ikonograficznym Galaktotrophousa (Matka Boska karmiąca) prawdopodobnie przywieziona z Konstantynopola.
Jak to się zaczęło, czy najpierw była miłość do sztuki włoskiej czy miłość do Włocha?
Najpierw do sztuki… Ucząc się w krakowskim liceum plastycznym, poznając sztukę włoską marzyłam, by pewnego dnia zobaczyć te cuda na własne oczy.
I udało Ci się poznać prawie całe Włochy i to jeszcze w czasach, gdy wyjazd poza Polskę graniczył z cudem.
Oj tak, to był cud. Jeszcze jako uczennica poznałam włoskiego studenta, który przyjechał do Polski. Był zachwycony postacią Jana Pawła II. Marzył, by zobaczyć kraj, w którym polski papież mieszkał i działał. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Tak się zaczęła nasza przyjaźń, potem miłość i wspólne życie… Początki były bardzo trudne… W moim domu nie było telefonu, listy szły długo i często były otwierane i niszczone (np. moczone w wodzie, która rozmazywała pisane atramentem litery). Luigi, bo tak nazywał się mój przyszły mąż, przyjeżdżał do Polski na każde wakacje. Ja mogłam tylko marzyć o wyjeździe do Włoch. Gdy nastał stan wojenny trudności z kontaktem były jeszcze większe. Listy do Luigiego pisałam sokiem z cebuli (widocznym po podgrzaniu), opisując sytuację w Polsce. Normalnym atramentem pisałam kilka typowych zdań, jakieś pozdrowienia, życzenia, itp.
Anna i Luigi
A w jakim języku korespondowaliście?
Początkowo po angielsku. Ja jeszcze przed poznaniem Luigiego zaczęłam uczyć się włoskiego, więc stopniowo przechodziliśmy na włoski. Czasem zdarzały mi się językowe wpadki, gdy na przykład Luigi przesłał mi przez znajomego (pocztą w stanie wojennym było to niemożliwe) paczkę słodyczy, z dedykacją: „Accetta questo piccolo segno della nostra amicizia„ – przyjmij ten mały znak naszej przyjaźni”, którą ja przetłumaczyłam jako „siekierę” naszej przyjaźni, co bardzo mnie zaniepokoiło.
Długo trwała ta wasza „korespondencyjna miłość”?
Niestety długo, bo ponad cztery lata. Byłam bardzo młoda, a wtedy czas dłuży się jeszcze bardziej.
Gdy skończył się stan wojenny, a ja zdałam maturę, Luigiemu udało się wreszcie zaprosić mnie do Włoch, wysłał specjalne zaproszenie (bez tego wyjazd byłby niemożliwy!) i pozostało tylko załatwienie wizy. Pojechałam z mamą do Warszawy, do konsulatu włoskiego. Okazało się, że przed konsulatem trzeba stać w kolejce kilka dni, a wizę będę mogła dostać najwcześniej za dwa miesiące! A ja miałam zaproszenie na już i bilet na samolot w kieszeni, na moje pierwsze, włoskie wakacje!
Zostałaś w Polsce?
Wyobraź sobie, że przydarzyła mi się niezwykła historia. Z poznaną w kolejce koleżanką postanowiłyśmy pojechać do Ambasady Włoskiej! Nie miałyśmy pojęcia, gdzie się ta ambasada znajduje i czy nas tam w ogóle przyjmą.
Gdy dotarłyśmy w końcu na plac Dąbrowskiego, żaden z budynków nie miał wywieszonej flagi włoskiej, więc nie miałyśmy pojęcia, w którym z nich mieści się ambasada. Postanowiłyśmy spytać pana spacerującego z pieskiem. Pan ten okazał się cudzoziemcem i grzecznie, po angielsku wyjaśnił nam, gdzie się znajduje ambasada Włoch. Spytałam czy mówi po włosku, a gdy potwierdził domyśliłam się, że pewnie się orientuje, jak pracuje ambasada i jak mogłabym załatwić przyspieszenie wizy. Trochę ponarzekałam na opieszałą pracę konsulatu i gdy wyjaśniłam, jakie to „ważne sprawy rodzinne” przywiodły mnie do ambasady, miły pan ujęty moimi opowieściami postanowił pomóc. Okazało się bowiem, że rozmawiałam z samym Ambasadorem Włoch. Wizę otrzymałyśmy po dwóch dniach!
Niesamowita historia! Czyli mogłaś wyjechać do twojej krainy marzeń?
Tak! No i poznać rodzinę mojego chłopaka, jego kraj, przyjaciół! Na własne oczy zobaczyć te cuda, o jakich tylko czytałam i uczyłam się na lekcjach historii sztuki. Zaczęliśmy od zwiedzania Rzymu, potem objechaliśmy właściwie całe Włochy. Pożyczonym autem, autostopem, czym się tylko dało. Nie mogłam się nacieszyć! Z radości nauczyłam się nawet pływać i nurkować! Pojechaliśmy w Alpy. Wieczory w Dolomitach, gdy o zachodzie słońca góry zabarwiają się na złoto-czerwono zapamiętam do końca życia! Byłam zakochana, zachwycona otaczającym mnie pięknem i bardzo szczęśliwa
A było w ogóle coś, co ci się nie podobało?
Chyba byłam zbyt szczęśliwa, by zauważyć jakieś dysonanse, ale drażniło mnie na przykład, że koledzy Luigiego zamiast zwiedzać, oglądać, pływać wolą siedzieć w namiotach i grać w karty! Nie mogłam tego pojąć!
A największy zachwyt?
Wolność! Wydawało mi się, że wszystko we Włoszech jest tak urządzone, by ludzie byli szczęśliwi i by żyło im się wygodnie. Bardzo im tego zazdrościłam!
No i jaki jest ciąg dalszy tej piękne historii?
Na razie wspaniały! Luigi, z wykształcenia filozof, znalazł pracę w Krakowie jako nauczyciel profesorów akademickich przy Centrum Doskonalenia Języków Obcych dla Nauczycieli Akademickich. Jego uczniami było wielu wspaniałych profesorów krakowskich, w tym obecny prezydent Krakowa. Zachwycony naszym krajem, z wielką estymą dla Krakowa, naszych tradycji i religijności nie wyobrażał sobie powrotu do Włoch. Wspólnie otworzyliśmy także przy Rynku Głównym w Krakowie jedną z pierwszych pizzerii „Pizza al taglio”. W tym bardzo szczęśliwym dla nas czasie, znajomi i rodzina ciągle mówili, że powinnam wrócić do malowania. Szczęśliwym trafem zostałam zaproszona do włoskiej szkoły ikonograficznej w Seriate – dzisiaj Scuola Iconografica di Seriate. To była bardzo ekskluzywna szkoła, mogłam się uczyć w zamian za tłumaczenia, jakie miał wykonać Luigi dla tej szkoły. Był to wspaniały czas, wypełniony pracą twórczą, poznawaniem regionu, rozwijaniem umiejętności malarskich. Niedługo potem urodziło się nasze pierwsze dziecko – Francesco, na cześć św. Franciszka, a także, by sprawić radość rodzicom Luigiego, a zwłaszcza ojcu, który pochodził z Umbrii. Dziadkowie w niecały miesiąc od urodzenia dziecka przyjechali z Rzymu, by zobaczyć swego pierwszego wnuka. Po pięciu latach pojawił się nasz drugi syn – Dawid.
W jakim języku mówiliście do Francesca?
W obydwu! Luigi po włosku, ja po polsku. Poza tym Luigi pięknie śpiewał. Często brał gitarę i robił nam wspaniałe koncerty pieśni włoskich. Zarówno tych dla dzieci, religijnych, jak i tych wspaniałych tradycyjnych, których Włochy mają nieskończoną ilość. Tam dzieci zanim nauczą się mówić i chodzić, uczą się tańczyć i śpiewać. Francesco bardzo szybko zaczął i mówić i śpiewać.
A jakie włoskie tradycje udało Wam się przenieść na polski grunt, w tych nieciekawych latach osiemdziesiątych?
Przede wszystkim picie kawy. W rzymskim domu Luigiego był to rytuał. Sprowadziliśmy z Włoch prawdziwy ekspres! Było to coś zupełnie niezwykłego! Prawdziwe cappuccino w Krakowie! No i oczywiście budowanie szopki. Luigi tworzył z papieru skały, chłopcy ustawiali figurki. Towarzyszyła temu niezwykła atmosfera, wzmocniona włoską muzyką i potrawami, które uczyłam się przyrządzać od mojej włoskiej teściowej. Spory polityczne przy obiedzie też udało nam się przenieść na polski grunt! Gdy kończył się wspólny, rodzinny obiad – kończyły się kłótnie i wszyscy grzecznie pomagali przy sprzątaniu.
A co z malowaniem?
Musiałam na jakiś czas je odłożyć, tym bardziej, że urodziłam trzecie dziecko – córeczkę Marysię. Obiecałam sobie, że jak córka pójdzie do przedszkola, powrócę do moich obrazów. Niestety, gdy Marysia miała sześć lat, Luigi zmarł. Nagle zostałam sama, bez pracy i z trójką dzieci. Rodzina włoska i polska pomagały jak tylko potrafiły, ale było nam bardzo ciężko. I pewnego dnia Muzeum Narodowe w Krakowie zwróciło się do mnie o poprowadzenie warsztatów ikonograficznych. Ucieszyłam się bardzo! To było moje wielkie marzenie, ale równocześnie bałam się, czy potrafię kogoś nauczyć malować ikony. Na szczęście poradziłam sobie i od lat prowadzę takie warsztaty zarówno w muzeach jak i w domach kultury oraz prywatnie zarówno w Polsce i we Włoszech.
Ale sama też malujesz, przyjmujesz zamówienia na dawne obrazy włoskie oraz ikony?
Oczywiście! Malowanie, to mój kontakt z Bogiem, lek na smutek, chwila uspokojenia, wyciszenia i radości.
A „zamówienie życia”?
Myślę, że to jeszcze przede mną. Póki co, najbardziej jestem dumna z wielkiej ikony Mandylionu do ołtarza głównego o wymiarach – 2,5 x 2,5 m do kościoła w Wieliczce. Namalowałam go w trzy miesiące! Niezwykłym było natomiast zamówienie kopii ikony 1:1 z ołtarza kościoła w północnych Włoszech. Dzięki pracy twórczej, miłości do sztuki udało mi się odzyskać równowagę. Wyszłam ponownie za mąż, za Piotra również wdowca z trójką dzieci. Pracujemy teraz razem, dzieląc się wspólną pasją do ikon i sztuki. Piotr wykonuje deski, robi grunty i złocenia, a ja maluję. Oboje kochamy Włochy, gdzie mamy mnóstwo przyjaciół i właśnie planowaliśmy włoską podróż marzeń. Kupiliśmy przyczepę campingową i zamierzaliśmy objechać i zwiedzić każdy zakątek, lecz niestety pandemia pokrzyżowała nasze plany. Wielka miłość nigdy nie ustaje i wrócimy tam za rok.
Wyjazd do Perugii jest jak rzut monetą – nie wiadomo co wypadnie. Dla jednych będzie to strzał w dziesiątkę, inni będą zawiedzeni, znudzeni rytmem miasta środkowych Włoch. Pojechałem, co może dość oczywiste, dla… dzieł Perugina, przedstawiciela szkoły umbryjskiej. Na miejscu, w tym leniwym i nieco mrocznym mieście, otwierały się kolejne skarby regionu.
O Perugii często nie wypowiadano się pochlebnie, co po wizycie zaczęło mnie dziwić. Utkwiły mi w głowie słowa z książki, którą miałem przy sobie – „Pamięć Włoch” Wojciecha Karpińskiego, gdzie czytamy, że miasto wydało się autorowi „[…] mrocznym i brutalnym. Czułem się zduszony i przytłoczony”. Trzeba powiedzieć, że Perugia nie była ostoją dostojnego humanizmu, a rządy despotów miały skutki dość „pragmatyczne” w podejściu do zagadnień życia i śmierci krew w czasach nowożytnych przelewała się tu strumieniami.
Miasto nazywane w czasach rzymskich „Augusta Perusia” liczy dzisiaj ok. 167 tysięcy mieszkańców. Perugia, jak wiele włoskich miast, leży bliżej obłoków, niż ziemi. Po przyjeździe pociągiem, trzeba przejść przez dworzec (warto zwrócić uwagę na poczekalnię, pusta wygląda osobliwie), skierować się w lewo w stronę funicolare i „minimetrem” pojechać do „starego” miasta na szczycie. Jego centrum stanowi Piazza IV Novembre, gdzie pośrodku stoi Fontana Maggiore (1277-1278) – dostępny niemal na wyciągnięcie ręki skarb miasta, na którym widać szeroki wachlarz przedstawień – od proroków i świętych po scenki z symbolicznymi wizerunkami mieszkańców wsi. Autorami są Niccolò Pisano i jego nie mniej utalentowany syn Giovanni, rzeźbiarscy mistrzowie swoich czasów, przełomu XIII i XIV wieku, znani z prac w Pizie, Sienie, Pistoi. Fontanna przez lata była otoczona szczególnym szacunkiem, ustawowo nie wolno było w niej poić zwierząt i czerpać wody, a dzisiaj od arcydzieła dzieli nas okratowanie, które przypomina o tej tradycji.
Po jednej stronie wznosi się katedra San Lorenzo, po drugiej ratusz – Palazzo dei Priori. W środku mieści się Galleria Nazionale dell’Umbria. To wiele mówiąca nazwa, która uzmysławia, że nie da się opowiedzieć o całości zjawisk artystycznych bez odniesienia do regionu, czy lepiej powiedzieć do „szkoły umbryjskiej”. Zanim zaczniemy oglądać dzieła jej najlepszego przedstawiciela Perugina, trzeba przedrzeć się przez sale sztuki dość przeciętnej albo takiej, która ważna była dla samej tylko Umbrii, czyli Fiorenzo di Lorenzo i Giovanniego Boccatiego. Warto oczywiście dłużej zatrzymać się przy rzeźbach Arnolfa di Cambio, pięknej „Madonnie” Duccia czy „Poliptyku z Perugii” albo inaczej „św. Antoniego”, umieszczonym w ciemnej sali, którego autorem jest znakomity Piero della Francesca. Dzieło jest hipnotyzujące, więc stoimy przed nim jakiś czas. Z transu budzą nas inne prace, takie jak te Agostina di Duccio, który jest autorem rzeźbiarskiej oprawy w oratorium św. Bernarda przy kościele św. Franciszka.
Chciałem jednak zobaczyć przede wszystkim prace Perugina, czyli nauczyciela Rafaela, którego 500. rocznicę śmierci obchodzimy w tym roku. Autora „Madonny ze szczygłem” Perugino zgodził się przyjąć do pracowni malarskiej i to on miał największy wpływ na działalność młodego twórcy. By przekonać się jak bardzo uczeń przerósł mistrza świadczą obrazy z 1504 roku podejmujące ten sam temat „Zaślubin Marii”, warto więc porównać te dwa dzieła Rafaela i Perugina (jeden znajduje się w Mediolanie, drugi we francuskim Caen). Perugino urodził się ok. 1450 roku w umbryjskim Città delle Pieve. Choć kształcił się we Florencji i pracował poza rodzinnymi stronami, to w Perugii rozwinął swoją szkołę. Pracował w manierze charakterystycznej dla siebie, w zamiłowaniu do błękitów oraz rozkładania ich w rytmie miękkiego modelunku, niekiedy z sentymentalnym zapędem. Mnie zachwycił wczesny „Pokłon Trzech Króli” z ok. 1475 roku. To prawdziwy koncert gestów, warto dłużej się w niego wsłuchać. Po wyjściu z muzeum należy udać się do sąsiedniego budynku, gdzie mieści się Collegio del Cambio, dawna siedziba gildii kupców oraz tych, którzy zajmowali się wymianą pieniędzy. Piękne wnętrza zdobią freski m. in. osławionego już Perugina.
Kiedy zejdziemy via Baglioni (o patronach tej ulicy, a także o Oddich, którzy odcisnęli silne piętno na historii miasta, sporo można byłoby złego powiedzieć), dojdziemy do Rocca Paolina. To XVI-wieczna twierdza, powstała dla papieża Pawła III na etruskich, rzymskich i średniowiecznych zabytkach. Zwiedzanie jej podziemnych korytarzy przypomina wędrówkę po jaskiniach, ewentualnie osobliwe carceri. Budowla została zburzona w połowie XIX wieku i znów parę lat później odbudowana dla papieża Piusa IX, aż do zdobycia tej zadziwiającej architektury przez wojska Królestwa w 1861 roku. Warto tam zajrzeć nie tylko ze względu na klimat wnętrz, ale także na wystawy sztuki współczesnej.
W centrum Perugii można znaleźć pożywienie nie tylko dla duszy, ale i ciała. Na rogu jednej z ulic pojawiają się sprzedawcy mięsiw, solidna porcja tradycyjnej porchetty jest w stanie na długo zasilić żołądek podczas wędrówki. Na kolację jednak należałoby zdecydować się na spaghetti alla norcina, z sosem z trufli, region słynie bowiem z tego ekskluzywnego specjału, który skrywają umbryjskie lasy. Co może dopełnić całości, jeśli nie wino z okolic Orvieto? Wiadomo bowiem, że Umbria to jedna z najstarszych włoskich winnic. Na koniec warto dodać, że miasto uznawane jest za włoską stolicę czekolady, znajduje się tutaj jej fabryka i corocznie odbywa festiwal, poświęcony przysmakowi.
Historia Perugii skłania jednak do gorzkich konstatacji – nie był to nigdy wielki ośrodek artystyczny, a dzieje miasta oparte są na mrocznych dokonaniach bratobójczych walk. W cieniu kamiennych, ciasnych wąwozów ulic serce miasta oddycha mrokiem dawnych dziejów. Perugia to jednak miejsce kontrastów, by się o tym przekonać wystarczy na chwilę posiedzieć w Giardini Carducci i zatopić się w ożywczych szarobłękitnych dolinach Umbrii, które znamy z obrazów Perugina.
Ferzan Özpetek, Kasia Smutniak - Biennale di Venezia, fot. Andrea Pattaro/Vision
“Sekret bogini Fortuny” to nowy film Ferzana Özpetka, reżysera o tureckich korzeniach od lat mieszkającego w Rzymie, który od lipca, dzięki dystrybucji Aurora Films, będzie można oglądać w polskich kinach. Film miał już swoją premierę na Festiwalu Wiosna Filmów, który w tym roku, ze względu na pandemię, odbył się w całości online. Niezwykle szczera i poruszająca historia przywodzi na myśl atmosferę wcześniejszych filmów reżysera jak choćby „On, ona i on” czy „Okna”.
Film opowiada o kryzysie związku Arturo (Stefano Accorsi) i Alessandro (Edoardo Leo), których stabilne życie wywraca się do góry nogami wraz z przyjazdem dwójki dzieci: Martiny (Sara Ciocca) i Sandro (Edoardo Brandi), pozostawionych parze pod opieką na kilka dni przez przyjaciółkę Alessandro – Annamarię (Jasmine Trinca).
„Sekret bogini Fortuny, to film pełen emocji, które zdają się prowadzić głównych bohaterów w ich wyborach, skąd pomysł na tę historię?
Jakieś dwa lata temu mój brat zachorował na raka i od razu było wiadomo, że jego stan jest ciężki. W takich momentach pojawiają ci się w głowie różne scenariusze. W pewnym momencie zadzwoniła do mnie żona brata prosząc, abym obiecał, że zajmę się ich dwójką bliźniaków, jeśli jej również coś się stanie. Obiecałem jej to, ale zaraz po odłożeniu słuchawki zacząłem mieć wątpliwości. Zadałem sobie pytanie, jak dzieci czułyby się w domu ze mną i z moim partnerem Simone. Jesteśmy razem już od osiemnastu lat, mamy własne przyzwyczajenia, nasze mieszkanie jest zawsze pełne przyjaciół i panuje w nim zamieszanie. Dzieci wywróciłyby naszą codzienność do góry nogami. Nie byłem pewny, czy jestem gotowy na taką rewolucję. Z jednej strony pojawiło się dużo znaków zapytania, z drugiej jednak od razu pomyślałem, że to świetny temat na film. I tak, razem ze współscenarzystą Gannim Romolim, zabraliśmy się za pisanie scenariusza.
W momencie powstawania scenariusza znane były już wszystkie lokalizacje? Interesuje mnie zwłaszcza Sanktuarium Fortuny w Praeneste, które scala całą historię.
Scenariusz i miejsca akcji rodziły się jednocześnie. Simone jest z Palestriny, znajdującej się niedaleko Rzymu, gdzie mieści się Sanktuarium Fortuny w Praeneste. To wyjątkowe miejsce, poświęcone kultowi Bogini Fortuny, zawsze w jakiś sposób mnie fascynowało. Sanktuarium, wybudowane na przełomie II i I wieku p.n.e. było bardzo popularne w czasach antycznych, ponieważ można tam było konsultować się z wyrocznią, prosząc ją o przepowiedzenie przyszłości lub zadać jej pytanie w trapiącej nas kwestii. Wierny otrzymywał odpowiedź, wyciągając los na małej tabliczce wykonanej z drzewa oliwnego. Historia i filozofia tego miejsca bardzo mnie fascynowały i od razu pomyślałem, że „bogini Fortuna” to byłby świetny tytuł filmu.
Pozostałe miejsca, w których rozgrywa się akcja filmu również są bardzo sugestywne.
W „Sekrecie bogini fortuny” chciałem przywołać atmosferę z filmu „On, ona i on”, który rozgrywał się w dzielnicy, w której teraz mieszkam. Po sukcesie filmu to miejsce stało się niezwykle modne, powstało dużo eleganckich lokali i wielu aktorów kupiło tam mieszkania. Atmosfera bardzo się zmieniła i zniknęła magia, którą przedstawiłem w filmie. Powiedziałam więc mojej scenografce Giulii Busnengo, która pracowała również z Paolo Sorrentino, żeby znalazła mi dzielnicę, która przywoła atmosferę dawnego Rzymu. Znaleźliśmy wspaniałe mieszkanie w dzielnicy Nomentano przy ulicy Lega Lombarda 43. Stary budynek z wewnętrznym dziedzińcem i tarasami, które znajdują się jeden naprzeciw drugiego, kreując atmosferę wspólnoty. To było idealne miejsce. Giulia chciała jeszcze oglądać inne, ale ja byłem zdecydowany. Później włączyłem do opowieści inne miejsca, które znalazłem wokół, bar czy sklep hydrauliczny.
Zawsze trzymam się scenariusza, ale lubię też kierować się instynktem. Słynna scena tańca w strugach deszczu początkowo była rozpisana tylko na dwie osoby, Martinę i Minę, kobietę transseksualną. Tańczą we dwie i potem dołącza do nich Annamaria. Kiedy zaczyna padać, dziewczynka i Mina chowają się pod dachem, a Annamaria zostaje sama. Pomyślałem sobie, że to nienaturalne, aby pozostali powstrzymali się od dołączenia do niej i wspólnego tańca. Zmieniłem tę scenę instynktownie pomimo sprzeciwów moich współpracowników. Kręciliśmy tylko raz i scena wyszła idealnie. Towarzyszy jej piosenka podarowana mi przez moją przyjaciółkę Sezen Aksu. To bardzo ważny moment inspirowany sentencją Gandhiego: „podczas burzy nie bój się i nie myśl jak ją przetrwać, tylko naucz się tańczyć w strugach deszczu.” To jest filozofia charakteryzująca wszystkich bohaterów filmu.
Motywem muzycznym filmu jest utwór „Luna diamante” w wykonaniu Miny, skąd ten wybór?
Łączy mnie z Miną głęboka więź przyjaźni, zaufania i wzajemnego szacunku, oprócz oczywiście relacji zawodowej. Wysłałem jej gotowy scenariusz, jak tylko był gotowy i zaznaczyłem, że w filmie jest postać nazwana jej imieniem. Poprosiłem ją również o piosenkę z nowego albumu i dostałem nagranie „Luna diamante”, która w filmie jest tłem dla trudnej, ale jednocześnie pełnej miłości, relacji między dwoma głównymi bohaterami, Arturo i Alessandro.
Są jacyś reżyserzy, którzy szczególnie cię inspirują?
Vittorio De Sica i Kieślowski to zdecydowanie moi faworyci. Cenię u nich zwłaszcza sposób pracy z aktorem. Są też filmy, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, np. „Czarny narcyz” Michael’a Powella czy niektóre filmy Sorrentino i Mario Martone. Poza tym, ogromnie cenię Pawła Pawlikowskiego. Miałem okazję spotkać się z nim na jednym z festiwali i od tamtej pory cenię go nie tylko jako reżysera, ale również jako osobę. „Zimna wojna” to moim zdaniem niesamowity film.
Jak powstał pomysł pracy z Kasią Smutniak przy nagraniu dla Biennale sztuki w Wenecji?
Kiedy zadzwoniła do mnie kuratorka Pawilonu weneckiego, przygotowywałem właśnie operę „Madama Butterfly” w Teatrze San Carlo w Neapolu i nie miałem czasu, żeby zajmować się czymkolwiek innym. Kuratorka wytłumaczyła mi, że szukają reżysera o międzynarodowej sławie, który nagrałby krótki film opowiadający o własnym wyobrażeniu Wenecji. Powiedziałem jej wówczas, że jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy, to twarz dziewczyny zanurzonej w wodzie na tle zmieniających się widoków Wenecji. Pomysł się spodobał, bo świetnie łączył się z ogólną koncepcją pawilonu weneckiego, który miał być cały zanurzony w wodzie. Pomyślałem wówczas, że to przeznaczenie i przyjąłem tę propozycję. Od razu pomyślałem o mojej serdecznej przyjaciółce Kasi Smutniak, która z entuzjazmem przyjęła zaproszenie do projektu. Kręciliśmy wszystko bez pomocy komputera i efektów specjalnych i już podczas pracy zorientowaliśmy się, że wychodzi z tego bardzo mocny przekaz. „Venetika” odniosła duży sukces, a teraz będzie pokazywana między innymi w Paryżu, Tokyo, Mediolanie, Nowym Yorku i innych miastach, gdzie odbędzie się projekcja i mini wystawa siedmiu kadrów z nagrania.
Najbliższe plany?
Piszę właśnie duży projekt dla Disneya, osiem odcinków serialu „On, ona i on”, ale zrobionych zupełnie inaczej niż film. Poza tym piszę sitcom na temat koronawirusa, powstaje też nowy projekt filmu na ten sam temat, opisujący bardziej to, co działo się wokół epidemii. Moim zdaniem nie można teraz mówić o niczym innym, nie można opowiadać o życiu bez tej choroby. Nie wiem, czy widzowie, którzy pójdą do kina po tym wszystkim, będą chcieli obejrzeć „normalny” film.
W 1975 roku, kiedy w Warszawie jest organizowana retrospektywa filmów Michelangelo Antonioniego, Leszek Kazana jest licealistą zakochanym w Italii, kibicem Legii i AC Milan i miłośnikiem historii antycznej. Przepada za kinem. Dowiaduje się, że mógłby tłumaczyć ikonę historii kina włoskiego.
Leszek Kazana: Na szczęście telefon odebrał mój tata! Mama powiedziałaby, że chodzę do szkoły. Spotkanie z Antonionim było niezapomnianym przeżyciem. Pierwszego dnia byłem ogromnie onieśmielony, co reżyser od razu zrozumiał. „Bardzo mnie podziwiasz, prawda?”. „Tak”. „Rozumiem, ale teraz tłumacz!” Wkrótce poczułem się tak raźnie, że zapytałem jak można zostawić Monikę Vitti „Nie twoja sprawa”. Innych zgrzytów nie było. Pisano o nim, że jest lodowaty. Nic podobnego. Zauważył, że jest mi przykro z powodu jego wyjazdu. Nie ukrywam, że się wzruszyłem. Antonioni podarował mi krawat: „Zawiąż go czasem”.
Monica Vitti i Michelangelo Antonioni
Cofnijmy się trochę w czasie. W jaki sposób Włochy stały się częścią twojego życia?
Właśnie miałem pójść do szkoły, gdy mój tata objął stanowisko w pięknej Ambasadzie Polski przy via Rubens w rzymskiej dzielnicy Parioli. W Wiecznym Mieście mieszkaliśmy od 1965 do 1969 roku. Przez 4 lata uczęszczałem do szkoły podstawowej, którą ukończyłem, bo ostatniego roku zrobiłem jednocześnie czwartą i piątą klasę. Zawsze będę pamiętał wspaniałego nauczyciela pana Arduina Cappelloni, poliglotę, zapalonego historyka, z wykształcenia prawnika. Zawdzięczam mu najwspanialsze szkolne wspomnienia.
Dlaczego polski chłopiec, który uwielbia piłkę nożną po przeprowadzce do Rzymu kibicuje drużynie AC Milan?
Dopiero co przyjechaliśmy do Rzymu. Nie mieliśmy jeszcze telewizji. Kiedy nasi sąsiedzi Roberto i Marisa Mignani, którzy zostali na zawsze naszymi najlepszymi przyjaciółmi, otworzyli drzwi, usłyszałem charakterystyczny głos sprawozdawcy piłkarskiego. Bez wahania wszedłem do cudzego mieszkania i usiadłem przed telewizorem. Nie mówiłem po włosku, ale udało mi się zapytać, jak się nazywa zawodnik z numerem 10. „Gianni Rivera” odpowiedział Roberto. To była miłość od pierwszego wejrzenia – do Rivery i jego Milanu. To był zły sezon: trenowany przez Silvestriego Milan skończył rozgrywki na dalekim miejscu. Potem wrócił trener Nereo Rocco i mogłem się cieszyć Pucharem Zdobywców Pucharów, mistrzostwem Włoch i Pucharem Krajowych Mistrzów Europy (1969) po finałowym zwycięstwie 4-1 nad Ajaxem Amsterdam młodego Johana Cuijffa. Głównym sprawozdawcą piłkarskim był wtedy w telewizji Nicolò Carosio, który przez 30 lat pracował wcześniej dla radia. Zdarzało mu się krzyczeć: „prawie gol”, gdy piłka przelatywała dwa piętra nad bramką. Zachwycał się też „pociskami Rivery”, co było oksymoronem gdyż wielki Rivera nie miał mocnego strzału.
To były czasy, kiedy reprezentacja polski rozgrzewała się przed późniejszymi sukcesami?
Polsce nie udało zakwalifikować się do Mistrzostw Świata w 1970 roku, które Włochy powinny były wygrać, ale przegrały w finale, prawdopodobnie dlatego, że Valcareggi, wspaniały skądinąd trener, nie potrafił pogodzić Rivery z Mazzolą. W 1972 roku Polska wygrała Olimpiadę, która była tak naprawdę Mistrzostwami Świata państw socjalistycznych. Dwa lata później na Mistrzostwach Świata Polska wyeliminowała Włochy. Valcareggi jechał do Niemiec po zwycięstwo, ale wielcy włoscy mistrzowie byli już leciwi. My zajęliśmy trzecie miejsce. Jestem przekonany, że z Włodkiem Lubańskim (przepadałem za nim jak za Riverą) zwyciężylibyśmy.
W 1969 roku wracacie do Warszawy. Dalej uczysz się włoskiego?
Na pierwszym miejscu była historia świata antycznego. Uważałem po staremu, że głównym zagadnieniem historii jest władza, poszedłem więc na prawo. Moim promotorem był wybitny starożytnik i historyk prawa prof. Henryk Kupiszewski. Na studia podyplomowe wróciłem do Rzymu. Zanim do tego doszło, żyłem w Warszawie Polską i Włochami. Pamiętam, z jaką niecierpliwością czekałem na włoskie gazety. Niedziele spędzałem u dziadków w Górze Kalwarii, gdzie odbiór fal średnich był lepszy niż w Warszawie. Nieopodal ruin Czerska słuchałem Ciottiego, Ameriego i innych sprawozdawców „Tutto il calcio minuto per minuto” („Piłki od pierwszej do ostatniej minuty”). Brakowało mi Włoch. Po siedmiu latach spędziłem w nich miesiąc dzięki stypendium Włoskiego Instytutu Kultury. Zdałem sobie sprawę, że znam kino światowe nie gorzej od włoskich kinomanów w moim wieku. W latach siedemdziesiątych filmy zza żelaznej kurtyny nieraz docierały do nas z dużym opóźnieniem, ale znacznie częściej, niż się dzisiaj wydaje. Dotyczyło to również filmów włoskich. Jak na ironię „Głos księżyca” to jedyny film Felliniego, który nie wszedł na nasze ekrany, bo po upadku komunizmu prywatni dystrybutorzy nie kupili licencji.
Po powrocie ze studiów w Rzymie zacząłeś uczyć?
To były burzliwe czasy. Skończyły się bardzo szczęśliwie. W połowie lat dziewięćdziesiątych byłem referentem ds. włoskich w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Następnie zostałem nauczycielem włoskiego i historii i wróciłem do tłumaczeń.
Poznałeś wielu przedstawicieli Włoch w Polsce. Kogo wspominasz najlepiej?
Pierwszym poznanym ambasadorem był w połowie lat siedemdziesiątych Mario Mondello. Poznałem też wszystkich jego następców i dyrektorów Włoskiego Instytutu Kultury, w tym Teresę Triscari Ilardo, Pier Angela Cappello, Giulia Molisaniego, Paolę Ciccolellę, Roberta Cincottę. Wszystkich wspominam najlepiej, a wśród ambasadorów szczególnie Lukę Daniele Biolato. Pierwszy raz przyjechał do Warszawy jako młody sekretarz ambasady. Gdy po wielu latach go zapytano, gdzie chciałby zakończyć karierę, wybrał Pałac Szlenkierów w Warszawie. Zawdzięczamy mu szczęśliwy wybór i zakup siedziby Włoskiego Instytutu Kultury przy ulicy Marszałkowskiej. Spoczywa na warszawskich Powązkach. Powiedział mi kiedyś, że nawet mądrym Włochom zdarza się przyjeżdżać do Polski z żalem, że nie wysłano ich gdzie indziej, ale tylko głupi po wyjeździe nie tęsknią za Polską. Podczas wykładów w Genui Pietro Marchesani, kongenialny tłumacz Wisławy Szymborskiej czasem się zamyślał. Potem przepraszał: „Wybaczcie, ale miałem wrażenie, że jestem w Krakowie albo w Warszawie”.
Włochy-Polska w twoim przypadku to Rzym-Warszawa?
Nie ukrywam, że tylko w tych dwóch miastach czuję się jak w domu. Jeśli jestem w Bolonii lub w Krakowie, w Wenecji czy we Wrocławiu, czuję się dobrze, ale jestem nie u siebie. W Warszawie uwielbiam energię i ofertę kulturalną, która jest znacznie większa niż w wielu innych stolicach europejskich. Poza tym jest piękna, pełna zieleni i ma najwspanialszy park miejski w Europie: Łazienki Królewskie.
A gdybym Cię zapytał o włoskich pisarzy i reżyserów?
Zabieram na wakacje „Rzemiosło życia” Pavesego i „Rycerza i śmierć” Leonarda Sciascii. O Antonionim mówiliśmy, z filmów Felliniego, najbardziej lubię „Rzym”, „Amarcord” i „Osiem i pół”. Wciąż oglądam Viscontiego i Monicellego, dzięki któremu Monika Vitti przestała być aktorką jednego charakteru. Uwielbiam kino polityczne, a zatem Francesco Rosiego. Muzyka to przede wszystkim Paolo Conte, którego znów chciałbym słuchać w Polsce, i Gianmaria Testa, którego w 2007 roku Pier Angelo Cappello zaprosił do Warszawy.
A polscy artyści?
Kino to szkoła polska: Wajda, Munk, Kawalerowicz, Roman Polański od „Noża w wodzie” do ostatniego filmu o sprawie Dreyfusa, który już widziałem trzy razy, moralitety Krzysztofa Zanussiego: „Góry o zmierzchu”, „Struktura kryształu”. A z młodszych – Paweł Pawlikowski.A z pisarzy – Jarosław Iwaszkiewicz i jego olśniewające wiersze i opowiadania. Większość nieco pogodniejszych opowiadań Iwaszkiewicz napisał na Sycylii i w Rzymie albo w Sandomierzu, najbardziej włoskim z mniejszych polskich miast. Zamość jest klasą dla siebie.
Włochy i Polskę łączy odwieczna i głęboka więź, która dzisiaj powinna być trochę wzmocniona?
W 1945 roku, po sześciu latach tragedii i destrukcji, wielki Jan Parandowski, autor między innymi „Mitologii”, która wciąż należy do polskich lektur szkolnych, został poproszony przez Katolicki Uniwersytet Lubelski o roczny wykład. Wybór tematu należał do niego. Wybrał Petrarkę. Twierdził, że – kulturalnie – Polska leży nad Morzem Śródziemnym. Dużo wiemy o Włochach na dworze Zygmunta Starego, nieco mniej o włoskich artystach ponad dwieście lat później na dworze Stanisława Augusta. Król rozmawiał z nimi po włosku i po wenecku, bo kilku z nich przybyło do nas z Najjaśniejszej Republiki. Aż nie chce się wierzyć, że król Poniatowski nigdy nie był we Włoszech. Wspomnijmy jeszcze o Padwie, włoskim uniwersytecie tylu wybitnych Polaków w tym Kopernika, który studiował również w Bolonii i Ferrarze, z której przywiózł doktorat z prawa kanonicznego. Polska wiele wzięła od Włochów i wiele im dała. Bez polskiej kultury Europa byłaby ułomna: bez muzyki Chopina i Pendereckiego, teatru Kantora i Grotowskiego, wielkiego kina i literatury. Spytajcie włoskiego księgarza, czy sprzedaje wiersze: „Owszem, Szymborską. I lektury szkolne”. Historyczne relacje, nieprzerwane i owocne, między moimi dwoma ukochanymi krajami, to rama kulturowa, do której należę. Kiedy pytają mnie, czy Włochy to wybór odpowiadam, że to mógłby być wybór, ale w moim przypadku to raczej historia życia.